poniedziałek, 27 lutego 2017

O sprawie o przysposobienie

Kiedy już poznaliśmy nasze dziecko, najbardziej pragnęliśmy zabrać je już do domu. Niestety trzeba było poczekać. Sędzia, która prowadziła naszą sprawę, okazało się, nie przyznaje pieczy tymczasowej tylko od razu wyznacza termin sprawy o przysposobienie. Z jednej strony dobrze, bo cała procedura skraca się, źle, bo nie możemy według prawa zabrać dziecka do siebie. Dla tak małego dziecka, każdy dzień jest ważny. Czekając na wyrok sądu, maluszek nadal przebywa w placówce i nie ma przy sobie rodziców. I mimo dobrej opieki ze strony ośrodka preadopcyjnego, nic nie może mu zastąpić kochającej rodziny.

Według wytycznych, na sprawę ubieramy się schludnie, ale nie za bardzo elegancko. Wchodzimy do właściwej sali i czekamy. Mój wzrok przyciąga wokanda na której widnieje informacja, jakie sprawy się odbywają. I tu wielkie zaskoczenie. Widzę nasze nazwisko i nazwisko dziecka! Dla mnie coś niedopuszczalnego. Nie mówię już o ochronie danych osobowych, ale o powodzeniu naszej adopcji! Przez poczekalnię przechodzi wiele osób, a co jeśli ktoś kto zna biologicznych rodziców mojego dziecka zobaczyłby kto je adoptuje? To mogłoby zaważyć na całym życiu dziecka i naszym. Gdy po rozprawie udaliśmy się wraz z opiekunem prawnym dziecka do sekretariatu porozmawiać w tej sprawie, usłyszeliśmy tylko, że takie mają praktyki. Zupełnie tego nie rozumiem, trzeba trochę wyrozumiałości i wyobraźni, nie wszystko przecież można podciągnąć pod paragrafy i ustawy. Pani z ośrodka mówiła nam później, że wiele razy zgłaszała ten problem do sądu ( który nazywa się rodzinnym przecież), ale nic nie zmieniono. Czego tu zabrakło? Chyba czynnika ludzkiego.
Ale wracając do samej sprawy. Osoba taka jak nasza sędzia, nie powinna pracować w takiej instytucji, tym bardziej, że jest w jej rękach los dzieci. Stojąc pośrodku sali, poczuliśmy się jak uczniowie wzięci do tablicy nie przygotowawszy się do odpowiedzi. To tak, jakby pani ta "wrzucała" wszystkich do jednego wora - rodziców alkoholików, narkomanów, rodziny patologiczne i nas, kandydatów na rodziców adopcyjnych. Zero współczucia, zero wyrozumiałości, zero zrozumienia. Pytania zadawane nam były w sposób nawet nie niemiły, a wręcz niegrzeczny. Gdy choć wzięliśmy oddech po zadanym pytaniu, poganiano nas do odpowiedzi stwierdzeniem " Proszę odpowiadać, sąd nie ma czasu" Zrozumiałe jest dla mnie, że sądy muszą wykonywać swoją pracę, rozumiem też, że nikt nie będzie w trakcie rozprawy opowiadał żartów, ale od osoby tej rangi wymagam przede wszystkim powagi sytuacji i należytego szacunku. I to dla wszystkich. Obojętne kto przed nią stoi, to nie ma prawa ona publicznie wyżywać się na innych. Jak potem się dowiedziałam, dla nas podobno pani sędzia była "miła" Wiele osób wychodziło z rozprawy roztrzęsionych, albo z płaczem. Zdarzało jej się nawet odsyłać kandydatów na dodatkowe szkolenie twierdząc, że nie są wystarczająco przygotowani, tym samym podważając ocenę ośrodka, bo przecież mieli kwalifikację.
Wychodząc z budynku sądu byłam roztrzęsiona całą sytuacją, ale ważne było wtedy tylko jedno. W ręku miałam dokument potwierdzający, że dziecko jest na zawsze nasze.

0 komentarze:

Prześlij komentarz