czwartek, 24 stycznia 2019

Niejadki (nie) istnieją?


Co jakiś czas słyszę od koleżanek: Moje dziecko jest niejadkiem. Albo inna wersja: Moja starsza córka to pięknie je, a młodsza? Boże, ale z niej niejadek! Powiem wam jedno. Dla mnie takie określenie jak niejadek, w ogóle nie istnieje. 


Nasza pizza :)

Kim tak naprawdę jest niejadek? Tak określa się dziecko, które trzeba zmuszać do jedzenia. Zadajmy więc sobie fundamentalne pytanie: dlaczego. Jeżeli dziecko jest zdrowe, prawidłowo się rozwija, spala przecież energię, a co za tym idzie powinno czuć potrzebę jej uzupełnienia. 

Pewnie nie pamiętacie, bo było to w jednym z moich pierwszych postów, ale opisywałam spotkanie wsparcia dla rodzin adopcyjnych na które zostałam zaproszona kiedy Elsa miała około 5 miesięcy. Wnioski jakie wyciągnęły dziewczyny po nim były takie: mam prawdopodobnie zaburzenia więzi z dzieckiem. Objawy? Na pytanie o karmienie odpowiedziałam im, że dziecko wyrywa mi butelkę przy karmieniu.
Na szczęście moja trzeźwość umysłu nie pozwoliła mi dać się zwariować, bo ja wiedziałam swoje: moje dziecko po prostu KOCHA jeść. Jeszcze przed adopcją, opiekunki w DD musiały odkładać inne dzieci, żeby jej pierwszej podać mleko. Tak się wydzierała. W domu, na nocne karmienie mieliśmy odsypany, odmierzony proszek, a woda stała w butelce w podgrzewaczu, by jak tylko Elsa się obudzi, podać jej jak najszybciej pokarm. Inaczej całemu blokowi groziła pobudka. 
Elsa jadła w nocy do mniej więcej 14-15 miesiąca życia. Nie było szans, żeby ją odstawić, ona była po prostu głodna. Martwiąc się o jej ząbki, trochę ją oszukiwałam wsypując mniej mleka, ale rady typu daj jej wodę zamiast pokarmu niech ci mądrzy sami zastosują, gdy głód dopadnie ich. 
W którymś momencie, Elsa po prostu nie obudziła się na karmienie. Ot tak. Z dnia na dzień. Pewnych rzeczy się nie przeskoczy, mówcie co chcecie, a ja jako mama, która przechodziła przez to dwa razy gwarantuję, że pod pewnymi względami dzieci wiedzą lepiej. Elsa nadal kocha jeść, choć sama wygląda jak baletnica z talią osy.

Misia była zupełnie inna. Jako 2-miesięczne niemowlę przesypiała całą noc, nie miała potrzeby jeść. Ideał. Ale za to gdy zbliżała się do roczku, zaczęła budzić się na karmienie późnym wieczorem. Myślę, że było to związane z tym, że potrzebowała więcej energii. Postaraliśmy się więc, by zwiększyć jej ilość pokarmu w ciągu dnia, by w nocy nie czuła głodu. Pomogło.

No dobrze. To co z tymi niejadkami? Według mnie jedne dzieci jedzą więcej, inne mniej. Mają różne upodobania kulinarne, tak jak my dorośli. Pamiętam jak dziś, jak bratowa mojego męża wciskała dziecku coś do jedzenia co nazywała "zupka pychotka" Gdybyście rzucili okiem na to, mielibyście od razu odruch wymiotny. To co można jeszcze dać maluchowi, jakąś papkę, nie nadaje się już zupełnie dla starszaka. Dla niego posiłek powinien wyglądać zachęcająco i powinien mu smakować. (nie mówiąc o tym, że już w wieku kilku miesięcy dziecko nie powinno jeść papek ze względu na rozwój mowy) Rodzicom często wydaje się, że dziecko powinno zjeść cokolwiek mu przygotujemy. A przecież jemu też ma prawo coś nie smakować. Tak jak dorosłemu. Mój mąż na przykład nie jada pomidorów (za to je keczup), i nie cierpi cebuli (chyba, że to chipsy o jej smaku) Może to dziwne, ale jak to mówią czasem lepiej nie próbować zrozumieć. Nie wciskam mu na siłę tego, czego nie lubi. 

Moja kuchnia może nie jest mega ekologiczna, nie daję dzieciom czarnego ryżu jak moja koleżanka weganka, bo nie znam się na tym, ale staram się robić te rzeczy, które są zdrowe i dzieciom smakują. Nawet jeśli chodzi o smakołyki.
Taki przykład. Na urodzinach gościliśmy moją koleżankę z dziećmi. Nakładając tort, koleżanka mówi do mnie, żebym jej córce (9 lat) włożyła naprawdę symboliczny kawałek, bo ona tortów nie jada. No to włożyłam ociupinkę, po czym po chwili dziecko wraca do mnie po dokładkę. Zdziwiona pytam więc, czy jej smakuje, a ona, że bardzo, że w domu nie je, bo mama zamawia na urodziny takie gotowe torty. Jestem pewna, że wyglądają pięknie, ale niekoniecznie dobrze smakują.

Kolejny błąd rodziców to monotonne potrawy. Dlaczego dzieci najchętniej jedzą rosół i pomidorówkę? A no właśnie dlatego, że  w domu pewnie to na okrągło jedzą. Zdarza się, że rodzice dają coś dziecku na spróbowanie, ono nie chce i już więcej nie próbują. A to wielki błąd, bo u dziecka czasem zmienia się gust już po kilku dniach. Uwierzycie, że Elsa jako dziecko 2-letnie nie lubiła kakao? A teraz uwielbia i to nie takie Nesquick tylko naturalne. Moje dzieci zjedzą brokułową, barszcz czerwony, żurek, krupnik itd. Jedne zupy lubią mniej, inne bardziej, ale zjedzą wszystkie.

Kolejna rzecz i błąd rodziców. Mając jedno dziecko, łatwiej dostosować się do niego, ale gdy jest ich więcej, często rodzice zapominają, że każde z nich jest inne i to co smakuje córce, nie koniecznie przypadnie do gustu synowi. Misia uwielbia mleko, Elsa woli popić kanapkę wodą. Elsa woli pomidorki, Misia ogórki. Dlatego często układam im różne składniki na dużym talerzu, a dziewczynki same sobie komponują kanapki. Warunek jest taki, że wszystko ma być zjedzone, że każda musi jeść dobre i zdrowe rzeczy. Nie ma problemu z tym, żeby talerz został pusty. Robią kanapki z tego co chcą i ile chcą: jajeczko, wędlinka, serek, warzywa czasem polewają keczupem. Wtedy czują, że to one same podejmują decyzję i chętniej jedzą.


Jeden z posiłków na świeżym powietrzu :)
No i najważniejszy błąd rodziców, czyli pozwalanie na ciągłe podjadanie między posiłkami. Jeżeli dziecko napcha się jakichś wafelków o godzinie 17, to daję sobie głowę uciąć, że o 18.30 nie zje porządnego posiłku. Często też widzę, że dziadkowie chętnie dają dziecku suchą bułę w sklepie, a potem narzekają, że zupy jeść nie chce. 
U mnie dziewczyny wiedzą, że wieczorem i przed posiłkiem nie ma podjadania i nigdy nie było sytuacji, żeby coś wymuszały. Czekają spokojnie na  przykład na obiad. Wiedzą też, że mogą sobie coś odłożyć na talerzyk i na następny dzień będą to mogły zjeść. Poza tym u nas istnieje żelazna zasada, której staramy się zawsze przestrzegać - jeśli chcesz zjeść coś słodkiego, musisz zjeść normalny posiłek. 

Nie wierzę, że jakieś dziecko nie ma potrzeby jedzenia. Według mnie trzeba w nim tylko od małego wyrobić dobre nawyki żywieniowe i przede wszystkim poznać jego preferencje. Dziecko to nie lalka, której dla zabawy można dać do zjedzenia wszystko. To mały człowiek, ze swoimi kubkami smakowymi i upodobaniami. Jeżeli nie jest przekonane do czegoś, można spróbować podać mu coś w atrakcyjnej formie np. ja jajko smażę w foremce serduszko, co sprawia dziewczynkom dużą radość. Nutelli nie znają, ale za to chętnie jedzą owoce. 

A na koniec dwie takie sytuacje, które bardzo mnie ostatnio rozbawiły. Oczywiście związane z jedzeniem :))
W zeszłym tygodniu odbyła się u nas impreza na dzień Babci i Dziadka. Każda grupa występowała osobno, więc pierwsza zaczęła świętowanie najwcześniej. Grupa Elsy była druga, Misi ostatnia. Opowiadała mi wychowawczyni Elsy, że gdy moje dziecko weszło do swojej sali (była wcześniej u siostry) i zobaczyła, że impreza się skończyła a kucharki wynoszą talerze, z przerażeniem skomentowała: "O nie! Trzeba się pospieszyć, bo zabierają jedzenie!" Pominę fakt, że u Misi w sali jedzenia było tyle, że jeszcze do domu zabieraliśmy.

Wczoraj zabraliśmy dziewczynki na salę zabaw, gdzie mogły się wyszaleć. Bardzo u nas popularne jest, żeby w takich miejscach urządzać urodziny. No i akurat jakaś dziewczynka świętowała ze swoimi gośćmi. W pewnym momencie, usłyszeliśmy przez głośnik, że dziewczynka o dźwięcznym imieniu Berta, prosi swoich gości na tort. Oczywiście Elsa przybiegła do nas do stolika i mówi: "Chodźcie, zapraszają nas na tort!" Hmm i weź tu wytłumacz, że zapraszają, ale nie nas ;) Oczywiście powiedziałam jej, że niejaka Berta ma urodziny i tak dalej, ale rozczarowanie na jej buzi było ogromne. Najgorsze było to, że salka urodzinowa była przeszklona i widziała jak inne dzieci jedzą smakołyki. Trudno jej było się z tym pogodzić, bo po jakimś czasie stwierdziła "Czemu oni nas nie zaprosili na tę imprezę" To było wiecie, takie pytanie retoryczne, któremu towarzyszyło westchnięcie. 


Możecie się ze mną zgodzić, albo nie, ale podtrzymuję swoje zdanie. Niejadków nie ma. Jeżeli nie popełnicie pewnych błędów, wasze dziecko na pewno doceni waszą kuchnię :)








26 komentarzy:

  1. Bob wsuwa wszystko, co się mu podstawi. Oczywiście, są różne wyjątki, ale raczej drobne. O regularności nie ma mowy - je wtedy, kiedy chce. Po prostu. Na siłę wcisnąć mu się nie da, jeśli nie jest głodny i nigdy go nie zmuszaliśmy. Chcemy go nauczyć, żeby chociaż usiadł z nami przy stole, jeśli nie chce jeśc, żebyśmy spędzili ten czas wspólnie. Po skończeniu dwóch miesięcy spał cała noc, tj. Misia. Lubi próbować różnych rzeczy i zawsze ma wybór. Oczywiście najchętniej wcina kiełbasę ale już trudno ;) Nadrabiamy witaminy innymi posiłkami ;)
    Lolo ma nocny żer i już widzę, że będzie miał zupełnie inne zapotrzebowanie. Jest jeszcze bardziej ruchliwy niż Bob i większy od niego (kiedy był w tym wieku) więc naturalnie chce jeść więcej. Osobiście nie jestem za zakazami, w naszym domu są słodycze. Dzięki temu Bob zje kawałek czekolady, resztę odkłada sam i nie rzuca się na nie kiedy kogoś odwiedzamy. Lubię za to próbować nowych rzeczy - i w ten oto sposób kilka dni temu Bob wcinał zupę na mleku kokosowym z kurczakiem i batatem aż mu się uszy trzęsły ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja sąsiadka upatrzyła sobie moje dziewczyny na swoje synowe - to znaczy jedną z nich, bo syna ma jednego, ale w sensie, która będzie chciała ;) Z tym, że według mnie na Elsę niech ona nie liczy, bo moje starsze dziecko wręcz kocha mięso. Ostatnio mój mąż kupił kabanosy, więc podchodziła co chwilę do lodówki i sobie brała, bo tak jej smakowały ;) Także na żonę wegana/ ewentualnie synową weganki nie bardzo się nadaje ;) No, ale z Bobem by się dobrali :P

      W naszym domu też są słodycze, żeby nie było, z tym, że bardzo krótko, bo zaraz je zjadamy. Nie ma czegoś takiego, że otworzymy czekoladę i zjemy po jednym kawałku. To byłaby tortura :D
      Dziewczyny też jedzą, wiedzą, że można, ale z umiarem. Gdy dostaną coś w prezencie to wybierają po jednej rzeczy a resztę przynoszą do schowania na kolejne dni ;) Dziwię im się, że są takie zdyscyplinowane, ja bym pewnie coś podbierała haha. A one nie, bo wiedzą, że zjedzą, tylko nie na raz. Czasem też jak idziemy do sklepu to mogą sobie wybrać same coś dobrego. Czasem wezmą np. jednego cukierka na wagę :D albo soczek, czy wafelka. One kochana mają tyle energii, że jak ostatnio robiłam faworki z moją mamą i z białek, które zostały zrobiłam bezy (cud miód) to po zjedzeniu jednej dostały takiego kopa, że biegały po domu jak oszalałe :D:D
      U nas Misia chętnie próbuje nowych rzeczy, Elsa woli jak zrobią to inni i powiedzą jej, czy to dobre czy nie :D

      Usuń
    2. Ooo, tak, kabanosy były na topie przez całe lato - maj/czerwiec/lipiec należał do Tarczyńskiego. Jak nie było go w aucie podczas podróży, to...musieliśmy się gdzieś po niego zatrzymać ;)

      Bob też ma w sobie jakąś dziwną dyscyplinę słodyczową i też nie pożera wszystkiego naraz. Dziwne, bo ja właśnie też nie uznaję jednej kostki czekolady. Chodzą słuchy, że istnieją ludzie, którzy zatrzymują się na tej jednej kostce, ale ja myślę, że to Urban Legend ;)

      Ach, bezy! Nigdy mi nie wyszły, ale zawsze zaopatruję się w sklepie. Moje marzenie jedzeniowe to tort Pavlova...i jeszcze żeby ta beza się tak ciągnęła w środku!

      Usuń
    3. Kochana, nie napiszę tego złośliwie, żeby Cię dręczyć, ale takie właśnie mi wychodzą :)) Chrupiące z wierzchu a w środku ciągutki. Mniam. Tortu Pavlova nie robiłam jeszcze, ale wiesz co? Mam pomysł. Jak przyjedziesz to zrobimy razem :)) Co Ty na to? Może się okazać, że razem nam nie wyjdzie, ale co tam i tak się zje ;) Ogólnie na bezy mam fajny przepis, zawsze mi wychodzą pomimo tego, że babka pisze, że za każdym razem bezy wychodzą inaczej. Jeśli chcesz to Ci podeślę.

      Ostatnio ktoś mi opowiadał, że słodycze mogą dla niego nie istnieć. Hę?? Ja teraz jak głupia chodzę z aplikacją i wszystko skanuję :D I powiem Ci, że nie wszystkie ciacha mają ten cholerny tłuszcz palmowy. Z ciekawości zeskanowałam takiego Misia Lubisia dla dzieci i aż zakręciło mi się w głowie od tego co w nich jest.

      A wiesz, że ja nie cierpię kabanosów? To Elsa z tatusiem tak sobie jedzą. My z Misią nie. Zimnę mięso? Na przekąskę? To już wolę coś słodkiego ;)

      Usuń
    4. Bosz...przepraszam, zasnęłam jakoś ostatnio, ale JESTEM!
      Tak, piszę się na bezę!!! Chyba zacznę się pakować :D
      Te słodycze wycelowane w dzieci są najgorsze chyba pod względem składu...jak mam czas (czyli rzadko...) to wolę sama coś upiec albo chociaż jakieś racuchy zrobić...A Bob w sumie najbardziej lubi Kinder czekoladę, więc nie jest tak źle :)

      Usuń
  2. Bardzo fajnie napisane i trudno się nie zgodzić. Ja ze swojego doświadczenia wychowywania dwóch raczej jadków dodałabym 3 rzeczy, które u nas się sprawdziły: (i) zachęcanie dziecka do próbowania wszystkiego, (ii) wspólne jedzenie z całą rodziną (w miarę możliwości dziecko je to co reszta rodziny), dbanie o atmosferę przy stole, (iii) wychodzenie raz na jakiś czas do restauracji – i nie mówię tu o Macu czy KFC tylko o restauracji z prawdziwego zdarzenia – dziecko uczy się wtedy trochę obycia w świecie i ma szansę na poznanie nowych smaków, które w domu trudno uzyskać (pod warunkiem, że nie będzie zawsze brało sztandarowego menu dziecięcego – kurczak + frytki ;-) ). Chociaż czasem trzeba też zaakceptować jedzeniowy regres – moje młodsze w wieku ok. 8-9 miesięcy, mimo że bezzębne świetnie sobie radziło z normalnym, niemiksowanym jedzeniem (wiadomo jakieś miękkie rzeczy typu banan, kiwi, pieczywo, makaron, ziemniak, brokuły). A jak w okolicach roczku przyszło intensywne ząbkowanie to musiałam wrócić do papek bo gryźć nie chce. Mam nadzieję, że to przejściowe. Aglaia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aglaia, zgadzam się z Tobą całkowicie. Zanim jeszcze miałam dzieci, miałam w planie to o czym Ty piszesz, czyli wspólne posiłki i wspólne wypady raz na jakiś czas. Uważam, że to wspaniała rzecz. W tygodniu nie jemy razem obiadów, wiadomo, dziewczyny w przedszkolu, mąż dostaje do pracy a ja w domu, ale nie wyobrażam sobie, żeby w weekend tak było. Siadamy razem i tyle.
      Przypomniałaś mi, że dawno nie byliśmy na jakimś jedzonku. Kiedyś częściej chodziliśmy na pizzę, ale odkąd dostaliśmy dobry przepis od znajomego, to wolimy zrobić w domu (dziewczyny lubią układać składniki) Ale muszę coś zaplanować dobrego :))
      Może to głupie, ale lubimy też czasem wybrać się do Ikei, oczywiście w tygodniu, jak jest mało ludzi i wtedy dziewczyny się bawią, a my mamy darmową kawę i tylko dokupujemy ciastko. One też mają swoje ulubione plus smoothie z truskawek :)
      Nie wiem, czy Ty też zaobserwowałaś jaką sytuację. Dla mnie smutną jak tak patrzę z zewnątrz. Siedzi sobie rodzinka w restauracji, taka 2+2, dzieci takie z podstawówki na oko i w zasadzie nie mają o czym rozmawiać. Siedzą i się rozglądają. Jak coś powiedzą to tylko na temat zamówienia. Potem tatuś wyjmuje komórkę i coś sprawdza, albo najgorsze wszyscy coś stukają na komórkach. Nie oceniam, ale wiesz, naprawdę uważam, że to smutne, bo przecież ci rodzice mogliby wykorzystać ten czas na rozmowę z dzieciakami. Nie mam na myśli takiej sztucznej typu "W szkole dobrze?" 'Tak, super" tylko potraktowanie tej sytuacji jako coś przyjemnego, gdzie możemy pogadać w weekendzie, planach na wakacje, czy opowiedzieć np. jakąś historię z naszej pracy.

      No właśnie u nas też był ten regres. Papek nie robiłam, ale na pewno dużo mniej córka jadła. Potem wróciło to do normalności. Dzięki Bogu :))

      A wiesz, że moje dzieci nie lubią McDonalda? Zatrzymujemy się czasem na wakacjach, wiesz, tak na szybko, więc to raz w roku, może dwa, ale Elsa jeszcze coś tam zje frytek i nuggetsów, a Misia nie ruszy. Nie smakuje jej.

      Usuń
    2. Mój problem z Ikea polega na tym, że lubię ich wzornictwo i funkcjonalność. Uważam, że mają satysfakcjonujący stosunek jakości do ceny ale niestety ich koncept sklepu kompletnie do mnie nie trafia. Jak mam przejść cały sklep żeby kupić jedną pierdułkę to mnie autentycznie fizycznie odrzuca w związku z tym ostatni raz byłam tam na etapie urządzania domu czyli z 10 lat temu. Jak już czegoś naprawdę potrzebuję to wysyłam męża – on ma do tego podobny stosunek jak ja więc zbiera się jak pies do jeża i bywa tam nie częściej niż raz na 2-3 lata.
      Co do MD to mój syn niestety poznał smak dzięki koledze, którego rodzice zabrali ich razem w to jakże „urocze” miejsce. I niestety co jakiś czas jak przejeżdżamy koło tego MD to mu się przypomina. Chociaż chyba bardziej niż za jedzeniem to tęskni za jakąś tandetną zabawkę z happy meal ;-). Ale się nie dajemy. Jeśli już muszę zafundować dziecku jakiś fast food to zdecydowanie wolę Pizza Hut.
      A to gapienie się w smartfony/tablety – masakra. Dla mnie to zawsze trochę przygnębiający widok  ..
      Aglaia

      Usuń
    3. Nie wiem jak w Twojej Ikei, ale w naszej są sekretne przejścia, nie trzeba obchodzić całej. Ale przyznaję, że jeśli ktoś nie lubi, to i to może nie pomóc ;) My akurat lubimy połazić, ale raczej po magazynie, na górze rzadziej, może tylko wtedy, gdy poszukujemy inspiracji. Dziewczyny uwielbiają dział dziecięcy, bo tam jest kącik do zabawy, a poza tym świetnie też się bawią w tych "pokoikach", wiadomo, coś innego niż własny pokój ;) Znoszą maskotki, robią teatrzyk z tych wszystkich pacynek co mają.

      Nasze z MD zjedzą tylko frytki i to nie za dużo, ale fakt coś jest magicznego w tym MacDonaldzie, chyba właśnie ten nieszczęsny Happy Meal :D To chyba tak samo jak z jajkiem niespodzianką. Najważniejsza jest zabawka :D

      Usuń
    4. W naszej też są - ale dla mnie to i tak za mało. Ja chcę prostą drogę z działu kuchnia do kasy ;-) . A MD moim zdaniem to stosuje jakiś przekaz podprogowy ;-). Aglaia.

      Usuń
    5. A piorun ich wie. Już sam kolor czerwony przecież przyciąga głód, to nie wiadomo jakie inne jeszcze techniki stosują ;)

      No my akurat Ikeę lubimy oboje, ale na przykład nie cierpię kupować butów. Wczoraj byłam w sklepach takich z ciuchami i też miałam dość po godzinie ;)

      Usuń
    6. Ja to tak nie lubię chodzić po sklepach, że wszystko od spożywki bo buty staram się kupować przez net. Więc podziwiam Cię, że godzinę wytrzymałaś ;-) . Aglaia.

      Usuń
  3. Wyznaję tą samą zasadę, choć na razie tylko w teorii 😀 Za kilka-kilkanaście miesięcy dam znać jak to wygląda w praktyce 😉
    Moje dziecko chyba też będzie kochało jedzenie, drze się jak jest głodna, więc też mam przygotowany "zestaw na już" 😉 I podgrzewacz chodzi u nas 24h, życie mi ratuje ten genialny wynalazek 😍

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytając też zaraz pomyślałam o Was 😂😂

      Usuń
    2. Czyli Ty też uważasz, że podgrzewacz to jeden z lepszych wynalazków? :D:D Boże gdyby nie on to chyba nerwicy bym dostała. Albo sąsiedzi hehe. Kiedyś z Elsą został mój tata i mąż a ja wyszłam do sklepu i słuchajcie wracam i już z daleka słyszę, że dziecko się drze. ale tak niewyobrażalnie, jakby ją ze skóry obdzierali. Wchodzę do domu, a oni mówią, że już sytuacja opanowana, Elsa je. Ale żeby aż tak daleko ją było słychać? ;)

      No koniecznie daj znać jak u was. Na początku jest hmm ciekawie, choć ja uczyłam dziewczynki jeść ładnie od początku. One za bardzo nie chciały jeść rączkami (tak jak np. moja koleżanka dziecku wyrzuca jedzenia na tacę i ono w tym grzebie) tylko się tym bawiły. Raczej jadły z łyżeczki a potem nauczyły się pięknie jeść same widelcem, łyżką. Elsa to w ogóle haha ma taką chyba wrodzoną manierę jedzenia "po królewsku" końcówkami paluszków. Chyba, że je kanapkę to zapycha całą buzię :D Bo jeszcze jej ukradną :P

      Usuń
    3. Mi jedzenie w typie BLW i właśnie rączkami bardzo odpowiadało i odpowiada nadal – przynajmniej można rzeczywiście zjeść posiłek razem z dzieckiem a nie karmiąc dziecko i podjadając swoje aż w ostateczności swoje je się zimne. Tylko jak dla mnie to się nadaje jednak dla mocno starszego dziecka takiego co już rzeczywiście bardzo pewnie siedzi i najlepiej ma jeszcze kilka porządnych zębów do pogryzienia. U synka ten stan osiągnęliśmy ok 10 miesiąca, u córki później bo gdzieś w okolicach roczku.
      Fajnie przy tym widać jakie dziecko preferuje smaki – ostatnio córka obiad złożony z mięsa, brokuła i ziemniaków – zjadła w kolejności ziemniak, brokuł i dziubnięte dwa kawałki mięsa. Caprese zaczyna od pomidorów koktajlowych, mozzarella na końcu i zazwyczaj nie dojedzona. Po tej obserwacji obawiam się, że rośnie mi mała weganka… Aglaia.

      Usuń
    4. No właśnie, zależy od dziecka i od potrzeb rodziców. Brokuła może i zjadły rączkami, ale zupą małe dziecko i tak musisz nakarmić. Nasze chciały tak jak rodzice, więc już jako roczniaki nabijały same ziemniaczki, czy inne rzeczy.

      No ciekawe jakie Twoja córka będzie miała preferencje :)) U nas do tej pory dziewczyny jedzą po kolei różne składniki dania - nie tak jak dorośli i to jest śmieszne :)) U nas mozzarellę wyjadają z sałatki jako pierwszą :D

      Usuń
    5. Ja nie mogę wyjść z podziwu jakie rzeczy dziecko jest w stanie zjeść ręką – wczoraj np. jadła jaglankę w ten sposób, że nakładała sobie na łyżeczkę, oglądała, po czym ściągała ręką i wkładała do buzi – miałam z tego niezły ubaw. Podobnie jak z jedzenia pomidorowej z ryżem – jak ryż wyciągała precyzyjnie po ziarenku z zupy i jadła łapką, czekała tylko na podanie tego wodnistego łyżeczką. Pewnie gdybym przelała samą zupę do kubka byłaby w stanie zjeść tę zupę zupełnie sama… Ale zupy akurat gotuję dość rzadko i jeśli już to gęste kremy żeby się dobrze łyżeczki trzymały. Przy drugim daniu zawsze kładę widelczyk – myślę, że kiedyś skorzysta ;-) . Dla mnie ważne, że samodzielnie jest w stanie zjeść praktycznie wszystko a jak to ma już mniejsze znaczenie. Widzę też, że dla niej ma to duże znaczenie, że może jeść sama.Aglaia

      Usuń
    6. Oj tak. Byle do celu :)) Choć ja prędzej bym umarła niż pozwoliła dziecku jeść ręką zupę - no takie moje zboczenie ;) Może dlatego dziewczyny szybko nauczyły się ładnie jeść same ;) No, ale nie zmuszałam, żeby nie było.
      W USA często dzieciaki jedzą płatki i popijają właśnie mleko z kubeczka, więc może to nie takie głupie, żeby zupę tak podać? Nie próbowałam, tak mi przyszło do głowy. Jak Twoja córka je po ziarenku, to musisz szybko ją nauczyć pałeczkami. No zobacz, taka umiejętność to jednak coś, większość dorosłych ma problem z nabraniem ryżu :))

      Tak, dzieciaki lubią wszystko same. Moje teraz zapałały miłością do noża... oczywiście dla dzieci, żeby nie było ;)

      Usuń
    7. Coś musi być w tym anglosaskim niemieszaniu mokrego z suchym. Jak opowiedziałam mojej siostrze, która mieszka w UK o tej zupie to powiedziała, że tam żadna matka nie wpadła by na taki pomysł podania dziecku zupy...

      Usuń
  4. Bardzo fajny post :))i bardzo przydatny jak dla mnie-początkujacej mamy. My też mamy w rodzinie takie maluchy, które jedzą tylko i wyłącznie kotlety albo makaron. I myślę, że tak jak napisałaś jest to kwestia błędów żywieniowych. Mądruję sie 😂😂 a ciekawe jak będzie u nas😉 My jesteśmy dopiero na etapie rozszerzania diety bo wprowadzenie nowych pokarmów rozpoczęliśmy po 5 m (zaraz pytania w rodzinie"ojej, czemu tak późno").no i również zauważyłam, że niektóre dania jadła na początku niechętnie a teraz aż buzia się otwiera :) trzeba dać czas dziecku na dokładniejsze poznanie się z nowymi smakami. Zresztą sama kiedyś nie lubiłam fety a teraz-jadłabym kilogramami 😉😂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marysiu, mam nadzieję, że coś Ci się przyda :) Mnie się wydaje, że jeśli dziecko jest na mleku matki to nie ma potrzeby wcześnie przerzucać na słoiczki. Ale wiadomo, zawsze inni wiedzą lepiej ;) Nasze jadły od 4 miesiąca, ale tak wiesz, kaszkę, czy marcheweczkę, owocka. Zauważyłam właśnie, że niektórzy dają tylko jeden rodzaj dania ze słoiczka, bo "innych dziecko nie lubi" No, ale tak jak piszesz, dziś nie lubi a jutro polubi. Trzeba wracać. U nas z Misią też było inaczej, bo ona chciała wszystko to co siostra i raczej nie trzeba było jej zachęcać :)) Nawet bardzo wcześnie zaczęła pić z kubeczka Lovi 360, który uważam, że jest super, bo nie kręciło jej picie z "dzióbka" ;)

      A no właśnie, zobacz Ty jesz fetę a ja od dziecka nie jadłam orzechów a teraz jem, ale tylko włoskie ;) Nie znosiłam rodzynków, bo w cieście są takie rozmemłane i nadal nie lubię takich. Ale twarde zjem haha.
      To Ci opowiem coś. No już pomijam, że jako kilkumiesięczne dziecko jadłam kilogramami cytryny i ani się nawet nie skrzywiłam (ku radości rodziców), ale słuchaj miałam taki okres, że uwielbiałam nerki cielęce. Ciągle je jadłam jako dziecko. No dobra. Niech będzie. No, ale przestałam w którymś momencie jak byłam starsza. Kiedyś w podstawówce, nie pamiętam, może miałam z 10 lat? Może 12 max. moja babcia chciała zrobić mi niespodziankę (chodziłam po szkole do niej na obiad) i zrobiła nerki w jakimś tam sosie. Kiedy to zobaczyłam w garnku, myślałam, że umrę. Mówię babci, że w życiu tego nie zjem, a ona na to, że przecież lubię. Hahaha Tia lubiłam, jak miałam może yyyy 2 lata? :D Także to taki przykład, że trzeba niestety do dziecka się dostosować, w sumie babcia też by mogła powiedzieć, że jestem niejadkiem. Ale gdyby robiła mi nerki na przemian z wątróbką, której nienawidzę, to tak by było :D

      Usuń
  5. Ja to wiesz - mistrzyni 3 obiadów :-D w tym dla dwóch dorosłych córek - paranoja :-D Oczywiście, że przede wszystkim zdrowo, ale Tamaluga ma wybór, je to na co ma ochotę i - tak naprawdę - kiedy chce. Nie przejmuję się już jej wahaniami, bo ma dni, gdy zastanawiam się wieczorem "Boże, czy ona coś porządnego dzisiaj zjadła?" i dni, gdy wcina i prosi o dokładkę. Dziś uwielbia ryż, jutro powie "Puj!" :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jesteś kochana moją bohaterką, niezmiennie odkąd Cię poznałam :D I to jest super, bo też mogłabyś powiedzieć, że masz w nosie, jedzcie co wam ugotuję, a Ty jednak nie, dostosowujesz się do tego, że każdy ma swoje upodobania. Musi być ciężko założę się, ale na pewno jakieś kompromisy macie co?

      Ja się strasznie cieszę, że u nas w przedszkolu jest normalna kuchnia, nie catering, więc wiem, że dzieci mają porządne jedzenie w ciągu dnia. Teraz w sobotę mieliśmy kapuśniaczek a potem robiłam gofry. Słuchaj tyle tego wtranżoliły, że nie było mowy, żeby zjadły jeszcze jakieś drugie danie. Mój mąż stwierdził, że niech to będzie 2 danie :D Na swoje usprawiedliwienia mam to, że gofry były z musem truskawkowym ze swoich truskawek (takie mrożone, żeby nie było, że mam jakąś cieplarnię:P)

      Usuń
  6. Dzięki,��:-)
    Z kompromisami to baaardzo różnie, ale ja też już nie daję się zwariować i robię po prostu takie tam warzywne zestawy - dla każdego coś innego.
    Ale mi smaku narobiłaś tymi goframi, a niech cię! :-P
    Ale rzeczywiście, Twoje dziewczyny mają apetyty! Super :-)

    OdpowiedzUsuń