środa, 28 listopada 2018

Witaj w moim świecie, w którym żyłam tyle lat.


W czasie naszych starań o dziecko, jedna z moich koleżanek, Marta, również postanowiła zostać mamą. Po jej stronie lekarz nie widział żadnych przeszkód, natomiast u jej partnera wystąpiła bardzo słaba jakość nasienia, więc po kilku miesiącach prób lekarz zaproponował im in vitro. Ponieważ koleżanka nie widziała żadnych przeciwskazań, zdecydowali się podejść do procedury w Białymstoku. Był to ten czas kiedy ja również jeździłam do tej kliniki, więc bywało, że tam właśnie się spotykałyśmy. Zaszła w ciążę i to za pierwszym podejściem, ja jak wiecie nie, choć jeszcze jakiś czas po niej podejmowałam próby. 
I tu chciałabym trochę napisać jaką osobą jest Marta. Znamy się od ponad 10 lat, więc można powiedzieć, że dość długo. Kiedy umawiamy się na spotkanie, dzwoni na ok. 2 miesiące wcześniej i wpisuje do kalendarza i prośbą o potwierdzenie spotkania. Wszystko musi być zaplanowane i ustalone. Bardzo ją lubię i przyzwyczaiłam się, że ona po prostu taka jest. Pamiętam jak na początku nie zadzwoniłam, żeby potwierdzić, że będę (dla mnie jest to oczywiste, że jeśli się umawiam to jestem, a odwołuję kiedy nie mogę być) to ona to zrobiła na dwa dni przed, na dzień przed i jeszcze w tym samym dniu ;) To samo robiła kiedyś ze swoim chłopem. Kiedy widziała, że nie ma nic w kalendarzu, sama mu coś wpisywała i oznajmiała np. idziesz na basen. Taka jest Marta. Kiedy była w ciąży, oczywiście powiedziała, że nie ma opcji, żeby rodziła naturalnie, bo nie jest w stanie znieść tego bólu. Nie wiem, czy to prawda, czy nie, ale powiedziała mi, że ciąża po IVF jest łatwo kwalifikowana do cesarki, z czego oczywiście skorzystała. Termin porodu miała wpisany do kalendarza (to miał być styczeń), załatwiła wszystko w pracy na ten okres, by ze wszystkim być przygotowanym dla siebie i dla firmy i co? Dziecko postanowiło inaczej. Sprawiło psikusa mamusi i urodziło się nie dość, że nie w tym miesiącu co miało, ale również nie w tym roku, bo w grudniu poprzedniego :)) No cóż, nie wszystko można zaplanować, pewne rzeczy są niestety poza nami. No, ale do czego zmierzam. Marta urodziła córkę, która obecnie ma 6 lat. Wiosną tego roku, postanowiła zostać mamą po raz drugi. No właśnie. Zaczęły się schody. Zaszła ponownie w ciążę, tym razem z zamrożonych zarodków, ale niestety poroniła. Kiedy rozmawiałam z nią w kwietniu, nie lamentowała, podeszła do tego bardzo racjonalnie, chciała odczekać i wkrótce spróbować znowu. Ale potem było coraz gorzej, zdrowie posypało się do tego stopnia, że gdy już była prawie przygotowana do przyjęcia zarodka, ciągle okazywało się, że nie może bo coś tam. Były to różne sprawy, nie tylko ginekologiczne, ale jednak mające znaczący wpływ na implantację i rozwój ciąży. Za każdym razem kiedy rozmawiałyśmy i myślałam, że jest lepiej, okazywało się, że jest gorzej. Marta niedawno miała urodziny. Kiedy zadzwoniłam z życzeniami, rozmawiałyśmy chwilkę i stwierdziła, że ma po dziurki w nosie tego jeżdżenia, wydawania kasy na próżno, że chciałaby wreszcie normalnie żyć, być znów zdrowa na ciele i umyśle. A potem powiedziała coś, co otworzyło mi oczy na pewną sprawę. "Czy ty wiesz jakie to straszne tak żyć, starać się i ciągle nie wychodzi?" 
Nie wierzyłam własnym uszom. Przecież jest to osoba, która była świadkiem tego, co przez tyle lat przeżywaliśmy i nie tylko my, ale również druga nasza wspólna koleżanka, która do tej pory dziecka się nie doczekała. Odpowiedziałam jej więc: "Marta, witaj w moim świecie, w którym żyłam tyle lat, tylko dodaj do tego jeszcze 10 razy tyle bólu, 10 razy tyle wylanych łez, 10 razy tyle wydanych pieniędzy i 10 razy tyle zmarnowanego czasu i zdrowia" 

Nie odpowiedziała nic. No właśnie. Była świadkiem. I tylko świadkiem. Nigdy nie zastanawiała się jak to jest być po tamtej stronie. Ja nikomu nie życzę, żeby musiał doświadczać w życiu bólu, cierpienia, ale po tej sytuacji uświadomiłam sobie, że niektórzy po prostu nie są w stanie pojąć, co przeżywają inni, póki ich to nie dotyczy. Nie mówię tylko o niepłodności, ale ogólnie wszystkich problemach w życiu, małżeństwie, rodzicielstwie itd. Tyle razy już pisałyśmy o tym, nie tylko na moim blogu, że ludzie nie czują empatii do drugiego człowieka, ale powiem wam, że przekonałam się na przykładzie Marty, że niektórzy chyba po prostu nie potrafią, albo nie są nauczeni, żeby próbować popatrzeć na życie drugiego przez ich pryzmat. Współczują, przykro im, ale na tym ich zainteresowanie się kończy. Wyobrażam sobie, że pragnienie drugiego dziecka potrafi być tak samo silne jak i pierwszego, zwłaszcza dla takich ludzi jak moja koleżanka Marta, która nauczona jest, że jak wpisze sobie coś do kalendarza, to tak ma być. Niestety. Pewnych rzeczy kalendarz po prostu nie przyjmuje. Ja to wiem, wiecie wy i wie już Marta. 







19 komentarzy:

  1. Nauczyłem się traktować osoby, które są w trakcie starań lub ciągle przeżywają nieudane próby z pewną wyrozumiałością. To są takie emocje, że czasem ktoś z zewnątrz musi mieć wiele cierpliwości i/lub wyrozumiałości.

    Ale Tobie chyba nie muszę tego tłumaczyć.

    Pozdr
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hephalump myślę, że to jest oczywiste. Problem moim zdaniem pojawia się z tej drugiej strony. Bardzo często spotykam się z taką bardzo roszczeniową postawą wśród starających się o dziecko. I brak empatii niestety. Te osoby są w bardzo ciężkiej sytuacji, nie neguję tego. Od innych oczekują wsparcia i zrozumienia, ale sami źle mowią i piszą o osobach, którym się udało. Gaszą ich radość, mają pretensje do rodziców, że cieszą się z wnuka że strony rodzeństwa niepłodnej pary. Oczekują, że nikt nie będzie przy nich poruszał tematu ciąży i dzieci, i często dochodzi do sytuacji, że osoby z najbliższej rodziny boją się przyznać, że oczekują potomka. Ta wyrozumiałość powinna mimo wszystko działać w obie strony.

      Usuń
    2. @Sonadora
      To prawda. Niestety wśród emocji związanych z przeżywaniem własnej bezdzietności często jest jakaś spora dawka złych myśli o osobach, które wg "nieszczęśnika/nieszczęsnej" zostały obdarzone potomstwem "ot tak sobie" (bez starań) lub co gorsze takie, które właściwie dzieci mają mimo, że właściwie na to nie zasługują.

      Usuń
    3. Wiem, sama to przeżywałam przez 7 lat. Ale mimo mojego bólu, nigdy nie pokazywałam moich negatywnych emocji innym (chyba że bliskim). Bo to nie ich wina ani zasługa, że mają dzieci, a ja nie. Tak samo jak moją winą nie była nasza niepłodność.

      Usuń
    4. Napisałam wam o tej historii, bo to wypisz wymaluj przykład jak zmienia się podejście do drugiego człowieka zależnie od sytuacji w jakiej on się znajduje. Kiedy starałyśmy się we dwie z Martą o dziecko, dzwoniła do mnie, interesowała się, pytała. W momencie zajścia w ciążę skończyło się. Nie jestem osobą, która daje po sobie poznać, co ma w sercu. Do samego końca pozostałam serdeczna i pogodna, wiele osób dziwiło się, że mieliśmy takie problemy, bo jak mówili "nigdy by nie poznali po mnie" Kiedy Marta była w ciąży, to ja wydzwaniałam, choć wiele mnie to kosztowało. Gdy urodziła, cały czas miałam w głowie, że gdyby mnie też się wtedy udało, moje dziecko właśnie byłoby w tym wieku. Potem ona się "ogarniała" a my zaczęliśmy myśleć o adopcji.

      Teraz, gdy ona bezskutecznie stara się o dziecko, karta w pewnym sensie się odwróciła. Ja mam już dzieci, nie staram się o ciążę, to ona przeżywa to co ja kiedyś. No i co? Wyskakuje z tekstem, że jej ciężko, że tyle kasy, że jeździć trzeba, że zdrowie się posypało... Mówi tak, jakby nie wiedziała, czy zapomniała, że ja też tam byłam, też to przeżywałam. Zachowuje się tak, jakbym zaszła w ciążę po miesiącu starań a potem jeszcze trójkę urodziła. Oczywiście teraz nie zwracam już na to uwagi, nie boli mnie, ale przekonałam się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ona teraz rozumie, bo tu się znalazła. Według mnie nie powinno być tak, że ciągle musimy patrzeć na drugą osobę, nie mogąc się cieszyć np. ciążą, bo ona nie może mieć dziecka, ale też nie może być tak, że bezdusznie opowiadamy tylko o ciąży, dziecku, wiedząc, że ktoś nie może tego mieć, a się stara. Można pogadać z dziewczynami, które są w ciąży, a przy staraczkach dać sobie na wstrzymanie. No i z drugiej strony tak samo. Jeżeli mnie się nie udało, nie będę przecież "karać" wszystkich kobiet ciężarnych sprawiając, że czują się winne, że one zaszły a ja nie.

      Ja życzę mojej koleżance jak najlepiej, po prostu byłam zdziwiona jej słowami, że do mnie, która tyle walczyła o dziecko, opowiada jak ta walka wygląda...Być może przeżywanie samemu ma dla niej inny wymiar. Na pewno ma, co tu dużo mówić...

      Usuń
    5. Myślę, że to wynika też z tego, że ludzie są bardzo skupieni na sobie. Ja Cię bardzo dobrze rozumiem Izzy, też mam taką znajomą. Sytuacja nie jest taka sama, bo ta dziewczyna nie ma problemu z płodnością, ale z partnerem, który "nie jest gotowy na dziecko". A ona bardzo chce być matką. Raz niestety poroniła. No i tak, jak czekałam na Rysia, to fajnie się gadało, bo ciągle obie byłyśmy bezdzietne. Potem ja zostałam mamą, przy okazji w ciążę zaszła nasz wspólna koleżanka, która starała się o dziecko 7 lat i była po poronieniu i poważnej depresji. Obie poszłyśmy na macierzyński w tym samym czasie. Po naszym powrocie do pracy często gadałyśmy o dzieciach, bo nie dość, że spotykałyśmy się na tych naszych urlopach, to jeszcze nasi chłopcy są w tym samym wieku. I nasza ciągle bezdzietna koleżanka zaczęła ostentacyjnie nas opuszczać, jak tylko wchodziłyśmy na temat dzieci. No i przestałyśmy o nich rozmawiać, żeby nikomu nie było przykro. A potem ja zaszłam w ciążę. I ona przestała na mnie patrzeć. A jeszcze wcześniej bałam się w ogóle jej o tym powiedzieć. I pomimo tego, że bardzo się z tej ciąży cieszyłam, to w pracy trochę jakby przy niej udawałam, że wcale w niej nie jestem. I było mi tak cholernie przykro, bo ona doskonale znała moją historię. Wiedziała, ile mnie to wszystko kosztowało, wiedziała, że ja też straciłam ciążę. Nie wymagałam od niej radości, nawet nie chciałam, żeby z nami o tej ciąży rozmawiała, bo wiem, jakie to trudne. I milkłam, gdy tylko ona pojawiała się na horyzoncie. Ale kiedy wychodziła, jak tylko ja się pojawiałam, to już uważam za niestosowne.

      Usuń
    6. To aż wierzyć się nie chce, że ktoś, kto zna Twoją historię może się tak zachowywać :( Z drugiej jednak strony (co nie usprawiedliwia absolutnie tej koleżanki) wiem, że człowiek po jakimś czasie wpada w pewnego rodzaju obłęd i po prostu traci rozum. Jest tak nakierowany na osiągnięcie swojego celu, że nic poza tym nie widzi, a cokolwiek mu w tym przeszkadza (np. Ty w ciąży) stara się eliminować. Trudne to wszystko. Strasznie się cieszę, że ja się opamiętałam, bo należę do tych osób, które nie potrafiłyby żyć bez dziecka i na pewno albo skończyłabym w wariatkowie, albo (tak sobie wyobrażam) jak ta pani z 2 części Kevin Sam w Nowym Jorku, co opiekowała się gołębiami w Central Parku hahaha. (choć nie znoszę gołębi tak BTW :P)

      Usuń
  2. Też jeździłam do Białegostoku...
    Wydaje mi się, że ludzie nie potrafią się wczuć w problemy innych dopóki sami tego nie przeżyją. Niby wiedzą, że coś się dzieje, że innym nie jest łatwo, ale nie do końca potrafią wczuć się w jego sytuację.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. tak jak napisała Sonadora, ludzie są zbyt skupieni na sobie, by choć przez chwilę pomyśleć, że coś głębszego może się kryć pod uśmiechem, który nosimy. Przecież każdy ma problemy, nie oczekuję, że ktoś będzie je za mnie rozwiązywał, ale czy tak trudno zapytać co u ciebie, czy w czymś pomóc, albo po prostu jestem z tobą, gdybyś mnie potrzebował? Najwyraźniej dla niektórych to zbyt wiele.
      Daleko jeździliście :((

      Usuń
  3. Wydaje mi się, że żeby tak naprawdę zdobyć się na 100% empatii to trzeba kiedyś założyć te same buty co osoba, w której sytuację chcemy się wczuć. Mam znajomą, która miała bardzo duże problemy z poczęciem … 3 dziecka. Była to dla niej autentyczna tragedia. Ja wtedy czekałam na pierwsze i jej rozterki była dla mnie kompletnym kosmosem. Więcej zrozumiałam jak czekałam na drugie i ryzyko, że nigdy się nie doczekam było bardzo duże. A w 100% jestem w stanie wczuć się w jej sytuację w tamtym czasie dopiero teraz kiedy wiem, że tylko cud w postaci rodzeństwa biologicznego, któregoś z naszych dzieci może sprawić, że osiągniemy wymarzony stan naszej rodziny czyli 2+3 (i w tych 3 nie mieści się pies ;-) ). Aglaia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie się wydaje, że nie trzeba być w tej samej sytuacji, by chcieć wczuć się w czyjeś położenie. Fakt, nigdy do końca nie zrozumiem jak to jest, skoro ja tego nie doświadczyłam, ale wielokrotnie wysłuchiwałam i wysłuchuję historii, które są dla mnie abstrakcją, a jednak staram się zrozumieć. Często ludzie wcale nie chcą rady tylko po prostu zaangażowania, zainteresowania i świadomości, że mają wsparcie (choćby to były tylko dobre myśli)
      Ja też się denerwowałam jak my staraliśmy się o ciążę, jak np. ktoś narzekał na swoje dzieci. I myślę sobie, ciesz się, że je masz. Teraz wiem, że dzieci potrafią dać w kość :D No i takie tam dylematy, ale ja akurat jestem z tych, co naprawdę przejmuję się innymi, nawet bardziej niż sobą, bo ja to jakoś dam radę, a inni niekoniecznie.

      Aglaia, życzę Wam maleńkiego cudziku, kto wie co się zdarzy, może akurat urodzi się maluszek? Kiedy Elsa była maleńka, tak sobie z mężem myśleliśmy, jaka by była jej siostra, albo brat. Ale wydawało nam się wręcz niemożliwe, żeby spotkało nas to szczęście, żeby mieć dwójkę dzieci biologicznych. A tu widzisz :)) Także kto wie, może ten trzeci to nie będzie pies ;) U nas by się przydał jakiś chłopak, żeby mężowi było raźniej. Choć z drugiej strony, nie wiem, czy by go dziewczyny nie " zadręczyły" haha

      Usuń
  4. Dzięki ale to raczej niemożliwe biorąc pod uwagę wiek MB naszych dzieci. A sami też nie młodniejemy i za parę lat na niemowlaka będzie za późno. Dlatego to marzenie chowam do szuflady "niespełnione". Z resztą przy mojej dwójce już tak bardzo mi na trzecim nie zależy (chociaż się nie obrażę jak będzie). Psa już mamy :-) .A.

    OdpowiedzUsuń
  5. Izzy, ja z innej beczki, bo temat, że tak powiem, główny, został przez was ciekawie wyczerpany. Chodzi mi o to zapisywanie... Moja koleżanka miała zapisane w notesie czwartek - kosmetyczka, piątek - dentysta, sobota - poród. Także... Nie przeczę, że twoja koleżanka jest miła, ale dla mnie to jest chore. Gdyby mi Tomasz wpisał w kalendarzyk "basen", to chyba bym padła ze śmiechu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się już przyzwyczaiłam do tego, że ona taka jest, ale na pewno nie jest to jak nazwałaś "normalne" (przyjmując, że cokolwiek my robimy jest normalne :P) Może niektórzy muszą mieć to wszystko zapisane i poukładane, by czuć, że nad wszystkim panują? Myślę, że takie zachowanie ma drugie dno. Może się kiedyś dokopię jakie ;)
      My mamy jeden kalendarz, na telefonie, także jak ja coś wpiszę to mój mąż to widzi, prowadzę go bardziej dla niego, żeby wiedział kiedy mam chwilę wolnego, zapisujemy też ważne rzeczy np. przypomnienie o ubezpieczeniu za rok itd. Normalnie nie wyobrażam sobie, żebym mu wpisała, że ma jechać na basen, czy coś ;) Co innego na zakupy po drodze, ale to raczej dzwonię, albo wysyłam smska.

      Usuń
  6. Czytam i nie mogę uwierzyć. Nie wszystko da się zaplanować. Właśnie o tym rozmawiałam z bratową kilka godzin przed porodem. Śmiałam się, że gdyby mnie przypiliło to mogłabym tego dnia jechać rodzić do pobliskiego szpitala, bo dyżur miał fajny lekarz. Heh.. los postanowił zadrwić ze mnie i już za parę godzin (może nawet za dobrą godzinę)leżałam już na stole i miałam cesarkę ;)) życie jest tak nieprzewidywane. wtedy nawet nie myślałam na poważnie że naprawdę za chwilę mogę rodzić...
    Mnie doświadczenie niepłodności bardzo zmieniło, ale myślę, że raczej na plus. I myślę że w tej mojej pozytywnej transformacji pomogło mi moje blogowe środowisko. Ale widać ludzie są różni i różnie radzą sobie z trudnymi sytuacjami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, niektóre rzeczy są po prostu poza naszym zasięgiem. Zawsze od czegoś, kogoś zależymy. Można mieć władzę i pieniądze, ale zdrowia nie. I tak to jest. Może lepiej, że nie myślałaś, że masz rodzić, bo tak to nie miałaś nawet czasu, żeby myśleć, żeby się denerwować. Wiem, że nie było łatwo, pamiętam jak pisałaś, ale to właśnie jest ta nieprzewidywalność. Pamiętam jak byłam na studiach i mojemu starszemu znajomemu rodziło się dziecko. On przekonywał mnie, że to dziecko decyduje kiedy odbędzie się poród ( w sensie kiedy ma ochotę wyjść), a ja usilnie broniłam swoich racji, bo wydawało mi się to niemożliwe, że taki mały berbeć może "podejmować decyzje" A teraz wiem, że się myliłam, bo to właśnie od dziecka też zależy.

      U koleżanki jest inaczej, bo ona jednak za tym pierwszym razem zaszła w ciążę i pewnie myślała, że tak będzie i teraz. A tu niestety tak nie jest. Szkoda, że ja nie wpadłam na to, żeby pisać bloga wtedy:( A może to nie było jeszcze takie popularne? Sama nie wiem. Udzielałam się na forum, na początku pomagało, ale jak wszystkie zachodziły a ja nie to hmm, już nie było tak fajnie. Ileż razy można słuchać, że "na ciebie też przyjdzie kolej" Blog jest dużo lepszy.
      Buziaczki dla was <3

      Usuń
  7. Oj tak, ja też byłam jak Marta, identycznie planowałam wszystko i zawsze musiało być tak jak sobie postanowiłam, nie przyjmowałam odmowy ani jakichkolwiek komplikacji, oczywiście z wyjątkiem tego wpisywania wszystkiego do kalendarza, ale wiadomo o co chodzi. I mnie też moja niepłodność sprowadziła na ziemię. Dziś patrzę na wszystko zupełnie inaczej, choć jestem już po tej "drugiej" stronie to wiem o co chodzi, pamiętam ile przeszłam i ile mnie to wszystko kosztowało, i nigdy nie zapomnę tego przez co przeszłam. Nigdy nie zapomnę tego jak było po "tamtej" stronie i nigdy nie jestem i nie będę niedelikatna w stosunku do innych osób, bo w tym temacie akurat empatię zawsze będę miała. Może dlatego, że wiem jak to jest jak ktoś bardzo szybko zapomina o tym jak to było przedtem... A to naprawdę bardzo boli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że to normalne, że człowiek jest optymistycznie nastawiony i trochę planuje, bo przecież np. zakładasz, że wyjdziesz za mąż, potem postarasz się o dziecko, potem coś tam i coś tam. Takie zwykłe plany rodzinne, marzenia. A tu lipa. Rzeczywistość okazuje się brutalna. Choć im bardziej planujemy to pewnie większe rozczarowanie jak coś nie wychodzi. Najlepiej mają ci, co potrafią na luzie podchodzić do pewnych rzeczy. Ale jak tu podchodzić na luzie, jak pragniesz dziecka i nie wychodzi...

      Usuń
  8. O rany, to dopiero tekst roku...No ale tak czy siak, rzucony w rozżaleniu.

    OdpowiedzUsuń