sobota, 31 marca 2018

List od Jezusa.


To ja. Zmartwychwstały Jezus. Piszę, aby Ci podziękować za wszystkie te chwile, w których o mnie pamiętasz.

Wiedz, że jestem z Ciebie dumny ilekroć starasz się dobrze żyć ze swoją rodzina, bliskimi, okazywać miłość i serdeczność, przebaczać i pomagać innym, uczciwie pracować, uczyć się...

Nawet nie masz pojęcia jak się cieszę gdy odwiedzasz mnie w świątyni! ...gdy się modlisz, przedstawiasz mi swoje problemy, prośby, nawet skargi! Bądź pewien, ze nasz Ojciec i Ja wsłuchujemy się w każde Twoje słowo, czy choćby westchnienie - z największą uwagą i czułością. Jednak... nie gniewaj się jeśli nie zawsze i nie od razu możemy spełnić te oczekiwania. Ale dziś - jeśli pozwolisz... to Ja będę miał kilka sugestii dla Ciebie. A więc?

W takim razie posłuchaj:

Jeżeli życie stawia Cię przed problemem, którego nie jesteś w stanie rozwiązać - nie obawiaj się. Włóż ten problem do koperty i wyślij do mnie. Gdybyś chciał poznać odpowiedź - po prostu pójdź do świątyni albo otwórz Pismo Święte. Ja rozwiązuję wszystkie problemy, ale wtedy kiedy to JA chcę, nie Ty.

Gdy już wyślesz Twój list do mnie - przestań się martwić. Skoncentruj się raczej na rzeczach, które są obecne w Twoim życiu TERAZ.

Jak na przykład:

Jeśli utkniesz w korku ulicznym - nie rozpaczaj. Są na świecie ludzie, dla których kierowanie własnym autem jest marzeniem ściętej głowy!

Jeśli masz kiepski dzień w pracy - pomyśl o człowieku, który jest bez pracy przez wiele lat...

Jeśli rozpaczasz z powodu nieporozumień miłosnych - pomyśl o osobie, która nigdy nie doświadczyła co to znaczy kochać i być kochanym...

Jeśli wściekasz się, ze kolejny weekend minął nieciekawie - pomyśl o kobiecie pracującej 12 godzin na dobę, siedem dni w tygodniu, by wykarmić swoje dzieci...

Jeśli zepsuje Ci się auto w drodze, a do najbliższego warsztatu masz kilka kilometrów - pomyśl o człowieku na wózku inwalidzkim, który marzy o takim spacerze!

Jeśli zauważysz siwy włos na swej skroni - pomyśl o pacjentach chorych na raka, którzy bardzo by się cieszyli mając choćby takie włosy na głowie...

Jeśli jesteś w tym szczególnym miejscu w swym życiu, że zastanawiasz się nad jego sensem i celem - bądź wdzięczny! Jakże wielu jest takich, którzy nie mieli szansy żyć wystarczająco długo, aby doczekać takiego momentu...

Jeślibyś znalazł się ofiarą czyjejś uszczypliwości, złośliwości, ignorancji czy małostkowości - pamiętaj, sprawy mogłyby potoczyć się jeszcze gorzej: to Ty mógłbyś być taka osoba!

Jeśli zdecydujesz się wysłać ten list do swego przyjaciela - dzięki stokrotne. Być może zmienisz jego życie w sposób, którego nawet nie oczekiwałeś? 

Twój Jezus.


Kochani! Dla Was i dla Waszych rodzin, życzenia radości Zmartwychwstania Pańskiego, smacznego jajka i tak ciepłego, wiosennego poniedziałku, by można było podtrzymać tradycję Dyngusa :)
Niech w Waszych sercach zagości spokój i nadzieja.






Źródło:adonai.pl

poniedziałek, 26 marca 2018

W sieci mogę być kim chcę.


No cóż. Nadszedł ten moment, kiedy to moje jeansy wymagały wymiany. Tak tak, ja wiem, że dziś modne jest wszystko, więc nawet gdyby miały dziurę, to można to określić jako COOL, ale jednak ich żywot dobiegł końca. Wpadłam więc do swojego ulubionego sklepu i próbuję wybrać coś dla siebie. Mam! Nawet niezłe i to w przystępnej cenie. Po drodze do przymierzalni widzę jeszcze fajną bluzkę, i choć obiecałam sobie, że jestem nakierowana na zakup tylko spodni, to była to miłość od pierwszego wejrzenia. Po kilkunastu minutach, kiedy to zaczynałam czuć, że mam dość (przymierzyłam aż 4 pary spodni) wychodzę ze sklepu z nowymi jeansami i bluzeczką w kwiatuszki w moim ulubionym niebieskim kolorze. 
No, ale nie o tym w sumie. Nagle przed sklepem, który jak się domyślacie mieści się w galerii handlowej, obskakują mnie dwaj młodzieńcy z puszką i proszą o datek na "Domy Dziecka" Nie miałam za bardzo czasu, by zatrzymać się i dopytać, na jakie Domy Dziecka i na co to konkretnie idzie, bo tak naprawdę na puszce nie było nawet żadnej informacji kto to organizuje. Jedyne co można było zauważyć, to zdjęcie jakichś dzieciaków. 

Jakieś 2 tygodnie temu, a więc niedawno, opowiadała mi znajoma, o pomocy, jaką chciała przed Świętami Wielkanocnymi udzielić "rodzinie w potrzebie" (celowo w cudzysłowie) Rodzina ta (5 dzieci), określiła czego im najbardziej brakuje. I to według mnie jest w porządku, przynajmniej człowiek się nie zastanawia, co się przyda, a co nie. Ale czytam całą listę (którą potem przesłała mi na maila) i oczom nie wierzę. Uwaga cytuję: "Dzieci nie posiadają i chcą mieć: tableta, piłki nożnej, plecaka sportowego (Nike najlepiej), korków do grania w piłkę (Adidasa), najmłodsze dzieci najbardziej potrzebują ubranek, marzą o głośniku USB do telefonu". Zbaraniałam. Szczerze mówiąc zaczęłam wątpić, czy ta rodzina aby na pewno jest potrzebująca...

Nie jestem osobą aktywną Facesbookowo, ale mimo to zauważam, że co chwilę pojawiają się posty, sponsorowane lub nie (takie udostępnione przez znajomych) z prośbą o pomoc dla chorego dziecka, umierającego na raka, rehabilitację i tak dalej i tak dalej. Teraz, gdy Święta Wielkanocne już blisko, jakimś cudem ich liczba znacznie się zwiększyła. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że część z tych ogłoszeń to po prostu wielkie oszustwa, tak samo jak niektóre akcje na żywo. 


W sieci mogę być kim chcę.


Jak to się dzieje, że człowiek inteligentny, myślący, daje się nabrać? Czytałam kiedyś wypowiedź psychologa na ten temat. Otóż oszuści tego typu wykorzystują nasze współczucie odwołując się do podstawowych instynktów. Jest takie hasło reklamowe pewnego produktu - Dziecku odmówisz? I to właśnie tak działa. Osoby takie wykorzystują naszą naiwność, pokazując nam choćby taką puszkę ze zdjęciem dzieci. No komu nie zrobi się żal? Większość ludzi będzie zatem miała poczucie zrobienia dobrego uczynku, bo przecież jak to powiadają, ziarnko do ziarnka, i może dzięki mojej złotówce, zmieni się los tych dzieci?




O uwolnienie Aminy, syryjskiej blogerki, walczyły tysiące internautów. W swoim blogu, "A gay girl in Damascus" (Lesbijka z Damaszku), ryzykując ujawnienie swej orientacji seksualnej, opisywała jak rodzi się rewolucja w Syrii i jak krwawo jest tłumiona, jak tata ochronił ją przed aresztowaniem przez tajną policję a jej słowa cytują wszystkie zachodnie media. Wkrótce ucieka z Damaszku, ale nie przestaje pisać."Blogowanie jest dla mnie formą bycia nieustraszoną" twierdzi, a jej walce kibicują tysiące internautów.

6 czerwca 2011 roku, mieszkająca w Kanadzie Francuzka, Sandra Bagaria, dostaje maila, który na zawsze zmieni jej życie. "Proszę, usiądź, zanim to przeczytasz" – pisze do niej Rania Ismail, kuzynka Aminy Arraf, z którą Sandra od pół roku ma gorący internetowy romans. Jej ukochana, jak donosi Rania, została uprowadzona przez trzech uzbrojonych mężczyzn, gdy zmierzała na spotkanie z grupą syryjskiej opozycji. 

"Uwolnić Aminę Arraf", akcja zainicjowana przez Sandrę zyskuje 10 tys. lajków na Facebooku i lotem błyskawicy rozprzestrzenia się po blogosferze i mediach, które zwracają się do rządu USA. Podkreślają, że Amina, pochodząca z syryjsko-amerykańskiej rodziny, ma podwójne obywatelstwo i należy jej się pomoc rządu. Z całego świata płyną do Aminy słowa otuchy. Urzędnicy amerykańscy nabierają jednak podejrzeń i stwierdzają z całą pewnością, że nikt taki nigdy nie był obywatelem USA!
Zdjęcia wykorzystane na blogu, należą do pracującej w Londynie Chorwatki Jeleya Lecic, która potwierdza, że syryjska blogerka je ukradła. 

Świat jest zszokowany, gdy w wyniku błyskawicznego śledztwa przeprowadzonego przez serwis Electronic Intifada wychodzi na jaw, że Amina Abdallah Arraf al Omari nie urodziła się 12 października 1975 roku w amerykańskim mieście Staunton, ale w głowie 40-letniego amerykańskiego absolwenta historii i niespełnionego pisarza Toma MacMastera. 




24-letni David Rose, mimo głuchoty i czterokończynowego porażenia mózgowego, niemal nadludzkim wysiłkiem prowadzi bloga "Dave on wheels" ("Dave na kółkach"), wystukując słowa na specjalnym komputerze Tobii sterowanym wzrokiem. Jego pełne optymizmu wpisy tylko na Twitterze śledzi ponad 8 tys. osób. Kiedy w październiku 2012 roku stan chłopaka gwałtownie się pogarsza, a on sam trafia do szpitala, jego siostra Nicole zamieszcza informację o jego śmierci. "Dobranoc, Dave, dzięki, że mogłem cię poznać", "Straciliśmy dziś dobrego człowieka" – piszą wzruszeni ludzie. 
Śledztwo przeprowadzone przez fankę "Dave’a na kółkach", przynosi jednak brutalną prawdę - zdjęcia niepełnosprawnego zostały skradzione ze strony chłopaka nazywającego się Hunter Dunn, a Dave Rose to twór 53-latka z Kalifornii.

Gdy prawda wyszła na jaw, autentyczne wzruszenie po śmierci Dave’a czy zaangażowanie, z jakim internauci walczyli o uwolnienie Aminy,  zastąpiła wściekłość i rozżalenie. Ani jedno słowo napisane przez te gwiazdy internetowych społeczności nie było bowiem prawdą, a Dave i Amina tak naprawdę nigdy nie istnieli.

Dr Marc D. Feldman, psychiatra z University of Alabama w Birmingham, przyznaje, że tego typu fałszerstwa są coraz częstsze. Co ludzi do tego pcha?

Chęć zwrócenia na siebie uwagi, uzyskania współczucia, opieki, zainteresowania, którego nie uzyskują w zwyczajny sposób – wylicza dr Marc Feldman.  

Jakub Kuś, psycholog nowych technologii z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu twierdzi, że Internet stworzony jest dla oszustów. Dlaczego? 


Przez pierwszą dekadę rozwoju sieci był on uznawany za wielki anarchistyczny śmietnik. Ale po nadejściu – w pierwszych latach XXI wieku – mediów społecznościowych, w których ludzie zaczęli funkcjonować pod nazwiskiem, zaczął być wiarygodnym forum kontaktów, platformą spotkań wyspecjalizowanych grup wsparcia, zmagających się z chorobami czy uzależnieniami. To właśnie takie grupy stają się celem oszustów, dla których zdobycie współczucia setek, a nawet tysięcy internautów, zamiast zainteresowania jednego lekarza, jest wielką pokusą- twierdzi psycholog.
Zdaniem J. Kusia, do preparowania fałszywej tożsamości uciekają się najczęściej osoby o zaniżonym poczuciu własnej wartości, które żyją w przekonaniu, że to, co robią na co dzień, nigdy nie da im pożądanej popularności. 

Chodzi nie tylko o współczucie, ale także o bycie dostrzeżonym, popularnym i znanym. To, że ich chorobowy czy – jak w przypadku Aminy – wojenny blog zaczyna być cytowany, daje im kopa emocjonalnego, a czasem nawet poczucie władzy, bo ich emocje i myśli znajdują faktyczny oddźwięk społeczny – wylicza psycholog. Tom MacMaster, twórca Aminy, wcześniej angażował się na rozmaitych forach, zamieszczając swoje przemyślenia na temat polityki i spraw Bliskiego Wschodu. Bezskutecznie starał się też o publikację swojej powieści. Gdy jako Amina zdobył popularność, zaczął dostawać oferty wywiadów, a nawet napisania pamiętnika.

Jak przyznaje Jakub Kuś, tego typu oszustów niezwykle trudno jest wykryć, chyba, że przesadzają albo popełniają głupie błędy.
Kim, nastoletnia matka na forum dla rodziców wcześniaków, wzbudziła współczucie, opisując walkę, jaką toczy z pomocą lekarzy o życie wcześniaka. Internauci wraz z nią przeżywali żałobę, gdy dziecko umarło. Kilka miesięcy później Kim wróciła na forum z wiadomością, że znów jest w ciąży. Jej posty obfitowały w drastyczne opisy krwotoków do mózgu i operacji serca, jakich doświadcza jej dziecko. Wreszcie także i drugie dziecko uśmierciła. Wtedy uczestniczka forum, psycholog Mara Tesler Stein z Chicago, która sama jest matką dwojga wcześniaków (i wspierała wcześniej Kim), przeprowadziła śledztwo. Odkryła, że nastolatka kopiowała opisy krwotoków i operacji z innych forów. Po ujawnieniu tych faktów Kim z forum zniknęła.


Cyfrowa krzywda boli analogowo, a koszty społeczne działań oszustów są bardzo wysokie.

Po zdemaskowaniu nastoletniej Kim wielu rodziców wcześniaków przestało zamieszczać posty, a inni swoją sytuację porównywali do "emocjonalnego gwałtu". Nowi uczestnicy forum musieli przejść procedurę weryfikacji, czy aby na pewno są rodzicami wcześniaka.

Tom MacMaster po ujawnieniu fałszerstwa blogu Aminy twierdził, że chciał tylko zabrać głos w sprawach, które są dla niego ważne. Powtarzał, że nie wierzy, że kogoś skrzywdził. Jego zdania oczywiście nie podziela Sandra Bagaria. Gdy dowiedziała się, że nagie zdjęcia i czułe wyznania pochodziły od obleśnego 40-latka, zwymiotowała. "To był najbardziej upokarzający dzień w moim życiu" – przyznaje w filmie "Profil Amina", nakręconym przez kanadyjską dokumentalistkę Sophie Deraspe. 

Anonimowość sieci, jak pokazują badania, prowadzi do dehumanizacji uczestników internetowej komunikacji. Zamiast ludzi zaczynamy widzieć obiekty generujące tekst – dodaje Kuś. Z badań prowadzonych przez zespół prof. Luby Belkin z Lehigh University wynika, że ludzie o wiele częściej kłamią, jeśli porozumiewają się za pomocą maili niż na papierze.

Psychologowie z pekińskiego Renmin University of China, którzy pod kątem moralności badali chińskie nastolatki, odkryli, że traktują one sieć jako odrębny od realnego świat, nie dostrzegają, że np. hejtowanie może kogoś boleć naprawdę.
Święta to czas, w którym o wiele łatwiej jest nabrać ludzi na pomoc dla "potrzebujących" Jak widać nie trudno jest stworzyć stronę internetową ze zdjęciami i opisem choroby. Szkoda, że wśród oszustów, na pewno jest wiele takich osób, które czekają aż ktoś zainteresuje się ich losem. 



* Źródło: focus.pl na podstawie tekstu Agnieszki Fiedorowicz 

piątek, 23 marca 2018

O dziadku, który pizzy robić nie umiał.


- Będziemy robić dzisiaj pizzę?, zapytała Misia, gdy zobaczyła, że wyjmuję z lodówki zamrożone ciasto.
- Tak, będziemy robić dzisiaj pizzę.
- A dziadek to nie umie robić pizzy, zmarszczona skomentowała całą sytuację.
- Jak to nie umie robić pizzy, przecież za każdym razem, gdy babcia z dziadkiem do nas przychodzą, to właśnie dziadek robi ciasto, zdziwiłam się.
- Nie, dziadek nie umie. Musicie go nauczyć...



A było to tak.
(dwa tygodnie wcześniej)

W sobotę po południu postanowiliśmy zrobić pizzę. Mój tata ochoczo przystąpił do szykowania składników, zwykle to właśnie on jest wyznaczony do zrobienia ciasta. Tym razem jednak coś się nie udało, ciasto było zbyt klejące a po dosypaniu mąki nadal daleko mu było do doskonałości. Tu wkroczyła moja osobista Magda Gessler, czyli moja mama - pani domu i kucharka z długim stażem. Zakasała rękawy i zerkając na swojego męża, komentowała pod nosem jak to wszystko powinno być zrobione profesjonalnie. Misja rangi państwowej, która nie powiodła się przez błąd na poziomie rekruta. No nic. Wziąwszy sprawy w swe doświadczone ręce, moja mama z pasją wyrabiała ciasto, aż podstawa pizzy zaczęła nabierać właściwej konsystencji. Ale co z tego, skoro wyszła tak mała, że siedmiu krasnoludków miałoby problem, żeby się wyżywić, a co dopiero czworo dorosłych i dwie spragnione tej potrawy duszyczki. Kuchenne napięcie rosło. Czerwona żyła pojawiła się na czole naszych kucharzy, kiedy to postanowili - zrobimy jeszcze jedną porcję, składników przecież mamy dostatek. Świetny pomysł! Zważywszy na to, że przyda nam się odpoczynek między kawałkami. Zabrałam się więc do krojenia między innymi papryki, szynki, sera, a mój małżonek zrobił w tym czasie sos pomidorowy. Po kilkunastu minutach pierwsza mini pizza była już gotowa. Większość skonsumowały oczywiście największe głodomory, na pewno domyślacie się które ;)
Tak czy siak, po chwili w piecu była już druga, a obok rosło ciasto na kolejne dwie. Jak potem się okazało, mini pizze nie były takie złe, więc z drugiej porcji zostało jeszcze na tyle, że można było zamrozić.

Od tamtego popołudnia, nikt nie wspominał już o nieudanym cieście, błędzie dziadka i drugiej porcji ciasta, którą musieliśmy dorobić, żeby się najeść. Gdy po dwóch tygodniach, Misia wyskoczyła z komentarzem, że dziadek nie umie robić pizzy i powinniśmy go tego nauczyć, byłam zdziwiona nie tylko tym, że pamięta to zdarzenie, ale również, że wyciągnęła z niego wnioski. Nic nieznaczącego? Być może, ale zaczęłam mieć wrażenie, że często my dorośli, nie doceniamy naszych dzieci i wydaje nam się, że one nie słuchają i nie potrafią logicznie myśleć. Wyrabianie ciasta - niepowodzenie - krzywa mina dziadka - jeszcze bardziej krzywa mina babci - poważna decyzja o zmianie wyrabiacza ciasta - nowe ciasto - napięta atmosfera - nowa podstawa do pizzy - konsumpcja. Wniosek? Dziadek nie umie robić pizzy. 



(Przedszkole. Kilka dni temu. Dziadek zakłada buty swojemu wnuczkowi)

- A jak się nazywa ta dziewczynka?, pyta wskazując na moją córkę.
Chłopczyk odpowiada.
- Jak? Bo nie dosłyszałem, droczy się dziadek. (za każdym razem, gdy się spotykamy zadaje wnuczkowi to samo pytanie) 
- No widzisz, dziadek nie może zapamiętać, bo jaki jest?, prosi o dokończenie zdania.
- Dziadek jest stary i ślepy.
- Tak! Dziadek jest stary i ślepy. 

Zamurowało mnie. W sumie to nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy załamać. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, niby w żartach, dziadek stawia się w takim świetle. Czyż nie powinniśmy od samego początku uczyć dzieci szacunku do drugiego człowieka? 
Czasem ludzie zastanawiają się, dlaczego nasze dzieci tak się zachowują, dlaczego używają takich słów, dlaczego nie słuchają, dlaczego nie mają szacunku... I tak dalej i tak dalej. 
Miałam kiedyś taką uczennicę, która pogardzała swoim ojcem. Ale jak miała tego nie robić, skoro pogardzała nim również jej matka. 
Nie powiem, bardzo zwracamy uwagę na to, co mówimy przy dzieciach, ale w sytuacji z pizzą słów było niewiele. Jednak bacznemu obserwatorowi nic nie uszło uwadze. 
Czasem więc może odpowiedzi na pytanie dlaczego, nie musimy szukać daleko.Odpowiedzią jesteśmy my sami. 





środa, 21 marca 2018

Paris au Printemps, czyli wiosna ach to ty!




Cóż z tego, że od wczoraj astronomiczna, a od dziś kalendarzowa wiosna, skoro na termometrze dziś pomimo słońca było tylko -2 stopnie :( Wiosenko, gdzie jesteś?
Nie wiem od kiedy istnieje tzw. Dzień Wagarowicza, gdyż u nas w szkole raczej organizowano klasowe wyjścia, albo atrakcje na miejscu, ale pamiętam jak dziś, szliśmy do parku niedaleko mojej podstawówki i miałam na sobie tylko lekką kurteczkę. Słońce przygrzewało tak, że nie sposób było zmarznąć. Zresztą wtedy ten dzień (jeden z niewielu w roku szkolnym) był wyjątkowy pod względem ubioru. Nie były to czasy mundurków, czy fartuszków, ale w mojej szkole na co dzień można było zakładać rzeczy tylko w kolorach - czarny, biały, szary, granatowy. W Pierwszy Dzień Wiosny można jednak było zaszaleć i założyć coś naprawdę rzucającego się w oczy. Moja mama miała taki sweter, który sama udziergała na drutach, w kolorze wściekły róż. Uwielbiałam go pożyczać na takie okazje. Czułam się wtedy, jakbym co najmniej założyła na siebie jakąś kolekcję z Prady, no, albo chociaż po prostu coś dorosłego, innego ;) Udało mi się też kupić od koleżanki broszkę z napisem New York. Co z tego, że była nadłamana i zrobiona ze zwykłego plastiku, najważniejsze, że napis był świecący, tak jakby pokryty srebrną warstwą :)) Sweterek plus broszka stanowiły swoistego rodzaju przebój klasowy. Każda koleżanka zresztą mogła wtedy zaprezentować jakiś "lepszy strój" niż tylko zwykłe szkolne ubranie. 
Czasami chodziliśmy topić Marzannę, ale potem nie wiadomo dlaczego ktoś uznał, że obrządek ten nie jest wystarczająco (lub wcale nie jest) wychowawczy, więc topienia Marzanny zakazano. Nie wiem, czy tylko u nas. Pewnie gdyby wtedy istniał Facebook, ten, kto to wymyślił dostałby hejty i obrządek by przywrócono. 
Wczoraj słyszałam od jednej z matek w przedszkolu, że dzieci mają robić Marzannę. Może tylko robić, bez topienia ;)

Kocham wiosnę, to jedna z moich ulubionych pór roku, zwłaszcza, że za chwilę przyjdzie lato, a wraz z nim jeszcze cieplejsze dni. Ale niestety dla mnie wiosna to nie tylko przyjemności. Wraz z nią nadchodzi kilkumiesięczny okres faszerowania się różnymi specyfikami antyalergicznymi: do oczu, do nosa i do wewnątrz, czyli tabletki. Kilka lat temu pani alergolog próbowała mnie namówić na leczenie, ale okazało się, że jest dość kosztowne i uciążliwe (trzeba przychodzić na zastrzyki codziennie rano, potem odsiedzieć 30min do godziny w przychodni) a w zasadzie nie gwarantują, że cokolwiek pomoże. To ja w takim razie podziękowałam i nadal biorę swoje prochy. Kiedyś, gdy nie było tak dobrych lekarstw, okres kwitnienia traw był dla mnie koszmarem. Dziś jest lepiej, choć koszenie w tym okresie jest dla mnie zabójcze. 

Kilka lat temu, jeszcze zanim urodziły się dziewczynki, na poszukiwanie wiosny udaliśmy się do Paryża :)) Kiedy wyjeżdżaliśmy z Polski, było ciepło, natomiast gdy zajechaliśmy na miejsce okazało się, że tam jest ... 6 stopni! Pogoda mimo to dopisała, a wiosnę znaleźliśmy wszędzie :) Jako, że nasza pogoda nas nie rozpieszcza, i wiosennych kwiatów nadal mało, dziś mam dla was galerię "Paryż wiosną" (właśnie zaczął prószyć śnieg, gdy to piszę, eh) Paryż albo się kocha albo nie. Nie można pozostać obojętnym. Ja akurat jestem z tych, którzy to miasto kochają i mogę tam wracać wiele razy. Są takie zakątki, gdzie turystów dociera mało i można w ciszy cieszyć się jego urokami.

































Do tej pory zachodzę w głowę dlaczego tak dobrze wyglądam na tej karykaturze ;) Wykonał ją na Montmartre artysta, który okazał się z pochodzenia Polakiem. Produkowaliśmy się po francusku, a on mówił pięknie w naszym języku, mimo, że w Polsce nigdy nie był...



































Na koniec jedna z moich ulubionych francuskich piosenek, na której pięknie widać Paryż :) Znacie? :)



Pięknej i ciepłej wiosny kochani!