piątek, 15 marca 2019

Wiedza bezużyteczna.


No co za pogoda! Zmienia się z częstotliwością raz na 10 minut i albo leje deszcz, albo świeci słonko. Moje dziewczyny chyba znów zapodały mi jakieś paskudztwo z przedszkola, to znaczy one smarknęły ze 3 razy w chusteczkę, a ja już trzeci dzień leżę... Mam nadzieję, że już jutro będzie dobrze, bo we wtorek przyjeżdżają goście i wypadałoby chatę trochę posprzątać ;) 

Na początku pragnę nadmienić, że dzisiejszy temat nie wynika z desperacji chorej osoby ;) Już dawno nosiłam się z zamiarem napisania o szkole, nauczycielach, uczniach, edukacji i oświaty. Bardzo jestem ciekawa waszych opinii jako rodzice dzieciaków, które już chodzą do szkoły, oraz tych, których tak jak mnie dopiero to czeka. Jak widzicie to wszystko swoimi oczami? Dzisiejszy post to moje własne doświadczenia jako nauczyciel, który bezpośrednio pracował w szkole oraz jako nauczyciel, który nadal uczy, ale już nie w szkole. Napiszę wam również o moich odczuciach jako przyszły rodzic dwóch uczennic.



Jakiś czas temu, mąż zapytał mnie, czy uważam, że gdyby dziecko nie chodziło do szkoły, tylko uczyło się nazwijmy to "z życia"(czyli od rodziców, z internetu, publikacji, podróży itd) czy nie wyniosłoby więcej wiedzy niż czerpiąc ją od nauczycieli? Pomijamy tutaj aspekty wychowawcze, adaptację w grupie itd. Chodzi stricte o przygotowanie do wykonywania zawodu. Analizując swój przypadek mój mąż doszedł do wniosku, że w zasadzie wszystko to, czym zajmuje się obecnie i co przynosi mu pieniądze, to wiedza, którą przyswoił sam. Podstawy można powiedzieć wyniósł z liceum, ze studiów, ale mówi, że tak naprawdę jest to mały procent w porównaniu z tym, czego nauczył się w praktyce (i czego nie mógłby nauczyć się sam) Zastanawiał się więc, co by było, gdyby nie chodził do liceum, nie studiował, ale miał możliwości takie, by czas wykorzystać na lepsze przygotowanie do zawodu. Owszem, dyplom jest ważny, czasem nawet konieczny, by uzyskać uprawnienia do wykonywanego zawodu, ale nie zawsze. W wielu przypadkach liczą się umiejętności, talent, spryt, dopasowanie się.
Coś w tym jest, bo przecież znany wszystkim twórca Facebooka, czy Apple'a wcale nie ukończyli studiów, szkoda im było na to czasu. Ja patrząc ze swojej perspektywy stwierdziłam, że to właśnie studia przygotowały mnie do dobrego wykonywania swojego zawodu. Może ze względu na ich specyfikę. Pomimo różnych możliwości jakie daje nam internet, kontakty z ludźmi z innych krajów, czy podróże, nie wyobrażam sobie choćby braku przygotowania pedagogicznego. Chcąc uczyć musiałam mieć ukończony co najmniej licencjat z przygotowaniem pedagogicznym. A to przygotowanie nie polegało na odbębnieniu jakiegoś kursu, tylko pełnych 3 latach zajęć po kilka razy w tygodniu, obserwacji lekcji i w końcu samemu ich prowadzeniu. Dziś nie potrzeba studiów filologicznych, wystarczy ukończyć inny kierunek z językiem i zrobić studia podyplomowe w kierunku pedagogiki. 

Jak wiecie od wielu lat nie pracuję już w szkole, ale cały czas mam z nią styczność poprzez kursy, czy indywidualne zajęcia dla dzieci. Dlatego może jako trochę obserwator, a trochę jednak osoba od zawsze zaangażowana w oświatę, chciałam przy okazji zabrać głos wobec całego zamieszania, jakie powstało wokół przygotowywanego strajku nauczycieli. 

Może najpierw tak od strony nauczyciela, żeby było ładnie :)) Myślę, że nadal pokutuje pogląd, że przedstawiciel tego zawodu niewiele robi, pracuje parę godzin dziennie i na dodatek ma długie ferie i wakacje. Uwierzcie mi, nic bardziej mylnego. Nauczyciele naprawdę pracują dużo więcej niż wam się wydaje. Pomyślcie. Każdy z nich ma kilka klas, a w nich ileś tam osób. Musi przygotować lekcję, pomoce, potem ułożyć klasówkę, sprawdzić ją.  Za moich czasów nie było dzienników elektronicznych, wystarczyło wpisać temat i ocenę. Obecnie nauczyciel ma dużo więcej pracy - musi nie tylko wpisać to co kiedyś, ale również informacje takie jak: co ma dziecko przygotować, czego szczegółowo się nauczyć i na kiedy. Z perspektywy rodzica i ucznia jest to fantastyczna sprawa. Z perspektywy nauczyciela dodatkowa robota. No bo skoro ma on kilka klas, to nie jest to sprawa kilku minut, ale trzeba poświęcić sporo czasu na uzupełnienie wszystkiego. Kolejna rzecz. Co jakiś czas mają miejsce rady pedagogiczne, które potrafią trwać godzinami! Czasami to był dla mnie koszmar, przyznaję, że nie raz wykorzystywałam ten czas na tłumaczenie tekstów piosenek pod stołem... Po prostu inaczej umarłabym przez te 4 godziny. 
Do tego co jakiś czas spotkania z rodzicami, najpierw ogólnie, potem indywidualnie. Zresztą współczesna szkoła przyjazna rodzicom ma obowiązek wychodzić naprzeciw ich oczekiwaniom, i w ten oto sposób dostają oni narzędzia w postaci możliwości komunikowania się z nauczycielem kiedy tylko chcą (mam na myśli system Librus) I tak to właśnie nauczyciele potrafią dostać wiadomość o 22 dlaczego tyle zadali uczniom na pracę domową...
Nie zapomnijcie jeszcze o wychowawstwie, które pociąga za sobą nie tylko papierkową robotę, ale choćby przygotowanie uczniów na akademię, wycieczki (żadna przyjemność, żebyście nie myśleli) i inne uroczystości organizowane przez szkołę. Dodatkowych rzeczy, nie związanych stricte z nauką można by wymieniać i wymieniać. Nie powiem już o odpowiedzialności przygotowania do egzaminów, do matury i potem w nich uczestniczeniu (zresztą za marne grosze) Jeśli więc nadal uważacie, że bycie nauczycielem to fucha, spróbujcie sami nim zostać. Wszystko to, co opisałam to w zasadzie same radości. Nie wspomniałam przecież o problemach wychowawczych, problemach z dyscypliną i innych, które nie wliczają się do godzin w etacie. 

Ja jeszcze należę do starej gwardii. Nie chodziłam do gimnazjum, zaliczyłam "jedynie" 8-stopniową szkołę podstawową, liceum i studia dwustopniowe (licencjat pozwalał mi już na podjęcie pracy w szkole) Moja pierwsza pensja wynosiła 500zł (na pełen etat) i wprawdzie było to dawno temu, to dla mnie jako młodej dziewczyny mieszkającej z rodzicami, to było prawie jak spełnienie marzeń ;) Mogę śmiało powiedzieć, że w zasadzie nigdy nie wyszłam ze szkoły. Po maturze zaraz zaczęłam udzielać korepetycji i pracować w szkole językowej (oczywiście wtedy tylko z dziećmi) Nigdy nie narzekałam, pracy było w bród, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Dojeżdżałam wtedy do dzieciaków tramwajem w inną dzielnicę i za godzinę brałam 5zł, potem 7zł a jak już przerzuciłam się na 10zł będąc na drugim roku studiów to myślałam, że to już fortuna! :) Nigdy nie liczyłam na szkołę jako moje jedyne źródło utrzymania, dlatego też nie odczuwałam niskich zarobków. Ważne było dla mnie to, że płacą mi ZUS i mając do tego działalność gospodarczą nie muszę sobie tym już zawracać głowy. Bywało, że miałam po 20 uczniów tygodniowo! a kilku czekało w kolejce jak zwolni się miejsce. 
Tak wyglądało moje życie, gdy byłam zatrudniona w szkole. Niestety nie każdy ma takie możliwości i nie każdy może sobie na to pozwolić. Ja mogę uczyć angielskiego każdego, dzieci, dorosłych, mieć kursy, uczyć indywidualnie, rozwinęłam się też w dziedzinie biznesu, więc mam co robić. Ale pamiętajcie, że mój zawód, moje wykształcenie jest specyficzne, mogę bowiem wybierać w jaki sposób chcę tę wiedzę wykorzystać. Co mają jednak powiedzieć inni przedmiotowcy? Ucząc biologii, geografii, języka polskiego, matematyki, nauczyciele mają tylko możliwość "dorobić sobie" udzielając korepetycji. Nie jest to jednak takie proste i nie każdy ma warunki do tego. Załóżmy, że nauczycielka pracuje na etacie w szkole podstawowej i ma na utrzymaniu małe dziecko. Musi zorganizować cały dzień logistycznie, pomyśleć o mężu, o domu i innych sprawach takich jak zakupy, gotowanie, więc trudno takiej osobie zorganizować dodatkowe korepetycje w domu. Kiedy czas dla rodziny? Kiedy czas na przygotowanie do pracy? Kiedy na cokolwiek innego? Nie zapominajmy również, że w etat nauczyciela są wliczone również okienka, rzadko kiedy zdarza się, żeby nie było przerw. Do tego dołóżcie dyżury na przerwach, kiedy to nie ma czasu nawet iść do toalety. I co? zaczęliście współczuć nauczycielom? Pewnie powiecie, no cóż, taki wybrali sobie zawód. 
Droga do nauczyciela dyplomowanego jest długa (wtedy faktycznie można liczyć na nieco wyższe zarobki), ale zanim to nastąpi, przez wiele lat trzeba naprawdę się natrudzić, żeby związać koniec z końcem (no chyba, że współmałżonek dobrze zarabia) Uważam, że nauczyciel powinien zarabiać więcej, ale nie będę wypowiadała się, czy strajk jest odpowiednią formą wyrażania frustracji z tego powodu.

No to teraz przechodzimy do nauczyciela w oczach ucznia i przyszłego rodzica :) Mój mąż stwierdził, że albo szkoła będzie miała przekichane jak nasze dzieci pójdą do szkoły, albo my ;) Niestety zbyt dużo wiem jak to wszystko wygląda ( z jednej i z drugiej strony) więc trudno mi będzie siedzieć cicho jeśli jakaś dziwna sytuacja będzie miała miejsce. No, ale zobaczymy. Może naślę na nich babcię, też była nauczycielkę hahaha.

Kiedy byłam z Elsą na konkursie piosenki, który odbywał się w miejscowej szkole podstawowej, córka była zachwycona. Najchętniej od razu przeszłaby do pierwszej klasy ;) No, ale wiadomo, dzieci mają inne wyobrażenie szkoły, kojarzonej raczej z byciem dorosłym. Kiedy dochodzi nauka, lekcje odbywające się w ławce i w zasadzie koniec z beztroską zabawą, większość z nich z nostalgią wraca do przedszkola. 

Ja ogólnie dobrze wspominam szkołę podstawową i liceum. Po lekcjach chodziłam na obiad do babci i dziadka, spędzałam z nimi czas, czasem odrobiłam pracę domową. Jak słowo daję nie pamiętam, żebym dzień w dzień ślęczała kilka godzin nad pracą domową, projektami i lekturami. Klasówki miałam maksymalnie dwie w tygodniu, kartkówki niezbyt często. Fakt, nauka nie sprawiała mi trudności, gdyż jestem słuchowcem i większość materiału pamiętałam z lekcji, ale chodzi o sam fakt przygotowania do przedmiotu. Ja się naprawdę nie dziwię, że dzieci mają dość. Materiał jest przeładowany i czasem zupełnie bezsensowny. Do tego każdy podręcznik jest w komplecie z ćwiczeniami, nawet do religii! Kiedy zobaczyłam co te dzieciaki muszą się uczyć na tym właśnie przedmiocie, prawie spadłam z krzesła. Nie dość, że do religii (podaję przykład 4 klasy) jest podręcznik naszpikowanymi wydarzeniami, terminologią, to na dodatek są do tego ćwiczenia, które dziecko musi wypełniać na bieżąco. Za moich czasów religia była jednym z przyjemniejszych przedmiotów, z którego nikt się nie wypisywał. Jeżeli nie chciał słuchać, odrabiał jakieś lekcje. I tyle. Zwykle lekcja polegała na zapisaniu w zeszycie paru faktów i rozmowie. Oczywiście, że raz na jakiś czas była klasówka, ale czy zdanie jej na piątkę zrobi z nas świętych? Ja rozumiem, że pani katechetka, świecka, żeby nie było, musi z czegoś wystawić oceny, ale czy o to chodzi w tym wszystkim? Czy naprawdę nie ma innych sposobów ewaluacji wiedzy? 
Kolejny przykład. Technika. Za moich czasów nazywało się to ZPT (dla tych co nie wiedzą - Zajęcia Praktyczno-Techniczne) Kolejny fajny przedmiot. Robiliśmy kanapki, szyliśmy, a nawet raz sklejaliśmy model samolotu (słabo mi poszło, dlatego kończył za mnie mój tata w domu - do tych rzeczy nigdy nie miałam nerwów ;)) A teraz? Nie wiem jak w innych miastach, innych szkołach, ale u nas nigdy dzieciaki nie robiły kanapek, tak naprawdę nigdy nie robiły nic praktycznego. Ale za to na sprawdzian musiały nauczyć się definicji roweru, oraz jak naprawić każdą jego część. Powiedzcie mi, po co? Kolejny przykład. Tego to ja już zupełnie nie pojmuję. Dzieciaki miały nauczyć się znaków. Ok. Już nawet moje dziewczyny potrafią rozpoznawać niektóre, uczyły się w przedszkolu co to STOP na przykład. Wyobraźcie sobie, że od czwartoklasistów wymaga się definicji np. drogi dwujezdniowej. O ludzie! Czy oni zdają na prawo jazdy? Powiedzcie mi. Ktoś, kto to wymyślił, musiał mieć nie po kolei w głowie. Nie wiem, czy ja, po tylu latach jazdy samochodem, napisałabym zadowalającą regułę, która przyniosłaby mi dobry stopień. Czy naprawdę materiał musi być naszpikowany takimi bzdurami? Przecież dla tych dzieci to abstrakcja,a  jeśli ma to na celu ćwiczenie pamięci, to niech lepiej nauczą się wiersza...

Powstaje więc pytanie: czy w dzisiejszych czasach, w dobie internetu dzieciaki naprawdę muszą przyswajać tak bezużyteczną wiedzę? Nie wiem, czy tylko ja mam takie wrażenie, ale od kilku lat obserwuję, że uczniowie kompletnie nie potrafią myśleć. Uczą się na pamięć, zdają klasówkę i zapominają. Odpowiadają tylko na pytania:tak/nie, albo krótko, nie rozwijając myśli. Zapytani dlaczego tak sądzą, często nie potrafią udzielić odpowiedzi. Podać uzasadnienie swojej wypowiedzi? Zbyt trudne. 
Gdzie tkwi przyczyna? Wszędzie w zasadzie. Zaczyna się w nas, rodzicach. Często zdarza się tak, że oddając dziecko do szkoły, niejako "zwalamy" całe wychowanie na nią. Niektórzy potrafią być tak roszczeniowi, że nawet sobie nie wyobrażacie, a sami nie robią w zasadzie nic, by ze szkołą współpracować. Problem tkwi w systemie nauczania, w nauczycielach i w uczniach, którzy być może dobrzy są w grach komputerowych, obeznani z YouTubem i i wszelkimi komunikatorami, ale mają problem ze sformułowaniem swoich myśli.

Jak wspomniałam wyżej, chodziłam do 8 klas szkoły podstawowej. Ten system może i miał swoje wady, ale chyba większość z nas naprawdę dobrze skończyła, więc może nie było aż tak źle? Wraz z nastaniem reformy oświaty, snuto daleko posunięte plany jak ta nowa szkoła ma wyglądać. Gimbusy, sale wyposażone w najnowocześniejsze sprzęty, książki, małe klasy, nowoczesny program nauczania, no wszystko, wszystko, by ten uczeń przyswoił wiedzę. Nie będę wypowiadać się na temat tego, czy reforma spełniła swoje zadanie, czy nie, nie będę też pisała o tym, co sądzę na temat powrotu do ośmiu klas. Fakt jednak pozostaje, że coś tu nie do końca jest w porządku. Chciałabym, żeby moje dzieci skończyły szkołę i zdobyły wykształcenie. Ale wiecie co, aż żal patrzeć na takie sytuacje, w których ludzie dają z siebie wszystko, a pieniędzy zarobionych uczciwie wciąż brak. 

Miało być krótko, a wyszło jak zwykle ;) 
Tak szybciutko więc, na koniec, wracam do pytania postawionego przez mojego męża. I wiecie co? Chyba ma rację. Przynajmniej jeśli chodzi o naszą rodzinę. Ja jestem dobra w przedmiotach humanistycznych, jego domena to przedmioty ścisłe. W zasadzie tego, co potem potrzebne do życia dzieci mogą nauczyć się od nas. Problem w tym, że nie każdy ma taką możliwość, by pracować z dzieckiem w domu, nie każdy potrafi, nie każdy ma wiedzę. Dlatego też, reforma oświaty jest konieczna, nie tylko pod względem lepszych zarobków dla nauczycieli. Nie potrzeba nam dyplomowanych magazynierów. Potrzeba dobrych fachowców i ludzi z pasją wykonujących swoją pracę. Za godziwe pieniądze. 




Wspaniałego weekendu moi drodzy wam życzę! Jeśli sprawdzi się prognoza pogody, w niedzielę będziemy mieć prawdziwą wiosnę!




9 komentarzy:

  1. No to mnie wywołałaś do tablicy :)
    W sprawie nauczania, dzisiejszego systemu oświaty i przede wszystkim podejścia rodziców do edukacji ich dzieci można by pisać bez końca.

    Sama zazwyczaj temat omijam, bo pochodzę z rodziny pedagogicznej. Tzn dziadkowie oboje byli nauczycielami, moja mama na złość poszła na studia techniczne, by udowodnić swoim rodzicom, że będzie mieć "porządny zawód", ale po latach i tak wylądowała w oświacie (przeznaczenia nie oszukasz:). Teraz tradycję kontynuuje siostra.

    Gdy na nie patrzę (mamę, siostrę) to zawsze denerwowało mnie ich narzekanie - na słabe zarobki, na idiotyczny program, podręczniki, które się co chwilę zmieniają i to na co raz gorsze, na ogrom pracy papierowej, pisanie planów, konspektów i że to często robią po nocach. Ale akurat one należą to tej kategorii "ciała pedagogicznego", które moim zdaniem się spala w swojej pracy i tu im współczuję. Bo gdy podręcznik ma kiepski temat, to szykują swoje materiały, ksera, kupują z własnych pieniędzy ogrom pomocy. Nie akceptują tego, że skoro plan jest słaby, to trudno, one zawsze chcą jak najlepiej dla dzieci. Mama przez ostatnie 10 lat mimo, że była pedagogiem szkolnym to przyjmowała w swoim gabineciku dzieci na korepetycje. Parodia - słabsi uczniowie wychodzili np z matematyki i nie rozumieli tematu, ale wtedy nie zgłaszali tego nauczycielowi prowadzącemu, tylko szli do pani pedagog, bo "ona to wytłumaczy normalnie".
    Ale sama wiem, że połowa nauczycieli inaczej podchodzi do swoich obowiązków i to są często nauczyciele, którzy przez przypadek wylądowali na studiach pedagogicznych.
    Dlatego uważam, że owszem trzeba by "zreformować" zawód nauczyciela, czyli poprawić zarobki, dać więcej pomocy i materiałów do pracy (np w szkole mojej mamy istniało 1 ksero, co chwilę zepsute, więc wszelkie materiały dla uczniów trzeba było na swój koszt przygotować gdzieś poza szkołą), ale również uczynić ten zawód bardziej "prestiżowym" - czyli na studia pedagogiczne powinni być przyjmowani kandydaci po zdecydowanie większej selekcji. Chyba kiedyś Arlena Wit (też anglistka:) mówiła o tym w jakimś wywiadzie - w krajach skandynawskich być nauczycielem to jest COŚ, ale dostać się na te studia to też jest wyzwanie! W moim roczniku na studia pedagogiczne poszło dużo znajomych - "bo nie dostali się tam gdzie chcieli"
    No i jeszcze moje spostrzeżenie dot. obecnych rodziców uczniów. Piszę to tylko ze słyszenia, ale i tak jestem przerażona niektórymi opowieściami mamy, jakie wymagania a właściwie żądania ma większość rodziców dzieci. Wiem, że to nierealne, ale chyba każdy rodzic biologiczny powinien przejść tak jak rodzice adopcyjni specjalny kurs. W dzisiejszych czasach większości wydaje się, że to szkoła ma nauczyć, wychować, pokazać jak buduje się relacje, więzi itd. Rodzice zapominają, że to głównie ich rola i to jest przykre. Widać to po ilości dzieci z depresją, brakiem poczucia wartości, albo ogromną agresją, która jest prośbą o pomoc.

    Kończąc mój elaborat, kiedyś zastanawiałam się, co zrobię, jeśli zostanę mamą dzieci, którym będzie trzeba poświęcić o wiele więcej uwagi przy edukacji. Czy dzisiejsza szkoła temu sprosta, czy będzie pomocna, czy może lepiej pomyśleć o edukacji domowej? Tylko siebie w roli nauczyciela to ja nie widzę :)
    PS. Fajnie o edukacji domowej mówiła Adrianna Wiczling w swoim podcaście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, nie chciałam Cię wywoływać, to nie specjalnie ;) No, ale skoro nie zgłosiłaś nieprzygotowania to niech będzie hehe ;)

      Zgadzam się w 100%. Należałoby nie tylko podnieść pensje, ale przede wszystkim odzyskać prestiż tego zawodu. Jak pisałam moja mama też była nauczycielką i wtedy to było coś - każdy miał szacunek do niej, wiedział, że jest ona autorytetem. A dziś? Zdarzają się wyjątki, ale jest tak dużo nauczycieli o których piszesz właśnie, którzy trafili z przypadku na to stanowisko, albo nie mieli za bardzo co ze sobą zrobić, to nie dziwmy się, że jest jak jest. Wyobrażasz sobie, że ostatnio opowiadała mi znajoma, że u jej córki w klasie nauczyciel NIC nie zrobił w 1 semestrze, bo przychodzi na lekcję i gra na komórce, a dzieciom puszcza filmy? Czy Ty sobie to wyobrażasz? Jakim to trzeba być ignorantem. Gość ma już nagany, ale dyrektorka nie może go wyrzucić, bo nie ma kogo zatrudnić. No paranoja. Jak dziecko ma mieć szacunek do nauczyciela, skoro nauczyciel nie szanuje dziecka? Ja nie dlatego odeszłam z oświaty, że nie lubię uczyć, ale samo to, co się dzieje poza kulisami jest dla mnie nie do przyjęcia. Ludzie żmije, jeszcze gorsi niż w korporacji bywają, za plecami wbijający Ci nóż w plecy, donoszący na Ciebie, nieszczerzy, a do tego słabi fachowcy. No jak mają być autorytetem, skoro są to ludzie od których niczego dobrego nauczyć się nie można. A ci, którzy naprawdę coś sobą reprezentują, często giną w potoku tych wszystkich innych, których wyrzuciłabym z hukiem z tego zawodu.

      W dzisiejszej szkole bywa taki wyścig szczurów, że w głowie się nie mieści. Jeśli do tego dochodzą sorry za określenie głupi rodzice, z masą oczekiwań i wygórowanym mniemaniem o sobie, to niestety szkoła sobie nie poradzi. Dzieci słabsze, cichsze, spokojniejsze mają ciężko. A co dopiero takie, które przeżyły w swoim życiu traumę...

      Ja akurat dziecku pomogę, wszystkiego nauczę (te humanistyczne przedmioty, resztę mąż), ale tak jak pisałam, nie każdy może sobie na to pozwolić. I co wtedy? A gdzie czas na uczenie więzi, budowanie relacji... Lidio pomarzyć można prawda? No zobaczymy, może blog doczeka czasów szkolnych to będę wszystko pisać :))

      Usuń
  2. No to witam w klubie, też często się wkurzałam o wciskanie w łeb dyrdymałów do szczęścia i życia nie potrzebnych . Bo na cholerę mi wiedzieć jak zbudowany jest pantofelek albo jak wygląda euglena zielona. Ale nabraliśmy "ogłady" i dziś jak mi ktoś powie że jestem głupia jak pantofelek mam przed oczami pierwotniaka a nie obuwie domowe :) :)
    No i ja też studia robiłam na raty (licencjat i magisterka) a do podstawówki chodziłam 8 lat - ło matko , stara jestem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaga! A Ty wiesz, że ja dobrze pamiętam tego cholernego pantofelka, bo dostałam za rysunek piątkę? hahaha A euglenę chyba oglądaliśmy pod mikroskopem, podobało mi się. Zresztą wtedy taki mikroskop to było coś! Nawet chciałam sobie taki kupić do domu, ale jego cena przewyższała moje kieszonkowe.

      Oczywiście się zgadzam, że szkoła jest ogólnokształcąca i powinna dać nam wiedzę z różnych dziedzin. Wiedzę. Ale nie bzdury. No jak ostatnio słuchaj przychodzi do mnie dziewczynka i mówi, że uczy się na sprawdzian z informatyki. No luz. Pytam co mają, a ona na to, że uczy się definicji: co to jest internet itd. (i tu powinnam wkleić rysunek wielkich oczu) No żesz... Dzieci operują internetem tak, że pani nawet się nie śniło, a jak ona zacytowała mi tę regułkę to ja spadłam z krzesła... Naprawdę nie ma już za co ocen wystawiać? No niech dzieciom zdefiniuje to to jest, ale, żeby odpytywać z tego?
      To co pisałam. Oni mają wykute zdania na pamięć i nic z tego nie rozumieją. Przypomina mi się moja jedna profesor na studiach - jeśli nie daj Boże ktoś powiedział coś swoimi słowami, to mówiła, że "ok, ale ..... -i tu powtarzała to samo, ale słowo w słowo z notatek...." Czasem miałam wrażenie, że ona wtedy czuła się pewna, bo wiedziała, że to dobrze, a już swoimi słowami to wykraczało poza jej wiedzę. eh

      Nie wiem w sumie jak jest teraz, ale moich studiów filologicznych nie dało się zrobić inaczej jak tylko dwustopniowo. Po licencjacie otrzymywałam dyplom uprawniający do pracy w szkole, z tym, że dostawałam mniej kasy, ze względu na "niepełne studia" Nie pamiętam ile, ale ze 150zł mi "dowalili" do tych 500 jak już się obroniłam ;) To tak, żeby mi się w głowie nie przewróciło. Za pierwszą pensję zakupiłam sobie kubeczek z owieczką z firmy NICI, który mam do tej pory :D:D

      Mówisz, że stare jesteśmy? :/ A mnie się wydaje, że ja ciągle mam ze 25 lat ....

      Usuń
  3. aaaaaaaaaaaaaaa... to już kolejny lewel debilizmu. Mojego Młodego w gimnazjum uczyła informatyki pańcia która nie potrafiła włączyć kompa. Ale odpytywała ich co to jest pamięć, dyskietka itp... uprzednio im to dyktując do zeszytów. Ale spoko, Młody dziś jest informatykiem, pani w gimnazjum nie utłukła jego inwencji twórczej. A pamiętasz co to jest pogoda? POGODĄ NAZYWAMY STAN ATMOSFERY NA DANYM TERENIE I W DANEJ CHWILI. Znaczy się że pogoda jest zawsze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to całe szczęście, że Twój syn się nie zniechęcił. Ile ja razy muszę uczyć takie dzieciaki, które nienawidzą angielskiego właśnie przez nauczycieli, ale wiedzą, że muszą się uczyć, bo jest im to potrzebne do życia albo do egzaminu. Albo rodzice naciskają, masakra...
      Hahaha, tak tak pamiętam o pogodzie!! I jeszcze to, że słońce nie gaśnie, tylko zachodzi :P
      Tak jeszcze wspomnę o moim nauczycielu od muzyki z podstawówki, bo myślę, że warto a propos wiedzy teoretycznej. Gość bardzo lubił szanty i nauczył nas śpiewać różne piosenki. Przynosił gitarę, opowiadał o żeglowaniu. Na ocenę można było do wyboru albo zaśpiewać, albo odpowiadać z teorii, czyli np. budowy jakiegoś instrumentu. Dla mnie do tej pory jest to wzór nauczyciela, który rozumie ucznia i jest elastyczny. Przecież nie każdy ma zdolności prawda? A tak to wilk syty i owca cała :) On miał oceny, dobrze się bawiliśmy i stresu nie było.

      Usuń
  4. Kojarzysz Radosława Kotarskiego? Robił "Polimaty" na Jutubie :)
    On ma taki wykład na temat edukacji (też na Yt) i jest bardzo ciekawy - otóż jego zdaniem (i trudno się z nim nie zgodzić...) nasz system oświaty wywodzi się z systemu pruskiego. Uczeń miał był wszechstronnie wykształcony, a nauczyciel miał zarabiać grosze - była to praca ku chwale ojczyzny. No i tak jest do dziś...
    Jak będziesz mieć chwilę (tak, wiem, haha ;) ) to polecam do posłuchania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha piękne, ku chwale ojczyzny :P Może w tamtych czasach by to przeszło. Jedzenie dostawałabym od sąsiadów, ubrania od rodziny i mogłabym się spełniać w zawodzie :D

      Usuń
    2. I jaka duma by Cię rozpierała ;)))

      Usuń