poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Z pamiętnika podróżnika - część 1

Kiedy postanowiliśmy wybrać się w naszą pierwszą podróż po Szwajcarii kilka lat temu, usłyszeliśmy kilka razy "Ale po co? Do Szwajcarii jedzie się przecież na narty a nie na wakacje"I tu właśnie nasi znajomi się mylili. To prawda, że jest to kraj, który w swojej ofercie zadowoli każdego, nawet najbardziej wybrednego narciarza (oczywiście za odpowiednią cenę ;) ) ale Szwajcaria to nie tylko stoki. To cudowny kraj alpejski, tak zróżnicowany, że można wracać tam w nieskończoność. Za każdym (dosłownie!) rogiem czeka nas coś nowego i fascynującego - od górskich przełęczy, poprzez maleńkie urokliwie miasteczka do tętniących życiem większych miast. Nie wiem, czy jest jeszcze takie miejsce, gdzie wspinając się na szczyt góry, można spotkać pasące się krowy na kilku tysiącach metrów, gdzie mówi się do nich i puszcza muzykę :) Bo zgodnie ze szwajcarską zasadą, im szczęśliwsza krowa, tym lepsze mleko!




Szwajcaria podzielona jest na tak zwane Kantony i dzieli się na części: niemieckojęzyczną, francuskojęzyczną i włoskojęzyczną. Niesamowite jest to, że jadąc przez kraj (który bądź co bądź jest dość mały, więc można to zrobić w ciągu jednego dnia) czujemy się, jak gdyby w trzech odrębnych państwach. Można to już zauważyć jadąc autostradą, kiedy to np. w okolicy Berna, stolicy Szwajcarii, nagle zamiast nazwy AUSFAHRT na zjazd z autostrady, widzimy francuski napis SORTIE. I analogicznie, jadą na południe napis ten zamienia się we włoskie USCITA. 
Jadąc do Szwajcarii pierwszy raz, nie miałam pojęcia, że tak to wszystko jest ułożone, że każdy Kanton w zasadzie rządzi się swoimi prawami. Szwajcaria raczej kojarzyła mi się z państwem podobnym do Niemiec, gdzie językiem urzędowym jest właśnie niemiecki. Prawda jest taka, że w Szwajcarii są ich aż 4! - niemiecki, francuski, włoski i retoromański. 
Co ciekawe, w części niemieckiej, mieszkańcy mają do tego swoje dziwaczne dialekty, będące mieszaniną niemieckiego, francuskiego, niderlandzkiego i jeszcze innych dziwnych języków, które są wręcz niemożliwe do zrozumienia przez osoby postronne. Ja nie potrafiłam wyłowić ani jednego słowa, które miałoby dla mnie sens, pomimo tego, że język niemiecki nie jest mi obcy. 

Jakiś czas temu, opowiadał mi mój znajomy, który jako student pracował na farmie pod Zurichem, że jego szef zdradził mu pewną historię. Gdy poznał swoją przyszłą żonę, która mieszkała we wsi obok, nie był w stanie się z nią porozumieć, gdyż oboje potrafili mówić tylko w swoim dialekcie. Żeby jakoś nawiązać ze sobą znajomość, musieli rozmawiać po angielsku, czyli w języku obcym dla obojga! Wyobraźcie sobie, że Kaszub mieszka we wsi obok Ślązaka i mówią tylko w typowych dla swojego regionu dialektach. Nie są w stanie się porozumieć. Dla mnie to jakoś niewyobrażalne, gdyż u nas w kraju mówimy przede wszystkim po polsku. Nigdy nie miałam takiej sytuacji, że nie potrafię się porozumieć ze swoim rodakiem...
Ale co by nie mówić, można Szwajcarom zazdrościć. Dzięki temu, że mają 4 oficjalne języki, większość z nich zna ich przynajmniej 2 i do tego świetnie mówią po angielsku. W części włoskiej być może ta znajomość jest słabsza, ale i tak dogadasz się znając niemiecki, francuski lub angielski. Można zresztą nabawić się kompleksów słysząc pytanie Chciałby pan rozmawiać po angielsku, włosku, francusku czy niemiecku?, gdy dla wielu Polaków znajomość jednego języka to już wielkie osiągnięcie ;)



Szwajcarzy żyją według ustalonych zasad, są mili i raczej skromni. Nie czują potrzeby afiszowania się swoją zamożnością (którą widać np.po wypasionym kamperze, którym przyjechali), więc nigdy nie czułam się gorsza w ich towarzystwie. Do perfekcji znanej w tym kraju, dbają o turystę, wiedzą bowiem, że przecież to dzięki niemu wypełnia się skarbiec.

Nie chciałabym Was zarzucić postem długości powieści, dlatego też postanowiłam podzielić moje wspomnienia z wakacji na kilka odrębnych opowieści wraz ze zdjęciami. Mam nadzieję, że znajdziecie tam ciekawe informacje na temat tego kraju, ludzi i miejsc, tak, żeby kojarzył Wam się nie tylko z kursem franka ;)  


Jeżeli chcecie wiedzieć co ma wspólnego pewna mała rybka o której kiedyś pisałam z naszym pierwszym kempingiem na którym się zatrzymaliśmy, oraz jaki nieproszony gość odwiedził nas w namiocie, zapraszam do przeczytania pierwszego posta oraz do obejrzenia galerii zdjęć. Dowiecie się również tego, jak naszej rodzinie udało się uciec przed sztywnymi szwajcarskimi regułami ;)
Link znajduje się poniżej:

http://malyswiatekpodrozuje.blogspot.com/2017/08/z-pamietnika-podroznika-czesc-1.html


Powiązane wpisy:
Maluchy pod namiotem
Wszystko co dobre tak szybko się kończy






2 komentarze:

  1. Lekturę podróżniczą zostawiam na moment, gdy głowa się uspokoi. Mimo, że pomyliłam regiony, z przyjemnością poczytałam wpis i przyznaję, że mało wiedziałam o tych okolicach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że Wam się spodoba :) Kiedy pierwszy raz wybieraliśmy się na wakacje samochodem, patrzyliśmy na mapę, gdzie by tu pojechać. Hiszpania za daleko na pierwszy raz, Włochy znałam i jakoś tak padło na Szwajcarię. Był tam wcześniej mój mąż,który zapewniał mnie, że mi się spodoba. Nie mylił się. Zakochałam się na amen! :)

      Usuń