czwartek, 24 października 2019

Na sygnale.



W miniony czwartek rzuciliśmy całą tę rzeczywistość i uciekliśmy w Bieszczady. Dawno nas tam nie było. I choć wiedziałam, że z dziewczynami raczej po szlakach jeszcze wiele nie pochodzimy, to perspektywa spacerów w cudnej górskiej scenerii brzmiała obiecująco. I nie pomyliłam się. Krajobraz polskiej złotej jesieni był tak malowniczy, że było czym nacieszyć oko. I wszystko byłoby fajnie gdyby nie to, że noc z piątku na sobotę spędziliśmy w ... szpitalu. Część z was wie z IG, że nasz mały Misiaczek niestety zachorował :( W piątek rano obudziła się z chrypką, którą zbytnio się nie przejęliśmy, ponieważ różnice temperatur były znaczne i myśleliśmy, że tak właśnie na nie zareagowała. Pojechaliśmy więc obejrzeć zaporę w Solinie. Dzień mijał nam fajnie, było cieplutko, a Misiaczek w zasadzie czuł się normalnie. Około godziny 14 nastąpiło pogorszenie jej stanu zdrowia, coraz ciężej oddychała i traciła głos. O 15.30 dojechaliśmy do lokalnej przychodni, gdzie zastaliśmy jedynie pielęgniarkę. Na moje pytanie, czy można dziś lub jutro dostać się do lekarza pani uśmiechnęła się i powiedziała: "Proszę pani, dziś już jest prawie 16, a jutro sobota, potem niedziela. Proszę udać się do najbliższego miasta, tam mają dyżur, albo prosto na SOR" Jej mina mówiła sama za siebie. Wygłupiłam się myśląc, że o tej godzinie jeszcze zastanę dyżurującego lekarza. Misia usnęła, ale chcieliśmy mieć pewność, że to nic poważnego. Czuła się ogólnie dobrze, nie miała gorączki, ale oddychała tak, jakby brakowało jej powietrza. Pojechaliśmy więc na ten niby dyżur, ale okazało się, że takowego nie ma. Może i dobrze się złożyło, bo pojechaliśmy już bezpośrednio do szpitala. Po wejściu do właściwego budynku zobaczyliśmy tylko jedną osobę i nie była to pani za biurkiem a policjant, który również czekał w kolejce. Po 5-10 minutach, kiedy to w pomieszczeniu nadal panowała cisza, mąż poszedł z Elsą zobaczyć inne gabinety i poszukać jakiejś żywej duszy. Misia czuła się coraz gorzej i miała już lekką gorączkę. Po chwili mąż wrócił z niczym. Pogotowie ambulatoryjne było czynne od 18 (była dopiero 16.30), więc czekaliśmy wraz z policjantem kolejne 2 minuty. Mąż powiedział, że mogę spróbować zapukać do tego gabinetu ambulatorium, może ktoś już tam będzie, więc wzięłam Misiaczka na ręce i poszłyśmy. Okazało się, że w środku siedziało starsze małżeństwo, pan był właśnie przyjmowany na oddział. Bez zastanowienia postanowiłam użyć "Metody na dziecko", czyli bardzo przeprosiłam i przedstawiłam krótko sytuację wzbudzając we wszystkich współczucie. Pani poprosiła, żebym poczekała chwilkę na korytarzu i zaraz do mnie przyjdzie. I faktycznie nie minęły 2 minuty jak wyszła starsza pani, a po 5 pielęgniarka przyjmująca. Starsza pani z troską pytała o stan zdrowia Misi, opowiadała, że sama wychowała trzy córki i rozumie moje zdenerwowanie sytuacją. Pielęgniarka zabrała nas na SOR, gdzie ktoś już właśnie zajmował się policjantem. Weszła na oddział i po chwili wróciła z telefonem. Dopytywała o objawy. Po chwili odesłała nas na oddział piętro wyżej, do pana doktora, który okazał się specjalistą w tych sprawach. Pan po 70, miły, zbadał Misię i stwierdził: Natychmiast na oddział. Już pisze skierowanie do szpitala. Wysłał męża i starszą córkę na dół, by założyli Misiaczkowi kartę a sam przeszedł z nami do właściwego oddziału, by od razu zajęto się dzieckiem. Powiem wam, że byłam w szoku. Może dlatego, że tego się nie spodziewałam. Antybiotyku tak. Ale przyjęcia na oddział? Może jestem niedouczona w tych sprawach, gdyż dziewczynki naprawdę mało chorują, jeśli już to są to zwykłe infekcje, czy przeziębienia często niewymagające interwencji lekarza, ale to? No cóż, jak chorować to z pompą ;) Okazało się, ze Misiaczek miał wirusowe ostre zapalenie krtani. Jak potem doczytałam na internecie, jest ono bardzo niebezpieczne dla dziecka, ponieważ może się nawet udusić, podczas gdy dorosły leczy się spokojnie sam w domu. Od razu podano Misi inhalacje z adrenaliny i Pulmicortu, po których zaczęła lepiej oddychać, choć obrzęk jak lekarz mówił nadal był. Potem dostała jeszcze dwie kroplówki. Zaczęła się czuć coraz lepiej, choć daleko jeszcze było do ideału. 



Kiedy Elsa przyszła z tatą do nas na górę, byłyśmy już po inhalacjach. Na widok siostry, moja starsza córka rozpłakała się. Po chwili zanosiła się tak bardzo, że gdy poszłyśmy do toalety, płakałam razem z nią. Powtarzała, że chce, żeby siostra wyzdrowiała, że będzie już dla niej dobra, że nie chce zostać sama, bo nie będzie miała się z kim bawić. Próbowałam jej wytłumaczyć, że wszystko będzie dobrze, na co mi odpowiedziała rezolutnie, że skoro tak to czemu płaczę razem z nią. No cóż.

Powiem wam, że jestem pod wrażeniem zachowania mojej młodszej córki. Według mnie to urodzony przyszły lekarz. Nawet nie skrzywiła się przy zakładaniu wenflona, obserwowała uważnie pielęgniarki pobierające krew do probówek. Gdy wróciłyśmy na salę, stwierdziła: Oni mi całą krew wypompowali! Wszystkie pielęgniarki i lekarz byli również pod wrażeniem jej dojrzałości i otwartości. Chwalili ją i nie mogli wyjść z podziwu, że tak się zachowywała i przede wszystkim została sama, gdy my pojechaliśmy po rzeczy. W międzyczasie Elsa skoczyła z tatą kupić nowego misiaczka dla Misi, a gdy już dotarli z powrotem i zadowolona Elsa podała siostrze nowego pluszaka, ta skomentowała ze zdziwieniem: "Takiego mi kupiłaś?" Uśmiałam się w duchu, bo wiedziałam, że oczekiwała innego, takiego, którego upatrzyła sobie na jednym ze straganów. Stragany były jednak już zamknięte, więc kupili innego;) W międzyczasie Misia mówi do mnie, że skoro ona jest taka dzielna to czemu jeszcze nie dostała żadnej naklejki za odwagę. No cóż, gdy przyszła pielęgniarka, zapytałam, czy Misiaczek może dostać jakąś nagrodę, więc po chwili dwie panie przyszły z naklejkami, kolorowankami, książeczką i dwoma dyplomami :)) Misia bardzo się ucieszyła, przyklejając wszystkie cztery naklejki na koszulkę. 

Za to moja starsza córka, gdy już ochłonęła, zaczęła się robić głodna. Pomimo tego, że spałaszowała słodką bułkę, którą z tatą zakupili w sklepie przy okazji poszukiwań misia, kręciła się na stołku cały czas wspominając coś o jedzeniu. W końcu pyta mnie: "A co mogę sobie tu zamówić?" Hahaha, tłumaczę jej, że to szpital a nie restauracja, po czym Elsa zdziwiona mówi: "No przecież Misia zamówiła sobie wodę" :) No faktycznie, pielęgniarka przyniosła jej wodę w kubeczku, ale cóż, na menu to na pewno nie można było liczyć. Wytłumaczyłam Elsie, że najważniejsze, żeby siostra wyzdrowiała, co potem kilka razy sama mi powtarzała. Chyba sama siebie chciała o tym przekonać. 

Noc spędzona w szpitalu nie należała do najlepszych w moim życiu. Choć lekarz proponował, żebym zajęła wolne łóżko po przeciwnej stronie Misiaczka, wolałam położyć się razem z nią, żeby nasłuchiwać, czy wszystko u niej w porządku. Pielęgniarki przychodziły całą noc i zaglądały, czy dobrze się czuje, a Misia miała podłączoną kroplówkę. O 24 dostała jeszcze inhalacje, które nie bardzo jej się spodobały, gdyż nagle wybudzono ją ze snu i kazano usiąść. Przez chwilkę kopała nóżkami we wkurzeniu ogólnym ;) Nad ranem było już dużo lepiej i choć ja sama czułam się tak, że spokojnie mogliby mnie za sam wygląd też przyjąć na oddział to najważniejsze było, że Misiaczek zdrowiał. Jej oddech nie był jednak idealny, więc bałam się, że będą chcieli zostawić ją na następny dzień. Na szczęście po badaniu okazało się, że jest w porządku, dostaliśmy leki i mogliśmy jechać do hotelu. Kiedy już mieliśmy wychodzić z sali, przywieziono obiad. Na ten widok Elsa wykrzyknęła z radością: Misia! Jedzenie przynieśli! Szczerze mówiąc nie planowałam zostawać tam ani minuty dłużej, ale moja starsza córka nie odpuściłaby kotleta. Podzieliły się więc i Misia zjadła pomidorówkę, a ona kawałek kotleta i surówkę. Chyba za bardzo nie przypadł jej do gustu, wyglądał na nieprzyprawionego, ale najważniejsze, że coś tam do brzuszka poszło i mogliśmy wreszcie wyjść. 

Nigdy nie byłam z dzieckiem w szpitalu, ale powiem wam, że byłam podbudowana postawą pielęgniarek i lekarza.Zajęli się nami szybko, sprawnie, doglądali, czy wszystko jest w porządku i przede wszystkim dobrze wyleczyli. Pan doktor podobno jest już na emeryturze i przychodzi tylko pomagać. Podziwiam go, naprawdę. Był tam już o tej 17, kiedy to nas przyjęto, przychodził na salę do późnych godzin wieczornych, a nawet i zajrzał rano. Nie wiem, czy spędził tam całą noc, ale zapewne nie. Podobno to on stworzył ten oddział. Opowiadał, że sam ma wnuczkę w tym wieku i dwa tygodnie temu też leżała u niego w szpitalu na to samo. 
Kiedy robił ze mną wywiad medyczny, zapytał o moją ciążę, jak przebiegała i czy dziecko ma jakieś alergie. Odpowiedziałam więc szczerze, jak zwykle, że jestem mamą adopcyjną, na co on mnie wyściskał i powiedział, że super i gratuluje córek. Zrobiło mi się bardzo miło, gdyż widać było tę jego autentyczną radość, a jego spontaniczna reakcja była naprawdę fajna. Nie tak, że ktoś kolejny raz robił ze mnie świętą, tylko po prostu cieszył się z tego, że ma przed sobą szczęśliwą rodzinę, powstałą w trochę inny sposób. 

Jadąc ze szpitala wstąpiliśmy do mini zoo i powiem wam, że to był strzał w dziesiątkę. Dziewczynki karmiły zwierzątka, pobawiły się z nimi, miały okazję być tak blisko jak nigdy dotąd. Oczywiście najlepsze były owieczki, które aż prosiły się, by się nimi zająć. 



Wyjazd uważam za bardzo udany, pomimo naszych "przygód" Nie powiem, trochę odzwyczaiłam się od jeżdżenia drogami niedwupasmowymi na tak długim dystansie, ale daliśmy radę. Pomału ogarniamy się przed zimą, szykujemy roślinki na czas wegetacji. W następnym tygodniu ponoć przymrozki. Brr. Wyciągnęłam więc swoje ulubione kapciuszki, kocyk i jestem gotowa na te następne kilka miesięcy ;)  A na koniec jeszcze kilka zdjęć bieszczadzkiej jesieni.


Jezioro Solińskie, widok na zaporę po prawej stronie.

Widok z zapory w Solinie










6 komentarzy:

  1. "wypompowali mi całą krew" :) - uwielbiam Misię! Ona zdecydowanie stworzona jest do zadań specjalnych i byle co ją nie wzruszy:) Super, że dostaliście tak szybko pomoc, nawet na takim końcu świata i że mimo tej paskudnej choroby udało się Wam choć chwilkę skorzystać z pogody i uroków jesiennych gór. Najważniejsze że wszystko się dobrze skończyło. I zdjęcia jak zwykle macie super w liściastej scenerii :)
    PS. Mnie też się zrobiło miło na serduchu jak przeczytałam o zachowaniu pana doktora wobec adopcyjnej mamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, potem jeszcze po wyjęciu wenflona pytała, czy dziurę już zawsze taką mieć będzie :D Popatrz, niby na końcu świata, a jednak ludzie mają więcej serca niż w niejednym dużym mieście.
      Reakcja lekarza była fajna. Właśnie nie taka wow, ależ to my cudowni jesteśmy bo adoptowaliśmy, ale taka ciepła, pełna sama nie wiem czego... hmm... po prostu pełna dobroci. O! :))

      Usuń
  2. To się nazywa trafić na lekarza z powołania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie :) Pielęgniarki również, choć jak zwykle "imprezował"y do 1 w nocy, co zawsze u nich mi się nie podobało. Człowiek chory, chciałby odpocząć, a one tak głośno gadają, że spać się nie da. Myślę, że tego typu osoby pracowałyby tak samo obojętne jakie za to dostają wynagrodzenie. Choć nie umniejsza to faktu, że zarobki są jakie są, czyli pożal się Boże.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Ojej, Izzy! Ale mieliście przejścia! :( Współczuję, ale też cieszę się, że mogliście liczyć na fachową pomoc. Dobrze, że to już za wami.
    Ściskam was mocno!
    Zdjęcia przepiękne, jak zwykle. Powinnaś to robić zawodowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eh, daj spokój. Jak chorować to z grubej rury co? ;) Teraz to ja już będę mądra i jak tylko coś zacznie się z krtanią to od razu będę inhalować. Kiedyś miałam w domu ten Pulmicort, to jest steryd, w początkowej fazie wystarczy. Rozmawiałam ostatnio z naszą pediatrą i mówiła, że jak jej podali adrenalinę to już naprawdę musiało być źle z nią :/
      Dziękuję kochana za komplement dot, zdjęć, no zwłaszcza to ze szpitala jest artystyczne hahaha :D buziaki:*

      Usuń