wtorek, 27 sierpnia 2019

O rodzinach zastępczych, kłodach pod nogami i innych ważnych sprawach.


Niedawno pisałam, że raczej nie zostanę influencerką. Może szkoda, bo przydałoby się, żeby pewne informacje trafiły do jak największej liczby osób...



Jakiś czas temu, przy okazji jednego ze szkoleń, rozmawiałam z panią z ośrodka o rodzinach zastępczych. Chodziło o to, że jedna z par z naszej grupy chciała otworzyć pogotowie rodzinne. Na tamten moment mieli już dwójkę dzieci (jedno biologiczne i jedno przysposobione) i postanowili, że chcą pomagać jeszcze innym potrzebującym domu dzieciom. Rozmawiając o nich dowiedziałam się, że nie zawsze tak jest, że nie zawsze ludźmi kierują dobre intencje. Nie czarujmy się, niepłodność i adopcja to świetne tematy na których można zarobić. Usłyszałam wprost: Izzy, jeśli ty się jeszcze łudzisz, że tu chodzi o dobro dziecka, to bardzo się mylisz. W wielu przypadkach nigdy nie chodziło o dobro dziecka. To o co chodzi? 
Aby utrzymać jak największą liczbę dzieci w rodzinie zastępczej, trzeba pokazać jak dobrze funkcjonuje. Jak tego najlepiej dokonać? Oczywiście jak zwykle z pomocą przychodzą media społecznościowe. Tam sprzedaje się wszystko, bo przecież nigdy do końca nie wiemy jak jest naprawdę, widzimy tylko moment, uchwycony przez aparat. I tak szczerze mówiąc trudno też stwierdzić, czy ten moment był prawdziwy.  Wystarczy dziecko ustawić do zdjęcia, samemu przybrać pozę, czy kazać się uśmiechnąć. Jaki problem jechać w ciekawe miejsce po to, by cyknąć dobrą fotkę? Ludzie się na to nabierają. 

Czemu o tym piszę właśnie teraz? Kilka dni temu, jedna z moich znajomych dostała telefon z propozycją dziecka. Około roczny maluch przebywa obecnie w rodzinie zastępczej, która opiekuje się nim z tego co mi wiadomo od urodzenia. Malec rozwija się dobrze, potrzebuje jednak rehabilitacji i wizyt u lekarza. Przed pierwszym spotkaniem z dzieckiem, moja znajoma trafiła na Facebooku na profil tejże rodziny zastępczej, na który miałam okazję osobiście wejść i ocenić. Ochoczo opisują tam wszelkie aktywności, nie skąpiąc w ilość zdjęć wszystkich dzieci, które mają trafić do adopcji. Moją pierwszą reakcją było to, że znajoma powinna natychmiast zażądać usunięcia wszystkich zdjęć z wizerunkiem dziecka. Pisałam ostatnio w poście o influencerach co sądzę o publikowaniu zdjęć dzieci w sieci, zwłaszcza tych adoptowanych. Nie wiem, czy istnieje prawo zabraniające rodzicom zastępczym tegoż procederu. Małe dziecko nie jest w stanie się bronić, a co za tym idzie nie ma wpływu na decyzję o upublicznianiu jego wizerunku. Starsze dziecko może się wręcz tego wstydzić. 
Profil tej RZ o której piszę, jest kolorową, barwną reklamą tejże rodziny. I wiecie co jest najgorsze? To działa. Ileś tam lajków pod postem w stylu "Z moim słoneczkiem na placu zabaw" Czy tak powinna się zachowywać matka zastępcza? Dobra rodzina zastępcza wie, że dziecko jest u nich tymczasowo i przygotowuje je do pójścia do adopcji. Jeżeli z drugiej strony na adopcję nie ma szans, powinna postarać się stworzyć mu jak najlepsze warunki rozwoju podobne do życia w normalnej rodzinie. Kolejny przykład sprzed paru tygodni. 2-latek zostaje adoptowany i ma ogromne problemy z adaptacją w nowych warunkach. Dlaczego? Ponieważ matka zastępcza kazała wołać do siebie "mamo" i przez cały pobyt malca w rodzinie dała mu odczuć, że to właśnie ona nią jest. Po adopcji chłopiec nie mógł sobie po raz kolejny poradzić z porzuceniem, gdyż w jego rozumowaniu taka sytuacja miała miejsce - został oderwany od swojej rodziny, od "mamy" i umieszczony wśród obcych ludzi. Rozumiem, że między dzieckiem a RZ nawiązuje się więź, ale na litość Boską, skoro są RZ a nie adopcyjną to niechże będą nazwę to profesjonalni. Nazywają się rodziną zawodową, więc jest to ich zawód, wychowanie dzieci lub dobre przygotowanie ich do adopcji, a nie utrudnianie im życia.

Kolejna rzecz. Jeżeli matka oddaje dziecko do adopcji załóżmy po porodzie, nie wie jak ono wygląda po roku, po dwóch. Na jakiej podstawie daje jej się prawo śledzić losy dziecka, skoro sądownie zrzekła się do niego praw? Dlaczego rodzina zastępcza to umożliwia? Wiem jedno. Ja jako potencjalna mama danego dziecka, nie życzyłabym sobie, by jego wizerunek był wykorzystywany w jakikolwiek sposób i stanowił reklamę placówki, w której przebywa. Skoro mojej znajomej udało się odnaleźć dziecko w RZ mając niewiele danych, biologiczni rodzice mogą zrobić to samo. 
To nie jedyny przypadek z którym się spotkałam. Pamiętacie może jak w zeszłym roku szukałam domu dla 11-letniej dziewczynki? Otóż trafiła ona do rodzinnego domu dziecka. Wszystko fajnie, ale... No właśnie, ponieważ nie jest to temat stricte o tym, nie będę opisywać wszystkiego, ale sytuacja jest podobna. Pani publikuje zdjęcia dzieci przebywających w jej rodzinie chwaląc się nimi przed całym światem, pokazując jak wspaniałe życie dzieci mają dzięki niej. Racja, mają, w porównaniu z tym, gdzie mogły skończyć, ale czy jej rolą jest stawianie siebie na piedestale? Pani okazuje się być dość dobrą bizneswoman, wiele dla dzieci załatwia i to oczywiście się chwali, ale czyż dzieciom nie jest potrzebna przede wszystkim normalna rodzina, a nie szef, dbający o pracowników? Dodam jeszcze, że w wielu przypadkach pani przy okazji czerpie też duże korzyści dla siebie. W domu tym przebywają dzieci starsze, przez cały więc czas podkreślane jest to, że są to wychowankowie, którzy dzięki pani-mamie osiągnęli tak dużo. 

Zastanawiacie się dlaczego wiele par tak długo czeka na dziecko? Opowiem wam pewną historię. Pamiętacie Martę, bohaterkę mojego opowiadania sprzed bodaj 2 tygodni? Rodzina zastępcza, w której przebywała, to 3 dzieci biologicznych, 2 innych dzieci i ona sama. Nie jestem pewna, czy ta dwójka dzieci poszła przez te 5 lat do adopcji, ale za to byłam w szoku, gdy dowiedziałam się, że owa pani, prowadząca zawodową rodzinę zastępczą, posiadająca trójkę swoich biologicznych dzieci, adoptowała niedawno niemowlę, które u niej przebywało. We wniosku do sądu napisano, że "nawiązała się głęboka więź, której przerwanie mogłoby przynieść negatywne skutki dla rozwoju dziecka" Tak, dobrze czytacie. Ja też nie mogłam uwierzyć. A jakaż to więź, której nie można niby przerwać nawiązała się między tą panią a niemowlęciem? Może ktoś mnie oświeci... Oczywiście wierzę, że pani pokochała dziecko i tak dalej i tak dalej, ale przy tak ogromnej liczbie oczekujących osób, niemowlę nie powinno jednak trafić do kogoś, kto nie ma jeszcze dziecka? Jak się okazuje, jest to bardzo często praktykowane po to, by ominąć procedury adopcyjne i kolejki. Wystarczy zrobić kurs na rodzinę zastępczą i czekać aż trafi do nas dziecko. Przy dzisiejszych  procedurach, kiedy to czas oczekiwania wraz ze szkoleniem i całym przygotowaniem przeciąga się czasem nawet do 4 lat, jest duże prawdopodobieństwo, że dziecko trafi do pieczy zastępczej dużo szybciej. A wtedy wystarczy już pracować nad więzią, by mieć podstawię do adopcji, do której taka rodzina ma pierwszeństwo. Czytałam już o tym kiedyś na forum internetowym, na którym kobiety chwaliły się, że właśnie w ten sposób szybko i sprawnie doczekały się dziecka. Potwierdziła to również moja zaufana osoba z tego środowiska. 

Jaki interes mają rodziny zastępcze, by przyspieszyć problem zabierania rodzicom biologicznym praw do dziecka? Żaden. Skoro dzieci już są do nich przyzwyczajone, im jest łatwiej, a co za tym idzie nie muszą się aż tak starać i poświęcać. Trudno w to uwierzyć, ale niektórzy uciekają się nawet do celowego odnajdywania rodziców biologicznych i utrzymywania z nimi kontaktu, by nie było podstaw do odebrania im praw. Nowe dziecko oznacza przecież nowe problemy. To też wiem z zaufanego źródła i jest to dla mnie przerażające. Najgorsze jest to, że nad rodzinami zastępczymi, rodzinnymi domami dziecka, w zasadzie nie ma porządnej kontroli. Niby przychodzi pani z PCPRu, ale cóż z tego, skoro wizyty te są zapowiedziane i można do nich świetnie przygotować zarówno dom jak i dzieci. Pamiętajmy, że dzieci przebywające w Domu Dziecka mają często obniżone poczucie wartości, wstydzą się, boją. Dlatego nie zgłaszają nigdzie tego, co naprawdę się dzieje za zamkniętymi drzwiami w RZ. Każdy z nas co jakiś czas słyszy o takich sytuacjach w telewizji. A to, że dziecko było dręczone, a to zaniedbane, a to molestowane. Dziecko trafia z piekła do piekła. Moja znajoma na własne oczy widziała, jak dzieci w RZ spały w suterenie, na materacykach, moczyły się ze strachu, na górne części domu nie miały prawa wejść. 

Podsumowując, nie chciałabym, żebyście odebrali mojego negatywnego posta w ten sposób, że jestem przeciwna rodzinom zastępczym i że we wszystkich dzieje się źle. Nie. Jest przecież wielu cudownych ludzi, którzy poświęcają swoje życie, by porzuconym, czy osieroconym dzieciom dać dom. I chwała im za to, bo jak to się potocznie mówi odwalają kawał dobrej roboty. Ale póki coś się nie zmieni w przepisach i przede wszystkim w polskiej mentalności, kolejne kłody będą rzucane pod nogi kandydatom na rodziców adopcyjnych, a cierpieć na tym najbardziej będą dzieci. 



16 komentarzy:

  1. Izzy, jaką Ty masz wiedzę i o jakie historie się otarłaś... Przytłacza mnie obraz, który opisałaś 😔 Tyle jest luk w prawie i zaniedbań, a to są tak ważne sprawy, masakra 🙁

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aga, jeszcze na etapie starań o dziecko biologiczne, otwierałam szeroko oczy jak słyszałam takie rzeczy i chciałam wierzyć, że to pojedynczy przypadek. Teraz, gdy wiem to co wiem, a powiem Ci szczerze, że wiem naprawdę niewiele, pomimo, że ciut więcej niż Wy, to często wolałabym takiej wiedzy chyba nie mieć. Najgorsze jest to, że w wielu instytucjach zasiadają ludzie, którzy krótko mówiąc mają los dziecka w głębokim poważaniu. Wiesz jak to jest, w pracy urzędniczej dziecko to tylko nazwisko na kartce, niektórzy zapominają, że za nim kryje się mały człowiek... Jeżeli słyszę, że ktoś czeka 2 tygodnie, żeby pani złożyła na dokumencie swój szanowny podpis, to co mam sobie myśleć? Smutne to i słabe...

      Usuń
    2. Tym bardziej, że w takich sytuacjach za tym nazwiskiem jest dziecko, które jest mniejsze, wrażliwsze, delikatniejsze niż dorosły człowiek. To jest właśnie najgorsze, że dla takiego małego człowieka te 2 tygodnie to wieczność, która potrafi wyrządzić mu krzywdę na długie lata i niestety nikt nie ma tego na uwadze :(

      Usuń
  2. Wybacz mi to co napiszę, ale znaczna część "ludzi" nie powinna mieć w domu chomika a co dopiero dzieci... Im dłużej żyję tym częściej dochodzę do tego wniosku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybaczam, bo dokładnie to samo sądzę... :( I do tego samego wniosku dochodzę wraz z upływem lat. Kiedyś wydawało mi się, że skoro ja jestem uczciwa to inni też tacy są, skoro ja bym komuś pomogła, on zachowa się tak samo. A tu zdziwienie i rozczarowanie... Ostatnio stwierdziłam do męża, że my chyba prócz grzeczności to musimy nauczyć dzieci umieć dawać komuś w przysłowiową mordę (sorry za słowa) I nie mam na myśli bijatyk, żeby nie było, ale żeby umiały się bronić w życiu.

      Usuń
    2. Izzy, wcale Ci sie nie dziwie. Swiat jest teraz taki, ze ja moim Potworkom mowie od dawna, ze nie wolno im zaczynac bojek. Nie chce slyszec, ze kogos popychaja czy bija dla zabawy, bo czuja sie silniejsi. Ale dodaje zawsze, ze jesli ktos celowo uderzy, popchnie, podstawi noge, itd. im, to maja prawo krzyknac lub oddac i to oddac z calej sily, zeby atakujacy nie osmielil sie tego powtorzyc. Obawiam sie, ze jesli nie naucza sie zawczasu bronic, to zgina w dzisiejszym swiecie, gdzie trzeba sie rozpychac lokciami. ;) Niestety, to tak nie dziala. Bi nie da sobie w kasze dmuchac, potrafi jasno pokazac kiedy cos jej sie nie podoba. Nik tylko placze. Jest spokojny, bierny i przez to, juz teraz dochodza mnie sygnaly, ze staje sie celem atakow wiekszych, silniejszych chlopakow, kiedy maja oni ochote zrobic komus glupi i niezbyt przyjemny zart. :/

      Usuń
    3. żałuję że mnie nikt nie nauczył dawania w mordę światu.... Nie warto być zbyt wrażliwym.

      Usuń
    4. Uwielbiam nauczycielkę syna... jak Młody był gówniarzem nigdy nikogo nie uderzył. Niestety koledzy z tego korzystali . Aż kiedyś jego cierpliwość się wyczerpała i tak pierdol.... kolegę drzwiami od kibelka (ten nie dał mu w spokoju tam wejśc i się wysikać) że musiało przyjechać pogotowie, koledze łez zszyli a mojemu Młodemu nawet nie obniżyli zachowania bo nauczycielka stwierdziła że skoro on tak zareagował to musiał mieć powód.... Od tego czasu do skończenia szkoły miał święty spokój.

      Usuń
    5. Agatko, ja mam właśnie wrażenie, że my wychowujemy dzieci zbyt grzecznie czasami. No tylko właśnie gdzie znaleźć ten złoty środek? Próbuję go namierzyć ;) Bo z jednej strony tak jak piszesz, dziecko musi umieć się obronić. Z drugiej jednak nie chciałabym mówić dziewczynom, że mają komuś dać w maskę, jak coś się będzie działo, bo nie jestem pewna, czy prawidłowo ocenią sytuację i nie przesadzą na przykład ;) Zresztą nie chcę ich uczyć, że siłą można cokolwiek załatwiać, bo w przyszłości może się to źle skończyć. Na razie mówię, że gdyby silniejsze dziecko je popchnęło, czy uderzyło, to mają zgłosić cioci w przedszkolu lub mnie. Niech dorośli się tym zajmą, nie dziecko na własną rękę. Z drugiej strony tłukę im do głowy, że jeśli zaczepi ich dorosły i chciałby je siłą zabrać to żadne zasady nie obowiązują: mogą kopać, gryźć i krzyczeć do woli. Trudne to wszystko.

      Usuń
    6. Jaguś, przecież wiesz, że jak ktoś ma miękkie serce to musi mieć twardy tyłek ;)
      Historia Twojego syna przypomniała mi historię, którą opowiadał mi mój mąż. Z nim było podobnie. Ogólnie jest osobą spokojną, zrównoważoną i opanowaną. Nie krzyczy, nie jest agresywny. I jako dziecko też musiał taki być. Pewnego razu nie wytrzymał i tak przywalił koledze, że tamtemu ząb wyleciał :D:D Polała się krew. Od tamtej pory świat wyglądał inaczej ;) Może czasem tak trzeba, zwłaszcza z chłopakami. Choć ja nie byłam lepsza. Gdy w podstawówce kolega śmiał się z koloru moich włosów to zamiast zamknąć się w sobie to co zrobiłam? Wbiłam mu w udo cyrkiel... hmm
      Moja młodsza córka też jest opanowana, ale nie jest buła. Ona po prostu niczym lew czeka na odpowiedni moment. Opowiadała mi pani z przedszkola, że poszarpała się z koleżanką (Misia, nie pani ;)), która chciała jej zabrać zabawkę, a one udały, że nie widzą i zignorowały to. Pani do mnie mówi: może to i nie wychowawcze, ale ona jest tak grzeczna i ułożona, że jak raz na kiedy tupnie i obroni się, to nic się nie stanie ;)

      Usuń
  3. Moja córka pierwsze miesiące życia spędziła w RDD. Odwiedzaliśmy ją tam jakiś czas więc miałam osobistą styczność z tą formą opieki i jedyne co chciałoby mi się powiedzieć to parafrazując słynne powiedzenie „Obyś cudze dzieci w pieczy zastępczej wychowywał”.
    Wydaje mi się, że wrzucanie do jednego wora RZ, które znęcają się nad dziećmi, RZ w których dzieci nawiązują więzi z opiekunami i RZ o motywacji adopcyjnej jest jednak przesadą.
    Co do nawiązywania więzi pomiędzy RZ a dzieckiem to sprawa moim zdaniem jest bardzo złożona. Dziecko, szczególnie małe (ale nie tylko), które jest w RZ od urodzenia, nie rozumie, że to tylko tymczasowo, że kiedyś może trafi do adopcji. Ono chce być przytulone tu i teraz a nie czekać na to, że za 6 tygodni, miesięcy, lat przyjdzie ta prawdziwa mama (w domyśle adopcyjna). Ono chce żeby ktoś tu i teraz odpowiadał na jego potrzeby. Gdzie postawisz granicę w nawiązywaniu tych więzi. Stłukłeś jedno kolano to przytulam Cię przez 3 minuty, stłukłeś dwa to przez 5. Nawet jeśli drzesz się przez 15? Czas na rozmowę z dzieckiem max. 15 minut dziennie bo inaczej za bardzo się ze mną zwiążesz? Nie gotujemy wspólnie obiadu bo to powinieneś robić z robić z rodzicami a ja jestem tylko ciocią. Więź w prawidłowo działającej RZ wytwarza się w sposób naturalny. Średni czas pobytu dziecka w pieczy zastępczej to ponad 3 lata. Trudno żeby w tym czasie, w prawidłowo działającej RZ nie wytworzyły się więzi pomiędzy zastępczymi rodzicami a dziećmi. Uważałabym raczej, że z RZ jest coś nie tak jakby tych więzi nie było. Wyzwaniem raczej jest przeniesienie tych więzi na RA. Niestety niewiele jest RZ, RA i OA, które mają pojęcie jak to zrobić. Dzieci są traktowane jak walizka – mamy pieczę – huzia na Józia zabieramy do domu i nieważne, że dziecko jako dom traktuje właśnie dom RZ a RA to właściwie obcy ludzie bo po kilku spotkaniach na pewno nie są dla niego rodziną. RZ zresztą często same się cieszą a takiej sytuacji bo to jedno dziecko mniej do ogarnięcia więc jak tylko mogą to wystawiają za drzwi. Pewnie RZ raczej nie powinna narzucać dziecku, że ma mówić do mamy zastępczej „mamo” ale jeśli dziecko samo wyjdzie z taką inicjatywą bo po prostu inne dzieci mają mamy i ono też by chciało?
    Na temat adopcji przez RZ miałam kiedyś takie samo zdanie ale zmieniłam – zadałam sobie pytanie dlaczego ja tak nie zrobiłam skoro taka opcja była, jest i będzie. Odpowiedź jest bardzo prosta – nie byłabym w stanie znieść tej niepewności, że być może matka nie zrzeknie się praw, może pozbawienie praw nie będzie tak łatwe jak się wydaje. Dodatkowo RZ ma obowiązek umożliwić RB kontakt z dzieckiem więc ma wszystkie dane przyszłej RA. Ta opcja jest dostępna dla każdego – można zrobić kurs na RZ i w ten sposób starać się o adopcję dziecka to żadna tajemnica ani tajny trik. Trzeba tylko mieć świadomość z czym to się wiąże. OA oczywiście się wściekają bo ktoś im zabiera dziecko z kolejki i łamie ich monopol na adopcje. Ale popatrzmy na to z perspektywy dziecka a nie OA czy rodziców z kolejki w OA – czy dla niego nie jest najlepsze gdy od początku jest z tymi docelowymi rodzicami – nawet jeśli najpierw są zastępczy a potem adopcyjni?
    Aglaia
    CDN

    OdpowiedzUsuń
  4. RZ często nie są opiekunami prawnymi dzieci więc nie są stroną w sprawach o pozbawienie praw, przysposobienie itp. Nie mają wpływu na to co zrobi sąd. Czasem zapyta się ich o zdanie ale to rzadkość.
    Jeśli ktoś uważa, że na zawodowym rodzicielstwie zastępczym można zarobić to gratuluję – znasz kogoś kto chciałby pracować za bodajże 2000 zł/brutto (minimalne wynagrodzenie dla zawodowej RZ/RDD, pewnie niewiele powiatów płaci więcej) 24h/doba, 7/7, bez urlopu? Dodatek na utrzymanie dziecka w wysokości bodajże 1000 zł. niewiele to zmienia bo za tę kasę masz utrzymać dziecko – wyżywić je, ubrać, zapewnić opiekę medyczną (często specjalistyczną), wyposażyć do szkoły…
    A jak ktoś jest zainteresowany problematyką rodzicielstwa zastępczego to bardzo polecam bloga Pikuś Incognito. Z autorem nie zawsze się zgadzam ale jego posty dają dużo do myślenia i otwierają oczy na wiele spraw.
    Aglaia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aglaia, może zacznę od tego, że nie wkładam wszystkich typów RZ do jednego wora, tylko do jednego postu, gdyż do tematu raczej już nie wrócę. Na blogu opisuję swoje doświadczenia, doświadczenia bliskich mi osób i relacje tylko zaufanych ludzi. Jeżeli Ty masz inne to fajnie, że o tym piszesz. Jak zauważyłaś, na końcu wyraźnie podkreślam, że nie mam zamiaru skrzywdzić tych rodzin, które poświęcają całe swoje życie na pomoc innym. Ale też nie będę obojętna na to co się dzieje i na to z czym się spotykam. I o tym właśnie piszę.



      Pytasz, czy nie lepiej, żeby dziecko zostało w RZ, skoro tam już nawiązała się więź. Nie, tak nie uważam, jeśli dziecko jest małe. Według mnie powinno trafić do rodziny adopcyjnej, w której rodzice nie mają jeszcze dzieci, lub mają jedno i gdzie będzie dziecku poświęcone będzie 100% uwagi. Jeżeli w sytuacji, którą opisałam, pani ma 3 dzieci biologicznych (samych chłopców) i jakieś dzieci (nie wiem ile teraz) w pieczy zastępczej i adoptuje niemowlę, to robi to wyłącznie ze swoich egoistycznych pobudek. Nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Gdy Marta szła do adopcji, pani zachowała się nieodpowiedzialnie i kompletnie nie myślała o dziecku. Zrobiła przysłowiowy cyrk, gdy Marta odchodziła, płakała, krzyczała "Nie odchodź, nie zapomnij o mnie" a potem wydzwaniała do dziecka zamiast pozwolić jej po prostu na rozpoczęcie nowego życia.

      Wszystko co tu piszę jest prawdą, więc nie ma co z tym polemizować. Nie staram się nikogo przekonać, że RZ to zło, ale pokazuję jak ważna jest motywacja, zdrowy rozsądek i zdrowy umysł, bo inaczej skrzywdzimy dziecko. Nawet sobie nie wyobrażasz ilu potencjalnych kandydatów przychodzi ze złą motywacją i o tym na pewno nie raz napiszę, bo dziecko to nie towar i niestety nie każdy ma takie podejście jak Ty czy ja.

      Usuń
  5. Czy się nie opłaca finansowo? Teoretycznie nie. W praktyce jeżeli się postarasz wygląda to zupełnie inaczej. Zamiast iść pracować do Biedronki, harować do 22 na zmianie i budzić się z bólem placów na drugi dzień, zostańmy RZ. Im więcej dzieci, tym więcej kasy. Jeżeli ustawisz dzieci odpowiednio, czyli masz tylko starsze, idą na cały dzień do szkoły, tam jedzą obiady, przychodzą, odrabiają lekcje, zawozisz na zajęcia, dzieci na tyle duże, że sprzątają, pomagają itd. Tak jest właśnie o tej dziewczynki. Pan pracuje, nie ma go w domu, jej też nie ma, bo ciągle "coś załatwia" Dzieciom nie pomaga wcale, "bo muszą być samodzielne" (pomijam, że nie są orłami niektóre) Za wakacyjny wyjazd dostanie pensję, wiele innych dodatków, a jak się dobrze zakręci to i na wyprawkę dostanie. Jeżeli do tego działa przy kościele to może liczyć na fajne ubrania i pomoc. To nie jest tak, że ludzie ci działają na granicy ubóstwa i wszyscy są Matką Teresą. Być może i takie rodziny są, bo też o takich słyszałam, że właśnie w tym się spełniają, celowo biorą do siebie chore dzieci, by dać im szansę na jakiekolwiek życie. I tak się poświęcają właśnie. Sami nie zjedzą, a dadzą dziecku, nie mają swojego życia, ale dają coś innym. Nie wiem jaki procent takich ludzi istnieje, ale na pewno istnieje.



    Wczoraj wpadła mi w ręce lokalna gazetka, taka darmowa i artykuł pt. Zostań RZ. Miałam nawet edytować swojego posta, ale już nie było czasu :) Cytuję: "Bycie RZ nie powoduje powstania więzi rodzicielskiej pomiędzy opiekunem a dzieckiem..." i to miałam właśnie na myśli pisząc w poście o relacjach i więzi. Ty piszesz o opiece, a nie o więzi. Myślę, że przesadą jest przykład ile mam kogo przytulać albo ile dać zjeść. To nie jest więź, to jest opieka. A ze słowem mama, tak jak jestem za w przypadku tej starszej dziewczynki o której pisałam (dla niej to szczyt marzeń mieć mamę, jaka by nie była) tak nie widzę powodu, by uczyć tego 2-latka. Wyrządzono mu ogromną krzywdę. Zgadzam się, że trudno przygotować dziecko, ale według mnie nie potrzeba szkoleń na ten temat, wystarczy mieć trochę oleju w głowie i empatii. I przede wszystkim myśleć o dziecku, a nie o sobie. Dlatego ja podobnie jak Ty, nie mogłabym być matką zastępczą. Bałabym się, że pokocham wszystkie dzieci tak mocno, że trudno mi się będzie z nimi rozstać. Pewnie adoptowałabym wszystkie po kolei ;) A być może nie. Być może jak mam już swoje, to w tej sytuacji znalazłoby się u nas miejsce dla takich, które będą czekać na RA. Z radością pomogłabym im w adaptacji a nie utrudniała.



    Wiem jak działają PCPRy i cóż, muszę stwierdzić, że w wielu przypadkach, ludzie zupełnie się do tego nie nadają. Niestety. Bloga Pikusia znam. Faktycznie, jeżeli kogoś interesuje ta tematyka to znajdzie tam dużo informacji. On pisze o swoich doświadczeniach, a ja o swoich. Jedno nie wyklucza drugiego.

    I na koniec. Fakt, RZ nie ma nic wspólnego z pozbawieniem praw, ale może to skutecznie utrudniać, uwierz mi...

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja nie twierdzę, że to co piszesz nie jest prawdą nawet nie bardzo chcę z tym polemizować (może poza tym, że na rodzicielstwie zastępczym można się dorobić). Tylko ilość nieszczęścia w jednym poście, razem z jego tytułem może naprawdę moim zdaniem stwarzać mylny obraz rodzicielstwa zastępczego.

    Osobiście znam jedną taką rodzinę, przebywałam w ich domu jakiś czas od rana do wieczora i w weekendy. Może to nie była idealna rodzina (no cóż moja też nie jest) ale daleko jej było do tego co opisujesz. Większość moich znajomych odbierała dzieci z RZ – ok każdy coś tam tym rodzinom mógł zarzucić, coś mu się nie podobało ale im również było daleko do takich nieprawidłowości.

    Tak wiem, że zgodnie z ustawą i założeniami rodzina zastępcza nie ma tworzyć więzi o charakterze rodzinnym ale wiesz przepis sobie a życie sobie. Może dałoby się to jeszcze zrealizować gdyby realizowane było również inne założenie ustawy, że piecza zastępcza ma trwać max. 18 miesięcy a potem adopcja albo powrót do rodziny biologicznej. Jak dziecko w RZ jest lata (z różnych przyczyn) to ta więź wytwarza się naturalnie. Więzi nie da się zadekretować i to nie jest jakieś magiczne „plum” dziś nie ma a od jutra jest (i myślę, że jako mama adopcyjna doskonale o tym wiesz). Jeśli stały opiekun prawidłowo sprawuje opiekę i robi to przez dłuższy czas to ta więź po prostu się wytworzy, nie ma siły.

    Gdyby rodzicielstwo zastępcze było taką ekstra robotą na dodatek super płatną to ludzie walili by drzwiami i oknami. A jednak tego nie robią. Ciekawe dlaczego? Może nie wiedzą, że to taka super robota i warto rzucić kasę w Biedronce bo wystarczy przyjąć pod swój dach 3-4 dzieci i właściwie kasa taka sama a nic robić nie trzeba? Nie twierdzę, że te rodziny żyją w skrajnym ubóstwie. Pewnie większość wychodzi na swoje ale na Maybacha i wczasy na Seszelach raczej nie odłożą.

    Aglaia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Temat postu nie brzmi "Cała prawda o rodzicielstwie zastępczym" czy też "Obraz RZ w Polsce" albo "Jak zarobić na RZ" Myślę, że ktoś, kto przeczyta tekst będzie doskonale wiedział o co mi chodzi. Opisuję sytuacje z którymi się spotykam w dwóch celach. Po pierwsze po to, by ludzie wiedzieli, że nie zawsze jest kolorowo, po drugie by ci, którzy zastanawiają się nad założeniem RZ czy adopcją setny raz przemyśleli swoją motywację. Dostaję czasem maile od ludzi z takimi pytaniami, że włos się jeży na głowie. Poza tym, na każdym kroku jesteśmy bombardowani historiami skrzywdzonych i "skrzywdzonych" rodzin. Wpłać tyle, kliknij tu, daj lajka, bla bla bla a jak przychodzi do prawdziwej pomocy to nie ma nikogo. Pustka. Nie twierdzę, że sprawy, które są przedstawiane na FB zawsze są przekrętem, bo nie są, ale wiele z nich jest. Dlatego trzeba na wszystko uważać.
      No, ale nie o tym w sumie chciałam napisać. Nie twierdzę, że nawiązanie więzi jest łatwe, bo nie jest. Nie twierdzę, ze na RZ wszyscy zarabiają, napisałam tylko, że się da, gdy ktoś ma złe intencje. I takie dałam przykłady.

      P.S. Na Seszele może i nie odłoży, ale na inne tropiki już tak. I niech jedzie, niech zabiera dzieciaki, niech dorabia się nawet na tej RZ póki najważniejsze dla nich jest dziecko.

      Usuń