wtorek, 5 lutego 2019

Siła dialogu, czyli dlaczego warto rozmawiać z dziećmi.


Nie wiem, czy kiedyś wam opowiadałam taką historię zasłyszaną od znajomego. Jeśli tak i kolejny raz będziecie o niej czytać, to wybaczcie kobiecie w podeszłym wieku, która ma już problemy z pamięcią ;)
A więc kolega ten, jako student pracował na farmie w Szwajcarii. Zanim przejdę do właściwej historii, kilka ciekawostek związanych z samym miejscem. Kraj ten jest bardzo ciekawy jeśli chodzi o języki, ponieważ urzędowym jest tu niemiecki, francuski oraz włoski i retoromański. Wszystko w zależności od kantonu, w którym dana osoba zamieszkuje. Ale to nie wszystko. Znajomość niemieckiego wcale nie gwarantuje łatwego porozumiewania się z tubylcami. Język codzienny Szwajcarów w kantonach niemieckojęzycznych to bowiem dialekt alemański (Schwyzerdütsch), używany przez wszystkie warstwy społeczne, nawet w dużych miastach (chociaż w formie pisanej spotkacie się raczej z niemieckim) Dla mnie brzmi to jak mieszanina niemieckiego, francuskiego i uwierzcie mi, ciężko wychwycić nawet pojedyncze słowa. Na szczęście francuski i włoski, mimo drobnych odmienności, np. w niektórych liczebnikach oraz w wymowie, nie różnią się od języka standardowego. Uff. 
No ale do rzeczy. Kolega mój pracował pod Zurychem, co oznacza, że jego szef mówił w języku niemieckim i wspomnianym przeze mnie dialekcie. Jako, że znajomy zna tylko angielski, właśnie w tym języku porozumiewał się na co dzień z bossem. Pewnego dnia, właściciel farmy opowiedział mu historię o tym, jak poznał swoją żonę. Zaczyna się ona od wizyty w innym kantonie, gdzie przedstawiono mu dziewczynę, która bardzo mu się spodobała. Ale cóż z tego, że była ładna, skoro porozumiewała się tylko w języku francuskim, którego on nie znał. Jak sobie z tym poradzić? Prosto. On najwidoczniej też jej się spodobał, bo postanowili wykorzystać słabą, ale jednak, znajomość angielskiego. Miłość rozwinęła się i po jakimś czasie dziewczyna przeprowadziła się do niego, by potem wziąć ślub z ukochanym. Przez długi czas porozumiewała się ze swoim mężem tylko po angielsku, zanim oboje nie nauczyli się mówić w swoich językach. Zabawne w tym wszystkim jest to, że pochodzili oboje z tego samego kraju, (byli bowiem rodowitymi Szwajcarami), mieszkali zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od siebie, a mimo to dzielił ich język. Musieli więc podjąć trud znalezienia rozwiązania tej sytuacji, co też uczynili. 




Język może stanowić problem w porozumiewaniu się, to prawda. Ale nie tylko on. Gdy patrzę tak na ludzi, których znam i obcych, których spotykam na co dzień, łatwo zauważyć, że pomimo tego, iż oboje świetnie władają naszym językiem, to jednak nie potrafią się dogadać. Jak to możliwe? Komunikacja nie jest łatwa. Możemy powymieniać sobie zdania na temat nowości kosmetycznych, filmowych, opowiedzieć co u nas w pracy, jak spędziliśmy weekend, ale wtedy gdy w grę wchodzą poglądy na jakiś temat, często zaczynają się schody. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Każdy uważa, że jego opinia jest tą właściwą. A przecież patrzymy na świat inaczej, przez pryzmat własnej wiedzy i doświadczeń. Trudna jest więc akceptacja tego, że druga osoba nie zgadza się z nami. Stąd biorą się konflikty w rodzinach, zakładach pracy i oczywiście na wyższych szczeblach. Łatwo mówić, ale trudniej słuchać. Szczerze mówiąc znam naprawdę niewielu ludzi, którzy opanowali tę sztukę, gdzie bez wielkich emocji odbywa się rozmowa na jakiś temat, każdy przedstawia swój punkt widzenia i rozstajemy się w pokoju. Nie raz przecież rozmawialiśmy na różnych blogach choćby o narzucaniu swoich metod wychowawczych przez niektóre matki, sprawiając, że te mające inne poglądy, czuły się często nieswojo.
Skoro więc większość dorosłych ma problem z dialogiem, słuchaniem drugiej osoby, akceptacją tego co myśli, to co z umiejętnością rozumienia naszych dzieci? Czy potrafimy z nimi rozmawiać? 

W domu uczymy dziewczynki dialogu z drugim człowiekiem w zasadzie od zawsze. Nie mam patentu na nieomylność i nie twierdzę, że moje metody są najlepsze. Nie gwarantuję też satysfakcji, zadowolenia i sukcesu, więc w razie czego reklamacji nie przyjmuję * (gwiazdka duża, żeby nie było, że ktoś nie widział;)) ale chciałabym dziś podzielić się z wami tym, w jaki sposób słuchamy i mówimy do dzieci.  Bo przecież z tych małych istotek wyrosną kiedyś uczennice, przyjaciółki, partnerki a potem żony i matki. 


Często ulubioną odpowiedzią rodziców jest "Nie" Na pytanie dziecka "Dlaczego?" odpowiadają "Bo nie" W ten oto sposób dziecko uczy się, że osoba, która ma władzę, może narzucać innym swoje poglądy, bez podania argumentów dlaczego tak się dzieje. 
Nie pamiętam, żeby moje dzieci kiedykolwiek słyszały od nas odpowiedź "Nie, bo nie." albo "Nie, bo ja tak mówię" Zawsze jest to "Nie, ponieważ ..... " Nawet gdy były malutkie i nie do końca rozumiały podany przez nas argument to wiedziały, że odpowiedź ma jakieś logiczne wytłumaczenie (albo przynajmniej powinna;)) Kiedy któraś z dziewczynek coś zbroi, albo coś się wydarzy, nauczyliśmy je, że idziemy o tym porozmawiać (zwykle do mojego biura) Siadamy wtedy na kanapie i na spokojnie omawiamy sytuację. Nigdy nie krzyczymy, wysłuchujemy co dziecko ma do powiedzenia. Często zachęcamy, by samo zaczęło mówić, tym samym sprawdzając, czy jest świadome swojego czynu (np. wyszarpywanie zabawki siostrze) Zdarza się czasem, że któraś jednak mówi, że nie wie o co chodzi. Wtedy nakreślamy całą sytuację i to, co nam się nie spodobało w zachowaniu.  Dziewczynki już tak się przyzwyczaiły do tego sposobu, że same mówią "Chodź, idziemy porozmawiać" i biorą nas za rękę. Rozmowa nie trwa długo, zwykle do 5 minut i nie polega na wykładzie i robieniu dziecku wymówek. Jest to normalny dialog polegający na wysłuchaniu dziecka i wytłumaczeniu mu, co zrobiło źle. Często zachowanie dziecka nie wynika przecież z jego złej woli, ale z niewiedzy lub temperamentu (małe dziecko dopiero uczy się o skutkach swoich czynów, nie zawsze panuje nad tym co robi) 

No dobrze. Opiszę wam pewną sytuację. Dziewczynki mają taki zestaw do herbaty, filiżanki z talerzykami i inne akcesoria. Wiele razy powtarzałam im, żeby bawiły się nimi na dywanie lub na panelach, ponieważ mogą się stłuc. Pewnego dnia Misia przyniosła mi "herbatkę" do kuchni. Podziękowałam, ale poprosiłam, żeby raczej następnym razem zawołała mnie do pokoju (mamy otwartą kuchnię, więc w zasadzie jesteśmy w jednym pomieszczeniu) Przypomniałam, że zestaw zrobiony jest z takiego materiału, który gdy uderzy o płytki to niestety będzie do wyrzucenia. Misia nie posłuchała tylko postawiła filiżankę na schodach. Gdy powiedziałam, żeby zabrała ją na dywan (schody są w części z płytkami), nie zrobiła tego. Po kilku minutach, niechcący szturchnęła filiżankę, gdy przechodziła i ta oczywiście zbiła się. No i zaczął się płacz, ja oczywiście powiedziałam, że prosiłam, że nie posłuchała itd. Misia jest wrażliwym dzieckiem i wiedziałam, że jest jest bardzo przykro, ale też z drugiej strony prosiłam ją i to nie jeden raz, żeby tej filiżanki tam nie kładła. Po chwili podchodzi do niej Elsa. 
- Chcesz porozmawiać?, pyta.
Misia kiwnęła głową, więc Elsa wzięła ją za rękę i zaprowadziła do mojego biura. Oniemieliśmy. Zamknęły drzwi i rozpoczęła się rozmowa. Byliśmy bardzo ciekawi jak będzie wyglądać dialog czterolatki z trzylatką, więc staraliśmy się nadstawić uszu :) Nie powtórzę wam oczywiście dokładnie, ale mniej więcej brzmiało to tak:
- Jak to się stało?, pyta Elsa.
- No bo ja postawiłam filiżankę na schodach i jak potem szłam to ona spadła i się potrzaskała, odpowiada Misia przez łzy.
- Czyli to było niechcący tak?
- Tak jak nie chciałam tego rozbić, szłam, a to spadło...

Po chwili dziewczyny wchodzą do kuchni trzymając się za rękę.
- Już wiem jak to się stało, oznajmiła Elsa. Misia postawiła filiżankę na schodach i to było niechcący, bo ona przechodziła i ta filiżanka sama spadła.
Misia cały czas zalana łzami mówi:
- Przepraszam, już tak nie będę. 
Kucnęłam koło nich i zanim cokolwiek powiedziałam to wytarłam nosek Misi. 
- Nie gniewaj się na Misię, mówi Elsa. 
- Nie gniewam się, odpowiedziałam, filiżankę można odkupić, chodzi o to, że kilka razy prosiłam, żebyś ją stamtąd zabrała, zwróciłam się do młodszej córki. 
Potem przytuliłyśmy się i wszystko było już dobrze.

Byłam pod wrażeniem tego, jak dziewczynki ze sobą rozmawiały, dlatego wiem, że w dialogu jest siła i warto uczyć dzieci tej umiejętności. Być może kiedyś zamiast obrażania się, czy wrzeszczenia na drugą połówkę, spokojnie powiedzą "Kochanie, porozmawiajmy" Może jestem idealistką, zobaczymy, ale wierzę, że jeśli wyniosą to z domu i będą nauczone rozmowy, stanie się ona dla nich czymś naturalnym.

Jeszcze jeden przykład. Elsa rysuje sobie przy stoliczku, który sama sobie zrobiła z pudła. Proszę ją o zrobienie jednej rzeczy, ale nie słucha. Powtarzam kolejny i kolejny raz, a ona nic. Jak grochem w ścianę. W końcu stanowczo podchodzę do niej i proszę, żeby w tej chwili poszła wykonać moje polecenie. Wściekła na mnie, bo przeszkadzam jej rysować, wstaje i idzie. Po chwili wraca do swojego stanowiska i długopisem wyraża na kartce swoje uczucia.
Gdy przechodzę koło niej, widzę z jaką miną i zaciętością coś tam rysuje, więc zaglądam jej przez ramię.
- To ja?, pytam. 
- Tak, odpowiada Elsa, to jesteś ty zdenerwowana na mnie. Wzięłam kartkę do ręki i trochę się przeraziłam, bo nie miałam pojęcia, że aż tak źle wyglądam jak się złoszczę haha. Wyglądam jakbym co najmniej wpadła w jakąś furię. Muszę nad tym popracować, bo ta zmarszczka na pewno nie działa dobrze na moją urodę ;) No nic. Pytam ją więc, czy chce o tym porozmawiać. Mówi, że tak, więc wychodzimy na chwilę na pokoiku. Tam dowiaduję się, że mojej córce jest przykro, bo się na nią złoszczę. Pytam więc, czy wie dlaczego się złoszczę. Oczywiście wie. Wyjaśniamy więc sobie całą sytuację i Elsa wraca na swoje stanowisko pracy. Po kilku minutach woła mnie i pokazuje nowy rysunek. Uśmiecham się do niej i daję całuska. 
Zresztą sami popatrzcie jak to wyglądało:

Na górze oczywiście wkurzona ja, na dole my z Elsą już pogodzone :)
To na mojej głowie to podobno korona...

I ostatni już przykład, tym razem to ja coś zawaliłam ;) 
Do przedszkola maluchy mogą nosić przytulanki codziennie, starszaki jeden dzień w tygodniu. Któregoś dnia, Misia naszykowała sobie kaczuszkę, która niestety została w wiatrołapie, gdy wychodziłyśmy. W przedszkolu Misia bardzo przeżywała, że nie zabrała przytulanki. Obiecałam jej, że zaopiekuję się kaczuszką i przywiozę ją do przedszkola po południu. Poprosiłam, żeby Misia tamtego dnia wzięła sobie jakąś miejscową przytulankę z kącika pluszaków. Zgodziła się. Przyznam szczerze, że miałam wtedy sporo zajęć, wpadłam potem do domu i na szybko zrobiłam obiad, po czym pojechałam odebrać dziewczynki.
- A gdzie kaczusia?, tak brzmiało pierwsze pytanie Misi.
- yyyyy
Cholera zapomniałam, pomyślałam w duchu. Wzięłam Misię na kolana i przeprosiłam ją za moje zachowanie. Wyjaśniłam, że byłam w pracy, zrobiłam obiadek i tak szybko jechałam po nie do przedszkola, że kaczusia została na pufce. 
Sytuacja dla dorosłego może wydawać się banalna, co to za różnica jaką przytulankę ma dziecko. Ale dla niej to było ważne. Jak potem się dowiedziałam, opowiadała cioci, że zostawiła kaczuszkę w domu, ale mamusia ją przywiezie przy odbiorze. Ale mamusia nie przywiozła... 

Chciałabym nauczyć dziewczynki, że każdy popełnia błędy i dorośli i dzieci, ale ważne, żeby z tych błędów wyciągać wnioski i umieć przepraszać. Nam dorosłym też nie wszystko się przecież udaje. Nie zawsze słuchamy innych, potem żałując, że coś nam nie wyszło, bo postawiliśmy na swoim. I nikt nie lubi, gdy mówi się do niego "A nie mówiłem?" To już nic nie pomoże, a na pewno tylko pogorszy sytuację. Tym bardziej w stosunku do dziecka, nigdy nie bagatelizujemy sytuacji - dla niego obietnica przywiezienia kaczuszki jest tak samo ważna jak dla dorosłego na przykład zakup czegoś. 

Nasze zasady:
* Zawsze pozwalamy dziecku przedstawić jego wersję wydarzeń, nawet jeśli uważamy, że wiemy jak to się odbyło (może się zdarzyć, że odbieramy sytuację w inny sposób jako dorośli)
* Nie krzyczymy, rozmawiamy spokojnie.
* Nie rozmawiamy z dzieckiem w obecności innych osób, także rodzeństwa. Dziecko musi wiedzieć, że jest to indywidualna sprawa między nim a rodzicem.
* Nie zaprzeczamy uczuciom. Jeżeli dziecko mówi, że jest mu przykro, to widocznie jest.
* Nie prawimy kazań, nie pouczamy, ale przedstawiamy argumenty tłumaczące sytuację i uczucia innych osób (np. widzisz, zabrałaś zabawkę Marysi, dlatego jest jej teraz przykro)
* Proponujemy dziecku rozwiązanie lub pytamy jakie ono ma propozycje
* Nawet jeśli na dany temat już rozmawialiśmy, robimy to jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze. Tyle ile trzeba.
* Dziecko też ma prawo do emocji. Nie zawsze musi być szczęśliwe. Może się złościć i smucić.
* Nie spożywamy posiłków przy włączonym telewizorze. Staramy się wykorzystać ten czas na rozmowę (byle nie z jedzeniem w buzi:) )
* Odbierając dzieci z przedszkola rezerwuję sobie czas na to, by zawsze posiedzieć chwilę w szatni, okazać im zainteresowanie, zapytać jak minął dziewczynkom dzień, obejrzeć prace plastyczne (coś, czego nauczyłam się od mojej mamy, która właśnie w ten sposób ze mną postępowała)
* Interesujemy się życiem dziecka (prosimy, by opowiadały o kolegach, koleżankach, co u nich, czy bawili się ładnie)
* Nie bawimy się z dzieckiem w grę "Zgadnij o co mi chodzi", czyli nie obrażamy się myśląc, że dziecko domyśli się o co nam chodzi. Gwarantuję wam, że się nie domyśli.
* Opowiadamy o sobie, czasem wspominając co zrobiliśmy źle, tak, żeby dziecko wiedziało, że rodzice nie są idealni.
* Rozmawiając z dzieckiem nigdy nie korzystamy z telefonu komórkowego. Ogólnie uważam, że jest to brak szacunku dla drugiej osoby, obojętne ile ma lat.

Umiejętność rozmawiania z drugim człowiekiem wyniosłam z domu. Dlatego jestem pewna, że praca jaką codziennie wkładamy w nauczenie tego samego naszych dzieci, przyniesie owoce w przyszłości. Jest to ważne również w kontekście tego, gdyby dziecku działa się krzywda. Jeżeli coś takiego będzie miało miejsce, chciałabym, żeby dziewczynki wiedziały, że zawsze mogą przyjść porozmawiać, że zawsze razem coś wymyślimy. Powtarzamy im więc na każdym kroku, że cokolwiek zrobią to zawsze je kochamy, nawet jeśli przez chwilkę się złościmy. 











12 komentarzy:

  1. Rzeczywiście to bardzo ważne żeby nauczyć dzieci nie tylko mówić ale również rozmawiać. Staramy się postępować podobnie chociaż bez bicia przyznam się, że nasz dialog z dzieckiem czasem kończy się stwierdzeniem „Nie. Bo ja/my tak zdecydowaliśmy. Jesteśmy Twoimi rodzicami i to my odpowiadamy za Twoje zdrowie/bezpieczeństwo/i ogólnie pojęty dobrostan”. (Nie)stety nasz syn ma dość mocno rozwinięte zdolności negocjacyjne przy czym reprezentuje styl raczej czerwony a argumenty odwołujące się do konieczności akceptacji jego uczuć („jest mi bardzo, bardzo, bardzo przykro”) ma opanowane do perfekcji. W niektórych sytuacjach długie dialogi raczej go nakręcaj niż doprowadzają do uzyskania jakiegoś sensownego kompromisu albo zrozumienia dla naszych racji a odwołanie się do rodzicielskiego autorytetu jakoś działa.
    A co do bariery językowej to przypomniała mi się taka scenka z placu zabaw gdzieś w Skandynawii, której uczestnikiem był mój wtedy 3-latek. Mocno międzynarodowa dzieciarnia, w wieku od ok. 2-4 bawi się na placu zabaw, mojemu jakoś udało się przejąć stery i próbuje zarządzać tą kilkuosobową bandą, wszystkie jakoś się go słuchają tylko dwie dziewczynki o wyraźnie dalekowschodnich rysach mają problem żeby zrozumieć o co mu chodzi i w ogóle jakoś chyba nie mają ochoty na wspólną zabawę. W końcu mój syn staje przed nimi i się pyta: „czy wy nie rozumiecie do ja do was mówię W-Y-R-A-Ź-N-I-E P-O P-O-L-S-K-U??!!”.
    Aglaia

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahaha, piękne :D Przypomniała mi się scena z polskiej komedii, kurczę nie pamiętam która to, jak dzwoni do urzędu pan i coś mówi po angielsku a pani po drugiej stronie telefonu odpowiada "Proszę zadzwonić później" Na to gość kontynuuje przemowę, nie mając pojęcia co pani mu odpowiedziała, więc wkurzona, podniesionym głosem stwierdza tak jak Twój syn "PRZECIEŻ MÓWIĘ- PROSZĘ ZADZWONIĆ PÓŹNIEJ!" Haha, tak jakby głośniej miało dotrzeć ;)

    Kiedyś wspominałam na blogu taki cytat: "Jeżeli chcesz dobrze przygotować się na przyjście dziecka, zacznij ćwiczyć mówienie do słupa" Nie lubię udzielać rad jeśli chodzi o wychowanie, ale tę powtarzam wszystkim :D
    Nie myśl, że u nas rozmowy zawsze wyglądają tak, jak w tych przykładach, które podałam. Jeżeli jest to normalna sytuacja to tak, ale bywają napady złości, bunt itd. a wtedy dialog przybiera inną formę. Jak sobie z tym radzimy i czy radzimy ;) będę jeszcze pisać. My też mówimy tak jak Wy "Bo tak zdecydowaliśmy" natomiast zawsze mówimy dlaczego, jeśli nadal dziecko nie słucha to wiadomo, nie powtarzamy bez końca, bo widać, że argument może i dotarł, ale dziecko nie ma zamiaru się podporządkować.
    My nauczyliśmy dzieci, że negocjacji nie ma. Krótko je kończymy. Rozmowa nie może być dłużej niż 5 minut, bo do niczego nie prowadzi. Jeśli ma być dłuższa, to zwykle czekamy jak opadną emocje. Dzieci, bo my ani drgniemy. Czasem czuję jak piana ze mnie wychodzi, ale staram się nie pokazać tego, bo to jeszcze podnosi ciśnienie sytuacji. Moja starsza córka też ma opanowany do perfekcji szantaż emocjonalny, nie robi na mnie wrażenia, choć potrafi mi być przykro. Dziecko w końcu będzie musiało zaakceptować to, co rodzic mówi. Ja jednak chciałabym nauczyć dzieci, żeby wiedziały dlaczego.
    W rozmowie wychodzi dokładnie to, czego nauczyło się dziecko nie tylko od nas, ale niestety też choćby w przedszkolu ... A nie każda koleżanka daje dobry przykład :((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ze słupem bardzo dobre :-) . Chociaż mi się czasem wydaje, że taki przedszkolak funkcjonuje jak bardzo prosty robot, który na każdą komendę odpowiada "Ja chcę", "Ja nie chcę", "Ale bardzo, bardzo, bardzo, bardzo proszę", "Jest mi bardzo, bardzo, bardzo ale to bardzo przykro". Przy czym dobór odpowiedzi jest oczywiście losowy ;-). Aglaia

      Usuń
    2. Moja młodsza córka czasem tak ma, że prosi o coś i kiedy spotyka się z odmową to jej kolejnym argumentem jest "Ale ja chcę" :D Proponowałam mężowi, żeby użył tej samej metody przy rozmowie z szefem o podwyżce, ale mówi, że to by nie przeszło ;)
      Wyobrażasz sobie taką rozmowę? - Szefie, chciałbym co najmniej 40% podwyżki. - Nie ma mowy. - Ale ja chcę. :D:D

      Usuń
    3. Taka modelowa rozmowa z udziałem kilkulatka wyglądałaby z grubsza tak:

      - chcę 40% podwyżki
      - nie ma mowy
      - ale ja chcę!!!
      - ale firma nie ma kasy, nie wyrobił pan budżetu itp. itd.
      - ale ja bardzo, bardzo, bardzo proszę...
      - jak się Pan bardziej postara to może w przyszłym roku.
      - jest mi bardzo, bardzo, bardzo przykro i smutno.
      - ale tłumaczę Panu, że na razie nie mamy w planach podwyżek.
      - To nie fair!! Trzaśnięcie drzwiami, kurtyna. Foch.
      Aglaia.

      Usuń
  3. U nas niestety Bob w ogóle nie chce sluchać (kiedy już coś się stanie i jest jakaś "awaria") tylko zagłusza nasze argumenty krzykiem.
    Ale, z racji tego, żem kobietą jest, nie da się mnie zakrzyczeć i przegadać ;))) Próbuję do skutku i zawsze obszernie tłumaczę. Może czasem zbyt obszernie, ale wierzę w to, że duża część do niego dociera. A z czasem będzie docierało coraz więcej.
    Jeden z poradników podpowiedział mi, żeby zaproponować dziecku formę naprawienia swojego błędu i zawsze tak robię. Działa, a ja od razu go przytulam i tłumaczę spokojnie o co mi chodziło. Potem już temat jest zakończony i idziemy się bawić. Chcę, żeby znał granice, ale wiedział, że nie odrzucam go pomimo złego zachowania.
    Ciekawe co z tego wyjdzie w przyszłości ;)))
    Twoje dziewczynki są niesamowite - takie dojrzałe zachowanie w tak młodym wieku? Fiu fiu, nie powiem, czapki z głów :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, potrafią być dojrzałe, ale żeby nie było potrafią też inne rzeczy, jak to dzieci, łopatologicznie ;) Ale wierzę, że ta moja krwawica nie pójdzie na marne :D
      Ja robię tak samo jak Ty. Cokolwiek by nie było to właśnie zawsze powtarzam, że je kocham i przytulam mocno. Opiszę Ci sytuację z dzisiaj wieczora.
      Proszę Elsę, żeby coś tam posprzątała. Najpierw "nie słyszy", a później mówi "Nie" Myślę sobie, dobra, poczekaj ty... Za jakąś chwilę podchodzi i pyta, czy posmaruję jej rączkę, bo miała obdartą. A ja na to stanowczo "Nie" Nie powiem, przytkało ją, wkurzyła się i poszła do salonu i pozrzucała kilka rzeczy z kanapy. Ja siedziałam przy stole w kuchni, ale obserwowałam ją kątem oka (mamy otwartą kuchnię) Po chwili coś gada do siebie, że ona też nie będzie słuchać itd, ja powiedziałam tylko tyle, że i tak nie słucha, więc nic nowego. Posiedziała, popatrzyła spod byka i po 15 minutach braku reakcji pozbierała rzeczy i nawet sweterek "złożyła" :D
      Przyszła do mnie i pyta na ucho "Cieszy ci się serduszko, że pozbierałam te rzeczy"? Oczywiście mówię, że tak. A ona dalej na ucho "Kocham cię bardzo" więc też mówię, że ją kocham. Także niby do dzieci nie dociera, ale jednak dociera. Może jak Bob krzyczy to go zostaw i wróć za chwilę z rozmową? Tak jakoś mi przyszło do głowy...
      Powodzenia! Dla was i dla nas :D:D

      Usuń
    2. A tak, też go czasem tak "zostawiam" żeby ochłonął :)
      Dociera do nich, dociera, dlatego musimy dużo mówić, taka nasza rola :D

      Usuń
  4. :) Syn jak był mały nigdy nie dał się spławić argumentami w stylu BO TAK czy BO JA TAK MÓWIĘ . Nie dał się zbyć

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Tak też mi się wydaje, że dziecku należy się wyjaśnienie, bo nie odpuści. Chyba, że są takie co odpuszczają. Nie wiem.
      Albo nauczy się, że tak można i potem jako szef na przykład będzie mobbingować innych :D

      Usuń
  5. Byłam przekonana, że zostawiłam komentarz, ale widzę, że z moją głową jest coraz gorzej :-D
    Zresztą, co tu komentować, oczywistą oczywistość, którą poza tym omawiamy na bieżąco :-D
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń