poniedziałek, 17 czerwca 2019

Dziecko adopcyjne wśród rówieśników.




Jak wspominałam wam wcześniej, oficjalnie nie powiedziałam w przedszkolu nikomu o adopcji. Zachowałam ten drobny szczegół dla siebie, ponieważ chciałam dać dziewczynkom równe szanse z rówieśnikami. Co mam na myśli? Nie ukrywajmy, ludzie nadal dzielą innych na grupy. Co rusz spotykam się z podziałami a to na tych którzy mają dziecko i tych, którzy nie mają, więc co oni wiedzą, na bogatych i biednych, na lepiej wykształconych i mniej. I tak dalej i tak dalej. W zasadzie nie ma nic w tym złego oczywiście, jeżeli dany podział jest tylko z nazwy. Przecież faktem jest to, że ktoś jeździ Mercedesem, a inny Fordem. Ostatnio przeczytałam na Facebooku komentarz mojej koleżanki do jakiegoś posta, że "najbardziej ceni ona sobie ludzi wykształconych i do nich ma największy szacunek" Wiecie co, nie mam z nią od kilku lat za bardzo kontaktu, ale wiem, że ona nie jest jedyna. Czy to, że ktoś nie ma wykształcenia znaczy, że nie należy mu się taki sam szacunek jak profesorowi? Ba! Nawet często okazuje się, że osoba z klasy robotniczej ma więcej szacunku do nas, niż pan, czy pani z najwyższymi honorami. I właśnie dlatego wybieram komu mówię o adopcji. Nie wstydzę się tego, nie ukrywam, ale jeśli nie muszę to nie mówię. Nie powinno to mieć absolutnie żadnego znaczenia w obcowaniu moich dzieci z rówieśnikami. Niech nie będą definiowane jako "te siostry, no wiesz, te co zostały adoptowane" tylko po prostu siostry.

Niedawno w naszym przedszkolu odbyła się ocena postępów wychowanków. Bierze się pod uwagę wszystko, czyli pracę, zaangażowanie, samodzielność, zachowania społecznie i wiele innych czynników. Powiem wam tak, miałam łzy w oczach słysząc, że ciocia, wychowawczyni Elsy dziękowała mi za to, że mogła ją poznać i pracować z taką dziewczynką. A ciocia Miśka małego stwierdziła, że moja córka jest "dzieckiem idealnym, samodzielnym, kulturalnym, posłuchanym i zainteresowanym wszystkim co się dzieje" (tak mówi, bo nie widziała jej w akcji w domu hahaha ;) ) Przysięgam, nie piszę tego by w jakikolwiek sposób się chwalić jakie to moje dzieci są wspaniałe, a ja liczę na nagrodę dla matki roku. Nie. Piszę to po to, byście wiedzieli, że każda chwila poświęcona na pracę z dzieckiem, procentuje w postaci takiej, że są one lepiej przygotowane do życia, szczęśliwsze, mądrzejsze. Pani dziękowała mi za to, że tyle spędzamy czasu z dzieckiem i współpracujemy z przedszkolem, bo tylko tak można osiągnąć najlepsze rezultaty. Okazuje się, że coś, co dla mnie jest oczywiste, dla innych jest abstrakcją. Pragnę w tym momencie jednak przypomnieć wam, że moje dzieci są z nami od zawsze. Nam łatwiej było je ukształtować, ponieważ nie niosły za sobą żadnego w zasadzie bagażu poza odrzuceniem przez swoją rodzinę biologiczną. Na szczególną uwagę więc zasługuję te rodziny, które adoptowały starsze dzieci i pracują z nimi tak, by osiągnąć ten sam efekt co my. Oni, nim zaczną dziecko napełniać dobrem płynącym z nowego życia, muszą najpierw pozbyć się lub w jakimś stopniu poradzić sobie z demonami przeszłości. Nie mogę więc porównywać do swojej rodziny, ale powiem wam, że jestem również w kontakcie z takimi parami, które zdecydowały się na adopcję przedszkolaka, czy nawet już szkolnego dziecka. Miłość, poświęcony czas i praca owocują niebywałymi rezultatami, a patrząc na dzieci, na to ile osiągnęły, raduje się serce. Nasze dzieci nie muszą być najlepsze, ale muszą wiedzieć, że dla nas są najważniejsze i cieszymy się nawet z małych kroczków. Może to będzie właśnie kroczek w sensie dosłownym, bo choć maluch ma już 2 lata to jeszcze nie chodzi, a może trójka z polskiego, pomimo tego, że dziecko na półrocze było zagrożone. Dzieci adopcyjne potrafią osiągnąć bardzo wiele przy naszej pomocy. Niestety niektórym odebrano tę możliwość, by rozwijały się od samego początku możliwie jak najlepiej. 

Cieszę się też, że dziewczynki dotrwały do końca zajęć z baletu, była to dla nich fajna zabawa, jakieś nowe doświadczenie no i regularne ćwiczenia. Nauczyły się też odpowiedzialności i obowiązku, bo przecież cały rok 2 razy w tygodniu trzeba było jechać. Na koniec odbył się pokaz dla rodziców, bardzo się cieszyły, że mogły wystąpić. Codziennie więc staram się podążać za moimi dziećmi, iść tam, gdzie pragną iść i pomagać im wybierać takie ścieżki, dzięki którym będą stawać się po prostu lepszym człowiekiem.



15 komentarzy:

  1. No i tak wygrałaś konkurs na matkę roku :) I nawet nie chodzi mi o osiągnięcia Twoich córeczek (choć też), ale o Twoje mądre podejście, tak ważne w dzisiejszym świecie.
    Dziś tym postem odpowiedziałaś mi na gnębiące mnie pytanie po "nie tym " telefonie z OA. Nie umiałam do końca ubrać w słowa dlaczego podjęłam taką, a nie inną decyzję, a dziś już wiem. To ja chcę mieć wybór i móc decydować komu powiem o adopcji mojego dziecka. To bardzo ważne, by móc skupić się na tym co ważne, a nie odpierać ataki ciekawskich. Rozegrałaś to rewelacyjnie.
    No i brawa dla dziewczynek za taką wytrwałość w lekcjach baletu! Mnie stopy bolą na samą myśl o puentach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, tak sobie siedzę przy kawce, rozmyślam (to te błogie pół godziny przed wyjazdem do przedszkola ;) ) i dochodzę do wniosku, że może powinnaś była poczekać z tym wpisem do następnego tygodnia ;) Wiesz dlaczego :D
      Kochana tak czy siak dziękuję za miłe słowa, wiem, że podobnie patrzymy na świat, więc jeśli się mylę to chociaż nie będę sama ;)
      Wiesz jaki to balet w tym wieku ;) Ale zawsze coś. No i nazwy francuskie też znają i to jest fajne :)) Nie wiem jak będzie w przyszłym roku, bardzo chciałabym, żeby chodziły na basen a nie chcę ich też zawalać obowiązkami na cały tydzień.
      Buziaki

      Usuń
  2. Brawo dla dziewczynek i dla was. U nas w przedszkolu też są robione takie oceny – dwa razy do roku – w połowie 1 semestru i pod koniec drugiego. Miło wtedy posłuchać jakie ma się ogarnięte dziecko, szczególnie jak widać postęp na koniec roku.
    My też nie mówiliśmy w przedszkolu skąd syn się wziął w naszej rodzinie. Jak już kiedyś chyba pisałam zrobił to sam w dość subtelny sposób. Nie zaobserwowałam żadnych zmian w stosunku cioć do niego po tym zdarzeniu. Siostrze sam zrobił coming out – z resztą i tak nie dałoby się tego faktu ukryć więc zobaczymy jak to wyjdzie w przedszkolnym praniu i czy ktokolwiek będzie jeszcze o tym pamiętał jak mała pójdzie do przedszkola. Na razie ciocie liczą czy mała trafi do ich grupy czy nie – a każda by ją chciała bo to takie słodkie rozkoszne dziecko – biedne nie wiedzą co je czeka za rok lub dwa ;-) .
    Ja mam ogólnie taką refleksję, że temat adopcji jest dla ludzi po prostu dość nieznany i raczej bywają ciekawi niż wścibscy (to raczej rodzice adopcyjni bywają przewrażliwieni i każdy przejaw zainteresowania tematem poczytują jako wścibstwo). Kilka prostych pogadanek na ten temat, odpowiedź na czasem podstawowe pytania zazwyczaj załatwia sprawę i po jakimś czasie ludzie zapominają, że taka dziecko jest adoptowane. Aglaia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aglaia, myślę, że w Waszej sytuacji zachowałabym się podobnie. Jeśli syn miał ochotę o tym mówić to nich mówi. Druga rzecz to córka, no kurczę nie wyobrażam sobie, że udajesz ciążę i potem jeszcze "rodzisz" nieco starsze dziecko ;) To byłaby paranoja.
      U nas było inaczej, bo sprowadziliśmy się w nowe miejsce już z dziećmi, nikogo tu nie znaliśmy i nie chciałam takiej sytuacji, że jesteśmy określani właśnie jako "sprowadzili się ci co to mają tę dwójkę adoptowanych dzieci" Myślę, że wszystko trzeba wyważyć i dostosować indywidualnie do rodziny. U nas jest też bardzo specyficzne środowisko, może to wynika z miejsca zamieszkania, bliskości dużego miasta, nie wiem. Jest sporo rodziców z mega ambicjami, niepotrzebnie wprowadzają taki trochę wyścig szczurów wśród dzieci a co za tym idzie niezdrową rywalizację. Już to widzę na poziomie 4-5 lat, a co będzie dalej? To nie jest tak, że to są dzieci i zrozumieją. U nas widać jak na dłoni, że są lepsi i "lepsiejsi" jak to się mówi. A to bo mają układy, a to są bogatsi itd.
      Nie chciałam więc zapisać dzieci do przedszkola i uprzedzać o adopcji. Być może wiedzą, przecież są rozmowy, zabawy o rodzinie itd. Mogło gdzieś wyjść przypadkowo. Starsza córka jest przebojowa, ale zamknięta w sobie, nie opowiada na zewnątrz o uczuciach. Młodsza to taki misiek i gaduła straszna nawija tak, że ja wymiękam czasem. Mogła też coś powiedzieć. Ale oficjalnie nie wiedzą panie ode mnie. Trzymam tę informację, ponieważ tak jak pisałam nie chcę, żeby dzieci definiowały dziewczynki w jakikolwiek sposób. W przyszłości, świadomie powiedzą komu chcą. Wiesz jak to jest, jak nie możesz z kimś wygrać np. jesteś gorsza w śpiewaniu, w sporcie, w jakimś przedmiocie to możesz sięgnąć po cięższą broń typu: ty jesteś gruby, a ciebie ojciec opuścił, a ty jesteś adoptowany matka cię nie kochała...
      Elsa jest dzieckiem mądrym, ale i wymagającym i czasem porywczym. Jestem tego pewna, że gdyby niektóre osoby wiedziały o adopcji, kazaliby mi chodzić z nią na jakieś zajęcia, albo coś zdiagnozowali. A ona po prostu taka jest. Jak ktoś jej stanie na drodze to go usuwa ;) Zresztą pani na diagnozie powiedziała, że to super cecha (oczywiście powiedziała to po cichu)
      cdn ;)

      Usuń
  3. Jeszcze jedną rzecz chciałam napisać. Wspominałam już o tym kiedyś. W rozmowie z naszą dyr w czasie rekrutacji padło od niej takie zdanie, że tamci (nie wiem o kim mówiła) mają dziecko adoptowane to inaczej, to zupełnie inna sprawa i inaczej się to traktuje. No już pomijam, że nie powinna do mnie w ogóle tego mówić (no z całym szacunkiem do mojej osoby) to zabrzmiało to jak właśnie ocenianie dziecka, bo jest adoptowane to jest inne. No na pewno może sprawiać więcej problemów i mieć trudności z adaptacją, ale wcale nie musi.
    Druga sprawa. Moja znajoma, która adoptowała 5-latkę ( w zupełnie innym województwie) miała ogromne problemy z dziećmi z przedszkola, ponieważ dorośli zachowywali się jak durnota. Przychodzili małą oglądać, wiesz nawet tak zza płotu, żeby stwierdzić, czy to ado dziecko wygląda normalnie. To wszystko przeszło na jej rówieśników, którzy jej po prostu dokuczali (zapewne dorośli coś w domu komentowali) Koleżanka zabrała dziecko z przedszkola i pozostała z nią w domu aż do czasu szkoły. Pracowała w domu z nią i próbowała pomóc w adaptacji do warunków mieszkaniowych i szkolnych. Także Aglaia ciesz się, że mieszkasz w takiej wyrozumiałej społeczności, to jest fajne. Takich przykładów znam mnóstwo. I na prawdę nie jestem przewrażliwiona. Po prostu coś co sprawdza się u Was, w Waszym miejscu zamieszkania i w Waszej społeczności niekoniecznie jest dobre wszędzie. Ja wiem, że ludzie wiedzą za mało o adopcji i robią to z ciekawości, ale mnie się po prostu nie chce ich uświadamiać i tłumaczyć wszystkiego. Komu chcę powiedzieć to mówię i tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że jednak większość rodzin adopcyjnych jest w podobnej do naszej sytuacji – tj. sprowadza dzieci do miejsca, w którym od jakiegoś dłuższego albo krótszego czasu funkcjonują i w związku z tym muszą sobie poradzić z wprowadzeniem dziecka w to środowisko. Lepiej mz przyjąć w miarę pozytywną postawę wobec ludzkiej ciekawości i starać się ją zaspokoić w sposób bezpieczny dla swojej rodziny niż udawać, że dziecko bocian nam przyniósł albo znaleźliśmy je w kapuście i niech się wszyscy odp… (a czasem naprawdę mam wrażenie, że ado rodzice by tak chcieli i tak robią). Wasz komfort zaczynania z czystą kartą w nowym środowisku jest luksusem, który ma naprawdę niewiele rodzin.
      Co do wyścigu szczurów to wydaje mi się, że w mniejszym lub większym stopniu on jest wszędzie. Też mieszkam w małej miejscowości na obrzeżach bardzo dużego miasta. Moje dziecko chodziło do normalnego, gminnego przedszkola ale i tam zdarzali się rodzice w mojej ocenie nadambitni. Na szczęście wychowawczyni przy pomocy rodziców mniej ambitnych udawało się spacyfikować większość nadambitnych pomysłów. Rodzice w naszej grupie nie wiedzieli, że syn nie jest naszym biologicznym dzieckiem. Może niektórzy zaczęli się domyślać jak dzieciaki przyniosły do domu newsa, że B. ma siostrę a przecież jego mama nie była w ciąży. Stosunku dzieci do niego to nie zmieniło – dalej był raczej lubianym dzieckiem ze zgraną paczką kolegów i koleżanek.
      Zobaczymy co będzie od września w szkolnej zerówce – na razie po pierwszym zebraniu mam wrażenie, że momentami może być ciekawie ;-) . Poza tym właśnie się dowiedziałam, że jakaś bliska kuzynka moich sąsiadów uczy w tej szkole i jej mąż też tam pracuje więc nie wykluczam, że grono pedagogiczne kiedyś pozyska wiedzę o naszej historii gdzieś tak z trzeciej ręki. I na nic zdało się to, że szkoła jest w innej miejscowości gdzie teoretycznie nikt nas nie zna ;-) .
      Miłego weekendu,
      Aglaia.

      Usuń
    2. Aglaia, wszystko się zgadza co napisałaś. Tyle, że ja w sumie nie chciałam, żeby ten post stał się postem o jawności adopcji :) Wspomniałam tylko dlaczego my nie powiedzieliśmy w przedszkolu i tyle. Dlatego mogę spokojnie porównać moje dzieci z innymi. To, że nie odstają, a wręcz przeciwnie. I myślę, że w każdej rodzinie, nie tylko adopcyjnej, poświęcony czas dziecku, praca z nim, procentują. Nie tylko w dobrych wynikach w szkole, ale ogólnie w życiu. Ja się cieszę, gdy zagrożonego ucznia uda mi się wyciągnąć na trójkę, bo wiem, że piątka w jego przypadku to marzenie, dlatego warto doceniać każdy, nawet najmniejszy krok naprzód. Wiele dzieci idzie do adopcji po traumie, muszą sobie poradzić z przeszłością, ogarnąć nowe środowisko, szkołę, to trudne i na pewno wymaga ogromnych nakładów miłości, wyrozumienia, pracy i czasu. Ja wiem, że my wszyscy tu komentujący mamy podobne opinie, ale iluż jest ludzi, którzy dopiero starają się o adopcję i po prostu się boją, czy dadzą radę, czy dziecku można pomóc. To wszystko jest trudne i nie takie hop siup. My też mamy swoje problemy, rzeczy nad którymi pracujemy, nie zawsze jest kolorowo. Ale ogólnie mogę powiedzieć, że nasze dzieciaki są po prostu dziećmi. Dlatego nie należy się bać, ale z drugiej strony przygotować się na dziecko. I tyle.

      Usuń
  4. Popieram Izzy. Ludzie niestety lubia szufladkowac i przypinac latki. Wiekszosc jednak raczej bywa okrutna niz zyczliwa.
    Osobiscie znam jednego chlopca adoptowanego zaraz po urodzeniu. Fajne, wygadane, wesole dziecko. Jest w wieku mojej corki i z jego tata (razem pracowalismy) nieraz porownywalismy rozwoj dzieciakow. Zadne nie wyroznialo sie niczym szczegolnym i oboje mieli rowno za uszami. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i właśnie dlatego nie mówiłam, bo nie było takiej potrzeby. Co innego jak dziecko wymaga od początku specjalnej troski. Moja znajoma od razu powiedziała w czym rzecz, gdyż potrzebowała wsparcia w pewnej sprawie, a tak to jest jak piszesz. Dzieci wcale się od siebie nie różnią.
      Czasem zależy od środowiska, nie raz słyszę, że ktoś komuś dokucza czepiając się czegokolwiek. Nie w przedszkolu, nie na początku szkoły, ale później. Dlatego wolę świadomie wybierać komu mówię o adopcji, a jeśli dziewczynki same komuś powiedziały to ich sprawa, na to nie mam wpływu.

      Usuń
  5. Odnośnie twojego komentarza: Ale ta dyr wiedziała o waszej sytuacji?
    Znajoma to chyba z jakiejś wsi zabitej dechami, chociaż na wsi mieszkają inteligentni ludzie i trudno mi wyobrazić sobie taką sytuację...
    Czas poświęcany dziecku jest bardzo ważny. Ja moim dziewczynom oddawałam się w 90%. Wiem, że tak jak piszesz, są ludzie którzy tego nie rozumieją, jak i tacy, którzy nie mogą tego czasu poświęcić z różnych względów, ale się starają. Rodzic, któy woli siedzieć na kompie, czy z piwkiem przed tv, zamiast pobawić się z dzieckiem w ogóle nie powinien być rodzicem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie wiedziała, bo to dyrektorka naszego przedszkola. Mnie zatkało szczerze mówiąc, dlatego sama widzisz dlaczego czasami nie pcham się z mówieniem o adopcji. Nie chcę takiej sytuacji, że jakieś zachowanie "zwalą" na bycie adoptowanym. Wiesz jak to jest, ludzie doszukują się czegoś, byle znaleźć gdziekolwiek. Tak jak lekarz, który nie wie skąd masz kaszel, a wie, że palisz zawsze powie, że on jest przyczyną (kaszel, nie lekarz ;) )
      Dziś opowiadała mi koleżanka, że u jej córki w szkole jest taka rodzinka, gdzie zobaczysz wszystkich tylko z komórką w ręce:tata, mama, dziecko. Smutny obrazek. Tak wielu rodziców jest uzależnionych, co się dziwić, że dzieci są takie same.

      Usuń
  6. Zastanowił mnie Twój wpis. Jestwm adomamą cudnego 1.5 rocznego synka. Za rok planuję posłać synka do przedszkola. I tu zaczyna się mój dylemat... Chodzi o to, że pracuję jako nauczycielka w przedszkolu. Zastanawiam się czy zapisać synka do mnie do placówki czy do zupełnie innego. U mnie co prawda nie byłby w mojej grupie ale miałabym go na niego oko. Problem w tym, że chcąc nie chcąc wszyscy wiedzą, że jest adoptowany. Niby koleżanki z pracy usmiechają się, nie komentują, ale nie wiem co myślą naprawdę. Ze stwreotypami nie wygram... Część rodziców będzie świadomych, że jest adoptowany bo mają teraz drugie dziecko w przedszkolu i były świadkami mojego nagłego odejścia z pracy. Chciałabym żeby chodził do mojego przedszkola bo blisko, znam nauczycielki itp., ale strasznie boję się, że przypną mu łatkę i będą obgadywać po kątach... Tym bardziej, że jest dość ruchliwym, charakternym chłopcem. Co byś zrobiła na moim miejscu? Coraz częsciej myślę nad inną placowką, gdzie będzie miał czystą kartę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Anonimowa :)

      Trudno mi postawić się w Twojej sytuacji, na pewno argumenty są zarówno za jak i przeciw a wybór jest trudny. Tak czysto teoretycznie mogę napisać, że z jednej strony widzę wiele zagrożeń, ale z drugiej jednak wiele bardzo pozytywnych aspektów. Myślę, że z dziećmi problemu nie będzie, natomiast pytanie jak zachowają się dorośli? Może nie należy się tego obawiać, choć doskonale rozumiem co masz na myśli. Miałam taką sytuację, gdy dziewczynki były w żłobku, że moja starsza córka uderzyła jakiegoś kolegę z grupy (miała jakieś 2.5 roku) Ja wiem, że ona jest bardzo impulsywnym dzieckiem, pełnym emocji i dopiero uczy się je kontrolować. Pani natomiast zaczęła sugerować, że może powinniśmy czytać jakieś książki terapeutycznie itd. na co ja jej przerwałam i powiedziałam, że moje dziecko jest jeszcze małe i reaguje tak jak umie, a ja nie będę z jednego takiego przypadku wstawiała ją w ramki agresywnego dziecka i prowadziła ją do psychologa. Założę się, że gdyby wiedziała o adopcji to zaraz byłoby to w tle. Bo jak nie wiadomo na co zgonić, to najlepiej powiedzieć " A no tak, to dziecko z adopcji" I pewnie u Ciebie w pracy też tak by było. Nie raz pomyślą sobie koleżanki w ten sposób, bo po prostu się na tym nie znają. Tylko z drugiej strony co to ma za znaczenie co sobie myślą? Byle nie traktowały synka inaczej, to niech myślą co chcą, nie mamy na to wpływu. Przynajmniej miałabyś go na oku i wiedziała co się dzieje. W razie czego można zareagować i powiedzieć, że nie życzysz sobie, by synka traktowano w jakikolwiek inny sposób.
      Mam koleżankę, która uczy w podstawówce i posyła dziecko do innej po to, by właśnie miało "czystą kartę", bez mamy w tle. To zupełnie inaczej niż przedszkole, ale jednak tak jak piszesz, ze stereotypami nie wygramy.
      Trzymam kciuki za decyzję, nie przewidzimy, która z nich będzie lepsza, ale trzeba wierzyć, że wybraliśmy słusznie i tego się trzymać :))
      Wszystkiego dobrego dla Waszej rodzinki, pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  7. Dziękuję za odpowiedź. Mam jeszcze trochę czasu na podjęcie decyzji. Faktycznie zawsze mogę zareagować i bronić synka. Świat jest mały. W większości placówek w okolicy kogoś znam a takie newsy pewnie szybko się rozchodzą. Trudne wybory ale wszystko dla dobra dziecka. Pozdrawiam serdecznie. ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie też tak sądzę. Nie można dziecka trzymać pod kloszem jeżeli nie ma realnych zagrożeń, ale na pewno warto na spokojnie zastanowić się nad tym co lepsze. U nas było zupełnie inaczej, bo wchodziliśmy w nowe środowisko i nie chciałam, żeby nas wszystkich definiowano przez pryzmat adopcji. Dlatego mówię komu trzeba, a w przedszkolu nie widziałam dotąd potrzeby, żeby o tym wspominać. To tak jakbym sama uczulała panie na to, że może być coś nie tak, bo dziecko pochodzi z adopcji. Gdyby coś mnie niepokoiło to na pewno poprosiłabym o pomoc.
      Nie wiem, czy to dobre, czy nie, ale ja bardzo uważam na to co robię teraz, żeby w przyszłości moje dziewczynki nie miały z tego powodu przykrości. Dzieci i dorośli potrafią być okrutni :(

      Usuń