sobota, 24 lutego 2018

Patologia mojego dzieciństwa.





Tak sobie siedzę, myślę i dochodzę do wniosku, że z moim dzieciństwem chyba było coś nie tak. Jak ci rodzice w ogóle sobie radzili? Nie było książek z poradami, były tylko stare ciotki, które z pokolenia na pokolenie przekazywały złote rady, czasami w stylu "Włóż Rozalkę do pieca  na 5 Zrowasiek" O czymś takim jak internet w ogóle nie wspomnę.  No właśnie. Tu chyba zaczyna się pewna patologia mojego dzieciństwa. 

Zacznijmy od tego, że na co dzień doświadczałam pierwszego stopnia zagrożenia życia. Byłam przewożona w samochodzie na kolanach, czy też w torbie dla niemowląt (którą można obecnie kupić, ale na pewno nie służy ona do bezpiecznego transportu dziecka), bo o fotelikach samochodowych nikt wtedy nie słyszał. Jako kilkulatek najchętniej stałam z tyłu, pośrodku samochodu, żeby móc więcej zobaczyć. Oczywiście bez jakichkolwiek pasów. Czy ktoś tym się przejmował? Gdzie tam! Nikt nie pomyślał, że w przypadku zderzenia z czymkolwiek, wylecę przez przednią szybę z takim impetem, że nie będzie czego zbierać. Nie pomyśleli ustanawiający prawo, a tym bardziej moi rodzice.

Więcej? Proszę bardzo. Ucząc się chodzić dostałam od mojej cioci w spadku po jej córce chodzik. Uznawany obecnie za bardzo niebezpieczny, wtedy był hitem. Co z tego, że upadałam po kilka razy dziennie, zwykle zaczepiając się o próg czy dywan. Ktoś tam zawsze mnie podniósł i najlepsze, że był dumny ze mnie, że nie płakałam tak długo. Kolekcja guzów i obdartych części ciała zasługiwała na medale. 
Zresztą cały dom chyba nie do końca był przyjazny dziecku. Jak dziś pamiętam opowieść mojej mamy, jak to jako maluch, zdjęłam ze ściany chłopczyka murzynka, przypiętego szpilką do maty, która wisiała nad łóżeczkiem niemowlęcym. Mata na łóżeczkiem. Maskotki. To nic. Ale szpilki?! Skończyło się tym, że wyciumkałam murzynkowi włosy i miałam całą czarną buzię ku uciesze moich rodziców.
Dość wcześnie spałam juz na tapczanie. Takim normalnym, dla dorosłych. Nie sądzę, żeby na podłodze leżały poduszki w razie jak spadnę. Rodzice nie bali się. Kładli mnie po prostu na środku, albo przy ścianie. I co? Przeżyłam. Większość z moich koleżanek miała takie tapczany. Standard. Pamiętam go bardzo dobrze. To tam wrzucałam niechcianą multiwitaminę, z której zlizywałam tylko wierzchnią warstwę, bo była słodka.

Idźmy dalej. Zdrowie. Ciągle miałam wysypki. Musiałam przyjmować leki, ponieważ nikt nie pomyślał, że może mam uczulenie na jakiś produkt, albo został mi podany za wcześnie. No, ale kto wtedy o tym myślał. Orzechy, truskawki w wieku kilku miesięcy? A jakże. W czym problem. Zdrowiutkie, pełne witamin. Nie było przecież określone od którego miesiąca co jeść. Normy żywienia. Phi, też mi coś. 
Cóż za wygoda móc teraz otworzyć słoiczek z napisem odpowiadającym wiekowi twojego dziecka, sama z nich przecież korzystałam. Ale jako dziecko często pocierałam stopę o stopę, bo tak mnie wszystko swędziało. Czy był to problem? Ależ nie. Szło się do lekarza, który przepisywał odpowiednie leki i żyło się dalej. Rodzice nie biegali po specjalistach próbując doszukiwać się głębszych problemów. 

Kiedy byłam starsza, nie było lepiej. Weźmy na przykład taki zwykły dzień, jak dziś. Po szkole szłam do dziadków, którzy mieszkali niedaleko i czekałam na rodziców aż skończą pracę i zabiorą  mnie do domu. Nikt nie organizował mi popołudnia, zjadałam obiad i albo odrabiałam lekcje, albo szłam na podwórko pobawić się z innymi dziećmi. Nikt też za bardzo nie interesował się tym co robimy. Dziadkowie wiedzieli, że jesteśmy na podwórku i tyle. Czasem wyglądali przez okno. A my? Łaziliśmy po drzewach, robiliśmy domki w krzakach i obserwowaliśmy ludzi. Czasem zbieraliśmy biedronki do pudełek po zapałkach, które zabierałam potem dla babci, żeby położyła na kwiatkach, które miały mszyce. Nie zastanawialiśmy się, czy to obrzydliwe, czy nie, po prostu kto miał ochotę to brał na ręce jakieś stworzonko, jeśli nie to nie. Chłopcy oczywiście najchętniej zbierali jakieś żuczki, czy dżdżownice. Czasem przecinali je wpół, pokazując nam jak radzą sobie bez części swojego ciała. Nikt nie chodził do domu, żeby się załatwić. Sikaliśmy po krzakach, koleżanki pilnowały innych dziewczyn, żeby broń Boże żaden chłopak nas nie podejrzał. Miałyśmy do tego specjalną metodę, do pilnowania najlepiej nadawała się ta, która miała najszerszą sukienkę. 
Czasami zbieraliśmy też szkła. Dziewczyny wykorzystywały je do robienia tak zwanych sekretów, czyli kompozycji kwiatowych, które potem zakopywały w ziemi, a chłopcy w tym czasie szkłem ryli w ziemi. Gdy któryś się zranił, mama nakładała mu na ranę jodynę, a jego odgłos cierpienia słyszała cała ulica. 
Ale najlepsza zabawa była na dawnym schronie, który stał przed blokiem moich dziadków. Nie każdy umiał na niego wejść, był bowiem dość wysoki, ale ja nauczyłam się odbijać od chodnika niczym piłeczka i  zwykle udawało mi się znaleźć w gronie szczęśliwców. Reszta musiała stać.  Niestety schron był zamknięty, ale godzinami wysłuchiwaliśmy historii niektórych chłopaków, którzy to opowiadali, jakoby mieli kiedyś znaleźć się w środku i chodzić ciemnymi korytarzami zbudowanymi jak labirynt. 

Ja osobiście najbardziej byłam dumna z drzewa stojącego obok. Babcia mówiła mi, że to właśnie ona je zasadziła, kiedy to przeprowadzili się tam po wybudowaniu bloku. Ogromna wierzba z pochyłą gałęzią, stała się zatem czymś, co sprawiało, że rosłam w oczach rówieśników. Nie każdy był przecież posiadaczem drzewa. Zdarzyło się nawet, że chciałam pobierać drobne opłaty za siedzenie na gałęzi, oczywiście tylko od tych, których nie lubiłam. 
Babcia nigdy mnie nie szukała. Czekała jak przyjdę sama do domu. Nie wiem nawet, czy miałam wtedy zegarek. Pewnie nie. Stwierdzam więc z całą pewnością, że moi dziadkowie byli nieodpowiedzialni. Eh, zupełnie się mną nie zajmowali.

A dziś? Dziś mamy wszystko czego można zapragnąć, żeby życie było łatwiejsze. Ale czy jest? 
Na każdym kroku standardy i ograniczenia. Nie twierdzę, że są złe. Wręcz przeciwnie. Cieszę się, że wprowadzono chociażby foteliki samochodowe. Przy obecnym ruchu drogowym, nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Ale wydaje mi się, że czasem brak nam takiego zwykłego luzu, uczucia, że nie muszę mieścić się w ramkach, żeby nadal być normalnym. Jak to? Twoje dziecko ma już tyle i tyle lat i jeszcze nie robi tego i tego? Co rusz można usłyszeć takie stwierdzenia od naszych koleżanek. Do tego musi mieć odpowiednie standardy zachowania, najlepiej takie, żeby rodzicom było wygodnie. A kto u licha powiedział, że moje dziecko musi zawsze być czyste i być jak mały dorosły?  

Odgórne przepisy usprawniające nasze życie są potrzebne, ale sami narzucamy sobie też pewne zachowania, które sprawiają, że zamiast cieszyć się drobnymi rzeczami, stajemy się ich niewolnikami. No bo czegoś tam nie wypada, bo coś tam się już powinno, bo ktoś tam czegoś nie może. Zaraz przypomina mi się taka rubryka w kolorowym pisemku dla młodzieży pt. Bravo z opisem doświadczeń seksualnych i zdania typu - Mam 12 lat, jeszcze tego nie robiłam, co jest ze mną nie w porządku.

Zdaję sobie sprawę z tego, że tamten świat już nie wróci. I nie powiem. Ciężko byłoby mi żyć bez choćby zmywarki, internetu, komórki... A może nie? 
Porównując czasy w których przyszło mi wychowywać moje dzieci, z tymi w których ja dorastałam, stwierdzam, że naprawdę doświadczyłam patologii. Znając wszystko to, co jest obecnie dostępne, drżę na samą myśl, że miałabym wypuścić dziecko samo na podwórko, albo nie przypiąć pasami w samochodzie. Ale z drugiej strony, staram się nie dać zwariować. Przecież mogę być ostrożna i mądra (na ile tylko mi się uda) i nie muszę doszukiwać się złego we wszystkim. Moje czasy, to nie były normalne czasy. To już ustaliliśmy. Ale co tam. Byłam szczęśliwa. I choć młodsze pokolenie dziwi się jak to możliwe, że dorastałam bez komórki i jeszcze żyję, to ja im mówię, że żyję. I mam się bardzo dobrze. Dziecko z patologicznych czasów. I może choć małą cząstkę tej patologii uda mi się przekazać moim dzieciom.







26 komentarzy:

  1. Izzy, wiadomo: najlepsze lata (w dodatku najlepszy rocznik, co nie? :P)
    Kiedyś takie rzeczy były normalką, teraz byłyby szokiem. Ale myślę, że bardzo duży wpływ ma na to tzw. opinia społeczna, która sprowadza się do komentarzy w necie. Wystarczy poczytać, co piszą ludzie, gdy jakiemuś dziecku przydarzy się coś złego. Nikt nie docieka, jak było naprawdę - od razu wieszają psy na rodzicach/opiekunach. Oni przeżywają tragedię, a komentujący ich dobijają, bo już wydali wyrok. Zresztą nawet sądy utwierdzają ich w tym przekonaniu. Ostatnia głośna sprawa: chłopiec na placu zabaw wpadł do studzienki, do dziury w ziemi. Na oczach ojca. Jeśli ktoś, tak jak ja, spodziewał się surowej kary dla miasta, odpowiedzialnych służb, to bardzo się zawiódł. Ukarani zostali rodzice za nieodpowiednią opiekę! Bo zbyt małą karę ponieśli tracąc syna. W głowie się nie mieści... W związku z tym w ogóle nie dziwię się, że rodzice trzęsą się nad dziećmi, odprowadzają, przyprowadzają, nie spuszczają z oka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie się z Tobą zgadzam. Kogoś innego wytyka się palcami najlepiej. Kiedyś pewnie też tak było, zwłaszcza w mniejszych społecznościach, może nawet i gorzej, ale przynajmniej nie było internetu, gdzie obsmarowywali komuś tyłek tak naprawdę nie znając wszystkich szczegółów. Dziś liczy się sensacja, wiadomo.

      Ale mam koleżankę, która często nie wie, gdzie jest jej córka (13 lat) Mała jest roztrzepana i mimo, że ma komórkę to ciągle jej zapomina. Po szkole łazikuje z koleżankami i kolegami z klasy i wraca do domu np. po 2h, albo jeździ na rowerze. Koleżanka się przyzwyczaiła do tego. To chyba tak jak kiedyś, rodzice po prostu zakładali, że nic złego się nie wydarzy. Dziś o to trudniej, bo masz możliwość kontroli choćby za pomocą telefonu, więc jak nie odbiera to już się denerwujesz.

      Ciekawe jak ja do tego będę podchodzić ;) Pisałam już w temacie miłości w poście o Adoratorze, że musze kupić łopatę na przyszłego zięcia, więc różnie to ze mną może być haha ;)

      Usuń
    2. Zgadzam się z Ahają (chociaż najwyraźniej jestem z "gorszego" rocznika :P). Rodziców i wszelkich innych opiekunów natychmiast obwinia się dzisiaj za wszystko, tymczasem według mnie nawet najlepsza opieka nie zapobiegnie w 100% wypadkom. Czasami mam wrażenie, że jest wręcz przeciwnie, bo starsze dzieci nauczone samodzielności są bardziej świadome i umieją się same pilnować. Przykładów nie trzeba daleko szukać. Izzy, pisałaś kiedyś o tej rodzinie, która miała "bezpieczny dom", a dziecko i tak prawie powiesiło się na sznurku od rolety... To mówi samo za siebie. Moja córka z kolei wyrżnęła jakiś czas temu głową o kuchenną podłogę i to będąc ze mną, ba, trzymając się mojej nogi! Na szczęście nic się nie stało, ale gdyby co, to internet zapewne grzmiałby, że nie powinnam mieć nawet kwiatka, a co dopiero dziecka.
      Z jednej strony dobrze, że my jako rodzice mamy większą wiedzę i większe możliwości, niż miały nasze mamy. Jednak z drugiej, przyznaję, że ta medialna paranoja mnie męczy. Co człowiek nie zrobi, to źle... Nawet jeśli masz fotelik samochodowy droższy od samochodu, to i tak znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że jest nieodpowiedni - za twardy, za miękki, za niski, źle wyprofilowany etc. Myślę, że na dłuższą metę przesadne chuchanie i dmuchanie jest dla dziecka szkodliwe. Kiedyś przecież będzie musiało nastąpić zderzenie z rzeczywistością, która nie jest ani przewidywalna, ani bezpieczna...

      Usuń
    3. Wypadki zdarzały się zawsze. Ja równie dobrze mogłam się wiele razy zakrztusić małymi elementami tych maskotek, które wisiały na ścianie. Tak się nie stało na szczęście. Ale tak jak mówisz, można żyć w prawie idealnie bezpiecznych warunkach (jak pisałam o tej rodzinie) a i tak coś może się wydarzyć. U nas niedawno młodsza córka spadła z 4 schodków, bo schyliła się do przodu po jakąś zabawkę. Byłam obok. Nie zdążyłam dobiec. Zła matka.
      Wiedzę może i mamy, ale czy faktycznie da się przygotować na wszystko? Tak jak piszesz. Paranoja. Chuchanie dmuchanie i do tego jeszcze ramkowanie typu "bo dziecko w tym wieku coś tam już powinno, a jak tego nie robi to coś z nim nie tam" I wtedy biegaj po lekarzach, gdy w rzeczywistości dziecko zdrowe jak ryba.

      Usuń
  2. Ja najlepiej z tych "naszych" czasów wspominam brak internetu i wieczne przebywanie na podwórku :) tak jak piszesz, nikt nad nami nie skakał, nie pilnował, dzieci zajmowały się same sobą i potrafiły się bawić - bo dziś obserwując niektóre dzieci znajomych czy rodziny mam wrażenie, że dzieci nie do końca potrafią się bawić, albo raczej są znudzone wszystkim, bo mają i dostają wszystko o czym tylko zamarzą. Jak ja dostałam lalkę to bawiłam się nią przez najbliższy rok, dawałam jej imię i spałam z nią codziennie, a dziś nowa zabawka jest na przysłowiowe "5 minut" i ląduje w kącie. To takie moje obserwacje :)
    Jak zapytałam ostatnio chrześniaka co chciałby dostać ode mnie na urodziny to najpierw wpadł w głeboką zadumę, potem zauważyłam, że zaczyna się nerwowo rozglądać po swoim pokoju, a na koniec spojrzał na mnie i ze łzami w oczach odpowiedział: "Ja nie wiem co mógłbym chcieć, bo już wszystko mam, proszę pomóż mi coś wymyślić..." :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja dokładnie też tak wspominam moje dzieciństwo. Siedzieliśmy non stop na dworze bawiąc się w różne gry, a jak sobie przypomnę jakie sztuki robiłam na trzepaku to rany julek dobrze, że moi rodzice tego nie widzieli :D:D Na samą myśl mi słabo, swoim dziewczynom bym nie pozwoliła :P

      Wiesz, staram się nie kupować wielu zabawek, dokładnie z tego powodu o którym piszesz. Kupuję takie rozwijające czyli plastelina (dziewczyny uwielbiają Play Doh) albo piasek kinetyczny, albo foremki do piasku, czy wózek. Ostatnio dostały taki zestaw do parzenia herbaty, gotują też na kuchni i to jest fajne. Ale znajomi i część rodziny jest niereformowalna. Tyle razy mówiłam np. że dziewczyny lalkami się nie bawią, to już dostały kilka lalek, które leżą, jednej nawet nie odpakowałam. Jedyną lalkę, którą starsza lubi to Elsa ;) Ale to bardziej lubi ją czesać, bo ma długie włosy ;) Dla niej istnieje tylko jej owieczka ukochana a dla młodszej miśki.
      Dziewczyny dzięki temu bawią się wszystkim i niczym, tak jak my kiedyś.

      P.S. Jak zauważyłaś pozwoliłam już sobie napisać parę rzeczy w kierunku Twojego mamusiowania ;);) Fajnie co? :*

      Usuń
    2. Niesamowicie fajnie :) Chociaż ja swojego mamusiowania będę pewna dopiero w przyszłym tygodniu, kiedy lekarz pokaże mi dowody na ekranie ;)

      Usuń
  3. Naprawdę bardzo staram się unikać tych porównań: "za moich czasów" ale rzeczywiście czasem nie da się tego uniknąć.

    Z moich kalkulacji wynika, że dzieci są takie same jak za naszych czasów tylko ich środowisko bytowania uległo drastycznej zmianie. Za dużo bodźców, zbyt wiele gadżetów, za mało swobody na własne pomysły na zabawę...

    A poza tym to i tak nie ma się czym przejmować. Trzeba jako rodzić to co się uważa za słuszne... Tu i teraz.

    Pozdr
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie lubię porównywać. Dzięki temu mogę nauczyć dziewczynki pewnych rzeczy, o których dziś się nie pamięta, a które były fajne. Na przykład takie sekrety w ziemi z kwiatów, tylko może współcześniejsza wersja, z lepszym szkłem ;)

      Obecne czasy oferują wiele fajnych rzeczy, tylko trzeba je według mnie mądrze wykorzystać i nie przesadzać. Takie wiesz, połączenie dziś i wtedy.

      pzdr

      Usuń
    2. Ja też uwielbiam takie porównania. A te sekrety to się "niebka" nazywały. Przynajmniej u nas... :)

      Usuń
    3. O, nie słyszałam takiej nazwy. Fajnie :) To chyba od nieba ta nazwa? U nas to były po prostu sekrety.

      Usuń
    4. Jak to się stało, że mieszkam w połowie drogi między Wami, a nie znam ani "sekretów", ani "niebek"? Jak to w ogóle wyglądało, bo nie umiem sobie wyobrazić?

      Usuń
    5. Hahaha! No właśnie, jak? :P Tylko mi tu proszę nie wyjeżdżać z gorszym rocznikiem :D
      Swoją drogą sama jestem ciekawa czy niebka to tylko u nas tak się nazywały, czy jeszcze gdzieś...

      Usuń
    6. Makbetko, to wyglądało tak:
      znajdowałaś kawałek szkła (kiedyś wszędzie się walały po rozbitych butelkach) i zbierałaś jakieś fajne rzeczy, przeważnie kwiatki, piórka itp. Potem robiłaś w ziemi mały dołek, układałaś te skarby, przykrywałaś szkłem i zasypywałaś. Musiałaś zapamiętać, gdzie te niebka są, bo potem się je rozkopywało, ale tylko odrobinkę, żeby było widać "obrazek" za szkłem. No i czasami konkurs, kto ma ładniejsze niebko. Nie wiem czy dobrze to wyjaśniłam.

      Usuń
    7. Ahaja, nie mogłabym tego lepiej opisać :)))
      Czasem trafiało się na kolorowe szkło. Wow! To dopiero było.

      Usuń
    8. Ale suuupeeer :) Próbuję sobie wyobrazić reakcję niektórych współczesnych mam na wieść, że ich dziecko bawi się rozbitym szkłem z butelek ;)
      "Niebek" nie miałam, ale za to razem z koleżankami i kolegami z bloku założyliśmy prawdziwy ogródek. Co prawda z zasianych warzyw i kwiatów urosła w nim tylko marchewka, ale zawsze ;)

      Usuń
  4. O tak... :-)

    Chyba ja też będę mamą, która będzie co nieco dopuszczać...;-)
    W związku z tym, że sama dorastałam w tej patologii :D

    Pozdrawiam!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, Ty też z tych patologicznych czasów ;) Ale wiesz co? To jest super, bo pamiętam jak moja mama zabierała mnie na bazarek i kupowałyśmy czereśnie, a potem siedziałyśmy na ławce i jadłyśmy, takie brudne. Żadna z nas nie zachorowała, a wspomnienia takich chwil są bezcenne. I kto to słyszał wtedy o mokrych chusteczkach, żeby chociaż ręce wytrzeć ;)

      Usuń
  5. Ach, brakuje mi właśnie tego luzu z tamtych czasów - ile to dzieci biegało z kluczami na szyi bo rodzice pracowali...jeśli to wszystko to była patologia to chyba byłam jej zwolenniczką :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz to pewnie napadliby na to dziecko, zabrali klucz i włamali się do mieszkania ;) Wydaje mi się, że mimo wszystko jest mniej bezpiecznie, ale mogę się mylić. Tak czy siak, my, dzieci patologii musimy przekazać coś młodemu pokoleniu, bo jeśli tego nie zrobimy to ona zaniknie i dzieci będą całkowicie "zdrowe" ;)

      Usuń
  6. Oj niecierpię tego tematu, bo zawsze mi smutno, że te czasy już nie wrócą... ale taka prawda, też sobie nie wyobrażam puszczać dzieci same na dwór, zwłaszcza tu w UK ;O A jeszcze ich nie mam. A sama mając lat 5 chodziłam przed blok z 3 letnią kuzynką i nikt nie widział w tym problemu... Smutne, że tak się zmienił świat i społeczeństwo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc mnie też smutno, że te czasy już nie wrócą. Pomijam to, że świat się zmienił, ale że już nigdy nie będę taka młoda jak wtedy ;)

      Popatrz, a mnie zawsze się wydaje patrząc na angielskie podwórka, że są takie przyjazne i bezpieczne, że ludzie tam pilnują siebie na wzajem. Ale to pewnie tak tylko wygląda z zewnątrz, Ty możesz coś więcej powiedzieć jak jesteś tam na stałe.
      Kiedyś chodziło się do piaskownicy samemu, albo właśnie z kimś w podobnym wieku i rodzice tylko od czasu do czasu zerkali, czy wszystko ok. Na zdrowy rozum między tymi zerkaniami dziecko ktoś mógł kilka razy zabrać... Teraz buduje się mury wokół osiedli, kiedyś można było spokojnie być przed swoim domem, czy blokiem.

      Pozdrawiam serdecznie z polskiego podwórka :)))

      Usuń
  7. Jak pięknie Izzy to opisałaś :) Happy patology- ja nazywam tak tę epokę. I nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że to nie były normalne czasy. To były normalne czasy...na tamte czasy :) Czas biegnie, rozwój technologiczny zadzwia coraz bardziej, wzrosła świadomość (i częstotliwość) występowania niebezpieczeństw.. Sami sobie założyliśmy pętlę na szyję w postaci telefonów, bez których obecnie nie możemy życ. Znak czasów. Z tym się nie wygra. Nasze babcie też miały zupełnie inne dzieciństwo, niż nasi rodzice, o nas nie wspomnę. Tak po prostu jest.
    Z ogromnym sentymentem wspominam swoje dzieciństwo i robię wszystko co w mojej mocy, żeby to utrwalać w swojej pamięci. Póki żyła moja babcia, kiedy uświadomiłam sobie, że może jej niedługo zabraknąć, spędzałam z nią całe popołudnia rozmawiając o tych naszych wyczynach, jak było wówczas, omawiając przepisy, które pamiętam jako smaki dzieciństwa... Warto, naprawdę warto.
    Nasze dzieci na pewno będą miały mnóstwo równie miłych wspomnień :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli mówisz kochana, że jestem całkiem normalna? ;)
      W sumie dzięki temu postowi odnalazłam inne patologiczne dzieci, równie szczęśliwe co ja :D:D
      Smaki dzieciństwa... Też tak masz, że jak zamkniesz oczy to przenosisz się w tamte chwile? :)

      Usuń
  8. Dobrze, że OA wnikliwie nie prześwietlało tego naszego dzieciństwa :) Bo i ja z tej patologii. Pamiętam, jak sama poruszałam się komunikacją miejską w wieku 7 czy 8 lat, żeby dotrzeć do babci. Co prawda nasza mieścinka nie za duża, ale jednak trzeba było wsiąść i wysiąść na odpowiednim przystanku, a potem jeszcze zasuwać ścieżką, którą w tej chwili sama bym nie poszła :) I jeszcze warzywa z ogrodu babci, prosto z grządki. A żyje i mam się dobrze. Tyle, że niebek nie znałam.
    Usciski

    OdpowiedzUsuń