poniedziałek, 11 marca 2019

Niepłodności nie ma (?)


Witajcie kochani w kolejnym tygodniu. Dla mnie poniedziałki są trudne, znów trzeba wskoczyć w tryb wstawania wcześnie, odwożenia dzieci do przedszkola, pracy i sprzątania. Kiedy dziś na dodatek zobaczyłam, że w nocy spadł śnieg, miałam ochotę wrócić do łóżka i odwołać zajęcia. Brrr. Teraz po śniegu wprawdzie zostało tylko wspomnienie, ale nadal pogoda nieciekawa, pomimo tego, że świeci słonko. 

Na takie widoki czekam...


Dziś chciałabym powrócić do tematu niepłodności. Jakiś czas temu pisałam wam o tym jak trudno było utrzymać kontakty z innymi koleżankami, które pozachodziły w ciążę. Co by nie mówić, w przyjaźniach jednak łączy nas wspólny świat, środowisko. Nie trudno więc o znajomości w szkole. Razem przeżywaliśmy klasówki, uczyliśmy się, rozmawialiśmy o rozterkach miłosnych, czy obrażaliśmy się na cały świat. 
W miarę dorastania, te drogi czasem się rozchodzą i choć nadal się lubimy, to często brakuje tak zwanej części wspólnej. I myślę, że to jest naturalne, bo jedna osoba na przykład skupia się na wykształceniu i karierze, a druga szybko zakłada rodzinę.  Z niepłodnością bywa podobnie. Choć nasza przyjaciółka dobrze nam życzy, to jednak trudno zwierzać się osobie, która sama właśnie urodziła drugie dziecko. I nie ma co tu upatrywać w kimś winy, tak po prostu się dzieje. Dlatego sytuacje takie bywają krępujące dla obu stron. Kiedy rozmawiam z przeróżnymi osobami, nagle okazuje się, że w zasadzie nie mają nikogo takiego, z kim mogłyby porozmawiać i poczuć się lepiej. 
Brak empatii, zapatrzenie na siebie to tylko jedne z czynników, przez które oddalamy się od siebie. Dziś chciałabym przekazać wam inne spostrzeżenia i opisać pewne zjawisko - nieświadomą ignorancję

Kiedy starałam się o potomstwo, byłam oczywiście młodsza, więc większość z moich koleżanek również nie miała jeszcze dzieci. Starałyśmy się razem, choć wraz z upływem czasu im udawało się, a ja w końcu zostałam prawie sama na placu boju (nie licząc jednej koleżanki i tych, które nawet nie wyszły za mąż) Będąc pierwszy raz w klinice niepłodności dopiero zobaczyłam jak wielki jest to problem. Spotkałam tam ludzi młodych i starych, pięknych i brzydkich, na oko wykształconych i tych prostych. Ale wszystkich łączyło jedno - nie mogli mieć dziecka. Podczytywałam wtedy też forum Bociana, gdzie również to zjawisko widać jak na dłoni. Tym żyłam, tak wyglądał mój świat. Wiedziałam, że niepłodność to nie mit i że nie jestem w tym sama. 

Nie uwierzycie, ale wszystko zmieniło się, od kiedy sama mam dzieci. Przez te ostatnie kilka lat, nie spotkałam ani jednej osoby, która miałaby problem z płodnością. Ani jednej ... (oczywiście nie licząc moich blogowych koleżanek) Zero. Ale to nie wszystko. Ludzie, których poznaję, mają nie jedno dziecko, ale co najmniej dwoje, a w większości przypadków nawet troje! Między dziećmi nie ma dużej różnicy wieku, więc śmiem domyślać się, że długo nie czekali. Nie chciałabym oceniać po pozorach, bo oczywiście za każdym nieznajomym kryje się jakaś historia, której nie znam, być może faktycznie na pierwszą ciążę czekali długo, a potem coś się odblokowało, ale sam fakt pozostaje - dziś mają ich kilkoro. Patrzę tak choćby po dzieciakach z naszego przedszkola. Nie uwierzycie, ale mało znam takich, które są jedynakami. Większość rodzin ma co najmniej dwójkę pociech, a rekordzistką już jest pani, która nosiła na rękach niespełna roczną córkę, przyprowadzając synów do przedszkola i będąc w czwartej ciąży. Teraz przychodzi z nosidełkiem i coś mi się wydaje, że będzie mieć kolejne. Nie wiem, czy zdecydowałabym się na tyle dzieci, nawet gdybym mogła. Nie jestem za tym, żeby dziecko było wychowywane przez starsze rodzeństwo, ale co ja się tak znam. Nawet jednego nie udało mi się urodzić, więc już siedzę cicho...

To wszystko skłoniło mnie do pewnych przemyśleń. Skoro obracam się teraz w innym środowisku (ja, która świadomość niepłodności mam w jednym paluszku) i nie spotykam nikogo tak namacalnie, kto walczyłby z niepłodnością, to jak ci ludzie, którzy nie mają bladego pojęcia jak to jest "nie móc" mają być empatyczni? Tym wszystkim mamom z przedszkola opadłaby chyba szczęka do samej ziemi, gdyby dowiedziały się, że moje dzieci pochodzą z adopcji, a ja sama przez wiele lat leczyłam się i walczyłam o ciążę. Pewnie usłyszałabym moje ulubione zdanie: No w ogóle nie było po tobie widać, że masz problemy. Tak drodzy państwo, wbrew pozorom niepłodności nie widać tak jak widać złamaną nogę. Nie widać żadnej choroby, która w jakiś sposób nie charakteryzuje się fizyczną niepełnosprawnością. Jeśli właściwie nie patrzysz, nie widać depresji, załamania nerwowego, nie widać też psychicznej przemocy, czy zwykłego smutku. Nie każdy posiada tę umiejętność patrzenia dalej niż widzą oczy (i spójrzmy prawdzie w oczy, nie każdy też chce.) Bo cóż zrozumie mnie mama, która właśnie "wpadła" z drugim dzieckiem. Ja nie wpadłam z ani jednym. Ba! Nawet nie udało się tego zaplanować. A ona wpadła dwa razy i to nie wiadomo, czy z tym samym mężczyzną. Dlatego nie dziwię się, że ludziom tak trudno uznać niepłodność za chorobę, dlaczego tak trudno ją dostrzec. Jeżeli ktoś przebywa w takim środowisku, w którym jej nie ma, musiałby wykazać się wielką dojrzałością i wrażliwością, by zauważyć, że istnieje.

Tak na koniec powiem wam, że patrząc na to wszystko, można byłoby uznać, że świat jest strasznie niesprawiedliwy - jednym daje więcej innym nie daje nic. I tak w zasadzie jest, patrząc naszym ludzkim okiem. Staram się jednak patrzeć dalej i głębiej niż tam, gdzie sięga wzrok, by nie być ślepcem podobnym do wszystkich tych ludzi, którzy nie zauważają, że świat nie kończy się na nich. Każdy z nas powołany jest do czegoś innego, więc przyjmuję z pokorą ten dar niepłodności, bo dziś wiem, że zaprowadzi mnie tam, gdzie właściwa biegnie droga.

Wspaniałego tygodnia moi drodzy, życzę Wam dużo radości i uśmiechu, niech wiara w przyszłość nigdy nie ustaje. Nie oglądajcie się za siebie, nie oglądajcie na boki, idźcie przed siebie i nie zbaczajcie z właściwej drogi. 




7 komentarzy:

  1. Kochana, jaki to post w 10 trafiony. Racja, że ludzie których problem nie dotyczy, nie mogą wiedzieć i czuć tego co my. Ale co w przypadku, kiedy otwarcie mówisz o problemie, a ktoś i tak brnie w swoje? Jak wtedy sobie z tym poradzić ? Bo to Ty zazwyczaj zostajesz emocjonalnie podeptana, podczas gdy osoba zaangażowana z drugiej strony ma się zupełnie ok...
    Pozdrawiam,
    Aniutek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniutek, bardzo mi przykro, że tak bardzo się zawiodłaś :( Doskonale Cię rozumiem, bo przeżywałam to dziesiątki razy. Wtedy kiedy oczekiwałam odrobiny zrozumienia, tak jak piszesz zostałam emocjonalnie zdeptana. Zerwałam takie kontakty. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam, czy źle, ale nie umiałam inaczej... Zastanawiam się, czy gdybym wprost powiedziała wtedy komuś to co czuję, czy by zrozumiał, czy zrozumiałby...
      Dla mnie jest to oczywiste, że do osoby niezamężnej nie chwalę się swoim partnerem, a do osoby walczącej o dziecko nie gadam o ciąży przez całe spotkanie. Trudno mi powiedzieć, czy to brak empatii, debilizm (sorry za słowa) czy po prostu ignorancja. Mnie jest dobrze, mnie problem nie dotyczy, uff najważniejsze, że mnie się udało - to ulubione słowa niektórych osób. Niestety. Takie spotkania to kopniak w tyłek. Bo łatwo być przyjacielem jak wszystko jest ok, ale nie bez powodu mówią, że przyjaciół poznaje się w biedzie...
      Dziś z perspektywy czasu z jednej strony żałuję, że pewne przyjaźnie się pokończyły, a z drugiej nie, bo poznałam wiele innych, bardziej wartościowych osób. Choć nie zmienia to faktu, że kopniaki bolały...

      Ściskam mocno i pozdrawiam :*

      Usuń
  2. Przyznaję się bez bicia: nie zastanawiałam się nad tym przed poznaniem was wszystkich na blogach. Szybko zrozumiałam jak poważny jest to problem, i sama wiesz jak mnie zainteresował. Jesteście dla mnie bardzo silne i dzielne dziewczyny, bez względu na to czy widać po was czy nie widać :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to chyba największy problem tak myślę. Że większość ludzi nie jest w stanie spojrzeć głębiej w człowieka. No cóż, nie każdy potrafi, ja to rozumiem. Trudno, żebym ja wiedziała jak to jest chorować na chorobę o której nie wiem nic. Nie rozumiem natomiast takiej sytuacji o jakiej pisze Aniutek. Doskonale wiesz, że Twoja koleżanka cierpi, a mimo to nie jesteś w stanie pomyśleć dalej niż czubek swojego nosa. Ja wiem, że pisałam już tyle razy o tym, ale nadal mnie to boli. Bo tak sobie patrzę na te wszystkie rodziny, które mają 2, 3 dzieci i myślę właśnie, że dla nich niepłodność to abstrakcja. Ty masz do czynienia z nami, z innymi ludźmi, którzy mają problemy życiowe. A niektórym wszystko przychodzi łatwo, wiesz, kasa, dziecko, zdrowie a ty się bujasz całe życie (tzn ty jako tak ogólnie ;)) Tyle się o tym mówi przecież, ciągle debaty o IVF itd a ludzie i tak jak ten niewierny Tomasz (nie Twój ;)) póki ich nie dotyczy, nie uwierzą ;)

      Usuń
  3. Tak jak większość z nas byłaś zmuszona iść drogą nie na skróty... Tak jak mówisz, niepłodności nie widać gołym okiem, zwykły "śmiertelnik" który nigdy nie miał z tym do czynienia nigdy sam tego nie zobaczy i pewnie czasem nawet też nie zrozumie... Jednak my niepłodni dostrzegamy ją z daleka.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiecie dziewczyny, mnie nie przestaje zadziwaić że w XXI wieku, w dobie internetu, dyskusji, tak jak piszesz Izzy, debatach o IVF itd dalej panuje taka znieczulica i, niestety, ludzka tępota. Ja jestem z tych co to nie boją się mówić głośno o niepłodności,ale niewiele osób umie to udźwignąć. Ta samotność w tej chorobie jest jedną z trudniejszych rzeczy...samotność w tłumie. Dlatego dziękuje Wam :) chwała internetom i blogom ! Ściskam, Aniutek

    OdpowiedzUsuń
  5. Trudny temat ... sama kiedyś nieświadomie sprawiłam przykrość koleżance, która jak twierdziła broniła się przed ciążą rękami i nogami. Okazało się że to była tylko maska i poza.

    OdpowiedzUsuń