czwartek, 2 listopada 2017

Zupa z lampionu.



Tak jak wspominałam w poprzednim poście, nasze "świętowanie" Halloween polegało na przygotowaniu pana o imieniu Jack-O'Lantern. Ściśle określone kryteria, zmusiły nas do poproszenia o pomoc doktora Google, który na grafice pokazał nam różne warianty tego stwora. Po przejrzeniu kilkunastu zdjęć, nasze pociechy w końcu wybrały.

Efekt naszych poszukiwań







Znajdujemy odpowiednią świeczkę...



... i odpalamy naszego Jacka


Dziewczyny były zachwycone efektem. Oczywiście najchętniej włożyłyby rączki do rozgrzanej w środku stearyny (sama też to lubiłam;)), ale przyjęły do wiadomości, że "oglądamy, ale nie dotykamy".




Z flaków jakie wyciągnęliśmy z naszego Jacka, postanowiłam ugotować zupę. Przyznam się, że to był mój pierwszy raz... 


Zupa dyniowa przed podaniem


Wyszła całkiem smaczna, lekka, a że podałam do tego ulubione przez moje dziewczyny włoskie paluszki chlebowe Grissini, całość została przyjęta z aprobatą ;)


Zupa z Grissini do kompletu





Można mieć różne podejście do Halloween, ale szczerze mówiąc zazdroszczę Amerykanom tego, że w całym kraju wszyscy bawią się i świętują. Nie brak tam kiczowatych prezentów w sklepach, ale dla mnie są oni mistrzami w ubijaniu interesów na czymkolwiek. Czasem mam wrażenie, że my Polacy, nie potrafimy dobrze wykorzystać potencjału jaki mamy. Jadąc np. do Austrii, już po przekroczeniu granicy wszędzie zobaczymy różnorodne czekoladki z Mozartem, a przecież my też mamy tyle możliwości zrobienia czegoś fajnego.
To tyle w temacie Halloween i kultywowania tradycji. Chyba już wyczerpałam przydział postów na ten temat, przynajmniej na ten rok ;)

8 komentarzy:

  1. Historycznie i politycznie rzecz ujmując, mogliby przyznawać się do niego też Niemcy. Do Mozarta, nie Jacka:D

    Właściwie to będzie komentarz do poprzedniego wpisu, ale najwyraźniej go...hmmm... przeoczyłam.
    Popieram Halloween, bo można w tym dniu bezkarnie (czy na pewno? Zapraszam na maraton "Oszukać przeznaczenie" :D) ponabijać się ze śmierci, do której nie mam szacunku. Szacunek mam do życia.
    Moje dziewczyny, za duże na wyłudzanie słodyczy, zaprosiły koleżanki na oglądanie horrorów. Ubrały się i pomalowały odpowiednio (biedna Żanejro, o której już nie raz pisałam na blogu, nie doczytawszy - użyła do makijażu permanentnego markera... Uwielbiam ją!) No i przez następne 3 godziny dobiegały z pokoju obok wrzaski, piski, aż się bałam że mi Tamalugę obudzą. W pewnej chwili coś mnie tknęło i poszłam do kuchni. Otwieram drzwi, a tam... kłęby czarnego dymu. KŁĘBY!!! Wiktoria zapomniała o popcornie, którego to, z nie do końca jasnych powodów, smażyła na patelni... Okno na oścież, patelnia do śmieci, kuchnia do utylizacji :D Oliwia wykazując się odwagą zapytała Tomka, czy porozwozi koleżanki do domów. Tomek wstał, otworzył drzwi kuchni i do uszu mych dobiegło :O kurwa!" Ale dziewczyny porozwoził. Było ich więcej niż foteli w aucie, więc ktoś siedział na podłodze, co stanowiło dodatkową atrakcję. Rozpiszczane malolaty nie przestawały pstrykać selfie, a rozbudzony, nieprzytomny Tomek zerkał na nie w lusterku, potem na mnie, a mina jego bezcenna! Krzyknęlam jeszcze za nim żeby wrócił, że może to tylko tak źle wygląda i chatę uda się uratować...
    No i czy Halloween nie może być udany?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, ale Austriacy nieźle kasy na nim zarabiają, prawda? :)

      Kiedyś koleżanka chciała mnie namówić na "Oszukać przeznaczenie" w 3D. Powiedziałam jej, że za nic w świecie haha. Zreszta mnie zostało z dzieciństwa zakrywanie oczu w newralgicznych momentach, więc chyba bym nie przeżyła. Swoją drogą to nie wiem dlaczego zakrywam dłońmi oczy, ale podglądam co się dzieje między palcami ;)

      Wasze Halloween to najlepsza zabawa jaka może być :)) Dobrze, że nic się nie stało, ale dreszczyk emocji musiał być niezły :D
      pamiętam te czasy jak się jeździło poupychanym w samochodzie, z nogami wystawionymi na zewnątrz, bo miejsc było za mało, a nikt nie chciał zostać ;) Też sobie foteliki dla dzieci teraz wymyślili .... :D

      Muszę poczytać o tej Żanejro, jest moją bohaterką! haha

      Usuń
  2. Cudna dynia - taka przyjacielska :-).
    Jedyny produkt z dyni, który jestem w stanie przełknąć, to dyniowe placuszki mojej teściowej. Raz w życiu próbowałam zupy - jak dla mnie o jeden raz za dużo. Chociaż nie wątpię, że Twój wyrób był wyśmienity :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tia, jeśli legenda jest prawdziwa, to dynia miała odstraszać duchy, a u nas raczej przyciągała :D
      Czyli rozumiem, że dynię spróbowałaś 2 razy - pierwszy i ostatni hahaha :D

      Nie była wyśmienita, coś Ty ;) Ale dała się zjeść.

      Usuń
  3. "Czasem mam wrażenie, że my Polacy, nie potrafimy dobrze wykorzystać potencjału jaki mamy." - tak!!! Popieram w całej rozciągłości :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeee, zupa z dyni! :) Ostatnio u nas zrobił ją Dziubas i była lepsza od mojej :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę! Ale Ty eksperymentowałaś, on miał łatwiej już cwaniaczek ;)
      Ja trochę zmodyfikowałam przepis, dodałam np. sos sojowy do smaku, bo jest słony.
      Ale to raczej koniec eksperymentów na ten rok. Moje dziewczyny wolą krem z brokułów.

      Usuń
  5. Zupę z dyni zawsze i chętnie. Mi nawet wystarczy mus doprawiony pieprzem i gałką z tartym żółtym serem. Mój Mąż woli wersję swojej teściowej na mleku z kluseczkami. Ja nawet dynię kupiłam, ale tak ładnie się prezentuje, że szkoda mi jej ruszać. Nawet poskromiłam swój apetyt, choć pewnie bardziej chodzi o lenistwo. Dekoracje z dyni lubię, ale samo święto (a propo poprzedniego wpisu) jest mi zupełnie obce i z tego powodu z ciekawością przeczytałam o jego genezie.

    OdpowiedzUsuń