piątek, 26 października 2018

Rodzic niereformowalny.

Dzisiaj troszkę sobie ponarzekam na innych rodziców. A co! W zasadzie rzadko krytykuję kogokolwiek, bo staram się być tolerancyjna i nie wchodzić z butami w życie innych, a w szczególności w metody wychowawcze. Chciałabym jednak podzielić się z wami pewnymi wydarzeniami, bo być może wy będziecie w stanie mi to wszystko wytłumaczyć. Albo jeszcze lepiej. Może weźmiecie do ręki młotek i pukniecie mnie w głowę mówiąc, że to oni mają rację, że ja jestem zbyt sztywna i się po prostu nie znam...



Niedawno gościliśmy na urodzinach jednego z kolegów moich dziewczynek. Zwykła impreza, bez wielkiego halo, czyli rodzice siedzieli przy stole, a dzieci bawiły się razem w pokoju jubilata. No i fajnie. Siedzimy, jemy coś tam, co przygotowała znajoma. Po chwili przynosi butelkę wina z zapytaniem, czy ktoś ma ochotę na lampkę. Patrzę więc jak wypełniają się kieliszki, kiedy to podchodzi do stołu jej 1.5 roczna córka. Jak to dziecko w tym wieku, jest zainteresowana bardzo kolorowym płynem zgrabnie lądującym w przezroczystym naczyniu i wyciąga do niego swoje łapki. Mama zadowolona komentuje sytuację: "Co, podoba ci się, chciałabyś pewnie spróbować?" Spokojnie obserwuję scenę, ale moje ciśnienie podnosi się, gdy ona naprawdę daje małej napić się tego wina! Oczywiście nie smakuje jej, wiadomo, a rodzice mają ubaw z całej sytuacji. Wiecie co, być może i nic się nie stało dziecku, nie ucierpiało jego zdrowie po tym jak mała ledwie co zanurzyła języczek w trunku, ale powiedzcie mi, po co? Albo to ja czegoś nie rozumiem, albo świat zwariował. A może faktycznie jestem sztywniarą, która nie zna się na żartach. No bo przecież to takie słodkie jak maluch próbuje dorosłych rzeczy i ich nie akceptuje. A może ja już jestem za bardzo przewrażliwiona przez tę adopcję jeśli chodzi o alkohol, sama nie wiem, ale po prostu nie widzę w tym ani nic fajnego, ani zabawnego nie mówiąc o pożyteczności takiego zachowania (wręcz przeciwnie, bo uczymy dziecko, że alkohol to coś fajnego) 
To nie jedyna tego typu sytuacja u tej mamy (którą zresztą lubię, żeby nie było, tylko nie do końca rozumiem jej postępowanie) Kiedyś byłyśmy z dziewczynkami u niej na kawie. Kiedy była w trakcie przygotowywania dla nas napoju, do ekspresu podchodzi syn tym razem i mówi: "Mama ja też chcę" Uśmiechnęłam się, ponieważ ja jako dziecko też mówiłam, że jak będę dorosła to będę pić kawkę (co jak się domyślacie ma miejsce) "Ok, zaraz ci zrobię", usłyszałam od znajomej. Przysięgam, myślałam, że ona żartuje, albo że naleje mu tylko mleka na zasadzie "proszę, to twoja kawka", ale nie, ona naprawdę dolała mu espresso! Nieśmiało pytam, czy ona naprawdę daje dziecku kawę, a ona odpowiada, że to tak troszeczkę, prawie tam nic nie ma. No może dla nas, dla dorosłych nie ma, ale dla dziecka nawet mała dawka może mieć znaczenie. A potem koleżanka się dziwi, że dziecko chodzi spać o 23...

No dobra, zejdźmy z koleżanki, bo pewnie ma już uszy czerwone. Kolejny przykład. Podjeżdżam pod przedszkole, obok mnie za chwilę staje auto i wysiada z niego mama, tak na oko po trzydziestce (więc nie jakaś 18-letnia, niedoświadczona siksa) Wchodzimy mniej więcej razem do budynku i okazuje się, że odbiera dwójkę dzieci, jedno z zerówki a drugie z grupy Elsy, ale jakoś tej babeczki nie kojarzę zupełnie. No, ale wyszły moje dziewczyny, więc przestałam zajmować się panią i naszykowałyśmy się do wyjścia. Pogoda była okropna, więc starałyśmy się szybko wsiąść do samochodu, ale niestety nie jest to łatwe, bo jedna wchodzi z jednej strony, druga z drugiej, a że auto jest wyższe, a ja wzrostem nie grzeszę to muszę stawać na progu, żeby zapiąć Elsę, która już ma fotelik na normalne pasy. Kiedy idę zapiąć Misię, wzrok mój przyciąga samochód pani z przedszkola, w którym dzieciaki po prostu siadają z tyłu i przypinają się pasami bez żadnego fotelika! Zaszokowana tym faktem, bo przecież to jeszcze maluchy, stoję jak wryta w ziemię i odprowadzam wzrokiem odjeżdżającą mamusię. Szczerze mówiąc myślałam, że się pomyliłam, że może jednak były foteliki, których jakimś cudem ja nie zauważyłam, ale spotkałam tę panią i jej dzieci już trzy razy i za każdym było to samo. Ona wsiada za kierownicę, a dzieci wpakowują się same do tyłu, tym samym nawet nie sprawdza, czy pasy są poprawnie zapięte, ściągnięte. Ja wiem, że niektórzy mieszkają bardzo blisko. Wiem, że często jeden rodzic dzieci odwozi, a drugi odbiera i nie ma fotelików. Ale to już nie te czasy, w których po ulicach poruszają się Warszawy i Syrenki z prędkością max 30km/h. Ulica na którą wyjeżdża się spod przedszkola, jest drogą dojazdową, gdzie ruch jest naprawdę spory. 

Miałam kiedyś stłuczkę stojąc w korku. To znaczy chłopak za mną wrzucił jedynkę i ruszył patrząc chyba w telefon, a nie na drogę, bo ja się zatrzymałam, a on z impetem też, ale na moim zderzaku. Pomimo prędkości prawie zerowej, odrzuciło mnie do przodu tak, że już widziałam oczami wyobraźni swoją głowę na przedniej szybie. Dlatego nie ma dla mnie wytłumaczenia, że jest blisko do domu. Dziecko musi być zapięte w foteliku! Kompletnie tego nie rozumiem. Tyle się mówi o bezpieczeństwie, a foteliki nie są takie drogie. Można kupić je za naprawdę niską cenę i nie narażać dziecka. Jakikolwiek by ten fotelik nie był, to skoro jest dopuszczony do sprzedaży to musi mieć jakiś atest, a tym samym jest lepszy nic jego brak. Można powiedzieć, że nasza ulica, to taka ulica osiedlowa. Ale widziałam na własne oczy w centrum Warszawy, jak matka wiozła niemowlaka (!!) na kolanach. Ręce opadają.

Rodzic niereformowalny. Sama zastanawiam się kto nim jest. Czy te panie o których napisałam (to tylko przykłady, bo przecież takich sytuacji jest więcej, niektóre z was same wspominały o nich na blogach), czy to może ja tkwię gdzieś w Średniowieczu i nie rozumiem dzisiejszego świata. Owszem, mówię dziewczynkom o kawie, ale w kontekście tego, że jak będą dorosłe to będziemy sobie chodzić do kawiarni, kupimy dobre ciacho i zamówimy ulubiona kawusię. Taki mam plan. Ale żeby dziecko częstować kawą i alkoholem? Co ja mówię, nawet nie częstować, tylko uczyć rutyny, przecież ten 4-latek, o którym mówię, nie pierwszy raz dostał swoją porcję tego trunku. Niech inni rodzice robią co chcą. Ja mówię wam otwarcie, że w tym przypadku pozostaję niereformowalna. 






21 komentarzy:

  1. O ja pierdziele...chyba nie wiem nawet, jak to skomentować. Ale. Ja miałam taką sytuację ostatnio z mamą niereformowalną na jednej z grup na FB. Otóż ta mama naoisala, że najlepszym sposobem, żeby dziecko samo zasypiało, jest zostawienie go, żeby się wypłakało. Tak robiła że swoim 7-tygodniowym (!!!!) i teraz " ma spokój". Ta mama stwierdziła, że dzieci to terroryści, którzy manipulują dorosłymi...takie kilkutygodniowe głównie. Na moje arguy, że to po prostu szkodzi dziecku itd przeczytałam, że jestem naiwna, że na pewno przeżyję bunt dwulatka, a ona nie. No i przestałam dyskutować, no bo z kim...To nie my jesteśmy niereformowalne Izzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sonadora, ja własnie tak sobie o Tobie pomyślałam, że ta mała jest w wieku Twojego Rysia i kurde jakoś sobie nie wyobrażam np. Ciebie, żebyś dała mu dla zabawy do spróbowania kieliszek wina! Pomimo tego, że zapewne wino inaczej traktujesz, ze względów kulturowych, wiadomo Francja. Ale to tak jakbyś powiedziała, że napiję się raz w ciąży, co to zaszkodzi. Masakra.

      A co do Twojego przykładu to ja Ci się przyznam, że jak Elsa była maleńka to tyle słyszałam opinii, że właśnie trzeba dać się dziecku wypłakać, że sama raz też ją zostawiłam w łóżeczku i wyszłam. Wróciłam po minucie, może nawet nie, bo nie byłam w stanie wytrzymać. To jest chore według mnie, bo przecież maluch nie potrafi mówić, więc komunikuje się właśnie za pomocą płaczu. Tak samo jak czytałam mądre rady, żeby nie spieszyć się z przygotowaniem pokarmu, bo dziecko musi nauczyć się cierpliwości. No weź tu naucz niemowlę cierpliwości. Prędzej nabawi się traumy.

      Jeszcze taki przykład, a propos tego co Ty napisałaś. Moja sąsiadka jest taką dość wyzwoloną mamą, w sensie dziecko nie może jej ograniczać. No dobra. I ona stwierdziła, że zaraz po porodzie będzie biegać z tym małym w wózku. Tak też robiła. Ale. Jak mały już nie był taki mały, tylko większy to już tak chętnie w tym wózku nie siedział. On był zainteresowany wiesz, raczkowaniem, przemieszczaniem się, a nie byciem przypiętym pasami do wózka przez 2h. Pytam ją jak sobie z tym "problemem" poradziła, a ona mi mówi, że byli w lesie to ryczał dotąd póki się nie wyryczał i już go spacyfikowała i "lubi" te spacery. Tia lubi, po prostu nauczył się, że matka nie reaguje na jego potrzeby akurat w tym względzie.
      Dziecko faktycznie szantażuje, ale starsze. Moje też tak robiły, ale nie można porównać niemowlęcia, czy maluszka do dwu-trzylatka, który stoi, tupie nogami i wymusza np. ciastko, a ani jedna łza mu nie płynie. Zresztą o tym będzie trochę następny post, więc się nie rozpisuję ;)

      Jejku jak to dobrze, że nie jestem sama. Dziękuję :*

      Usuń
    2. Ja już nawet kiedyś gdzieś o tym pisałam. To jest nowa moda, metoda wychowawcza, mająca nawet jakąś swoją nazwę. Mało tego: powstały już jakieś poradniki, publikowane przez osoby wykształcone(!) Gdy zetknęłam się z tym pierwszy raz w internecie, byłam zszokowana nie tylko tym, że coś takiego istnieje, ale przede wszystkim ilością zwolenników. Tam matki dosłownie wymieniały się doświadczeniami, która od kiedy stosuje, na ile czasu zostawia dziecko itp. Nie mieści się w głowie... Pomijając krzywdę fizyczną i psychiczną jaką robi się niemowlęciu, to jeszcze takie dziecko może mieć zaburzenia jako dorosła osoba. Skoro pierwszy, jedyny komunikat jaki niemowlę może wysłać - czyli płacz - nie powoduje żadnej reakcji, dziecko czuje się niechciane, niekochane, samotne i nieszczęsliwe. Nie mogę o tym myśleć, bo mnie szlag trafia.

      Usuń
    3. Naprawdę są poradniki? Ale wiesz co, w sumie to w dzisiejszym świecie nic mnie już nie zdziwi. Prawda jest taka, że wcale nie trzeba być wykształconym, by mieć ten instynkt, co jest dobre dla dziecka. Czasem te wszystkie przemądrzałe osoby de facto wcale nie są lepszymi rodzicami, mają tylko wiedzę teoretyczną. Masakra ogólnie powiem Ci. Oczywiście, że dziecko czuje się niekochane i odrzucone. Nawet u nas na szkoleniu o tym była mowa, bo przecież to co piszesz, to dokładnie to co przechodzą dzieci oddane po porodzie. Mają opiekę, ale pracownicy czy wolontariusze nie są w stanie być na każde zawołanie tak jak rodzic, gdy ma jedno maleństwo. Dziecko zalewane hormonem stresu tak jak mówisz, jest samotne i nieszczęśliwe. Szok.

      Usuń
  2. Podpisuję się pod wszystkim. Mam nawet o krok dalej ;) Wiem, że lampka wina to nic złego, ale osobiście jestem przeciwna jakiemukolwiek alkoholowi podczas trwania imprezy dziecięcej. To nie czas i miejsce, tak samo jak podczas przyjęcia z okazji Chrztu Świętego, Komunii świętej czy kolacji Wigilijnej. Jest tyle innych okazji, że chyba w tych kilku przypadkach można się poświęcić i nie sięgać po wino itp. Nie uważam tego za sztywniactwo, w przeciwieństwie do wielu osób. W takich warunkach dorastałam, może dlatego jest to dla mnie naturalne i oczywiste. A że dla kogoś będę sztywniakiem? No cóż, to już nie mój problem ;)
    Pozdrawiam, K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! To sztywniaków jest więcej :) Myślałam, że tylko ja ;) Miałam o tym nie pisać, bo z tą kawą to było już w wakacje, ale to wino to po prostu mnie zaszokowało. Ja też jestem zdania, że pewne imprezy mogą odbywać się w ogóle bez alkoholu, nawet powinny. Cały czas z tyłu głowy mam to, że co jakby się któremuś dziecku coś stało i trzeba byłoby zareagować, a po alkoholu to średnio. Tu akurat było tylko wino, ale przecież regularnie ludzie robią imprezy alkoholowe z wódką, a dzieci są zostawione same sobie.
      U nas nie było alkoholu ani na Chrzcie, ani na Wigilii nigdy nie ma, od tego są jak piszesz inne okazje.

      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  3. Ożesz!
    Alkoholu u nas w domu się nie pije praktycznie w ogóle, ale nie wyobrażam sobie podać go Bobowi na spróbowanie. Kiedy z jakiejś okazji Dziubas z kolegą pili jakieś piwo, od razu mu powiedzieliśmy, że to jest be i koniec.
    Kawy kiedyś spróbował (jakiegoś latte w drodze do Kościoła) i niestety mu zasmakowała - ale z racji tego, że przeważnie w tych kubkach jest wrzątek, nie pozwalamy mu zamoczyć dziuba. Przeważnie biorę w drugim kubku gorącą czekoladę i w ten sposób go "oszukujemy" ;)
    A co do fotelików - nie odważyłabym się!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz, że Bob pił latte w drodze do kościoła? ;) No proszę :D A tak na poważnie to moje z latte lubią jak im daję piankę z mleka, kawy nawet same nie chcą, bo krzywią się i mówią, że to dla dorosłych :D Gdybyś chciała im dać to zrobią tak, że Ty psychicznie poczujesz się źle, że w ogóle zaproponowałaś :D
      Wczoraj byliśmy w Ikei i taki ja wiem, może 4-5 latek właził na te piętrowe łóżka, a rodzice nie reagowali. Te schodki są zastawione takim czymś przezroczystym, więc miał problem ze schodzeniem, ale mówię, dobra, nie moje dziecko, ojciec stoi obok, nie odzywam się. Nagle dziecko mówi: wchodzę tu do łóżka, bo tu można wchodzić, tak? Ojciec odpowiada: tak, tak (podejrzewam, że wcale nie słuchał i odpowiedział pozytywnie bez pomyślunku) No to mały wchodzi a moja Misia stanęła na środku tego "pokoiku" i mówi zmarszczona: Nieprawda, nie można tu wchodzić! (ona wie, bo jest znak przekreślone buty i kiedyś mówiliśmy im) OJciec tak spojrzał, ale nic nie powiedział, więc przyszła naskarżyć mi na ucho, że niegrzeczny chłopak wchodzi a tata pozwala :D:D
      Mnie się wydaje, że dziecku wcale nie trudno przyjąć, że czegoś nie wolno. Tylko jeśli rodzic pozwala na coś, czego np. sklep nie akceptuje, to uczy się malca, że można ignorować zakazy i to o co proszą inni.

      Usuń
    2. Dobrze, że nie fiknął z tego łóżka ;)
      No ale zgadza się - zasady są po coś, prawda? ;)

      Usuń
  4. Ludzie to czasem miewają pomysły ale do ad remu ;-) .

    1. Alkohol
    Też uważam, że jestem w tym zakresie nieco spaczona przez adopcyjną perspektywę a dodatkowo nasze polskie społeczeństwo też jest tu trochę spaczone przez to, że przez lata była to jedna z niewielu ale za to dość łatwo dostępnych używek i przez czasy ustroju szczęśliwie minionego rzeczywiście siała spore spustoszenie. Niemniej jednak częstowanie winem 1,5 letniego dziecka uważam za lekką przesadę.
    Ale jak słusznie zauważyłaś są społeczeństwa, które mają do tego zupełnie odmienne podejście. Jestem niestety niepoprawną frankofilką i nie byłabym sobą gdybym nie poczytała sobie o francuskim sposobie na wychowanie dzieci. A każda taka książka zaczyna się też od tego jak przetrwać ciążę. A sposobem na przetrwanie tego nie dla wszystkich fajnego okresu ma być kieliszek wina/szampana od czasu do czasu. Podobno to samo zalecają tamtejsi lekarze (a przynajmniej nie odradzają). Wyobraźcie sobie u nas takie publikacje…
    Pamiętam też jak jako 10 może 11 latka zostałam poczęstowana we Francji … cydrem (przy pełnej nieświadomości moich rodziców co to za trunek – w końcu w Polsce był to zgrzebny początek lat 90-tych i do społecznej świadomości dopiero przebijało się wino). Tam nikt nie widział w tym nic niestosownego.
    Przy tym wszystkim nie sądzę żeby rodziło się tam więcej dzieci z FAS niż u nas…
    2. Kawa
    Oboje jesteśmy kawoszami chociaż ja niestety od lat wierząca-niepraktykująca. Synowi od wielkiego dzwonu zdarza się dostać łyka cappuccino na łyżeczce. Szczęście w oczach dziecka bezcenne.
    3. Foteliki
    Niektóre auta mają wbudowane takie podwyższenia pozwalające dziecku zapiąć się w pasy bez fotelika. Chciałabym wierzyć, że tamta mama właśnie takim jeździ. A jeśli nie – no cóż – pozostaje wiara w Bożą Opatrzność.
    Kiedyś widziałam jak pewien tatuś ładował do starego pasata kombi swoją czeladkę. Dwa dzieciaki z tyłu na normalnych fotelikach. Dwa w … bagażniku ale też w fotelikach jakimś dziwnym sposobem przymocowanych tyłem do kierunku jazdy do tylnej kanapy. Śmialiśmy się z mężem, że to taki home-made RWF. Także różne ludzie mają pomysły.
    Aglaia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tia, daj spokój. Czasem łapię się za głowę patrząc na te pomysły innych ;) Co do alkoholu to absolutnie się zgadzam z Tobą. Ja z kolei byłam na wycieczce we Francji w wakacje po 1 klasie liceum, więc ile ja tak miałam lat, 15? Do obiadu podano wino, a wszyscy tak patrzą na siebie jak zareagują nauczyciele :D W końcu ktoś zapytał wprost, czy my to tak legalnie możemy tego winka się napić. No i pozwolili nam, myślę, że po części właśnie dlatego, by nie obrazić naszych gospodarzy.
      Tak jak kawy 4-latkowi może i dałabym spróbować (choć w opisanej rodzinie to myślę, że zdarza się nagminnie) tak alkoholu absolutnie nie, obojętnie w jakim wieku.

      Samochód do którego wsiadła pani, anty-bohaterka mojego posta, to był taki grat, że ja wątpię, że on miał takie cudeńko o którym piszesz :D Poza tym dzieci siedziały "luzem", bokiem i wyglądało to tak, jakby pośrodku miały jakieś zabawki, czy coś. Ja ją jeszcze przyuważę i zajrzę do środka. Nie mieści mi się to w głowie. Ja wiem, że kiedyś nie mieliśmy żadnych fotelików, a mnie rodzice przewozili na tylnym siedzeniu w taki sposób, że ja lubiłam stać pośrodku, żeby więcej widzieć. Przy mocniejszym uderzeniu pewnie wyleciałabym jak z katapulty przez przednią szybę. Ale to były inne czasy, wtedy nikt nie słyszał o fotelikach.
      Matko, nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak ta rodzina przez Ciebie opisane wyglądała haha, ale pamiętam jak w Bieszczadach kiedyś załapaliśmy się z dworca kolejowego "na pakę" jakiegoś przewoźnika - ja siedziałam na skrzynce, mój mąż tyłem na czymś tam (pół dnia do siebie dochodził potem) a inni też na różnych rzeczach w różnych pozycjach. I jeszcze oczywiście niemało ta podróż kosztowała!

      Usuń
  5. Niektórym to trzeba tłumaczyć wprost... Nawet brutalnie.
    https://www.youtube.com/watch?v=l7rpfUkPuoE

    W filmie są manekiny a i tak przeraża.

    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hephalump, bardzo Ci dziękuję za link do filmu, powiem szczerze, że jest wstrząsający, pomimo, że nie pierwszy raz widzę jakiś crash test. Dokładnie o tym pisałam opowiadając o tym moim zdarzeniu w korku. Prędkość żadna, a jednak strasznie mnie odrzuciło. Strach pomyśleć co właśnie się dzieje, gdy sytuacja ma miejsce w ruchu.

      Usuń
  6. Izzy, wyobraź sobie, że ostatnio wpadła do mnie koleżanka. Był wieczór, ona wiedziała, że mam małe dziecko, więc byłam pewna, że tylko tak na chwilę. Usiadła w pokoju, obok Tamalugi, a ja poszłam kuchni. Wracam i aż mnie zatkało: na środku stołu stoi wódka. Gdy odzyskałam już mowę, powiedziałam, że dziękuję, ale nie skorzystam, i w ogóle nie podoba mi się to, że postawiła ją na stole na oczach dziecka. Ona na to, że przecież Tamaluga jest za mała żeby zrozumieć. Nie miałam siły tłumaczyć, przysięgam. Ręce mi opadły.
    Co do fotelików... Wiesz o tym, że w taksówce dziecko nie ma obowiązku jechać w foteliku? Nie musi być nawet przypięte pasami... Szok!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko, co Ty mówisz. No, ale wiesz, skoro dziecko nie widzi i nie rozumie to w czym problem prawda? Tylko wszystko fajnie jak nic się nie dzieje, ale gdyby maluch wymagał jakiejkolwiek pomocy a tu dwie wstawione mamuśki, żadna nie może prowadzić pojazdu, to zaraz opieka społeczna wydałaby na was wyrok, że patologia ;)
      Nie wiem, czy ja Ci opowiadałam taką historię od mojej uczennicy. Takiej już nie młodej, bo po 50 (tzn młodej, ale nie siksy ze szkoły, żeby nie urazić nikogo ;) ) Opowiadała mi, że jak jej córka miała kilka miesięcy, odwiedziła ją koleżanka i właśnie piły jakąś tam flaszkę, nie pamiętam, czy wódki, czy wina. No i wyobraź sobie, dała dziecku kompot, taki własnej roboty. Mówi, że się zdziwiła, bo dziecko takie nagle zadowolone, spokojne, więc one tam dalej sobie imprezowały. Kiedy koleżanka poszła, ona napiła się tego kompotu, czy soku czy co to tam było, a on sfermentowany! I dziwić się, że dziecko chętnie piło kompocik i zadowolone. No dobrze, że mu się nic nie stało ;)

      Usuń
  7. O kurde :-) Na szczęście nic się nie stało i nikt nie zrobił tego umyślnie, wiec możemy uznać, że to nawet śmieszne :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak tak, to absolutnie nie było umyślne :D:D

      Usuń
  8. Znam przypadki, że sześciolatek potrafił się obrazić na mamę, bo nie chciała mu dać spróbować wina, a babcia podstawiała mówiąc "masz spróbuj". Dla mnie to też jest nie dopuszczalne.
    Nie uważam jednak, że przy dzieciach w ogóle nie powinno się pić (nie mówię oczywiście o libacjach alkoholowych). Dziecko musi mieć jasne rozgraniczenie co jest dla dorosłych, a co dla dzieci i powinno właśnie z domu wynieść kulturę picia. Wiedzieć, że można w odpowiednim wieku napić się w kulturalny sposób.

    OdpowiedzUsuń
  9. Myślę, że chodziło bardziej o to, że alkohol wcale nie musi/nie powinien pojawiać się na świętach takich jak np. Komunia. U nas w domu tez nie raz pijemy winko, czy piwo, a dziewczynki wiedzą, że to dla dorosłych.
    Pod warunkiem, że tak jak piszesz, nie są to "libacje" to jak to mówią wszystko jest dla ludzi. Ostatnio słuchaj miałam taką sytuację, że 12 letnia dziewczynka opowiada mi, że pies ugryzł jej ojca. Pytam więc, jak to się stało a ona na to, że tata był tak pijany, że drażnił psa i on się wkurzył (pies, nie tata ;) ) Trochę tak zrobiło mi się dziwnie, że opowiadała ot tak, że tata tak się upił (jak w każdą sobotę) i był agresywny do psa. Co cóż...

    OdpowiedzUsuń
  10. Z tym alkoholem, to powiem Ci, że zabiłaś mi ćwieka. Moi rodzice dosyć wcześnie dawali mi alkohol na spróbowanie - choć na pewno byłam starsza, niż obecnie moja Księżniczka. Z tym, że nikt się przy tym ze mnie nie śmiał. Wyrosłam na abstynentkę, więc na pewno mnie to jakoś nie spaczyło. Inna rzecz, że u mnie w domu alkohol pojawiał się od święta i raczej symbolicznie. Tak jak już ktoś wyżej napisał, alkohol podczas dziecięcych imprez to w ogóle nieporozumienie. Jeśli chodzi o samą Księżniczkę, to bałam się nawet poczęstować ją łyżeczką risotta, do którego wcześniej dodałam odrobinę wina... ale myślę, że tutaj akurat duże znaczenie ma moja wiedza o jej przeszłości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja nie mówię, że z dzieci, którym rodzice dają spróbować alkohol będą alkoholikami, tylko w swojej głowie, choćbym myślała tygodniami nie potrafię znaleźć powodu dla którego rodzice to robią. Czy to dla zdrowia? Dla zabawy? Żartu? Ja po prostu tego nie pojmuję. Od małego dajemy dzieciom różne rzeczy do spróbowania, ale po to, by się do nich przyzwyczaiły, do naszej kuchni, do jedzenia owoców itd. Ale alkohol? Nie znajduję ani jednego powodu, by to robić. Za zabawne również tego nie uważam, także hmm.

      Usuń