środa, 21 listopada 2018

Rodzic zawsze wie lepiej.




Tak jak wspominałam wam w zeszłym tygodniu, w naszym przedszkolu odbył się apel z okazji Dnia Odzyskania Niepodległości. Ponieważ salka gimnastyczna nie jest zbyt duża, przy tego typu imprezach trudno znaleźć dobre miejsce, by wygodnie siedzieć i przy okazji dobrze wszystko widzieć. Zwłaszcza z moim wzrostem, którym jak wiecie nie grzeszę ;) Ostatnio na przykład, udało mi się zająć miejsce w pierwszym rzędzie, ale cóż z tego, skoro spóźnieni rodzice ustawili się przede mną. Doszło do tego, że w zasadzie wszyscy i tak stali, bo nie tylko ja nic nie widziałam. Ze względu na to, że chciałam nagrać występ, w szczególności solówkę Elsy, postanowiłam stanąć pod oknem, wzdłuż salki. Nikomu tam nie przeszkadzałam i byłam na tyle blisko, by wszystko dobrze widzieć. No, ale nie o tym, choć to też jest ważne do całej historii, którą chciałam się z wami dziś podzielić :) A więc stoimy sobie z mężem spokojnie, do występu jakieś 5 minut. Nagle wpadają dwie mamuśki i wpychają się przed nas, sprawiając, że wyglądają prawie jakby one same miały wystąpić, gdyż stanęły tak blisko, że gdy wyszły dzieci na środek, to stały w zasadzie koło nich. No dobra, wszędzie było pełno ludzi, w porządku. Ale trzecią mamę, która przyszła, "przegoniłam", żeby stanęła za mną, ponieważ chciała się wepchnąć między tamte artystki a mojego męża. Jest to kobieta bardzo wysoka i wiedziałam, że jeśli jej pozwolę na to, znów nic nie będę widzieć, bo za chwilę okaże się, że kręci film na telefonie, wychyla się i zasłania cały obraz. Znam tę mamę, więc po prostu zrobiłam jej miejsce za sobą. No dobrze. Koniec długiego wstępu :) Ale chciałam, żebyście mieli obraz całej sytuacji. Wszystkie grupy przyszły na salę jednocześnie. Część siedziała na ławeczkach, specjalnie dla nich przygotowanych, a jedna grupa występowała. Potem następowała wymiana. Pierwsza wystąpiła Misia. No i tu problem, bo część dzieci zaczęła płakać, gdy zobaczyła cały ten harmider panujący na sali. Tu muszę powiedzieć, że moje dziewczynki nigdy akurat nie płakały w tego typu sytuacjach, ale przecież dzieci są różne. Poza tym, Misia i Elsa brały już nasty raz udział w tego typu imprezie, są przyzwyczajone przecież do tego od żłobka. Co by nie mówić, dla takiego 3-latka, jest to nowa sytuacja i może się w tym po prostu pogubić. Dla takiego maluszka wyjście na środek przed tłum ludzi, z których każdy robi zdjęcia komórką, (więc trochę wygląda to niczym scena, w której paparazzi napadają na jakąś gwiazdę) jest nie lada wyzwaniem. Przedszkolne ciocie przytulały maluchy i pocieszały, więc po chwili jakoś się uspokoiły. Kiedy grupa Misi skończyła występować, zasiadła na ławeczkach, by obejrzeć co przygotowała grupa Elsy. W tym momencie rozpoczął się nie tylko występ mojej starszej córki, ale dwóch dziewczynek z grupy Misi, które zaczęły zanosić się płaczem. Ponieważ ramiona cioci nie zdołały uspokoić roztrzęsionych maluchów, pozwolono im iść do rodziców. Mamusiami tych dwóch dziewczynek, okazały się panie stojące obok nas. Najpierw próbowały je uspokoić, ale że na nic się to zdało, poddenerwowane zaczęły je uciszać. Małe zanosiły się płaczem i próbowały wymusić na nich wzięcie na ręce. Osobiście słyszałam, jak wielokrotnie powtarzały, że chcą już iść do domu, że nie chcą tam być, ale matki za każdym razem kazały im się uspokoić i czekać do końca przedstawienia. W rezultacie, obie wydzierały się dobre 30 minut, albo i dłużej. (dzieci, nie matki ;))

Powiem wam tak. Staram się nie oceniać zachowania innych rodziców, nie moje dziecko, nie moje wychowanie, nie moja sprawa. Ale było mi po prostu żal tych dziewczynek, które aż zrobiły się czerwone od płaczu i zasmarkane siedziały pod nogami mamuś, które dalej oglądały apel. Nie wiem jaki był powód tego, że te biedne dzieci musiały tam siedzieć do końca. Nawet jeśli te panie miały jeszcze starsze dziecko w innej grupie i chciały obejrzeć występ, wystarczyło wyjść na korytarz, pozwolić dziecku odetchnąć powietrzem a samemu stanąć w drzwiach.

Osobiście jestem osobą bardzo konsekwentną. Jeżeli coś powiem, to nie odpuszczam, bo wiem, że to jest ważne. Ale na litość Boską, dlaczego upierać się przy swoim, jeżeli chodzi o jakąś drobnostkę typu no nie wiem, dziecko chce założyć inną koszulkę niż my to zaplanowaliśmy, czy woli zjeść dwa ogórki, bo na pomidora nie ma ochoty. A jeśli już chodzi o zmuszanie dziecka do robienia czegoś, czego nie chce, jestem absolutnie przeciwna. Postępując w ten sposób, zniechęcamy nasze dzieci do tej czynności. Nie wiem, czy te maluchy będą dobrze kojarzyły tego typu imprezy, skoro przez większą jej część, zestresowane zanosiły się płaczem. Przecież to w końcu są małe dzieci.
Pamiętam kiedy dziewczynki były małe i gdzieś chodziliśmy (np. do kościoła) to zawsze byliśmy przygotowani na to, że w każdej chwili trzeba będzie wyjść. No niestety, w pewnych sytuacjach trzeba się dostosować. Co innego wymagać od kilkuletniego dziecko należytego zachowania w jakimś tam miejscu.

W zeszłym roku na Sylwestra przygotowaliśmy imprezę u nas w domu. Przed godziną 24 wszyscy wyszli na dwór oglądać fajerwerki, pokazy było widać od nas bardzo dobrze. Po 5 minutach Misia zaczęła płakać i prosiła, żebyśmy poszły do domu. Powiem wam, że nie wyobrażam sobie, żebym zmuszała dziecko do zostania, skoro ono najwyraźniej bało się tych huków (potem dopiero wpadłam na to, że mogłam jej założyć słuchawki wyciszające) I choć chętnie zostałabym na zewnątrz, to poszłam z nią do środka i oglądałyśmy pokaz z okien. Przecież w tym wszystkim to właśnie ona była najważniejsza, a nie to, czy ja zobaczę 1000 raz fajerwerki.

Ciekawa jestem co myślicie na ten temat. Nie wiem, może ja jak zwykle wyolbrzymiam pewne rzeczy, może dziecko trzeba uczyć posłuszeństwa, że jak rodzic mówi tak, to tak ma być. Ale przecież to jest mały człowieczek, taki sam jak my, więc skoro płacze i prosi, żeby wyjść, to widocznie bardzo chce by tak właśnie było. Jest różnica między wymuszaniem czegoś, bo akurat dziecko tak chce, a zaspokojeniem zwykłych potrzeb, które dziecko wyraźnie komunikuje.






14 komentarzy:

  1. Oj Izzy, jak zwykle wyolbrzymiasz;) A tak poważnie, myślę, że najlepiej podsumowałaś to w ostatnim zdaniu "jest różnica między wymuszaniem czegoś, bo akurat dziecko tak chce, a zaspokojeniem zwykłych potrzeb, które dziecko wyraźnie komunikuje". As simple as that:) Niestety dorośli często zapominają, że dzieci to my, tylko w mniejszej wersji. My też czasem nie mamy na coś ochoty, albo po prostu mamy czegoś dość. I nikt nas wtedy nie zmusza do jakichś konkretnych zachowań. Pamiętam, jak kiedyś w pracy rozmawiałyśmy o żywieniu dzieci, i jakaś mama opowiadała, że dziecko za nic w świecie nie chce czegoś tam zjeść czy spróbować. I wtedy moja koleżanka nie-matka skomentowała to tak, że dorosłemu nikt by tego nie zrobił, nie zmuszałby do zjedzenia czegoś, na co nie ma ochoty. Uśmiałyśmy się wtedy przednio, bo ona demonstrowała, jakby to miało wyglądać, mówiąc: "Ania, zjedz tego banana", na co Ania : "Ale ja nie chcę Kasia", "No Ania, ale banan jest zdrowy, zjedz", "Kasia, ale ja nie chcę banana" itd. Za Anię podstawmy 40 letnią kobietę, za Kasię 30-kilkuletnią. Niby śmieszne, ale jednocześnie okropne. A tak często traktujemy dzieci, niestety. Pocieszam się, że jest jednak coraz więcej świadomych rodziców, co daje jakąś tam nadzieję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, ja to ciągle się czepiam prawda? A takie "kwiatki" to ja spotykam na co dzień niestety. Czasem jednak po prostu brak mi słów, stąd te posty.
      A Twój przykład idealnie obrazuje to, co chciałam przekazać. A Ty wiesz, że mnie nadal często się zdarza, że ktoś wciska mi coś do zjedzenia mówiąc "Spróbuj, pyszne jest" Zwykle jest to rzecz, której nie jadam, więc odpowiadam, że nie, dziękuję. Dla ciebie może być pyszne, ale dla mnie nie. Ale jak grochem o ścianę, nie dociera, tak jakby coś w wydaniu tej osoby miało coś zmienić. eh
      Mój mąż do tej pory ma schizę, bo rodzice wpychali mu czosnek, chyba już o tym pisałam gdzieś.

      Usuń
  2. Jak zwykle w punkt. Mamusie mogłyby jeszcze pomyśleć, że ich jęczące pociechy przeszkadzają innym rodzicom, którzy w spokoju chcieliby obejrzeć swoje dzieci.
    Swoją drogą nasze przedszkole robi takie imprezy w podziale na grupy. Ma to dwie zalety – rodziców na sali mniej i każdy dobrze widzi bez przepychanek. Jest krócej co z perspektywy dziecka ma bardzo duże znaczenie.
    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aglaia, Ty wiesz, ja nie śmiałam o tym napisać, żeby nikt nie pomyślał, że jakaś roszczeniowa jestem, czy coś ;) Ale na filmiku mam nagrany występ z wyjącymi dziećmi w tle. Ja naprawdę nie wchodzę z butami w czyjeś wychowanie, ale uwierz mi, czasem źle mi na świecie z tym, że nie potrafię przejść obojętne obok czegoś...

      No właśnie u nas zawsze też był podział i to było super. Bo tak jak piszesz, nie dość, że mniej osób na sali, to jeszcze dla dzieci te kilkanaście minut mniej. Nie odzywam się, siedzę cichutko i staram się znaleźć miejsce dla siebie, skoro ktoś mądrzejszy tak zarządził. Ponarzekam na blogu, licząc na to, że nie wszyscy mnie odbiorą, że ciągle się czepiam (a to, że jakaś matka wozi dziecko bez fotelika, albo na siłę każe mu oglądać akademię ;) )
      pzdr

      Usuń
  3. Może ktoś się oburzyć za to porównanie, ale nawet zwierzęcia nie powinniśmy do niczego zmuszać. Pies, na co dzień posłuszny i wytresowany też ma prawo mieć gorszy dzień, nie zrobić czegoś, odmówić jedzenia czy okazać zwykłe nieposłuszeństwo.
    Co innego kształtować w dzieciach dobre zachowanie, jeśli to naprawdę ma cel, sens i pomoże mu w przyszłości. W codziennych sytuacjach nawet z dziećmi trzeba czasem pójść na kompromis, albo zwyczajnie odpuścić. One mają być przede wszystkim szczęśliwe, a w rodzicach mieć wsparcie.
    Aaaaa zwyczajne prostactwo i egoistyczna postawa matek, z zakłócaniem odbioru innym włącznie, to już w ogóle insza inszość :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie też tak sądzę. Nie można pozwolić sobie wejść na głowę, ale z drugiej strony nie można się upierać zawsze przy swojej racji. Ostatnio mam do nich "szczęście", bo ciągle je spotykam w szatni. A Misia w domu mówi, że jedna z tych dziewczynek ją bije :/ Raz przyszła drapnięta do domu, raz w brudnych spodniach, ciocia powiedziała, że się przewróciła, ale Misia mówiła, że tamta ją zrzuciła z pociągu na placu zabaw. Także no. Prześladują mnie :P

      Usuń
  4. Wiesz, może te mamusie faktycznie miały przygotowane jakąś scenkę kiedy już dzieciaki wyjdą? ;D
    A tak serio - gdyby Bob się rozryczał, nie byłoby nas tam w ciągu kilku sekund. Przecież mówi, że nie chce - więc o co chodzi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. OO! O tym nie pomyślałam, że one miały scenkę przygotowaną! Ty to masz łeb kochana!

      Usuń
  5. Od razu pomyślałam sobie, że wyszłabym z dzieckiem i starała się je uspokoić, porozmawiać. Widać mamy podobne spojrzenie na tę sytuację :)) Ale tak, to prawda, często zauważam, że rodzic postępuje tak jak jemu jest wygodnie i jak "wypada" się zachować, trzymając się sztywnych zasad.

    P.s. Tak szczegółowo opisałaś tę scenkę aż mi się wymarzyła moja Celcia na scenie.. za kilka lat może i ona będzie takim płaczącym brzdącem:)) aż mi się oczy spociły z tego rozmarzenia ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci Marysiu, że jak dziewczynki były maleńkie to takie rzeczy wydawały mi się tak abstrakcyjne, że dzielą mnie od tego wieki świetlne! A tu w zasadzie w żłobku już były występy i mówię Ci najzupełniej szczerze, że gdy zobaczyłam moją 1.5 roczną córkę biorącą udział w akademii, to ocierałam łzy przez cały czas. Te maluszki to wiesz, dzwoniły dzwonkami, machały chusteczkami itd., ale zobaczyłam, że są już takie ... samodzielne, w sensie, że bez nas, coś zrobiły, przygotowały a my to oglądamy. Naprawdę wzruszające. I przyznam się: płaczę na każdym występie. Do tej pory. Ale ććć. Nie mów nikomu ;)

      Usuń
  6. Hmm... szczerze mówiąc, nie wiem, co bym zrobiła na miejscu tych mam. Zgadzam się z Wami, że opuszczenie sali razem z dzieckiem brzmi najbardziej sensownie z możliwych rozwiązań, ale z drugiej strony nie chcę też wychować małej terrorystki, która płaczem będzie wymuszała zmianę rodzinnych planów (często przecież ważniejszych, niż przedszkolna akademia). Owszem, dziecko to mały dorosły, lecz przecież nie bez powodu pozbawiony jeszcze możliwości pełnego decydowania o sobie.
    Generalnie rzecz ujmując, sytuacja jest trudna i na pewno nie oceniałabym tych pań na podstawie tego jednego wydarzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj Lady, po takim czasie naszej znajomości pierwszy raz się z Tobą nie zgodzę ;) Bo wiesz, ja bym wyszła choćby z szacunku dla innych, żeby im nie przeszkadzać. Pewnie nie poszłabym do domu, tak jak chciałby te dziewczynki, ale ich mamy mogły spokojnie wyjść, porozmawiać z nimi i wrócić, albo stanąć z tyłu. Gdy dziecko histeryzuje to na pewno nie pomoże wydzieranie się na nie i mówienie przestań ryczeć. To tak jakbym się upierała, że zostanę na mszy w kościele, a dziecko wyje i przeszkadza innym. Myślę, że są po prostu takie sytuacje, w których niestety plany dorosłych ulegają zmianie i muszą być elastyczne.
      Pamiętam jak kiedyś Misia zaczęła raczkować po kościele i uciekać do ołtarza, a jej mądra siostra, która chodziła od ponad roku, uznała, że to świetna zabawa. Łaziły, wygłupiały się i przeszkadzały. Wyszliśmy więc z nimi do przedsionka, wyciszyły się, porozmawialiśmy i wróciliśmy z powrotem.

      Usuń
  7. Dziecko to nie mały dorosły. Ma swoje prawa i ma prawo mu się coś nie podobać, nie chcieć gdzieś przebywać itp. Jak mi nie podoba się film w kinie to wychodzę. Nie wiem w imię czego mialabym zmuszać dziecko do zostania na przedstawieniu, na którym nie chce być. Aglaia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak sądzę. Zwłaszcza, że to nie było przedstawienie na które wcześniej wydali pieniądze, tylko przedszkolna akademia. A jeśli rodzice mają jeszcze drugie dziecko w starszej grupie, to mogą przecież stanąć z tyłu. Dzieci wtedy na spokojnie mogą wrócić do swojej sali (czekał na nich podwieczorek) albo poczekać na korytarzu.

      Usuń