Adopcja

7 lat od adopcji

Skończył się stary rok. Co przyniesie ten Nowy 2022 ?
Kiedy 12 miesięcy temu nalewaliśmy szampana, chcieliśmy przede wszystkim powrotu do normalności, symbolicznego zrzucenia maseczek, spokojnych spotkań ze znajomymi, wyjazdów i pracy bez ryzyka zarażenia się wirusem. Czego dziś pragniemy? Myślę, że tego samego. Mija 2 lata odkąd życie dookoła zmieniło się i cóż, końca nie widać. I choć ten jeden dzień, minuta, ta chwilka w której wkraczamy w Nowy Rok de facto niewiele zmienia to jednak kolejny raz mamy nadzieję, że będzie inaczej. Może nie wierzę jakoś bardzo w postanowienia noworoczne, zmienić można coś przez cały rok, ale jednak dla mnie jest to okres bardzo sprzyjający przemyśleniom. Nie tak ze względu na wejście w 2022, ale jakoś tak zima to dla mnie czas na nowe plany i porządki nie tylko te w ogródku. Wraz z wiosną budzę się do życia niczym niedźwiedź, który po zimowym śnie ziewa i leniwie otwiera oczy. To moment na działania.

Okres przełomu roku to również moment, w którym część z was zadaje sobie pytanie: czy moja walka o dziecko ma jeszcze sens? A jeśli ma to jak ona ma wyglądać? Którą drogą najlepiej pójść? Od zawsze na blogu zauważam w okresie zimowym wzmożony ruch, ludzie interesują się adopcją, szukają informacji. Bo choć temat dobry jest na każdą porę roku, to właśnie teraz tych przemyśleń jest najwięcej.
Niedawno minęło 7 lat od naszej adopcji i ponad 8 odkąd zgłosiliśmy się do ośrodka. Aż trudno mi uwierzyć, że aż tyle. Kiedy po raz pierwszy w czasie szkolenia miałam styczność z mamą adopcyjną, która miała już kilkuletnie dzieci, macierzyństwo było dla mnie strasznie odległe i abstrakcyjne. Teraz już ledwie co pamiętam jak to było, gdy ICH nie było. Dziś więc chciałabym podsumować te ostatnie 7-8 lat.

Szczerze wam powiem, że choć czułam się gotowa do tej drogi do macierzyństwa, NIE MIAŁAM ABSOLUTNIE POJĘCIA W CO SIĘ PAKUJEMY. Czy gdybym wiedziała to co wiem dziś postąpiłabym inaczej? Oczywiście, że nie. Ale wtedy wydawało mi się wszystko takie proste. Przecież nie ma dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, czy urodziłam te dzieci czy nie. Kocham je nad życie. Kochałabym je tak samo gdyby były chore, wymagały opieki, czy terapii. Ale jednak z wielu rzeczy nie zdawałam sobie sprawy, wydawało mi się, że moja miłość i teoretyczna gotowość do macierzyństwa wszystko załatwi. Czyżby? Miałam to szczęście, że moje dzieci nie były obciążone. Nie miały stwierdzonego FASu, RADu i innych. Były na tyle małe, że poza odrzuceniem nie zaznały cierpienia w swoich rodzinach biologicznych. W Domu Dziecka miały dobrą opiekę, w żaden sposób pobyt tam nie skutkował traumą, pomimo, że dzieci nie miały mamy i taty. Wszyscy stanęli na wysokości zadania i dziewczynki dość szybko znalazły się u nas w domu. Zwłaszcza Misia, kiedy to zaraz po upływie 6 tygodni odbyła się rozprawa o zrzeczenie praw a reszta poszła jak z płatka. Wspaniała pani sędzia, której na sercu leżało dobro dziecka przyszła do pracy w czasie urlopu by podpisać odpowiednie dokumenty. Niestety nie zawsze spotykałam się z takim właśnie podejściem. Ludzie od których wiele zależy, często nie rozumieli, że dla dziecka każdy dzień poza kochającą rodziną jest krokiem wstecz.
Gdyby okazało się jednak, że dziewczynki są obciążone, wymagają stałej terapii i opieki lekarza to choć nie zmieniłoby to moich uczuć do nich, nasze życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Być może nie moglibyśmy podróżować, uczęszczać do zwykłej szkoły czy spędzać czasu na beztroskich zabawach. Nasze chwile wypełnione byłyby ciągłą walką o przetrwanie, terapią, jazdą z miejsca na miejsce. Nieprzespane noce spędzone na rozmyślaniu co dalej, co zmienić, co zrobić. Dlatego teraz rozumiem dlaczego dobry dobór rodziców jest tu kluczowy. Nie wątpię, że wszyscy zgłaszający chęć adopcji kochaliby dziecko. Ale jednak nie każdy udźwignie codzienność. Wychowanie dziecka to wielka sztuka i sama miłość, choć najważniejsza, nie wystarczy. Potrzeba dużo samozaparcia, wytrwałości, siły i wielu innych czynników, które wpłyną na ostateczny sukces.

Może czasem wydawać wam się, że moje dziewczynki to chodzące ideały. Nic bardziej mylnego. Pomimo tego, że obciążeń zdrowotnych nie mają to są dziećmi dość wymagającymi, choćby ze względu na małą różnicę wieku. Praca z nimi nigdy się nie kończy i czasem wydaje mi się, że wchodzę na wysoką górę a kiedy już widzę szczyt okazuje się, że pojawia się kolejny. Bycie ich rodzicem to najpiękniejsze wyzwanie z jakim przyszło mi się w życiu zmierzyć, ale też najtrudniejsze. Wymaga ode mnie, od nas ciągłego dorównania kroku naszym dzieciom. Bo w momencie gdy już mi się wydaje, że witam się z gąską, rozszyfrowałam je i prześwietliłam na wylot, one wchodzą na kolejny poziom rozwoju a ja spadam na sam dół i uczę się od nowa. Ale żeby nie było, uwielbiam się ich uczyć i patrzeć co wymyśliły, bo dzięki nim również zmieniam się ja. Poznaję siebie i analizuję, staram się być inna, coraz lepsza i bardziej świadoma. Nie zawsze mi wychodzi. Bywa, że mam wyrzuty sumienia, bo przecież nie powinnam się w dany sposób zachować, mama nie powinna tego czy tamtego powiedzieć. I tak właśnie wpadam w błędne koło utartych schematów określających jaka matka powinna być. A przecież instynkt nie zawsze jest w stanie racjonalnie nam podpowiedzieć i pchnąć w konkretnym kierunku. Czasem i on też jest po prostu wykończony, ma dość, chciałby odpocząć.
Krzyknę więc jeśli nie dociera, bo moje dzieci udają głuchotę. Dam karę, bo wierzę w mądre zasady a nie przekonanie, że “to tylko dziecko, więc wszystko mu wolno” Płaczę, gdy mam na to ochotę, bo nie będę udawać przed moimi dziećmi, że jestem robotem i wszystko po mnie spływa. Nie zawsze jest kolorowo, ale myślę sobie, że właśnie w ten sposób człowiek wpływa na późniejsze zachowania i relacje swoich pociech. Nie tylko gdy jest dobrze, ale właśnie wtedy gdy jest źle. Na błędach w końcu uczymy się najszybciej. I to szczególnie na swoich.

Po tych 8 latach wiem, że nie da się tak naprawdę przygotować do rodzicielstwa. Nie ma instrukcji postępowania. Dziś wiem to na pewno. Ale świadomy wybór rodzicielstwa, elastyczność i gotowość do zmian są kluczowe. Bycie konsekwentnym, ale również umiejętność przyznania się do błędu i swoich słabości. Nikt nie jest nieomylny. Przecież nasze dzieci też kiedyś będą rodzicami czy partnerami. Niech wiedzą, że każdy ma prawo do emocji. Nie musi być zaprogramowany na uśmiech.
Nieustannie szukam więc rozwiązań. Póki co radzę sobie sama, ale wiem, że warto szukać ich również u specjalistów jeśli istnieje taka potrzeba. Nie musimy być przecież idealni, na wszystkim się znać, wszystko wiedzieć. Czasem wystarczy, by nas ktoś poprowadził w dobrym kierunku. Ja staram się wypróbowywać różne metody w zależności od tego co potrzebuję uzyskać i na jakim etapie rozwoju są moje dzieci. Motywacja zawsze u nas działała dobrze, ale staramy się również uczyć dziewczynki, że nie zawsze robimy coś dla fizycznej nagrody, czy to naklejka w zeszycie czy medal, ale przede wszystkim dla samozadowolenia. Według mnie to klucz do szczęśliwego życia. Nie trzeba przecież stać na podium, by cieszyć się z tego co się osiągnęło. Sama droga do sukcesu też może być fascynująca – można się dużo nauczyć, rozwinąć się, poznać wspaniałych ludzi.

Zawsze chcieliśmy adoptować dwójkę dzieci. Nigdy jednak nie przewidziałam, że dostaniemy od losu taki prezent. Nie będę was oszukiwać, że było łatwo, że miałam czas na “nacieszenie się” maluszkami. Przez pierwsze 4 lata to naprawdę był jakiś Matrix, życie od karmienia do przewijania ( a zwykle miały zmowę pieluszkową i były do przewinięcia równocześnie) potem praca i próba pogodzenia innych czynności życia codziennego z wychowaniem dzieci. Czasem opadały ręce a praca nad dziećmi długo nie przynosiła efektu. Jednak nie poddaliśmy się, wierząc głęboko w to, że postępujemy słusznie. Wielu efektów doczekaliśmy się, na inne nadal czekamy.
W całym tym zamieszaniu musieliśmy również nauczyć dziewczynki kochać siebie nawzajem, rozwinąć w nich więź. I choć zdaję sobie sprawę z tego, że ich drogi mogą się na jakiś czas rozejść, zwłaszcza w okresie dojrzewania, to jednak jestem przekonana, że solidny fundament ich przyszłych relacji został zbudowany. Nie były o siebie zazdrosne nigdy w taki sposób, żeby żywić do siostry jakieś negatywne uczucia. Raczej każda z nich pragnie dostawać tyle samo, bez wyjątku. W końcu mama ma 2 kolana, może przytulić dwoje dzieci naraz. Ma 2 ręce i może dwoje dzieci pogłaskać. Wielozadaniowość to podstawa 🙂
Myślę, że nie udałoby się to wszystko bez pomocy mojego męża. Nie wiem, może to właśnie dzięki adopcji, dzięki temu, że razem, w ten sam sposób “dostaliśmy” dziecko, nie miałam nigdy przewagi takiej, że nosiłam w brzuchu, karmiłam piersią, byłam ważniejsza. Od pierwszej chwili po dziś dzień jesteśmy razem i wspólnie wychowujemy dzieci. Kiedy noszę jedną córkę “na barana” druga idzie do taty, nigdy nie zostaje sama. Kiedy dziewczynki usypiają raz ja czytam do snu raz tata a potem codziennie zamieniamy się kto przy której leży jeszcze chwilkę.

Adopcja zmieniła moje, nasze życie. Owszem, mam poczucie życia w chaosie kolejny raz podnosząc klocki z podłogi o które się potykam ( a przecież tyle razy mówiłam, żeby tego czy tamtego nie zostawiać na środku) , ale wiem, że byłabym bardzo nieszczęśliwa żyjąc sama dla siebie. Dlatego wolę, gdy wpadają moje dzieci ze szkoły i pierwsze co robią to otwierają lodówkę i pytają ” Co mogę zjeść?” 🙂


2 komentarze

  • Agata

    Gratulacje Kochani!!! :*

    Ciesze sie, ze piszesz o tych gorszych chwilach. Zawsze czytajac Twojego bloga mam wrazenie, ze jestes wlasnie taka idealna mama, swiadoma i nieskonczenie cierpliwa… I na to wkraczam ja, draca jape i nieraz przeklinajaca pod nosem, bo Potwory po raz kilkunasty tego dnia wytracily mnie z rownowagi… 😀

  • Aglaia

    Gratulacje! U nas w tym roku minie odpowiednio 11 i 9 lat… Mam poczucie, że chociaż wiele już za nami to jednak najciekawsze i być może najtrudniejsze dopiero przed nami. Wiem na pewno, że mam dwoje wspaniałych ale jednak bardzo różnych dzieci na co wpływ mają pewnie geny, życie prenatalne, to gdzie i jak długo spędziły pierwszych kilka tygodni/miesięcy życia… Zaczynam powoli dostrzegać, że wychowanie to czasem aż a czasem tylko klocek w bardzo skomplikowanej układance. Nie żałuję tej decyzji ale też mam co raz większą świadomość tego, że do rodzicielstwa to żadne kursy nie przygotują – bo potrzebny byłby kurs na każde dziecko z osobna. Nie ma złotych rad i złotych metod – to co sprawdza się przy jednym, przy drugim będzie kompletną porażką (nawet jeśli to rodzeństwo wychowane w tym samym domu). Chociaż może jest jedna – duża doza elastyczności to podstawa ale jednak nie za duża bo dzieci wbrew pozorom potrzebują świata, który ma jakieś granice chociaż może się nam wydawać, że notorycznie próbują przestawiać słupy graniczne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.