środa, 30 sierpnia 2017

Dzień adaptacyjny w przedszkolu- wielkie odliczanie rozpoczęte!

No i mamy za sobą pierwszy dzień w przedszkolu. Tym razem jeszcze z mamą, tatą i siostrą, ale to już poważny krok ku dorosłości :)





Musieliśmy nieco zmodyfikować plan całego dnia z uwagi na to, że dziewczynki zwykle kończą drzemkę o godzinie, o której miało się rozpocząć spotkanie w przedszkolu. 

~Wiesz E. że jesteś już przedszkolaczkiem?, powiedziałam do starszej córki zapinając ją w foteliku samochodowym.
~Nie jestem żadnym przedszkolaczkiem!, wykrzyknęła zdenerwowana.
~Jesteś kochanie. Idziesz do przedszkola, więc jesteś przedszkolaczkiem.
~Nie!, zaczęła płakać E. i łzy spłynęły jej po twarzy.
~No dobrze, nie jesteś, ustąpiłam tym razem nie chcąc jej denerwować. Kim więc jesteś?, kontynuowałam rozmowę.
~ Jestem księżniczką, zachlipała moja kochana córeczka.
Kiedy potwierdziłam, że oczywiście jest księżniczką, byłyśmy gotowe do odjazdu. Na miejscu mieliśmy spotkać się z moim mężem.

Wchodzimy do środka. Na początek wybór szafeczki. Nie jest trudny - E. od razu wskazuje na ukochaną owieczkę.
Wszystko tu jest nowe. Nowa sala, nowe zabawki, nowe ciocie, nowy plac zabaw. Ależ to wszystko fascynujące! Dzieci mają chwilkę na obejrzenie wszystkiego, co znajduje się do ich dyspozycji. 
J. trochę nieśmiało bierze do rączki koparkę, którą ktoś zostawił na jednym ze stolików, E. zaś biegnie sprawdzić nową kuchnię i wszystkie sprzęty.

Za chwilę wchodzi pani dyrektor i inne pracownice przedszkola. Przedstawiają się i dają dzieciom kolorowe jabłuszka do przypięcia na bluzeczki. Na nich piszemy imię dziecka. E. oczywiście wybiera swój ulubiony kolor czerwony. 

Potem zajęcia przy muzyce dla dzieci i dorosłych. Już teraz widać jak różnie dzieci reagują. Są takie, które szaleją i biegają w kółko, takie, które grzecznie bawią się obok rodziców i takie, które dosłownie wiszą na rękawie mamy. Na nic zdają się tłumaczenia, żeby stanęły na swoich własnych nogach.

~Już  nie chcę bawić się w podrzucanie piłeczki, stwierdziła E. , która najchętniej wyszłaby już na plac zabaw.
Po chwili na szczęście zabawy kończą się i wracamy do sali - tam czeka niespodzianka w postaci poczęstunku. Najpierw podano banany, ale gdy dzieci zobaczyły po chwili wędrujące do nich ciastka, poodkładały na stoliki niezjedzone owoce i przeszły do konsumpcji czegoś bardziej atrakcyjnego.

Nowe ciocie wraz z dyrektorką, uwijały się jak mogły, by poznać nowych wychowanków. Razem z nimi bawiły się, śpiewały, układały układanki. W tym czasie, rodzice mogli obejrzeć przedszkole od podszewki.

Na koniec nastąpiła najlepsza część spotkania, czyli wyjście na ogród i wspólne zabawy. J. przez cały czas towarzyszyła siostrze w integracji. W pewnym momencie usłyszeliśmy płacz. Okazało się, że spadła z małej karuzeli, gdy chłopak kręcił nią zbyt mocno. Byliśmy tacy dumni z naszej starszej córki, gdy zdenerwowana podeszła do tego nieznośnego osobnika i mówi:
~Dlaczego ty tak szybko kręcisz karuzelą? To J. jest jeszcze mała nie widzisz? Nie wolno tak kręcić szybko, przez ciebie wypadła i płacze. 
Kochana starsza siostra. Muszę Wam powiedzieć, że co by nie było to E. czuje się bardzo odpowiedzialna za siostrę. Pochwaliłam ją za jej zachowanie, a młodsza ze zmarszczonym czołem opowiadała jak to płakała i E. poszła i powiedziała chłopcu "Nu nu nu"

Żegnając się z nowym miejscem, E. przybijała piątkę i żółwika z nowymi ciociami. Na pytanie, czy przyjdzie w poniedziałek, odpowiedziała z uśmiechem, że tak. 

Dwa miesiące pobytu w domu, wspólne wakacje, na pewno zżyły nas bardziej niż kiedykolwiek. Trochę mi smutno przyznam Wam. Nie dlatego, że dzieci wracają do żłobka i przedszkola, ale dlatego, że to był wspaniały czas spędzony razem. Bałam się trochę jak to będzie jak zostanę znów sama z dziewczynkami, w tym roku są już przecież większe, to nie te same maluchy co w poprzednie wakacje.  Nie taki jednak diabeł straszny. Wakacje się kończą, ale zaczyna się nowy etap w życiu naszych dzieci. Oby przyniósł im co najmniej tyle radości co podróże i czas spędzony razem z rodzicami. 

Powiązane wpisy:
Rok bez mamy i taty


poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Z pamiętnika podróżnika - część 1

Kiedy postanowiliśmy wybrać się w naszą pierwszą podróż po Szwajcarii kilka lat temu, usłyszeliśmy kilka razy "Ale po co? Do Szwajcarii jedzie się przecież na narty a nie na wakacje"I tu właśnie nasi znajomi się mylili. To prawda, że jest to kraj, który w swojej ofercie zadowoli każdego, nawet najbardziej wybrednego narciarza (oczywiście za odpowiednią cenę ;) ) ale Szwajcaria to nie tylko stoki. To cudowny kraj alpejski, tak zróżnicowany, że można wracać tam w nieskończoność. Za każdym (dosłownie!) rogiem czeka nas coś nowego i fascynującego - od górskich przełęczy, poprzez maleńkie urokliwie miasteczka do tętniących życiem większych miast. Nie wiem, czy jest jeszcze takie miejsce, gdzie wspinając się na szczyt góry, można spotkać pasące się krowy na kilku tysiącach metrów, gdzie mówi się do nich i puszcza muzykę :) Bo zgodnie ze szwajcarską zasadą, im szczęśliwsza krowa, tym lepsze mleko!




Szwajcaria podzielona jest na tak zwane Kantony i dzieli się na części: niemieckojęzyczną, francuskojęzyczną i włoskojęzyczną. Niesamowite jest to, że jadąc przez kraj (który bądź co bądź jest dość mały, więc można to zrobić w ciągu jednego dnia) czujemy się, jak gdyby w trzech odrębnych państwach. Można to już zauważyć jadąc autostradą, kiedy to np. w okolicy Berna, stolicy Szwajcarii, nagle zamiast nazwy AUSFAHRT na zjazd z autostrady, widzimy francuski napis SORTIE. I analogicznie, jadą na południe napis ten zamienia się we włoskie USCITA. 
Jadąc do Szwajcarii pierwszy raz, nie miałam pojęcia, że tak to wszystko jest ułożone, że każdy Kanton w zasadzie rządzi się swoimi prawami. Szwajcaria raczej kojarzyła mi się z państwem podobnym do Niemiec, gdzie językiem urzędowym jest właśnie niemiecki. Prawda jest taka, że w Szwajcarii są ich aż 4! - niemiecki, francuski, włoski i retoromański. 
Co ciekawe, w części niemieckiej, mieszkańcy mają do tego swoje dziwaczne dialekty, będące mieszaniną niemieckiego, francuskiego, niderlandzkiego i jeszcze innych dziwnych języków, które są wręcz niemożliwe do zrozumienia przez osoby postronne. Ja nie potrafiłam wyłowić ani jednego słowa, które miałoby dla mnie sens, pomimo tego, że język niemiecki nie jest mi obcy. 

Jakiś czas temu, opowiadał mi mój znajomy, który jako student pracował na farmie pod Zurichem, że jego szef zdradził mu pewną historię. Gdy poznał swoją przyszłą żonę, która mieszkała we wsi obok, nie był w stanie się z nią porozumieć, gdyż oboje potrafili mówić tylko w swoim dialekcie. Żeby jakoś nawiązać ze sobą znajomość, musieli rozmawiać po angielsku, czyli w języku obcym dla obojga! Wyobraźcie sobie, że Kaszub mieszka we wsi obok Ślązaka i mówią tylko w typowych dla swojego regionu dialektach. Nie są w stanie się porozumieć. Dla mnie to jakoś niewyobrażalne, gdyż u nas w kraju mówimy przede wszystkim po polsku. Nigdy nie miałam takiej sytuacji, że nie potrafię się porozumieć ze swoim rodakiem...
Ale co by nie mówić, można Szwajcarom zazdrościć. Dzięki temu, że mają 4 oficjalne języki, większość z nich zna ich przynajmniej 2 i do tego świetnie mówią po angielsku. W części włoskiej być może ta znajomość jest słabsza, ale i tak dogadasz się znając niemiecki, francuski lub angielski. Można zresztą nabawić się kompleksów słysząc pytanie Chciałby pan rozmawiać po angielsku, włosku, francusku czy niemiecku?, gdy dla wielu Polaków znajomość jednego języka to już wielkie osiągnięcie ;)



Szwajcarzy żyją według ustalonych zasad, są mili i raczej skromni. Nie czują potrzeby afiszowania się swoją zamożnością (którą widać np.po wypasionym kamperze, którym przyjechali), więc nigdy nie czułam się gorsza w ich towarzystwie. Do perfekcji znanej w tym kraju, dbają o turystę, wiedzą bowiem, że przecież to dzięki niemu wypełnia się skarbiec.

Nie chciałabym Was zarzucić postem długości powieści, dlatego też postanowiłam podzielić moje wspomnienia z wakacji na kilka odrębnych opowieści wraz ze zdjęciami. Mam nadzieję, że znajdziecie tam ciekawe informacje na temat tego kraju, ludzi i miejsc, tak, żeby kojarzył Wam się nie tylko z kursem franka ;)  


Jeżeli chcecie wiedzieć co ma wspólnego pewna mała rybka o której kiedyś pisałam z naszym pierwszym kempingiem na którym się zatrzymaliśmy, oraz jaki nieproszony gość odwiedził nas w namiocie, zapraszam do przeczytania pierwszego posta oraz do obejrzenia galerii zdjęć. Dowiecie się również tego, jak naszej rodzinie udało się uciec przed sztywnymi szwajcarskimi regułami ;)
Link znajduje się poniżej:

http://malyswiatekpodrozuje.blogspot.com/2017/08/z-pamietnika-podroznika-czesc-1.html


Powiązane wpisy:
Maluchy pod namiotem
Wszystko co dobre tak szybko się kończy






środa, 23 sierpnia 2017

Rok bez mamy i taty - podsumowanie.

Na chwilkę odbiegnę od tematyki wakacyjnej, ze względu na ważny dzień zbliżający się w życiu naszej starszej córki. W przyszłym tygodniu czekają ją pierwsze zajęcia adaptacyjne w przedszkolu :) 



Dziś chciałabym się pokusić o podsumowanie ostatniego roku, roku w którym po raz pierwszy dzieciaki zostały pod opieką inną niż dziadkowie, czy mama i tata.

Kiedy na świat przyszła E., plan był taki, by w miarę możliwości przez 2 lata maluszek był pod naszą opieką (rok z mężem i ze mną a drugi rok już tylko ze mną). Wraz z pojawieniem się na świecie J., wiedziałam, że zostanę sama z dwójką dzieci. Jak wiecie tamten rok był dla nas wszystkich ciężki, rodzice, którzy niestety nie mieszkają blisko, pomagali nam jak mogli, ale na co dzień musieliśmy sobie radzić sami. Wraz z przeprowadzką poza miasto, musieliśmy rozejrzeć się za właściwą placówką dla naszych dzieci. Wcześniej mieszkaliśmy bardzo blisko żłobka i przedszkola i w moich najskrytszych marzeniach, kiedy to bezskutecznie walczyliśmy o potomstwo, widziałam siebie właśnie tam odprowadzającą dzieci rano przed pracą. Życie potrafi jednak być przewrotne. Marzymy o czymś i można powiedzieć, że te marzenia się spełniają, ale w zupełnie inny sposób i oczywiście nie wtedy kiedy byśmy sobie tego życzyli. 

Przekraczając pierwszy raz mury żłobka w naszej miejscowości, wszystko wydawało się takie obce i nierealne. W głowie byłam nadal na etapie moich dzieci jako niemowlęta a tu nagle mam je przyprowadzać za rączkę i zostawić w jakimś obcym budynku?
Sam budynek żłobka jest wprawdzie wspaniały. Wyremontowany, wygodny, z dużym placem zabaw na którym znajdują się wszelkiego rodzaju atrakcje jakie tylko dziecko może sobie wymarzyć. Do tego piaskownica, tablica edukacyjna i ogromna drewniana altanka ze stoliczkami i ławami do wykorzystania przy dobrej pogodzie. 
Salki świeżutkie, nowo wyposażone  w sprzęty i zabawki potrzebne maluchom. Urocze łazieneczki z maleńkimi toaletami i nisko osadzonymi umywaleczkami, by dzieciom było łatwiej dbać o higienę. Dla każdego też osobny nocniczek a w salce dla najmłodszych stołki do karmienia i przewijaki. Na środku kilka stolików z odpowiednio przygotowanymi krzesełeczkami, a każdy z nich z indywidualnym imieniem dziecka. 
Wszystko urocze, ale jest jedno ale - nie ma tam przecież mamy i taty.

Idąc na zajęcia adaptacyjne, wszyscy byliśmy bardzo podekscytowani. Przy samochodzie nagrałam telefonem krótki filmik upamiętniający tę chwilę w której bądź co bądź czułam, że moje dzieci w jakiś sposób wylatują spod moich skrzydeł
~ Cieszysz się, że idziesz do żłobka? pytam starszą córkę.
~Tak.
~A będziesz opiekować się siostrą?
~Tak, będę.
~A co będziesz robiła w żłobku?
~Bawiła się.
~I co jeszcze?
~Jadła. Odpowiedziała moja rezolutna wtedy dwulatka. A więc wszystko uwiecznione na filmie a my ruszamy na podbój żłobka.

Budynek, który do tej pory kojarzył mi się tylko z pustymi murami i kilkoma pracownikami, nagle zaczął tętnić życiem. Dzieci w różnym wieku ze swoimi rodzicami i rodzeństwem wypełniały coraz liczniej największą salę. Grupa najmłodsza, czyli tam gdzie trafiła J. miała zajęcia osobno, natomiast grupa E. i grupa najstarsza  poznawały uroki żłobka razem. Musieliśmy się więc rozdzielić. Ja zostałam z E. a mąż udał się do salki maluchów z J.
Na początek zabawa w okręgu. Każde dziecko siedziało przed rodzicem i podając sobie piłeczkę, trzeba było w jednym zdaniu coś o nim powiedzieć. Wszystko fajnie, tylko gdy piłeczka doszła do mnie, nie było mojego dziecka! Ani na chwilę nie miała zamiaru siadać. Ogromna ilość bodźców wokół mojej córki sprawiła, że była ona tak zafascynowana tym miejscem, że ani jej się śniło siadać i bawić w jakąś nudną grę. 
Cisza. To jest E. mówię i próbuję namierzyć ją wzrokiem. Jeszcze przed chwilą stała obok mnie i woziła w wózku swoją ulubioną maskotkę. Yyyyy, chyba nie ma mojego dziecka. Wychowawczyni uśmiecha się a w tym momencie słychać głośny dźwięk spuszczanej wody w toalecie. No cóż, już wiedziałam gdzie znajduje się moje dziecko... Najwidoczniej dużo ciekawsze od przedstawiania się było obejrzenie miejsca, gdzie po naciśnięciu atrakcyjnego guziczka leci woda...

Nasza kochana E. nie wzięła udziału w ani jednej wspólnej zabawie. Niczym kot chodziła swoimi ścieżkami, poznając cały żłobkowy obiekt łącznie z korytarzem i wszelkimi pomieszczeniami gospodarczymi. Po jakimś czasie dołączył do nas mąż z J. i przez resztę czasu byliśmy już w 4. Dziewczyny siadły na moment, ale tylko po to, by się napić i zjeść przygotowane przeze mnie wafelki ryżowe. Już wtedy wiedziałam, że im się spodobało.

Drugi dzień dni adaptacyjnych był dla mnie ciężki. Rozpoczynające się dość wcześnie godzinowo zajęcia sprawiły, że mąż musiałby trzy dni wyjść wcześniej z pracy. O ile dwa dni to nie problem, w ten jeden musiałam zostać sama. Kursowałam więc od sali do sali, zostawiając dziewczynki na moment same. Dziś wiem, że powinnam była zabrać jedną z nich i spędzić czas tylko w jednej grupie. Chaos i zakłopotanie sytuacją sprawiły, że nie myślałam trzeźwo. Na szczęście kolejnego dnia byliśmy już w pełnym składzie! 


Co dał żłobek naszym dzieciom?


* Nauczył dyscypliny

Dyscyplina w domu różni się od tej której dziecko poddane jest w przedszkolu czy żłobku.  W pierwszym dniu zajęć, E. po godzinie podeszła do drzwi i naciskając klamkę chciała wyjść. Na pytanie wychowawczyni, gdzie idzie odwróciła się i ze zdziwieniem o co w ogóle chodzi odpowiedziała "Wychodzę" 
Dziewczynki musiały nauczyć się rytmu dnia ( śniadanie, zabawa, nauka, obiad itd) oraz posłuszeństwa i wykonywania poleceń wychowawczyni. 


* Pozwolił na szeroko rozumianą zabawę

Dziewczynki zakochały się w placu zabaw. Oprócz huśtawek, zjeżdżalni i imitacji autobusu, miały do dyspozycji różne autka, kosiarki dla dzieci czy też inne sprzęty. Przy niesprzyjającej pogodzie i zimą, dzieciaki bawiły się wspólnie zabawkami w sali.

* Nauczył współżycia z innymi dziećmi

Wprawdzie dziewczynki na co dzień muszą się dzielić zabawkami i razem wykonywać różne czynności, ale to nie to samo co funkcjonowanie w grupie. W ciągu całego tego roku nauczyły się jak współpracować z innymi, pomagać sobie nawzajem i prosić o pomoc. 

* Umożliwił dzieciom  wzięcie udziału w wielu wspaniałych grupowych imprezach

W każdym miesiącu w żłobku odbywały się różne imprezy takie jak bal Pani Jesieni, Bal Karnawałowy, Dzień Rodziny czy wizyta Św.Mikołaja. Dzieci z wielkim zainteresowaniem oglądały również przedstawienia teatralne wystawiane przez profesjonalistów. W domu chętnie razem z nami podkładają głosy pod różne zwierzęta i bawią się w wyimaginowany przez siebie świat.

* Dzieci mogły poznać ciekawych ludzi

Dziewczynki miały możliwość poznać np.wiolonczelistkę, która pokazała całej grupie różne instrumenty i dała krótki koncert. Każde dziecko mogło zrobić sobie zdjęcie obok ogromnej wiolonczeli. 

* Pomógł w odpieluchowaniu

Nie ukrywam, że żłobek pełnił kluczową rolę w pozbyciu się pieluchy u starszej córki. Dzieci w grupie mają większą motywację do siadania nocniczku.

* Dziewczynki nawiązały pierwsze przyjaźnie

Przebywając ze sobą kilka godzin dziennie, dzieci bardzo szybko nauczyły się rozpoznawać swoich kolegów i koleżanki. Nawiązały się też pierwsze przyjaźnie, już w tym wieku widać było z kim wolą się bardziej bawić a z kim nie. 
~Nie lubię chłopców, lubię tylko dziewczynki, stwierdziła kiedyś E. Na moje pytanie dlaczego, odpowiedziała, że są niegrzeczni. No cóż. 

* Pomógł w nauce samodzielności

Naukę samodzielności zaczęliśmy bardzo szybko zachęcając dziewczynki do podejmowania prób samodzielnego wykonania czynności. Żłobek był bardzo dobrym miejscem, by to trenować. Widzę to wyraźnie po młodszej córce, która wielu rzeczy nauczyła się dużo wcześniej obserwując i naśladując nie tylko swoją siostrę w domu, ale i dzieci ze swojej grupy.

* Dał możliwość rozwoju kreatywności

Jak wiecie DIY nie jest moją najmocniejszą stroną. Codzienne zajęcia w żłobku wypełniły tę lukę w 100%. Na koniec roku przyniosłam do domu całą teczkę prac moich dzieci a w międzyczasie niczym w prawdziwej amerykańskiej rodzinie, zawiesiłam kilka najlepszych na lodówce :)

* Pielęgnował porządek, higienę osobistą i dobre nawyki.

Oczywiście w domu zawsze dbamy o mycie rączek, czy ząbków, ale dziewczynki w żłobku na co dzień ćwiczyły i pielęgnowały czynności takie jak sprzątanie zabawek, zasuwanie krzesła po odejściu od stołu, porządne jedzenie.

* Przygotował do pierwszych występów.

Nie pamiętam kiedy tak bardzo coś mnie wzruszyło (jeśli w ogóle) żeby aż poruszyło się moje serce. Gdy po raz pierwszy dziewczynki występowały na Boże Narodzenie, śpiewały, tańczyły i grały na instrumentach, poczułam prawdziwe szczęście. Łzy, które miałam w oczach patrząc jak moje małe kruszynki, które jeszcze do niedawna nie potrafiły nawet chodzić i ze smakiem zajadały mleko początkowe, nagle stały się takie dorosłe.

* Dał możliwość uczestniczenia w zajęciach rytmiki

Zajęcia te uważam za coś wspaniałego dla dziecka. Nie tylko dziewczynki bawiły się i śpiewały w takt muzyki, ale poznawały dzięki nim instrumenty, zwracały uwagę na dźwięki oraz same grały na różnych odpowiednich do tego obiektach np. drewnianych łyżkach. 

* Zabawy edukacyjne i ścieżka sensoryczna

Oprócz swobodnej zabawy lalkami, czytania książeczek i prac ręcznych, dziewczynki codziennie brały udział w różnorakich zabawach edukacyjnych i miały możliwość uczestniczenia w zajęciach specjalistycznych np. z chustą Klanza czy terapii z użyciem sensorycznych jeżyków. 



Drogie mamy, których pociechy idą w tym roku do przedszkola i nie tylko! :) Dzięki obcowaniu z innymi dorosłymi i dziećmi, E. i J. bardzo dojrzały emocjonalnie i społecznie. Trzymam mocno kciuki za Wasze pociechy w przedszkolu, mam nadzieję, że wszystkie nasze dzieciaki będą tak zadowolone z niego jak moje z dotychczasowej wyrażę się, edukacji ;) 


wtorek, 22 sierpnia 2017

Maluchy pod namiotem

 Nasi znajomi przecierali oczy ze zdumienia, kiedy dowiedzieli się, że zabieramy nasze maluchy w tak długą podróż i to jeszcze nie do hotelu. No bo cóż może być przyjemnego w kilkunastogodzinnej podróży samochodem, spaniu prawie pod chmurką przy niemożliwej do przewidzenia pogodzie? Jak się okazuje, taki wyjazd może przynieść wiele korzyści, zarówno nam jak i naszym dzieciom




Uchodźcy


Jak wiecie nie była to nasza pierwsza wyprawa, ale wyjazd pod namiot samemu to pikuś w porównaniu z wyprawą z dziećmi. Już na samym początku okazało się, że maluchy pod namiotem to oprócz wielu innych aspektów, przede wszystkim sprawa organizacji tego co mamy ze sobą zabrać.
Gdy zobaczyłam ilość rzeczy jaka miała zmieścić się do naszego samochodu, zaczęłam wątpić, czy w ogóle się spakujemy. Nasz pojemny i wystarczający do tej pory bagażnik, zapełniał się tak szybko, że ze strachem obserwowałam czy jeszcze coś się w niego zmieści. Wszystkiego było dużo i bynajmniej nie były to ubrania. Namiot, nasz materac, materace dla dziewczynek, stoliczek, krzesła i inne typowo kempingowe wyposażenie gabarytowo zajmowało strasznie dużo powierzchni. Do tego nasza ukochana przyczepka rowerowo-spacerowa, bez której nasze wędrówki nie mogłyby mieć miejsca sama w sobie nie należała do najmniejszych. 
I tu ukłony dla mojego męża, który jest po prostu mistrzem w upychaniu i logicznym rozmieszczaniu rzeczy w samochodzie. Do maximum potrafi wykorzystać każdą szparkę, schowek czy lukę jaką producenci samochodu przygotowali na takie sytuacje. Mamy więc zgrany duet - ja szykuję klamoty a on je ładuje.

Na pół godziny przed wyjazdem, dziewczyny już siedziały w samochodzie kręcąc na przemian kierownicą i naciskając wszelkie możliwe przyciski. Kiedy weszłam do garażu, E. krzyczy do mnie próbując być głośniejsza niż muzyka którą puściły z siostrą z radia:
~Mamusia, imprezę mamy! 
Wariatkowo. 
Znosimy resztę rzeczy, ja kończę kanapki i wyjeżdżamy. Jeszcze tylko tankowanie, bo niestety nie udało nam się tego zrobić dzień przed i ruszamy! Do przejechania mamy jakieś 500km i będziemy nocować w motelu przy granicy. Wyglądamy trochę jak uchodźcy i już wiemy, że w przyszłym roku bagażnik samochodowy na który brakło już w tym roku funduszy to konieczność.

Zderzenie z rzeczywistością


Do naszej pierwszej bazy noclegowej, kempingu położonego bezpośrednio nad jeziorem bodeńskim przy granicy z Niemcami, docieramy stosunkowo wcześnie. Mamy sporo czasu, by na spokojnie rozbić namiot i przenieść rzeczy. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nasze kochane dzieci, nagle uwolnione z kajdanów jakimi są pasy bezpieczeństwa, zaczęły biegać jak oszalałe. Dopadły jakieś szwajcarskie rodzeństwo i szaleli już we czworo. Mój biedny mąż starał się jak najszybciej rozłożyć namiot, podczas gdy ja próbowałam na migi dogadać się z partnerami zabaw E. i J. , którzy potrafili porozumiewać się tylko w swoim nadal dla mnie niezrozumiałym dialekcie, będącym mieszanką niemieckiego, francuskiego, holenderskiego i Bóg wie jeszcze jakiego dziwnego języka. I jak wytłumaczyć im, że ciągnięcie za ręce po trawie dwulatki nie jest dobrym pomysłem pomimo, że ona aż kwiczy z zadowolenia? 

Rozłożenie obozowiska okazało się więc nie tak proste jak pamiętaliśmy to z naszych wypadów we dwoje. Pomiędzy szaleństwem dzieci i spełnianiem ich nagłych zachcianek, budowaliśmy więc nasz dom na te kilka dni.

~ Mama, siku! Dobry Boże, gdzie ten cholerny nocnik. Gdzieś go tutaj stawiałam przecież. Mąż wzrusza ramionami, jak gdyby chciał powiedzieć, żebym jego o takie rzeczy nie pytała, wszak jego osoba jest zajęta przecież stawianiem namiotu.
~ Pić! Tam stoi butelka! krzyczę a kątem oka widzę drugą córkę biegnącą po swoją osobistą buteleczkę, która gdzieś się zawieruszyła. Nie mogę znaleźć. Podziel się z siostrą, proszę E. , która najpierw odwraca się i mówi, że nie, by w końcu oddać siostrze swoją wodę. Uff. Może będę mieć kilka chwil. 
No gdzie tam. 
~Zostawcie te hulajnogi! 
~Czemu? słyszę swoje ulubione pytanie i tłumaczę dlaczego nie mogą ruszać nie naszych rzeczy.
Wtedy, w tamtym momencie, wiedziałam, że albo opanuję ten chaos, albo naprawdę osiwieję przez ten wyjazd.


Nocowanie i błogi sen pod chmurką


To jak dziewczynki będą znosiły nocleg w namiocie, zastanawiało mnie od samego początku. Nasz namiot posiada dwie oddzielne sypialnie, więc po cichu liczyliśmy na to, że całą noc dziewczynki będą spały u siebie. I powiem wam, że nie przeliczyliśmy się. Kilka  razy zdarzyło się, że któraś przyszła do nas, ale gdy usnęła to odnosiliśmy ją z powrotem do siebie (niestety nasz materac ledwo mieścił nas oboje w wygodnej pozycji a lubiące rozpychać się dziecko na pewno nie ułatwia dobrego snu...)
Nie wiem, czy to świeże powietrze tak na nie działało, czy duża ilość ruchu sprawiła, że dziewczynki pięknie przesypiały noc, ale przychodziły do nas nie wcześniej niż przed 8. 
Spanie na materacyku pod kołderką sprawiło im dużo radości. Sama pamiętam z dzieciństwa, że zabawy i spanie we wszelkiego rodzaju namiotach czy też udawanych namiotach w postaci koca położonego na krzesłach, świecenie latarką i jedzenie kanapek na materacu zamiast porządnie przy stole, to jedne ze szczęśliwszych momentów z tamtych czasów. 


Deszczyk sobie a my sobie


No cóż, pogoda nie okazała się dla nas łaskawa w pierwszym tygodniu naszych wakacji. Po kilku upalnych dniach, przyszedł deszcz i ochłodzenie. Widząc niezbyt optymistyczną prognozę na kolejne kilka dni, postanowiliśmy zrezygnować z kilku planowanych punktów i przenieść się dalej na zachód, nad jezioro genewskie w nasze ukochane okolice. Tam aura miała okazać się łaskawsza. I tak było, choć przez półtora dnia padało i padało i końca nie było widać. 
Pewnie zastanawiacie się jak namiot przeżył dwa żywioły w postaci naszych kochanych córeczek? Przeżył, i to całkiem nieźle :)
Na takie okazje zaopatrzyliśmy się już w domu przygotowując ulubione zabawki, książeczki i filmy.
Każde dziecko jest oczywiście indywidualnością, więc trudno znaleźć tu takie rzeczy, które zadowolą każdego. U nas sprawdziły się między innymi klocki Lego z ulubioną księżniczką Zosią i Myszką Mini, ciastolina Play Doh z serii fabryka lodów i deserów, figurki zwierząt do zabawy, książeczki z naklejkami i zagadkami oraz do czytania seria o Zuzi. Razem przygotowaliśmy obiadek, zrobiliśmy deserek i naszykowaliśmy się na wyjście z namiotu. 
Nawet gdy pada deszcz, można przecież gdzieś iść. A gdzie najlepiej czuły się nasze pociechy? A no na automatach, które stały w budynku kempingowym przy restauracji! Wreszcie mogły bez ograniczeń kręcić kierownicą i naciskać co się da! Wieczorem wybraliśmy się też na występ zespołu, który wprawdzie składał się z jakichś podstarzałych śpiewaków amatorów, ale znane przeboje w ich wykonaniu zachęcały do poruszania się w lewo i prawo. Zwłaszcza przy takiej pogodzie. 
E. oczywiście wyciągnęła mnie pod samą scenę, pomimo moich oporów pokazania się w dresie i adidasach wśród elegancko przygotowanych na tę okazję Szwajcarów. Tak więc mała dziewczynka w pelerynce i kaloszach oraz jej mamusia w spodniach dresowych i bluzie, które przyszły tylko na chwilę zobaczyć kto tak śpiewa, stały się tak widoczne jak słoń w składzie porcelany. Pan małżonek pod pretekstem zajmowania się zmęczoną J. zasiadł na jednej z ław.

Brzydka pogoda na kempingu może zepsuć plany, ale nie powinna zepsuć humoru. Dla nas był to czas, by pobyć razem, zakopać się w jedną kołderkę i obejrzeć jakąś fajną bajkę, czy też pobawić się ulubioną zabawką. Jeśli mamy ochotę wyjść na zewnątrz, nie widzę przeszkód. Od czego są kalosze, pelerynki przeciwdeszczowe i parasole. Zła aura chyba bardziej dokucza dorosłym niż dzieciom. 


Suchą bułkę mi daj


Im mniejsze dziecko, tym mniejszy problem z jedzeniem jakie zabieraliśmy ze sobą na wyjazdy poza dom. Mleko, słoiczek z ulubionymi potrawami było najszybszą formą zadowolenia małego brzuszka. Ale jak poradzić sobie z gotowaniem dla spragnionych dwudaniowych obiadów dziewczynek? 
W tym roku zaszaleliśmy i zakupiliśmy w Lidlu przenośną, można powiedzieć kempingową kuchenkę indukcyjną. I wiecie co? Jest rewelacyjna. Szybko i bez problemów można ugotować zupkę, makaron, ziemniaki, cokolwiek przyjdzie wam do głowy. Zrezygnowaliśmy oczywiście z dwóch dań na korzyść jednego, co ku naszej uldze zostało przyjęte z aprobatą. Nasza dość mała lodówka też sprawdziła się wspaniale - dało upchnąć się w niej garnek z zupą na drugi dzień.
Od samego początku dbałam o to, by dzieci miały zapewnioną odpowiednią ilość mleka, warzyw, owoców itd. I nie powiem. Nie ma problemów z tym, żeby dziewczynki jadły zdrowo, ale co było ich ulubionym jedzeniem na kempingu? Sucha bułka! 

Moje dziecko czy nie moje?


Wakacje pod namiotem to wyjątkowy czas, w którym można jak nigdy poznać swoje własne dziecko i obserwować je w różnych sytuacjach. Z każdym dniem poznawaliśmy się na nowo, zaczęłam rozumieć pewne zachowania, wypróbowywać różnorakie metody radzenia sobie z pewnymi problemami. Podpunkt ten rozwinę w osobnym poście, ale z pewnością był to czas, w którym nauczyłam się swoich dzieci na nowo. A przede wszystkim myślę, że udało nam się wzmocnić łączącą nas więź. 

Ja chcę tak jak mama i tata


Pobyt na kempingu to wspaniały czas, by bez ograniczeń pozwolić dziecku na naśladowanie tego co robimy i włączenie go w każdą wykonywaną przez nas czynność. No prawie każdą ;) Oczywiście gdy dziewczynki zobaczyły gumowy młotek do wbijania śledzi, to koniecznie chciały pomagać wbijać nie tylko śledzie. Słowa "Nie dotykaj, nie ruszaj i nie wolno" nabrały szerszego znaczenia. No bo jak schować nóż przed dwulatką skoro wszyscy znajdujemy się na tak małej powierzchni? Przecież tylko chciała pomóc kroić mięsko... 
Dziewczyny z wielkim zainteresowaniem obserwowały jak stawał nasz namiot, pomagały nosić rzeczy z samochodu, nakrywały do stołu, szykowały swoje krzesełka. Po tygodniu pobytu E. przytulała się do namiotu mówiąc Kocham nasz namiocik, jest najładniejszy.

Siup w szlafroczek i pod deszczownicę


Przed wyjazdem zastanawiałam się też jak dziewczynki poradzą sobie z myciem. Wprawdzie uwielbiają kąpiele, ale co w domu to w domu. Trudno było przewidzieć jak maluchy zachowają się w dużej, wspólnej z innymi ludźmi łazience. 
Żeby ułatwić sobie całą procedurę mycia, rozbieraliśmy je w namiocie i zakładaliśmy szlafroczki. Dzięki temu uniknęliśmy ściągania ciuszków w małych, niezbyt wygodnych kabinach prysznicowych. Ja zabierałam pierwszą kandydatkę do bycia czystą  pod prysznic, a mąż czekał na zewnątrz z drugą, która stojąc w swoim kolorowym szlafroczku i klapciuszkach japonkach, wywoływała uśmiech na twarzy przechodzących ludzi. 
Siup pod deszczownicę, myjemy się raz dwa i gotowe! Wymieniamy się z mężem dziećmi, on zabiera czystą pannę do namiotu i ubiera, a ja kąpię kolejną i razem wracamy.
Dziewczynki bardzo dobrze zniosły mycie w miejscu bądź co bądź publicznym. Jedyną rzeczą, która nie dawała E. spokoju było to, dlaczego kąpiemy się w klapkach...

Może tu, może tam, ważne, żeby było gdzie poszaleć


Na naszym głównym kempingu w Lozannie, spędziliśmy 10 nocy. Kemping ten swoim wyglądem przypomina troszkę okres PRL, na pewno przydałby mu się solidny remont, ale ma tę największą jak dla nas zaletę, że jest pięknie położony nad samym jeziorkiem genewskim. Sam kemping jest czysty, duży i wygodny, ale jeśli chodzi o luksusy to na pewno nie sklasyfikuję go w szwajcarskiej czołówce.
Szwajcarskie kempingi cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem, w części włoskiej, na południu, znalezienie miejsca w sezonie graniczy z cudem. Ale ogólnie wybór jest bardzo duży. Jeżeli kiedykolwiek będziecie wybierać się w te rejony z dziećmi, na pewno szukajcie takiego, który będzie miał plac zabaw odpowiedni do wieku waszego dziecka. W Lozannie placyk jest mały, ale naszym dzieciom wystarczyły te dwie huśtawki, zjeżdżalnia i piasek do zabawy. Namiot rozbiliśmy w jego pobliżu, więc same biegały i bawiły się z innymi dziećmi. 
Inne kempingi na których byliśmy mają baseny a nawet czasem spore AquaParki. Na pewno jest co robić i gdzie poszaleć :)

Bo ogry są jak cebula


Jak to kiedyś powiedział Shrek. I to bynajmniej nie dlatego, że śmierdzą jak niesłusznie skomentował jego stwierdzenie Osioł, a dlatego, że mają warstwy. 
Ogólnie noce były dość ciepłe, około 18 stopni, ale prognozowane 11 przez kilka z nich sprawiło, że przygotowaliśmy się na nie niczym wspomniane ogry: koszulka, piżamka z długim rękawem, bluza i na to ciepły szlafroczek. Do tego podwójne spodnie od piżamki a wszystko przykryte kołderką i kocykiem. No. Wreszcie cieplutko. Można iść spać. 


Na kempingach w Szwajcarii spotkaliśmy różnych ludzi. Emerytów, spędzających nad jeziorem czy też w górach cały okres wakacji, oraz rodziny z dziećmi, czasem bardzo malutkimi. Na krótko wpadali też podróżnicy, spędzali jedną czy dwie noce i jechali dalej. Ludzie bogatsi i mniej bogaci, skromniejsi. Był też samotny ojciec z dwójką dzieci, jak domyślam się po rozwodzie, spędzający pod namiotem swój czas na opiekę nad dziećmi. Jedno jest pewne, kemping to specyficzny klimat. Nie mieliśmy tu wygodnych łóżek, nie mieliśmy telewizji, nie było udogodnień w postaci zmywarki czy mikrofalówki. Ale za to był czas na wszystko to na co najważniejsze dla nas i naszych dzieci.

~Mamusiu, przyjedziemy jeszcze kiedyś na kemping?, zapytała E. kiedy wyjeżdżaliśmy. Oczywiście, że tak!, odpowiedziałam, a w głowie miałam już tysiące nowych pomysłów na wycieczki. Teraz czas wrócić do rzeczywistości i zbierać fundusze na kolejne wojaże :)









niedziela, 20 sierpnia 2017

Wszystko co dobre tak szybko się kończy...



Po przejechaniu 1556 km, 22 godzinach spędzonych za kółkiem, dwóch burzach pozwalających na jazdę po autostradzie z zawrotną prędkością 40 km/h, kilku korkach w których straciliśmy cenne godziny oraz krótkiego noclegu w samochodzie, wreszcie dojechaliśmy do domu. 
Jeżeli zastanawiacie się jaki kolor mają moje włosy po wyjeździe, to powiem Wam, że są dużo jaśniejsze. Ale co najważniejsze, nie dlatego, że osiwiałam, a raczej od słońca, które skutecznie sprawiło, że na mojej głowie pojawił się naturalny baleyage. Bogatsza o nowe doświadczenia, wracam do Was dziś na bloga :) Opowiem Wam co udało nam się zobaczyć, jak dziewczynkom podobało się pod namiotem, oraz jak to się stało, że zostałam postrachem szwajcarskiego placu zabaw. 
Dziękuję wszystkim, którzy trzymali kciuki za naszą wyprawę!

czwartek, 3 sierpnia 2017

Z maluchami pod namiotem, czyli wielkie wyzwanie przed nami!

Przed nami kolejna wyprawa. Tym razem pierwszy raz z dziećmi pod namiot! Jest to dla nas ogromne wyzwanie, gdyż nie mamy pojęcia jak to wszystko będzie wyglądać. Jak takie maluchy odnajdą się na kempingu? Tego nie wiem, ale albo będzie to wspaniały początek nowych przygód, albo przyjadę siwa i wreszcie będę musiała zacząć farbować włosy ;) Trzymajcie mocno za nas kciuki! 



Naszym ukochanym miejscem za granicą jest Szwajcaria i właśnie tam chcemy zabrać nasze dziewczyny. Pewnie większości z Was kojarzy się z kredytem we frankach, ale ten piękny alpejski kraj wcale nie musi być droższy niż wakacje na które jeździ przeciętny Polak. Mam nadzieję, że spodobają Wam się miejsca, które planujemy odwiedzić, być może nawet sami się wybierzecie?

DO ZOBACZENIA WKRÓTCE! :)