środa, 30 stycznia 2019

Adopcja dziecka - pytania i odpowiedzi część 1.


W dzisiejszym poście chciałabym zaprezentować wam zestaw pytań dotyczących adopcji. Pytania są zbiorem tego nad czym zastanawiałam się ja sama, ale nie tylko. Rozmawiając z innymi mamami adopcyjnymi, oraz kandydatami na rodziców, z którymi spotykam się w czasie szkoleń, pojawiały się pewne wątpliwości, które również tu zawarłam. Mam nadzieję, że moje odpowiedzi będą pomocne, w szczególności dla tych, którzy dopiero myślą o adopcji, przygotowują się do kursu lub właśnie czekają na TEN telefon. Na końcu wpisu przygotowałam dla was linki do ciekawych (według mnie ;) ) postów, związanych z zagadnieniami poruszonymi w pytaniach. 

źródło:Internet

Przed adopcją

Czy będę w stanie pokochać nie swoje dziecko?

Formalnie dziecko w momencie przysposobienia staje się twoje na takich samych zasadach jak po porodzie, ale często ta więź jest nawiązywana dużo wcześniej. Określenie "czyjeś" dziecko zamienia się więc na "moje dziecko", pomimo tego, że urodziło się w innej rodzinie. 
Podejmując decyzję o rodzicielstwie (adopcyjnym, biologicznym) ważne jest, żeby nie mieć wobec dziecka żadnych oczekiwań (np. uroda, inteligencja) a zaakceptować tego małego człowieka takim, jaki jest to. Miłość to coś więcej niż DNA, w naszym życiu kochamy przecież różnych ludzi, z którymi niekoniecznie jesteśmy spokrewnieni. Jeżeli jesteś otwarty na dziecko, gotowy przyjąć je do swojego domu i serca, oraz podjąć trud związany z jego wychowaniem, nie ma obawy, że je nie pokochasz. Rodzicielstwu zawsze towarzyszą różne uczucia, nie tylko radość,duma, ale także złość, słabość i bezsilność i jest to jak najbardziej naturalne. 

Boję się chorób i obciążeń. Jak rozpoznać niepokojące objawy?

To zmartwienie nie tylko kandydatów, ale i par, które już są rodzicami. Adoptując niemowlę nigdy nie możemy być pewni jak będzie się ono rozwijać. O ciąży i pochodzeniu dziecka wiemy tylko tyle, ile zazwyczaj powie nam matka biologiczna. Im starsze dziecko, tym więcej wiemy o jego stanie zdrowia. Z drugiej jednak strony, im dłużej maluch przebywa w rodzinie dysfunkcyjnej, tym trudniejsze będą do wyprowadzenia jego deficyty. 

Trzeba uważnie obserwować dziecko i w razie potrzeby skonsultować się ze specjalistą. Ważne jednak, by nie doszukiwać się w każdym zachowaniu naszego dziecka obciążeń. Pamiętajmy, że chorują wszystkie dzieci, te adopcyjne i te biologiczne, u których również mogą ujawnić się choroby genetyczne, lub inne zachowania będące podstawą do obaw. 
Część dzieci adopcyjnych to zwykłe radosne bobasy cieszące się życiem, ale są też takie, które przez swoje krótkie życie doznały wiele cierpienia. Niektóre doświadczenia dziecka mogą dopiero wyjść na światło dzienne po jakimś czasie, dlatego żyjmy normalnie, ale bądźmy czujni i reagujmy w miarę szybko jeżeli coś się będzie działo. Ważne, żeby być świadomym zagrożeń, ale nie pozwolić, by obawy towarzyszyły nam przez cały czas i zakłóciły normalny porządek życia. 

Czy poradzę sobie z przeszłością dziecka?

Nie każdy jest w stanie poradzić sobie z trudną przeszłością dziecka. Tu ogromna rola ośrodka przy doborze odpowiednich kandydatów. Dlatego tak ważne jest, by świadomie podjąć decyzję jakie dziecko jesteśmy w stanie do siebie przyjąć i otwarcie o tym mówić. 

Każde adoptowane dziecko ma przeszłość w postaci innej rodziny w której się urodziły. Te dzieci, które szybko trafiły do adopcji nie zdążyły jeszcze zgromadzić złych doświadczeń, ale są takie, które przez kilka lat przebywania ze swoją rodziną biologiczną doznają traumy, która krzywdzi ich na całe ich życie. 

Zastanówmy się więc na ile jesteśmy silni psychicznie, by w razie potrzeby być wsparciem dla dziecka, w sensie nie tylko materialnym, ale również psychicznym. Nie bez znaczenia również ma tu nasze miejsce zamieszkania, czy zamożność, szczególnie jeżeli dziecko będzie wymagało leczenia, czy rehabilitacji. Czasem rodzice nie będą w stanie udźwignąć tego choćby logistycznie. 

Nie mam wsparcia w rodzinie, czy to w jakiś sposób ma wpływ na wychowanie dziecka przysposobionego?

Choć wsparcie naszej rodziny jest bardzo potrzebne, to rodzice są dla dziecka najważniejsi. To oni muszą zadbać o to, by w żaden sposób nie czuło się odrzucone przez jakiegokolwiek członka naszej rodziny. Dziadkowie pełnią dużą rolę w życiu dzieci i jeżeli poczują się one przez nich odtrącone lub poniżone (poprzez na przykład porównywanie z wnuczkami biologicznymi lub innymi dziećmi) powinniśmy reagować natychmiast i wyjaśnić sytuację dorosłym.

Czy moje zarobki są wystarczające?

Dziecko to nie tylko radość i miłość, ale również wydatek. I to wydatek niebagatelny, powiększający się wraz z wiekiem naszej pociechy. Nie ma ustalonej kwoty, którą należy zarabiać, ale pracownik ośrodka musi ustalić, czy wasza pensja jest wystarczająca, by zapewnić dziecku potrzebny byt. Nie mówimy tu więc o wyimaginowanej pensji dyrektora firmy, ale o sumie, która będzie w stanie pokryć utrzymanie dziecka. 

Czy moje mieszkanie/dom jest odpowiedni na przyjęcie dziecka?

Podobnie jak z zarobkami, nie ma określone ile dokładnie powinna wynosić powierzchnia naszego mieszkania czy domu. Na pewno pracownik ośrodka zwróci uwagę na to, czy dziecko będzie miało swój kąt i przestrzeń zarezerwowaną właśnie dla niego. Jeżeli staramy się o przyjęcie rodzeństwa, te warunki muszą być odpowiednio dostosowane do większej liczby dzieci. Nie musimy się jednak obawiać, że mamy na przykład tylko 2 pokoje. To w zupełności wystarczy, nawet na przyjęcie dwójki dzieci, które mogą ze sobą dzielić wyznaczoną przestrzeń. Musi być miejsce na łóżko, stoliczek/biurko oraz kącik z zabawkami malucha.

Jakie są nasze prawa po przysposobieniu? Czy rodzina biologiczna ma prawo kontaktować się z nami? 

W Polsce mamy do czynienia z trzema rodzajami przysposobienia: pełne, niepełne i całkowite. Omówię tutaj przysposobienie całkowite, ponieważ dotyczy ono większości par zgłaszających się do ośrodka.


Przysposobienie całkowite

Przysposobienie całkowite, zwane także anonimowym, jest najdalej idącą postacią przysposobienia. Wiąże ono dziecko z nową rodziną w sposób zupełny i nierozerwalny, włącznie z nadaniem mu nowej tożsamości i zupełnym zerwaniem wszelkich więzów z jego rodzicami biologicznymi. Dziecko adoptowane jest pod każdym względem traktowane tak, jakby było naturalnym dzieckiem przysposabiających.

(www.infor.pl)

Podejmując decyzję o przysposobieniu całkowitym należy pamiętać, że jest ono nierozwiązywalne (choć polskie prawo dopuszcza taką sytuację, ale może to nastąpić tylko z ważnych powodów na żądanie przysposobionego, przysposabiającego lub prokuratora)


Jak i kiedy powiedzieć rodzinie o naszej decyzji o adopcji?

Kiedy i w jaki sposób powiedzieć bliskim o naszej decyzji to sprawa indywidualna. Jeżeli mamy dobre/poprawne kontakty z rodziną, nie odwlekajmy tego momentu. Oni również muszą mieć czas na to, by oswoić się z tą myślą i przygotować na przyjęcie dziecka. Rodzina powinna być dla nas wsparciem i w pełni akceptować naszą decyzję, pomimo tego, że może się z nią nie zgadzać. Najlepiej więc znaleźć chwilę na spokojną rozmowę, przedstawić wizję rodzicielstwa adopcyjnego i poprosić o zrozumienie i wsparcie.

Ważne!
Pamiętajmy, że nasi najbliżsi nie mają takiej wiedzy o adopcji jak my (chyba, że ktoś w rodzinie już przysposobił dziecko) Mogą mieć wiele wątpliwości związanej z przyjęciem do rodziny bądź co bądź "obcego" dziecka. Bądźmy gotowi odpowiedzieć na wszystkie ich pytania i rozwiać wszelkie wątpliwości.

Jaki wpływ na decyzję o kwalifikacji ma nasze dzieciństwo i relacje z rodzicami?

To w jakich rodzinach my się wychowaliśmy ma na pewno duży wpływ na to kim jesteśmy, ale nie określa nas jako rodziców. Możemy brać odpowiedzialność jedynie za swoje czyny, nie naszych bliskich. Przy okazji rozmów z psychologiem należy więc szczerze opowiedzieć o naszych uczuciach i niczego nie ukrywać z obawy przed skreśleniem nas jako dobrych kandydatów. Zrozumienie zachowania swoich rodziców jest czasem kluczem do niepopełniania tych samych błędów co oni.

Czy szkolenia wyglądają tak samo w każdym ośrodku?

Nie. Choć szkolenia wyglądają podobnie, to jednak każdy ośrodek inaczej je przeprowadza. Czasem jest więcej teorii, a czasem szkolenie jest bardziej interaktywne np. możecie zostać poproszeni o wzięcie udziału w scence i odegranie ról. O formę szkoleń najlepiej dowiedzieć się bezpośrednio na miejscu od pracownika ośrodka, albo podpytać osób, które przeszły już przez procedurę. 

Czy są zdrowe dzieci do adopcji?

Trzeba sobie zadać pytanie co dla nas oznacza zdrowe dziecko.  Nawet jeśli nie wykazuje ono żadnych obciążeń, czy chorób w momencie przysposobienia, nikt nie da nam gwarancji, że nie zachoruje poważnie w przyszłości, tak samo jak żaden lekarz nie zagwarantuje tego samego matce po porodzie. Nasza wiedza opiera się na wywiadzie z matką biologiczną dziecka, oraz na wywiadzie środowiskowym, opinii lekarza, opinii psychologa itd. Po otrzymaniu propozycji dziecka, zostanie nam przedstawiona jego karta. Świadomie i odpowiedzialnie musimy podjąć decyzję, czy jesteśmy w stanie takie dziecko wychować i przygotować się na ewentualne problemy. Choroby mogą być różne, od zwykłych alergii po ewentualne obciążenie związane choćby z tym, jak przebiegała ciąża (np. alkohol i FAS) 

Chcielibyśmy adoptować, ale boimy się procedur. Jak sobie z tym poradzić?

Wiele par boi się żmudnych i niełatwych procedur związanych z adopcją. Tak naprawdę nie jest to wcale tak trudne, a nawet często bywa motywujące, ponieważ coś zaczyna się wreszcie dziać w naszym życiu. W ciągu kilku dni można zgromadzić potrzebne dokumenty i złożyć w ośrodku. Obecnie jest taki projekt, by ośrodek musiał zdiagnozować parę w przeciągu 3 miesięcy od złożenia przez nich dokumentów. Ma to dobre i złe strony. Dla nas kandydatów liczy się czas o tyle, że w razie negatywnej opinii ze strony ośrodka i braku kwalifikacji, dość szybko możemy poszukać alternatywy w innym miejscu. Natomiast dla pracowników OA oznacza to więcej pracy często pod presją czasu, w stresie, gdzie tak naprawdę nic nie przyspieszy całej procedury przysposobienia dziecka. Okres oczekiwania więc prawdopodobnie się nie zmieni.

Czy adopcja w Polsce jest bezpłatna?

Tak. Adopcja w Polsce jest bezpłatna, nikt nie powinien od nas żądać jakiejkolwiek formy zapłaty za przysposobienie dziecka, nawet w formie pomocy ośrodkowi (chyba, że będzie to nasza inicjatywa)


W trakcie procedury


Jak otworzyć się przed innymi na spotkaniu grupowym?

Na spotkanie grupowe dla kandydatów w ramach szkolenia adopcyjnego zapraszane jest zwykle 5-6 par. Są to obcy ludzie dla nas, jednakże każdy zgłosił się do OA w tym samym celu- by przysposobić dziecko. Jest więc to okazja, by po raz pierwszy w naszym życiu porozmawiać z ludźmi, którzy mają za sobą podobne doświadczenia i przeżycia. Być może otwarcie się przed nimi, będzie również otworzeniem się na pewne problemy, zagadnienia przed samym sobą. Grupy są różne, jedne bardziej zżyte, inne mniej i być może nie przypadniemy sobie do gustu ze wszystkimi, ale jestem pewna, że można poznać przynajmniej jedną parę, z którą będziemy utrzymywać kontakt jeszcze długo po przysposobieniu dziecka i być dla siebie wsparciem.

Czy po sprawie o przysposobienie będziemy mieć jeszcze jakieś wizyty ze strony kuratora? Czy będziemy pod jakąś specjalną opieką?

Nie. Jeżeli jest to adopcja całkowita, prawnie jesteśmy taką samą rodziną jak każda inna.

Jak wygląda pierwsze spotkanie z dzieckiem i jakie emocje mu towarzyszą?

Na pierwsze spotkanie idziemy wraz z przedstawicielem ośrodka/naszym opiekunem zawsze po wcześniejszym umówieniu się. W niektórych placówkach praktykuje się zabranie drobnej rzeczy dla dziecka (na przykład pieluch) lub zabawki. Poznajemy dziecko i po wyrażeniu zgody umawiamy się na kolejne spotkania, które zwykle odbywają się nie częściej niż co kilka dni.

Przy pierwszym spotkaniu rodzicom towarzyszą różne emocje. Od opanowania, zażenowania i wewnętrznej radości do płaczu i wyrzucenia z siebie wszelkich nagromadzonych uczuć. Jest to sprawa indywidualna i trudno przewidzieć jak zareagują kandydaci. To bardzo wzruszający moment. Jeżeli adoptujemy niemowlę, pierwsze spotkanie można trochę porównać do pierwszego spotkania z dzieckiem po urodzeniu. Jeżeli dziecko jest starsze, jego i nasze reakcje mogą być różne: od euforii do niepewności. Tu potrzeba więcej czasu i pracy, by nawiązać z dzieckiem kontakt. 

Jak przygotować się do rozmowy z psychologiem?

Tak naprawdę nie da się przygotować do rozmowy z psychologiem. Ma ona na celu poznanie nas, poznanie naszych obaw, wizji rodzicielstwa, by na późniejszym etapie móc jak najlepiej dobrać rodziców do dziecka. 

Jak napisać swój życiorys?

W życiorysie opisujemy najważniejsze wydarzenia dotyczące nas i naszej rodziny. Dodatkowo piszemy czym się zajmujemy, co lubimy robić oraz swoje najważniejsze cechy osobowości. 

Na jakie dziecko mogę dostać kwalifikację?

Przyjmuje się, że różnica wieku pomiędzy dzieckiem a rodzicem nie powinna przekraczać 40 lat. Pracownik ośrodka zapyta nas także o nasze oczekiwania w stosunku do dziecka (zdrowie, płeć, wiek) Możemy również zadeklarować, czy jesteśmy gotowi przyjąć tylko jedno dziecko, czy ewentualnie w grę wchodzi również rodzeństwo. 

Czy mogę nie dostać kwalifikacji? Jeśli tak to dlaczego?

Tak. Zdarza się, że kandydaci nie otrzymują kwalifikacji. Jeżeli psycholog uzna, że nie jesteśmy gotowi na adopcję, może nie wyrazić zgody na kwalifikację lub ją opóźnić poprzez np. wysłanie kandydatów na dodatkowe szkolenie. Do najczęstszych przyczyn nieotrzymania kwalifikacji należą: niepogodzenie się z brakiem swojego dziecka biologicznego i brak gotowości do adopcji, problemy w małżeństwie, oraz gdy decyzja o adopcji nie była wspólna. 

Jak często powinniśmy kontaktować się z ośrodkiem po otrzymaniu kwalifikacji?

By utrzymać ośrodek w przekonaniu, że nie zmieniliśmy decyzji co do adopcji dziecka, należy co jakiś czas dzwonić i pytać jak wygląda obecnie sytuacja. Sami musimy wyczuć, czy jest to co miesiąc, dwa, czy trzy. Nie bądźmy więc nachalni, ale też dajmy do zrozumienia paniom z ośrodka, że nam zależy. 

Czy wskazane jest, żeby wymienić się numerami telefonów z innymi parami ze szkolenia?

Oczywiście, że tak. Grupa może stanowić dla siebie wsparcie również po zakończeniu szkolenia, choć bywają również tacy kandydaci, którzy traktują innych jak konkurencję. Pamiętajmy, że każdy czeka na SWOJE dziecko. Cieszmy się, gdy do naszych znajomych zadzwoni telefon, będzie to przecież oznaczało, że wkrótce i wy się doczekacie. 

Jak długo czeka się na pieczę?

Wszystko zależne jest od kilku czynników. Przy pomocy ośrodka i dobrej woli urzędników sądowych, pieczę można otrzymać bardzo szybko, ale rzeczywistość czasem bywa okrutna i oczekiwanie na nią przeciąga się aż do kilku miesięcy. 

Jak zorganizować przestrzeń dla dziecka i kiedy zacząć?

To również sprawa indywidualna, choć ze względu na obecnie długie oczekiwanie na dziecko, odradza się kandydatom zbyt wczesne przygotowania mieszkania/domu na przyjęcia dziecka. Ponadto trudno dokładnie przewidzieć wiek dziecka, więc część zakupionych rzeczy może okazać się zbędna. Jeżeli jednak planujecie większe remonty (np.położenie nowej podłogi, malowanie, budowa ścianek) zaleca się wykonanie takich ciężkich robót wcześniej, by nie zaprzątać sobie tym głowy wtedy, gdy dostaniemy propozycję dziecka. 

Maluchowi nie potrzeba dużo miejsca. By poczuć się pewnie w obcym środowisku wskazane nawet może być spanie z tym samym pomieszczeniu co rodzice. Powinniśmy natomiast zadbać o wszelkie potrzebne rzeczy takie jak łóżeczko, środki pielęgnacyjne, zabawki, fotelik do karmienia (dla dziecka starszego) i inne.

Jak wyglądają pierwsze chwile z dzieckiem po zabraniu go do domu?

Dzieci reagują różnie. Jedne nie mogą się doczekać, kiedy wreszcie będą mogły zamieszkać w normalnym domu, inne zaś potrzebują czasu, by oswoić się z nowym otoczeniem. Dotyczy to również niemowląt, które potrafią być niespokojne i nerwowe. Naszym zadaniem jest zapewnienie dziecku jak najbardziej komfortowych warunków, by mogły szybko dostosować się do nowej sytuacji. 

Jak wygląda sprawa książeczki zdrowia dziecka?

Niektóre placówki od razu wydają duplikat książeczki, bez imienia i nazwiska, inne zaś przekazują rodzicom oryginał. Niezależnie jednak od tego w jakiej formie się to odbędzie, powinniśmy dostać komplet: książeczkę wraz z kartą szczepień. Jeżeli chcemy uniknąć używania starego imienia i nazwiska dziecka oraz numeru PESEL, możemy poprosić o wydanie kopii. W wielu przypadkach będą jednak konieczne wizyty prywatne. 

Czy mogę zmienić dziecku imię?

Można zmienić dziecku imię i tak też robi większość par adoptujących maluszka. Przy starszym dziecku należy się zastanowić, czy będzie to dla niego dobre. To sprawa indywidualna. Z jednej strony dziecko może poczuć, że straciło tożsamość przy zmianie imienia, z drugiej wręcz przeciwnie - samo może chcieć rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu. Ze starszym dzieckiem warto więc porozmawiać i nie decydować za niego.

Kiedy mogę nadać dziecku drugie imię?


W trakcie sprawy o przysposobienie zostaniecie zapytani nie tylko o pierwsze imię dla dziecka, ale również i drugie. 

Jak ubrać się do sądu?

Według wytycznych z naszego Ośrodka Adopcyjnego powinno się ubrać elegancko, ale niezbyt formalnie, czyli dla pani spódniczka/spodnie i bluzka, dla pana spodnie (nie jeansy) plus koszula. Garnitur nie jest konieczny. Mamy pokazać swój szacunek do sądu, ale musimy wyglądać jak na rozmowę o pracę.

Jakie informacje dostaniemy o rodzinie biologicznej dziecka?

Dostaniemy wszystkie informacje jakie ośrodek posiada o rodzinie. Jeżeli matka biologiczna zgłosiła się odpowiednio wcześniej do ośrodka i była przygotowywana na zrzeczenie się dziecka, pracownik ośrodka będzie posiadał informacje o niej i o ciąży. 

Jak wygląda wizyta kuratora?

Wizyta kuratora jest zwykle szybka i przyjemna. Sprawdza on nasze przygotowanie na przyjęcie dziecka, czyli musimy pokazać, gdzie dziecko będzie spało i przebywało oraz całą jego wyprawkę.

Jak wygląda wizyta domowa przedstawiciela ośrodka?

Wizyty nie należy się obawiać, choć sama sytuacja może się wydawać dość stresująca. Panie z ośrodka chcą porozmawiać i poznać wasze warunki mieszkaniowe. Wizyta ta, w przeciwieństwie do niektórych spotkań w ośrodku, ma charakter nieformalny i zazwyczaj wszyscy kandydaci bardzo mile ją wspominają. Możecie zostać poproszeni na przykład o:

- pokazanie miejsca, gdzie planujecie kącik dla dziecka
- opowiedzenie o swoim życiu codziennym
- opowiedzenie o okolicy (dobrze wcześniej dowiedzieć się gdzie jest najbliższa szkoła, przedszkole, pediatra) 
- opowiedzenie o tym jak wyobrażacie sobie swoje życie z dzieckiem 
- ponowne wyjaśnienie motywacji do adopcji

Na spotkanie można przygotować jakiś mały poczęstunek lub obiad jeżeli mieszkacie poza miejscem, gdzie znajduje się ośrodek i panie muszą dojechać. Będzie to mile widziane. 

Czy muszę przyjąć propozycję dziecka?


Nie. Jeżeli macie jakiekolwiek wątpliwości, czy obawy powinniście powiedzieć o tym przedstawicielowi ośrodka. Żeby adopcja była udana, musicie być w 100% przekonani do propozycji dziecka.

Po adopcji


Jaką pomoc mogę uzyskać ze strony ośrodka po przysposobieniu?

W ośrodku pracują osoby, które mają doświadczenie w swojej pracy. Dlatego też, jeżeli coś was niepokoi, koniecznie poproście o pomoc. Może to być zwykła rozmowa, w której uzyskacie wszelkie informacje na temat tego, co was martwi, ale również pracownik ośrodka może skontaktować się w naszym imieniu z odpowiednimi osobami, które będą w stanie nam pomóc. 

Czy wszystkie dzieci do adopcji są już ochrzczone?

To zależy. Jeżeli dziecko przebywa na przykład w placówce prowadzonej przez siostry zakonne, może zostać ochrzczone, ale zazwyczaj nie dotyczy to niemowląt i bardzo małych dzieci. Decyzja więc czy i kiedy ochrzcić dziecko oraz dobór chrzestnych należy do nas. 

Czy ośrodek kontaktuje się z rodziną po przysposobieniu?


Nie. Kontakt z ośrodkiem utrzymują tylko te rodziny, które sobie tego życzą. Mogą to być telefony z informacjami jak radzi sobie dziecko, albo ewentualnie prośby o pomoc i wsparcie.

Kiedy powiedzieć dziecku prawdę o jego pochodzeniu?

Im wcześniej tym lepiej. Tym sposobem dziecko będzie dorastało znając prawdę i stanie się ona dla niego czymś naturalnym. Informacje o adopcji dawkujmy dziecku w zależności od jego wieku. Bądźmy zawsze gotowi do rozmowy, szczególnie w trudnym dla dziecka wieku dorastania. Nie zbywajmy dziecka zdawkową odpowiedzią, poświęćmy tematowi tyle czasu, ile dziecko potrzebuje, by poczuć się bezpieczne. 

Pamiętaj! Zazwyczaj prawda i tak wychodzi na jaw. Lepiej, żeby dziecko dowiedziało się jej od nas, czyli ludzi mu bliskich, których kocha, niż od "życzliwej" sąsiadki. 

 Kiedy najlepiej przedstawić innym nowego członka rodziny?

Dziećmi oczekującymi na adopcję zajmuje się kilka osób. Dlatego też ważne jest, by po przysposobieniu dać sobie trochę czasu na to, by dziecko poznało co to znaczy mieć rodziców, czyli tylko dwóch opiekunów. Zrozumiałe jest, że dziadkowie, czy ciocie nie będą mogli doczekać się dziecka, ale muszą zrozumieć, że maluch potrzebuje czasu na wszystko. Musi poznać nowe otoczenie, rodziców, przyzwyczaić się do nowego jedzenia (chyba, że odżywia się tylko mlekiem to wtedy do karmiącej go osoby) i przede wszystkim poradzić sobie z dużą ilością bodźców. Pamiętajmy, że dla dziecka może to być stresujące lub zbyt obciążające jeżeli będzie musiało poznać kilka nowych osób w ciągu tygodnia. Wy i dziecko jesteście najważniejsi. Wszyscy inni mogą poczekać. Zwłaszcza jeżeli adoptowaliśmy starszaka. 

Czy na sprawie o przysposobienie obecny jest przedstawiciel ośrodka?

Tak, pod warunkiem, że jest opiekunem prawnym dziecka. W przeciwnym razie nie ma potrzeby jego obecności.

Jakie pytania mogą paść podczas rozprawy?

Sąd prawdopodobnie zapyta nas o więź z dzieckiem, czy i w jaki sposób się narodziła oraz o kontakty z nim (na czym polegają, jak wyglądają, jak często się odbywają) Sąd może nam również zadać pytania dotyczące naszego małżeństwa, przygotowania do rodzicielstwa oraz planu opieki nad dzieckiem.

Czy sprawa sądowa odbywa się zawsze w tym samym mieście co ośrodek?

Nie. Sprawa o przysposobienie odbywa się w miejscu, w którym zwykle przebywa dziecko i jest opiekun prawny. 

Ile mam czasu na ostateczną decyzję o przyjęciu dziecka do siebie?

Ośrodki raczej nie wyznaczają sztywnych ram czasowych i nie wywierają presji na kandydatach. Niektóre pary wiedzą już po pierwszym spotkaniu z dzieckiem, że akceptują propozycję, inne potrzebują ją przedyskutować np. przez weekend.

Ważne!
Pamiętajcie, że na każdym etapie możecie zrezygnować. Jeżeli nawet odbyło się już kilka spotkań z dzieckiem, a wy nadal macie wątpliwości, poinformujcie o tym pracownika ośrodka. To ważne w kontekście udanej adopcji. 


Linki do powiązanych postów:
Ile trzeba czekać na pieczę?

Testy psychologiczne dla kandydatów na rodziców adopcyjnych.

Kiedy rodzi się matka.

O sprawie o przysposobienie.

O drugiej sprawie o przysposobienie.

Wychowywanie dziecka po traumie-cz2

Jak i kiedy ocenia nas ośrodek

Chcę adoptować dziecko-co-teraz?

Inne linki dotyczące adopcji znajdziecie w zakładce "Adopcja" oraz "Procedury adopcyjne"


To pierwsza część cyklu "Adopcja dziecka - pytania i odpowiedzi" Jeżeli macie jakiekolwiek inne pytania, czy wątpliwości, piszcie w komentarzu lub bezpośrednio na: naszmalyswiatek@gmail.com Postaram się pomóc :) 





czwartek, 24 stycznia 2019

Niejadki (nie) istnieją?


Co jakiś czas słyszę od koleżanek: Moje dziecko jest niejadkiem. Albo inna wersja: Moja starsza córka to pięknie je, a młodsza? Boże, ale z niej niejadek! Powiem wam jedno. Dla mnie takie określenie jak niejadek, w ogóle nie istnieje. 


Nasza pizza :)

Kim tak naprawdę jest niejadek? Tak określa się dziecko, które trzeba zmuszać do jedzenia. Zadajmy więc sobie fundamentalne pytanie: dlaczego. Jeżeli dziecko jest zdrowe, prawidłowo się rozwija, spala przecież energię, a co za tym idzie powinno czuć potrzebę jej uzupełnienia. 

Pewnie nie pamiętacie, bo było to w jednym z moich pierwszych postów, ale opisywałam spotkanie wsparcia dla rodzin adopcyjnych na które zostałam zaproszona kiedy Elsa miała około 5 miesięcy. Wnioski jakie wyciągnęły dziewczyny po nim były takie: mam prawdopodobnie zaburzenia więzi z dzieckiem. Objawy? Na pytanie o karmienie odpowiedziałam im, że dziecko wyrywa mi butelkę przy karmieniu.
Na szczęście moja trzeźwość umysłu nie pozwoliła mi dać się zwariować, bo ja wiedziałam swoje: moje dziecko po prostu KOCHA jeść. Jeszcze przed adopcją, opiekunki w DD musiały odkładać inne dzieci, żeby jej pierwszej podać mleko. Tak się wydzierała. W domu, na nocne karmienie mieliśmy odsypany, odmierzony proszek, a woda stała w butelce w podgrzewaczu, by jak tylko Elsa się obudzi, podać jej jak najszybciej pokarm. Inaczej całemu blokowi groziła pobudka. 
Elsa jadła w nocy do mniej więcej 14-15 miesiąca życia. Nie było szans, żeby ją odstawić, ona była po prostu głodna. Martwiąc się o jej ząbki, trochę ją oszukiwałam wsypując mniej mleka, ale rady typu daj jej wodę zamiast pokarmu niech ci mądrzy sami zastosują, gdy głód dopadnie ich. 
W którymś momencie, Elsa po prostu nie obudziła się na karmienie. Ot tak. Z dnia na dzień. Pewnych rzeczy się nie przeskoczy, mówcie co chcecie, a ja jako mama, która przechodziła przez to dwa razy gwarantuję, że pod pewnymi względami dzieci wiedzą lepiej. Elsa nadal kocha jeść, choć sama wygląda jak baletnica z talią osy.

Misia była zupełnie inna. Jako 2-miesięczne niemowlę przesypiała całą noc, nie miała potrzeby jeść. Ideał. Ale za to gdy zbliżała się do roczku, zaczęła budzić się na karmienie późnym wieczorem. Myślę, że było to związane z tym, że potrzebowała więcej energii. Postaraliśmy się więc, by zwiększyć jej ilość pokarmu w ciągu dnia, by w nocy nie czuła głodu. Pomogło.

No dobrze. To co z tymi niejadkami? Według mnie jedne dzieci jedzą więcej, inne mniej. Mają różne upodobania kulinarne, tak jak my dorośli. Pamiętam jak dziś, jak bratowa mojego męża wciskała dziecku coś do jedzenia co nazywała "zupka pychotka" Gdybyście rzucili okiem na to, mielibyście od razu odruch wymiotny. To co można jeszcze dać maluchowi, jakąś papkę, nie nadaje się już zupełnie dla starszaka. Dla niego posiłek powinien wyglądać zachęcająco i powinien mu smakować. (nie mówiąc o tym, że już w wieku kilku miesięcy dziecko nie powinno jeść papek ze względu na rozwój mowy) Rodzicom często wydaje się, że dziecko powinno zjeść cokolwiek mu przygotujemy. A przecież jemu też ma prawo coś nie smakować. Tak jak dorosłemu. Mój mąż na przykład nie jada pomidorów (za to je keczup), i nie cierpi cebuli (chyba, że to chipsy o jej smaku) Może to dziwne, ale jak to mówią czasem lepiej nie próbować zrozumieć. Nie wciskam mu na siłę tego, czego nie lubi. 

Moja kuchnia może nie jest mega ekologiczna, nie daję dzieciom czarnego ryżu jak moja koleżanka weganka, bo nie znam się na tym, ale staram się robić te rzeczy, które są zdrowe i dzieciom smakują. Nawet jeśli chodzi o smakołyki.
Taki przykład. Na urodzinach gościliśmy moją koleżankę z dziećmi. Nakładając tort, koleżanka mówi do mnie, żebym jej córce (9 lat) włożyła naprawdę symboliczny kawałek, bo ona tortów nie jada. No to włożyłam ociupinkę, po czym po chwili dziecko wraca do mnie po dokładkę. Zdziwiona pytam więc, czy jej smakuje, a ona, że bardzo, że w domu nie je, bo mama zamawia na urodziny takie gotowe torty. Jestem pewna, że wyglądają pięknie, ale niekoniecznie dobrze smakują.

Kolejny błąd rodziców to monotonne potrawy. Dlaczego dzieci najchętniej jedzą rosół i pomidorówkę? A no właśnie dlatego, że  w domu pewnie to na okrągło jedzą. Zdarza się, że rodzice dają coś dziecku na spróbowanie, ono nie chce i już więcej nie próbują. A to wielki błąd, bo u dziecka czasem zmienia się gust już po kilku dniach. Uwierzycie, że Elsa jako dziecko 2-letnie nie lubiła kakao? A teraz uwielbia i to nie takie Nesquick tylko naturalne. Moje dzieci zjedzą brokułową, barszcz czerwony, żurek, krupnik itd. Jedne zupy lubią mniej, inne bardziej, ale zjedzą wszystkie.

Kolejna rzecz i błąd rodziców. Mając jedno dziecko, łatwiej dostosować się do niego, ale gdy jest ich więcej, często rodzice zapominają, że każde z nich jest inne i to co smakuje córce, nie koniecznie przypadnie do gustu synowi. Misia uwielbia mleko, Elsa woli popić kanapkę wodą. Elsa woli pomidorki, Misia ogórki. Dlatego często układam im różne składniki na dużym talerzu, a dziewczynki same sobie komponują kanapki. Warunek jest taki, że wszystko ma być zjedzone, że każda musi jeść dobre i zdrowe rzeczy. Nie ma problemu z tym, żeby talerz został pusty. Robią kanapki z tego co chcą i ile chcą: jajeczko, wędlinka, serek, warzywa czasem polewają keczupem. Wtedy czują, że to one same podejmują decyzję i chętniej jedzą.


Jeden z posiłków na świeżym powietrzu :)
No i najważniejszy błąd rodziców, czyli pozwalanie na ciągłe podjadanie między posiłkami. Jeżeli dziecko napcha się jakichś wafelków o godzinie 17, to daję sobie głowę uciąć, że o 18.30 nie zje porządnego posiłku. Często też widzę, że dziadkowie chętnie dają dziecku suchą bułę w sklepie, a potem narzekają, że zupy jeść nie chce. 
U mnie dziewczyny wiedzą, że wieczorem i przed posiłkiem nie ma podjadania i nigdy nie było sytuacji, żeby coś wymuszały. Czekają spokojnie na  przykład na obiad. Wiedzą też, że mogą sobie coś odłożyć na talerzyk i na następny dzień będą to mogły zjeść. Poza tym u nas istnieje żelazna zasada, której staramy się zawsze przestrzegać - jeśli chcesz zjeść coś słodkiego, musisz zjeść normalny posiłek. 

Nie wierzę, że jakieś dziecko nie ma potrzeby jedzenia. Według mnie trzeba w nim tylko od małego wyrobić dobre nawyki żywieniowe i przede wszystkim poznać jego preferencje. Dziecko to nie lalka, której dla zabawy można dać do zjedzenia wszystko. To mały człowiek, ze swoimi kubkami smakowymi i upodobaniami. Jeżeli nie jest przekonane do czegoś, można spróbować podać mu coś w atrakcyjnej formie np. ja jajko smażę w foremce serduszko, co sprawia dziewczynkom dużą radość. Nutelli nie znają, ale za to chętnie jedzą owoce. 

A na koniec dwie takie sytuacje, które bardzo mnie ostatnio rozbawiły. Oczywiście związane z jedzeniem :))
W zeszłym tygodniu odbyła się u nas impreza na dzień Babci i Dziadka. Każda grupa występowała osobno, więc pierwsza zaczęła świętowanie najwcześniej. Grupa Elsy była druga, Misi ostatnia. Opowiadała mi wychowawczyni Elsy, że gdy moje dziecko weszło do swojej sali (była wcześniej u siostry) i zobaczyła, że impreza się skończyła a kucharki wynoszą talerze, z przerażeniem skomentowała: "O nie! Trzeba się pospieszyć, bo zabierają jedzenie!" Pominę fakt, że u Misi w sali jedzenia było tyle, że jeszcze do domu zabieraliśmy.

Wczoraj zabraliśmy dziewczynki na salę zabaw, gdzie mogły się wyszaleć. Bardzo u nas popularne jest, żeby w takich miejscach urządzać urodziny. No i akurat jakaś dziewczynka świętowała ze swoimi gośćmi. W pewnym momencie, usłyszeliśmy przez głośnik, że dziewczynka o dźwięcznym imieniu Berta, prosi swoich gości na tort. Oczywiście Elsa przybiegła do nas do stolika i mówi: "Chodźcie, zapraszają nas na tort!" Hmm i weź tu wytłumacz, że zapraszają, ale nie nas ;) Oczywiście powiedziałam jej, że niejaka Berta ma urodziny i tak dalej, ale rozczarowanie na jej buzi było ogromne. Najgorsze było to, że salka urodzinowa była przeszklona i widziała jak inne dzieci jedzą smakołyki. Trudno jej było się z tym pogodzić, bo po jakimś czasie stwierdziła "Czemu oni nas nie zaprosili na tę imprezę" To było wiecie, takie pytanie retoryczne, któremu towarzyszyło westchnięcie. 


Możecie się ze mną zgodzić, albo nie, ale podtrzymuję swoje zdanie. Niejadków nie ma. Jeżeli nie popełnicie pewnych błędów, wasze dziecko na pewno doceni waszą kuchnię :)








wtorek, 22 stycznia 2019

Taka tam historia.




Pewna Babcia z pewnym Dziadkiem
patrzą na siebie ukradkiem.
Nic nie mówiąc spoglądają,
czy tym razem się doczekają.
Ale bocian, który leci
nie odwiedził dziś ich dzieci.
Zostawił kilka zawiniątek,
ale znów pominął ich kątek.
Smutna Babcia, smutny Dziadek odliczają więc godziny,
nie tracąc nadziei, że kiedyś
bociek zastuka do ich rodziny.

Aż tu nagle, dnia pewnego,
coś się stało przedziwnego.
Rankiem bowiem, na wakacjach,
ni to z gruszki, ni z pietruszki,
wpada bocian bez tobołka i coś dyszy, coś tam jąka.
Zaraz, zaraz mój bocianie, o co chodzi drogi panie?
Czemu wpadasz tu z wizytą, skoro puste ręce twe
Zaraz mów nam o co chodzi, czy zgubiłeś nam tu się?
Ależ nie, bociek im powie,
ja znalazłem drogę swą,
szybko, szybko, czasu szkoda,
czeka bowiem was nagroda.
Za to wasze serce wielkie,
które tyle czeka lat,
wielki cud się gdzieś wydarzył,
rozkwitł bowiem Róży Kwiat.

Babcia z Dziadkiem co sił w nogach
popędzili na spotkanie
By zobaczyć, czy też bocian
prawdę mówił, czy zamotał.
Jak legenda głosi, drodzy panie i panowie,
bociek słowa oj dotrzymał
Lecz zamiast jednego tobołka,
Dziadek z Babcią w pakiecie DWA otrzymał.

Dziadek z Babcią nie tracą już czasu
Na smutne patrzenie przez okno w stronę lasu.
Bo dziś już wiedzą, że bociany zawsze znajdą właściwą drogę
Przez deszcz, wiatr, śnieg i słońce,
by trafić wreszcie tam,
gdzie serca czekają gorące.

Babcia i Dziadek według Elsy


Dla moich rodziców, najlepszych i najukochańszych Dziadków na świecie. 




poniedziałek, 21 stycznia 2019

Kler. Od nienawiści do zabójstwa.


Szczerze mówiąc miałam nie wypowiadać się na ten temat, ale do zabrania głosu zainspirowało mnie wczorajsze kazanie. 


Proboszcz bardzo pięknie podjął temat nienawiści w naszym społeczeństwie, którego w świetle ostatnich wydarzeń nie sposób pominąć. Z zazdrości, jak mówił, bierze się złość, ze złości agresja, z agresji ktoś traci życie. Nie będę przytaczać całej wypowiedzi, lecz jej konkluzję. Nie zmienimy świata, nie zmienimy polityków, nie zmienimy innych ludzi. Ale możemy zmienić siebie. I od siebie powinniśmy zacząć. Łatwo jest wytykać kogoś palcem, odnajdywać w nich zło, ale jakże trudno przyznać się przed samym sobą, że w nas to zło też jest obecne. Może zamiast obrzucać błotem i szukać winnych w politykach, organizacjach, sąsiadach, rodzicach, pomyślmy na ile my sami jesteśmy w porządku. Gdyby tak każdy zrobił sobie rachunek sumienia, myślę, że Polacy mogliby się zjednoczyć na dłużej niż tylko pogrzeb Prezydenta Gdańska. W przeciwnym razie będzie tak samo jak ze śmiercią Papieża Jana Pawła II, która niewiele zmieniła na dłuższą metę, choć gdy umierał to cała Polska była razem z nim, ponad podziałami, ponad polityką. 

Smutne, że na każdym kroku, podkreślane są różnice w poglądach między nami. Oglądając relację w mediach, po tragicznych wydarzeniach dnia 13 stycznia, zwróciłam uwagę na taką sytuację. Wypowiadała się jakaś osoba o stanie zdrowia Prezydenta Gdańska P.Adamowicza i zakończyła "Pozostaje nam tylko modlić się o cud" na co redaktor dodał "A ci, którzy się nie modlą, niech chociaż ciepło pomyślą o panu prezydencie" Czy taka uwaga była konieczna? Czy poprawność polityczna musi być na każdym kroku obecna? Przecież to oczywiste, że kto czuje potrzebę to się pomodli, ateista tego nie zrobi. Po co tworzyć takie podziały? To tylko drobny przykład tego, jak właśnie z drobnostki, problem może urosnąć do ogromnych rozmiarów, który podzieli Polskę, podzieli ludzi, doprowadzi do morderstwa. 

Chodzę do kościoła. Nie zaprzeczam. Nie będę też udawała, że należę do świętych. Nie należę. Nigdy nie umiałam się porządnie pomodlić, bolą mnie kolana gdy za długo klęczę i w ogóle mam na swoim koncie wiele innych grzechów i grzeszków. Ale nigdy przenigdy nie odrzucałam ani nie odrzucam nikogo, ani nie oceniam ze względu na ich przynależność do kościoła, czy nie. To indywidualna sprawa i ani ja nie mam prawa oceniać nikogo, ani niech nikt nie ocenia mnie. Smutno, że często ludzie definiują siebie nawzajem właśnie na podstawie tego, czy ktoś chodzi do kościoła, czy też nie.  Dla mnie ważne jest to, kim jest dana osoba. Samo to, że ktoś regularnie uczęszcza na mszę nie zrobi z niego świętego. Potrzeba czegoś więcej niż samej obecności. 

Kler. Niedawno w kinach mogliśmy obejrzeć film na ten temat, każdy wie, nie muszę mówić. Zgadzam się z tym, że o problemie molestowania trzeba mówić. Jest to przestępstwo i nie powinno być nigdy, w jakiejkolwiek formie akceptowane czy zamiatane pod dywan. Ksiądz dopuszczający się takiego czynu łamie prawo, powinien zostać należycie ukarany i natychmiastowo wydalony z zakonu. Tak jak czasem słyszymy w USA, gdzie jakiś znany aktor dostał wyrok za np. prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu. Nie ważne, czy to początkujący aktorzyna, czy światowej sławy celebryta, taka sama kara powinna być dla każdego. Tym bardziej dla księdza, od którego wymagamy więcej, niż od zwykłego człowieka.

Kim jest ksiądz? Ksiądz to nie Jezus, to nie Bóg, to nie święty. Ksiądz to taki sam człowiek jak ja i ty. Jeżeli wybierając właśnie tę życiową drogę, nie kieruje się powołaniem oraz dobrymi intencjami, to stąd właśnie mamy sytuacje takie jak: gromadzenie dóbr materialnych, molestowania, afery. Bycie księdzem otwiera bowiem wiele możliwości dla nieuczciwego człowieka. Bo oto nagle dostaje do ręki pewnego rodzaju władzę, którą może wykorzystać tak, by wypełnić swoje złe plany i zamierzenia.
Ale czyż nie dzieje się tak w każdej obranej ścieżce? Ileż to razy mamy do czynienia z łapówkarstwem wśród lekarzy, którzy przysięgali być oddanym i ratować ludzkie życie? A potem okazuje się, że uratują, ale nie za darmo...
Ileż to razy wierzyliśmy, że szkoła przygotuje nas do życia, wykształci, a w rzeczywistości nauczyciele, których mieliśmy nie nauczyli nas nic i często wyżywali się na nas za swoje niepowodzenia osobiste? 
Ileż to razy słyszeliśmy o mobbingu, molestowaniu w pracy, szczególnie w korporacjach? 
Obojętne, czy dotyczy to księdza, szefa firmy, lekarza, prawnika, czy nauczyciela, jeżeli ci ludzie popełnią przestępstwo, powinni zostać za to ukarani. 
Ale czy to, że jakiś procent lekarzy to konowały, inni to łapówkarze, to ja nie powinnam już nigdy skorzystać z pomocy służby zdrowia? Powinnam stracić zaufanie do wszystkich?
Czy to, że mój szef ośmielił się zaproponować mi awans w zamian za pewną usługę dla niego, powinnam zamknąć się w domu do końca życia i nie zaufać już nigdy nikomu?
Czy to, że połowa nauczycieli jakich miałam była do bani, niczego mnie nie nauczyli, tylko straciłam przez nich nerwy oznacza, że nie powinnam posyłać moich dzieci do szkoły, bo nauczyciele to nieroby, którzy pracują po 18 godzin i jedyne co potrafią to strajkować?
Czy to, że tak dużo jest przypadków molestowania wśród kleru oznacza, że powinnam przestać chodzić do kościoła? 

Łatwo oceniać innych ludzi. Łatwo wrzucać w ramki i wyciągać wnioski. Trochę gorzej właściwie ocenić siebie. Nie mnie wydawać wyroki i rzucać kamienie w tych, którzy robią źle. Prawo jest (albo powinno) być jedno dla wszystkich. Żeby kościół mógł odzyskać dobre imię, myślę, że konieczne są stanowcze kroki i egzekucja tego prawa. Szkoda tylko, że w tym całym chaosie, giną gdzieś ci, którzy czynią dobro. Jak to mówią, jeden smród, potrafi zanieczyścić całe pomieszczenie. Przez to wszystko nie docenia się oddanych nauczycieli, którzy 18 godzin pracują razy dwa (plus obowiązki wychowawcze, przygotowanie do lekcji, zebrania itd), nie docenia się wrażliwych lekarzy, dla których życie i zdrowie pacjenta jest najważniejsze, obojętne ile pieniędzy za to dostają. I nie docenia się księży, którzy z powołania posługują Bogu i ludziom. Szkoda. 

Tak jak powiedział wczoraj proboszcz. Szukanie winnych tragedii takiej jak ta w Gdańsku jest ważne. Trzeba przecież wysunąć jakieś wnioski na przyszłość. Ale jeśli za tymi wnioskami nie pójdą dobre czyny, zmiany w każdym z nas, a staną się one jedynie podstawą do wzajemnych oskarżeń i kolejnych aktów nienawiści, to śmierć P.Adamowicza niczego nie zmieni. Słowa pozostaną tylko pustymi słowami. 







czwartek, 17 stycznia 2019

O planach i marzeniach. I to całkiem realnych.


Kiedy urodziła się Elsa, obiecaliśmy jej, że na czwarte urodziny zabierzemy ją w prezencie w pewne miejsce. Potem przyszła na świat Misia i stwierdziliśmy, że pojedziemy jednak kiedy dziewczynki będą starsze, żeby obie na maksa mogły wykorzystać tę atrakcję. 
Już połowa stycznia, a ja jeszcze nie napisałam o moich postanowieniach noworocznych :) Może dlatego, że w sumie ich nie mam. Staram się unikać podejmowania decyzji pod wpływem chwili, bo wiem, że zbyt długo w nich nie wytrwam. Cóż z tego, że obiecałam sobie nie denerwować się za kierownicą... Zamiast postanowień snuję natomiast plany. I właśnie w tym roku chciałabym dotrzymać obietnicy danej dziewczynkom, kiedy były małe (choć nie pamiętają, więc łatwo się wywinąć;) ) 


Wraz z pojawieniem się pierwszych wiosennych promieni słonka mam również zamiar wrócić do zagospodarowywania ogródka. Tu mam nadzieję przyjdą z pomocą moi rodzice, którzy dużo bardziej znają się na tym co i jak. Mnie czasem trudno wyobrazić sobie jak rabata będzie wyglądała za 5,10 lat, kiedy to rośliny urosną ;) Dokończę też zapewne mój kącik różany, gdzie jeszcze jest miejsce na kilka nowych odmian. 

Pergola w moim kąciku różanym :)

Hibiskus  -  w tym roku chciałabym dokupić białego :)

Marcheweczka z ogródeczka :)


W zeszłym roku pisałam wam, że miałam w planie odwiedzić w wakacje stare przyjaciółki, odnowić znajomości. W tym roku zmieniłam trochę swoje podejście, nie wiem, czy dobrze. Czasem mamy wyrzuty sumienia, że do kogoś nie dzwonimy, nie odwiedzamy go, nie interesujemy się odpowiednio. Po czym uświadamiamy sobie, że w zasadzie przecież to działa w dwie strony... Do nas też można zadzwonić, zapytać co u nas słychać, zaproponować spotkanie. Nie mam więc już zamiaru i nie planuję na siłę podtrzymywać pewnych relacji, a co więcej postaram się pozbyć ze swojego życia toksycznych ludzi, którzy mnie otaczają (przynajmniej na tyle, na ile się da)

W minionym roku zaczęłam bardziej dbać o swoje zdrowie i oprócz tego ostatniego incydentu, kiedy to załapałam wirusa od mojej córki, muszę wam powiedzieć, że nie choruję za zatoki jak to bywało w ostatnich latach. Pamiętam, że kiedy złapało mnie w Święta w zeszłym roku, tak skończyło się na dobre dopiero na wiosnę, wtedy, kiedy zrobiło się ciepło na dworze. Tomografia nic nie wykazała, żadnego przewlekłego schorzenia, więc raczej muszę zadbać o większą odporność. 

Sport i ruch. Powiem wam, że to jednak daje dużego powera. Uwalniające się endorfinki sprawiają, że nie tylko czuję się lepiej na ciele, ale przede wszystkim na duchu. Nie mogę się doczekać, kiedy będzie ciepło i będziemy jeździć na rowerku. Koniecznie też musimy kupić Misi nową hulajnogę, bo stara jest już na nią za mała. Spełniliśmy też jedno z naszych takich wspólnych marzeń i kupiliśmy sobie coś, dzięki czemu na pewno będziemy mieć dużo ruchu i przy okazji frajdy i zabawy. Bardzo się z tego cieszę, licząc na to, że i dziewczynkom się spodoba. 

No i na koniec. Mamy taki jeden plan, marzenie, ale na to jest jeszcze wiele miesięcy, więc pozostaje nam tylko zbierać fundusze i myśleć. Zobaczymy co z tego wyjdzie, ale mam nadzieję, że coś wyjdzie ;)

Wierzę, że wiele rzeczy zależy od nas. Nie podoba mi się kiedy ludzie narzekają czekając jak coś samo do nich przyjdzie. Wydaje mi się, że jeśli naprawdę nam na czymś zależy i oczywiście jest to w granicach naszych możliwości to dlaczego miałoby się nie udać? No chyba, że nagle zapragnę zostać baletnicą jak moje córki, to wtedy wątpię, by udała mi się ta sztuka ;) Marzenia się spełniają, plany też można realizować pomalutku. Przecież nie wszystko musimy mieć od razu. Chciałabym w tym roku przede wszystkim cieszyć się z tego co mamy, a cokolwiek dostaniemy w bonusie, będzie dla nas jeszcze większą radością. 

A wy macie plany i postanowienia na ten rok?

Dobrej końcówki tygodnia! Już jutro piąteczek :))

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Ile trzeba czekać na pieczę. O opieszałości sądów i innych rzeczach.




Gdy dzwoni TEN telefon, szczęście nasze nie zna granic. Najchętniej zaraz wsiedlibyśmy do samochodu i pojechali zabrać nasze dziecko na zawsze. Ale od tego momentu do dnia, w którym będziemy mogli to zrobić potrafi minąć wiele czasu. Dla tych, którzy może nie są z nami od początku przypomnę, że my mamy niestety negatywne doświadczenia z pierwszej adopcji jeśli chodzi o sąd. Króciutko przypomnę, że przydzielona nam pani sędzia nie wyznaje zasady przyznawania pieczy, ale od razu wyznacza właściwą sprawę o przysposobienie. Stwierdziła, że "co to za różnica, czy dziecko przebywa miesiąc dłużej, czy krócej w placówce" To tylko początek góry lodowej. Po drodze przeżyliśmy zagubienie dokumentów, faxu, który trafił nie na to piętro i trzeba było osobiście prosić panią z pokoju X, by pofatygowała się z pisemkiem do pokoju Y (Więcej możecie przeczytać TUTAJ -KLIK

Jakiś czas temu przekazałam wam radosną nowinę, że dwie z poznanych przeze mnie par na szkoleniach jako już mama adopcyjna, otrzymały wiadomość o odnalezieniu ich dzieci. Jednej z nich jakimś cudem udało się zabrać rodzeństwo do domu (choć czekali bardzo długo, ale uratowało ich to, że telefon dostali wcześniej, a co za tym idzie wcześniej złożyli dokumenty), natomiast druga para, niestety do tej pory jest bez dziecka. Rozmawiałam z ojcem i minęły już dwa miesiące od złożenia dokumentów. Mają podobny problem do nas (choć to inny ośrodek, inne województwo, inna sędzia) Dokumenty lądują gdzie nie trzeba, nikt nic nie wie, czegoś brakuje, ktoś czegoś nie podpisał, czegoś nie wiedział... Powiem wam szczerze, że dla mnie jest to bezduszność i niekompetencja pracowników. Byłam pewna, że skoro nie udało się tej sprawy załatwić przed Świętami, to na pewno uda się zaraz po. Nic bardziej mylnego. Minęły już dwa tygodnie i dziecko nadal przebywa w placówce. 

Przy naszej drugiej adopcji, sędzia, która przebywała na urlopie, specjalnie pofatygowała się do sądu, by podpisać papiery, żeby Misia mogła pojechać z nami oficjalnie do domu (chciano ją wywieźć do innego miasta, pomimo tego, że wiadomo było, że adopcja będzie w ramach łączenia rodzeństw) Gwarantuję wam i jestem tego pewna, że gdyby w tych ludziach, którzy pracują w sądach było trochę empatii i zrozumienia, dziecko moich znajomych dawno byłoby w domu. A ile jest takich przypadków? Pewnie mnóstwo. Pracownicy zachowują się tak, jakby pierwszy raz zajmowali się sprawami adopcji, jak gdyby była to tak trudna rzecz, że nie można pracować wydajniej, lepiej, szybciej, tak, by zdążyć podpisać parę dokumentów. Ja rozumiem wszystko, to, że mają w sądzie dużo spraw, to, że czeka wiele rodzin. Ale też wiem, że w urzędach, zwłaszcza przed Świętami, wielu pracowników bardziej myśli o tym, kiedy zrobić pierogi, niż o dokumentach. Czy przy odrobinie dobrej woli nie dałoby się załatwić, by dzieci mogły spędzić Święta z rodzicami? 

Okazuje się, że kolejny raz dla niektórych dziecko to tylko nazwisko, numerek czekający na swoją kolejkę do rozprawy. 
A jak to wygląda oczami dziecka? 
Niektórzy nie zdają sobie sprawy z tego, że dziecko bardzo przeżywa długotrwałe i przedłużające się odwiedziny rodziców adopcyjnych. Choć synek moich znajomych ma niecały rok, bardzo przeżywa rozstania, jest nerwowy, czuje się niepewnie, gdy mama i tata pojawiają się i znikają. Starsze dzieci jeszcze gorzej znoszą ten okres. 

Nie wiem na jakiej podstawie sędzia prowadząca naszą sprawę o przysposobienie sformułowała teorię, że dla dziecka miesiąc, dwa w tę, czy w tę nie ma różnicy. Czy ktoś, kto pracuje w urzędzie takim jak Sąd Rodzinny nie powinien znać się na tym co robi? Wiedzieć jakie konsekwencje niesie za sobą papierologia i zbyt długie czekanie? Chcieć jak najszybciej połączyć rodziny? A no powinien. Ale tak niestety nie jest. Pani urzędniczka, pani sędzia, to po prostu ludzie, a ludzie są różni. To, że ktoś jest na takim stanowisku nie oznacza, że empatię dostał w przydziale.

Moim znajomym, świeżo upieczonym rodzicom życzę, by jak najszybciej mogli zabrać synka do domu, by odzyskali spokój, którego w ostatnich tygodniach na pewno im brakowało. 


* O drugiej sprawie o przysposobienie możecie przeczytać TU - KLIK

piątek, 11 stycznia 2019

Rywalizacja.




Elsa wraz z koleżanką została wytypowana do międzyprzedszkolnego konkursu w śpiewaniu. Z całej placówki pojechało jeszcze dwoje dzieci z najstarszej grupy. Zapytałam szczerze Elsę, czy chce wziąć udział w tej imprezie, wiadomo, zupełnie inaczej śpiewa się w swoim przedszkolu, a inaczej na obcej scenie. Ale cóż, mikrofon i scena kochają moje dziecko, a ono też czuje się jak ryba w wodzie stojąc przed publicznością, więc odpowiedziała mi, że chce.

Rano, w dniu konkursu, odwiozłam Elsę do przedszkola, a sama pojechałam na jedne zajęcia. Zdążyła zjeść śniadanie, zrobić jakiś tam projekt z podręcznika i pojechałyśmy. Szczerze mówiąc byłam bardzo ciekawa tego występu, ponieważ pierwszy raz moja córka brała udział w czymś, co niesie za sobą rywalizację. No właśnie. Organizatorzy konkursu ustalili, że każde dziecko dostanie jakąś nagrodę za wzięcie udziału. I słusznie. Co by nie mówić, potrzeba wiele odwagi, by wyjść na scenę i zaśpiewać do mikrofonu. Nie każdy dorosły umiałby to zrobić. A tu mówimy o dzieciakach 3-6 lat. Z jednej strony taki zerówkowicz to już nie małe dziecko, ale z drugiej to właśnie ten wiek, kiedy to zaczynamy sobie zdawać sprawę z tego, co tak naprawdę się dzieje. Przecież może coś nie wyjść, można się pomylić, można zapomnieć słów, koleżanki będą się śmiały, a świadomość tego na pewno nie pomaga. 

Rodzeństwo, zwłaszcza takie w podobnym wieku, na co dzień musi ze sobą rywalizować. Nie ma szans, żeby tak nie było. No chyba, że jedno cały czas rządzi, a drugie będzie całkowicie mu poddane. Nie słyszałam o takich przypadkach. Trzeba walczyć o kolana mamy, o kubeczek taki jak ma siostra/brat, o zabawki, o bajkę taką jak ja chcę, o tysiące drobnych rzeczy, które sprawiają, że maluch od najmłodszych lat jest zmuszony do kompromisu, do bycia asertywnym i umiejętności przebicia się. 
W samej rywalizacji nie ma w zasadzie niczego złego- uczy ona wielu umiejętności, które przydadzą się dziecku w życiu dorosłym. Powiem wam szczerze, że cholernie trudno nauczyć dziecko takiej rywalizacji, która będzie motywowała do działania, uczyła dialogu, rozwijała, a nie niszczyła, pogardzała słabszymi. Dziecko musi też przede wszystkim nauczyć się, że w rywalizację  wpisana jest porażka. 

Elsa i koleżanka zdobyły drugie miejsce. Oczywiście byłam dumna ze swojej córki, ale nie tylko dlatego, że wygrała nagrodę. Bardzo byłam dumna z kilku innych rzeczy. Staram się uczyć dziewczynki wewnętrznej radości z tego, że podejmują trud i przezwyciężają swoje lęki i obawy. Gdybyście obejrzeli ten występ, (który oczywiście nagrałam, żeby nie było), zobaczylibyście ten wyjątkowy uśmiech na jej twarzy - ten uśmiech oznacza, że ona sama była z siebie dumna. Niektórzy nazywają to brzydko byciem na naturalnym haju, ale chyba coś w tym jest ;)
Oczywiście wiadomo, nie po to bierzemy udział w jakimś przedsięwzięciu, żeby przegrywać. Każdy lubi wygrywać, dlatego ta nagroda 2 miejsca jest dla dziewczynek ważna, ale gdy wieczorem wspominałyśmy ten dzień, Elsa nie powiedziała ani słowa o wygranej. Ważne dla niej było to, że fajna była zabawa, że pięknie zaśpiewała, że dostała nagrodę i ..., że był poczęstunek dla uczestników w postaci ciast, słodyczy i soczków ;) Nie omieszkała również zabrać wałówki dla siostry, za co ją pochwaliłam, pomimo tego, że wychodziłam z sali czując się trochę nieswojo z talerzem pełnym smakołyków. 

Rywalizacja jest częścią naszego życia. Nie da się przez nie dobrze przejść będąc cały czas cieniem innych, nie umiejąc walczyć o swoje, ale granica między motywacją do samorozwoju, a niezdrową konkurencją jest bardzo cienka. 
Opowiadając wam o Elsie, oczywiście chciałam się z wami podzielić tą małą radością, ale przede wszystkim chciałam was zapewnić, że praca nad dzieckiem naprawdę ma sens i przynosi efekty. I to od samego początku. Jeżeli będzie wam się wydawać, że jest za wcześnie, nic bardziej mylnego. Maluch chłonie wszystko, a w odpowiednim czasie to wykorzysta. Dziewczynki od zawsze uczyliśmy, że jeśli jedna coś dostanie, fajnie byłoby gdyby wzięła też dla siostry. I teraz nie muszę już o tym przypominać, bo jest to dla nich naturalne. Z tego chyba jestem najbardziej zadowolona i dumna :)

Elsa nie przejęła się za bardzo drugim miejscem, choć powiedziała, że w następnym roku nauczy się grać na jakimś instrumencie. Czyżby to, że wygrała dziewczynka, której akompaniował brat na flecie miała coś z tym wspólnego? ;)    


Miłego piąteczku!




wtorek, 8 stycznia 2019

Zdrowe zakupy, czyli co nas truje i zabija.




Nie od dziś wiadomo, że produkty, które obecnie kupujemy różnią się od tych, które pamiętamy jeszcze z dzieciństwa. Ilość trujących składników, jakie spożywamy rocznie jest zatrważająca, a slogany o rzekomej zdrowej żywności często pozostają tylko pustymi słowami. Walka o klienta i jego portfel sięga tak głęboko, że producenci prześcigają się z hasełkami przyciągającymi konsumenta. "Bez  glutaminianu sodu", "Bogate w magnez", "Zapewnia dzienne zapotrzebowanie na wapń" to tylko kilka chwytliwych trików marketingowych. Cóż z tego, że produkt nie zawiera glutaminianu skoro ma w sobie inne śmiercionośne substancje, które spożywane w nadmiarze prowadzą do poważnych uszczerbków na zdrowiu. Przyzwyczailiśmy się również do obecności cukru, nie dziwi nas już on w jogurcie, czy soku, ale czy zdajemy sobie sprawę z tego, że np. w uwielbianym przez dzieci keczupie może być go ponad 30g? 

Dziś chciałabym polecić wam aplikację na telefon, dzięki której będziecie bardziej świadomi tego, co kupujecie i spożywacie. "Zdrowe zakupy", bo o niej mowa, to baza ponad 100000 produktów, dzięki której dowiesz się jaki jest ich skład i jak wpływa na twoje zdrowie. Masz również możliwość dodawania produktów z poziomu aplikacji oraz sprawdzenia tych alternatywnych do skanowanego. Jest to świetna sprawa również jeśli chodzi o tworzenie świadomości zdrowego odżywiania u naszych dzieci. Każda informacja o produkcie opatrzona jest odpowiednią ikonką, dzięki której dziecko wie, czy jest zdrowy czy też nie. Muszę wam powiedzieć, że naszym dziewczynkom bardzo się ona spodobała i przejęły się tym, że pewne produkty mogą źle wpływać na ich zdrowie. Kiedy zeskanowaliśmy Ptasie Mleczko i pokazał się wykrzyknik sugerujący zawartość cukru, powiedzieliśmy im, że taki produkt może być jedzony, ale nie w nadmiarze. Wiadomo, nie można dać się zwariować, ale trzeba być świadomym tego, co może nam grozić przy długotrwałym spożywaniu danej rzeczy. Cukier to przecież nie tylko otyłość.

Jak producenci ukrywają skład? No cóż, nie każdy zna się na oznaczeniach choćby konserwantów, jest ich setki i nie każde E jest szkodliwe. Ale wiele może w ogromnym stopniu wpływać na nasz organizm. Taki drobny przykład. Mieliśmy w domu Gumę Orbit, którą sami lubimy, wiadomo nasze dzieci są jeszcze za małe na żucie. I co? Sami popatrzcie: 

























Kliknijmy teraz na pierwszą ikonkę:



Szczerze mówiąc nie miałam pojęcia, że aż tyle rzeczy może powodować jeden składnik. Nie musi, ale może. Zwróćcie szczególną uwagę na informację o wpływie na płodność. A to tylko guma... W ilu jeszcze produktach znajdziemy takie magiczne składniki, niszczące nie tylko nasze zdrowie, ale również nasze marzenia o dziecku? Nawet nie chcę myśleć. Nie dziwmy się więc, że problem płodności dotyka tak wielu z nas. Nie mówiąc o innych chorobach, których jesteśmy lub wkrótce będziemy świadkami. 
Bądźmy świadomi tego, czym nas trują inni. A wszystko w imię czego? Tylko i wyłącznie pieniędzy, bo wokół nich to wszystko się kręci. I to tak mocno, że człowiek człowiekowi jest w stanie zgotować taki los.


* post powstał tylko i wyłącznie na podstawie moich własnych doświadczeń, ma charakter informacyjny i nie jest w żaden sposób związany z promowaniem aplikacji (która notabene jest darmowa)

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Opcja adopcja.




Większość z nas nie wierzy w postanowienia noworoczne, ale co by nie mówić ten magiczny moment, ta jedna sekunda, kiedy kończy się stary rok, czasem pozwala nam uwierzyć, że może będzie lepiej? Rozmawiając ze znajomymi nie raz słyszę "Niech ten rok już się skończy", bo albo ktoś ma problemy zdrowotne, albo w pracy nie idzie, albo ciężko coś załatwić. Tak jakby ten jeden dzień mógł wiele zmienić... 
Ale paradoksalnie czasem zmienia. Dlaczego? Bo zmienia się nasze nastawienie, bo zaczynamy dostrzegać pewne rzeczy i inaczej patrzeć na nasze życie. Może dlatego ten okres Świąt i Nowego Roku jest dla niektórych tą magiczną datą, kiedy to otwieramy się na nowe, dotąd nieznane nam drogi, możliwości. 

Święta nie zawsze bywają radosne. Albo kolejny raz musimy wysłuchiwać pytań w stylu "A kiedy u was dziecko"? albo w ciszy przeżywać nasz własny ból patrzenia na szczęście innych dzieci w naszej rodzinie. Kolejny rok jesteśmy tylko ciocią i wujkiem, kolejny raz patrzymy na wszystko z boku próbując mieć choć namiastkę tego, co mają oni. Ubieramy choinkę myśląc o tym jak by to było, gdyby obok nas szalał mały berbeć próbujący pomagać nam w tej czynności. 

Część z was, właśnie teraz powie sobie dość. Już więcej nie chcę starań, nie chcę wydawania pieniędzy bez żadnej gwarancji sukcesu, marnowania swojego zdrowia psychicznego i fizycznego. Wtedy właśnie rodzi się pomysł adopcji. Spotykając na szkoleniach różne pary, muszę wam powiedzieć, że nie dla każdego jest to trudna decyzja. Dla niektórych przyjęcie do swojej rodziny dziecka jest czymś naturalnym, co zawsze było gdzieś z tyłu głowy. Nie jako alternatywa dla dziecka biologicznego, ale właśnie jako inna droga do rodzicielstwa. Dziecko to dziecko, więc jeśli chcę być jego matką, ojcem, nie zastanawiam się długo nad tym czy podołam. Każde dobre rodzicielstwo, zarówno biologiczne jak i adopcyjne, niesie za sobą sporo wyrzeczeń, pracy nad sobą, trudu wychowania. Ale jest też źródłem nieustannej radości i szczęścia, jeżeli tylko będziemy z niego czerpać. Dlatego adopcja nie musi być niczym szczególnym. 
Dla innych jednak, otworzenie się na tę właśnie drogę do rodzicielstwa jest czymś, co muszą przemyśleć, przedyskutować. To zupełnie nowy etap w życiu, pozwalający zamknąć jedne drzwi i podążać w nowym, nieznanym kierunku. Nie każdy jest na to od razu gotowy. Ale zamykając przeszłość, nagle daje nam świadomość tego, że od tej pory nic nie muszę. To ogromne poczucie wolności, dzięki której odkryjemy, że poza staraniami o dziecko, istnieje świat, który warto znów zauważyć. 

Od czego zacząć?

Warto przejrzeć listę ośrodków adopcyjnych znajdujących się blisko naszego miejsca zamieszkania. Na pewno trzeba wziąć pod uwagę to, że na szkolenia, rozmowy, trzeba będzie dojechać. Jeżeli trudno nam wziąć urlop, nie wybierajmy ośrodka na drugim końcu Polski. Popytajmy ludzi ze środowiska adopcyjnego, które ośrodki są najlepsze i gdzie nie czeka się latami. Warto zajrzeć na forum Bociana i poczytać opinie kandydatów, zorientować się co i jak. 

A jeśli nie jesteśmy pewni do końca swojej decyzji?

Idąc do ośrodka powinniście być pewni tego, że otworzyliście się na tę drogę do rodzicielstwa. Jeżeli jednak w czasie procedury poczujecie, że to nie dla was, pamiętajcie, że w każdym momencie, na każdym etapie, możecie zrezygnować. Powiem więcej. Nawet powinniście, by nie unieszczęśliwić zarówno siebie jak i dziecka. Czasem zdarza się tak, że para jest przekonana do adopcji, jednak przedłużające się oczekiwanie na propozycję zmienia wszystko i decydują się na świadomą bezdzietność. 

Czy adopcja dziecka to dobra decyzja?

Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sam. Dla mnie, co wielokrotnie powtarzam tu na blogu, decyzja o adopcji była wygranym losem na loterii. Nie tylko sercem urodziłam dwie najukochańsze dla mnie istotki, ale również wygrałam z powrotem swoje życie. Nie myśleliśmy o tym długo, nie rozważaliśmy różnych aspektów przyjęcia bądź co bądź obcej dla nas osoby, ale w momencie otwarcia się na tę drogę do rodzicielstwa, z wielką ulgą zdjęłam z siebie ciężar starań naturalnych, prowadzących być może do nikąd. 


środa, 2 stycznia 2019

Jaki Sylwester, taki cały rok? Nie, dziękuję.



Jak to powiadają, udany Sylwester to udany cały rok. Szczerze mówiąc jeśli tak właśnie ma być, jeśli cały 2019 ma być taki jak Sylwester i Nowy Rok, to ja już od razu poproszę o następny...



30 grudnia, niedzielny poranek.


Leżę z gorączką. Zresztą nie tylko ja. Zaniemógł mój tata, zaniemogła Misia. Wszyscy to samo, temperatura, kaszel, lekki katar. Rewelacja, nie ma co. Nie można było chyba znaleźć gorszego czasu na chorowanie - znalezienie wolnego terminu do internisty w niedzielę, w przeddzień Sylwestra, graniczy z cudem. Gorączka spada tylko na chwilę, a kaszel rozszarpuje gardło - przynajmniej moje. Niczym na dobrej aukcji na Allegro, próbujemy oboje z mężem upolować jakiś termin w Luxmedzie. Na próżno. Trzymam więc palca w pogotowiu i próbuję kliknąć na rezerwację jak tylko pojawi się jakiś wolny lekarz, ale wciąż tkwię na "Brak wolnych terminów w podanym okresie" No dobra, nie tracimy nadziei. 
Po jakimś czasie, udaje nam się coś zarezerwować, choć miejsce nie bardzo, bo na drugim końcu miasta. No nic. Szukamy dalej i w razie czego zamienimy. 

Znalezienie pediatry również nie jest łatwe. Tu mamy jednak więcej szczęścia, udaje się zabukować wizytę dla Misi u jednej z dwóch doktor, do których chodzimy. Potem zapisujemy też Elsę, którą chciałam, żeby osłuchała, bo nadal pokasłuje. 

Późno wieczorem, udaje mi się przepisać do lekarza bliżej nas, między moją wizytą a dzieci będziemy mieć godzinkę, więc luzik. 


31 grudnia, Sylwester.

Wstajemy i szykujemy się do lekarza. Pierwszy dzień, kiedy to rano nie mam gorączki, ale jestem tak słaba, że wyszykowanie się jest tak męczące jak wchodzenie pod ogromną górę. W samochodzie źle się poczułam. Nie wiem, czy tak jest jak jedzie się na poród, czy to raczej tylko w filmach, ale myślałam, że nie dojadę na miejsce...
Byłam umówiona do doktora Ahmeda jakiegoś tam. Powiem wam, że nie chciałam się uprzedzać, bo doktor miał dość dobre opinie, nie jestem przecież rasistką, ale po wejściu do gabinetu towarzyszyło mi dziwne uczucie. Czułam się tak, jakbym pojechała na wakacje do Afryki, tam zachorowała i zabrano mnie do jakiegoś namiotu, gdzie lokalny lekarz mnie bada. Po polsku mówił nieźle, choć gdy próbowałam odpowiedzieć na pytanie jakie mam objawy, kazał mi mówić wolniej. Mam takie wrażenie, że w ogóle starsi lekarze (ten miał chyba z milion lat) mają problem ze słuchaniem pacjenta i jednoczesnym wklepywaniu tego co mówi do komputera. No, ale dobra. Niech mu będzie. Zbadał mnie i na szczęście stwierdził, że osłuchowo jest ok. Mam nadzieję, bo do pana Ahmeda już się raczej nie wybiorę.

Dziewczyny. Ich wizyta nie była po kolei, ale oczywiście pani doktor zbadała je razem. Miła, rzeczowa i przede wszystkim wszystko tłumaczy, robi dokładny wywiad, wszystko ją interesuje a co najważniejsze sama od siebie proponuje różne rozwiązania. Płucka i oskrzela czyste. 
Wracamy do domu. Jeszcze tylko po drodze trzeba kupić coś do jedzenia. Stajemy przed Lidlem, tata sam idzie na szybkie zakupy, a my dziewczyny zostajemy w aucie. 

Odpoczywam i dochodzę do siebie. Udało mi się na tyle, że około godziny 18 nawet umyłam włosy i założyłam lepszą bluzkę ;) Dziewczyny wkręciły się w Sylwester w Zakopanem, ale tylko Misia tańczyła przed telewizorem. Elsa utknęła ze wzrokiem wpatrzonym w wykonawców. Po 23 poczułam się gorzej. A niech to. Wspaniale wchodzę w ten Nowy Rok, pomyślałam. Wzięłam Polopirynę i trochę było lepiej. Przed północą udajemy się do pokoju dziewczynek, z którego najlepiej widać pokaz fajerwerków. Mąż zakupił dwa szampany, jeden dla nas, drugi dla dziewczyn. Piccolo w zeszłym roku "szczypał w języczek", więc w tym tata postawił na "Super Wings", co okazało się strzałem w dziesiątkę, bo był słodki i dobry. Po północy Misia opadła trochę z energii, natomiast w Elsę weszły jakieś noworoczne siły witalne. O 1.30 zaprosiła tatusia do tańca i wywijała z nim póki nie skończył się koncert, który nagraliśmy w czasie jak poszliśmy oglądać z okna pokaz na żywo. Zazdrosna Misia nagle też ożyła i mąż musiał tańczyć z obiema córeczkami ;) Ja niestety nie byłam w stanie, ale dzielnie im kibicowałam. 
W sumie nie pamiętam o której poszliśmy spać, ale na pewno było późno. Dziewczynki oczywiście nie chciały iść do siebie do łóżeczek, więc usnęliśmy wszyscy w czwórkę u nas w sypialni.


Tradycją naszą jest jedzenie domku z piernika - oczywiście najlepsze są M&M's z dachu ;)


Nowy Rok

Jeśli myślicie, że najgorsze za mną, to bardzo się mylicie. Czułam się tak samo, a może nawet gorzej. Kiedy po 12 w południe postanowiłam zjeść wreszcie śniadanie, zdążyłam jedynie skonsumować pół bułeczki, bo nagle poczułam, że tracę przytomność. Muszę wam powiedzieć, że to dziwne uczucie, bo nigdy tak do końca nie zemdlałam. Zawsze wiem, czuję co się dzieje i mam jakieś kilka sekund, by dostać się do świeżego powietrza - tylko to mi pomaga. Tak było też i tym razem, pobiegłam w stronę drzwi wejściowych, a mąż je szybko otworzył. Po chwili było już lepiej, choć niestety za niedługo uczucie powróciło. Tym razem siadłam na kanapie i otworzyłam okno, ale coś było nie tak. Było mi źle od żołądka, a organizm sobie z tym nie radził (ja jestem niestety z tych, co nie potrafią z siebie nic wyrzucić, przepraszam za szczegóły ;)) Oszczędzę wam tego co było dalej. Ulgę przyniosło mi dopiero siedzenie w samochodzie przez dobre 40 minut. W garażu jest jednak sporo świeżego powietrza wpadającego przez jakieś tam luki, no i ogólnie jest chłodniej. Udało mi się założyć kurtkę na piżamę i tak położyłam się na fotelu pasażera, z nogami do góry. 
Po powrocie do rzeczywistości, udało mi się zdrzemnąć na chwilkę i zrobiło mi się lepiej. Niewiele zjadłam. Czyżby to miał być jakiś dobry wstęp do odchudzania? Jeśli tak, to ja dziękuję za taką motywację...

Uff, dobrnęłam do końca moich opowieści. Zamiast szykować się na bal, poszłam na spotkanie z samochodem do garażu. Cóż, na pewno było mu miło ;) Jeśli zastanawialiście się dlaczego ja dziękuję za taki rok jak Sylwester, to już wiecie. Wszystko według zasady: Chciałam jak nigdy, wyszło jak zwykle ;)


Do Siego Roku kochani!