środa, 4 kwietnia 2018

Najdłuższe trzy minuty w moim życiu.




Od kilku lat dość często choruję zimą na zatoki. Koszmarny ból głowy, jaki temu towarzyszy, potrafi wyeliminować mnie z normalnego życia czasem na kilka dni. Dostałam więc skierowanie na tomografię. Na szczęście prywatna klinika, w której mam pakiet z męża pracy, ma podpisaną umowę z kilkoma szpitalami, więc w zasadzie z dnia na dzień mogłam umówić się na badanie. Świetnie. Wybrałam czwartek, kiedy to mam mniej zajęć i na spokojnie mogę poświęcić się zdrowiu. Niestety, jak na złość Elsa, która w zasadzie nie chorowała cały rok, dostała gorączki i wizytę trzeba było przełożyć. Zależało mi, żeby zrobić tę tomografię jak najszybciej, ponieważ w kolejnym tygodniu miałam już umówioną konsultację wyniku z laryngologiem. A co tu konsultować jak badania jeszcze nie było. No nic, Elsa w poniedziałek poszła już do przedszkola, więc umawiam się na poniedziałek, licząc na to, że będę miała wynik do czwartku. Problem w tym, że jedyna wolna godzina to dopiero 14.40. Wspaniale, tylko o 15 powinnam odebrać Elsę z przedszkola, a sam dojazd do niego zajmie mi co najmniej 30 minut. Myślałam, że wykazuję się sprytem więc zgłaszając rano, że chwilę się spóźnię, (naiwnie wierzyłam, że właśnie tak będzie) i zarezerwowałam wizytę. 

Pierwsze wyzwanie jakie napotykam to zaparkowanie auta przed szpitalem. Znalezienie miejsca graniczy bowiem z cudem, ale że obok znajdują się bloki, to parkuję równolegle wzdłuż chodnika. Uff. Mam jeszcze 20 minut, więc udaję się do pobliskiej Żabki celem zakupienia czegokolwiek co mogłoby szybko zaspokoić mój głód. Uwierzycie, że miałam zgłosić się na badanie po 6h niejedzenia?! A co z tymi pacjentami, którzy umówili się na 19, bo taka opcja też była? Przecież to nie to samo co wstać rano, nic nie zjeść i lecieć na szybko na pobranie krwi. No nic. Ssało mnie jak diabli, zjadłam rano śniadanie o 7 i resztę kanapki przed 10 (o tej 14.40 miało być więc dopiero pięć godzin) Poddałam w wątpliwość to, czy w ogóle mam zgłosić się bez jedzenia, gdyż wytyczne do badania były dość niejasne. Mianowicie jeżeli mam wynik czegoś tam jakiś tam to przyjść na czczo, a jeśli wynik czegoś tam innego jest jakiś takiś to 6h bez jedzenia? Hę? No nic, zaryzykowałam i stwierdziłam, że 5h wystarczy. Za to zafundowali mi niezłe nawadnianie. Do trzech godzin przed wizytą miałam bowiem wypić dwa litry wody. Ale jak tu czuć pragnienie jak za oknem śnieg i zimno. Brr. No cóż. Mus to mus, więc piłam. (wodę oczywiście)
Po wejściu do budynku udałam się do rejestracji. Przed badaniem, musiałam wypełnić cztery strony dokumentów. Pomijam dane osobowe, ale trzeba było również wymienić przebyte choroby, podpisać upoważnienia, zgody, i tak dalej i tak dalej. O o ... Pytanie nad którym zatrzymałam się niczym na teście szkolnym. "Ostatni posiłek spożyłam co najmniej 6h temu" TAK/NIE - zaznacz prawidłową odpowiedź. Yyyyyy no i co teraz? Nie miałam zamiaru przyjeżdżać tam drugi raz, ale z drugiej strony nie chciałam narażać  się na utratę zdrowia. Delikatnie pytam więc pani w rejestracji, co jeśli nie minęło 6 godzin. Zaznaczyć prawdę, odpowiedziała, przy tomografii zatok nie powinno to mieć większego znaczenia. Uff. Jest 14.30, więc mam jeszcze 10 minut. O ja naiwna. 

Przed pracownią siedzi kilka osób, rozglądam się więc i zastanawiam, czy i one czekają na to samo co ja. Do tego starsza, schorowana pani na wózku inwalidzkim oraz dwie na szpitalnych łóżkach. Po chwili podsłuchuję rozmowę (niechcący oczywiście), że  pomiędzy tymi zapisanymi na konkretną godzinę, przyjmowane są też osoby hospitalizowane. No świetnie. Patrząc na wszystkich dookoła, czekała mnie co najmniej kolejna godzina w tym pomieszczeniu. O 14.40, czyli wtedy, kiedy ja powinnam wejść na badanie, wywołano kogoś innego. Nerwowo podniosłam się z krzesełka i patrzę na zegarek. Boże, ależ jestem spóźniona! Po chwili z gabinetu wychodzi pielęgniarka, pytam więc grzecznie ile jest opóźnienia. Kiedy dowiaduje się, że mam wyznaczoną wizytę na 14.40, zdziwiona ironicznie odpowiada: Proszę pani, ależ jest DOPIERO 14.42! Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że odpowiedzenie jej, że w takim razie to ja powinnam być już w trakcie badania, stawiałoby mnie w pozycji spalonej, więc przerażona stwierdzam tylko, że ojej, ale ja powinnam do 15 odebrać dziecko z przedszkola, a tu jeszcze tyle osób :( Metoda "Na dziecko" często działa muszę wam powiedzieć. Pani pyta więc o moje nazwisko, tłumacząc, że postara się dowiedzieć, za ile moja kolej. Moja nadzieja nie trwa długo. A może powiem inaczej. Trwa bardzo długo, bo pani nie pojawia się więcej na korytarzu. Ha ha. Silly me. Przede mną zostały jeszcze poproszone dwie osoby, więc gdy wchodziłam ja, było już grubo po 15. Nie wiem, czy moja uwaga coś dała, czy nie, ale podobno było godzinne opóźnienie, jak zdołałam dowiedzieć się od innej pacjentki. Może więc powinnam być wdzięczna za to, że tak "wcześnie" weszłam. 

Pomijam już fakt, że przecież na tomografię wszystkie osoby przebywające w szpitalu można przywieźć w dowolnej chwili. Pomijam to, że w sumie czekałam "zaledwie" godzinę, a na badanie umówiłam się przecież z dnia na dzień. Przy naszym wspaniałym NFZ, to chyba i tak rekordowy wynik. Ale powiem szczerze, że po tej godzinie spędzonej w szpitalnej poczekalni, wolałabym być wyssana przez okno samolotu, niż przyjść tam raz jeszcze z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie wiem, może dawno nie miałam do czynienia z poważną chorobą i nie odwiedzałam szpitala, ale siedząc tam i patrząc na tych chorych ludzi i lekarzy wykonujących rutynowo swoją pracę, czułam się coraz gorzej.
Samo badanie też nie podziałało dobrze na moją psychikę. Widząc sprzęt stojący przede mną, niczym przed śmiercią mignęły w mojej głowie setki filmów, w których to główny bohater "wjeżdżał" głową do środka maszyny, a potem dowiadywał się, że ma raka... I mimo, że ja w zasadzie byłam tylko na tomografii zatok, to zamknęłam oczy, gdy już położyłam się na tej leżance. "Proszę się nie ruszać. Badanie potrwa 3 minuty" usłyszałam, a moja głowa powoli zaczęła zbliżać się do komory. Mówię szczerze. To najdłuższe trzy minuty w moim życiu. Okropny dźwięk, niczym silnik samolotu przygotowującego się do startu, towarzyszył całemu badaniu. Odliczałam sekundy, a czas płynął tak wolno, że miałam ochotę wstać i kopnąć go, by płynął nieco szybciej. W końcu moje ciało "wyjechało" z maszyny, a ja z prędkością światła zabrałam swoje rzeczy i wyszłam. 

Pewnie powiecie, że przesadzam. No być może. Ale tak prawdę mówiąc to poszłam do szpitala zdrowa, a wyszłam chora. Jeśli nie na ciele, to na umyśle na pewno ;) Na zewnątrz odetchnęłam z ulgą. Jeszcze tylko muszę się wydostać z potwornych korków, jakie w międzyczasie potworzyły się na drogach i wracam do swojego życia. Przed przedszkolem czeka na mnie mąż, który zdążył sam odebrać córkę, ale niestety beze mnie nie mogą wrócić do domu - tylko ja mam u siebie w samochodzie foteliki. Samo życie. 




12 komentarzy:

  1. No powiem Ci, że miałaś dużo szczęścia, że "tak szybko" Ci to poszło :) Choć to przykre, bo tak już przywykliśmy do tych NFZetowych "standardów", że większego wrażenia to nie robi..
    Życzę Ci, żeby badanie nie pokazało nic poważnego, ale jednocześnie dało odpowiedź jaka jest przyczyna infekcji tych nieszczęsnych zatok i bólu głowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, na ludziach już chyba nie robi wrażenia to, że tak są traktowani. A z takim myśleniem, że "przecież to tylko godzina, więc o co chodzi" to nigdy nic się nie zmieni. Szkoda gadać.
      Dziękuję :*

      Usuń
  2. przez wieeele lat miałam delikatnie mówiąc problemy z zatokami. Wyjście bez czapki czy opaski chłodną wiosną /jesienią/że o zimie nie wspomnę, zawsze kończyło się zapaleniem zatok. Żeby się za dużo nie rozpisywać. Masz jakieś martwe zęby? Często któryś z nich może być 'zapalnikiem'. U mnie tak było. Niech jak najszybciej uda się namierzyć przyczynę i skutecznie wyleczyć zatoki. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Dokładnie mam to samo! Nie daj Boże przez minutę nie mam na sobie czapki to zapalenie zatok murowane! A z zębami to dobrze trafiłaś, bo kiedyś straaasznie jeden mnie bolał, a u dentystki okazało się, że nic tam nie ma, więc zapytała mnie, czy przypadkiem nie mam chorych zatok. Na RTG wyszło, że mam korzenie jakoś tak bardzo wysoko i dlatego mogę odczuwać ból zębów. Tylko czy z tym coś da się zrobić? Ja w zasadzie nigdy nie chorowałam na zatoki, ale jak zaatakowało pierwszy raz, tak teraz od kilku lat mam to co mam. Do tego stopnia, że nie mogę butów zapiąć! Koszmar... Chyba to już starość i się zaczęło ;)

      Wyniki. Hmm. Nic nie wyszło prócz tego, że mam skrzywioną przegrodę nosową, o czym wiem od zawsze ;) Pani laryngolog zapytała mnie, czy chcę iść na operację, więc grzecznie odmówiłam ;) Stwierdziła, że zatoki się oczyszczają i tak od infekcji do infekcji. ( tylko w tym roku miałam już 2 antybiotyki) Dała mi jakiś tam Ismigen i powiedziała, że musimy popracować nad odpornością... Jeszcze tego nie wykupiłam.
      No nic. Dzięki za info, pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  3. Miałam tomografię w wieku bodajże 12 lat. Samego badania nie wspominam jakoś bardzo traumatycznie, za do doskonale pamiętam co innego. Tydzień przed tomografią* byłam przekłuć uszy. Dostałam takie kolczyki ze stali chirurgicznej, których chyba przez miesiąc nie wolno było wyciągać. Niestety do badania musiałam je zdjąć. To był tak koszmarny ból, jakby ktoś mi żywcem rozrywał uszy. Zakładanie kolczyków po badaniu bolało jeszcze bardziej, a musiałam to zrobić, żeby dziurki nie zarosły.
    * Tomografię miałam zleconą w trybie pilnym, na przekłucie uszu poszłam jeszcze przed otrzymaniem skierowania. Inaczej pewnie rodzice kazaliby mi poczekać.

    Natomiast Tobie współczuję przede wszystkim tych nerwów związanych ze świadomością, że czeka na Ciebie dziecko. Trudno się wtedy skupić na czymkolwiek, a zwłaszcza dostrzegać pozytywne strony sytuacji. Mam nadzieję, że Elsa nie zareagowała na Twoje wspomnienie iście królewskim fochem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście chodziło o spóźnienie, nie wspomnienie. ;)

      Usuń
    2. Makbetko, wiem co przeżyłaś. Moja chrzestna kupiła mi na urodziny kolczyki, a że była pielęgniarką to postanowiła, że sama przekłuje mi uszy. I to nie przebitkami, ale... igłą! Kilkunastominutowa próba skończyła się moim płaczem. Straszny ból, więc Tobie współczuję.

      A co do Elsy, to oczywiście miała małego focha, ale tatuś załagodził sprawę. Czekali na mnie w jego aucie i mogła pocykać różne przyciski do woli ;)

      Usuń
  4. Miałam to badanie w wieku 10 lat - jestem migrenowcem :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O masz! Współczuję :( Samo badanie nie było tragiczne, ale sam godzinny pobyt w szpitalu, ci chorzy ludzie, ten zapach, to jakoś niekoniecznie do mnie przemówił... Myślę, że jeszcze wiele lat minie zanim coś się zmieni w naszej służbie zdrowia...

      Usuń
    2. Służba zdrowia choruje najbardziej, stąd ten zapach ;)

      Usuń
  5. Ochhhh wiem co oznaczają chore zatoki, więc bardzo Ci współczuję i mam nadzieję, że badanie pomoże wyeliminować te przykre doświadczenia :* Ja na szczęście nie doświadczam tego aż tak często, ale jak już mnie złapie to dzieje się dramat, więc wiem o czym mówisz. Trzymam kciuki za dobre wyniki :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Izzy a próbowałaś po prostu płukać sobie zatoki solą fizjologiczną? Robi się to regularnie, nie tylko podczas infekcji.

    OdpowiedzUsuń