sobota, 20 października 2018

Adopcyjne dylematy. Druga mama.


Kilka dni temu.

- Ja się urodziłam z brzuszka innej pani, prawda?, zapytała Elsa zakładając buty przed wyjściem na balet.
- Tak, żabko, zgadza się, odpowiedziałam.
- A czemu ty nie mnie nie urodziłaś?
No cóż. Nie był to moment na dłuższą rozmowę na ten temat, rzuciłam więc krótko:
- Pamiętasz przecież, że mój brzuszek był chory i nie mógł w nim zamieszkać dzidziuś.
- A tatuś? 
- Tatusiowie nie rodzą dzieci, wiesz o tym, uśmiechnęłam się.
- No tak, odwzajemniła uśmiech Elsa. 
- A czemu pytasz?
- A tak tylko chciałam wiedzieć, odpowiedziała krótko moja córka i poszła do samochodu.

Na co dzień nie rozmawiamy o sprawach adopcji w formie długich wywodów. Zwykle temat pojawia się nagle, w niespodziewanych okolicznościach tak jak teraz. Nie wiem jak jest w innych rodzinach, ale pamiętam, kiedy Elsa miała około 5 miesięcy (więc temat jawności adopcji jeszcze nas nie dotyczył) opowiadała mi pewna mama, że siedzi kiedyś na ubikacji, do której nagle wpada jej 5-letnia córka z pytaniem "Czemu ty właściwie mnie adoptowałaś?" 

Dzieci, choć o tym nie mówią, przetwarzają informacje w swojej główce i próbują na swój sposób wszystko poukładać. Widzą i wiedzą coraz więcej, kolekcjonują elementy do układanki, które niczym puzzle próbują do siebie dopasować. Nie wiem, czy u nas spontaniczne pytania wynikają z coraz większej dojrzałości i wieku, czy może z tego, że jedna z wychowawczyń jest w ciąży i Elsa próbuje to wszystko zrozumieć. 

O jawności adopcji pisałam już kilka razy, wiecie, że jestem przygotowana na wszystko (przynajmniej w teorii ;) ) i nie mam zamiaru niczego ukrywać przed dziewczynkami. 

Dziś jednak chciałam napisać o czymś innym, a mianowicie o roli matki biologicznej w życiu moich, naszych dzieci.
Kiedy pani, a kiedy mama biologiczna? Czy mówić o niej z szacunkiem, czy besztać za to, że porzuciła swoje dziecko? Kim jest ta osoba w życiu naszych dzieci? Te i inne rozważania znajdziecie w dzisiejszym poście. 

Zdjęcie: Pixabay

Przygotowania do rodzicielstwa.

Ze szkolenia w OA dowiedziałam się, że dziecku do około 5 lat trudno zrozumieć pojęcie "adopcja". Dla niego mama i tata, to osoby, które je wychowują, kochają i troszczą się. Nie wie jeszcze przecież do końca jak dzieci przychodzą na świat. Nawet wtedy, gdy ma już świadomość "brzuszka", nie jest w stanie połączyć faktów na tyle, żeby skorzyć, że skoro urodziła je inna pani, to dziecko jest jej, zatem powinna je zatrzymać przy sobie. 

Na szkoleniu dowiedzieliśmy się więc, że prawdę o jego pochodzeniu, najlepiej dziecku dawkować, czyli nie obciążać go szczegółami, których nie jest w stanie zrozumieć. 

Urodziła mnie inna pani.

Każde dziecko pragnie być kochane, ale przede wszystkim pragnie wiedzieć, że rodzice czekali na nie. Trudno nie zgodzić się z tym, że wszystkie dzieci oddane do adopcji jako niemowlęta, niestety nie były wyczekane. Ich przyjście na świat wiązało się albo z nienawiścią do niego (np. przy kobietach bardzo uzależnionych), albo z cierpieniem i traumą (jeżeli kobieta oddała dziecko z braku wsparcia). Dlatego też należy z wielką rozwagą wybrać moment, w którym wprowadzimy dziecku pojęcie mamy biologicznej. Jak wspomniałam wcześniej, dla malucha pojęcie mama i tata nie wiąże się z genami i więzami krwi. Mama to ta co karmi, bawi się, przytula, odbiera z przedszkola, pociesza i całuje obite kolanko. Matka biologiczna to obca dla niego osoba, wirtualna, nie różniąca się niczym od legendy, którą dziecko kiedyś usłyszało, ale nigdy nie widziało na oczy. 

O bocianach, brzuszkach i dzieciach z serduszka.

Jak być może pamiętacie z poprzednich wpisów, nigdy nie opowiadaliśmy dziewczynkom bajek o bocianach, ani innych zwierzątkach z którymi mogłyby się utożsamić. Miały powiedziane wprost, że to nie ja je urodziłam, ale bardzo je kochamy i długo na nie czekaliśmy. Fakt, pozwoliłam sobie na historię taką, że wszystkie dzieci są w niebie i czekają na narodziny. Stąd chyba opowieść Elsy o długiej kolejce, w której ona i siostra musiały stać. 
Wiedzą, że dzieci tak naprawdę nie rodzą się z serca, ale wiedzą też, że serce odpowiedzialne jest za miłość do nich. 
Każde dziecko jest inne, każde w swój indywidualny sposób podchodzi do sprawy adopcji. Jedne uczą się na podstawie książeczek adopcyjnych, inne wymagają tak zwanego wyłożenia kawy na ławę. 

Kiedy więc pani staje się matką biologiczną?

Nie wiem. Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć, ale czuję, że jeszcze nie teraz. Dziewczynki nie zrozumiałyby dlaczego jakąś panią nazywam mamą. Dziecko nie mogąc pojąć całego mechanizmu adopcji (bo przecież czasem i dorosłym jest trudno) ma tendencje do stwarzania sobie własnej, niekoniecznie prawdziwej interpretacji wydarzeń. Co to oznacza, że mam dwie mamy? Która jest ważniejsza? Czy mogę sobie wybierać? No i najważniejsze pytanie:

Która mama jest tą drugą, a która pierwszą?

Z jednej strony to my jesteśmy tą pierwszą mamą, bo zawsze jesteśmy przy naszym dziecku, ale to biologiczna, nie adopcyjna matka dała mu życie. Zdarza się, że dzieci nie mogąc ogarnąć tego wszystkiego swoim umysłem, bardzo idealizują matki biologiczne, które pozostają co by nie mówić wytworem ich wyobraźni. Maluszki pragną uczuć, pragną zaspokojenia podstawowych potrzeb, ale już u kilkulatka, mogą pojawić się inne myśli. Oto mam przy sobie kobietę, która owszem przytula, dobrze gotuje, zabiera na plac zabaw, ale również wiele wymaga. Każe sprzątać, nie pozwala jeść tyle słodyczy ile bym chciał, wyłącza telewizor kiedy akurat leci fajna bajka i zabrania biegać po sklepie. No, ale mam dwie mamy, tamta na pewno taka by nie była. I pojawia się ciekawość. No właśnie jaka jest ta inna mama? 

Zła kobieta czy troskliwa mama?

Nie znając jeszcze tej złej strony życia na tyle, by matkę biologiczną wyobrazić sobie w sposób negatywny, małe dziecko zwykle ma z nią same dobre skojarzenia. Oczywiście jeśli nie wyprowadzimy go z błędu. Ważne jednak, by nie szantażować dziecka emocjonalnie i nie grać na jego uczuciach. Przecież nie powiemy mu, że jego mama piła alkohol, brała narkotyki, mieszkała w brudzie i w ten sposób właśnie maluch został poczęty. Unikajmy więc stawiania siebie na piedestale, przyjmując rolę wybawcy dziecka. Taka postawa niestety zdarza się wielu dorosłym, nie tylko w kontekście rodzicielstwa. Ileż to razy słyszymy jak na przykład żona mówi do współmałżonka: Gdyby nie ja, to niczego byś w życiu nie osiągnął, albo gdy szef daje do zrozumienia pracownikowi, że nic nie jest wart, a udany projekt to w zasadzie jego zasługa, nie podwładnego.

                                          Dziecko starsze.

Z dziećmi, które pamiętają swoich biologicznych rodziców, sprawa wygląda zupełnie inaczej i każdy przypadek jest indywidualny. Prawdopodobnie przeżyły one dużą traumę, wywołaną takim a nie innym postępowaniem dorosłych. Są dzieci, które wypierają z pamięci złe doświadczenia i od razu "wchodzą" w nową rodzinę i ich rolę mamy i taty, ale są takie, które potrzebują czasu. Z wielką rozwagą i zrozumieniem trzeba podejść do tematu ról w rodzinie. Na pewno dziecko układając sobie wszystko od początku, musi na nowo zaufać dorosłemu, wierząc, że mama i tata to coś dobrego.

Gotowość. 

Ja osobiście trzymam się tego, czego nauczyłam się na kursie, czyli balansu pomiędzy prawdą a spokojnym życiem moich dzieci. Do ich matki biologicznej (jak wiecie dobrze, bo wspominałam o tym w kilku postach) mam ogromny szacunek za to, że nie poddała się aborcji, że wydała na świat dzieci, dzięki którym mogę być dziś szczęśliwa. Miała na tyle odwagi i pokory, by stawić się przed sądem i publicznie zrzec się praw do swojego potomstwa, co zapewne nie było łatwe. Ale na tym jej rola w życiu moich dzieci na razie się kończy. Nie podkreślam więc jej znaczenia, ani nie wprowadzam jako stałego członka naszej rodziny. Chcę, żebyśmy my i dziewczynki spokojnie ułożyli sobie życie, nasze życie, a nie ciągle przez pryzmat tego, kto je urodził. Nie jestem i nie mam zamiaru być drugą mamą. Dziewczynki są moimi dziećmi i na co dzień nie ma to dla mnie znaczenia, że ich nie urodziłam, pogodziłam się z brakiem biologicznego potomstwa. Tym samym są one dla mnie po prostu dziećmi, a nie drugimi dziećmi (zakładając, że pierwszymi byłyby biologiczne)
Dziewczynki dowiedzą się w odpowiednim czasie, że pani, która je urodziła, to matka biologiczna, ale jeśli nie zdecydują inaczej, będzie to tylko nazwa. To kto będzie w przyszłości pierwszą, drugą, czy jedyną mamą, zostawiam ich decyzji, gdy będą starsze. 
Być może uznacie, że źle postępuję, czy też egoistycznie, ale czuję, że tak właśnie powinnam postąpić, by nasza rodzina mogła być normalną, zwykłą rodziną jak każda inna. 













































38 komentarzy:

  1. Przed nami kurs w OA. Od jakiegoś czasu przeglądam różne blogi mam adopcyjnych, do których znalazłam linki na Bocianie. Z ciekawością czytam o różnych podejściach do jawności adopcji, a reakcja dzieci za każdym razem wydaje się być nieco inna. Bardzo mi się podoba podejście, o jakim Pani tu pisze. W taki też sposób wraz z mężem zamierzamy rozmawiać z naszym dzieckiem :-)

    Pozdrawiam!
    LaStella

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga La Stello! Przede wszystkim gratuluję Wam decyzji o adopcji dziecka :) Mam nadzieję, że kurs szybko się odbędzie i już oficjalnie będziecie czekać na swojego maluszka :)) To czekanie jest z tego wszystkiego najgorsze, ale potwierdzą to wszystkie dziewczyny, że warto być cierpliwym, bo potem człowiek pamięta już tylko te dobre chwile.

      Jeśli chodzi o jawność adopcji, to niestety nadal nie dla każdego jest to oczywiste, dlatego już chyba trzeci raz o tym piszę, za każdym razem w troszkę innej odsłonie (tym razem właśnie o matce biologicznej) to trudny temat, ale każdy z nas musi przez niego przejść. Co z tego wyniknie to oczywiście czas pokaże :)

      Cieszę się, że do mnie trafiłaś, wpadaj częściej! Razem zawsze raźniej, są wśród nas doczekane, oczekujące na dziecko i dopiero oczekujące na kurs tak jak Wy. Pisz o swoich obawach i troskach, na pewno wspólnie coś zaradzimy, a jak nie to choć pogadamy :)

      Pozdrawiam serdecznie i trzymam mocno kciuki!! :)

      Usuń
  2. Ciężki to jest temat...Ja jeszcze nie wiem, jak wypracować ten balans, żeby mamy biologicznej Rysia nie demonizować, ale też nieidealizować. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie opowiadać mu, że urodziła go inna/druga/pierwsza mama. A o tym, jak jest to trudne dla dzieci, niech świadczy poniższa historia. Kiedyś temat adopcji pojawił się w mojej rozmowie z 5-letnią bratanicą. Powiedziałam jej wtedy, że Rysia urodziła inna pani, bo ja nie mogłam, a my go adoptowaliśmy. Mała nie dopytywała za bardzo, zapytała tylko, co to znaczy adoptować, co jej wyjaśniłam. Wiele miesięcy później ni z gruszki, ni z pietruszki, zapytała mnie, czy oddam Rysia tej pani...Na początku nie skojarzyłam w ogóle, o jakiej pani ona mówi, więc zapytałam, a ona odpowiedziała " no tej, która Co go dała...". I kurcze, łzy mi w oczach stanęły. Bo było mi przykro. Odpowiedziałam jej, że nie, nigdy go nikomu nie oddam, bo to jest mój synek. Ale zdałam sobie wtedy sprawę z tego, o czym piszesz. W głowach dzieci takie historie cały czas pracują.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, świetny przykład podałaś. Czasem (a może nawet skłaniam się ku często) dorosłym wydaje się, że dziecko nie słyszy, nie rozumie, nie kojarzy i nie łączy faktów. A tak nie jest. Dziecko właśnie zbiera informacje, ale nie mając zbyt wielu doświadczeń życiowych, tworzy sobie swoją wersję wydarzeń np. taką o jakiej napisałaś. Wy macie jeszcze chwilkę, choć czas szybko mija, moje dziewczyny nie są dużo starsze od Rysia, a jednak nas już ten temat dotyczy. Ty będziesz miała podwójne zadanie - przekonać swoich synków, że kochasz ich równie mocno, mimo, że jednego z nich nie urodziłaś. Ściskam za Ciebie mocno kciuki.
      Reszta moich wywodów będzie niżej ;)

      Usuń
  3. To ja może napiszę jak jest u nas. Jesteśmy rodzicami 5-latka i 8 miesięcznego niemowlaka. Oboje adoptowani w wieku niemowlęcym. Nie są spokrewnieni biologicznie.
    To, że temat adopcji nie będzie w naszej rodzinie tabu wiedzieliśmy od razu ale o tym jak o tym mówić nie mieliśmy specjalnie pojęcia więc co do zasady zdaliśmy się na to co usłyszeliśmy w OA, potem doszła własna intuicja i znajomość własnego dziecka.
    Na pytanie jak będziemy mówić dzieciom o ich mamie biologicznej, które padło na jednym z pierwszych spotkań odpowiedzieliśmy zgodnie, choć nieśmiało „no chyba mama”. Co spotkało się pozytywnym przyjęciem. Do używania takiego sformułowania zachęcano nas również podczas zajęć grupowych (zarówno przy pierwszej jak i drugiej adopcji, choć w tym drugim przypadku to było raczej przekonywanie przekonywanych – wszystkie pary które przechodziły z nami kurs twierdziły, że tak właśnie określały MB swoich pierwoadoptowanych).
    Dlaczego mama? Stoimy na stanowisku, że to mamy rodzą dzieci i nie nam decydować o tym czy samym urodzeniem zasługują na to określenie czy nie. Dziecko raczej chce być urodzone przez mamę niż przez panią (w końcu mamy urodziły 99,9% jego kolegów). Zdarza się, że w późniejszym wieku dzieci rezygnują z określenia MB mianem mamy i przechodzą na „panią” – to podobno łatwiejsze niż przejście z pani na mamę, które czasem dziecko by chciało ale boi się, że urazi tym mamę adopcyjną.
    Nie owijamy też w bawełnę, że urodziło się tamtej mamie przez pomyłkę, że urodziła je dla nas itp. Nasz syn dostał prostą informację, że mama, która go urodziła (nie używamy przymiotników pierwsza/druga/inna) nie mogła go wychować ale bardzo go kochała i chciała dla niego dobrze dlatego zgłosiła się do pań, które szukają dla takich dzieci rodziców, którzy je wychowają i będą z nimi na zawsze. Z drugiej strony my też zgłosiliśmy się do takich pań i tak oto staliśmy się rodziną. W przypadku starszaka jest to w 100% zgodne z prawdą. W przypadku młodszego trzeba to będzie trochę dostosować. Takie postawienie sprawy zostawia też otwarte pole do pytań „dlaczego nie mogła mnie wychować”. To jeszcze nie padło. Czekamy. Nie mamy gotowej odpowiedzi. Dostosuję ją do wieku i kontekstu pytania.
    Czy dziecko fantazjuje nt. MB. Nie za dużo i nie za często. Wydaje mi się, że rodzicowi łatwiej zarządzić tymi fantazjami na etapie kilkulatka niż nastolatka. Raz zdarzyła nam się sytuacja, że powiedział, że do pójdzie do tamtej mamy bo ona na pewno mu kupi/da itp. Łatwiej zarządzić taką sytuacją u trzylatka niż 10 latka, który może po prostu wyjść z domu na poszukiwania. Nasz wtedy 3-latek zawrócił już na progu swojego pokoju. Myślę, że 10-latek co najmniej wsiadłby w pobliski pociąg. Pytał się też gdzie mieszka (powiedzieliśmy w jakim mieście – jest duże więc raczej szybko jej nie znajdzie) i jak ma na imię (jest tak popularne, że tej informacji również mu nie poskąpiliśmy). Temat wraca co jakiś czas. Teraz na tapecie jest zmiana imienia (w związku z tym, że maluchowi też zmieniliśmy). Dowiedział się, że imię, które nosi na drugie nadała mu mama, która go urodziła. Tyle mu wystarczyło.
    To tyle z naszego krótkiego doświadczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo cenny komentarz, osobiście Ci za niego dziękuję.

      Usuń
    2. @ Anonimowy (swoją drogą to fajnie byłoby poznać Twoje imię, albo chociaż jakiś Nick, żebym nie musiała ciągle pisać per anonimowy ;) )

      Dziękuję, że opisałaś swoje doświadczenia, bo każdy ma inne podejście, a wymiana opinii jest dla wszystkich nas bardzo cenna. Jesteście krok przed nami, ze względu na wiek synka, więc przecieracie ślady :)

      Co do opinii ośrodka i psychologów, to oczywiście każdy ma inne zdanie. Jest nawet taka bajka adopcyjna, w której występuje mama i druga mama. Opowiadała nam o niej pani z ośrodka i mówiła właśnie w jej kontekście, że dziecko nie jest w stanie pojąć, o co w tym wszystkim chodzi. Jest mama. Jest druga mama. Urodziła, ale oddała?? Niektórzy jednak uważają tak jak u Was w OA, że to dobry pomysł.

      No, ale może od początku. Kiedyś w jednym z postów zastanawiałam się kiedy rodzi się matka. Czy matką czyni fakt wydania na świat potomstwa? Czy może matką stajemy się wraz z rozwijającą się miłością do niego? Jeśli chodzi o dziecko biologiczne, które jest wyczekane i trafia do rodziny w której się urodziło, to tu nie ma dyskusji, kobieta, która urodziła to dziecko jest jego matką. I tak też teoretycznie nazywa się kobieta, która dziecko oddaje. Tylko jak mówić dziecku o kobiecie, która je wydała na świat wiedząc, że ona np.nienawidziła tej ciąży, albo jakby mogła to dokonałaby aborcji, brała narkotyki i piła alkohol i ja mam ją nazywać mamą?
      Dla mnie tak jak pisałam na razie rola MB kończy się na wydaniu dziecka na świat. Kiedy dziewczynki będą na tyle dojrzałe, by zrozumieć słowo MB to im to przekażę. Nie wiem, kiedy to będzie. Może za rok, może za 5 lat. Jeżeli dziewczynki będą chciały ją poznać, to ją poznają po ukończeniu 18 lat a słowo matka biologiczna nabierze realnego znaczenia.

      Nie znam oczywiście Waszej historii i Waszego dziecka, ale z tym, że "mama bio bardzo cię kochała" to naprawdę uważajcie. Teraz synek jeszcze tego nie rozumie, ale kiedyś będzie miał mętlik w głowie, że skoro tak mnie kochała to czemu mnie zostawiła? A poza tym nie wiecie tego, czy go kochała. Na pewno kochała na tyle by dać mu życie, ale oddała go, więc czyż to nie Wy kochacie go najmocniej na świecie, bo jesteście z nim na dobre i na złe? Poza tym, co to znaczy przez pomyłkę?
      Opowiadała nam pani psycholog o dziecku, które bardzo przeżyło, gdy rodzice powiedzieli mu, że się zgubił. To jedno słowo wystarczyło, by maluch poczuł się niepewnie, ponieważ dla dziecka perspektywa zagubienia się jest niczym horror.

      Usuń
  4. (ciąg dalszy - gdyż pierwszy raz blogger zbuntował się na tak długi komentarz ;)

    Oczywiście, że maluch nie pójdzie nigdzie a 10 latek już tak, ale to właśnie nasza rola w tym, by czuł, że tu jest jego dom, tu są jego korzenie. Na siłę nie zatrzyma się nikogo, nawet dziecka biologicznego. To naprawdę drażliwa sprawa i nam dorosłym wydaje się, że takie powiedzenie "chcesz to idź proszę bardzo" to niewiele znaczące zdanie. Dla dziecka ma to głęboki podtekst, może poczuć się niepewnie, zagrożony, że nie zależy nam na nim. Ja unikam takiej gry na emocjach, choć jest bardzo ciężko czasem, przyznaję.

    Na razie nie obarczam dzieci informacjami na temat MB, myślę, że jest na to za wcześnie. Wiedzą, gdzie się urodziły i że nie urodziły się z brzuszka. Reszty dowiedzą się w swoim czasie. Szczegóły nic pozytywnego by im nie przyniosły, a ja nie chcę mówić o czymś, czego nie są w stanie pojąć.
    Tak ogólnie podsumowując, to myślę, że dziecko przyjmie wszystko czego się od nas nauczy oraz od otoczenia. Zobaczy, że w jednej rodzinie jest mama i tata, w innej sama mama, a w jeszcze jnnej mama i jakiś "wujek" i będzie to dla niego normalne. Jeżeli w adopcyjnym domu dziecku jest dobrze, to będzie to dla niego obojętne, czy mama go urodziła, czy też nie. Ale jeśli cokolwiek w tym domu się zadzieje, to z pewnością będzie szukać pocieszenia w rodzinie biologicznej. I tu albo znajdzie to czego szuka, albo raczej się zawiedzie.

    Mam nadzieję, że się nie obrazisz za moje słowa. Mamy trochę inne podejście do tej sprawy, ale może się okazać, że każda ma rację, bo dzieci różnią się od siebie. Musiałam jednak parę rzeczy napisać, bo dużo pracuję z dziećmi, z rodzicami, interesuję się psychologią dziecka i wiem, czym pewne rzeczy mogą skutkować (mogą, co nie oznacza, że tak musi być)

    P.S. W OA panie potwierdzały, że chłopcy ogólnie lepiej znoszą info o swoim pochodzeniu i zwykle nie szukają rodziny biologicznej. Wiadomo, facet to facet ;) Dziewczynki są bardziej emocjonalne, dlatego z nimi trzeba postępować inaczej. Może stąd moja ostrożność.

    Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za komentarz. Koniecznie dziel się z nami dalszymi doświadczeniami! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zacznę może od końca – jakbym wiedziała jak w tym googlu ustawić inny nick niż nazwa mojego konta google to bym coś sobie ustaliła. Jak ktoś wie to chętnie skorzystam z rady.

    Sonadra – cieszę się, że mój komentarz okazał się pomocny.

    A co do meritum. Nie powiedziałabym moim dzieciom niczego co w mojej ocenie nie byłoby zgodne z prawdą. Akurat w przypadku starszaka jego MB w czasie ciąży była pod „opieką” OA i dzięki temu o niej i jej motywacji wiemy całkiem sporo. Przynajmniej na poziomie deklaratywnym go kochała stąd takie a nie inne postawienie przez nas sprawy. Dlatego też napisałam, że w przypadku młodszego dziecka ten przekaz trzeba będzie zmodyfikować bo tu sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana i nie ma nawet tych deklaracji miłości. Raczej nie będziemy się skupiać na tym, że go oddała tylko na tym, że starała się mu znaleźć kochający i dobry dom i zrobiła wszystko żeby do tego domu jak najszybciej trafił (modelowe zrzeczenie po 6 tygodniach i pełna współpraca z OA). Czasem kochać to pozwolić odejść i chyba tej wersji będziemy się trzymać. Syn być może kiedyś zinterpretuje to tak, że go oddała a może jednak podejdzie do tego właśnie tak jak będziemy się starali mu to przekazać. Akurat dzięki drugiej adopcji jesteśmy w stałym kontakcie z OA (a przez jakiś czas nawet z dwoma w różnych województwach bo o drugie dziecko staraliśmy się w dwóch ośrodkach) i nasze przedstawienie tematu spotyka się z pozytywnym przyjęciem przez osoby tam pracujące wręcz jesteśmy zachęcani do jeszcze głębszego drążenia tematu w myśl zasady, że im więcej odpowiednich informacji wcześniej tym później łatwiej.
    To nie jest tak, że gramy na uczuciach dziecka i zostawiamy go z tym samym. 3-latkowi który chciał iść do tamtej mamy zaproponowałam, że pomogę się ubrać i zapytałam czy mam pójść z nim (czytaj – zawsze możesz na mnie liczyć i zawsze będę z Tobą). W przypadku dziecka starszego, które jest zdolne poruszać się samodzielnie (np. samo wyjść ze szkoły) podeszłabym zupełnie inaczej i raczej tłumaczyłabym, że w tej chwili nie może do tej mamy pójść ale przyjdzie taki moment, że będzie mogło i wtedy jak będzie chciał to mu pomożemy. Chociaż nie układam sobie w głowie tych scenariuszy i raczej reaguję na bieżąco. Tu żadne scenariusze nie mają sensu i dopóki ktoś nie przeżyje takiej sytuacji to wszystkie teoretyczne rozważania i rady może sobie schować do kieszeni.
    My na przykład nigdy nie zdecydowalibyśmy się powiedzieć naszemu synowi, że inna pani/mama urodziły go dla nas. Zaraz zaczęłyby się pytania czy wiedziała, że rodzi go dla nas, jak ją znaleźliśmy, czy ją o to prosiliśmy, czy tak żeśmy się z nią umówili, czy ją spotkaliśmy, dlaczego urodziła akurat dla nas a nie dla rodziny X, która też ma adoptowane dzieci.
    Temat na pewno prosty nie jest. Różnice „płciowe” w naszym podejściu też pewnie robią swoje. Nasz drugi maluch to dziewczynka więc pewnie trzeba myśleć jak jej ten temat przekazać. Ale raczej nie pozbawię jej tamtej mamy. Brat ma to i ona raczej powinna mieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że nie ma możliwości, żeby pokazała się jakaś nazwa użytkownika jeżeli nie zalogujesz się na Google :/ Jeśli więc nie masz konta to najlepiej po prostu się podpisać pod postem :)

      Tak sobie myślę, że w zasadzie to postępujemy podobnie, choć z tą różnicą, że ja używam określenia pani a nie mama. Myślę, że nie ma uniwersalnej rady, może tylko tak ogólnie, że dziecku należy się prawda i tyle. Ja też przecież powiem dziewczynkom wszystko co wiem o ich rodzicach.

      Według mnie dziecko 4-5 letnie jest jeszcze zbyt małe na określenie "mama:, bo wprowadza zbyt dużo niewiadomych w jego życie i zbyt duże jest to pole do wyobraźni. Piszę to oczywiście tylko i wyłącznie na podstawie naszych doświadczeń. Moje dziewczynki mają bardzo duże przywiązanie do rodziny, w zasadzie codziennie rysują nas, siebie, dziadków, więc wprowadzenie jeszcze jednej mamy myślę, że zaburzyłoby ich porządek. No bo jak to nagle ją też powinny rysować?

      Ja też jestem w stałym kontakcie z OA, przychodzę na szkolenia z kandydatami, rozmawiam z naszą panią pedagog i powiem Ci, że każdy inaczej podchodzi do tej sprawy. To chyba normalne, tak samo jak każdy inaczej podchodzi do rodzicielstwa. Ja mam bardzo duży szacunek i podziw dla wiedzy i pracy naszej pani, dlatego postępuję zgodnie z jej radami i nimi się dzielę tu na blogu, ale nie twierdzę, że są jedyne i słuszne :)

      Bardzo Ci dziękuję za to co napisałaś, mam nadzieję, że się przyda wszystkim tym, którzy są na tym etapie, albo innym w przyszłości. Sama ocenisz, czy faktycznie to prawda z tą płcią, ja nie mam niestety porównania, piszę tylko to, co zasłyszałam. Ale coś w tym musi być, skoro naprawdę mały procent chłopców jest zainteresowanych swoim pochodzeniem. To raczej dziewczynki potrzebują wszystko "przerobić" i pogodzić się z przeszłością. No, ale wiadomo, co dziecko to jest inaczej.

      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  6. Z mojego doświadczenia. Nasz syn też jest z nami mocno związany. Może nie rysuje rodziny na każdym obrazku (chlopcy ogólnie mniej rysuja) ale MB na żadnym jeszcze się nie pojawiła. A nawet jeśli to cóż - to tylko rysunek. Widocznie to byłby jego sposób na przerobienie tego tematu. Przeszloby pewnie po jakimś czasie. Nasz synek z kolei bardzo często rysuje obrazki dla kogoś (mamy, taty, babci, cioci itp.). Nigdy nie narysował dla MB. Nawet jeśli to pewnie schowalabym do koperty i dała mu jak dorośnie/zechce ją odszukać. Nigdy nie chciał jej zapraszac na przedstawienia do przedszkola, Święta, urodziny itp. Na razie MB funkcjonuje w jego życiu tylko jako ta która powołała go na świat.
    Aglaia (możesz pewnie kojarzyć mnie z bociana).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, oczywiście, że Cię pamiętam :) Fajnie, że zaglądasz do naszego światka, ja trochę zaniedbałam Bociana w sensie nie piszę, ale staram się być na bieżąco i mocno trzymam kciuki za wszystkie dziewczyny.

      Ciekawa jestem jak to wszystko się ułoży, może kiedyś moje dziewczyny same napiszą posta z komentarzem, czy dobrze pewne rzeczy robiłam, czy też nie ;) Bardzo też jestem ciekawa jak Twoja córeczka będzie podchodzić do tego wszystkiego.
      Wiem, że też duże znaczenie ma tutaj pochodzenie dziecka. Prócz mnie, znam takie mamy, które nie wyobrażają sobie, żeby o MB mówić mama, biorąc pod uwagę wiedzę na ich temat, to, że kochać, to na pewno tego dziecka nie kochała.

      Wszystkiego dobrego dla Was, koniecznie dziel się spostrzeżeniami, mam nadzieję, że dla wszystkich to ważne. Do któregoś momentu można o tym nie myśleć, ale czas mija tak szybko, że problem/zagadnienie zaczyna dotyczyć każdej naszej rodziny.

      Usuń
  7. Izzy, jak zwykle czytam twoje posty z wielkim zainteresowaniem i jak zwykle zastanawiam się, czy mam prawo do komentarza. Ale, co tam. Myślę, że temat jest tak samo trudny, bez względu na to, czy podejmuje go mama biologiczna czy adopcyjna, a więc...
    Przede wszystkim wyobraziłam sobie siebie w takiej sytuacji. Oczywiście nie zataiłabym przed dzieckiem prawdy o jego pochodzeniu. Myślę jednak, że na pewno nie użyłabym słowa "mama" w rozmowie z kilkulatkiem. Czytając komentarze, byłam bardzo zaskoczona, że sam ośrodek coś takiego proponuje. Uważam, że dla małego dziecka mama jest świętością, najważniejszym słowem i osobą w życiu i informacja o tym, że istnieje jeszcze jedna, wywołałaby chaos. Tak uważam. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że dzieci tworzą swoje własne historie, dorabiają prawdę oraz idealizują świat. Dla takiego dziecka mama jest jedna jedyna i niezastąpiona. Jeśli trzymać się tego, że informacje powinny być dawkowane i dostosowane do wieku, to o mb można powiedzieć "mama", gdy dziecko trochę podrośnie i przede wszystkim będzie znało ogólną "definicję" słowa matka. Jeśli przyjąć, że trzymamy się faktów, bo róża jest różą, a dom domem. Natomiast 2-3 latek kieruje się sercem i uczuciem, poznaje swój świat i ten świat daje mu bezpieczeństwo, poczucie stabilności, a w tym świecie jest 1 mama (tata, babcia, dziadek, dom, przedszkole, pies, kot itd). Mówiąc mu, "inna pani" nie okłamujemy go przecież (w końcu kobietą jest w istocie :-) ) ale "inna/druga/pierwsza mama" może poczynić spustoszenie w tym poukładanym świecie.
    Oczywiście mogę się mylić, ale myślę, że ja tak właśnie bym postąpiła. Zgadzam się, to nie jest łatwy temat, dlatego tym bardziej trzeba o tym rozmawiać.
    Przepraszam, że tak się rozpisałam.
    PS. Piszę o mamie, ale oczywiście dotyczy to też tatusiów, babć, dziadków itd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Olitoria, kochana pisz śmiało wszystkie komentarze, bardzo Ci jestem za nie wdzięczna, że wszystko czytasz, choć Cię to nie dotyczy i poświęcasz czas, by jeszcze coś od serca napisać. Bo Ty jako mama biologiczna trójeczki masz duże doświadczenie w tym, jak dzieci reagują na pewne sprawy. Masz przede wszystkim podgląd na wszystkie etapy, mając w domu i nastolatki i maluszka :) Nasze rodziny niby są takie same, a jednak nie, kiedyś muszą współistnieć z innymi dziećmi, dorosłymi, takimi właśnie jak Twoje córki. Twoje doświadczenia są cenne, bo sprawiają, że człowiek widzi jak na to wszystko mogą reagować dzieci biologiczne. Twoje dziewczyny mają szczęście, że mają taką mamę, która jest empatyczna i próbuje zrozumieć ten inny wariant macierzyństwa. Ale pewnie nie wszystkie dzieci takie będę. W przedszkolu jest jeszcze (przynajmniej naszym) pełna akceptacja drugiego dziecka, ale w szkole jakiś deficyt jest już polem do wyśmiewania się, czy poniżania. Tego się obawiam niestety, dlatego tak bardzo przywiązuję wagę do wysokiego poczucia własnej wartości, by słowa innych choć ranią, nie sprawiły, że dziecko poczuje się źle samo ze sobą. Przecież to kto je urodził nie jest miarą tego kim są. Za błędy dorosłych nie mogą płacić.

      Usuń
    2. Dziękuję bardzo, kochana, chociaż ekspertką się nie czuję :-)Po prostu staram się wczuć w sytuację, zrozumieć wszystkie punkty widzenia, no i przede wszystkim nikogo nie pouczam, tylko piszę to co ja bym zrobiła.
      Pozdrawiam Ciebie i autorkę komentarzy.

      Usuń
    3. Wiesz co, jeszcze tak odnośnie przedszkola czy szkoły. Oczywiście, że dzieci potrafią być okrutne, ale myślę, że świat tak idzie do przodu, że na szczęście takich przypadków wytykania palcami jest coraz mniej. Również przez związki homoseksualne, bo coraz więcej takich par ma dzieci, co kiedyś było nie do pomyślenia, a teraz nie budzi już sensacji, tak samo jak adopcja. Mam nadzieję, że w tej kwestii będzie coraz lepiej.

      Usuń
    4. Już trochę Cię znam i wiem, że jesteś osobą, która stara się widzieć dobro raczej niż zło i zakłada, że ludzie są dobrzy z natury. Szkoda, że wszyscy tacy nie są :) Też bym chciała, żeby tak było, tylko powiem Ci, że niestety w szkołach nie jest lepiej według mnie. I nie mówię tylko o adopcji oczywiście, ale ogólnie są to czasy, w których często nie ma miejsca na odmienność. Jakąkolwiek. Przysięgam jak czasem słucham tych dzieciaków (w różnym wieku) i tego co wyczyniają w szkole, to włos na głowie się jeży. Na pewno jest inaczej z tym, że ogólnie jest większa tolerancja i nikt nikomu nie wyszyje dużej litery A na łonie za to, że ma dziecko bez ślubu, ale jeżeli ja się dowiaduje, że chłopca prześladuje się, bo tata odszedł od nich, tylko dlatego, że nic innego na niego nie mają, to serce mi do gardła podchodzi. Mam jeszcze jeden materiał na posta właśnie trochę na ten temat, ale jak zwykle dużo tematów, a mało czasu, bo ciągle coś nowego dochodzi. Może się zbiorę i napiszę, choć to nic fajnego.

      No z Aglaią napisałyśmy wspólnie chyba nowego posta, na pewno dłuższego niż ten, który pierwotnie powstał :D

      Usuń
    5. Naprawdę? Z tym chłopcem? Przykre :-( A miałam nadzieję, że jest lepiej...

      Usuń
  8. Jeśli chodzi o pożywkę dla fantazji to pani czy mama nie ma tu moim zdaniem znaczenia. Obie te formy mają swoje paliwo do dziecięcych fantazji i w dużej mierze od nas dorosłych zależy jak tymi fantazjami zarządzimy.
    Dla mnie pani stwarza jeszcze jedno zagrożenie - kiedyś dziecko i tak dowie się, że dzieci co do zasady rodzą mamy (jakie by nie były). Niekoniecznie dowie się tego od rodziców i niekoniecznie dowie się tego w wieku, który rodzice będą uważali za ten właściwy. Jeśli utrzymujecie kontakty z innymi rodzinami adopcyjnymi pewnie spotkacie na swojej drodze takie, które używają słowa mama. Obieg informacji między dziećmi jest dużo szybszy niż nam dorosłym się wydaje. Już kilkulatek może się zapytać „dlaczego mnie urodziła pani a Jasio ma dwie mamy jedna, która go urodziła i ta z którą do nas przyjechał”?
    Wy Izzy już wybraliście swoją drogę, macie swoje słuszne argumenty. Mam nadzieję, że ta droga będzie dla was właściwa a twoje posty pomogą innym zastanowić się nad tematem. Ja chcę pokazać, że pójść w „mamę” wcale nie musi być takie straszne jak się wydaje – najważniejsze to chyba przeskoczyć własne lęki w tym temacie.
    Aglaia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ Aglaia, oczywiście, że masz rację, że obie formy to paliwo do dziecięcych fantazji, choć nie zawsze da się nimi "zarządzać", bo przecież my czasem coś tam rzucimy mimochodem, albo dziecko usłyszy, czy zobaczy w bajce i samo sobie układa jakiś tam scenariusz w głowie.
      Ja absolutnie nie polemizuję i nie staram się Ciebie przekonać do swoich racji, bo kim ja jestem, by mieć patent na dobre wychowanie? :) Chciałabym go mieć, albo choćby szklaną kulę, by wiedzieć, że dobrze postępuję. Dlatego na blogu nigdy nie staram się przekonywać do swoich racji, przedstawiam tylko argumenty i jak zauważyłaś zawsze piszę o tym jak to ma się do rzeczywistości. To co piszę o dziewczynkach to właśnie po to, by inni wiedzieli jakie są, jak się zachowują, jak to wszystko na nie wpływa. Broń Boże nie po to by się chwalić.
      To tak jakby oglądać film pierwszy raz i nie wiesz jak się skończy, choć masz nadzieję, że dobrze ;)

      Pamiętasz tego posta, w którym napisałaś a propos czegoś tam innego, że zwracacie się "mama" do MB to ja Ci odpisałam, że będziemy miały o czym pogadać, bo zaraz pojawi się post na ten temat :) No to gadamy i to jest fajne, bo kto czyta, a jest jeszcze przed wyborem w którą iść stronę, to będzie mógł zastanowić się co lepsze dla jego dziecka. Tak jesteśmy świeżo po wyborach to może porównam, że to tak jak dwie partie, każdy ma swoje racje, nikt wiadomo drugiej strony nie próbuje przekonywać, bo pewnie się nie da. Choć wiesz, to chyba niezbyt dobre porównanie, bo jednak w polityce żadna z opcji może nie okazać się dobra :D

      Oczywiście, że kilkulatek może zapytać dlaczego Jasio ma dwie mamy. Tak samo może zapytać dlaczego Jasio nie ma taty. U nas w przedszkolu, w grupie Elsy jest taki chłopczyk. Na obrazku rodziny, jako jedyny narysował tylko mamę, rysunki wisiały w szatni. Trudne pytania będą zawsze, jak nie związane z adopcją to inne. Mam nadzieję, że nie przegapię tego momentu, w którym będzie wskazane nazwać rzeczy po imieniu. Szczerze mówiąc ja bym się obawiała w drugą stronę, nie że dziecko zapyta że jak to, Jasio ma dwie mamy a mnie urodziła pani, tylko tego, że dziecko samo opowie w szkole, że ma dwie mamy i będą się z niego śmiać.

      Myślę, że nie uchronimy naszych dzieci przed rozczarowaniem i bólem kiedy one tak naprawdę zdadzą sobie sprawę z tego co to jest adopcja. Bo jakiekolwiek by nie były motywy oddania dziecka przez MB, to jednak zostało oddane, a maluch może się obwiniać o to, że gdyby był inny to by go nie oddała, tak jak przy rozwodach. Nie rozumiejąc mechanizmu rozstania dorosłych, dziecko będzie myślało, że to ono zrobiło coś źle.

      Trudne to wszystko. Na razie zgadzam się z Olitorią, że dla małego dziecka mama jest wszystkim, a myśląc, że ma ich dwie, trochę traci na mocy (tak jak ma się dwie ciocie na przykład) To w sumie idąc za ciosem trzeba byłoby powiedzieć, że ma matkę biologiczną, ojca, dziadków i być może rodzeństwo. Dla mnie to za dużo, a co dopiero dla dzieciaka. Dlatego wybraliśmy tak, a nie inaczej.

      Usuń
  9. Sprowadzając dyskusję na nieco mniej poważne tory - przypuszczam, że powiedzenie, że dziecko ma dwie mamy sprowadzi najpierw podejrzenia, że jest wychowywane w związku lesbijskim a nie, że zostało adoptowane ;-) . Idąc tym samym tropem powiedzenie, że urodziła go inna pani też zrobi z niego odmieńca.
    Co do dalszej rodziny biologicznej (tata, rodzeństwo itp.). Jak wspomniałam pod tamtym postem intryguje mnie temat biologicznego taty bo w sumie na żadnych kursach nikt tego z nami nie poruszał (albo ja nie pamiętam). Syn wie, że żeby poczęło się dziecko potrzebni są pan i pani/mama i tata. Ale faktu biologicznego ojca na razie nie kojarzy i na razie nie zamierzamy mu go uświadamiać. Być może jak przyjdzie do wyjaśniania dlaczego MB nie mogła go wychować to powiem, że jednym z powodów mógł być brak wsparcia ze strony jego taty (nie bardzo wiem jak go określić inaczej - Pana, który zapłodnił Twoją mamę? Jak ktoś ma pomysł chętnie posłucham) i wtedy temat wyjdzie. Kwestia rodzeństwa biologicznego też na pewno będzie u nas na tapecie bo oba dzieciaki je mają. Wolałabym żeby dowiedzieli się tego od nas niż z karty w OA jak pójdą kiedyś się z nią zapoznać. Jeszcze nie wiem chyba postaram się podążyć za dzieckiem - jak zapyta czy ma jeszcze jakiegoś brata/ siostrę to pewnie powiem tak. Jak zapyta czy tamta mama miała inne dzieci też raczej kłamać nie będę. Przecież prędzej czy później to i tak wyjdzie. Zadałam nawet pytanie o to na forum eksperckim bociana - czekam na odpowiedź. Przegadam też pewnie temat z dziewczynami z OA.
    Aglaia
    PS: śliczne zdjęcia z Rogowa. Bardzo lubię to miejsce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozbawiłaś mnie tym "panem, który zapłodnił", ale faktycznie do tego się sprowadza. Ja myślę, że aż tak głęboko dziecko nie wnika w to wszystko, (przynajmniej nie na początku), ale wiesz, to dobry temat na kolejnego posta. Postaram się pogadać jeszcze z moją panią z OA na ten temat plus to co już wiem i mam jakieś doświadczenie, więc jeśli chcesz to ten wątek przeniesiemy już do innego zagadnienia. Ciekawe co odpisze ekspert Bociana. Co by nie mówić, to tak jak piszesz każda wersja robi z dziecka odmieńca, ale na to już nic nie poradzimy, przecież nie ukryjemy prawdy po to, by mogło żyć w "spokojnym" kłamstwie.

      No to prawda, że dwie mamy to prędzej pomyślą, że ze związku lesbijskiego, ale jak usłyszą słowo adopcja to może być różnie. Ja jestem zdania, że lepiej, żeby rówieśnicy nie wiedzieli jeśli nie muszą, no bo po co. Komu dziecko będzie chciało powiedzieć, to powie samo.

      Dziękuję za komplement odnośnie zdjęć, cieszę się, że Ci się podobają :) My byliśmy pierwszy raz w tym miejscu. Dowiedziałam się o nim jakoś jesienią zeszłego roku, już nie pamiętam skąd i pomyślałam, że za rok przypilnuję i pojedziemy. No i się udało, bo to chyba ostatni taki weekend słoneczny, a poza tym w tym tygodniu ma już padać i wiać, więc i liści niewiele będzie :(

      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  10. Z jednej strony być może ten tata biologiczny nie jest dla dzieci tak kluczowy skoro to temat prawie pomijany na kursach (my mówiliśmy o nim tylko w jednym kontekście – deklaracji MB, że dziecko pochodzi z gwałtu) ale jednak są w necie/piśmiennictwie relacje ludzi urodzonych dzięki dawstwu spermy i niemożność poznania dawcy w takim przypadku jest dla wielu osób bardzo trudna. Więc być może w kontekście tradycyjnej adopcji temat jest po prostu nierozpoznany.
    Z rodzeństwem jest jednak zupełnie inaczej. Podobno poszukiwania rodziny biologicznej bardziej nawet skupiają się na poszukiwaniu rodzeństwa niż rodziców biologicznych. Nie wiem czy czytałaś książkę „Odnalezieni” – tam było to całkiem fajnie pokazane. Mieliśmy też na kursie spotkanie z dorosłymi adoptowanymi i jedna z pań bardzo podkreślała, że odnalezienie sióstr było dla niej dużo ważniejsze niż odnalezienie biologicznej mamy.
    Aglaia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas troszkę było mówione, ale wziąwszy pod uwagę, że w wielu przypadkach jednak ten ojciec jest nieznany, to faktycznie nie poświęca się mu aż tyle uwagi co MB.
      Książki niestety nie zdążyłam przeczytać choć była w planie, ale mam nadzieję, że kiedyś mi się uda, bo słyszałam, że warto.
      To prawda, że większość ludzi jednak nie szuka rodziców, za to szuka właśnie rodzeństwa. Tym bardziej jeśli są jedynakami i perspektywa zostania samemu, gdy odejdą rodzice adopcyjni jest straszna. My od razu deklarowaliśmy, że pragniemy przyjąć do siebie więcej niż jedno dziecko.

      Tak jeszcze może o jednym napiszę. My tu sobie tak rozmawiamy czy powiedzieć, czy nie, co jest lepsze, bo oczywiście dotyczy to dziecka, które nie pamięta faktu adopcji. Ale na przykład moja koleżanka, która adoptowała starszą dziewczynkę miała zupełnie inny dylemat. Mała absolutnie sama odrzuciła słowo matka biologiczna, dostawała histerii, gdy tak się ją nazywało - mama. Sama nazywała ją używając różnych epitetów takich jak czarownica, tamta pani itd. Z dziećmi starszymi bywa różnie, raz potrzebują czasu, by nowych opiekunów nazwać mamą, czy tatą, a w jej przypadku nastąpiło to od razu. Ona ma dylemat w drugą stronę, ja pomóc dziecku pogodzić się z przeszłością, ale też nie zaprzeczać jej istnieniu.

      Usuń
  11. Jejku Izzy to wszystko niby wydaje się takie proste, a jednak cała ta otoczka jest skomplikowana i tak ważna, aby jej nie zepsuć w oczach dziecka... Jak zwykle mega interesujący post i trudny temat, nie wspomnę już o komentarzach, które stworzyły jeszcze dłuższy wątek i zasiały jeszcze więcej pytań i wątpliwości ;) Jeśli chodzi o moją opinię (jako laika oczywiście) to ja również uważam, że przynajmniej na początku użycie słowa mama jest sporym nadużyciem. Tak jak napisała Olitoria - mama dla takiego małego dziecka jest całym światem, wszystkim co je otacza więc nazwanie w taki sposób innej pani mogłoby zaburzyć swiat takiego szkraba... Kilkulatek może rozumieć już więcej, tzn. mam na myśli 6-7-latka, który już wie skąd się biorą dzieci, a przynajmniej wie, że do tego potrzebna jest jakaś relacja obu płci (mam kuzynkę, której 7-letnia córka gra w popularne Simsy i tam, żeby mieć dziecko trzeba poznać mężczyznę i dosłownie o to dziecko się postarać, więc para udaje się do namiotu i reszta dzieje się za kulisami, co ciekawe czasem też starania nie wychodzą i trzeba sobie znaleźć innego mężczyznę ;)) Tak na poważnie to ta sama dziewczynka ostatnio w kontekście rozmowy na temat mojej ciąży właśnie stwierdziła, że jak my z mężem zdecydowaliśmy się na dziecko to mąż włożył je takie malutkie do mojego brzuszka i ono teraz tam rośnie i niedlugo się urodzi, więc wracając do głównego wątku uważam, że taki 7-latek może być już partnerem do pewnych rozmów, aczkolwiek fakty też należy dawkować, bo jest to tylko dziecko, które przetwarza wszelkie informacje w swojej głowie nawet bardziej i dłużej niż nam się wydaje. Więc MB jak dla mnie powinna być panią, a potem stopniowo może stać się matką biologiczną, ale tylko pod warunkiem, że dziecko będzie rozumiało tą istotną różnicę. Takie jest moje zdanie, choć nie posiadam żadnej wiedzy praktycznej na te tematy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eh, no właśnie, to nie jest takie proste. Wszystko fajnie dla dziecka, jeśli urodzi się w kochającej rodzinie, w której żyje się normalnym życiem. I już nie tyko mówię o rodzinach adopcyjnych, ale tak ogólnie. Potem takie zderzenie z rzeczywistością, rozwody, tragedie, rodzice uganiający się za karierą itd to wszystko kształtuje dziecko i to jakie będzie w dorosłym życiu.
      Już nie będę powtarzać tego o czym pisałyśmy z Aglaią, bo już wiesz jaki ja mam pogląd na to wszystko, ale najbardziej martwi mnie ta nieprzewidywalność. Nie tak moich dzieci, jak innych i ogólnie tego świata. Ja w wieku 7 lat nie miałam pojęcia skąd się biorą dzieci, żyłam sobie swoim szczęśliwym życiem, niczego jeszcze nieświadoma. I dobrze. Bo gdy poznałam prawdę o życiu, to byłam na tyle dojrzała, by to zrozumieć, a jeśli nie zrozumieć, to przyjąć, że tak jest.
      Dzięki za komentarz, cóż, ja też jestem laikiem ;)

      Usuń
  12. No raczej nie jesteś kochana 😊 Świat się zmienia, idzie do przodu, czasem to dobrze, a czasem źle. Dzieci szybciej dorastają i to uważam akurat za wadę dzisiejszych czasów, ale jakoś trzeba to ogarniać i za tym podążać (albo raczej nadążać). Z drugiej strony problemem mogą być inne dzieci, które tak jak wspominałyście w tym wieku są okrutne i mogą dziecko odrzucić społecznie przez to, że jest adoptowane, bo dzieciak w takim wieku jest ufny i nie zdaje sobie sprawy z tego, że dziś powie o tym fakcie w tajemnicy przyjaciółce, a już jutro ta dziewczynka już nie będzie przyjaciółką i wyjawi sekret innym dzieciom. Jak my dorośli możemy chronić przed tym dziecko? Możemy jedynie rozmawiać i tłumaczyć, a tak naprawdę dziecko i tak będzie musiało przekonać się o pewnych rzeczach na własnej skórze. Pozdrawiam Was cieplutko w tę nieprzyjemną pogodę 😘

    OdpowiedzUsuń
  13. Bardzo wartościowy wpis, jak i dyskusja w komentarzach. Wszystko bardzo przydatne, każde z podejść. Bardzo Wam za te informacje dziękuję.

    Jestem dokładnie po środku :) W równym stopniu przemawia do mnie i Twoje podejście do tematu, Izzy, oraz podejście Aglai. Może dlatego, że na razie u nas to wszystko w teorii.

    Taka myśl się jeszcze zrodziła, że dziecko może mieć więcej Mam. Mama (wiadomo, ta jedyna, najważniejsza w oczach dziecka), Mama biologiczna, Mama Chrzestna , Mama Przenajświętsza :) Może wszystko jest kwestią przedstawienia, wytłumaczenia. Eh, tak jak wspomniałam, póki co teoretyk ze mnie niezły ;)
    Pozdrawiam, K

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, miałaś co czytać ;) Ja muszę chyba jedną rzecz tylko sprostować, bo wyszło na to, że trzeba mnie przekonać do tego, by w ogóle słowo "druga matka" przeszło mi przez gardło. To nie tak. Ja po prostu uważam, że najpierw powinna być to dla dziecka "pani, która cię urodziła" (tak też byliśmy szkoleni) a dopiero potem MB. Ja nie jestem temu przeciwna, jestem przeciwna mówieniu dziecku w ten sposób na samym początku wyjawiania prawdy o jego pochodzeniu (2-3 lata) Tak jak pisałam wg specjalistów do około 5 roku życia dziecko tego nie zrozumie.
      Masz rację, że są różne matki, to dobry przykład. Można właśnie dziecku wytłumaczyć, że jest Mama Chrzestna chociażby.

      U Was jest w teorii, a u nas w zasadzie prawie też, dopiero to testujemy, ale trzymamy się jakiejś obranej drogi. Na pewno na późniejszych etapach naszego życia, będę pisać jak to się sprawdziło (oczywiście pod warunkiem, że blog nie padnie ;) Wszyscy są dobrzy w teorii, ale cóż, fajnie o tym porozmawiać, bo można podejść do tematu na różne sposoby.

      Czekam w takim razie na Wasze doświadczenia :))

      Pozdrowionka!

      Usuń
    2. Oj miałam :D ...ale warto było.

      Nie, nie. Absolutnie nic nie musisz prostować. Doskonale Cię zrozumiałam czytając wpis blogowy :) I jak tak czytałam to na bieżąco sobie myślałam: "TAK! czuję tak samo". Po czym przeszłam do komentarzy i podejście Agli też ma sens, i ręce i nogi :)

      Do naszych doświadczeń jeszcze troszkę. Póki co, zaczynamy od początku ;)


      Usuń
    3. Dla porządku wklejam link do odpowiedzi jaką dostałam na bocianowym forum

      http://www.nasz-bocian.pl/phpbbforum/viewtopic.php?f=87&t=97414

      Aglaia

      Usuń
    4. Aglaia, bardzo Ci dziękuję za wklejenie linka. Mam nadzieję, że wraz z całym tym wątkiem będzie przydatny dla wielu ludzi i albo pomoże im podjąć im decyzję, albo jeszcze bardziej skomplikuje, bo na pewno argumentów jest wiele za jedną i drugą stroną. Myślę, że ważne, żeby mądrze do tego wszystkiego podejść i trzymać się wybranej przez siebie ścieżki.

      Jeszcze tak kilka słów ode mnie :) Nie wiem kim jest ta pani, nie korzystałam nigdy z "Pytań do eksperta", czy ma dzieci adopcyjne, czy też opiera się tylko i wyłącznie na swojej wiedzy i doświadczeniu. Nasza pani z ośrodka często podkreśla, że to my rodzice adopcyjni mamy większą wiedzę, niż pracownicy ośrodka, bo to my te dzieci znamy i wychowujemy, oni tylko znają to wszystko z tej drugiej strony, obserwatora i zbieracza doświadczeń. Każdy ma więc prawo do swojego zdania, tym bardziej, że wcześniej wspominałam, że jest nawet taka bajka adopcyjna w której bohaterkami są pierwsza mama i druga mama.

      Jedni wychowują swoje dzieci od razu wprowadzając im pojęcia właściwe np. pochwa, penis, stosunek itd. inni używają pojęć, że tak nazwę "dziecięcych" Zwolennicy tej pierwszej metody wychowawczej uważają, że przecież tak te narządy się nazywają, nie ma więc potrzeby "udziecinniania" ich. Czy to znaczy, że do końca życia dziecko wychowane w ten drugi sposób będzie używało słowa np. "ptaszek"? No nie sądzę. Przyjdzie taki czas, kiedy nauczy się tej właściwej, nie dziecinnej nazwy.
      I analogicznie można byłoby rozważać uświadamianie wszystkich dzieci skąd pochodzą. Jaki problem powiedzieć 2-3 latkowi o seksie, którego owocem może być dziecko? też tego jeszcze nie rozumie, no, ale przecież w miarę dorastania i dojrzewania będzie wiedział o co chodzi. Po co bawić się w jakieś bociany, brzuszki i dzieciątka nie wiadomo skąd, jak można od razu " z grubej rury" ;)
      No może i tak, bo ominęlibyśmy pewne etapy, dziecko już wiele rzeczy by wiedziało, a w miarę upływu czasu nabierałyby sensu. Może ktoś powie, że to nie do końca to samo, ale czyż nie jest prawdą, że matka biologiczna naszych dzieci to pani? Z tego samego powodu nie nazywam jej mamą co innych rzeczy, do których dziecko nie dorosło nie nazywam po imieniu. I jak wielokrotnie wspominałam w komentarzach chyba, albo poście, sama nie wiem, pogubiłam się ;) celem moim nie jest odebranie dziecku prawdy, wypaczenie jej, ale mądre kierowanie wiedzą na temat jego pochodzenia. To prawda, że ta kobieta musiała kochać swoje dzieci, że podarowała im lepsze życie niż sama mogła dać, za to jestem wdzięczna (nie ze względu na siebie, ale na nie) i to zapewne była miłość, ale nie wiem czy na tym się nie skończyła.

      Nie zgadzam się też z panią ekspert odnośnie płci. To prawda, że wiele zależy od dziecka, ale dziewczynki i chłopcy zupełnie inaczej radzą sobie z takimi sytuacjami. Mam porównanie choćby dzieci z rozbitych domów. Może nie to samo, ale jednak równie duża trauma dla dziecka.

      I jeszcze jedna rzecz. Ostatnia :) Dziecko nie rozumiejąc jeszcze wszystkiego, może opowiadać na lewo i prawo, że ma dwie mamy, że zostało adoptowane, a ja na przykład nie chcę, żeby wszyscy o tym wiedzieli. Nie wstydzę się adopcji, ale nie każdy musi o niej wiedzieć. Tym bardziej, że w przedszkolu nikt nic nie wie i niech tak zostanie. Nie chcę, żeby patrzono na dziewczynki przez pryzmat sierotek, ale żeby były tak samo traktowane jak inne dzieci. Wiedza o adopcji jednak wiele zmienia w patrzeniu na drugiego człowieka.
      Aglaia, pozdrawiam Cię serdecznie, oczywiście nie próbuję Ciebie i innych przekonać, ale wiadomo jak to kobity - póki temat się nie wyczerpie to można pisać ;)

      Usuń
    5. Jednak do swoich penisów i pochew mamy mniej emocjonalny stosunek niż do naszego pochodzenia (tak na marginesie – w Stanach zachęcają rodziców do nauczenia dziecka bardziej oficjalnych sformułowań w tym zakresie - podobno dlatego, że wtedy dziecko które było poddane molestowaniu seksualnemu jest bardziej precyzyjne w opisywaniu tego co je spotkało i trudniej podważyć sprawcy takie zeznania). Poza tym każdy siusiak to penis a każdy penis to siusiak więc przejście z jednego na drugie raczej nie powinno wywołać konfuzji. Jednak co prawda każda mama to pani, ale nie każda pani to mama. Więc analogia moim zdaniem dość daleka.
      Nie wiem o jakiej bajce piszesz – jest ich mnóstwo – do mojego dziecka nie trafiały więc zarzuciłam ich czytanie. Pamiętam natomiast czytankę „Portret mamy” z rządowego podręcznika dla chyba pierwszej klasy. Tam nie było dwóch mam a mama i niby mama – to zupełnie zmienia sytuację – poza tym czytanka dotyczyła raczej rodzin zastępczych a nie adopcyjnych. I ogólnie wywołała duże poruszenie w adoświatku ;-) .
      Odkopałam ostatnio na bocianie dość starą dyskusję na temat czy urodziła cię inna pani czy mama (tak – uwielbiam zmianę czasu w tę stronę kiedy dzieci zamiast o 6 wstają o 5 – dzięki czemu zyskuję cenną godzinę na filozoficzne przemyślenia). Bardzo dużo ciekawych, opinii mam adopcyjnych, przyszłych mam adopcyjnych, dorosłych adoptowanych, była też nawet jedna mama ado, która sama będąc adoptowana, adoptowała chyba dwoje dzieci, zdarzają się nawet głosy ado-tatusiów, jest też mama, która będąc pracownikiem OA sama adoptowała dzieci. Są mamy nawrócone z pani na mamę i odwrotnie + opisane doświadczenia tego jak dzieci sobie to wszystko układały. Polecam uwadze wszystkich mam adopcyjnych (szczególnie tych, które są jeszcze przed tą rozmową z dzieckiem) jak i przyszłych mam adopcyjnych.
      O adopcyjnym coming outcie (przepraszam ale nie mogę teraz znaleźć lepszego polskiego sformułowania) mogłabym napisać osobny elaborat. Moim zdaniem akurat to jak określamy MB nie ma tu najmniejszego znaczenia. Dziecko może się też pochwalić, że urodziła je inna pani bo to je na pewno wyróżni z grupy. Poza tym pań na świecie jest dużo (pani w sklepie, pani w przedszkolu, pani na ulicy – jestem sobie w stanie wyobrazić, że każdą z nich ciekawskie dziecko może ni z gruszki ni z pietruszki zapytać czy jego/ją urodziła). Raczej chodzi o nasz stosunek do naszej adopcji jako całości. Im bardziej normalnie to traktujemy tym ryzyko dziecięcego coming out większe (w końcu dziecko rozmawia o tym tak samo jak o pogodzie). Im większą aurę tajemniczości wobec tego roztaczamy tym ryzyko coming outu mniejsze (słyszałam o rodzinach, które mówią dziecku, że jego pochodzenie jest taką naszą „rodzinną tajemnicą/sekretem”). Tylko, że wtedy dziecko rośnie w poczuciu, że jego pochodzenie jest czymś wstydliwym co raczej nie wpływa pozytywnie na poczucie własnej wartości. Tak więc ja bym się tego coming outu tak nie bała. Jeśli po takiej sytuacji dziecko spotkałoby coś złego wtedy pewnie będę tłumaczyła, że może nie o wszystkim warto ze wszystkimi rozmawiać ale chyba lepsze to niż życie z brzemieniem tajemnicy.
      Pozdrawiam, miłego tygodnia,
      Aglaia.

      Usuń
    6. Chodziło mi tylko i wyłącznie o porównanie w rozumieniu stopniowania wiedzy, bo przecież nie od razu dziecko musi wiedzieć jak to się dzieje, że przychodzi na świat, jak co się nazywa. Uczy się tego przez ileś tam lat, jedne dzieci szybciej poznają całą prawdę, inne później. Nie rozmawiamy tu przecież o tym CZY powiedzieć dziecku, tylko KIEDY i JAK. Aż tak głęboko nie wchodzę w analizę.

      Od nastu lat pracuję z dziećmi i dorosłymi i powiem Ci szczerze, że to niestety nie jest wszystko takie proste, że dziecko się oswoi i już. I że jak ktoś mu będzie dokuczać z tego powodu to nie zrobi to na nim wielkiego wrażenia. Może tak, może nie. Tu bardzo dużą rolę gra oczywiście poczucie własnej wartości.
      Tak z ciekawości, sytuacja z zeszłego tygodnia. Opowiada mi mama 9-latki, która chodzi na zajęcia do psychologa (wszystko z nią ok, dziecko zdrowe, ale ma problemy z koncentracją, myśleniem logicznym i takie tam) Dla mamy jest to oczywiste, że nie ma się czego wstydzić, więc w normalnej rozmowie absolutnie nie kryje tego faktu, zwłaszcza, że właśnie nie chce, żeby córka poczuła się "inna". No i wyobraź sobie chłopcy z klasy dowiedzieli się o tym i strasznie zaczęli ją gnębić, a to że jest nienormalna i musi się leczyć (dzieci nie rozróżniają psychiatry od psychologa, zwłaszcza jeśli nie chcą) a to jeszcze inne wyzwiska. Dziewczynka bardzo się przejęła tym, rozmawiała już z mamą, mam nadzieję, że będzie lepiej. To tylko taki przykład, jak dzieci potrafią być okrutne, więc dlatego z taką rozwagą podchodzę do tego kto co wie. Nie ukrywam faktu adopcji, ale niestety ludzie spoza środowiska nadal mało o tym wiedzą. Taki jeszcze jeden przykład, kiedyś już komuś pisałam w komentarzu chyba. Dyr naszego przedszkola opowiadała mi kiedyś o kimś tam i potem rzuciła takie hasło, że to było dziecko adoptowane, więc wiadomo, że takie dziecko jest inne, że z nim to inaczej trzeba itd. To skoro osoba na tym stanowisku grupuje dzieci w ten sposób, to czego ja mam oczekiwać od takiej pani choćby z następnego posta, co nawet nie ma świadomości jaką robi krzywdę dzieciom nie zapinając ich w fotelikach? Eh.

      Oczywiście wszystko co napisałam o "pani matce biologicznej", podkreślam dotyczy tylko tych dzieci, które zostały adoptowane jako niemowlęta/maluszki. Nie śmiałabym określać panią osoby, które dziecko pamięta jako mamę. Wtedy niech już samo wybierze jak chce o niej mówić.

      Co do rodzinnych sekretów to ja uczę starszą córkę (młodsza jest za mała), żeby w ogóle nie opowiadała nic w przedszkolu o nas, naszej rodzinie. Często jestem po drugiej stronie i dzieci opowiadają mi wszystko. Łącznie o relacjach między ojcem i matką. Nie chciałabym, żeby moje dzieci tak robiły.

      Wracam do pracy, również życzę Ci miłego tygodnia, może znajdę czas, żeby napisać o ojcach, to też dobry temat do dyskusji.

      Usuń
    7. Do niektórych rzeczy dzieci muszą dorosnąć ale z niektórymi mogą rosnąć. I wydaje mi się, że akurat ta druga mama jest tą, z którą dziecko może rosnąć. Jeśli w pewnym momencie to okaże się, że to rośnięcie z dwoma mamami jest za trudne można poszukać innego określenia ale w świadomości dziecka zostanie, że do tego bardziej pozytywnego słowa jakim niewątpliwie jest „mama” na określenie MB będzie mogło wrócić i że mama adopcyjna nie będzie miała z tym problemu bo sama określała tamtą mamę słowem mama.
      Wydaje mi się, że to właśnie dawanie dziecku wyboru w tej kwestii może być błędnym kołem i może kreować duży konflikt lojalnościowy u dziecka pomiędzy MB a mamą adopcyjną. No bo jeśli MB najpierw była panią to dlaczego teraz mama pozwala mi o niej mówić mama, co takiego nagle się stało, że zmieniła zdanie. A jak zacznę mówić mama to czy tej mamie nie będzie przykro? Dzieciom trudno wytłumaczyć to przez to, że już dorosło i ma wybór czy, że chciało się je chronić (przed czym bo skoro przed tamtą mamą trzeba je było chronić to czy ona jest zła?). Ja tak na dobrą sprawę zrozumiałam co to znaczy chronić dziecko dopiero jak sama je miałam.
      Nie wiem w jakim kontekście dyrektor waszego przedszkola powiedział, że do dzieci adoptowanych trzeba podchodzić inaczej ale czasem tak rzeczywiście bywa. Może to dziecko było adoptowane w wieku starszym i miało na tyle duże deficyty czy to w sferze poznawczej czy emocjonalnej, że inne niż standardowe podejście było jednak wskazane? Nie doszukiwałabym się wszędzie złej woli.
      Mój syn też nie chodzi po ulicy i nie rozpowiada „Cześć, jestem S. mam dwie mamy – jedna mnie urodziła a ta mnie wychowuje” i jest raczej dyskretnym dzieckiem (nawet babci rzadko udaje się z niego wyciągnąć co się u nas w domu dzieje) jednak pomysłowość dzieci nie zna granic. O tym, że ma dwie mamy nie powiedział swojemu najlepszemu przyjacielowi (wyszło po 3 latach dopiero jak przyjechaliśmy do niego z siostrą).
      Też nie mówiliśmy w przedszkolu, że jest adoptowany bo nie widziałam takiej potrzeby. Ale któregoś dnia postanowił zabrać do przedszkola znaną wam pewnie książkę „Jeśli bocian nie przyleci (…)”. Choć różnymi sposobami próbowałam go od tego pomysłu odciągnąć to się uparł i już. Z tego co się orientuję ciocia przeczytała mu ją na leżakowaniu. Czy coś się po tym dniu zmieniło? Raczej nie – zbieram tyle samo pochwał i skarg co wcześniej. Jeśli wychowawczyni otworzyły się jakieś klapki w głowie to dobrze. Dzieciaki mają teraz podobno fazę na zabawę w dom – jeśli mój syn wymyśli, że teraz bawią się w dom, w którym są dzieci, których mama nie urodziła to przynajmniej jest cień szansy, że ciocia nie uzna, że spadł z kosmosu i ma jakieś dziwne pomysły bo przecież dzieci rodzą mamy i będzie w stanie jakoś to dzieciakom wytłumaczyć.
      Siostrze też zrobił coming out więc tę sprawę mamy załatwioną. Po prostu kolejnego dnia po pierwszym spotkaniu wpadł do przedszkola i nim zdążyliśmy zareagować powiedział „Ciociu – a ja mam dzidziusia” „??? Chyba mama ma w brzuszku dzidziusia”, „Nie. Mama ma chory brzuszek i nie może mieć tam dzidziusia. Ten dzidziuś już jest i jest w cioci X (pani, która prowadziła RZ) i czekamy aż pan sędzia pozwoli nam go zabrać do domu. Jutro nie przyjdę do przedszkola i znów do niej pojadę”. Kurtyna. Wszyscy się ucieszyli a wychowawczyni do dziś prawie przy każdej okazji mi mówi jak syn jest z siostrą związany. Z resztą nie bardzo wiem jak inaczej miałabym wytłumaczyć fakt, że jednego dnia przyszłam do przedszkola w garsonce i na szpilkach a za dwa tygodnie z zamotanym w chuście prawie półrocznym bobasem.

      Aglaia

      Usuń
  14. Bardzo dojrzała decyzja - dzieci mają prawo wiedzieć i faktycznie same zdecydować. Na pewno będą za to wdzięczne, że niczego przed nimi nie ukrywaliście i że je adoptowaliście.
    Trzymam za Was kciuki - zawsze :* :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Dziubaski! Myślcie o nas cieplutko, my też o Was myślimy! :*

      Usuń
  15. Mam uczennicę, która została adoptowana w wieku kilku lat. Była na tyle duża, żeby pamiętać zarówno rodzinę biologiczną, jak i zastępczą, do której potem trafiła. O swojej rodzicielce mówi "inna mama", czasem dodaje też "głupia", choć z tym akurat walczę. Co nie jest łatwe, zważywszy, że kobieta zamykała ją w ciemnej piwnicy, żeby móc swobodnie wyjść na imprezę. Kiedy rozmawiamy o rodzinie, w opowieściach tej dziewczynki przewija się niemal wyłącznie ta adopcyjna. Hierarchia jest więc jasna. No właśnie - ale tu mówimy o dziecku, które pamięta swoją historię, na swój sposób ją rozumie i przynajmniej częściowo ma ją poukładaną. W przypadku dzieci adoptowanych w wieku niemowlęcym sprawa jest mniej oczywista, bo one po prostu nie znają innej mamy. W ich świecie nigdy takiej nie było. I też jestem za tym, żeby nie wprowadzać dodatkowego zamętu.
    Na pewno będziemy chcieli, żeby nasza córka znała swoje pochodzenie. Nie zamierzamy jej ani okłamywać, ani opowiadać bajek. To jednak niekoniecznie oznacza wprowadzanie od razu drugiej (pierwszej?) mamy. Też wolę formę "pani", choć chciałabym jak najwcześniej powiedzieć Księżniczce, że tę panią nazywa się mamą biologiczną. Kiedy zacznie więcej rozumieć, sama wybierze, jak chce o niej mówić.
    Nie tak dawno moja uczennica, tym razem z liceum, a więc dziewczyna prawie dorosła, nazwała adopcyjną matkę Edypa "nieprawdziwą mamą". Zapytałam przekornie, czy jej zdaniem "prawdziwą" jest zatem Jokasta, która porzuciła maleńkiego synka w górach, przekłuwszy mu przedtem stopy, żeby wypływająca krew zwabiła dzikie zwierzęta. Dziewczyna odpowiedziała (chociaż niezbyt pewnie), że tak, BO GO URODZIŁA.
    Chyba nie chciałabym, żeby moje dziecko dorastało w takim przekonaniu...

    OdpowiedzUsuń