wtorek, 4 czerwca 2019

Gdy jeden błąd rodzica może kosztować dziecko życie.


Dziś chciałabym opowiedzieć wam o pewnym wydarzeniu, które miało miejsce w czasie ostatniego wyjazdu wakacyjnego. Historia zakończyła się szczęśliwie, ale potraktujcie ją proszę jako przestrogę, by wam nigdy nic takiego się nie przydarzyło. 



Kiedy dziecko dorasta i robi się coraz bardziej samodzielne, nie wymaga już takiej opieki jak niemowlak. Przyznaję, że nigdy nie mieliśmy obsesji na punkcie bezpieczeństwa, ponieważ wiemy, że zbytnie przechylenie w tamtą stronę może skutkować późniejszym strachem dziecka przed wszystkim co je otacza. Poza tym, nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć. Gdy kiedyś w przyszłości nie będzie nas obok, dziecko musi samo sobie radzić, samodzielnie myśleć i przewidywać konsekwencje swoich czynów. Gdy nasze maluchy zjeżdżały na zjeżdżalni, nie mamrotaliśmy im cały czas nad głową: uważaj!, nie tak szybko!, bo spadniesz!
Oczywiście zawsze byliśmy w pogotowiu jeśli tylko coś się działo i reagowaliśmy, gdy zaistniała taka potrzeba. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo w domu to pisałam już kiedyś o tym, że nie było nigdy problemu. Gdy dziewczynki czymś się interesowały, pokazywaliśmy im to, dawaliśmy dotknąć i na tym się kończyło, były usatysfakcjonowane. Pilnowaliśmy, żeby żadne małe przedmioty nie leżały w zasięgu małych rączek, żeby serweta nie była długa, by nie ściągnęły sobie na głowę szklanki z gorącą wodą i tak dalej i tak dalej. 

Mając odpowiednio cztery i pięć lat, dziewczynki świetnie radzą już sobie na placu zabaw, wśród rówieśników, czy przy zabawie w domu. Nie trzeba za nimi chodzić, choć od czasu do czasu zaglądamy co robią. Same bujają się na huśtawkach, przychodzą do domu na siusianie, podcierają się, myją rączki, znają wszystkie zasady, bo ćwiczą przecież tę samą rutynę od tylu lat. No właśnie. I taka rutyna potrafi uśpić dorosłego. Chyba już przyzwyczailiśmy się do tego, że dziewczynki nie wymagają już naszej opieki tak bardzo jak kiedyś. Również rano, często zdarza się, że nawet nie wiemy kiedy wstały. Po prostu leżą sobie na łóżku obok nas lub bawią się same. 
Pewnego dnia, kiedy przebywaliśmy na kempingu, właśnie taka sytuacja miała miejsce. Dziewczynki miały swoją sypialnię a my swoją. Wstały wcześniej i bawiły się w części, gdzie znajduje się kuchnia z salonem/jadalnią. Gdzieś tam  podświadomie słyszeliśmy, że rozłożyły zabawki, że rozmawiają ze sobą, ale taka sytuacja jest dla nas normalna, więc spaliśmy dalej. Nigdy przenigdy nic nie ruszały, wiedzą dokładnie co im wolno, a czego nie. A no właśnie. Przez 5 lat nie zdarzyło się, żeby któraś z nich ruszyła coś, czego nie wolno. 5 lat, tysiące godzin, minut, sekund. Ale wtedy, w tej właśnie sekundzie, nie wiadomo skąd, wpadły na pomysł, by zażyć tabletki, które zobaczyły leżące przy lustrze w naszej sypialni... 

Gdyby nie to, że są we dwie, pewnie nigdy bym się o tym nie dowiedziała (choć gdy wstałam to szukałam tych tabletek, ale pewnie pomyślałabym, że je gdzieś wyrzuciłam przypadkowo) W trakcie śniadania, nie pamiętam która z nich, ponieważ doznałam wielkiego szoku, ni z gruszki ni z pietruszki wspomniała coś o tabletkach. Nie, że wzięły, ale powiedziała coś, że między linijkami wyczytałam co się wydarzyło. Zbladłam powiem wam. Dziewczynki doskonale wiedzą co to są lekarstwa. Wiedzą, że nie wolno ich ruszać. Nie mam pojęcia co się stało, że postanowiły je zjeść. Być może wydawało im się, że to nic takiego, ponieważ zjadły moje tabletki na alergię, a nie kojarzyły, żebym była chora, więc może nie zdawały sobie sprawy z tego, że mogą być niebezpieczne, ale mimo wszystko. Tabletki te trzymałam w kosmetyczce, lecz wtedy zostawiłam je na wierzchu. Ten jeden raz. Ale czasami jeden raz wystarczy, by nasz błąd, nasze niedopatrzenie, kosztowało dziecko życie. 
Opowiadam wam tę historię, ponieważ to nie jest tak, że u nas zawsze jest kolorowo i wspaniale. Mamy problemy większe i mniejsze, ale staramy się jak najlepiej spełniać swoją rolę jako rodzice. Tym razem, mogę powiedzieć, że zawiedliśmy. Bo przestaliśmy być ostrożni. Bo wydawało nam się, że nasze dzieci są mądre, wiedzą co i jak, bo są nauczone. No niby tak, ale dziecko to tylko dziecko i nie wiadomo co mu strzeli do głowy. Tak jak pisałam wcześniej, nie da się wszystkiego przewidzieć i zawsze je uchronić przed niebezpieczeństwem. Ale póki możemy, póki jesteśmy blisko, to bądźmy ostrożni. Żeby nie było tak, że dziecko 99 razy nie ruszy tabletki, a za setnym tak. 

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i nic się nie stało. Szybko przeczytałam informację, czy substancja połknięta przez moje dzieci może być dla nich szkodliwa. Na szczęście nie. Ale co gdyby była? Co gdyby jedna z dziewczyn się nie wygadała i nie mielibyśmy świadomości co się dzieje i na pomoc byłoby za późno? To była dla nas i nie tylko dla nas ogromna lekcja, że pomimo tego, że dzieci są większe i w pewnych sprawach nie wymagają już aż takiej kontroli jak kiedyś, to nadal trzeba być bardzo, bardzo ostrożnym. 
Opowiadała mi ostatnio koleżanka, która ma syna w wieku Misi, że najedli się strachu, bo mały połknął pięciozłotówkę. Nie jak miał rok, czy dwa lata, ale teraz. Czyli niby doskonale sobie zdawał sprawę z tego, że w ogóle nawet nie powinien był brać tego do buzi. A jednak wziął i jakimś cudem połknął. Mama i syn zostali przyjęci do szpitala i dziecko pozostawało pod obserwacją. Rodzice przeżyli ogromny stres, ponieważ mogło się okazać, że moneta nie chce się przemieszczać a wtedy konieczny byłby zabieg. Na szczęście tak się nie stało. Moneta poruszyła się, więc zostali zwolnieni do domu i czekali. Ponieważ dziecko w zasadzie było zdrowe, mama nie mogła dostać L4, a co za tym idzie dziecko musiało wrócić do przedszkola. Moja koleżanka rozmawiała z dyrektorką o tej sytuacji, przeprosiła za dyskomfort, ponieważ odnalezienie monety po części spadło na wychowawczynie w grupie. Moneta wyszła jednak w sobotę, 4 dni po połknięciu. To tak opowiadam z ciekawości, gdybyście zastanawiali się jak to wygląda w praktyce. Wraz z synem koleżanki przyjęta była dziewczynka, która połknęła wsuwkę. Również bardzo niebezpieczna sytuacja, ponieważ lekarz czekał w gotowości na informację w jaki sposób ustawi się ona do wyjścia ( o ile w ogóle) I znów, jeśli byłoby to tą ostrą końcówką, zabieg byłby konieczny.

Jak na ironię, najlepsze w tej historii jest to, że dziewczynki poprawnie przyjęły lekarstwa. Nalały sobie wodę, każda łyknęła tabletkę a potem popiły...

13 komentarzy:

  1. O matko...dobrze że się nie zadławiły, od razu przypomniała mi się córka Ewy Błaszczyk. My też mieliśmy w weekend taką sytuację. Ryś raczej nie wyciąga niczego z szuflad, i jak jesteśmy razem na ogrodzie, a on sam idzie do domu, to któreś z nas idzie za nim, żeby sprawdzić, co robi. Nie zostaje w domu sam, jak nas tam nie ma. A tym razem mąż coś tam montował, ja zajęłam się młodszym, a Ryś poleciał do domu. Widziałam to i już miałam za nim iść, ale zanim ruszyłam, usłyszałam tylko "Mamuś tosię" (proszę) i zobaczyłam, że leci do mnie z największym nożem. Bo chciał, żebym przekroiła mu kawałek arbuza, który jadł. Do tej pory mu słabo, jak sobie go przypominam biegnącego z tym tasakiem. Oczywiście może już poszły wyżej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejuśku, to też musiałaś się nieźle wystraszyć :( Już sobie wyobrażam Twoje przerażenie w oczach... Miałam podobną sytuację kiedyś, ale nie do końca, bo po prostu starsza córka podała mi ogromny nóż, właśnie, żeby coś tam przekroić. Matko, takie sytuacje są straszne. Na szczęście tabletki na alergię są maleńkie, więc raczej by się nie zadławiły, ale zobacz, jak to taki jeden moment tak jak wspominasz właśnie o Ewie Błaszczyk, może zrujnować całe życie. Kiedyś był też taki przypadek, że mama podwoziła dziecko do szkoły i dała mu jagodziankę. Syn już duży, nie pamiętam, może z 10 lat? Do szkoły dojechał martwy, bo połknął osę, która siedziała w torebce, na jagodziance. Straszne wiesz. Ja bardzo bardzo się wystraszyłam i gdyby nie przekonanie, że jest ok, zamiast na basen (na który wtedy szliśmy) jechalibyśmy do szpitala na płukanie żołądka :( :(

      Usuń
  2. Ale wzięły po jednej tylko, tak? Dobrze, że nic się nie stało!
    To prawda, czujność może zostać uśpiona. Dzieci nie da się bezustannie pilnować, więc musimy być bardzo przewidujący.
    Gdy dziewczyny były małe, zdarzało mi się odsypiać nockę i to było takie spanie na czujce. Rankiem najciekawsze pomysły przychodziły im do głowy, jak obcinanie sobie włosów, malowanie itd. Któregoś razu postanowiły, że wyjdą na dwór. Jedna podsadziła drugą do klucza w zamku i wtedy przybiegł do mnie nasz pies i mnie obudził. Taka sytuacja miała miejsce jeszcze ze dwa razy. Gdyby nie on, to w życiu bym się nie zorientowała. Obie już były na klatce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, czasem sobie myślę, że tak dużo jest momentów w których mogłoby się coś stać, że aż głowa boli. Na szczęście ani u Was ani u nas nic się nie stało, ale trzeba być ostrożnym. Chociaż tak jak piszesz, wszystkiego nie przewidzisz a dzieci nie da się bezustannie pilnować. Tabletki chowam, ale ja wiem co im tak do głowy przyjdzie? Zwłaszcza, że są we dwie ;)

      Usuń
  3. O losie, dobrze że nic się nie stało i że wzięły tylko po jednej tej tabletce... Dzieci są mądre, ale mają po prostu mniej doświadczenia od nas-dorosłych i po prostu nie potrafią przewidzieć większości niebezpieczeństw.
    Moja Zosia pewnie też nieraz będzie próbowała odwinąć mi podobny numer...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie. Ilu dorosłych nie potrafi przewidzieć konsekwencji swoich czynów, a to przecież są jeszcze maluszki. Dobra lekcja dla nas, dla nich, dla innych. One tez bardzo się wystraszyły. Mój mąż kazał im pić dużo wody, żeby to wypłukać z organizmu, więc siedziały i "za karę" piły i chodziły siusiać ;) Skruszone, każda w osobnym pokoju. Oczywiście jedna zwalała na drugą, że to nie jej pomysł ;)

      Usuń
    2. Czyli tak jal często się zdarza, wszystko zrobiło się samo i nie ma winnych 😂 Dobrze, że nie powiedziały, że te tabletki same im wskoczyły do brzuszka 😁😁😁

      Usuń
  4. Blad i to nie tylko rodzica. U nas to dziadek zostawil 11-miesiecznego wnuka samego w pokoju z goraca herbata na niskim stoliku i poszedl umyc rece bo pies go polizal. :/ Wnuk oczywiscie wylal na siebie te herbate. Dobrze, ze juz byla taka kilkuminutowa, a nie wrzaca, ale i tak mial poparzenia trzeciego stopnia na brzuszku i udzie. :( W jednym miejscu, gdzie pieluszka obcierala i nie chcialo sie goic, blizne ma do dzis. Rok pozniej to ja, nieuwazna matka, odprowadzalam dziecko do opiekunki. Deszcz, chodnik sliski, a ja zamiast wziac malego za raczke, pozwolilam mu dreptac za soba. Poslizgnal sie i wywalil, uderzajac czolem w obite kafelkami o ostrych krawedziach schodki. Jak spojrzalam na zalana krwia buzie az mi sie goraco zrobilo i z nerwow nie moglam sobie przypomniec jak jedzie sie do najblizszego szpitala, kolo ktorego przejezdzalam setki razy... Na szczescie obylo sie bez szycia, tylko z takim specjalnym klejem. Cieniutka blizna na czole jest nadal widoczna...
    Ten sam syn teraz ma 6 lat i jezdzi na rowerze puszczajac dla zabawy kierownice, a mi przypomina sie jak te dwa razy pedzilam z nim na pogotowie i serce mi staje. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matuśku! Już sobie wyobrażam Twój strach a z drugiej strony jako takie opanowanie, bo przecież któż jak nie dorosły musi zachować zimną krew! My mieliśmy raz taką sytuację, że córka przewróciła się i przygryzła sobie wargę. Ty wiesz jak ja zbladłam jak to zobaczyłam? Ona podchodzi i całe zęby ma we krwi :D Teraz to wycieram jej i mówię" eee nic ci nie jest", ale wtedy?
      Jak piszesz o dziadku to przypomniała mi się teściowa moja, która dokładnie to samo zrobiła. Nie było psa, który by ją polizał ;) ale za to była wrząca herbata, która wylądowała na bracie męża...
      Oby jak najmniej takich sytuacji! Pozdrowienia serdeczne dla całej Twojej rodzinki, dziękuję, że wpadłaś :*

      Usuń
  5. Dorośli mogą być bardzo przewidujący, chować leki, tasaki i domową chemię ale czasem dziecko wpadnie na tak genialny pomysł, że witki człowiekowi opadają. Przykład nie mój ale moich znajomych, wydawałoby się doświadczonych rodziców trójki dzieci. Normalna sobota, rodzina krząta się przy przygotowaniu obiadu, dzieci się bawią. Nagle najmłodsze ok 2,5 roku przychodzi i daje rodzicom książkę. Wszystko spoko tylko książka leży na górnej półce w biblioteczce i dziecko ot tak nie mogło jej ściągnąć. Dalej sytuacja rozwinęła się tak:
    - Skąd to masz?
    - Z safy – rozbrający uśmiech.
    - A jak to wyciągnąłeś?
    - Wesłem na kunia [maly koń ma biegunach], z kunia na ksesło, z ksesła na biulko z biulka na safę, wzięłem i ci psyniosłem.
    Całe szczęście, że nie spadł i że regał się na niego nie zwalił bo była to zwykła sklejka z Ikei a nie dębowa biblioteka na miarę. Tego samego dnia pan domu przywiercił wszystkie meble do ścian.
    A propo 5 zł. Przypomniał mi się dowcip. Co robią rodzice jak dziecko połknie 5 zł.? Jeśli to jedyne dziecko jadą do szpitala, jeśli mają dwoje czekają aż sama wyjdzie, jeśli to rodzina 3+ potrącają z kieszonkowego :-). Miłego weekendu. Aglaia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahaha Aglaia, umarłam z tego "kunia" :D:D Może nie powinnam się śmiać, bo sytuacja wcale nie jest śmieszna, ale poważne tłumaczenie dziecka jest bezbłędne! Ja często powstrzymuję się od uśmiechu gdy są takie sytuacje, bo przecież dla dziecka to ważna sprawa, a dla nas czasem jest to tak słodkie, że aż mamy ochotę się uśmiechnąć :)
      Dobrze, że nic się nie stało...
      Dowcip z 5zł dobry :D:D hahaha, u nich to drugie dziecko, więc pewnie dlatego czekali :P
      Dla Waszej rodzinki również cudownego weekendu!!

      Usuń
  6. Izzy, nie zgadzam się na Twoje samobiczowanie. Zawsze może zdarzyć się sytuacja, której nie przewidzisz. Fakt, rodzice są by przewidywać, zapobiegać i ogarniać wszystko co jest do ogarnięcia, ale.... możliwości wydarzeń są miliony.
    Mój rówieśnik nosząc jeszcze pieluchę, chciał dostać do ręki ziarno fasoli, mama stojąc przy nim dała mu do ręki i skąd mogła wiedzieć, że ten od razu wsadzi je do ... nosa! I to tak głęboko, że bez pogotowia się nie skończyło.
    Sama nie byłam lepsza - przy okazji świąt Bożego Narodzenia podziwiałam pięknie ubraną choinkę. Chciałam tylko dotknąć bombkę, a przy okazji użarłam żarówkę od choinkowych lampek. Moja mama wpadła w panikę, skończyłyśmy oczywiście na pogotowiu, bo wsadziałam do buzi oczywiście czerwoną lampkę a nie żółtą czy zieloną, więc wszystko w buzi było czerwone. Na pogotowiu lekarz stwierdził, że to tylko farba, ani grama krwi.
    No a już ze starszych wyczynów.... miałam 5 lat, obudziłam się kiedyś pierwsza, mama i roczna siostra jeszcze spały. Chciałam się poczuć jak dorosła, więc szybko sama się ubrałam, wzięłam zabawki, klucze mamy i wyszłam z domu cichutko zamykając za sobą mieszkanie na klucz! Ale byłam taka hop do przodu, że napisałam mamie kartkę! pt: " jezdem na polu" :) Dobrze, że u nas nie wychodzi się na dwór, bo tego bym nie napisała :)
    Mama dostała zawału jak się zorientowała, że mnie nie ma w domu, a drzwi są zamknięte. Ja grzecznie bawiłam się sama pod blokiem.
    Mam nadzieję, że Twoje dziewczynki nie będą mieć takich pomysłów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lidio, Twoje przykłady rozłożyły mnie na łopatki! Chyba przywiążę te moje dzieci do krzeseł, żeby nic głupiego nie robiły! No a Ty też byłaś niezła z tym wyjściem :D No, ale zobacz, wszystko zrobiłaś prawidłowo, nie chciałaś budzić, spokojnie wyszłaś i jeszcze wiadomość zostawiłaś! No tak jak te moje artystki, wzięły tabletki i jeszcze popiły, czyli wszystko prawidłowo :D:D
      Ja wiem, że nie uchronię ich od głupich pomysłów, ale myślę, że my rodzice możemy zrobić minimum, choćby ograniczyć potencjalne wabiki, czyli np.nie zostawiać niebezpiecznych rzeczy na wierzchu.
      Dla mnie najgorsze są sytuacje z USA, kiedy kolejny raz czytam, że czterolatka postrzeliła lub zabiła matke, siostrę, ojca strzelając z pistoletu. No powiedz mi, czy to nie trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby broń zostawić na wierzchu mając dziecko w domu? No ludzie, przecież jak ten maluch ma żyć ze świadomością, że zabił własną matkę? Koszmar. W ogóle posiadanie broni, a do tego nie zabezpieczonej.

      Usuń