wtorek, 13 listopada 2018

Gdy dzwoni TEN telefon ... ale nie do ciebie.


Każdy z oczekujących na adopcję dziecka przyzna, że najgorszy okres to ten po kwalifikacji. Wcześniej ciągle coś się działo, rozmowy, szkolenie, oględziny mieszkania a tu nagle cisza. 


Wiem na pewno, że u nas w ośrodku rodzice są dobierani do dziecka, nie ma żadnej kolejki, a pod uwagę bierze się bardzo szczegółowo historię przyszłych rodziców i biologiczne pochodzenie dziecka. Od tego zależy powodzenie adopcji.

Można byłoby powiedzieć, że "kolejka" jest lepsza, ponieważ czekasz cierpliwie i monitorujesz ile jeszcze przed tobą zostało par. Z drugiej jednak strony, ma to być przecież NASZE dziecko, więc czekanie nie powinno być niczym zaskakującym. Dochodzi jednak do paradoksu takiego, że kilkanaście małżeństw oczekuje od np. dwóch lat, a dziecko proponowane jest komuś, kto dopiero niedawno skończył szkolenie. I jak tu nie być złym na to wszystko? Jak uzbroić się w cierpliwość?

Na jednym z zeszłorocznych szkoleń zaprzyjaźniłam się i zżyłam z trzema parami oczekującymi na adopcję. Bardzo ciepło o nich myślę, ile mogę to wspieram i czekam razem z nimi. Znając obecną sytuację, żadne z nas nie spodziewało się, że ktokolwiek z nich mógłby zostać rodzicem w tym roku. Jakież było więc moje zaskoczenie, gdy dowiedziałam się w zeszłym tygodniu, że mają synka! Jeszcze nie są razem, jeżdżą do niego na razie w odwiedziny, ale istnieje duża szansa, że w te Święta będą już razem :) 
Powiem wam, że strasznie się cieszę, że już jedna para z tej grupy może cieszyć się szczęściem. Choć od kilku lat jestem "po tej drugiej stronie", równie mocno przeżywam z każdym okres oczekiwania, a emocje towarzyszące TEMU telefonowi są może inne niż przy tym naszym, ale równie silne. Miałam ciarki i wypieki na twarzy słuchając jak szczęśliwi są ci ludzie. 

Wiem, że pozostałym parom, szczególnie tym zaprzyjaźnionym, musi być ciężko. Dzwoni telefon, ale nie do ciebie. To trochę przypomina czekanie na ciążę, kiedy to wszystkie inne koleżanki zachodzą, a ty nie. I choć wokoło powtarzają, że na ciebie też przyjdzie kolej, to mijają miesiące i nic. Zaczynasz wątpić, czy w ogóle to nastąpi. Tak samo z adopcją, czekasz, cieszysz się z telefonów w grupie, w ośrodku, ale ty wciąż bez dziecka. Jak sobie z tym poradzić? Wiem, że musi być wam ciężko, ale nie traćcie nadziei, że WASZE dziecko gdzieś tam czeka. Pokornie czekajcie, a nadejdzie taki dzień, w którym niespodziewanie zostaniecie rodzicami. Ot tak, po prostu.

Ściskam mocno kciuki za wszystkich oczekujących, a świeżo upieczonym rodzicom jeszcze raz gratuluję. Mam nadzieję, że szybko będziecie razem :) 

23 komentarze:

  1. Izzy, twój wpis jest takim kontrastem do dzisiejszych wiadomości na temat in vitro. I widzisz; u mnie tak samo: nawet jeśli mnie nie dotyczy to tak mi się smutno zrobiło... A teraz jestem tutaj i czytam post pełen optymizmu i znowu się uśmiecham :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A o co chodzi z tym IVF? Bo ja nic nie wiem.
      Tak, to bardzo pozytywna wiadomość, zwłaszcza, że jak dzwoniłam do ośrodka z miesiąc temu to usłyszałam, że dzieci brak i to nie tylko u nas. A tu nagle proszę. Dwie pary uszczęśliwione przed Świętami (jedna ta o której piszę i jeszcze jedna)

      Usuń
    2. Klawiter znów kombinuje. Chcą zabronić mrożenia zarodków, ograniczyć ich liczbę do jednego (!), in vitro ma być tylko dla małżeństw. Jednym słowem, chcą uniemożliwić ludziom leczenie.

      Usuń
    3. Paranoja z tym invitro. Chcesz mieć dziecko i nie możesz, bo ktoś decyduje za Ciebie... 🙁
      A czekanie na telefon, rzeczywiście to jak czekanie na ciążę wśród ciężarnych. Ale miło czytać, że kolejna rodzina w komplecie. Wspaniale. 😊 😍

      Usuń
    4. Teraz doczytałam komentarz. Dwie rodziny w komplecie. Super 😊

      Usuń
    5. Oj to nie wiedziałam nic o nowych projektach dot. IVF. Moim zdaniem to sprawa indywidualna, czy ktoś podchodzi do niego, czy nie. Wprawdzie nie jest to wg mnie forma leczenia, a raczej doprowadzenia do ciąży, ale w naszych czasach, gdzie niepłodność to taki wysoki odsetek par, nie wyobrażam sobie, żeby coś robić wbrew nim... Moim skromnym zdaniem, zamiast tego powinno się zainwestować w leczenie. Sama nie wiem, może jakieś kliniki, które nie tylko zajmowałyby się wspomaganiem rozrodu, ale szukaniem przyczyn niepłodności? A może więcej leków i badań refundowanych?

      Usuń
    6. Sesi, tak dwie rodziny w komplecie i to akurat takie które znam, więc fajnie, bardzo się cieszę, bo to dla mnie nie tylko nazwiska, a konkretni ludzie :)) Bardzo fajni zresztą, po trudnej walce i baaaardzo wyboistej drodze do rodzicielstwa.
      Buziaki :*

      Usuń
  2. Izzy, Ty często piszesz posty dla mnie ;) dziękuję ;*
    To prawda, że czekanie jest najgorsze. Ja po kwalifikacji byłam cierpliwa, wiedziałam, że nie zadzwonią za chwilę. Teraz już tą cierpliwość tracę i pojawia się ogromne zmęczenie. Mam na myśli takie psychiczne oczywiście w związku z tym, że cała procedura tyle trwa. Ale pocieszam się, że w kontekście 8 lat bezowocnych starań, to przed nami na pewno już krótsza droga niż dłuższa ;) Ale to chyba pocieszanie przez łzy.
    Cieszę się ogromnie dobrymi wiadomościami od Ciebie o już prawie zrealizowanych 2 adopcjach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj no ma się ten szósty zmysł ;);) A tak poważnie to pisząc to oczywiście myślałam o Tobie. Jeszcze wyobraź sobie z jedną z tych dziewczyn, co trzy pary się przyjaźnią, rozmawiałam po początku tygodnia i opowiadałam, że właśnie Ty tak długo już czekasz i ta dziewczyna się pocieszyła tym, że inni też tak trudno to przeżywają, ale dają radę. A tu bum, telefon. Ale nie do niej... I z jednej strony tak jak pisałam cieszysz się, ale z drugiej kolejny raz zadajesz sobie pytanie: dlaczego nie zadzwonili do nas? A no właśnie dlatego. (tu następuje przerwa czasowa, bo na to pytanie w swoim czasie znajdziesz i Ty odpowiedź)
      Lidio, wytrzymaj jeszcze. Dasz radę. Pewnego pięknego dnia, już niedługo otworzę bloga i zobaczę długo wyczekiwany przeze mnie wpis o powiększeniu Rodu w Wiewiórkowie. <3

      Usuń
  3. Hihi, my z P. jesteśmy chyba wyjątkiem potwierdzającym regułę. Kiedy do pierwszej pary z naszej grupy zadzwonił telefon, to... ogarnęła nas panika, że TO SIĘ NAPRAWDĘ DZIEJE. Jakoś nagle cała ta procedura zaczęła nabierać coraz bardziej realnych kształtów. Przy tym cieszyliśmy się ogromnie szczęściem naszych znajomych, zresztą do dzisiaj się cieszymy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, wydaje mi się, że Ty i ja troszkę inaczej to odbierałyśmy, bo jednak ten telefon zadzwonił szybko. My skończyliśmy odświeżanie pokoiku, pojechaliśmy na wakacje i bach, wróciliśmy z nich z dzieckiem :) Zupełnie inaczej jest, gdy czekasz 2,3 lata i telefony dzwonią rzadko, a jak już dzwonią to nie do Ciebie :( reszta komentarza niżej, bo akurat OnOnaDzieciaki wspomniały o tym, o czym chciałam Ci jeszcze napisać ;)

      Usuń
    2. A! Jeszcze jedno. Kiedy koleżanka z grupy zadzwoniła do mnie to miałam dokładnie to samo odczucie - OMG to się dzieje naprawdę! Dzwonią telefony i ludzie zostają rodzicami! Aaaaaa!! Taka pozytywna panika :D

      Usuń
  4. Pamiętam te małe igiełki zazdrości, gdy telefon dzwonił, ale nie do nas...
    Z drugiej strony im dłużej czekaliśmy tym było nam łatwiej. Życie było ustabilizowane i w pewnym momencie nawet zaczęliśmy się zastanawiać czy chcemy to zmieniać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie właśnie to mi kiedyś mówiła pani w ośrodku. Kiedy to wszystko idzie dobrym rytmem, to jest ok(szkolenie, kwalifikacja, TEN telefon) , ale jeśli czekasz np. dwa lata na dziecko, to motywacja spada. To nie znaczy, że już go nie chcesz, ale przez ten czas wiele może się zmienić i ludzie naprawdę rezygnują. U nas w ośrodku większość par jest po 30, niektórzy blisko 40 i po 3 latach czekania (od 1 wizyty) jednak nie są już tymi samymi ludźmi. Nerwowość jaka się wkrada plus ustabilizowane życie, mogą sprawić, że właśnie nie będą chcieli, czy potrafili tego zmienić. Także podsumowując, niech telefony dzwonią! Trzymamy kciuki, bo wiem, że sporo czyta to ludzi, którzy aktualnie "siedzą" przy telefonie.

      Usuń
  5. Uczucia, które nami targały w chwili tego pierwszego telefonu w grupie można by śmiało zamknąć w pudełku z nazwą „uczucia niezbyt chciane” albo co najmniej te, z których nie jesteśmy zbyt dumni ;-) . Szczególnie, że pierwsza para miała najkrótszy staż oczekiwania w ośrodku i była najmniej przez nas lubiana z całej naszej grupy.
    Z tym doborem dzieci do rodziców i brakiem kolejki to zawsze była dla mnie magia w niekoniecznie pozytywnym znaczeniu tego słowa. W naszej grupie szkoleniowej było 8 par każda czekała na podobne dziecko – tzn. mieliśmy zbliżone ograniczenia/deficyty, z którymi bylibyśmy w stanie się zmierzyć. Wszyscy czekaliśmy na niemowlę do roku. I do dziś jest mi trudno pojąć dlaczego jedna para czekała 9 miesięcy a druga prawie 2,5 roku. Z resztą od czasu do czasu się spotykamy i czasem się zastanawiam co by było gdyby dziecko pary X trafiło akurat do nas. Jak wtedy wyglądałoby nasze życie? Nie zmienia to faktu, że moje dzieci są jak najbardziej moje.

    Aglaia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aglaia, nie wiem jak to było/ jest w Waszym ośrodku, ale mogę kilka rzeczy napisać z mojego. Może choć w maleńkim stopniu coś pomoże :)
      1) Cała grupa czeka na niemowlę i faktycznie takowe się pojawia. Nikt nie przyzna Ci się i nie poda szczegółów z karty dziecka. Może powiedzieć, że jest całkowicie zdrowe, co będzie prawdą na dany moment (bo to jeszcze niemowlę), ale istnieje duże prawdopodobieństwo obciążeń (choć jak kiedyś rozmawiałyśmy nie musi się nic ujawnić) Panie z naszego OA analizują karty par nie tylko pod kątem, kto chcę niemowlę, ale właśnie kto ewentualnie byłby w stanie poradzić sobie, gdyby najczarniejszy scenariusz się sprawdził.

      2) Rodzice adopcyjni. Tu na pewno dopasowuje się pochodzenie, wykształcenie, charakter, wytrzymałość, otwartość i inne cechy. Jeżeli dziecko np. jest wcześniakiem, wymaga poświęcenia, czasu, zaangażowania a przyszła matka wprost mówi, że ona zaraz wraca do pracy, to nie jest to dobra rodzina dla tego akurat dziecka. Wiesz, to tylko taki mały przykład, bo kryteriów może być mnóstwo, w zależności od tego, co to za dziecko i jaką ma przeszłość. Może np.być na coś chore, a kandydatka na rodzica jest lekarzem i prócz matczynej miłości, jest w stanie dać dziecku coś więcej, bo fachową opiekę.

      3) U nas nawet bierze się pod uwagę wygląd zewnętrzny, żeby te dzieci były jak najbardziej do nas podobne. W większości przypadków wiadomo przecież jak wyglądała MB. Fizyczność jest przecież bardzo ważna, by nawiązała się więź.

      To nie jest tak, że wszyscy kandydaci są równi, bo: mają ok. 30 lat, takie i takie wykształcenie i wszyscy chcą niemowlę. Czasem nawet drobna rzecz zaważy na tym, że to my, a nie ktoś dostanie dziecko. A niemowlę też niemowlęciu nierówne. Każde jest sobą i ma swoją historię. Skojarzenie rodziców i dziecka nie powinno się zatem odbywać na podstawie kolejki, a niestety tak się zdarza.

      W mojej grupie była taka para, w której pani (ze względu na swój zawód) była tak roszczeniowa, że wydawało jej się, że od razu powinna dostać dziecko, bo ona nie przywykła do czekania. Dziecka nie dostała przez ponad dwa lata. Ale za to zmieniła się nie do poznania, zmieniła nastawienie i przede wszystkim przez ten czas dorosła do tego, że adopcja nie jest po to, by spełniać swe zachcianki. Obecnie starają się, by być pogotowiem.

      Nie wiem, czy choć trochę zaspokoiłam Twoją ciekawość, jak to się odbywa, ale uwierz mi, jeżeli OA do tego dobrze podchodzi, to trzeba im zaufać. To oni rozmawiają z kandydatami, znają ich z troszkę innej strony niż my, gdy idziemy razem na kawę po szkoleniu.
      W grudniu będę na kolejnym szkoleniu, to już kolejny raz i powiem Ci, że nigdy nie było, żeby wszyscy byli tacy sami. Są bardzo fajni, ale jednak głęboko zastanowiłabym się komu dać dziecko.

      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  6. Ja z grubsza wiem jak to wygląda i być może nie powinnam narzekać bo sama jestem beneficjentką tego systemu z dwójką idealnie dobranych dzieci. Jednak do całego systemu adopcyjnego w naszym kraju i OA jako jego części mam dość krytyczny stosunek chociaż ze strony żadnego ośrodka (a procedury przeprowadzałam w dwóch różnych) nie spotkało mnie nic złego. Niemniej jednak w głowie mi się nie mieści, że w tym samym ośrodku jedna para czeka 9 miesięcy a inna kilka lat. I to nie jest tak, że ci pierwsi są w stanie zaakceptować każde dziecko a ci drudzy czekają na niebieskooką blondynkę z RB z wyższym wykształceniem. W efekcie obie pary są rodzicami cudownych chłopców, którzy trafili do nich w wieku niemowlęcym z podobnych środowisk. Sorry ale taki system jest bardzo nieprzejrzysty a jego potencjalna korupcjogenność ogromna.
    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy wiesz, ale od następnego roku przy doborze rodziców do dziecka będzie musiał być obecny ktoś z zewnątrz. Z jednej strony może to pomoże, bo absolutnie się zgadzam z tym, że nieprzejrzysty system zawsze zachęca do nieuczciwości. Z drugiej jednak strony, jeżeli OA działa dobrze i bez zarzutów, to taka osoba może to zakłócić niepotrzebnie się wtrącając. Była u nas taka historia wyobraź sobie, ośrodek dobrał rodziców do kilkulatka, jeździli na kontakt, nawiązali więź, cieszyli się, że maluch pojedzie z nimi do domu a tu zonk. Na sprawie o przysposobienie, sędzia uznała, że nie są odpowiednio przygotowani do adopcji kilkulatka (chodziło o dziecko 3-4 letnie, więc nie nastolatka) i wysłała ich na dodatkowy kurs. Na jakiej podstawie tak twierdziła to nie wiem, OA próbował interweniować, ale nic nie wskórali. Dziecko niepotrzebnie spędziło kilka tygodni więcej w DD. Gdybym nie znała tej sędzi, to może uwierzyłabym, że to miało sens, ale to ta sama pani, przez którą i my straciliśmy nerwy. Nie wiem, czy trafiłaś kiedyś na tego posta, w którym opisywałam nasze doświadczenia. Ta pani sędzia nie uznaje pieczy, wyznacza od razu rozprawę główną. Także cóż, obawiam się też takich sytuacji, że nagle ktoś zacznie podważać decyzję OA i jeszcze to dłużej potrwa.

      Jeszcze jedna taka rzecz ode mnie osobiście. Powiem Ci, że jak zajmowałam się tą sprawą nieudanej adopcji i szukaniem rodziny dla tej dziewczynki, o której pisałam, to przekonałam się, że naprawdę z niektórymi ludźmi jest coś nie tak i nie dziwię się, że ośrodki ich trochę "przetrzymują" Nasłuchałam się i byłam świadkiem historii takich, że wcześniej nawet mi się nie śniło. Czytając Bociana, mamy tylko fragment informacji, to, że tyle czekają. Tylko często naprawdę jest coś nie halo np. psycholog ma wątpliwości, czy decyzja była wspólna.

      Usuń
  7. Wydaje mi się, że to akurat dobrze, że ktoś z zewnątrz będzie zasiadał w komisjach. I uważam, że nie powinna to być jedna taka osoba a kilka (np. pracownik organu nadzoru, sędzia rodzinny, kurator, może faktyczny opiekun dziecka w przypadku doboru rodziny dla dziecka). To powinno dotyczyć zarówno komisji kwalifikujących do bycia RA jak i komisji gdzie dobiera się RA dla konkretnego dziecka. Gdyby jeszcze wprowadzić możliwość odwołania się od negatywnej kwalifikacji na RA to byłby to krok w dobrym kierunku. Na razie niestety OA w tych dwóch przypadkach działają jak udzielna księstwa prawie bez żadnego nadzoru. Co z resztą świetnie wypunktował raport NIK.
    W tej sytuacji nie dziwi mnie krytyczne podejście niektórych sądów do działań OA i dodatkowa weryfikacja (czy to przez objęcie rodziny nadzorem kuratora, badanie więzi itp.). To ostatecznie sędzia „przyklepuje” adopcję i to jest też (a może przede wszystkim) jego odpowiedzialność. Sędzia to nie jest długopis, który bezrefleksyjnie podpisuje to co mu podsunie inna publiczna albo prywatna instytucja. Gdyby tak było sąd w tej całej procedurze nie byłby potrzebny. Jeśli państwo godzi się istnienie instytucji adopcji w swoim systemie to musi też mieć nad nią faktyczny a nie iluzoryczny nadzór. Po kilku latach od pierwszej adopcji naszła mnie refleksja, że taki automatyzm w działaniu sądu nie jest w istocie rzeczy w porządku (choć tak właśnie przeszłam pierwszą procedurę – sąd oparł się tylko na tym co mu napisał o nas OA i nie nasłał nam nawet kuratora). W przypadku drugiej adopcji sąd zdobył się na więcej refleksji i co ciekawe sprawa skończyła się szybciej.
    Kwestii „nieuznawania” przez sąd osobistej styczności przed adopcją nie skomentuję bo szkoda słów. Chociaż lekarstwo na to jest wyjątkowo proste – do KRiO należałoby po prostu wpisać, że taka osobista styczność jest obowiązkowa i określić minimalne i maksymalne ramy czasowe jej trwania. Na razie jest to opcja i jak widać niektórym z nią nie po drodze. A sam okres tej tzw. osobistej styczności też jest tak różny, że szkoda gadać – z przypadków, które ja spotkałam – od miesiąca do prawie roku. I jedno i drugie uważam za przegięcie w jedną albo w drugą stronę.
    Aglaia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, że taka osoba nadzorująca to może jest właśnie to czego potrzeba w niektórych ośrodkach, gdzie faktycznie nie wiadomo jakie kryteria doboru rodziców są przyjmowane. Tylko może się okazać, że albo będzie to tylko tzw statysta, nic nie wnoszący do sprawy, bo nie będzie chciał się wtrącać, albo osoba średnio kompetentna, która opóźni pracę OA. No, ale bądźmy dobrej myśli ;) Zobaczymy jak to wyjdzie.

      Co do sędziów to wypowiadam się na podstawie własnego doświadczenia, a ono niestety jest i pozytywne i negatywne. Jeżeli osoba na tym stanowisku mówi wprost, że "co to za różnica, czy noworodek przebywa w Domu Dziecka miesiąc, czy cztery miesiące, to wg mnie nie ma pojęcia o swojej pracy i powinna z niej zrezygnować. Patologię i rodziców ado wsadza do jednego wora i nie ma za grosz do nich szacunku.
      Zgadzam się, że sędzia nie powinien/powinna być tylko od złożenia podpisu, ale niech to wszystko ma sens. Tak jak było przy drugiej adopcji, kiedy to dostaliśmy pieczę i dłuuugi czas nie była wyznaczana sprawa o przysposobienie, gdyż ta sędzia czeka, by zobaczyć, czy jest to aby na pewno właściwa decyzja. Robi tak przy każdej adopcji. Ale jest to osoba, która angażuje się w sprawy dzieci, pracy ośrodków, Pogotowia Opiekuńczego, a nie mści (dosłownie) na ludziach za osobiste porażki życiowe, o których potem się dowiedziałam jeśli chodzi o tę pierwszą panią.

      Usuń
  8. Też trzymam kciuki za TEN telefon - oby jak najwięcej rodzin mogło w końcu być razem :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jadę teraz na kolejne szkolenie, mam nadzieję, że wszystkie pary, które już nam szybciutko dostaną dzieciaczki :)))

      Usuń
  9. Gdy telefon dzwoni, nawet nie do mnie, ale dzwoni to super! Znaczy, że się dzieje, i do mnie też kiedyś zadzwoni. Gorzej jak telefony nie dzwonią u nikogo, ani u nas ani u innych. Wtedy pojawia się niepokój.

    Należę pewnie do tej mniej licznej grupy, czekanie na telefon nie stanowi problemu, tak jak wyżej, byle by dzwoniły w ogóle. Tak jest obecnie :) A jak będzie np. za rok, to się okaże. Kto wie, może zacznie mnie skręcać od wpatrywania się w telefon ;)

    OdpowiedzUsuń