środa, 25 lipca 2018

Głupie zabawy dzieci (ku przestrodze)


Prawo jazdy zrobiłam jakieś… sto lat temu. W każdym razie tak dawno, że od tego czasu jak nic minęły lata świetlne. Ale pamiętam jak dziś moment, kiedy to odbierałam dokument w Urzędzie Miasta ciesząc się, że zaraz to ja zasiądę za kierownicą w drodze do domu. Czułam wtedy ten dreszczyk emocji, że obok mnie nie siedzi już instruktor, który w każdej chwili może zahamować. Byłam zdana tylko na siebie, na swoje umiejętności jazdy. Pomimo tego, że zawsze lubiłam jeździć, nigdy nie czułam strachu, a jazda sprawiała (i nadal sprawia) mi ogromną przyjemność, to na początku byłam bardzo ostrożna i niepewna. Kiedy miałam ustąpić pierwszeństwa przejazdu, czekałam aż pojazd będzie na tyle daleko, że ja będę mogła bezpiecznie przejechać. Nie ryzykowałam. Wolałam na spokojnie podejść do każdego manewru. Po zdanym już egzaminie, mój instruktor zwrócił mi uwagę na taką pewną rzecz. Mianowicie, że po kilku latach człowiek robi się pewniejszy, jeździ bardziej brawurowo i pozwala sobie na więcej niż na początku, co może prowadzić do utraty koncentracji i potem wypadku. Ameryki nie odkrył. To naturalne, bo przecież w miarę przejeżdżania kolejnych kilometrów, zdobywamy większe doświadczenie i jesteśmy w stanie reagować szybciej i jeździć bardziej umiejętnie. Ale nie tylko. Niektórzy pozwalają sobie na manewry niedopuszczalne, bo narażające na niebezpieczeństwo nie tylko swoje życie, ale i nasze. Dlatego też, nigdy nie powinno się się stracić tej czujności i zawsze mieć to ograniczone zaufanie do siebie i do innych uczestników ruchu przede wszystkim.


Poniedziałek.
Panuje straszny upał. Woda nalana do basenu dzień przed jest ciepła niczym w Morzu Śródziemnym.
 Przebieramy się w kostiumy i wychodzimy na dwór. Dziewczyny uwielbiają wodę, ich szaleństwa są czasem tak nieprzewidywalne, że mają zakaz zbliżania się do wody bez obecności dorosłego. Ostatnio wpadły na pomysł świetnej zabawy, polegającej na tym, że jedna leży na plecach a druga ciągnie ją za nogi. Wszystko fajnie, ale oczami wyobraźni widzę już którąś pod wodą, mimo tego, iż nie jest głęboko w wannie, czy we wspomnianym basenie. No, ale wracając do wydarzeń z poniedziałku. Dziewczynki ładnie się bawiły (w sensie jeszcze ich nie ponosiło aż tak bardzo) więc ja w tym czasie wykonałam krótki telefon, stojąc przez cały czas przy samym basenie i pilnując dwa małe nieokrzesane diabełki. W pewnym momencie, gdy Elsa płynęła sobie spokojnie na brzuszku, Misia wskoczyła na nią i trzymała rączkami jej głowę, która w jednej chwili znalazła się pod wodą! Pomimo tego, że wcześniej prosiłam wiele razy, by w ten sposób się nie bawiły, kompletnie nie zareagowała na moje polecenie, żeby zeszła i ją puściła. Misia jak to Misia, ze swoimi świecącymi oczkami, dalej świetnie się bawiła. Wszystko to trwało moment, rzuciłam telefon na ziemię i ściągnęłam malucha z przestraszonej i niewiedzącej co się dzieje Elsy. Bardzo płakała i nie mogła się uspokoić, ale w tym momencie Misia zdała sobie sprawę z powagi sytuacji i zaczęła jej wtórować w wyciu. To wielka lekcja dla nich, bo zobaczyły na własne oczy, że to co mówią rodzice, to nie tylko puste gadanie. Elsa dodatkowo, przekonała się na własnej skórze co znaczy znaleźć się pod wodą i nie móc oddychać.

Moje szalone dziewczyny

Opowiadam wam tę historię, ponieważ z dziećmi to trochę jest tak jak z tym prawem jazdy. Najpierw jesteśmy bardzo ostrożni, niektórzy nawet do przesady, a potem nasza czujność opada. Przez długi czas chodzimy za maluchem wszędzie, asekurujemy go, ale w którymś momencie świetnie radzi sobie przecież sam. Nigdy nie byłam tego typu rodzicem, który boi się, że maluch upadnie, ale przy kontakcie z wodą trzeba być bezwzględnym. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdybym była gdzieś dalej, a nie daj Boże poszła po szklankę wody, czy do WC. Tyle przecież słyszy się o utonięciach dzieci, które były bez opieki. U nas w okolicy był niedawno taki przypadek, że chłopiec oddalił się od rodziców, którzy pakowali walizki do samochodu. Wpadł do jeziorka i do tej pory jest w śpiączce. Dziecko to tylko dziecko, nawet najmądrzejsze, a dzieci mają różne pomysły i nie zawsze są w stanie przewidzieć konsekwencje. Powiem wam, że gdy dzieciak jest większy to jednak traci się tę czujność. No, bo czy gdy 4-latek wchodzi na krzesło, to przejmiemy się tym tak samo, gdy robi to 1.5 roczny maluch? Gdy 4-latek kręci się wokół samochodu to normalne, że nie mamy go na oku przez cały czas. A jednak zdarzają się tragedie.

Podsumowując całe to wydarzenie, myślę, że to była lekcja nie tylko dla dziewczynek, ale także i dla nas, by tej czujności nigdy nie stracić. Nawet, gdy będą już dorosłe. Nadopiekuńczość? Zdecydowanie nie. Po prostu ostrożność, bo jak to powiadają, strzeżonego Pan Bóg strzeże.







10 komentarzy:

  1. Ojoj...dobrze, że na strachu się skończyło. Może zaowocuje to ostrożnością.
    Cudny basen!!! Marzy mi się taki kiedyś w naszym "ogrodzie" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, przeżyłam horror naprawdę. Oczami wyobraźni już widziałam co by się mogło stać, gdyby mnie tam nie było :( Na razie bawią się ładnie a Misia obiecała, że "nie będzie topić siostry" eh.
      Cieszę się, że basen Ci się podoba. Kupiliśmy go w Juli (jeśli macie u siebie taki sklep, bo nie wiem) Nie był drogi, więc spokojnie można kupować.

      Usuń
    2. Mam w planach taki basenik za jakiś czas, dzięki za podpowiedź :)
      Ech te dzieciaki, a potem człowiek w nocy nie śpi, b mózg mu podsuwa tysiące scenariuszy "Co by było gdyby...". Niech się bawią grzecznie :)

      Usuń
  2. Basen faktycznie rewelacyjny! Masz rację, że w pewnym momencie czujność spada, wkrada się za to rutyna. Ja to widzę np. podczas nauczycielskich dyżurów w szkole. Dlatego trzeba się pilnować, bo tak jak piszesz - chwila nieuwagi i nieszczęście gotowe.

    OdpowiedzUsuń
  3. A no właśnie. Dlatego jak ktoś mi mówi, że wycieczki szkolne są fajne, bo nauczyciel jedzie za darmo to ja bym mu kazała choć raz wybrać się z młodzieżą, czy dziećmi i wziąć odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo jak oni mają różne pomysły z chodzeniem po gzymsie na czele...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rok temu opisywałam u siebie na blogu, jak jeden z moich uczniów podczas wycieczki uciekł przez okno, żeby szukać zgubionego obiektywu do aparatu. Do chodzenia po gzymsie nie było więc daleko...

      Usuń
  4. Oj dzieci są faktycznie nieprzewidywalne, dlatego my musimy przewidywać za nie. Dobrze, że byłaś w pobliżu, bo aż strach pomyśleć jak to mogło się skończyć... Oby Misia zapamiętała tę lekcję i nie robiła takich akcji. Buziaki dla Was w te UPALNE lato :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że trudno wszystko przewidzieć, ale właśnie dlatego porównałam pilnowanie dziecka do jazdy samochodem. Ograniczone zaufanie i ostrożność to, co uratowało mnie przed wieloma kolizjami. Choćby tu koło mojego domu, gdzie jadę z pierwszeństwem, a nie wiedzieć czemu ludzie myślą, że to ja ich powinnam przepuścić (mimo, że jest znak ustąp)

      Usuń
  5. Kurczę, aż się zdenerwowałam. Dobrze, że byłaś tuż obok. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, niestety. Czasami, może niesłusznie, ale nawet do Tomka mam ograniczone zaufanie, bo wydaje mi się, że patrzy gdzie indziej, że nie powinien puszczać Tamalugi na bardziej skomplikowane drabinki... Wiem, że przesadzam, ale...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My staramy się nie przesadzać i nie popaść w nadopiekuńczość, wydaje mi się, że pozwalamy na wiele, choć jesteśmy w pogotowiu, że się tak wyrażę, bo nie wiadomo, co przyjdzie maluchom do głowy.
      Mój mąż na szczęście jest rozsądny, co by nie mówić już na tyle zna swoje dzieci, że wie, że są nieobliczalne. Taka Tamaluga razy 2 :P

      Usuń