poniedziałek, 29 stycznia 2018

Od bazgrołów do Picassa.


Na pewno kojarzycie taki żart. Dziecko poproszone o namalowanie rodziny, coś tam skrobie, po czym pani pyta: A dlaczego Jasiu nie namalowałeś tatusia? Jaś odpowiada rezolutnie: Bo nie było łysej kredki... 
Niektórzy powiadają, że rysunek jest odzwierciedleniem duszy dziecka, ale żeby tak było, muszą być spełnione pewne warunki. 
Przyjrzyjmy się dziś bardzo ciekawym etapom rozwoju rysunku dziecka i co możemy z niego wyczytać.



Interpretacja rysunku dziecka według Szumana, polskiego pedagoga, psychologa i lekarza. 


W pewnym wieku, dziecko zaczyna czuć potrzebę wyrażenia pewnych potrzeb, tego co czuje i wie, ale nie koniecznie tego co widzi. Jako, że jeszcze nie zawsze potrafi wszystko wyrazić słowami, rysunek staje się formą ekspresji. Ale żebyśmy na podstawie tego mogli poznać nasze dziecko lepiej, muszą być spełnione następujące kryteria:

* dziecko samo chce rysować, nie zmuszamy go do tego
* mamy z dzieckiem dobry kontakt emocjonalny, dobrze się przy nas czuje, jest wolne od lęku
* dostarczymy mu czyste kartki papieru, najlepiej większego formatu 
* dostarczymy mu zatemperowane kredki, najlepiej drewniane, by móc ocenić siłę nacisku na kartkę.
* podamy mu temat rysunku np. rodzina, a ono zrozumie polecenie
* będziemy spokojnie obserwować dziecko, bez sugerowania co powinno narysować

Etapy rozwoju rysunku

Etap bazgroty

Trwa od 1 roku i 3 miesięcy do około 3-4 roku życia. Dziecko trzyma ołówek w „garści” i wykonuje zamaszyste ruchy. Rysuje zygzaki, spirale bez odrywania ręki lub kropki, kreski, małe elementy, miejscami zagęszczone linie itp. odrywając rękę i przenosząc ją w inne miejsce kartki.
W tym okresie dzieci używają tylko jednej kredki, nacisk jest dość duży. Około 3 lat dziecko zaczyna nazywać swoje bazgroty, kierując się ruchem, rytmem, dynamiką i energią własną podczas rysowania.
Do bazgroty zalicza się czasami "głowonogi" – rysowana przez dziecko "idea" człowieka, jest to głowa ze szczegółami, które czasem wychodzą poza jego obręb, i nogi, które są ważne, ponieważ przemieszczają całe ciało.

Okres ideoplastyki

Od 3-4 roku życia do około 8-10 roku życia, dziecko zaczyna trzymać ołówek prawidłowo, rysuje pewną "ideę" świata, swoje odczucia. 

(do około 5 - 5,5 roku życia) – postacie prymitywne, zgeometryzowane, nieproporcjonalne, składające się przeważnie z głowy (ze szczegółami), tułowia ( w postaci jakiejś figury geometrycznej), rąk, nóg ( w postaci kresek, tzw. jednowymiarowe) i takich elementów, które dziecko emocjonalnie uważa za ważne, postacie są "przezroczyste", barwy niezgodne z rzeczywistymi, brak elementów krajobrazowych, brak tła, nieporadność rysowania. 


* (powyżej 5,5 – 6 roku życia do około 8 – 10 roku życia) – postacie bardziej proporcjonalne, zamalowane zgodnie z płcią i "ubrane" na odpowiednią porę roku, pojawiają się szyja, talia, uszy, stopy, palce, itp., barwy zgodne z rzeczywistością, elementy krajobrazu, rysunki barwne, uporządkowane, prawidłowo graficznie narysowane linie, kąty, figury, małe elementy, linie płynne, czasem zamalowane tło.

Okres fizjoplastyki

Powyżej 10 roku życia zanika twórczość dziecięca, odwzorowują rzeczywistość, wzrasta krytycyzm, co powoduje negatywne ocenianie swoich wytworów. Dzieci w tym wieku kalkują, odrysowują itp., zmieniają się też preferencje co do barw (malowanie wyrazistymi flamastrami – czasowy brak estetyki). Dzieci, które odkryły „terapeutyczną” rolę rysunku – rysują nadal twórczo.

Jak interpretować rysunek dziecka?

Dziecko nieświadome przelewa na kartkę swoje stany emocjonalne, niezaspokojone potrzeby, życzenia, marzenia, obawy, lęki, przykre bądź przyjemne doświadczenia. Jest to tzw. mechanizm projekcji. Rysunek zawiera wszystko to, co dziecko zastanawia, niepokoi czy też fascynuje. Analiza rysunku dostarcza więc cennych informacji, zwłaszcza na temat rodziny.

Wielkość postaci.

To co ważne emocjonalnie, jest na rysunku duże (np. mama większa od drzewa), to co nieważne emocjonalnie na rysunku jest małe lub tego nie ma (np. dziecko, które czuje że jest niekochane nie rysuje siebie)

Kolejność rysowania.

Najpierw dziecko rysuje osobę ważną dla niego emocjonalnie

Rozmieszczenie na kartce.

W centrum, po lewej lub po prawej stronie rysowane są osoby ważne, na „marginesie” osoby nieważne emocjonalnie.

Bliskość postaci.

Osoby narysowane blisko siebie to osoby pozytywnie związane uczuciowo, im większa odległość między postaciami lub gdy istnieją między nimi "przeszkody" to sygnał niemożności emocjonalnego porozumienia się, dzieci narysowane " na rodzicach" mogą oznaczać albo potrzebę bliskości, albo zbytnią zależność.

Liczba szczegółów.

Postacie "kochane" rysowane są przez dziecko z dużą liczba szczegółów, najładniej jak dziecko potrafi, im prymitywniej narysowana postać, im brzydziej, tym mniej kochana, czasem nadmierna liczba szczegółów, nadmierna drobiazgowość może świadczyć np. o nerwicy lub o zaburzeniach osobowości.

Staranność rysowania.

Osoby ważne, rysowane są starannie, osoby mniej ważne – rysowane są byle jak. Zbyt staranne rysowanie, bez wychodzenia poza kontury, drobiazgowość, może świadczyć o kompulsywności, obronną postawą bycia w porządku, mieszczenia się w ramach. Zbytnia niestaranność – albo dziecko było zmuszone do rysowania, albo jest "wewnętrznie" rozbite.

Liczba barw.

Im barwniejsza postać, tym ważniejsza emocjonalnie

Jakość barw, kolorystyka.

Barwy ciepłe, pastelowe oznaczają pogodny nastrój, barwy zimne (fiolet, szarość, granat) chłód emocjonalny lub lęk, barwa czarna – jeżeli nie jest uzasadniona sytuacyjnie – może oznaczać lęk, złość, nienawiść, brak akceptacji (czasem "czarne dziecko" – wyraz oceny poczucia własnej wartości - jestem zły, nikt mnie nie kocha) Brak kolorów w rysunku może oznaczać pustkę uczuciową lub trudności w wyrażaniu uczuć. 
Co do częstotliwości używania danego koloru, zdarza się tak, że dziecko odkrywa dany kolor i dlatego rysuje tą kredką częściej niż inną.

Ważne uwagi!


Pamiętajmy, że tego typu wnioski możemy wyciągać jeżeli wyżej wymienione cechy występują w dłuższym czasie w wielu rysunkach dziecka, nie są tendencją, ani przypadkiem. 

Zawsze bierzmy pod uwagę wiek dziecka, możliwości, potrzeby, stopień ich zaspokojenia, stany emocjonalne, zainteresowania, obraz własnej osoby. 

Istnieje wiele testów do badania stosunków rodzinnych dziecka opartych na podobnej analizie i interpretacji. Odpowiednia tematyka rysunków może być formą terapii, "wyrzucenia" na zewnątrz tego, co boli. Do tego trzeba jednak dużej wrażliwości i wiedzy psychologicznej, by prawidłowo wykorzystywać rysunek dziecka i rozumieć jego problemy. 

Mój znajomy starał się o przyjęcie dziecka do prywatnego przedszkola, w którym każdy kandydat poddany był badaniu psychologicznemu. Jednym z zadań było właśnie narysowanie czegoś. W opisie jaki potem rodzice otrzymali, było stwierdzone np. że dziecko wykazuje lęki i trudności w okazywaniu uczuć na podstawie czarnego koloru, który został przez niego użyty. Dziecko do przedszkola nie zostało przyjęte, a na pytanie dlaczego rysowało czarną kredką odpowiedziało podobnie do Jasia z żartu, którym rozpoczęłam tego posta - "Bo ta była najlepiej zatemperowana"

Opis rozwoju rysunku dziecka powinien być dla nas zatem poglądowy, tak jak w zasadzie każdy podręcznik do "obsługi" dziecka. Każdy maluch rozwija się przecież w swoim tempie, a większość z nas nie jest specjalistami, by fachowo ocenić ich psychikę. 

U nas dziewczynki dostały kredki w wieku około roku i choć przyznaję, że na początku bardziej interesowały je jako przedmiot godny konsumpcji, to bardzo szybko nauczyły się do czego służy. Z ciekawości, tak na luzie, bez większej analizy, zwracam uwagę na to, co rysuje moja starsza córka. Gdyby coś się działo niepokojącego, a ona zechciałaby to przelać na kartkę, nie chciałabym tego przegapić.



Rysunek E. w wieku roku i 3 miesięcy

3 lata i 3 miesiące

3.5 roku - "Tu tatuś i mamusia wzięli ślub" -słowa autorki obrazka

Roszpunka (3.5 roku)


Mamusia w koronie (czyli ja;) )

(3.5 roku) Księżniczka i nasza rodzinka (interpretacja własna: Kimże jesteśmy wobec mocy i wielkości księżniczek :) 

(3.5 roku) Tatuś i mamusia na łące. Rysunek z podpisem, jak twierdzi autorka.






* Na podstawie opracowania Beaty Pawlickiej, przedszkole 59. 
BIBLIOGRAFIA:
1.Szuman S,1990, Sztuka dziecka, WSiP, Warszawa
2.Janiszewska B., Biela A., Mazur B., 2014, Diagnoza przedszkolna, WSiP, Warszawa 3.Chermet-Carroy S., 2004, Wydawnictwo Ravi, Łódź 

niedziela, 28 stycznia 2018

Flajdel Smakonus.




- Mamusiu, nie lubię tej pasty w przedszkolu, co jest na śniadanie, powiedziała dziś rano do mnie E.
- A z czego ta pasta?, zapytałam.
- Z winogronek.
Podejrzewając, że chodzi jej o jakąś pastę jajeczną lub rybną, której sama nie cierpiałam, kontynuowałam rozmowę.
- Niemożliwe, żeby była z winogronek. Przecież lubisz winogronka, są dobre. 
- No tak, to nie winogronka. Ale wiem, jak się nazywa ta pasta.
- Jak?
- Flajdel Smakonus.
Słysząc to mało nie zadławiłam się bułką, którą właśnie przeżuwałam. 
- To chyba kochanie jakaś łacińska nazwa?, ośmieliłam się stwierdzić.
- Tak, tak, łacińska, odpowiedziała z poważną miną moja starsza córka, po czym wróciła do zajadania płatków z mlekiem.

Do tej pory zachodzę w głowę, skąd ona wymyśliła taką nazwę, ale często tak ma, że jak czegoś nie pamięta, to zmyśla. Już wiem po kim ma tę bogatą wyobraźnię ;) Mój mąż stwierdził, że Flajdel Smakonus to bardzo dobra nazwa. Nie wiemy jeszcze na co, ale dobra. Zdradzając ją wam nie nadaje się wprawdzie na hasło do konta, ale kto wie, może kiedyś zobaczycie stronę internetową www.flajdelsmakonus.pl i już będziecie wiedzieli czyja to firma ;)

piątek, 26 stycznia 2018

Gdy alkohol zabija.


Kiedy urodził się Krzyś, nie było mnie jeszcze na świecie. Wprawdzie w planach byłam już od dobrych 9 lat, ale bocian nie przylatywał. Nasi ojcowie znali się z pracy, więc obydwie rodziny przyjaźniły się. Po kilku miesiącach od jego narodzin, moja mama dowiedziała się, że wreszcie, jakimś cudem jest w ciąży i dokładnie 9 miesięcy później, planowo, w dzień wyznaczony przez lekarza, na świat przyszłam ja. Krzyś miał wtedy roczek z hakiem i okazało się, że jego mama ponownie jest w ciąży. Miał urodzić się jego brat, Piotruś. Tak więc byliśmy sobie w trójkę, dzieciaki dobrych znajomych, oni dwaj i ja, przyszywana siostra, wiekowo pośrodku. Lubiłam do nich chodzić, skakaliśmy wtedy po łóżkach, bawiliśmy się w chowanego, wchodziliśmy pod stół i oglądaliśmy świat dorosłych z tej perspektywy. Najfajniejsze były urodziny czy imieniny. Schodziło się wtedy do maleńkiego mieszkania w bloku kilka rodzin i zabawa była na całego. Nie mieliśmy tabletów, nie było nawet telewizora w ich pokoju, ale zawsze mieliśmy głowę pełną pomysłów. Z dużego pokoju dobiegał śmiech, rozmowy na tematy, które nas nie dotyczyły i nie interesowały. Ale czasem dochodziły do nas odgłosy kłótni i wtedy przerywaliśmy zabawę. Przez uchylone drzwi widzieliśmy jak mama i tata chłopaków byli na siebie źli, wymachiwali rękami, przepychali się. Nie rozumieliśmy o co chodzi. Nic dziwnego, byliśmy przecież dziećmi. 


Cała nasza trójka (od lewej:Piotruś, ja, Krzyś)

Drewniany kojec zrobiony przez tatę dla Krzysia. Po nim odziedziczyłam go ja (na zdjęciu), a następnie przekazałam Piotrusiowi.


Kiedy byłam starsza, nasz kontakt urwał się. Ot tak. Winiłam za to tamte czasy. Przeprowadziliśmy się do innej dzielnicy, oni nie mieli telefonu, więc przestaliśmy się widywać. Nagle skończyły się odwiedziny w imieniny, wspólne wyjazdy, obiady. Moi rodzice milczeli, ja nie pytałam. Lata mijały. Mój tata był chrzestnym Piotrusia i wiem, że starał się ten kontakt z nim odnowić, ale on zaczął go unikać, nie przychodził na spotkania, nie oddzwaniał. I tak odsunęliśmy się od siebie aż do czasów moich studiów, kiedy to Piotruś przyszedł do nas i opowiedział całą prawdę. Słuchaliśmy o tym, że matka wpadła w alkoholizm, pije od wielu lat, a oni starają się to ukryć przed światem. Przyznał, że zerwali z nami kontakt właśnie ze wstydu za nią i ojca, który okazał się być zbyt słaby, by coś zmienić. Prosił o pomoc finansową, było mu ciężko. Przez jakiś czas Piotruś jeszcze do nas przychodził, pamiętam jak razem oglądaliśmy skoki narciarskie. 

Cisza. Przez kolejne lata. I nagle telefon. Piotruś chce spotkać się z moimi rodzicami. Na spotkanie przyszedł ze swoją narzeczoną, kobietą do przejściach z dzieckiem. Planowali wspólną przyszłość, pragnęli zaprosić nas na swój ślub i ponownie zostać częścią naszego życia. Wszyscy polubili jego wybrankę. Zresztą w ogóle fajna z nich była para. Ona- wysoka i korpulentna, starsza od niego o 9 lat, on-niski i bardzo szczupły. W zasadzie wyglądali jak matka z synem, ale zupełnie im to nie przeszkadzało, wręcz śmieszyły ich sytuacje, w których ludzie rzucali komentarze pod ich adresem. Pamiętam jak opowiadali, że kupowali alkohol i zastanawiali się jaki, a sprzedawca zaproponował dość drogą butelkę wina mówiąc Niech pan bierze skoro mama stawia. Takie i inne sytuacje opowiadane były z uśmiechem przy okazji różnych spotkań. 

Piotruś z jednej strony nienawidził alkoholu, wiedział jakie stanowi zagrożenie dla człowieka, ale z drugiej, przy okazji spotkań towarzyskich łatwo się upijał, nie potrafił sobie tego odmówić. Targały nim wtedy emocje, wyrzuty sumienia, obwiniał siebie za słabość charakteru, za niemoc. A matka dalej piła i psychicznie wykorzystywała swoich synów, szantażując ich, żeby dawali jej pieniądze na życie, które wiadomo było wyda na alkohol. Ale cóż, takie są dzieci, jakkolwiek by jej nienawidzili za to co robi, czują się w obowiązku reagować, gdy prosi. Nawet, gdy wiedzą, że pod przykrywką pomocy, kryje się jej nałóg. Kiedy brakło pieniędzy od dzieci, zadłużyła mieszkanie, sprzedała wszystko co miała i przeniosła się do innych alkoholików, na których mogła żerować. W międzyczasie zmarł ojciec, a chłopcy nie potrafili pogodzić się z tym, że to on odszedł a nie ona. Życie jednak jakoś się dla nich ułożyło. Oboje mieli swoje rodziny, mieli dla kogo żyć, snuli plany na przyszłość. 

Tego lata było wyjątkowo gorąco. Chłopaki zorganizowali grilla w nowo zakupionym przez Piotrusia ogródku działkowym na obrzeżach miasta. Zasiedliśmy przy stole i opowiadaliśmy różne historie, stare i nowe. Wspominaliśmy jak to było, gdy to my byliśmy dziećmi i braliśmy udział w takich spotkaniach. Miejsce tamtych dzieciaków zajęło już nowe pokolenie, pokolenie ich dzieci. My byliśmy już dorośli.
Wtedy, ta tamtym grillu, widzieliśmy się wszyscy w komplecie po raz ostatni. W grudniu odszedł od nas Piotruś... Miał nieco ponad trzydzieści lat. Na miesiąc przed śmiercią okazało się, że miał wrodzoną wadę serca, o której nikt do tej pory nie wiedział. Każda stresująca sytuacja była dla niego jak wyrok. Miał planowaną operację na styczeń. Nie doczekał jej. Zmarł w grudniowy poranek w swoim domu, przy żonie...
Na jego pogrzebie pojawiła się matka, oczywiście pod wpływem alkoholu. Kobieta w wieku mojej mamy, wyglądała jak 90-letnia starowina, w czarnej chuście na głowie. Podeszła do trumny, dotknęła jej i opuściła głowę. Nie została na całej mszy. Co wtedy sobie myślała? Czy w tym momencie zdała sobie sprawę z tego co się wydarzyło, czy alkoholicy nie są już zdolni do ludzkich odczuć? A może są, tylko ich nałóg jest tak silny, że nie potrafią z niego zrezygnować, nawet w imię miłości do dziecka?

Jakiś rok później, zachorowała żona Krzysia. Wszyscy przeżyliśmy szok, kiedy dowiedzieliśmy się, że zmarła, zostawiając go z córką. Ale kiedy niedługo po niej, on sam odszedł z tego świata, nie potrafiłam tego ogarnąć swoim umysłem. Do tej pory chyba nie potrafię...
Żona Piotrusia nie pogodziła się z jego śmiercią. Był on wybawieniem od ex- męża sadysty, nową nadzieją dla niej i dla jej syna. Bardzo się kochali. Ale cóż z tego, skoro iskierka zgasła.
Nie chciała przyjąć pomocy od nikogo, zamknęła się w swoim świecie. Obecnie mieszka w Anglii, nie utrzymujemy kontaktu. Podobno wyszła za mąż. 

Stojąc nad grobem i zapalając znicz, wracam myślami do tamtych lat, kiedy byliśmy dziećmi. Co takiego się wydarzyło co dało początek temu nałogowi i doprowadziło do tak ogromnej tragedii? Wybory tej kobiety zniszczyły jej małżeństwo i życie przede wszystkim synów, dwóch niewinnych istot, które nie pragnęły niczego, prócz tego by je kochać. 
Paradoksem tych wydarzeń jest fakt, że matka alkoholiczka żyje nadal. Alkohol zabił, ale nie ją. Zabił wszystkich dookoła, również tych, którzy ją kochali.

Stary, zepsuty slajd pokazujący nas podczas jednej z wizyt w domu chłopców.

Moja mama przytrzymująca Piotrusia, który jeszcze nie potrafił chodzić. Z naszej trójki zostałam tylko ja...


Można tę historię analizować tysiące razy, że w tym momencie można było zrobić to, a w tamtym coś innego. Ale tu nic nie jest proste. Dziecku wychowanemu przez matkę alkoholiczkę brakuje wszystkiego: miłości, bezpieczeństwa, pewności siebie. Czuje tylko pustkę, rozgoryczenie i poczucie, że nie zasługuje w życiu na nic. Piotruś i Krzyś spotkali na swojej drodze właściwych ludzi i mieli szansę na normalność.  Niestety ich historia nie ma szczęśliwego zakończenia.



wtorek, 23 stycznia 2018

Pożegnanie z pieluszkami.


Kochani! Muszę podzielić się z wami tą radosną nowiną. Po 3 latach, 56982636735 zużytych pieluszek i 3628394827 mokrych chusteczek, obie moje dziewczynki stały się dorosłymi pannami! Od kilku tygodni, również i młodszej nie zakładamy na noc pieluchy, a więc...
żegnaj przewijaku!

Stały widok w naszej łazience :)

Kiedy zacząć pożegnanie z pieluszką?

No cóż. Moja mama nie miała wyjścia, musiała mnie "odpieluchować" jak najszybciej. Pieluszki tetrowe na pewno nie były tak komfortowe jak dzisiejsze, zarówno dla rodziców jak i dziecka. Mając 7-8 miesięcy, chętnie siedziałam już na nocniczku i bawiłam się przesuwając dookoła siebie pociąg na sznurku. 
Moja E. natomiast, nie była absolutnie zainteresowana wyżej wspomnianym przedmiotem. Oj my naiwni. Co my sobie wyobrażaliśmy kupując jej nocniczek, gdy skończyła roczek. Ona, dziecko żywotne z natury, miałaby na chwilę zastygnąć w ruchu? Co to to nie! Żadna siła ją nie zmusiła do tego. 
Co ciekawe, chodząc do żłobka, musiała przyzwyczaić się do grupowego "wysadzania" na nocniki i nie miała z tym żadnego problemu. Czasem siusiała, czasem nie. Ale w domu za żadne skarby nie chciała. 
Czekałam więc cierpliwie, zachęcając ją od czasu do czasu, ale nie chciałam naciskać. Kiedy jednak skończyła 2.5 roku, powiedziałam z uśmiechem Dość moja panno, najwyższy czas pożegnać się z pieluszką! Tak się też stało. Z dnia na dzień przestaliśmy zakładać pieluchę, a po 2 tygodniach naszej córce już przestały zdarzać się wpadki w majteczki. Pomocna okazała się również tablica motywacyjna. Za każde siusiu na nocniczek dostawała uśmiechniętą buzię, a za każdą kupkę dwie. Gdy zebrała ich 6, dostawała jakąś małą nagrodę, z której bardzo się cieszyła. 
Kupiłam również mały nocniczek zabawkę dla jej ulubionej owieczki przytulanki, co zachęciło ją do "wspólnej nasiadówki"  

Drugie dziecko na nocniku.

Drugie i kolejne dziecko zwykle szybciej uczy się pewnych rzeczy podpatrując starsze rodzeństwo. J. sama zainteresowała się nocnikiem, kiedy miała około 1.5 roku. Chętnie na nim siadała i robiła siusiu, zwłaszcza gdy obok miała autorytet - swoją siostrę. Wykorzystaliśmy więc jej zainteresowanie i w zasadzie bez żadnego wysiłku, pożegnaliśmy pieluszkę około drugiego roku życia. Pozostawiliśmy tylko tę nocną. Po jakimś czasie, zauważyliśmy jednak, że rano w pieluszce sucho, więc postanowiliśmy i z tego zrezygnować. W Rossmannie na przykład, można kupić podkłady, które wykorzystaliśmy jako zabezpieczenie materaca na wypadek wpadki. Ponieważ dziewczynki dość sporo piją wody, idąc spać, wysadzamy je obie czasem na nocnik, a one kiwając się na nim i próbując przez sen złapać równowagę, siusiają a potem bez problemu wracają do łóżeczek. Dzięki temu, w zasadzie wpadki się nie zdarzają. Zapewnie za jakiś czas i z tego zrezygnujemy. 

Dorośli pieluch nie noszą.

To prawda. Dorośli, jeśli tylko są zdrowi, pieluch nie noszą. Niektórzy rodzice podchodzą więc do "odpieluchowania" tak, że czekają aż to dziecko samo da znać, kiedy jest gotowe. Z jednej strony tak, bo nie można malucha do niczego zmuszać, ani robić czegoś wbrew jego woli. Ale z drugiej sama przekonałam się na przykładzie mojej starszej córki, że warto podejmować próby i zachęcać do samodzielnej toalety. Dwuipółletnie dziecko jest już na tyle rozumne, że spokojnie można mu wszystko wytłumaczyć i nawet uroczyście pożegnać pieluchę. 

No i przede wszystkim drogi rodzicu nie zniechęcaj się! 

Dziecko dziś może nie być zainteresowane nocniczkiem, a jutro już zmieni zdanie. Na pewno o tym wiesz, przerabiałaś już to wiele razy choćby z jedzeniem, piciem z kubka, trzymaniem zabawki itd. ;)

Jaki nocnik najlepszy?

Taki, żeby można było w nim wygodnie zrobić siusiu :) My zdecydowaliśmy się na zwykły, tradycyjny, bez żadnych melodyjek i odgłosów radości, gdy dziecko coś zrobi. Po jakimś czasie dokupiliśmy również deseczkę-nakładkę na dużą toaletę. Tradycyjnie. Bez rewelacji.

Ja już na szczęście wszystko mam za sobą. Dziewczynek nie trzeba zachęcać, by poszły siusiu, czy kupkę, idą same, gdy czują potrzebę, same się podcierają, więc mogę z całą pewnością stwierdzić, że mam duże dzieci w domu :))

Wszystkim tym którzy są w trakcie lub jeszcze przed pożegnaniem z pieluszkami życzę POWODZENIA! Trzymam kciuki za was :)











sobota, 20 stycznia 2018

Wina i nalewki mojego taty.


* Jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, ten post nie jest dla ciebie :)

Mój tata zawsze był aktywnym człowiekiem. Wyobraźcie sobie, że kiedy był bardzo młody, miał nawet propozycję zostania zawodowym piłkarzem w jednym z polskich klubów. Jak możecie się domyślać, nie zdecydował się na to, a szkoda, bo kto wie, może moja mama byłaby celebrytką tamtych czasów na miarę Anny Lewandowskiej ;) No, ale na poważnie. 
Nie martwiłam się o ewentualny kryzys i depresję, kiedy mój tata przeszedł na emeryturę. Nadal gra w tenisa, dużo chodzi, czyta książki, a nawet od jakiegoś czasu zainteresował się gotowaniem i ... alkoholem domowej roboty :) Rodzice mają małą działeczkę za miastem, taki wiecie, ogródek, który to kiedyś można było zakupić z zakładu pracy. Zaczęło się od tego, że któregoś roku, był taki wysyp owoców, że nikt nie był  w stanie tego przejeść. No więc co zrobić z ich nadmiarem? Wina i nalewki!




Dziś chciałabym podzielić się z wami kilkoma przepisami na domową nalewkę i wino. Są wspaniałe na romantyczny wieczór z ukochanym, spotkanie towarzyskie, czy jako miły dodatek do wieczoru. 
Szczerze polecam!
















Nie wiem czy słowo Smacznego jest tu właściwe, więc napiszę po prostu, że mam nadzieję, że jeśli wypróbujecie któryś z przepisów, nie będziecie zawiedzeni :)



środa, 17 stycznia 2018

Kiedy rodzi się matka.


Jeszcze w czasie trwania kursu na rodziców adopcyjnych, zadałam jednej z pań z ośrodka pewne pytanie, dotyczące wstrząsających wydarzeń o jakich właśnie usłyszałam. Mianowicie młody mężczyzna, zabił z zimną krwią swoich rodziców. Jak to jest, zastanawiałam się, że człowiek jest w stanie podnieść rękę na osoby, które dały mu życie.  
Bo to jest tak, odpowiedziała mi pani psycholog, że ta matka nigdy nie była matką, a ojciec nie był ojcem. Ten człowiek widział w nich tylko dwoje obcych mu osób.
 Drastyczny przykład? Być może, ale dający wiele do myślenia. 




Rodzicielstwo to wielkie wyzwanie. Kiedy więc tak naprawdę stajemy się matką czy ojcem? I co to właściwie znaczy?

Czym jest instynkt?

Według definicji, osobnik w niego wyposażony zachowuje się (lub pragnie się zachowywać) w określony sposób. Jest to również wrodzona zdolność wykonywania pewnych czynności stereotypowych, niewyuczonych, mniej lub bardziej skomplikowanych. 

Czy zatem wynika z tego, że zaraz po porodzie, czy też w przypadku adopcji po pierwszym kontakcie z dzieckiem, będziemy wiedzieć co robić, bo mamy to "zapisane"? Czy tak zwany instynkt macierzyński/ojcowski w ogóle istnieje?

 Spójrzmy na kilka przykładowych sytuacji z życia wziętych:

1) Para osiągnęła już stabilizację zawodową, teraz czują, że kolejnym krokiem jest posiadanie potomstwa. Decyzja nie podyktowana jest żadnym wewnętrznym pragnieniem. Dobrze jednak radzą sobie z opieką nad dzieckiem.

2) Para decyduje się na dziecko. Jest ciąża, rodzi się syn/córka i nic. Pustka. 

3) Para decyduje się na dziecko. Jest ciąża, rodzi się syn/córka. Gdy opadają emocje przychodzą obawy i lęki. Czy będę dobrą matką/ojcem? Czy będę potrafiła kochać swoje dziecko? 

4) Para decyduje się na dziecko. Jest radość ciąży i radość narodzin. Ale po przyjeździe do domu dziecko płacze. Mija kilka dni i dziecko nadal płacze. Wizyta u lekarza nie przynosi rozwiązania. Wykończeni i sfrustrowani rodzice są źli na cały świat. Zastanawiają się, czy ich życie kiedykolwiek będzie normalne.

5) Niepłodna para decyduje się na adopcję, bardzo pragną dziecka, gdy dzwoni TEN telefon są w siódmym niebie. Rzeczywistość nie jest już jednak taka kolorowa. Dziecko ma problemy z adaptacją, nie chce spać, płacze. Rodzice adopcyjni zastanawiają się, czy będą w stanie nawiązać z nim więź. 

Z biologicznego punktu widzenia, nie ma żadnych naukowych przesłanek, mówiących o tym, że istnieje coś takiego jak instynkt macierzyński czy ojcowski. U ciężarnej kobiety wprawdzie może wytworzyć się oksytocyna, hormon przywiązania, ale może on tak samo wytworzyć się u mężczyzn w kontakcie z dzieckiem. Jest to o tyle ważne, że obala mit, jakoby rodzic adopcyjny kochał dziecko inaczej niż biologiczne. Ileż razy słyszałam od ludzi, że "swoje" dziecko kocha się bardziej i pewnie teraz, już na luzie, wznowimy nasze starania. 

Modele miłości macierzyńskiej

Czy każda kobieta powinna zatem kochać swoje dziecko? Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale u nas w Polsce nadal chyba panuje mit, że miłość musi nadejść już w momencie zobaczenia dwóch kresek na teście, a najdalej zaraz po narodzinach. Pewne zachowania narzucone są również przez same kobiety. Kiedy moja koleżanka przyznała się na szkole rodzenia, że nie rozmawia "ze swoim brzuchem", została sparaliżowana wzrokiem innych dziewczyn, a następnie zbesztana za swoją nieodpowiedzialność. Przypuszczalnie, miłość należy już dziecku wyznawać w okresie prenatalnym. A co jeśli tego nie robisz?

No dobrze, ale czy to oznacza, że będąc matką muszę być zawsze uśmiechnięta, entuzjastycznie nastawiona do życia i pięknie wyglądać? Pewnie tak byłoby idealnie, jak to powiadają matka-żona-kochanka w jednym. 

Jednakże świat nie jest zbudowany z czekolady i nikt z nas nie jest robotem. Dziecko zmienia przecież nasze uporządkowane życie o 360 stopni, nagle przestajemy normalnie spać, jeść, pracować, spotykać się ze znajomymi. To może prowadzić do frustracji, a nawet do poczucia winy. Jeżeli do tego dojdą problemy choćby związane ze zdrowiem, to świat nie wydaje się rysować w kolorowych barwach, pomimo naszej radości z posiadania dziecka.

Nasze matki i ojcowie.

Nasi rodzice, świadomie lub nie, przekazują nam pewne wzorce zachowań. Na ile więc powtarzamy schematy wpajane w nas od małego? Z jednej strony denerwują nas pewne rzeczy, a z drugiej nie potrafimy inaczej żyć. A może nie chcemy, bo lepiej trzymać się utartych, "sprawdzonych" metod? 
Doświadczenie pokazuje jednak, że osobom, które nie miały właściwych wzorców w swoich rodzicach, trudno stworzyć prawidłowe relacje z partnerem i dzieckiem. Co więcej, trudno również zauważyć, że istnieje z tym jakiś problem. Bez takiej samoświadomości, zrozumienie i zmiany nie będą możliwe.


W jednym z testów psychologicznych w ośrodku, należało dokończyć zdanie. Część z nich dotyczyła oceny siebie, a część oceny innych osób. Na długiej liście znalazły się między innymi:
* Kocham moją mamę, ale .........
* Chcę mieć dziecko, ale boję się .......
* Gdy myślę o swoim ojcu, czuję ..........
* Najmilsze wspomnienie z dzieciństwa to .............
Na podstawie odpowiedzi, psycholog maluje obraz naszej rodziny i rodziny, którą chcemy stworzyć. Analizuje nasze lęki, obawy, a także wolę pracy nad sobą w drodze do rodzicielstwa. Im bardziej realny obraz, tym łatwiej będzie rodzicom wejść w nową rolę. Na poziomie tych pytań, po części bowiem już stajemy się matkami czy ojcami. Psychologowie twierdzą, że możemy nauczyć się bycia matką i ojcem tak "z siebie" Oznacza to przede wszystkim samoświadomość, poszukiwanie, rozwój i poznanie. 
Stawanie się matką czy ojcem, to bowiem długotrwały proces, mający miejsce w kontakcie ze swoim dzieckiem.

To co z tym instynktem?

Jedni twierdzą, że istnieje, inni zaś, że jest początkiem więzi, która dopiero się wytworzy w procesie pracy, którą musimy wykonać przez następne kilkadziesiąt lat (jak w każdej relacji). Są jeszcze tacy, którzy mówią, że to wymysł ludzki, który ma być punktem odniesienia dla każdej kobiety. Dobra matka równa się matka z instynktem. Zła matka jest jego pozbawiona. Rozstrzyganie więc jak jest naprawdę nie ma sensu. Lęk związany z rodzicielstwem jest naturalny, lecz może stać się przeszkodą do pragnienia dziecka i podjęcia decyzji o nim.

Gdy moja dobra koleżanka przywiozła dziecko ze szpitala, w szczerej rozmowie wyznała, że będzie potrzebowała dużo czasu, by nauczyć się być mamą. Oto ma przed sobą obcą osobę, którą przyniesiono na jej łono i nazwano synem. Trzeba to wszystko na nowo zdefiniować i poukładać.

Gdy czegoś zabraknie.

Wracając jednak do początku mojego posta. Nie będę analizować przypadku morderstwa rodziców. Tu w grę na pewno wchodzą bardzo skomplikowane czynniki, ja sama nie mam wiedzy, by to wszystko wytłumaczyć i zrozumieć. Coś jednak w tej rodzinie się wydarzyło, coś na poziomie relacji mężczyzna-kobieta, matka-syn, ojciec-syn lub jeszcze coś zupełnie innego, nieodgadnionego, co doprowadziło do tak strasznej zbrodni.

wtorek, 16 stycznia 2018

Dom marzeniami budowany.


W trakcie szkolenia, w wielu ośrodkach, kandydaci dostają zadanie napisania dla swojego dziecka bajki adopcyjnej. 




Czym są bajki adopcyjne?

Bajki adopcyjne to proste historie, wprowadzające temat adopcji i w przystępny sposób pomagające zrozumieć jej ideę. Obrazują miłość, która czyni cuda. W księgarniach znajdziecie wiele gotowych i ciekawych pozycji, ale jak wcześniej wspomniałam, można ułożyć ją samemu (w trakcie szkolenia lub po jego zakończeniu)

Jaką bajkę wybrać?

Choć wybór gotowej historii wydaje się prosty, przed zakupieniem książeczki radziłabym przeczytać jej fragment. Dlaczego? Adopcja to bardzo delikatny temat, a nie każdy autor do końca rozumie jej sens. W trakcie kursu przytoczono nam kilka przykładów niewłaściwego podejścia do tematu. Na przykład w jednej z książeczek, bohaterowie to "Pierwsza mama" i "Druga mama" oraz oczywiście tata. Według pani psycholog może być to źle odebrane przez dziecko i wprowadzić zamęt w jego głowie. Mama ma być dla dziecka tylko jedna, dopiero później dojrzewa ono do pojęcia i zrozumienia kto to jest matka biologiczna.

Zwracano nam również uwagę na układanie własnej historii. Bohaterowie powinni być ostrożnie dobrani, czy to będą zwierzątka, czy ludzie, a treść i język odpowiednio dopasowany do wieku dziecka.

Nasza bajka nie bajka

My osobiście nie musieliśmy układać żadnej bajki i choć szczerze mówiąc miałam pomysł na jedną, nigdy jej nie napisałam. Naszą "bajkę adopcyjną" napisało samo życie. 
Dom Marzeniami Budowany, to tytuł opowieści o nas, o naszej rodzinie, miłości, adopcji i więzi z dziećmi. Bohaterami są Mamusia i Tatuś, którzy bardzo chcieli mieć dziecko, ale niestety nie mogli doczekać się potomka. 
Cała książka to w zasadzie album w którym znalazły się dołączone do treści zdjęcia.
Historia i jej język, dostosowane są do małego dziecka, ale mam nadzieję, że będą ładną pamiątką i początkiem do głębszych rozważań na temat adopcji. 







Czy warto czytać dzieciom bajki adopcyjne?

Na pewno tak, choć każde dziecko inaczej je odbierze. My zdecydowaliśmy się opisać prawdziwą historię, ponieważ dziewczynki są zbyt konkretne i potrzebują odniesienia do naszej rodziny, by zrozumieć pewnie rzeczy. Oczywiście różne inne historie i bajki były bazą do wprowadzenia trudnych tematów takich jak choćby brak jednego z rodziców. Na przykład oglądając Księżniczkę Zosię, tłumaczyłam dziewczynkom jakie są relacje między bohaterami (mama Zosi wychodzi za Króla, tym samym stając się mamą dla jego dzieci, a on sam zostaje tatą Zosi) 



Kocham naszą rodzinkę najbardziej na świecie, powiedziała E. kładąc się wczoraj spać...



sobota, 13 stycznia 2018

Amnezja dziecięca, czyli co kryją zakamarki naszej pamięci.


Czasami mój mąż śmieje do mnie "Czy ty wszystko musisz pamiętać?" Wzruszam ramionami i tylko się uśmiecham, bo on wie, że ja po prostu tak mam. Wspomnieniami sięgam dość daleko, nieświadomie zapamiętuję różne wydarzenia i to nie tylko te ważne. Raczej należę do słuchowców i odbieram świat innymi zmysłami niż tylko wzrokiem. Będąc na imprezie na przykład, nie będę pamiętać jak ktoś był ubrany, ale z pewnością na długi czas pozostanie ze mną np. zapach unoszący się w powietrzu. Wydarzenia kojarzą mi się właśnie z zapachami, odczuciami, doznaniami kulinarnymi, wyjątkowymi sytuacjami, także sprzed kilkunastu lat. Najdalej sięgam pamięcią do kilku wydarzeń, kiedy to miałam około dwóch lat. Takich wspomnień jest jednak niewiele.

Dlaczego tak się dzieje, że jedni pamiętają więcej a inni nie? Jak daleko sięgamy naszą pamięcią i jakie są to doświadczenia? Pozytywne, czy wręcz przeciwnie, traumatyczne? 
Dlaczego nie pamiętamy prawie wcale wydarzeń z wczesnego dzieciństwa? Zastanawialiście się kiedyś nad tym?





Dziś chciałabym wam przybliżyć bardzo ciekawe zjawisko nazywane amnezją dziecięcą. 

Czym jest amnezja dziecięca?

Jest to zjawisko polegające na niemożności przypomnienia sobie zdarzeń z pierwszych lat życia. Najwcześniejsze wspomnienia odnoszą się zazwyczaj do czwartego lub piątego roku życia. W psychologii, została ona po raz pierwszy nazwana i opisana przez Zygmunta Freuda, który jest też autorem pierwszej teoretycznej interpretacji amnezji dziecięcej. 
Każdy, kto próbuje sięgnąć pamięcią wstecz, aż do początków swojego życia, napotyka na barierę. Zwróćmy uwagę, że najczęściej opisujemy własne dzieciństwo na podstawie danych formalnych i anegdot rodzinnych, zdjęć. W naszej pamięci zachowały się czasem tylko nieliczne, mgliste wspomnienia. 

Początki

Początkowo amnezją dziecięcą interesowali się głównie specjaliści, zachęcający pacjentów do poszukiwania w zakamarkach pamięci najwcześniejszych wspomnień. Przypuszczano, że głębiej kryją się treści znacznie ważniejsze niż z pozoru mogłoby się wydawać. Analiza wspomnień pozwalała doszukiwać się różnych emocji, konfliktów i dramatycznych zdarzeń, doświadczonych w dzieciństwie z których osoba nie zdaje sobie sprawy, ponieważ zostały zepchnięte do podświadomości. 
Do zrozumienia tego zjawiska w istotny sposób przyczyniły się badania nad pamięcią małych dzieci z ostatnich dwudziestu lat poprzedniego wieku. Rzucają one światło na to, co kryje się w mroku amnezji dziecięcej. 

Kogo dotyczy amnezja dziecięca?

Amnezja dziecięca dotyka wszystkich ludzi. To jedyny rodzaj amnezji, na którą cierpią wszyscy, niezależnie od płci, poziomu inteligencji, cech osobowości, wykształcenia.
Dudycha i Dudycha (1941), powołując się na wyniki badań własnych i innych autorów podają, że średni wiek, do którego odnosi się pierwsze wspomnienie, wynosi u kobiet 3 lata i 6 
miesięcy, a u mężczyzn – 3 lata i 8 miesięcy.

W jaki sposób przeprowadza się badania?

W nowszych badaniach najczęściej posługiwano się metodą wywoływania wspomnień polegającą na tym, że badany podaje pierwsze wspomnienie, jakie nasunęło mu się po usłyszeniu każdego słowa kluczowego, a następnie datuje zebrane wspomnienia. W ten sposób badano ludzi w różnym wieku i ustalano m.in. częstość wspominania zdarzeń z różnych okresów życia. Występuje regularny spadek liczby wspomnień wraz z upływem czasu od zdarzenia. Najwięcej wspomnień odnosi się do ostatnich dni i tygodni. 


Jak na tym tle wygląda amnezja dziecięca? 

Analizując dane z różnych badań wykazano, że liczba wspomnień z pierwszych pięciu lat życia jest niższa niż można się spodziewać. Nie jest funkcją czasu. 40-latek bez trudu przypomina sobie zdarzenia sprzed dwudziestu lat, natomiast 20-latek nie pamięta doświadczeń z pierwszych lat życia.  U osób po czterdziestym piątym roku życia obserwuje się wzrost liczby wspomnień z okresu, gdy mieli 10-30 lat.

Inna metoda badania amnezji dziecięcej polega na celowym przypominaniu sobie określonych zdarzeń. Do badania wybiera się osoby, które przeżyły w dzieciństwie określone zdarzenie, np. narodziny rodzeństwa 
(dzięki czemu można zweryfikować treść wspomnień, odwołując się do relacji osób trzecich, np. rodziców) Osobom badanym zadawano kilkanaście szczegółowych pytań dotyczących zdarzeń poprzedzających wyjazd matki do szpitala, jej pobytu w szpitalu i powrotu z dzieckiem do domu. Z kilku badań przeprowadzonych tą metodą wynika, że od wieku osoby w chwili zdarzenia zależy to, czy jest ono pamiętane i jak dużo szczegółów zachowało się w pamięci. Sheingold i Tenney (1982) stwierdziły, że studenci, którzy mieli mniej niż trzy lata w chwili narodzin rodzeństwa, prawie nic nie pamiętają, natomiast ci, którzy mieli cztery lata lub więcej, podają dużo informacji. Najniższy wiek, w którym pamiętano cokolwiek, wynosił w tych badaniach trzy lata.  Dwunastolatki pamiętały zdarzenie sprzed ośmiu lat równie dobrze, jak dzieci młodsze, dla których było ono mniej odległe w czasie. Również u studentów, którzy wspominali narodziny rodzeństwa po szesnastu latach, nie stwierdzono istotnego pogorszenia wyników.

Jeszcze bardziej granicę amnezji przesunęli Eacott i Crawley (1998; 1999). Autorzy sądzą, że możliwe jest zachowanie przez dorosłych wspomnień z drugiego roku życia, ale wspomnienia takie występują rzadko i zawierają mniej szczegółów niż wspomnienia z okresu powyżej 2 lat. 



Jak się okazuje, nie jest łatwo wyznaczyć granicę amnezji dziecięcej. Chociaż we wszystkich badaniach dotyczących pamięci narodzin rodzeństwa stwierdzano występowanie amnezji, to okres jej trwania określany przez różnych badaczy wahał się od ponad jednego roku do trzech pierwszych lat życia. Granica amnezji nie jest stała, lecz zależy od rodzaju zdarzenia.

Wiarygodność wspomnień.

Poważnym problemem w badaniu amnezji dziecięcej jest wiarygodność wczesnych wspomnień. W literaturze opisywane są przypadki wspomnień, które – jak się później okazało – nie miały pokrycia w faktach. Szczególnie łatwo pomylić fakty, a zwłaszcza źródła informacji: własne przeżycie czy fantazje, wyobraźnia, czyjeś opowiadanie, fotografie, filmy wideo. Do najbardziej znanych należy przypadek J. Piageta, który zachował w pamięci dramatyczną scenę z wczesnego dzieciństwa: dzielna niania ratuje go przed porwaniem. Tymczasem po latach opiekunka wyznała, że opowiedziała rodzinie Piageta tę zmyśloną historię, żeby zyskać nagrodę. 

Paradoks amnezji dziecięcej.

Zjawisko amnezji dziecięcej nie budzi wątpliwości, ale trzeba zauważyć, że jest ono paradoksalne co najmniej z dwóch powodów. 


Doświadczenia z wczesnego dzieciństwa wywierają silny i trwały wpływ na kształtowanie się osobowości człowieka, na życie emocjonalne, postawy wobec ludzi i świata. Jak to się dzieje, że treści, których nie pamiętamy, ujawniają się w naszym zachowaniu? 

Z badań wynika, że pamięć jest gotowa do działania już w momencie narodzin dziecka. Od pierwszych chwil życia dziecko rejestruje swoje doświadczenia w pamięci, czego przejawem jest powstawanie choćby odruchów warunkowych. Pod koniec pierwszego roku życia w zachowaniu dziecka można rozpoznać przejawy funkcjonowania wszystkich wyodrębnionych dotychczas systemów pamięci . Co więcej, u noworodków obserwuje się zachowania będące przejawem pamięci doświadczeń z okresu prenatalnego. Noworodek woli słuchać głosu swojej matki niż głosu innej kobiety, preferuje język ojczysty matki, w porównaniu z innym, a nawet zmienia rytm ssania tak, żeby słyszeć tekst powtarzany wielokrotnie przez matkę w ostatnich miesiącach ciąży. 



Paradoksem jest więc to, że chociaż pamięć funkcjonuje od chwili narodzin człowieka, a może nawet w okresie prenatalnym, to pamięć autobiograficzna nie obejmuje pierwszych lat życia.

Pamięć o wydarzeniach traumatycznych.

W związku z hipotezą psychoanalityczną pojawia się też pytanie: jak dzieci pamiętają zdarzenia traumatyczne? Czy przeżycia takie zapisują się szczególnie silnie w pamięci, czy też – jak sądził Freud – są tłumione i spychane do podświadomości? 
Wiedza ta jest niezbędna w szczególności dla nas, rodziców adopcyjnych. Sięgając wraz z dzieckiem do zakamarków jego pamięci, możemy pomóc mu poradzić sobie z przeszłością.

Niewiele jest na ten temat badań, bo nikt przecież nie aranżuje sytuacji traumatycznych dla celów eksperymentalnych.
Klinicystom znane są przypadki trwałego i wiernego pamiętania zdarzeń traumatycznych nawet w drugim roku życia. Na przykład dziewczynka, która w wieku szesnastu miesięcy przeżyła katastrofę lotniczą, jeszcze po upływie dziesięciu miesięcy potrafiła ją opisać i odtworzyć przy użyciu zabawek. 



 Dzieci długo pamiętają także silne kary cielesne, mimo że najczęściej są one wymierzane przez najbliższych opiekunów i rzadko mówi się o nich głośno.

Małe dzieci szczególnie dobrze pamiętają przykre zdarzenia związane z własnym ciałem, takie jak skaleczenia, urazy, upadki, zastrzyki, poparzenia.  Do kategorii stresujących zdarzeń związanych z własnym ciałem należą też badania i zabiegi medyczne.


Jeszcze jednym świadectwem dobrej pamięci zdarzeń traumatycznych jest syndrom stresu pourazowego występujący zarówno u dorosłych, jak i u dzieci. Jego składnikiem są natarczywe wspomnienia, powracające w snach i na jawie, doświadczane z silnymi emocjami i poczuciem ponownego przeżywania zdarzenia. Tragiczne doświadczenia są dobrze pamiętane zarówno przez więźniów obozów koncentracyjnych, jak i przez świadków morderstwa. Syndrom stresu pourazowego. Wielu pacjentów poddanych psychoterapii skarży się na przemoc doznaną w dzieciństwie, którą zawsze pamiętali. 

Wyraźne są jednak różnice we wspomnieniach dzieci młodszych i starszych. Dzieci, które w chwili zdarzenia traumatycznego miały więcej niż trzy lata, potrafią odpowiadać na szczegółowe pytania i opierają się przy tym na żywych wspomnieniach wizualnych. Natomiast młodsze dzieci nie są zdolne do obszernych, spójnych relacji z przeżytego zdarzenia, chociaż okazjonalnie podają różne szczegóły. 



Wyniki badań świadczą, że już dzieci 2- i 3-letnie pamiętają przykre doświadczenia przez długi czas, a silna trauma bywa u dzieci, podobnie jak u dorosłych, przedmiotem natarczywych wspomnień. 

Podsumowanie.

Brak wspomnień z pierwszych lat życia ciągle jeszcze stanowi zagadkę trudną do rozwiązania, mimo że znany jest od dawna.
Być może w mrokach amnezji dziecięcej kryją się treści z różnych powodów niedostępne świadomości. Niektóre z nich mogą wywierać wpływ na zachowanie, chociaż nie docierają do świadomości. Jednakże jest prawdopodobne, że większość wczesnych doświadczeń albo uległa zapomnieniu, albo podlegała stopniowym przekształceniom i zachowała się w formie tak zmodyfikowanej, że nie można już odzyskać początkowego doświadczenia.





Osobiście chciałabym, żeby dziewczynki zapamiętały jak najwięcej pozytywnych wydarzeń ze swojego życia. Zgromadzenie ich pomoże im z pewnością w przyjęciu różnych trudnych informacji, choćby o swoim pochodzeniu. Zauważyłam, że pierwsze wspomnienia zaczęły tworzyć się około drugiego roku życia. Dla testu, zadawałam pytania dotyczące wydarzeń, o których nigdy nie rozmawialiśmy, nie mamy też zdjęć. Ale czy to oznacza, że będą to ich pierwsze wspomnienia? To mogę stwierdzić dopiero za kilka lat.  Jak wyjaśnia psycholog Jarosław Żyliński, nasz mózg robi screenshoty z momentów najbardziej emocjonujących. W momencie, kiedy dzieje się coś ważnego, mamy poczucie, że czas płynie wolniej. Właśnie wtedy mózg zbiera jak najwięcej informacji, mając mocno otwartą pamięć emocjonalną. Zapisuje nawet rzeczy zupełnie niepotrzebne, wszystko. Niektóre się z czasem wytrą, ale część pozostanie.




* Post powstał na podstawie pracy Marii Jagodzińskiej pt. Amnezja dziecięca.Dlaczego nie pamiętamy wczesnego dzieciństwa? Wydział Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa. www.kul.pl

piątek, 12 stycznia 2018

Kto odwiedza nasz ogródek?


Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że wreszcie nadeszła zima, gdyż te -2 stopnie i odrobina puchu to tylko namiastka tego, co pamiętam z dzieciństwa, ale lepsze to niż nic. Nie jestem jakimś specjalnym fanem ujemnych temperatur, należę raczej do tych ciepłolubnych, ale czasem tęsknię do chwil, w których szłam do szkoły w grubych śniegowcach, a śnieg pod nimi skrzypiał tak, że specjalnie tworzyliśmy pewnego rodzaju muzykę. 



Śniegu może jak na lekarstwo, ale że temperatury ostatnio coraz niższe, to chętniej odwiedzają nas w ogródku goście :)




















Kot sąsiada ;) 

Ciekawe, czy choć raz uda się zabrać dziewczynki w tym roku na sanki. Niby "Idzie luty podkuj buty", ale czy to przysłowie ma jeszcze potwierdzenie w rzeczywistości? 




czwartek, 11 stycznia 2018

Adopcja wbrew woli.


Ucięłyśmy sobie z moją mamą wczoraj dość długą pogawędkę przy kawie i chciałabym podzielić się z wami pewną historią, którą mi opowiedziała. 

Nie dalej jak w zeszłym tygodniu, zastanawiałam się nad dylematami moralnymi i trudnymi decyzjami z jakimi przychodzi nam się zmierzyć. (http://naszmalyswiatek.blogspot.com/2018/01/bez-mojej-zgody-czyli-o-dylematach.html ) Niestety przypadek, o którym wam opowiem, potwierdza, jak ważne jest odpowiedzialne podejście do sprawy, gdyż nasze decyzje mogą na zawsze zmienić czyjeś życie. 

Córka koleżanki mojej mamy, adoptowała dwoje dzieci, dziewczynkę i chłopca, biologicznie ze sobą nie związanych. Obecnie oboje są w wieku szkolnym. Ale to nie o nich chcę dziś napisać, a o matce dziewczynki. Zaszła w ciążę, kiedy miała 18 lat. Mieszkając na małej wsi, spotkała się z ogromnym odrzuceniem ze strony społeczeństwa i pogardą wobec swojej osoby. Jej rodzice w zasadzie za nią podjęli decyzję, że dziecko to jest wstydem dla całej rodziny i zostanie oddane do adopcji zaraz po urodzeniu. Tak się też stało. Pomimo tego, że do samego końca nie była przekonana co do tej decyzji, zrzekła się praw do swojej córki. 

Patrząc na tę sytuację ze strony rodziców adopcyjnych, to można powiedzieć, dziecko jak marzenie. Nie z rodziny patologicznej, zdrowy noworodek. Inny pryzmat to rodzice tej dziewczyny. Oddając to dziecko, oddali przecież swoją wnuczkę. Kompletnie tego nie potrafię zrozumieć. Ważniejsze było dla nich to, co powiedzą na wsi, niż dziecko ich córki. I wreszcie sama matka biologiczna, która wbrew sobie oddała dziecko, które przez 9 miesięcy nosiła pod sercem. Dramatem jest tu nie tylko to, że przez całe swoje życie będzie myślała o nim, gdzie jest, co robi, czy jest szczęśliwe, ale również to, że jej własna rodzina, nikt jej nie pomógł. 

Staram się nie oceniać wyborów innych ludzi, ale po prostu tak najzwyczajniej w świecie czegoś tu nie rozumiem. Bo mamy 18-latkę, w zasadzie dorosłą osobę, która nie ma na tyle siły, odwagi i być może dojrzałości, by podjąć trud wychowania dziecka. I mamy rodziców, którzy podejmują za nią tak traumatyczną decyzję, rzutującą na całe jej życie. Obecnie dziewczyna ma 28 lat. Kto wie jak jej życie się ułożyło. Może skończyła studia, ma dobrą pracę, męża i gdyby tylko ktoś jej pomógł, wszystko byłoby inne.



Kiedyś mieszkało nade mną małżeństwo z dwójką dzieci. Lubili imprezy, ale nie byli rodziną patologiczną. Kiedy pani miała 33 lata, została...babcią. Jej 14-letnia wtedy córka, Kinga, była w ciąży. Zresztą jak łatwo policzyć, ona sama też nie osiągnęła pełnoletności przy pierwszym swoim porodzie. Urodziła się dziewczynka, którą w zasadzie moja sąsiadka wychowała jak swoją córkę, gdyż jej osobista latorośl, była bardziej zainteresowana randkami niż własnym dzieckiem. Po ukończeniu 18 lat, Kinga wyjechała do Anglii. Jej matka nadal sprawowała opiekę nad jej dzieckiem, (oczywiście nie formalnie) a mała mówiła do niej "mamo". Obecnie nadal przebywa za granicą, wyszła za mąż za dużo starszego od siebie pana, dobrze jej się powodzi. Kilka lat temu, ku rozpaczy swej matki, przyjechała do Polski, żeby zabrać swoją córkę... 

Dwie sytuacje i dwa różne podejścia do problemu, jakim była niechciana ciąża. Nie oceniam tu wpływu całej sytuacji na dziecko, nie jestem specjalistą od tego, ale tak się zastanawiam po ludzku nad wyborami i ich konsekwencjami. Nikt się nigdy nie dowie, co by było gdyby, nikt nie ma szklanej kuli, żeby wiedzieć co jest najlepsze, dlatego dochodzę do wniosku, że nasze decyzje muszą być mądre i odpowiedzialne, zwłaszcza jeśli dotyczą czyjegoś życia.

wtorek, 9 stycznia 2018

Dzień, w którym moje dzieci dowiedziały się prawdy o swoim pochodzeniu, czyli o jawności adopcji słów kilka.


Od samego początku naszej adopcyjnej drogi byliśmy przekonani o słuszności jawności adopcji. W trakcie szkolenia w ośrodku, poświęcono temu tematowi osobne spotkanie, na którym ku mojemu zdziwieniu dowiedzieliśmy się, że nie każdy myśli w ten sam sposób co my. Niektórzy otwarcie przyznają, że nie mają zamiaru powiedzieć dziecku o przysposobieniu, aż do czasu uzyskania przez niego pełnoletności.



Dlaczego wychowanie w jawności adopcji jest takie ważne

Każdy człowiek ma prawo wiedzieć skąd pochodzi. Czytając świadectwa dorosłych już adoptowanych, dowiadujemy się, że najbardziej ubolewają nad tym, że zostali oszukani i żyli w kłamstwie.  Kochali swoich rodziców, ale czuli żal, że przez tyle lat ich świat nie był prawdziwy. Jak wspominają, nie raz mieli przeczucie, że coś jest nie tak, niektórzy nawet mieli sny-wspomnienia np. z pobytu w rodzinie zastępczej. Dopiero gdy dowiedzieli się prawdy, pewne rzeczy zaczynały mieć sens.
Dziecko prędzej czy później pozna prawdę. Pytanie tylko, czy zdążymy mu sami ją przekazać, czy zrobi to za nas jakaś "życzliwa" osoba? 

Kiedy powiedzieć dziecku o adopcji?

Eksperci twierdzą, że jak najwcześniej. Dziecko bowiem dorasta w przekonaniu, że jest to naturalne i przyjmuje prawdę, poznając coraz więcej szczegółów na jej temat. 

No właśnie. Opowiem wam jak to było u nas. Jak wyglądał ten dzień, w którym dziewczynki po raz pierwszy usłyszały prawdę. 
Szczerze? Naprawdę nie myślałam, że to tak szybko nastąpi. Możecie wierzyć lub nie, ale ja po części zapomniałam (albo po prostu nie myślałam o tym), że dzieci się rodzi. Dla mnie one się rodzą. A to co innego. Moje kruszynki, których cały świat  obracał się wokół butelki z mlekiem i zabawy, nagle stały się rozumnymi istotkami, które zaczęły zadawać pytania. Wiedzieliśmy, że już zaraz, za chwilę padnie to najważniejsze, dotyczące pochodzenia. 

Od samego początku oglądaliśmy razem zdjęcia, ale dziewczynki nie kojarzyły i nie łączyły faktów. Czytaliśmy też bajki, w których zwracaliśmy uwagę na pewne aspekty, ale dla nich to wszystko były bajki, historie, z którymi absolutnie się nie identyfikowały. Bajki adopcyjne sprawdziły się tylko jako wprowadzenie tematu, natomiast by przenieść to konkretnie na naszą rodzinę trzeba było prosto, bez ogródek powiedzieć o adopcji. Dobry moment nastąpił, gdy zaczął być widoczny brzuszek ciążowy mojej dobrej koleżanki. Zaczęłam opowiadać dziewczynkom, że tam jest dzidziuś, że ciocia go nosi 9 miesięcy a potem się urodzi i będzie rósł i rósł aż stanie się tak duży jak one. Zdawałam sobie doskonale sprawę z tego, że będzie to prowadzić do większej ilości pytań. I tak się też stało.

"A ja też byłam u ciebie w brzuszku?" "Czy ja też się urodziłam?" "Czy ty też miałaś taki duży brzuszek?" to tylko kilka pytań, które usłyszeliśmy. Wzięłam głęboki oddech i spokojnym tonem odpowiedziałam. 

Reakcja dziecka


Prawdy nie należy się obawiać. Nie należy się też obawiać reakcji dzieci. One dopiero się uczą, poznają siebie, poznają świat. Nie rozpłaczą się na wieść, że zostały adoptowane. Jak twierdzą psychologowie, do 5 lat, dziecko nie jest w stanie pojąć, czym jest adopcja. Ono ma swoją mamę i tatę, a prawda o jego pochodzeniu jest tylko informacją, że urodziło się w "innym brzuszku" 

Co powiedzieć a czego nie.

Dziecko przyjmuje prawdę o swoim pochodzeniu przez całe życie. Należy mu ją dawkować, odpowiednio do wieku. Zapytałam kiedyś w ośrodku, czy jeśli znamy brutalne szczegóły z życia dziecka, to czy powinniśmy mu je przekazać. Otrzymałam odpowiedź, że nie. Małemu dziecku bowiem, należy się informacja, że zostało przysposobione, natomiast w wieku dorosłym, jeżeli będzie wykazywało wolę rozmowy na ten temat, możemy przekazać mu wszystko co wiemy. 

Czy wszystkie dzieci szukają swoich biologicznych rodziców?

Doświadczenie mówi, że większość dzieci nie szuka swoich biologicznych rodziców. Dzieci adoptowane jako niemowlęta mają żal do swoich rodziców, że zostały porzucone, natomiast starsze dzieci pamiętają traumę "tamtego życia" i nie chcą do niego wracać. Prawie zawsze natomiast, dzieci szukają swojego rodzeństwa, zwłaszcza po śmierci swoich adopcyjnych rodziców, kiedy to czują, że zostały same (dotyczy to w szczególności jedynaków)

A co z dziećmi starszymi pamiętającymi swoje rodziny biologiczne?

Tu bywa różnie. Podawałam wam już kiedyś przykład koleżanki, która adoptowała 5-latkę, gdzie dziewczynka wyparła ze świadomości swoich rodziców biologicznych (po przeżytej traumie) i przyjęła jedyną, swoją wersje wydarzeń, w której mama i tata długo jej szukali, aż wreszcie znaleźli. Matkę biologiczną nazywa "tamtą panią", "czarownicą" i nie chce o niej rozmawiać. 

Trudno wyczuć na ile dziecko jest otwarte na prawdę o sobie. Na pewno warto podejmować taki dialog, by nie zostało z tym wszystkim samo. Pomimo tego, że wiele pamięta, musi również pogodzić się z prawdą o tym, że nie urodziło się z brzuszka mamy. 

Dla nas, rodziców adopcyjnych, cały proces jawności adopcji może się wydawać skomplikowany. Począwszy od pierwszej informacji o  pochodzeniu dziecka, do pytań o szczegóły porzucenia. Przy dzieciach starszych dochodzić może jeszcze odebranie praw rodzicielskich. Tematy trudne, ale warto rozmawiać o tym jak najwcześniej, by dialog był naturalny. Dziecko musi mieć pewność, że na każdym etapie swojego życia może przyjść do rodziców i uzyskać odpowiedź na swoje pytanie, albo przynajmniej wsparcie. 

A jak jest teraz u nas?


No cóż, trudno do końca stwierdzić, na ile prawda została przyjęta przez nasze dzieci. Młodsza jest jeszcze według mnie zbyt mała, by coś zrozumieć. Na razie jest na etapie takim, że przychodzi do nas, kładzie główkę na kolanach i mówi "moja mamusia", "mój tatuś"
Starsza ma takie przebłyski. Czasem niczym Filip z konopii wyskoczy z różnymi tekstami. 

(oglądając zdjęcia)
- Mamusia, a gdzie jest J. ? U babci i dziadka?
- Nie kochanie, J. jeszcze nie było wtedy, jeszcze się nie urodziła.
- Była u ciebie wtedy w brzuszku?
- Nie, nie była u mnie w brzuszku, pamiętasz? Mój brzuszek był chory i J. nie mogła być u mnie.
- No tak, to pewnie była u tatusia w brzuszku.
- Nie, nie była u tatusia, tatusiowie nie noszą w brzuszku dzieci.
(taka odpowiedź wystarczyła i pobiegła się bawić)

Zauważyłam, że na nic planowanie rozmowy o poważnych rzeczach, pytania dzieci wychodzą naturalnie i spontanicznie. Można się ich spodziewać w każdej chwili i trzeba być na nie przygotowanym. Będę was informować na bieżąco jak to wszystko wygląda.

A co przyniesie przyszłość? Ja żyję nadzieją, że jeśli kiedyś moje dzieci będą chciały poznać swoich rodziców biologicznych, to zabiorą nas w tę podróż ze sobą.