czwartek, 27 września 2018

Dziecko niechciane, czyli nieudanej adopcji ciąg dalszy.


Zdj:Pixabay

Dziś chciałabym powrócić do historii sprzed kilku miesięcy, a dokładnie do stycznia, kiedy to wszystko się zaczęło. Żeby już nie zawracać głowy i nie wklejać linka do starego posta, po krótce przybliżę o co chodzi. 
Rozpaczliwie szukając jakiejkolwiek pomocy, napisała do mnie przyszywana babcia 11-letniej dziewczynki, która właśnie była w trakcie powrotu z nieudanej adopcji. Pisząc tamtego posta jeszcze niewiele wiedziałam, zdawkowe informacje przekazywane tylko za pomocą maili, stworzyły obraz w który dziś aż trudno uwierzyć. Jestem jednak związana z tą sprawą od samego początku i obecnie mogę powiedzieć, że wiem już wszystko. Wszystko to, co powinnam wiedzieć, by kolejny raz stwierdzić, że błędy dorosłych, procedury, zawiłości prawne i przede wszystkim ludzka bezduszność sprawiły, że dziecko, które mogło znaleźć dom, nie znalazło go. I po raz kolejny stwierdzam, że uśmiechnięte twarze ludzi adoptujących dzieci i szczęśliwe dzieci znajdziecie przede wszystkim na plakatach propagujących adopcyjne rodzicielstwo. W życiu codziennym, oprócz historii takich jak moja, czy innych blogujących mam, które kończą się jak dotąd szczęśliwie, są i takie jak ta o której dziś napiszę. A muszę wam powiedzieć, że chyba dopiero zajmując się tą sprawą otworzyły mi się oczy na pewne rzeczy, które mają miejsce. 

Wróćmy jednak do samego początku. Dlaczego babcia Tosi nazwała się przyszywaną babcią? A no dlatego, że nie łączą ją z nią żadne więzy krwi. Jest to ważne, by zrozumieć cały mechanizm, całe poświęcenie tej jednej kobiety dla dziecka, z którym w zasadzie łączy ją tylko to, że również opiekuje się jej biologicznym dziadkiem, obecnie umierającym. 

Nieudana adopcja.

Tosia trafiła do rodziny adopcyjnej tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Jak potem okazało się, pani nie do końca była przekonana do niej, nigdy nie otworzyła się na to dziecko i chyba nigdy nie pogodziła z brakiem swojego dziecka biologicznego. Domyślam się, że cały pomysł z adopcją wyszedł od jej męża, który ze względów zdrowotnych nie był w stanie jej tego dziecka dać. W styczniu odbyła się sprawa o przysposobienie i pomimo tego, że babcia zgłaszała swoje wątpliwości co do zasadności tejże adopcji, ośrodek przekonywał ją, że jest to krok słuszny. Dziś podejrzewamy obie, że ponieważ był to koniec roku, a dziewczynka też nie była "wygodna", bo trudno dla niej znaleźć rodzinę, chcieli zamknąć sprawę możliwie jak najszybciej. W dniu przysposobienia dziecka, po godzinie 17, kiedy to państwo zajechali do domu z Tosią (sprawa odbyła się w innym mieście) babcia dostała telefon, że państwo "oddają dziecko" W swoim uzasadnieniu później napisali, że dziecko dostało ataku szału, a oni nie mogą pozwolić sobie na niestabilność emocjonalną. Piszę to jedynie informacyjnie, nie staram się tu nikogo oceniać. Być może ci państwo nie byli wystarczająco dobrze przygotowani przez ośrodek, być może nie mieli wyobrażenia tego, z czym wiąże się decyzja o adopcji dziecka, zwłaszcza starszego, które niesie za sobą ogromny bagaż i ciężar doświadczeń. Piszę to po to, by kolejny raz dać namacalny przykład tego, jak odpowiedzialna jest to decyzja i że musimy być przygotowani na wszystko. Obojętne, czy dziecko ma 10 lat, czy 3 lata, to jak przeżyło traumę swojego poprzedniego życia, czyli z rodziną biologiczną, zależy w dużej mierze od charakteru, od wsparcia, pomocy i oczywiście rodzaju i jej siły (traumy) Nigdy nie można mieć pewności, czy małe dziecko nie będzie miało ataków szału, pisaliśmy o tym wielokrotnie. W przypadku dziecka starszego różni się jednak tym, że takie dziecko już jest w pewien sposób ukształtowane, choćby językowo. Trzylatek nie jest w stanie udzielić nam takiej riposty jak dziesięciolatek, trzylatek nie będzie straszyć samobójstwem, bo jeszcze nie wie co to jest, a starsze dziecko już tak. 
Trudno mi powiedzieć co wydarzyło się tamtego dnia, w dniu przysposobienia. Tosia twierdzi, że nie wydarzyło się nic takiego, co mogłoby być przyczyną lawiny wydarzeń, które nastąpiły. Fakt jednak pozostaje taki, że państwo złożyli wniosek do sądu o unieważnienie przysposobienia. Z jednej strony takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. Dobrze przeszkoleni rodzice, mający wsparcie i dużo czasu na nawiązanie więzi, podejmując tę ostateczną decyzję powinni jej być na 100% pewni. Jeżeli jednak takie warunki miejsca nie miały, lepiej, że ci państwo otrząsnęli się już na samym początku. Trwanie w takim układzie mogłoby doprowadzić do tragedii i nie mówię tylko o przyszłości dziecka, ale także ich samych.

Co dalej?

Psycholog postanowił, że Tosi nie powiedzą dlaczego musi wyprowadzić się z nowego domu. Miało to bowiem chronić ją i pomóc w zaufaniu kolejnym osobom. Nie jestem psychologiem, trudno wypowiadać mi się na temat słuszności tej decyzji, jednakże nie rozumiem dlaczego Tosia musiała czekać aż 10 dni na jakiekolwiek wyjaśnienia, które sprowadziły się w końcu do informacji, że tak zadecydował sąd. Babcia przyjęła ją pod swoje skrzydła, sama dostając zakaz rozmowy na ten temat. Trudno jednak ukrywać prawdę przed 11-letnim dzieckiem, które wszystko słyszy i wszystko rozumie. Wykończona psychicznie dziewczynka usłyszała, że już do tamtej rodziny nie wróci (w głowie układała sobie scenariusz, że to pewnie na chwilę, że coś jeszcze trzeba załatwić) 

Jest połowa stycznia. Tosia powinna dostać natychmiastową pomoc i być umieszczona w rodzinie. Tak się niestety nie dzieje. Wprawdzie został wyznaczony do opieki koordynator, ale niestety brak zaangażowania z jego strony przyczynił się do tego, że pomoc widniała tylko na papierze. Przez te wszystkie miesiące przekonywano babcię, że dziecku nie należą się żadne świadczenia, ani 500 plus, ani żadna inna zapomoga. Pomimo wielokrotnych zapytań, urzędowo potraktowana babcia, została po raz kolejny odesłana z kwitkiem. Przez cały ten czas łoży więc na dziecko, załatwia dodatkowe lekcje, by pomóc jej zdać do następnej klasy. 
Niedawno okazało się, że Tosi należy się 500+ oraz wyprawka szkolna. Pomoc społeczna nie może jednak wypłacić zaległej kwoty, a więc można śmiało powiedzieć, że niekompetentne panie urzędniczki "okradły" dziecko na kilka tysięcy złotych.

Ośrodek postanawia również, żeby babcia została dla Tosi rodziną zastępczą, jednak pani Maria nie ma czasu, by ukończyć kurs, którego nagle zażądali - testy psychologiczne, badania, szkolenie, podczas gdy ona zajęta jest opieką nad umierającym człowiekiem, swoim podupadającym zdrowiem oraz wychowaniem  nastolatki. 

Dziecko niczyje.

Przez tyle miesięcy Tosia ma tylko opiekuna prawnego, swoją przyszywaną babcię, która sprawuje nad ją właściwą opiekę. Nie ma rodziny zastępczej ani adopcyjnej. Z sądu przychodzi pismo, wspominające ojca dziewczynki, ojca, który dawno już nie żyje, czego najprawdopodobniej nie mieli odnotowane. Tosi nie należą się świadczenia po rodzicach, ponieważ nie opłacali składek. Ile w tym kraju mamy takich przypadków jak Tosia? Czy dziecku naprawdę nie należy się nic? Żadna renta po rodzicach? Czyż to nie państwo powinno bronić dziecka i dać mu to, czego nie dali rodzice? Jest to dla mnie niewyobrażalna sprawa. 

Babcia.

Takich ludzi jak pani Maria się nie lubi. Wchodzą z butami oknem, gdy wyrzuci się ich drzwiami. Nie uda się zbyć ich byle czym. Pani Maria siedzi godzinami przed komputerem, czyta różne rozporządzenia, przepisy, by w razie czego móc bronić się konkretami. Oczywiście gdybyście porozmawiali z przedstawicielem ośrodka, czy pomocy społecznej, to przedstawi wam sprawę tak, by okazało się, że to właśnie babcia wszystko utrudnia. Taki przykład. Tosi został przydzielony psycholog dziecięcy, który miał jej pomóc przejść przez traumę nieudanej adopcji i przygotować ją do ewentualnego pobytu w innej rodzinie lub placówce. Ich spotkania jednak ograniczały się do wypełniania psychologicznych testów i rozmów zupełnie nie związanych z tematem. Rozmawiałam z dziewczynką osobiście i jest to dziecko, które jest bardzo otwarte na ludzi, nie ma problemów z otworzeniem się na drugiego człowieka. Przy minimalnych wysiłku ze strony dorosłego opowiada o wszystkim co leży jej na sercu. Niestety nie mieszkamy w tym samym mieście i nie jestem w stanie zapewnić jej takiego kontaktu, jakiego by potrzebowała. Psycholog oddelegowany na siłę, by wypełnić tylko papierek, nigdy nie spełni swojej roli, bo najzwyczajniej w świecie mu nie zależy. Dziewczynka zżyła się bardziej z panią z wolontariatu, która zabiera ją na basen, przyjaźni się z nią. Gdy babcia zgłosiła swoje wątpliwości co do pracy psychologa, spotkała się z oburzeniem ze strony ośrodka. A muszę wam powiedzieć, że pomimo swojego wieku, pani Maria to konkretna, zaradna i przemiła osoba. Udało nam się dwa razy ją odwiedzić i byłam bardzo zaskoczona tym, jak daje sobie ze wszystkim radę. Czyste i schludne mieszkanie, urządzone ze smakiem, dobre warunki dla dziecka, pomimo małego metrażu sprawiają, że środowisko w którym przebywa jest dla niej sprzyjające. 

Dobro dziecka gdzieś tam na końcu. 

Zajmując się ta sprawą dopiero zobaczyłam jak ogromną pracę wkładają ośrodki w dobór rodzica do dziecka . Oczywiście mówimy o dobrym ośrodku, o ludziach, dla których dobro dziecka jest najważniejsze. Przy okazji tej sprawy okazuje się, że niestety dla wielu jest to tylko kolejny smutny przypadek, a pani rozkładająca ręce i mówiąca "cóż ja mogę zrobić" zapomniała chyba, że za nazwiskiem na papierze kryje się dziecko, człowiek, istota ludzka. Jeżeli pomoc społeczna, która jak sama nazwa mówi powinna pomagać, a nie może, to kto może? Tosia ma prawdziwe szczęście, że trafiła na panią Marię. Ale ile innych osób ta sytuacja po prostu by przerosła? 

Światełko w tunelu, które znika.

Jako, że ośrodek nie kwapił się, by dziewczynce znaleźć dom, ona sama w międzyczasie skończyła już 12 lat, więc każdy miesiąc działa na jej niekorzyść, spróbowałyśmy rozejrzeć się same w środowisku adopcyjnym, czy jakaś rodzina nie czeka na takie właśnie dziecko. W całym tym okresie od powrotu Tosi z nieudanej adopcji do dnia dzisiejszego, udało nam się znaleźć kilku kandydatów, którzy ewentualnie mogliby przyjąć ją do siebie. Po wielu rozmowach z psychologiem ustaliłyśmy, że ze względu na to, co Tosia przeszła, najlepiej będzie jeśli znajdzie się dla niej rodzina bezdzietna, która będzie mogła jej poświęcić całą swoją uwagę. Jako że dziecko nigdy nie dostało od swoich biologicznych rodziców miłości, ani jej podstawowe potrzeby nie były zaspokojone, powinna mieć indywidualną uwagę skupioną na niej. To oczywiście opis idealnych warunków, w jakich Tosia miałaby szansę najlepszej zafunkcjonować. Zgłaszały się do nas różne rodziny, ale jak to zaznaczyła pani psycholog, nie chodzi o to, by umieścić ją byle gdzie, upchnąć, jak to się potocznie mówi, bo można dziecku wyrządzić jeszcze większą krzywdę. Pewnie wielu z was pomyśli, że lepiej niech idzie gdziekolwiek, niż ma nie mieć rodziny wcale. Niestety to tak nie działa. Tu nie ma czegoś takiego jak mniejsze zło. Tosia to duże, ukształtowane już w pewien sposób dziecko, a umieszczenie jej w niewłaściwej rodzinie może nieść za sobą fatalne skutki. Pomimo, że psycholog na początku była przeciwna, postanowiłyśmy z panią Marią dać szansę pewne samotnej pani, która chciała przyjąć Tosię do siebie. I choć rodzina nie byłaby kompletna, widziałyśmy tu dużo plusów, takich jak choćby możliwość całkowitego poświęcenia się dziecku. Już miało dojść do spotkania, kiedy to okazało się, że niestety pani nie może zostać RZ, ponieważ ... jest z innego województwa. Nie będę tu rozwijać wątku, ponieważ nie jest to istotne w tym momencie, a sprawa też ciągnęła się bardzo długo. 

I wreszcie światełko w tunelu. Znalazła się pełna rodzina dla Tosi. Tylko co się okazuje? Kolejny raz nieodpowiedzialność i niefrasobliwość urzędników jest przyczyną tego, że adopcja nie może dojść do skutku. 
Czemu tak się stało? Rodzina obecnie mieszka za granicą, w Niemczech. Kiedy starali się o adopcję, pan pracował już poza Polską, Pani wraz z 2 dzieci mieszkała w kraju. Powiedziano im, że warunkiem uzyskania kwalifikacji jest to, że muszą być razem., obojętne gdzie, tu w Polsce lub za granicą. Ze względu na różne ważne czynniki, rodzina postanowiła wyjechać i dołączyć do ojca. To był ten moment, w którym w zasadzie przekreślili swoje szanse na adopcję. Ośrodek nie sprawdził jak w takim razie wyglądają procedury, gdy rodzina przebywa za granicą, tym samym marnując dwa lata przygotowań i oczekiwania. Teoretycznie rodzina mogłaby się starać, ale tylko teoretycznie. Przebywając w Niemczech, adopcja musi już przejść jako zagraniczna i to przez ich przepisy i urzędy. To długi, żmudny i niebezpieczny proces. Do akcji wkracza bowiem urząd zwany Jugenamt. 
Ja rozumiem, że ośrodki nie mają obowiązku wiedzieć wszystkiego i znać się na przepisach, ale czy jeśli mają taki odosobniony przypadek to nie powinni przyznać się, że nie mają na ten temat wiedzy i zasięgnąć porady gdzieś wyżej? Czemu ciągle potęguje przeświadczenie, że każdy musi być alfą i omegą w swoim zawodzie. Przecież wystarczy szczerze przyznać, że nie było takiego przypadku i poszukać wiedzy u kogoś, kto może ją ma. Czy to takie trudne? Wracamy więc do punktu wyjścia. Jest dziecko, jest rodzina pragnąca ją przyjąć i na tym koniec. Dziecko nadal bez domu, rodzina rozżalona. Należy się jednak zastanowić, skoro my dwie mogłyśmy tak dużo zrobić, znaleźć kandydatów, to czy ośrodek dysponujący ogromnymi możliwościami naprawdę nic nie mógł zrobić? Wątpię.

Propozycja.

Przyciśnięty do muru przez sąd ośrodek, postanowił w wakacje umieścić dziewczynkę w rodzinnym domu dziecka. Brzmi fajnie, prawda? Jednak czy aby na pewno to dobry i przemyślany wybór dla Tosi? Bardzo kontrowersyjny DD, kilka spraw z przeszłości, jedna z nich nawet była w TVN Uwaga, którego nagranie znalazłam na YouTube. Sami pani również kontrowersyjna. Jedno z pierwszych pytań jakie zadało, to jakie ma dziewczynka zdolności, najlepiej, żeby to był taniec. Pozwolicie, że zostawię bez komentarza. Babcia jako opiekun prawny nie wyraziła zgody na pobyt dziecka u tej pani.

Zmarnowana szansa.

Tosia została zabrana od ojca, gdy ten jeszcze żył. Miała wtedy chyba 9 lat. Gdyby znaleźli się ludzie, którzy chcieliby jej pomóc, tak naprawdę pomóc, miała jeszcze wtedy szansę na naprawdę dobry dom i jako taką przyszłość. Zamiast tego, trafiła do rodziny, do której trafić nie powinna, a potem do babci, u której tyle przebywać też nie może. Pani Maria jest osobą po 70, schorowaną, sama być może wkrótce będzie potrzebowała opieki. Pomimo przeszkód i trudności, oraz tego, że prócz Tosi ma jeszcze umierającego dziadka, daje radę. I wiecie co, podziwiam tę kobietę, za to że jest twarda, że nie odpuszcza i za to, że prawdopodobnie właśnie ratuje życie tej dziewczynki. Tosia ma już 12 lat i prawie zerowe szanse na rodzinę. Nie marzyłyśmy z panią Marią o rodzinie adopcyjnej, ale żeby w całej Polsce przez tyle czasu nie znalazła się dobra rodzina zastępcza dla niej, jest dla mnie niezrozumiałe i nie do przyjęcia. Dziewczynka jest po traumie, oczywiście, przeszła więcej niż niejeden dorosły, ale jest pogodna, otwarta, a jej największym marzeniem jest przytulić się do mamy. Prawdopodobnie jej marzenie się nie spełni. Ma 12 lat. Jest za stara, by ją pokochać. Za stara by dać jej dom. Za stara, by mieć mamę. Wiecie co jest najsmutniejsze? Że czytając takie historie, niejednemu płyną łzy. Żal nam, że taki los spotyka właśnie dziecko. Tylko żaden z dorosłych nie umiał i nie chciał pomóc. Wylewać łzy jest łatwiej, trudniej naprawdę coś zrobić.





*Imiona osób zostały zmienione.






































19 komentarzy:

  1. Dobrymi chęciami to jest piekło wybrukowane.

    Taka pierwsza myśl przychodzi mi do głowy po tej lekturze.
    Szkoda mi tego dziecka. Tak nadal jest to dziecko...

    Ja wiesz sam mam w domu 12letnią córkę, którą poznałem 2 lata temu. Wiem z własnego doświadczenia, że można przyjąć i pokochać starsze dziecko...

    Ale wiem też co oznacza połączenie startu w dojrzewanie z przeżywaniem jeszcze traumy po osieroceniu.

    Tu już dużo zła stało się po drodze. Za dużo...

    OdpowiedzUsuń
  2. @Hephalump
    Wiele razy przy okazji tej sprawy myślałam o Tobie i Twojej rodzinie. Daliście dom dwóm dziewczynkom, w których domyślam się więcej było ran niż czegokolwiek innego. Cały czas powtarzam innym, że te dzieci, niby "dorosłe", (mówimy o nich przecież adopcja dziecka starszego), to tak naprawdę jeszcze małe dzieci. W swoim życiu nie dostały szansy, by nimi być. Tosia wyobraź sobie bardzo dobrze dogadywała się z moimi dziewczynami, była opiekuńcza i zachowywała się jakby sama emocjonalnie była na poziomie 4-latki.

    Jest mi ogromnie smutno, że ta sprawa tak się zakończyła. Przyznam, że nie raz płakałam, bo cały czas wierzyłam, że los musi się odmienić. I za każdym razem jak było lepiej, to spadałyśmy w dół. Jest mi ogromnie przykro, że dzieci muszą tak cierpieć przez dorosłych. W tym przypadku nie tylko przez rodziców biologicznych, ale również przez tych, którzy nie pomogli. Ileż to razy pani Maria słyszała, że ktoś tam coś dla niej zrobi. Była już u wszystkich, prócz prezydenta. Obiecała sobie, że kiedyś nagłośni tę sprawę, by żadne inne dziecko nie musiało przeżywać tego samego.

    Wszystkiego dobrego dla Was.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciężko uwierzyć, że to prawdziwa historia, a nie jakiś wymyślony scenariusz na film. To jest nieprawdopodobne, co przechodzi ta dziewczynka.
    Wyobrażam sobie jakie szanse ma teraz Tosia na pozytywne zakończenie tej życiowej tułaczki, ale...
    przypominam sobie, jak moja mama była prawnym opiekunem swojej wychowanki w placówce opiekuńczej. Znałam tą dziewczynę dobrze,bo czasami przychodziłam do mamy do pracy. Pamiętam, jak mama mówiła, że idzie na niesamowitą rozprawę do sądu - znalazła się rodzina adopcyjna dla Marzenki, a Marzena miała wtedy już 15 lat. To niezwykle rzadkie, by rodzina adoptowała tak duże dziecko, ale szczęśliwie wszystko udało się. Może teraz też się uda...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Pewnie gdyby powstał film na podstawie tej historii to wielu powiedziałoby, że jest naciągana :(
      Powiem Ci, że przez ten cały czas wierzę, że wydarzy się jakiś cud, coś co było ujęte w planach, coś niespodziewanego właśnie coś takiego o czym piszesz. To niesamowite, że Marzena znalazła rodziców. Wiesz, myślę, że ważne, że poznała kogoś kto ją poznał i pokochał. Chciałabym, żeby właśnie z Tosią też tak było tylko ... ale nikt tego nie zrobi nie znając jej. A większość ludzi słysząc 12 lat nie daje jej nawet szansy. :(

      Usuń
  4. TO straszne przez co muszą przechodzić dzieci z winy dorosłych. Nie powinno być tak, że ludzie odpowiedzialni za los dzieci liczą się tylko z papierkami i żeby tam wszystko ładnie wyglądało, a nie myślą o uczuciach tych biednych, tak już bardzo pokrzywdzonych przez los, istot. Bezduszność większości urzędników jest porażająca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Idąc pierwszy raz do ośrodka myślałam, że tak właśnie jest, że dorośli przejmują się dziećmi, że im zależy, że im pomagają. Niestety przez te wszystkie lata okazało się, że nie zawsze. Spotkałam naprawdę wspaniałych ludzi, którym los dziecka leży na sercu (nawet te osoby pomagały w tej sprawie), ale również spotkałam właśnie takie bezduszne. Przekonałam się o tym na własnej skórze, jeszcze w trakcie pierwszej adopcji. Potem okazało się, że takich ludzi jest niestety więcej.
      Kolejny raz muszę pogodzić się z porażką. Przynajmniej na tę chwilę.

      Usuń
  5. Bardzo smutna historia :( A gdyby tak spróbować nagłośnić ją w jakichś mediach? Czasami widuje się program dotyczące konkretnych spraw i konkretnych dzieci oczekujących na nową rodzinę - i często kończą się one szczęśliwym finałem : adopcją albo ustanowieniem rodziny zastępczej. Może warto spróbować ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nagłaśnianie w mediach nic tu nie pomoże. Takie jest moje zdanie.
      OA mają w swoich bazach więcej kandydatów niż jest dzieci oczekujących na adopcję. Jest zatem komu proponować... Tylko OA nie dzielą się tak chętnie zasobami i zadowalają się umieszczeniem dziecka w ogólnej bazie.
      Tu nie chodzi o to aby wywołać u kogoś nagły poryw serca (np. przez nagłośnienie sprawy w mediach). Tylko o wypracowanie szansy dla dziecka.
      Może rzeczywiście dobra i solidna RZ byłaby tu najlepszą formą opieki.

      M

      Usuń
    2. @ Karolina, wiesz wiele razy o tym myślałyśmy, byłyśmy już z babcią obie zrozpaczone, ale na prośbę choćby samej zainteresowanej nie zrobiłyśmy tego. To też nie byłoby dla niej łatwe, być w centrum zainteresowania medialnego, gdzie każdy, dosłownie, poznałby całą o niej prawdę. Co by nie mówić, to jednak rówieśnicy nie wiedząc wszystkiego, traktują ją jak jedną z nich, a wyobraź sobie jaką byłaby sensacją w TV. No a poza tym bałyśmy się tego o czym pisze Hephalump. TV ma to do siebie, że właśnie przyciąga nieodpowiednich ludzi, poruszonych chwilą, poruszonych historią, którzy będą chcieli zabawić się w "Matkę Teresę" i albo samemu ją wziąć, albo na siłę znaleźć Tosi dom, by potem dumnie móc pokazać ją uśmiechniętą przed kamerami. Tylko nigdy nie wiesz co będzie się działo jak zgasną światła.
      Przyparci do muru urzędnicy też mogą coś wymyślać i na siłę chcieć nagle sprawę załatwić, także nie do końca jest to chyba dobre.

      RZ oczywiście, że byłaby dobra, tylko jak ją znaleźć? Od stycznia poszukujemy... Prawda jest taka, że RZ też wolą maluszka, niż ukształtowaną 12-latkę po przejściach.

      Usuń
  6. Izzy, bardzo mi przykro. Okropne są takie historie. Mam nadzieję, że Tosia znajdzie szybko kochającą rodzinę.
    Czy ci zgłaszający się ludzie, czy to się odbywa poza Tosią, czy ona ich poznała? Jeśli tak, to dodatkowa trauma dla dziecka, które ma nadzieję, a potem nic z tego nie wychodzi. Nie wiem, na ile ją wtajemniczacie w całą sprawę, bo fakt - z jednej strony to dziecko z wrażliwością, jak piszesz, czterolatki, a z drugiej - nastolatka, która dużo rozumie, a czego nie rozumie to tłumaczy sobie na swój sposób, co też może być niebezpieczne...
    Czy z tym państwem z Niemiec jeszcze jest szansa? Mocno trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odkąd ja pomagam w tej sprawie to Tosia spotykając się z potencjalnym kandydatem nie wiedziała kim i po co jest. Wszystko było zrobione tak, by ją chronić, by znów nie musiała przeżywać traumy odrzucenia lub tak jak przy tej
      ostatniej rodzinie tego, że przez urzędy razem być nie mogą.
      Czy się domyśliła? Być może, ale póki nie miała wyraźnego sygnału, że ci ludzie to potencjalni rodzice, to na pewno łatwiej jej to wszystko przyjąć.
      O kandydatach jeszcze napiszę, bo to osobny topic.
      Czy jest szansa. Hmm. Teoretycznie tak, ale ustaliłyśmy, że nie może być tak, że kosztem dzieci, które już mają ryzykują by uratować Tosię. Może to nie czas ani miejsce, może kiedyś... Tak jak napisała Lidia wyżej, zdarzają się sytuacje w których nawet 15 letnie dziecko znajduje dom. To trochę tak jak mężczyzna i kobieta, spotykają się, ale z wielu powodów być razem nie mogą. Potem spotykają się ponownie, mija kilka lat, wiele się zmienia i to jest właśnie ten moment. Także kto wie. Może będą mogli wrócić do Polski, a wtedy wszystko będzie łatwiejsze. Także trzymaj kciuki, dziękuję Ci :*

      Usuń
  7. Dziecko nie jest za stare, by je pokochać, tylko PCPR-y nie dają się zreformować. Ktoś słusznie nazwał taką instytucję "Centrum Przeszkadzania Rodzinie." Coś w tym jest.Strasznie biadolą,że brakuje rodzin zastępczych, wiele takich stron w necie.Chyba chcą w ten sposób zrobić dobre wrażenie. Jeśli ktoś nie jest bliżej tematu,uwierzy w ich dobre intencje. Tylko prawda jest taka, że są dzieci bez rodziców i rodziny zastępcze bez dzieci, bo powiaty nie mogą się między sobą dogadać i dzielą dzieci na swoje i obce. Z tymi drugimi mają potem problemy. Miała się zmienić ustawa i sądy miały otrzymywać bazę danych rodzin zastępczych z całego kraju, ale tego się raczej nie doczekamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie. I to jest w tym wszystkim najsmutniejsze. Tyle się mówi o tym, że dobro dziecka jest najważniejsze, że trzeba to czy tamto zmienić, ale jak przychodzi co do czego to tylko kłody pod nogami, a dziecko i rodzica tak jak napisałam sprowadza się do nic nie znaczącego nazwiska na kartce. To jest coś niewiarygodnego. Mój Boże a co to za różnica z jakiego dziecko jest powiatu. Jest osoba, która pragnie je przyjąć, to powinno się zrobić wszystko, by sprawić, żeby to było możliwe a nie odwrotnie.Ręce opadają.

      Usuń
  8. Zastanawiam się,czy nagłośnienie takiej sprawy miałoby jakiś odzew. Nie chodzi mi o personalne nagłaśnianie,ale o poruszenie problemu rejonizacji i niekorzystnych z tego powodu decyzji w sprawie dzieci podejmowanych przez dorosłych. Może jakaś petycja, zastanawiam się tylko do kogo, bo Rzecznik Praw Dziecka, raczej się tym nie przejmie, chociaż powinien.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że gdyby tak naprawdę kilka osób się w to zaangażowało i nie odpuściło to mogłyby coś wskórać. (może wspólnie z jakąś organizacją non profit) Tylko niestety rzeczywistość jest taka, że na to potrzeba siły, czasu, zaangażowania i to wszystkich, bo cóż może jedna osoba. Nie każdy może sobie na to pozwolić i oni na tym żerują :(
      Rzecznik Praw Dziecka może i coś odpisze, może przyzna nawet jednorazową pomoc, tylko nie sądzę, żeby zaangażował się tak, by zmienić coś na dłużej. Wiesz, zauważyłam, że ludzie najchętniej "pomagają" innym, by przy okazji wypromować siebie, albo przed wyborami. Niestety.

      Usuń
  9. Pamiętam tą sprawę z Twojego bloga.
    To okropne!
    Praktycznie zero pomocy!
    To się nie należy, tamto też nie...Jak to w ogóle możliwe?!
    Strasznie to smutne i wkurzające zarazem...mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto pokocha Tosię - bo na pewno jest gdzieś ktoś taki, tylko jeszcze o niej nie wie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, łatwiej powiedzieć, że Ci się nie należy, niż ruszyć 4 litery i sprawdzić, czy faktycznie tak jest. Niestety. Niby tyle rzeczy zmieniło się na plus, ale jednak nadal musisz walczyć o swoje. Wszędzie. Jak się nie upomnisz to guzik dostaniesz.

      Usuń
    2. Bieda Tosia :( a Babcia pewnie też cierpi...

      Usuń
  10. Obawiałam się, że Twoje milczenie w tej kwestii oznacza właśnie to, co się okazało, że oznacza. Szlag by trafił urzędniczą biurokrację i niekompetencję. Biedna Tosia, biedna babcia i biedna ta rodzina z Niemiec, która najpewniej nie będzie mogła adoptować nie tylko Tosi, ale w ogóle żadnego dziecka. :(

    OdpowiedzUsuń