poniedziałek, 23 września 2019

Dwa tygodnie byczenia.


Minął już tydzień naszej powakacyjnej rzeczywistości, a ja nadal jedną nogą w Chorwacji. Wszędzie dookoła ciągle leżą jakieś typowo letnie gadżety: torba na plażę, buty do pływania, muszelki przywiezione na pamiątkę o niepochowanych walizkach nie wspomnę. Dni uciekają szybko, a roboty nie mało. Powoli nadrabiam zaległości w różnych obszarach życia  mając nadzieję, że zanim to zrobię, nie okaże się, że coś tam innego już wymaga interwencji i jak zwykle stworzy się błędne koło. Dziś rano gdy na termometrze zobaczyłam 7 stopni (a gdy mąż jechał do pracy godzinę wcześniej było ich zaledwie 3) jeszcze bardziej zatęskniłam za latem. I to akurat w pierwszy dzień jesieni. Nie tylko ja tęsknię za ciepełkiem, mój ogródek widać ma podobne odczucia, bo dosłownie oszalał. Gdyby nie winobluszcz, który jest w kolorze typowo jesiennym, czyli czerwonym, myślałabym, że idzie wiosna, albo że mamy połowę lata. Właśnie zakwitła prymulka, zwiastun budzenia się przyrody do życia, puściły cebulki szafirków a róże kwitną jakby brały udział w jakimś wyścigu. Ponownie pojawiły się kwiaty na lawendzie, a nieco przyschnięta w czasie naszego wyjazdu surfinia wraca do życia. No dobrze, tyle jeśli chodzi o ogródek, niedługo może wrzucę kilka zdjęć, tak na wspomnienie ciepłych dni, ponieważ dzisiejszy wpis chciałabym poświęcić naszemu wyjazdowi do Chorwacji. 

Zaplanowaliśmy nasze chorwackie wakacje na początek września, obawiając się, że później pogoda nie do końca nam dopisze. Patrząc na prognozę byliśmy załamani, ponieważ miało w drugim tygodniu padać codziennie. Codziennie! Licząc na to, że jednak aura będzie łaskawsza, zabraliśmy ze sobą ubrania raczej letnie plus jakiś tam sweterek i pełne buty. Jak się okazało niepotrzebnie się martwiliśmy, ponieważ tylko jeden dzień był chłodniejszy, czyli 23 stopnie. W pozostałe dni temperatura sięgała trzydziestki w cieniu, a w godzinach południowych słońce wręcz parzyło skórę ( i tu z pomocą przychodziła cudownie ciepła woda w morzu - uśmiecham się na samo jej wspomnienie) 
No dobrze, ale od początku. Wyjechaliśmy w piątek po pracy. Po pracy męża, nie mojej. Ja od samego rana starałam się jak najbardziej "umęczyć" dziewczyny, by łatwiej wysiedziały w samochodzie. Poszłyśmy więc na plac zabaw a potem do Biedronki. Mąż pracował w tym dniu zdalnie, więc w miarę szybko mogliśmy się zebrać i ruszyć w drogę. Straszną udręką dla kierowców jest obecnie budowana autostrada pomiędzy Piotrkowem Trybunalskim a Częstochową, gdzie jezdnia zwęża się do jednego pasa na odcinku dobrych kilkunastu kilometrów. Za to wyjeżdżając z Częstochowy, wjeżdżamy już na nowy odcinek drogi, prowadzący wprost w kierunku lotniska Pyrzowice. Ominięcie całego Śląska daje co najmniej 45 minut do przodu, ponieważ to właśnie tutaj, jadąc w piątek (i zresztą w inne dni jest podobnie) traciło się najwięcej czasu. Mieliśmy zarezerwowany nocleg w hotelu za Wiedniem, do którego powinniśmy dotrzeć wieczorem. I tak się też stało. Przed północą już spaliśmy zbierając siły na kolejny dzień.
Rano przywitało nas słonko, wyszykowaliśmy się szybko i poszliśmy na śniadanie. Przyznaję, że jest to wygodne. Świeże bułeczki, wybór wędlin, serów, dżemików, kawka, herbatka, soczek, owocki a na deser ciasto. Objadłam się jak nigdy, gdyż w domu jednak nigdy nie ma czasu na przygotowanie tak obfitego śniadania. Patrząc na moją starszą córkę obawiałam się, że każą nam zapłacić za jej śniadanie. Po raz kolejny zastanawiam się, gdzie się to wszystko mieści w tym małym brzuszku! Misia zjadła płatki z mlekiem oraz kanapkę a drugą wzięła na później. Oczywiście ciasto się też zmieściło, tak jak kiedyś ustaliliśmy "ciasto ląduje w innej przegrodzie" ;) Ruszyliśmy w drogę. Ten drugi dzień jest dla dziewczynek cięższy, ponieważ po zjedzeniu śniadania nabierają siły i energii, a tu nagle muszą siedzieć przypięte pasami przez kilka godzin. Były jednak dzielne. Pośpiewaliśmy piosenki, pobawiły się i obejrzały po raz setny "Alicję w Krainie Czarów"
Podróż umilała mi Lidia z Wiewiórkowa, która właśnie w tym samym czasie wracała ze swoich wakacji. Miałyśmy nawet w planach spotkanie gdzieś po drodze, ale niestety ze względu na korki i oszczędność euro, my zjechaliśmy z autostrady i przejechaliśmy Słowenię lokalnymi drogami, a oni zostali na drodze głównej :( Muszę wam powiedzieć, że Słowenia to niewielki, ale bardzo piękny kraj. Bardzo czysty (przynajmniej na tyle, na ile udało nam się to ustalić) i urokliwy, momentami przypominający mi Szwajcarię. Te serpentyny pod kątem 180 stopni i cudowne widoki z góry naprawdę robią wrażenie. Obiecaliśmy sobie, że następnym razem zatrzymamy się tam na dłużej. Pod wieczór zrobiliśmy sobie dłuższy przystanek w jednej z okolicznych knajpek, gdzie znajdował się bardzo fajny plac zabaw z drewnianym statkiem, zjeżdżalnią mostkiem podwieszanym. 



Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że pani kelnerka jest ... Polką :D Odetchnęliśmy z ulgą, ponieważ menu było tylko w języku słoweńskim i jedyne co rozumieliśmy to nazwy typu "pizza" Młoda dziewczyna była bardzo miła, mieszka tam już od 2 lat, wyjechała za swoim chłopakiem- Słoweńcem. Z tego co mówiła, niewielu Polaków tam się zatrzymuje. Prawdopodobnie dlatego, że wybierają jednak autostradę. Na koniec dziewczyny zjadły lody, pożegnaliśmy panią i ruszyliśmy w dalszą drogę. Ostatnie kilometry bardzo się dłużyły. Dziewczyny były już zmęczone, ale gdy zapadł zmrok to na szczęście zasnęły. Obudziły się dopiero po dotarciu na miejsce. Nasz pierwszy tydzień pobytu zarezerwowaliśmy w apartamencie (tak to się nazywa, ale to po prostu prywatne mieszkanie) w Trogirze, w środkowej Dalmacji. Parter zamieszkiwało na stałe starsze małżeństwo, a cała góra w zasadzie była dla nas. Powiem wam, że pierwszy raz zdarzyło nam się, żeby zatrzymać się w takim miejscu, gdzie wszystko przygotowane było z największą dbałością i starannością. Widać, że właścicielka włożyła w mieszkanie nie tylko należyte środki finansowe, ale przede wszystkim zatroszczyła się o szczegóły takie jak kawa plus filtry, przyprawy, gotowy lód i tak dalej plus wszelkiego rodzaju naczynia, łącznie z ubijaczką, tarką oraz naczyniem żaroodpornym. Do tego sam wystrój mieszkania i maksimum komfortu, momentami jak w domu:w łazience pralka z kapsułkami gotowymi do włożenia, w kuchni zmywarka z kostkami, na tarasie parasol i narożnik wypoczynkowy. Bywaliśmy już w wielu hotelach i apartamentach, ale ten był naprawdę wyjątkowy i zasługiwał na ocenę jaką ma na stronie bookingu. W części salonowej ogromna kanapa i telewizor. Myślę, że niejedna rodzina przyjeżdżająca do tego miejsca, nie ma tak urządzone u siebie w domu. Jedyną rzeczą jaka może przeszkadzać to... samoloty latające nisko tuż przed samym nosem. Nie miałam pojęcia, że w pobliżu jest lotnisko i w zasadzie nad całym Trogirem maszyny przygotowują się już do lądowania i schodzą na odpowiednią wysokość lub startują i wznoszą się w powietrze. Przez 10 lat mieszkaliśmy w Warszawie na Ochocie,  gdzie przez kilka miesięcy w roku, samoloty również nisko schodziły niedaleko nas i było je słychać. Po jakimś czasie oczywiście człowiek się do nich przyzwyczaił i zupełnie nie zwracał na nie uwagi, ale dla kogoś, kto widzi je raczej wielkości dłoni gdzieś tam w chmurach, na pewno będzie szokiem zobaczyć prawie machających nam z okna ludzi ;) No może trochę przesadzam, ale samolot był bez wątpienia bliżej niż dalej. Z drugiej strony dla naszych dziewczyn to była wspaniała atrakcja. Pomimo tego, że zdarza nam się dość często jeździć na tzw 'plane spotting" to za każdym razem są zachwycone. 

Po przeciwnej stronie ulicy znajdowała się publiczna plaża, oddalona od naszego apartamentu o 5 minut. Oczywiście była kamienista, ale mieliśmy ze sobą specjalne buty, więc kąpiel nie stanowiła problemu. Woda była tak czysta, że stojąc przez chwilę w miejscu można było obserwować rybki przepływające obok. Byłam pod wielkim wrażeniem umiejętności moich dzieci i wręcz doznałam szoku widząc jak szaleją w wodzie. 


Bardzo rozwinęły się tego lata, bawiąc się tylko w przydomowym basenie. To właśnie w domu  oswoiły się z wodą, zaczęły wstrzymywać oddech i próbować nurkowania, ale nie miały za bardzo przestrzeni, by się poruszać. Dopiero tu nad morzem, po założeniu tzw. dmuchanych motylków, czy jak to się fachowo chyba nazywa rękawków, dziewczyny rozwinęły skrzydła. Pływały, nurkowały w okularach oglądając rybki, szalały i bawiły się. Już wtedy wiedziałam, że kolejnym etapem będzie zakup masek do snorklowania. 



 Na samą starówkę w Trogirze mieliśmy bardzo bliziutko, zaledwie kilka minut spacerkiem. Jest to miejsce bardzo urokliwe i klimatyczne, a przybijające statki i luksusowe jachty, czy katamarany wkomponowały się już w krajobraz całego nadbrzeża. 







Miasto jest dużo spokojniejsze od sąsiedniego Splitu, gdzie ogromny port i mnóstwo ludzi sprawia, że trudno znaleźć spokojny miejsce na wypoczynek. Trogir jest miejscem, gdzie znajdziemy w zasadzie wszystko:plażę, wodę, piękną starówkę, miejsca do spacerów i historię. 


Trogir- twierdza Kamerlengo

Popularne w Chorwacji lawendowe laleczki.
W czasie tego tygodniowego pobytu w Trogirze, zrobiliśmy sobie wycieczkę do Dubrownika. Miasto to okrzyknięte jest najpiękniejszym w Chorwacji, dlatego też myślę, że warto je odwiedzić właśnie z tego względu, by wyrobić sobie swoją opinię. Jadąc do niego, przejeżdżamy przez kilkunastokilometrowy odcinek należący do Bośni i Hercegowiny. Odbywa się to jednak bezboleśnie, ponieważ nie potrzeba paszportu, wystarczy dowód osobisty do kontroli.

Taki oto widoczek na wjeździe do Dubrownika.

Wjeżdżając do Dubrownika samochodem, już na samym początku pojawia się pierwszy problem - gdzie zaparkować. Macie do wyboru, albo drogę dojazdową, gdzie wprawdzie nic nie zapłacicie, ale musicie zafundować sobie nie lada spacerek ( z dzieckiem nie polecam)  Możecie zaparkować na górze, na parkingu podziemnym  płacąc 40 KUN za godzinę (1 kuna ok.60groszy) co też tanio nie jest, ale gdy dojdziecie na dół i zobaczycie, że tam cena idzie prawie o 100% w górę, to ucieszycie się, że podjęliście się trudu zejścia na pieszo. (cena za godzinę parkowania wynosiła 75 KUN)


Panoramia miasta plus Wzgórze SRD w oddali.

Ogólnie Dubrownik to piękne miasto, ale jak dla mnie to zdecydowanie zbyt dużo w nim turystów. Nie dziwię się, że Chorwaci chcą ograniczyć ich liczbę. My byliśmy we wrześniu, a co dzieje się w sezonie? Strach pomyśleć. Poza tym jest bardzo drogo. Gdyby tak chcieć wszystko zwiedzić, należy przygotować nie lada sumkę. Parking na powitanie, 200 KUN za wejście na mury (czyli u nas x4) plus wjazd kolejką na wzgórze SRD, z której w czasie wojny próbowano zdobyć Dubrownik 120 KUN (50 dzieci) to policzcie sami ile wychodzi. Do tego jakiś obiad, lody, napoje i na samo jedno miasto rodzina musi wydać pomiędzy 500 a 1000zł. Bardzo dziękuję. 
W Dubrowniku towarzyszył nam okropny upał, dlatego chętnie chowaliśmy się w cieniu. Murów nie zwiedziliśmy, ale za to wdrapaliśmy się na wzgórze na przeciwko, by zobaczyć miasto z oddali.


Mury obronne Dubrownika

Podziwiając widoczki.
Brama PILE przy wejściu na Stare Miasto.
Dubrownik jest na pewno miejscem wartym odwiedzenia. Wspaniałe historyczne miejsca wpisane na listę dziedzictwa UNESCO, cudowne, zapierające dech w piersiach widoki, wąskie charakterystyczne uliczki to to co wyróżnia miasto wśród innych. Jeżeli jednak chcecie się tym miastem nacieszyć, lepiej zawitać tu grubo po sezonie, albo tak jak mówi mój mąż w czasie deszczu ;) 

Coś dla fanów Gry o Tron, kręconej właśnie w Dubrowniku.

Drugi tydzień spędziliśmy na kempingu Zaton Holiday Resort niedaleko miasta Zadar. W drodze do niego zatrzymaliśmy się w bardzo urokliwej miejscowości Primosten, gdzie zachwycił mnie kolor wody - tak błękitny, że aż trudno uwierzyć, że to nie za sprawą kafli w tym kolorze :) 


Nie wiedzieć czemu kościoły często budowane są na szczycie gór, ale może dzięki temu, gdy uda nam się tam wdrapać, możemy podziwiać cudowne widoki. 

Przy kościele znajduje się cmentarz.

Primosten widzialny z drogi dojazdowej.

No, ale wróćmy do naszego pobytu na kempingu. Zaton Holiday Resort jest pięknie położony, tuż przy piaszczystej plaży co w Chorwacji nie jest częstym zjawiskiem. Znajduje się tutaj sporo atrakcji dla dzieci, w szczególności tych wodnych. 





Jedynym problemem, czy też małą niedogodnością jest rozmiar kempingu. Teren jest ogromny, a nad samym morzem znajdują się tylko miejsca na kampery/namioty oraz dość drogie kwatery w pięknych, murowanych domkach. Wszystkie tzw. mobile home od różnych operatorów (np. znany wam pewnie Vacansoleil) znajdują się w kolejnych rzędach, do których od plaży idzie się pod górkę. Kursuje wprawdzie darmowa ciuchcia podwożąca nad morze i na basen, ale problem jest taki, że ma przerwę pomiędzy 12 a 16 (być może w sezonie jest inaczej) więc jeśli chcesz zabrać się w drogę powrotną, jesteś ograniczony rozkładem. 


Wyprawa nad morze z dziećmi to nie lada wyzwanie: kocyki, ręczniki, zabawki do piasku, zabawki dmuchane, jedzenie i inne. My potraktowaliśmy to jako obowiązkowy spacer i w sumie droga z górki w kierunku plaży nie była zła. Gorzej było wrócić, kiedy to zmęczeni pływaniem i samym przebywaniem na słońcu taszczyliśmy naszą przyczepkę z klamotami pod górę. Mniej więcej w połowie drogi był budynek z prysznicami i tam robiliśmy małą przerwę na kąpanie dziewczynek. Specjalnie przygotowane kolorowe kabiny dla dzieci, małe umywaleczki były dużo wygodniejsze niż ciasnota w domkach. Było na tyle gorąco, że nawet nie trzeba było za bardzo się wycierać - zanim dotarliśmy na miejsce, dziewczyny były suche. 

Zachód słońca w Zadarze

Podsumowując nasze wakacje w Chorwacji muszę stwierdzić, że były one dużo bardziej leniwe niż te poprzednie. Złożyło się na to kilka powodów: po pierwsze to już trzecia nasza wycieczka do tego kraju, więc większość najważniejszych miejsc już widzieliśmy, a po drugie było tak gorąco, że człowiekowi nie bardzo chciało się w ponad 30 stopniach chodzić i zwiedzać, przy okazji ciągnąć dzieci. Za to było dużo czasu na odpoczynek. Nikt nas nie poganiał, więc można było cieszyć się tym, że nic nie musimy. Dlatego lubimy kempingi. My ze spokojem pijemy na tarasie kawkę, a dziewczyny bawią się na dworze. Przeczytałam więc książkę, która miała 600 stron i nawet zaczęłam drugą, którą dokończyłam w drodze powrotnej w samochodzie, pospacerowałam, popływałam, wygrzałam się, pozwiedzałam. Mąż wypływał na łowy i przynosił z głębin muszelki dla dziewczyn, a dla mnie w ramach oszczędności przytargał taką oto pamiątkę ;) Może to nie naszyjnik wyrzucony z Titanica, ale zawsze coś! 


A moją ulubioną czynnością było przytulanie się do pewnego różowego ptaka ;) Pociągając dziś nosem wyczekuję więc kolejnych wakacji :))



14 komentarzy:

  1. Cudownie się czyta takie relacje, mimo że z lekką nutką zazdrości😉Izzy daj namiar na apartament w Trogirze, urabiam męża, żebyśmy w przyszłym roku pojechali. Uwielbiam Chorwację, zawsze jeździmy we wrześniu, nawet później, bo celujemy raczej w drugą połowę, i zawsze jest pogoda. Fakt, że wtedy jedziemy bardziej na południe. Polecam wyspę Korcula 😊Byłam też w Czarnogórze, na pierwszych wakacjach z mężem, wspaniałe krajobrazy! I można znaleźć piaszczyste plaże. Może się kiedyś wybierzecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję kochana, eh cóż to za zazdrość, taka pozytywna, bo przecież każdy chyba teraz chciałby wypić kawkę na słonecznym tarasie ;) U nas zaledwie 8 stopni. Powiem Ci, że chyba trochę zmodyfikujemy właśnie nasze chorwackie wakacje następnym razem.Chorwacja robi się coraz droższa (jeszcze 3 lata temu gałka lodów kosztowała 7-8 kun a teraz 10-12) W Czarnogórze nigdy nie byłam, a jak sama piszesz jest pięknie <3 Kręci mnie też ta Słowenia po drodze, chciałabym zatrzymać się nad jeziorem Bled i zobaczyć ten znany wszystkim krajobraz z tą małą wysepką pośrodku :) Korculę właśnie polecała jedna dziewczyna na IG i nawet na nią patrzyłam( w sensie wyspę, nie dziewczynę), ale to jednak za daleko było w tym roku :( W ogóle nie byliśmy na żadnej wycieczce statkiem, bo większość tych całodniowych to w zasadzie 70% czasu na wodzie. Moje dzieci potrzebują raczej 10% statku i 90% wyspy ;) Ale właśnie na taką Korculę na cały dzień fajnie by było popłynąć. Chyba, że da się przejechać. Nie pamiętam już. Urabiaj męża, urabiaj, może wpadniemy do Was na kawkę ;)
      A jeszcze odnośnie pogody. Wieczory w Zatonie były już chłodne - tak około 20 stopni a jednak w Trogirze nadal 24, więc jest różnica. Także chyba na południu z tą pogodą lepiej. Zaraz wyślę Ci namiary na apartament :)

      Usuń
  2. Super lenistwo. Różowy ptak :) na pewno czuje się opuszczony. Nie lubię zakończenia lata. Obiecuję sobie od ponad 2 lat solidne wakacje a jak do tej pory to tylko same schody napotykam. I to wcale nie Schody Hiszpańskie .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój flaming to jeszcze nic! Widziałam ludzi z takim flamingo-pontonem wyobraź sobie, miejsca w środku na co najmniej 4 osoby plus dmuchane stoliczki i miejsce na napoje :D
      Muszę go jeszcze raz napompować i wyczyścić i niech zapada w sen zimowy, bo nie wiadomo kiedy znów się przyda. Mam nadzieję, że uda Ci się w końcu zrealizować plany i pojechać gdzieś. To fajna sprawa, choć trudno się wraca do zimnej jesieni.

      Usuń
    2. Na razie mam zamiar jechać nad Bałtyk - okolice Kołobrzegu. Ale marzą mi się "ciepłe kraje"

      Usuń
    3. My też mamy w planach wizytę u znajomych nad Bałtykiem, ale pogoda hmm na razie nie zachęca niestety :( Na "ciepłe kraje" można polować i czasem znajdzie się coś w zaskakująco niskiej cenie. Może akurat termin podpasuje? Trzymam kciuki :))

      Usuń
  3. Fajnie, że udało wam się odpocząć i wypocząć. Szkoda trochę spaceru po murach Dubrownika – ekstra miejsce do robienia zdjęć – szczególnie wieczorową porą – poszalałabyś z aparatem.

    Dla mnie mit taniej Chorwacji upadł już kilkanaście lat temu kiedy byliśmy tam pierwszy – i jak na razie ostatni – raz i wydaliśmy tyle co na wakacje we Włoszech. Wtedy też zajrzeliśmy do Czarnogóry i z tej jednodniowej wycieczki wróciliśmy oczarowani. Powrót do Czarnogóry dwa lata temu już nie był taki super – sporo się przez te 10 lat zmieniło. Góry, zabytki, przyroda nadal warte uwagi ale wybrzeże nas akurat rozczarowało – wąskie, w dużej mierze kamieniste i zabudowywane w okropnym wschodnim stylu (czyli kupa budynków upchana na bardzo małej przestrzeni). Poza tym już wcale nie tak tanio.

    Plażing zdecydowanie lepiej wypadł nam w Albanii – szersze plaże, mniej ludzi i zdecydowanie taniej.

    Jesień też ma swoje zalety, liczę, że na razie tylko niemrawo się rozkręca ale jeszcze zachwyci nas słoneczkiem i mnóstwem kolorów.

    Aglaia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też żałuję tych murów, ale według mnie przyjemność pochodzenia po nich i pocykania zdjęć za 500zł to zdecydowanie zbyt dużo. Nie wiem, czy to ma zniechęcić turystów do odwiedzania Dubrownika, czy jak, ale cena jest dla mnie abstrakcyjna.
      Pozwiedzaliśmy kilka innych miast plus pobyczyliśmy się trochę i to wystarczy, ale głęboko zastanawiam się nad tym, czy właśnie nie przerzucić się na jakąś np.Albanię.

      Też mam nadzieję, że jesień w końcu będzie taka jak w zeszłym roku. Pamiętam jak jeszcze w październiku byliśmy w Magicznych Ogrodach i miałam na sobie krótki rękaw. Na razie jestem zasmarkana, na dworze wprawdzie nie tak zimno, ale mży i jest ponuro. Dookoła na razie zielono, więc nie jest źle. Prognoza niezbyt optymistyczna, ale wierzmy, że będzie lepiej. Chciałabym wybrać się na grzyby, bo podobno dużo jest :))
      Dobrego dnia.

      Usuń
  4. I co przydała ci się ta ubijaczka? :P
    Super wakacje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A żebyś wiedziała, że się przydała :P Robiłam naleśniki, a poza tym ja często używam jej do mieszania, bo krupy się nie robią. ;) Wiesz, tak się zdziwiłam, bo zawsze jednak na tych kwaterach czy w domkach czegoś brakuje, a tu mogłaś się czuć jak u siebie, albo jeszcze lepiej. Można spokojnie jechać/lecieć z niczym, bo wszystko jest.
      Eh, wiele bym dała, żeby tam teraz być - nadal wysoka temperatura :)

      Usuń
  5. Śliczne mieliście te wakacje i widzisz, że z pogodą wyszło na moje :)
    Najważniejsze, że wypoczęliście, dziewczyny się wyszalały w morzu i mogły dużo czasu spędzić z Wami.
    A my... no cóż, w zeszłym roku nie wyszło spotkanie w Chorwacji, w tym nawet po drodze w Słowenii, w przyszłym więc umawiamy się ... w Czechach :) Może bliżej będzie łatwiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz! Może tak zróbmy :D:D Ja wierzę, że do trzech razy sztuka. Nie wiem, czy wybierzemy się do Chorwacji, ale na pewno gdzieś tam, więc może kiedyś dopniemy swego i wypijemy tę zagraniczną kawę. Dobrze, że chociaż polska nam się udała w tym roku ;)

      Usuń
  6. Piękny rodzinny czas za Wami i w niesamowitych okolicznościach przyrody. Akumulatory naładowane na najbliższy czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże jak ja tęsknie do tych długich ciepłych dni... Lubię jesień, ale ona tak szybko mija i zostają tylko łyse drzewa i padający deszcz. Żeby to jeszcze chociaż popadał śnieg i chciał się utrzymać :( A tak? Szarówa do marca mniej więcej :(

      Usuń