poniedziałek, 30 września 2019

Gdy mocy i dziecka brak.



Wczoraj byliśmy na festynie parafialnym w naszej okolicy. Było fajnie, darmowe kiełbaski z grilla, ciasto, dmuchańce, karuzela, czyli wszystko czego potrzeba dzieciom, by fajnie spędzić niedzielę :) No, ale nie o tym chciałam wam dziś napisać.  Odbyły się również dwa koncerty, jeden dla dorosłych i jeden dla dzieci. W trakcie tego drugiego padła zapowiedź piosenki dla wszystkich mam: bo mamy są wyjątkowe, mają moc, której nie ma nikt inny. I tu pytanie: co to za moc? Nikt nie wiedział, więc usłyszeliśmy, że to moc rodzenia dzieci. No i przy aplauzie zespół zaśpiewał piosenkę. Rozejrzałam się dookoła i pomyślałam sobie, że pewnie wśród tego tłumu są tacy ludzie jak my, tacy, którzy nie mogli tego dziecka mieć i tacy, którzy jeszcze się starają. I jakoś tak poczułam się dziwnie. Dziś rano, gdy ubierałyśmy się do przedszkola, moja młodsza córka zapytała mnie: "Mamusia, a czemu ty nie miałaś mocy, żeby urodzić dzidziusia?" Trudne pytanie. Przez chwilę przez myśl przeszło mi, że może dlatego, że za słabo się modliłam, no, ale znam osoby, które modliły się bardzo dużo, a ciąży też się nie doczekały. Odpowiedziałam więc, że nie wiem dlaczego, że niektóre mamusie pragną mieć dzidziusia, ale nie mają mocy, by je urodzić. "I wtedy te dzieci rodzą się z innych brzuszków?", zapytała Elsa. Tak, a mamusie mają za to moc w serduszku, by pokochać dzieci takie dzieci, które urodziły się gdzie indziej. Potem opowiedziałam im kolejny raz jak pojechaliśmy po nie, jak czekały z innymi dziećmi i jak cieszyliśmy się, że jesteśmy już razem. Do przedszkola wpadłyśmy w ostatniej chwili. Nie planowałam takich rozmów na dziś rano, ale cóż, taka była potrzeba. Zgodnie z radą pani psycholog nie podejmuję na siłę tematu adopcji. Tak jak mi powiedziała, dziecko już wie i ono samo przyjdzie z pytaniami. A ja mam być gotowa, by na nie odpowiedzieć. Chyba nie bardzo byłam gotowa, by powiedzieć dlaczego nie miałam mocy, by urodzić. Może po prostu musi być równowaga w przyrodzie. Dziecko samo w sobie jest darem, obojętne, czy mamy moc je urodzić, czy nie. 

Dobrego tygodnia kochani.

czwartek, 26 września 2019

Pierwszy krok.


Na początku wakacji zaproponowałam Elsie, że odepniemy od rowerka boczne kółka. Nie chciała. Niby Misia zadeklarowała się, że ona jest gotowa, ale jakoś tak wyszło, że jednak te kółka pozostały. Dziewczyny szalały więc na rowerkach w niezmienionej postaci oraz na hulajnogach. Może raz wspomniałam jeszcze o odpięciu kółek, ale i tym razem moja starsza córka nie wykazała chęci, więc odpuściliśmy stwierdzając, że młodsza na spokojnie ma czas. Podczas pobytu na kempingu, stała się rzecz niebywała. Na wyposażeniu domku były bowiem rowerki dla dzieci, ale ... bez bocznych kółek. Na pytanie Elsy co my teraz zrobimy stwierdziliśmy, że jeśli chcą z nich skorzystać to będą musiały nauczyć się jeździć bez dodatkowych kółek. Rowerki stały tak sobie oparte o domek, a na drugi dzień dziewczyny stwierdziły, że spróbują. Nie uwierzycie, ale moja starsza córka wsiadła na ten rower i po prostu pojechała! Wprawdzie bałam się, że wyląduje na drzewie, bo chwiała się jak brzoza na wietrze, ale szło jej świetnie! Nie powiem, zawsze miałam przed oczami horror rodzica biegnącego za rowerkiem dziecka trzymając specjalny kij lub garbiącego się i cierpiącego, bo musi pomóc maluchowi utrzymać balans. A tu zero takich scen. Elsa była strasznie dumna z siebie a my z niej! To było niesamowite, czułam się trochę tak jak wtedy, kiedy postawiła pierwszy krok. Młodsza córka przyglądała się całemu wydarzeniu i po chwili wybuchnęła płaczem. Kucnęłam przy niej i zapytałam o co chodzi, na co odparła, że też chciałaby jeździć tak jak siostra. Wytłumaczyłam jej, że na pewno niedługo też się nauczy, przecież jest młodsza, ma na spokojnie czas. Ale moje ambitne dziecko uznało, że czas widocznie nadszedł, bo ćwiczyła jazdę, która niestety nie przynosiła takich rezultatów jakie by chciała, bo nadal nie potrafiła pojechać sama. Opuszczając kemping potrafiła wprawdzie utrzymać równowagę, ale trzeba było ją asekurować, bo jak to potocznie można by było powiedzieć "leciała na boki" Po powrocie do domu, wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową. I co? Misiaczek wsiadł na rowerek i też pojechał :))) Nawet nie wiecie jak ten maluch się cieszył, a rodzice razem z nim pękali z dumy. Dopięła swego, jeździ tak jak siostra, choć jeszcze nie zawsze uda jej się dobrze ruszyć i musi ustawić pedały w odpowiedniej pozycji. I powiem wam, że kolejny raz przekonuję się, że na wszystko przychodzi odpowiedni czas, że nie można dziecka do niczego zmuszać. Z drugiej jednak strony warto zachęcać i stwarzać okazję, nie bać się ryzykować. Wiedzieliśmy, że jeździć nie umieją, ale mimo to wzięliśmy rowerki z recepcji. Pewnie gdyby nie pobyt na kempingu to Elsa nie nauczyłaby się jeździć bez bocznych kółek w tym roku, bo sama decyzja o ich odpięciu byłaby zbyt trudna. A tak? Dziewczyny zadowolone, rozwijają swoje umiejętności, choć okazji nie ma wiele przez niezbyt sprzyjającą aurę. 


I tak sobie myślę, że presja ze strony otoczenia towarzyszy nam na każdym kroku. Najpierw pytania kiedy będziemy mieć dziecko, potem kiedy kolejne, o rozwoju nie wspominając. I choć nie chcemy to często zastanawiamy się, czy aby na pewno nasz maluch rozwija się prawidłowo? Przecież Ala już dawno potrafi chodzić, a Maciek pierwsze litery pisał, gdy miał już 3 lata. I tu często zaczyna się walka z dzieckiem, zmuszanie go do czegoś, czego nie chce, albo co gorsza do czegoś, do czego nie jest jeszcze gotowe fizycznie czy psychicznie. Nie raz widzę rodziców czy dziadków prowadzących swoje dzieci za ręce, gdy one najwyraźniej w świecie nie chcą jeszcze chodzić. Ludzie nie zdają sobie chyba sprawy z tego, że robią maluchowi ogromną krzywdę, gdyż takie postępowanie nie jest zachętą, lecz nienaturalną dla dziecka czynnością. Później potrafi być jeszcze gorzej. Z moich obserwacji często wynika, że rodzice zamiast zachęcać i stymulować malucha, zaczynają na niego wywierać ogromną presję. Zdarza się też, że porównują je z rówieśnikami co rodzi kompleksy i obniża poczucie własnej wartości. Bo skoro Janek umie trafić piłką do kosza to czemu ja nie mogę? Widocznie coś ze mną jest nie tak. Nasi znajomi mają dwóch chłopców w wieku dziewczynek. Oni dawno potrafili już jeździć na dwóch kółkach, więc wiedziałam, że dziecko w tym wieku jest do tego zdolne i świetnie sobie radzi. Wybraliśmy się nawet razem na rowery, ale moje dziewczyny jeździły z podpórkami. Nie przeszkadzało mi to. Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie taki moment, że same będą chciały spróbować. Bardzo się cieszę, że nie nalegałam. Gdyby robiły to na siłę, pewnie by się zniechęciły. A tak? Wszyscy zadowoleni i szczęśliwi, szczególnie my, że tak gładko poszło i nasze kręgosłupy nie ucierpiały za bardzo ;)

Tak na koniec jeszcze powiem wam, że Chorwacja zawsze będzie mi się kojarzyć z nowymi umiejętnościami moich dzieci. To tu nauczyły się jeździć na hulajnogach, Elsa pierwszy raz powiedziała "r" a teraz szaleją na rowerkach bez bocznych kółek. To zupełnie inny klimat niż w domu, inne zabawy, inne otoczenie. A presję zostawiam gdzieś na boku. Jeszcze w życiu nie raz będą miały okazję dowiedzieć się co to takiego.







poniedziałek, 23 września 2019

Dwa tygodnie byczenia.


Minął już tydzień naszej powakacyjnej rzeczywistości, a ja nadal jedną nogą w Chorwacji. Wszędzie dookoła ciągle leżą jakieś typowo letnie gadżety: torba na plażę, buty do pływania, muszelki przywiezione na pamiątkę o niepochowanych walizkach nie wspomnę. Dni uciekają szybko, a roboty nie mało. Powoli nadrabiam zaległości w różnych obszarach życia  mając nadzieję, że zanim to zrobię, nie okaże się, że coś tam innego już wymaga interwencji i jak zwykle stworzy się błędne koło. Dziś rano gdy na termometrze zobaczyłam 7 stopni (a gdy mąż jechał do pracy godzinę wcześniej było ich zaledwie 3) jeszcze bardziej zatęskniłam za latem. I to akurat w pierwszy dzień jesieni. Nie tylko ja tęsknię za ciepełkiem, mój ogródek widać ma podobne odczucia, bo dosłownie oszalał. Gdyby nie winobluszcz, który jest w kolorze typowo jesiennym, czyli czerwonym, myślałabym, że idzie wiosna, albo że mamy połowę lata. Właśnie zakwitła prymulka, zwiastun budzenia się przyrody do życia, puściły cebulki szafirków a róże kwitną jakby brały udział w jakimś wyścigu. Ponownie pojawiły się kwiaty na lawendzie, a nieco przyschnięta w czasie naszego wyjazdu surfinia wraca do życia. No dobrze, tyle jeśli chodzi o ogródek, niedługo może wrzucę kilka zdjęć, tak na wspomnienie ciepłych dni, ponieważ dzisiejszy wpis chciałabym poświęcić naszemu wyjazdowi do Chorwacji. 

Zaplanowaliśmy nasze chorwackie wakacje na początek września, obawiając się, że później pogoda nie do końca nam dopisze. Patrząc na prognozę byliśmy załamani, ponieważ miało w drugim tygodniu padać codziennie. Codziennie! Licząc na to, że jednak aura będzie łaskawsza, zabraliśmy ze sobą ubrania raczej letnie plus jakiś tam sweterek i pełne buty. Jak się okazało niepotrzebnie się martwiliśmy, ponieważ tylko jeden dzień był chłodniejszy, czyli 23 stopnie. W pozostałe dni temperatura sięgała trzydziestki w cieniu, a w godzinach południowych słońce wręcz parzyło skórę ( i tu z pomocą przychodziła cudownie ciepła woda w morzu - uśmiecham się na samo jej wspomnienie) 
No dobrze, ale od początku. Wyjechaliśmy w piątek po pracy. Po pracy męża, nie mojej. Ja od samego rana starałam się jak najbardziej "umęczyć" dziewczyny, by łatwiej wysiedziały w samochodzie. Poszłyśmy więc na plac zabaw a potem do Biedronki. Mąż pracował w tym dniu zdalnie, więc w miarę szybko mogliśmy się zebrać i ruszyć w drogę. Straszną udręką dla kierowców jest obecnie budowana autostrada pomiędzy Piotrkowem Trybunalskim a Częstochową, gdzie jezdnia zwęża się do jednego pasa na odcinku dobrych kilkunastu kilometrów. Za to wyjeżdżając z Częstochowy, wjeżdżamy już na nowy odcinek drogi, prowadzący wprost w kierunku lotniska Pyrzowice. Ominięcie całego Śląska daje co najmniej 45 minut do przodu, ponieważ to właśnie tutaj, jadąc w piątek (i zresztą w inne dni jest podobnie) traciło się najwięcej czasu. Mieliśmy zarezerwowany nocleg w hotelu za Wiedniem, do którego powinniśmy dotrzeć wieczorem. I tak się też stało. Przed północą już spaliśmy zbierając siły na kolejny dzień.
Rano przywitało nas słonko, wyszykowaliśmy się szybko i poszliśmy na śniadanie. Przyznaję, że jest to wygodne. Świeże bułeczki, wybór wędlin, serów, dżemików, kawka, herbatka, soczek, owocki a na deser ciasto. Objadłam się jak nigdy, gdyż w domu jednak nigdy nie ma czasu na przygotowanie tak obfitego śniadania. Patrząc na moją starszą córkę obawiałam się, że każą nam zapłacić za jej śniadanie. Po raz kolejny zastanawiam się, gdzie się to wszystko mieści w tym małym brzuszku! Misia zjadła płatki z mlekiem oraz kanapkę a drugą wzięła na później. Oczywiście ciasto się też zmieściło, tak jak kiedyś ustaliliśmy "ciasto ląduje w innej przegrodzie" ;) Ruszyliśmy w drogę. Ten drugi dzień jest dla dziewczynek cięższy, ponieważ po zjedzeniu śniadania nabierają siły i energii, a tu nagle muszą siedzieć przypięte pasami przez kilka godzin. Były jednak dzielne. Pośpiewaliśmy piosenki, pobawiły się i obejrzały po raz setny "Alicję w Krainie Czarów"
Podróż umilała mi Lidia z Wiewiórkowa, która właśnie w tym samym czasie wracała ze swoich wakacji. Miałyśmy nawet w planach spotkanie gdzieś po drodze, ale niestety ze względu na korki i oszczędność euro, my zjechaliśmy z autostrady i przejechaliśmy Słowenię lokalnymi drogami, a oni zostali na drodze głównej :( Muszę wam powiedzieć, że Słowenia to niewielki, ale bardzo piękny kraj. Bardzo czysty (przynajmniej na tyle, na ile udało nam się to ustalić) i urokliwy, momentami przypominający mi Szwajcarię. Te serpentyny pod kątem 180 stopni i cudowne widoki z góry naprawdę robią wrażenie. Obiecaliśmy sobie, że następnym razem zatrzymamy się tam na dłużej. Pod wieczór zrobiliśmy sobie dłuższy przystanek w jednej z okolicznych knajpek, gdzie znajdował się bardzo fajny plac zabaw z drewnianym statkiem, zjeżdżalnią mostkiem podwieszanym. 



Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że pani kelnerka jest ... Polką :D Odetchnęliśmy z ulgą, ponieważ menu było tylko w języku słoweńskim i jedyne co rozumieliśmy to nazwy typu "pizza" Młoda dziewczyna była bardzo miła, mieszka tam już od 2 lat, wyjechała za swoim chłopakiem- Słoweńcem. Z tego co mówiła, niewielu Polaków tam się zatrzymuje. Prawdopodobnie dlatego, że wybierają jednak autostradę. Na koniec dziewczyny zjadły lody, pożegnaliśmy panią i ruszyliśmy w dalszą drogę. Ostatnie kilometry bardzo się dłużyły. Dziewczyny były już zmęczone, ale gdy zapadł zmrok to na szczęście zasnęły. Obudziły się dopiero po dotarciu na miejsce. Nasz pierwszy tydzień pobytu zarezerwowaliśmy w apartamencie (tak to się nazywa, ale to po prostu prywatne mieszkanie) w Trogirze, w środkowej Dalmacji. Parter zamieszkiwało na stałe starsze małżeństwo, a cała góra w zasadzie była dla nas. Powiem wam, że pierwszy raz zdarzyło nam się, żeby zatrzymać się w takim miejscu, gdzie wszystko przygotowane było z największą dbałością i starannością. Widać, że właścicielka włożyła w mieszkanie nie tylko należyte środki finansowe, ale przede wszystkim zatroszczyła się o szczegóły takie jak kawa plus filtry, przyprawy, gotowy lód i tak dalej plus wszelkiego rodzaju naczynia, łącznie z ubijaczką, tarką oraz naczyniem żaroodpornym. Do tego sam wystrój mieszkania i maksimum komfortu, momentami jak w domu:w łazience pralka z kapsułkami gotowymi do włożenia, w kuchni zmywarka z kostkami, na tarasie parasol i narożnik wypoczynkowy. Bywaliśmy już w wielu hotelach i apartamentach, ale ten był naprawdę wyjątkowy i zasługiwał na ocenę jaką ma na stronie bookingu. W części salonowej ogromna kanapa i telewizor. Myślę, że niejedna rodzina przyjeżdżająca do tego miejsca, nie ma tak urządzone u siebie w domu. Jedyną rzeczą jaka może przeszkadzać to... samoloty latające nisko tuż przed samym nosem. Nie miałam pojęcia, że w pobliżu jest lotnisko i w zasadzie nad całym Trogirem maszyny przygotowują się już do lądowania i schodzą na odpowiednią wysokość lub startują i wznoszą się w powietrze. Przez 10 lat mieszkaliśmy w Warszawie na Ochocie,  gdzie przez kilka miesięcy w roku, samoloty również nisko schodziły niedaleko nas i było je słychać. Po jakimś czasie oczywiście człowiek się do nich przyzwyczaił i zupełnie nie zwracał na nie uwagi, ale dla kogoś, kto widzi je raczej wielkości dłoni gdzieś tam w chmurach, na pewno będzie szokiem zobaczyć prawie machających nam z okna ludzi ;) No może trochę przesadzam, ale samolot był bez wątpienia bliżej niż dalej. Z drugiej strony dla naszych dziewczyn to była wspaniała atrakcja. Pomimo tego, że zdarza nam się dość często jeździć na tzw 'plane spotting" to za każdym razem są zachwycone. 

Po przeciwnej stronie ulicy znajdowała się publiczna plaża, oddalona od naszego apartamentu o 5 minut. Oczywiście była kamienista, ale mieliśmy ze sobą specjalne buty, więc kąpiel nie stanowiła problemu. Woda była tak czysta, że stojąc przez chwilę w miejscu można było obserwować rybki przepływające obok. Byłam pod wielkim wrażeniem umiejętności moich dzieci i wręcz doznałam szoku widząc jak szaleją w wodzie. 


Bardzo rozwinęły się tego lata, bawiąc się tylko w przydomowym basenie. To właśnie w domu  oswoiły się z wodą, zaczęły wstrzymywać oddech i próbować nurkowania, ale nie miały za bardzo przestrzeni, by się poruszać. Dopiero tu nad morzem, po założeniu tzw. dmuchanych motylków, czy jak to się fachowo chyba nazywa rękawków, dziewczyny rozwinęły skrzydła. Pływały, nurkowały w okularach oglądając rybki, szalały i bawiły się. Już wtedy wiedziałam, że kolejnym etapem będzie zakup masek do snorklowania. 



 Na samą starówkę w Trogirze mieliśmy bardzo bliziutko, zaledwie kilka minut spacerkiem. Jest to miejsce bardzo urokliwe i klimatyczne, a przybijające statki i luksusowe jachty, czy katamarany wkomponowały się już w krajobraz całego nadbrzeża. 







Miasto jest dużo spokojniejsze od sąsiedniego Splitu, gdzie ogromny port i mnóstwo ludzi sprawia, że trudno znaleźć spokojny miejsce na wypoczynek. Trogir jest miejscem, gdzie znajdziemy w zasadzie wszystko:plażę, wodę, piękną starówkę, miejsca do spacerów i historię. 


Trogir- twierdza Kamerlengo

Popularne w Chorwacji lawendowe laleczki.
W czasie tego tygodniowego pobytu w Trogirze, zrobiliśmy sobie wycieczkę do Dubrownika. Miasto to okrzyknięte jest najpiękniejszym w Chorwacji, dlatego też myślę, że warto je odwiedzić właśnie z tego względu, by wyrobić sobie swoją opinię. Jadąc do niego, przejeżdżamy przez kilkunastokilometrowy odcinek należący do Bośni i Hercegowiny. Odbywa się to jednak bezboleśnie, ponieważ nie potrzeba paszportu, wystarczy dowód osobisty do kontroli.

Taki oto widoczek na wjeździe do Dubrownika.

Wjeżdżając do Dubrownika samochodem, już na samym początku pojawia się pierwszy problem - gdzie zaparkować. Macie do wyboru, albo drogę dojazdową, gdzie wprawdzie nic nie zapłacicie, ale musicie zafundować sobie nie lada spacerek ( z dzieckiem nie polecam)  Możecie zaparkować na górze, na parkingu podziemnym  płacąc 40 KUN za godzinę (1 kuna ok.60groszy) co też tanio nie jest, ale gdy dojdziecie na dół i zobaczycie, że tam cena idzie prawie o 100% w górę, to ucieszycie się, że podjęliście się trudu zejścia na pieszo. (cena za godzinę parkowania wynosiła 75 KUN)


Panoramia miasta plus Wzgórze SRD w oddali.

Ogólnie Dubrownik to piękne miasto, ale jak dla mnie to zdecydowanie zbyt dużo w nim turystów. Nie dziwię się, że Chorwaci chcą ograniczyć ich liczbę. My byliśmy we wrześniu, a co dzieje się w sezonie? Strach pomyśleć. Poza tym jest bardzo drogo. Gdyby tak chcieć wszystko zwiedzić, należy przygotować nie lada sumkę. Parking na powitanie, 200 KUN za wejście na mury (czyli u nas x4) plus wjazd kolejką na wzgórze SRD, z której w czasie wojny próbowano zdobyć Dubrownik 120 KUN (50 dzieci) to policzcie sami ile wychodzi. Do tego jakiś obiad, lody, napoje i na samo jedno miasto rodzina musi wydać pomiędzy 500 a 1000zł. Bardzo dziękuję. 
W Dubrowniku towarzyszył nam okropny upał, dlatego chętnie chowaliśmy się w cieniu. Murów nie zwiedziliśmy, ale za to wdrapaliśmy się na wzgórze na przeciwko, by zobaczyć miasto z oddali.


Mury obronne Dubrownika

Podziwiając widoczki.
Brama PILE przy wejściu na Stare Miasto.
Dubrownik jest na pewno miejscem wartym odwiedzenia. Wspaniałe historyczne miejsca wpisane na listę dziedzictwa UNESCO, cudowne, zapierające dech w piersiach widoki, wąskie charakterystyczne uliczki to to co wyróżnia miasto wśród innych. Jeżeli jednak chcecie się tym miastem nacieszyć, lepiej zawitać tu grubo po sezonie, albo tak jak mówi mój mąż w czasie deszczu ;) 

Coś dla fanów Gry o Tron, kręconej właśnie w Dubrowniku.

Drugi tydzień spędziliśmy na kempingu Zaton Holiday Resort niedaleko miasta Zadar. W drodze do niego zatrzymaliśmy się w bardzo urokliwej miejscowości Primosten, gdzie zachwycił mnie kolor wody - tak błękitny, że aż trudno uwierzyć, że to nie za sprawą kafli w tym kolorze :) 


Nie wiedzieć czemu kościoły często budowane są na szczycie gór, ale może dzięki temu, gdy uda nam się tam wdrapać, możemy podziwiać cudowne widoki. 

Przy kościele znajduje się cmentarz.

Primosten widzialny z drogi dojazdowej.

No, ale wróćmy do naszego pobytu na kempingu. Zaton Holiday Resort jest pięknie położony, tuż przy piaszczystej plaży co w Chorwacji nie jest częstym zjawiskiem. Znajduje się tutaj sporo atrakcji dla dzieci, w szczególności tych wodnych. 





Jedynym problemem, czy też małą niedogodnością jest rozmiar kempingu. Teren jest ogromny, a nad samym morzem znajdują się tylko miejsca na kampery/namioty oraz dość drogie kwatery w pięknych, murowanych domkach. Wszystkie tzw. mobile home od różnych operatorów (np. znany wam pewnie Vacansoleil) znajdują się w kolejnych rzędach, do których od plaży idzie się pod górkę. Kursuje wprawdzie darmowa ciuchcia podwożąca nad morze i na basen, ale problem jest taki, że ma przerwę pomiędzy 12 a 16 (być może w sezonie jest inaczej) więc jeśli chcesz zabrać się w drogę powrotną, jesteś ograniczony rozkładem. 


Wyprawa nad morze z dziećmi to nie lada wyzwanie: kocyki, ręczniki, zabawki do piasku, zabawki dmuchane, jedzenie i inne. My potraktowaliśmy to jako obowiązkowy spacer i w sumie droga z górki w kierunku plaży nie była zła. Gorzej było wrócić, kiedy to zmęczeni pływaniem i samym przebywaniem na słońcu taszczyliśmy naszą przyczepkę z klamotami pod górę. Mniej więcej w połowie drogi był budynek z prysznicami i tam robiliśmy małą przerwę na kąpanie dziewczynek. Specjalnie przygotowane kolorowe kabiny dla dzieci, małe umywaleczki były dużo wygodniejsze niż ciasnota w domkach. Było na tyle gorąco, że nawet nie trzeba było za bardzo się wycierać - zanim dotarliśmy na miejsce, dziewczyny były suche. 

Zachód słońca w Zadarze

Podsumowując nasze wakacje w Chorwacji muszę stwierdzić, że były one dużo bardziej leniwe niż te poprzednie. Złożyło się na to kilka powodów: po pierwsze to już trzecia nasza wycieczka do tego kraju, więc większość najważniejszych miejsc już widzieliśmy, a po drugie było tak gorąco, że człowiekowi nie bardzo chciało się w ponad 30 stopniach chodzić i zwiedzać, przy okazji ciągnąć dzieci. Za to było dużo czasu na odpoczynek. Nikt nas nie poganiał, więc można było cieszyć się tym, że nic nie musimy. Dlatego lubimy kempingi. My ze spokojem pijemy na tarasie kawkę, a dziewczyny bawią się na dworze. Przeczytałam więc książkę, która miała 600 stron i nawet zaczęłam drugą, którą dokończyłam w drodze powrotnej w samochodzie, pospacerowałam, popływałam, wygrzałam się, pozwiedzałam. Mąż wypływał na łowy i przynosił z głębin muszelki dla dziewczyn, a dla mnie w ramach oszczędności przytargał taką oto pamiątkę ;) Może to nie naszyjnik wyrzucony z Titanica, ale zawsze coś! 


A moją ulubioną czynnością było przytulanie się do pewnego różowego ptaka ;) Pociągając dziś nosem wyczekuję więc kolejnych wakacji :))



wtorek, 17 września 2019

Cisza tak cicha, że aż w uszach dzwoni.



Wróciliśmy. Z wielkim hukiem przenieśliśmy się w jakąś inną czasoprzestrzeń w której nagle zrobiło się jakieś 20 stopni chłodniej, trzeba rano nastawić budzik, jechać do przedszkola, do pracy a o kawie na tarasie przy powiewie ciepłego powietrza mogę tylko pomarzyć. Ale co zrobić, czas wrócić do rzeczywistości, do zwykłych codziennych obowiązków. Miałam nawet ambitny plan odbycia pierwszej lekcji wczoraj zaraz po odwiezieniu dziewczyn do przedszkola (czyli o 8.30), ale w niedzielę zdałam sobie sprawę z tego, że plan jest po prostu niewykonalny. Salon wyglądał niczym pobojowisko, gdy wypakowaliśmy wszystkie rzeczy z samochodu, a i mój pokoik do pracy nie grzeszył ładem i porządkiem. Przed samym wyjazdem, kiedy to dziewczyny już prawie siedziały w samochodzie okazało się, że nie wiemy gdzie jest tablet. Jak widzicie jesteśmy od niego tak uzależnieni, że nie mieliśmy pojęcia, gdzie go położyliśmy. Wydawało mi się, że kiedyś go widziałam na półce z książkami, wciśniętego gdzieś pomiędzy gramatyką a podręcznikiem do egzaminu FCE, ale nie było po nim ani śladu. Zajrzałam z tyłu, czy przypadkiem nie wpadł i nie leży oparty o ściankę, ale nie. Zdenerwowana powyrzucałam nie tylko książki z półek, ale również pudełka z puzzlami i grami planszowymi. Tablet był dla nas ważny, ponieważ jednak przydaje się w sytuacji kiedy to trudno już dziewczynom wysiedzieć. Wtedy oglądają jakąś bajkę i czas biegnie szybciej. Ale tableta nie było nigdzie. Siadłam więc na fotelu, zamknęłam oczy i poprosiłam Niebiosa o pomoc. Niczym Sherlock Holmes spróbowałam odtworzyć wydarzenia ostatniego dnia, w którym widziałam tablet. I udało się! Skojarzyłam, że jadąc do Krakowa zabraliśmy go, ale w drodze powrotnej dziewczyny nic nie oglądały, więc jest duże prawdopodobieństwo, że nadal znajduje się w jednej z walizek. Pobiegłam do męża z tą nowiną i jak okazało się po chwili, miałam rację. Niestety nie było już czasu, by uprzątnąć pokoik, więc zostawiłam go w stanie takim, że ktoś, kto nie wiedział co się wydarzyło mógłby pomyśleć, że wnętrze zostało splądrowane. W czasie naszego pobytu niestety nie zjawiły się krasnoludki, które by wysprzątały i pomogły, więc robota czekała aż wrócę. Przeniosłam lekcję na wtorek, czyli na dziś, a wczoraj ogarnęłam cały bałagan jaki zostawiłam przed wyjazdem. Na popołudniowe zajęcia wszystko było gotowe.

W powietrzu czuć już jesień. Pomału trzeba przygotować ogródek do zimy, dokończyć to, co nie udało się latem. Wczoraj oddałam się swojej ulubionej czynności, czyli koszeniu trawy (to takie moje cotygodniowe ćwiczenia, niczym na siłowni;) ) a że była strasznie długa, to niestety szło mi to opornie. Na dodatek zapadł zmrok i musiałam odłożyć resztę na następny dzień (to chyba dziś??) Kosiarka blokowała się, worek co chwilę zapełniał, więc pozostało mi jedynie zaakceptować fakt, że nie uda mi się zrobić tego co zaplanowałam. Na dodatek mąż wpadł na pomysł, bym wykorzystała tę długą trawę w twórczy sposób, co oczywiście bardzo spodobało się dziewczynom:



W domu nagle zrobiło się cicho. Po dwóch i pół miesiąca pobytu z dziećmi od rana do wieczora, nagle słyszę tylko pusty dźwięk w uszach, własne myśli i uderzenia klawiszy laptopa. I choć lubię jesień, zwłaszcza piękną, ciepłą, złotą polską, to tęsknię za śniadaniami na tarasie, kiedy to w piżamkach wychodziłyśmy i nie patrząc na zegarek delektowałyśmy się porannymi promieniami słońca. Tęsknię za pluskiem wody, do której wskakiwały roześmiane dziewczynki, a ja bujałam się na huśtawce i pilnowałam, by za bardzo je nie poniosło. Tęsknię za długimi dniami, kiedy to o godzinie 21 było jeszcze widno, za truskawkami, czereśniami i innymi owocami. Pozostaje cieszyć się darami jesieni, pięknem zmieniających się kolorów i czekać. Czekać aż przyjdzie kolejna wiosna i lato a wraz z nią oczywiście kolejne wakacje :) 

Życzę wam wspaniałego i udanego tygodnia. Pewnie teraz będę wpadać tu częściej.

wtorek, 3 września 2019

Kiedy to wszystko minęło? Nostalgicznie i na wesoło, a więc witaj znowu szkoło.


My tu sobie leniuchujemy na wakacjach, a większość dzieciaków wróciła dziś do szkoły. Ostatnio Elsa stwierdziła, że ona chyba jednak woli przedszkole, bo może się cały dzień bawić. Powiem wam szczerze, że nie wiem, kiedy minęło te ostatnie 5 lat. Jeszcze jakiś czas temu wydawało mi się, że szkoła to abstrakcja. A tak naprawdę to w tym roku mogę śmiało powiedzieć, że moja starsza córka pójdzie do takiej przed-zerówki. Dlaczego? Ano dlatego, że w jej grupie jest kilkoro 6-latków i będą realizować inny program będąc nadal w tej samej grupie. Nasze przedszkole jest małe i nie ma możliwości utworzyć więcej niż 3 grupy. Co roku jest więc zagwozdka, jak te dzieciaki najlepiej podzielić. Młodsza córka trafi więc do środkowej grupy a Elsa do najstarszej.

Przed oczami mam 2-letnią Elsę i roczną Misię, które odprowadzałam po raz pierwszy do żłobka. Kiedy zapytałam starszą córkę co będzie robiła w żłobku odpowiedziała, że jadła i bawiła się. No cóż, tak zostało do tej pory. Zjada wszystko i sama o sobie mówi "No nie zapominaj, że ja po prostu lubię jeść" Jedyną rzeczą, której nie trawi, jest "szczypiąca rzodkiewka" oraz surówka z marchwi i ... kiszonego ogórka, ale tego to ja chyba też bym nie ruszyła. 
Elsa potrzebowała towarzystwa. Misia była wtedy jeszcze zbyt mała, by dotrzymać jej kroku, więc żłobek był dla niej czymś bardzo ekscytującym. Pierwszego dnia, po kilku godzinach stwierdziła, że wychodzi i próbowała nacisnąć klamkę stojąc na palcach. Na pytanie cioci, gdzie idzie stwierdziła zdziwiona: "Wychodzę". Pierwszego dnia w przedszkolu, przywaliła koledze w głowę, ponieważ nie rozumiał, że ciocia prosiła go, by odsunął się od drzwi, bo ktoś wchodząc może go uderzyć. Skoro nie rozumiał to trzeba mu było łopatologicznie wytłumaczyć prawda? Potem Elsa spiknęła się o zgrozo z wnuczką dyrektorki (zresztą do tej pory psiapsiółkują) i wymyśliła zabawę na podwórku, w której schowały się pod zjeżdżalnią. Nagle Elsa krzyczy: Uciekamy! po czym ona schyliła głowę, a tamta nie ... 
Jak już wcześniej wspominałam, żłobek oceniam dobrze. Fakt, gdybym mogła, nie wysyłałabym do niego rocznego dziecka. Wydaje mi się, że to zdecydowanie za wcześnie, choć Misia dobrze się zaaklimatyzowała. Pamiętam jednak, jak przez pierwszy miesiąc dziewczynki po powrocie do domu siedziały u nas na kolanach i przytulały się dobrych kilkanaście minut a potem nie odstępowały nas na krok. Pomimo tego, że dobrze się bawiły to jednak były małymi dziećmi i tęskniły za domem. Misia miała nawet raz mały kryzys, kazała odprowadzać się do drzwi sali, pomimo tego, że miała już 2 lata z hakiem. W przedszkolu jednak nie było takiego problemu. Poszła do niego z chęcią, nie mogła doczekać się chwili, w której będzie tam, gdzie starsza siostra. Marchewki z ogórkiem też nie je, za to jako jedyna pałaszuje jabłko ze skórką. Na tacy więc wjeżdża do sali jedyny nieobrany owoc i od razu wiadomo dla kogo on jest :)

Ja dobrze wspominam swoje przedszkole. Pamiętam wiele sytuacji, nawet kilka koleżanek z którymi potem chodziłam do szkoły. Miałam ukochaną panią Anię, która niestety zaszła w ciążę i odeszła na macierzyński. Co ciekawe, gdy byłam już studentką, przez przypadek spotkałam ją i poprosiła mnie, abym pomogła jej synowi przygotować się do matury z angielskiego. Jej syn w zasadzie był ode mnie chyba tylko 2 lata młodszy i zawsze się śmialiśmy, że przez niego cierpiałam w przedszkolu, ponieważ moja ukochana pani nosiła go w brzuchu i odeszła :)) Bardzo się polubiliśmy. 

Niedługo moje dziewczyny pójdą do szkoły. Skończy się ten beztroski czas zabawy i zacznie się nauka, już zupełnie inny wymiar dzieciństwa. Powiem szczerze, że teraz jest chyba najfajniejszy okres - dziecko nadal jest małe, ale można sobie z nim już pogadać jak z równym. Obecnie szkoła jawi im się jako coś, co związane jest z dorosłością, a bycie dorosłym na razie jest czymś pożądanym. Mam jednak nadzieję, że po pierwszym dniu nie będą wyglądać tak, jak dzieci na zdjęciach w galerii poniżej. 
A jak tam wasze pociechy w żłobku, przedszkolu, czy szkole? Robicie zdjęcia przed i po? ;) Miłego oglądania :))


1. Nie wiem jak wasze dzieci, ale moja Elsa ZAWSZE wraca z przedszkola "wyczochrana" Nie tylko pierwszego dnia...



2. A jeszcze rano byłem taki szczęśliwy...


3. Mowy nie ma, nie idę!


4. Siostra niech idzie, ja się stąd nie ruszam!


5. A mówili, że szkoła jest fajna...


6. To dopiero pierwszy dzień a ja już mam dość.


7. Jeszcze tylko minutka snu i już wychodzę.


8. Brutalna rzeczywistość.

9. Taki obrazek będzie tej dziewczynce towarzyszył wiele lat. Dorosłość wiele nie zmienia...


10. I na pamiątkę. Tak, żeby wiedzieli, że kiedyś tu wrócę i odpłacę pięknym za nadobne... 


BONUS - jakby coś to zawsze można się schować. Przynajmniej póki mama nie znajdzie ;)


No cóż, przed nami kolejny rok nauki i zabawy. Nowe doświadczenia zarówno dla dzieci jak i dla rodziców. Bogatsi o to wszystko wyczekujmy kolejnych wakacji. A tymczasem do roboty ;)







* Adapted from:www.boredpanda.com