środa, 3 kwietnia 2019

Co za dzień!


zdj.pixabay

Elsa zaniemogła. Przedwczoraj kaszlała tak, jakby za chwilkę miała wypluć wszystkie wnętrzności. Nocka koszmarna. Nie dla niej, żebyście nie myśleli. Wprawdzie nie mogła usnąć i przyszła do nas na dół z żalem, że męczy ją ten kaszel, ale w końcu jakoś udało się. Najgorsze, że u nas w łóżku, a zalegająca wydzielina sprawiła, że zaczęła chrapać. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę spać, gdy ktoś chrapie, denerwuję się i przewracam z boku na bok. Próbowałam ją szturchać, ale pomagało tylko na chwilę. Przyszło mi do głowy, żeby zaaplikować sobie wtyczki do uszu, ale bałam się, że rano nie usłyszę budzika. Kiedy już umordowana, z palcem w uchu próbującym spełnić funkcję czegoś bardziej profesjonalnego zasnęłam, do chrapiącej Elsy dołączył mój mąż. Tego było już za wiele. Dostał kuksańca. Udałam, że nie słyszę jego pytania co się dzieje, zrzucając winę za ból na Elsę, która spała pomiędzy nami. Dotrwałam do rana. 

7.00 - próbuję zarezerwować jakiś termin do pediatry. Nie ma szans. 
11.00 - próbuję znowu. 
Potem znowu i znowu. Jedyne terminy na dziś są po drugiej stronie miasta, więc chyba nic nie zarezerwuję. Łapię wizytę na jutro.

Na szczęście mąż miał dziś Home Office i zawiózł Misię do przedszkola, ja zostałam w domu na lekcji a Elsa coś tam rysowała. Potem pojechałyśmy do lekarza. Dostać się na Mokotów to pikuś, ale dojechać pod przychodnię to ogromny wyczyn. Pomijam korki w okolicach zjazdu z obwodnicy na ukochaną moją ulicę Marynarską. Tam remont trwa nieprzerwanie od kilku lat. Jakoś objeżdżam inną drogą i kiedy myślę, że już jestem w domu, okazuje się, że nie ma miejsc parkingowych. Odwieczny problem tego rejonu... Na szybko decyduję się wjechać na galerię znajdującą się nieopodal, do wizyty mamy 10 minut. Wiedziałam, że nie zdążymy na czas, ale chciałam mieć jak najmniej spóźnienia. Wjeżdżamy na parking. Godzina po 11 i też miejsc jak na lekarstwo. Udaje się nam coś znaleźć właśnie wtedy, kiedy Elsa usnęła w foteliku. Super. Wyciągam więc półprzytomne dziecko i biegniemy do wyjścia. Ale wyjścia nie ma w miejscu, w którym znajdowało się kiedyś. Bywałam tam przez wiele lat, kiedy miałam zajęcia w budynku na przeciwko i wtedy wprost z galerii wychodziło się na kładkę, którą trzeba przedostać się na drugą stronę ( w pobliżu nie ma przejścia) No żesz... Dobra, zjedziemy na dół. Ale schodów brak. Jest tylko winda, ale pani, która właśnie do niej weszła, wcisnęła poziom 2, a my potrzebowałyśmy zjechać w dół. Biegniemy do ruchomych schodów. Kiedy w końcu znajdujemy się przy kładce, musimy się na nią wdrapać, przebiegnąć wzdłuż i zejść w dół. Biedna Elsa śmiejąc się mówi, że już brzuch ją boli od tego biegania, ale twardo dotrzymuje mi kroku. Dopiero kiedy docieramy do schodów w dół, widzę, że nie jest aż tak szybka jak wymaga tego sytuacja, więc biorę ją szybko pod pachę i zbiegam z nią. Komedia, mówię wam. Już jesteśmy przy budynku, ale co tam. Wejście jest z drugiej strony, więc czeka nas jeszcze bieg wzdłuż niego. Kiedy docieramy do właściwej klatki, mam tak sucho w ustach, że nie jestem w stanie nic powiedzieć przy recepcji. Wyduszam tylko, że my na wizytę. Idziemy pod gabinet, zostawiam Elsę, a sama idę po wodę. Gdy wracam lekarz już z nią rozmawia. Przeprosiłam go za spóźnienie, ale na szczęście okazało się, że ktoś tam nie przyszedł i doktor miał dużo czasu. I świetnie, bo wizyta była muszę przyznać wyjątkowa. Doktor dokładnie zbadał córkę, zrobił wywiad, był miły, a kiedy dowiedział się, że ja niezbyt dobrze się czuję (w niedzielę skończyłam antybiotyk) zbadał również mnie. Zapisał mi lekarstwa, dał wytyczne i stwierdził, że mamy nie mogą chorować ;) Siedziałyśmy ponad 30 minut.

Elsa padła w drodze do domu, nie dziwię się, ja sama byłam wykończona tym dniem. Jutro zostajemy razem, nie idzie jeszcze do przedszkola. Kaszel trochę ustąpił, ale nadal jest, więc lepiej przeczekać. Kiedy Misia wróciła z przedszkola, Elsa była wniebowzięta. Pokazała jej naklejki, które przyniosła od lekarza i widać było, że się stęskniła. Co by nie mówić, rzadko kiedy bywa z nami sama. 

Mam nadzieję, że wy mieliście dziś spokojniejszy dzień. U nas do tego wszystkiego wiatr porwał mały, plastikowy domek dziewczyn oraz trampolinę, która zawisła na ogrodzeniu. Za to wiosna już chyba na dobre zagościła u nas w ogródku. A to zawsze coś pozytywnego, prawda? Dobrego dnia!




5 komentarzy:

  1. Już Cię widzę biegającą z obłędem w oczach, dzieckiem obok i nie mogąca się zdecydować na windę ani schody ruchome...Dwa lata bywałam w stolicy co kilka tygodni bo mąż tam pracował i żeby mu za spokojnie nie było jeździłam do niego. Mieszkał na Mokotowie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O no proszę! Szkoda, że wtedy się nie znałyśmy, bo wpadłabyś na kawkę ;)
      Daj spokój, ja zawsze wyglądam albo jak Rumuni, którzy dziecko niosą pod pachą, albo uchodźcy jeśli mam bagaże hahaha. Biedna ta moja Elsa, ale dała radę ;)
      Dla mnie Mokotów, albo przynajmniej ta część koło galerii, jest dobra jedynie na pracę, a też niekoniecznie. Ja lubię ludzi, ale tam jest ich zdecydowanie za dużo. Buduje się tylko biurowce, zero parkingów.
      Nie wiem, czy czytałaś takiego posta "Mordor i korposzczury" Jeśli nie to wrzucam linka, może Cię zainteresuje skoro mąż pracował i znasz klimat ;)

      http://www.naszmalyswiatek.pl/2018/02/mordor-i-korposzczury.html

      Usuń
  2. Tak, ja też to sobie wyobraziłam, hihi. Współczuję :( Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.
    A mój dzień? No, cóż. Pomimo odbytej przed wyjściem rozmowy z Tamalugą, na temat jej reakcji na powrót do domu, i którą to rozmowę odbywamy codziennie... Po dwóch godzinach na placu zabaw, na hasło "Tamaluga, wracamy do domu", dziecko moje rzuciło się na ziemię i tarzając się w niej, rzucało się w konwulsjach, wrzeszczało, piszczało i płakało. Nie byłam w stanie jej podnieść, wyrywała się z ogromną siłą. Chwyciłam ją na ręce, pod pachą dzierżąc kurtkę, jej torebkę i misia. Zostałam skopana brudnymi butami, obsmarkana, spocona i wkurw... do granic możliwości. Także, może dzień niezupełnie taki sam, ale na pewno też do spokojnych nie należał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko, no to miałyście/macie nieźle :( Wiesz, niektóre dzieci nie lubią być tak "nagle" postawione w sytuacji, w której tracą fajną zabawę. U mnie na przykład nie mogę nagle podejść i zgasić TV. Ale że zwykle bajeczki są krótkie to mówię, że ta i koniec. Same wyłączają telewizor po zakończeniu.
      Ostatnio na placu zabaw koleżanka Elsy robiła cyrk rodzicom, bo nie chciała iść. Podeszłam do niej i mówię, "Majeczko, ja tu mam taką specjalną kaczuszkę, która mówi kiedy już koniec i trzeba się zebrać do domu, bo mamusia musi coś załatwić, albo już późno jest, chcesz spróbować?" Ona się zgodziła a ja włączyłam na telefonie zwykłe odmierzanie czasu z sygnałem gdaczącej kaczki. Nie było problemu, Majka poszła do domu. Fakt, jest starsza od Tamalugi o rok, ale myślę, że i u Was mogłoby się to sprawdzić. Tylko najpierw dziecko musi wiedzieć co i jak i na to się zgodzić. Jeśli raz, drugi będzie zawodzić przy wyjściu to trudno, nauczy się.
      Jakby coś to możesz też kupić klepsydrę, żeby widziała upływający czas. To też dobrze działa.
      Moje dziewczyny akurat nie mają z tym problemu, nigdy nie miały, ale zawsze mówię wcześniej, że zaraz idziemy, więc nie są zdziwione. Czasami dokładałam im minutę, żeby miały poczucie, że coś ugrały ;)

      Usuń
  3. No, właśnie z wyłączaniem tv też nie ma problemu - sama to robi. I też ją wcześniej uprzedzam, na placu zabaw też... Spróbuję twój sposób i dam znać :-)

    OdpowiedzUsuń