czwartek, 6 kwietnia 2017

Nasz szalony poranek




"Mamusia, dzwonił już alarm?"

Otwieram jedno oko i spoglądam na komórkę. 6.56. I tak oto zostałam obrabowana z 4 minut mojego snu. "Nie, jeszcze chwilkę" odpowiadam i zamykam oczy łudząc się, że uda mi się usnąć. Z prędkością światła upływają 4 minuty i znienawidzony przeze mnie dźwięk daje sygnał, że czas wstawać. "Już dzwonił"? słyszę       ponownie."Tak, dzwonił...."  








Nie ma mowy, żebym poleżała choć minutkę. E.bierze mnie za rękę i cichutko wychodzimy z pokoju. W łóżeczku turystycznym śpi J. i nie chcę jej obudzić. Gdzieś w środku nocy najpierw przychodzi do nas jedna gwiazda a potem druga. Na szczęście mniejsza wchodzi do osobnego łóżeczka, bo perspektywa 4 kończyn na mojej twarzy nie jest zbyt zachęcająca...
Biegniemy na nocniczek. Ja w tym czasie myję zęby i twarz. Jak zwykle, gdy mam namydlone oczy słyszę "Mamusia, jest kupa. Taka duża jak rogalik" Eh, szybko zmywam z twarzy to co nałożyłam i kończę toaletę z E. Potem biegniemy się ubierać. Zwykle idzie nam to sprawnie, ale bywa też że akurat wybiorę nie tę spódniczkę, którą życzyłoby sobie moje dziecko. A to, że nie wiruje odpowiednio, albo, że kolor nie taki bo za słabo różowy. Mówię więc, że nie mam czasu na takie wybryki i wychodzę. "Nie nie mamusia juz zakładam!" słyszę jak małe stópki wybiegają za mną z pokoju. A więc kolejny punkt zaliczony. Teraz czas na "Księżniczkę Zosię" podczas gdy ja mam jakieś 5min na prysznic. Niestety nie jest mi dane. Słyszę z góry wołanie "mama, mama". No cóż, młodsza się obudziła. Schodzimy więc na dół, ubieramy się i przychodzimy do kuchni. "Am, am" słyszę. Kiedy po raz kolejny tłumaczę, że zaraz jedziemy do żłobka i tam będzie pyszne śniadanko, widzę zmieniającą się twarz J. w podkówkę i słyszę znajomy dźwięk jej wkurzonego płaczu. Manifest złości trwa małą chwilkę po czym nie widząc reakcji z mojej strony jak zwykle zaczyna się czymś bawić. Wykorzystuję to, że jest zajęta i zmykam do łazienki. Ledwo co zdążę zdjąć z siebie piżamę, jak widzę małe rączki wchodzące do mnie pod drzwiami. "Mama, mama" słyszę. Zaczynam więc prowadzić dialog z J. W ten oto sposób, w 2 min jestem już umyta, nakładam balsam i smyram małe rączki pod drzwiami. Słyszę znajomy śmiech, więc wychodzę i mam jakieś 10 min na makijaż i śniadanie.
Kiedy dziewczynki się ubierają, ja nadal biegam spocona w koszulce. Dopiero kiedy one są gotowe, ubieram się ja. "Pupu" słyszę od J. No nie, trzeba znów ją przewinąć a byłyśmy prawie gotowe. Zabieram ją więc na przewijak w butach i kurtce. I znów 5 min do tyłu..
Niczym wędrowny włóczęga, wpadam do żłobka 5-10 min przed czasem z jednym dzieckiem pod pachą a drugim za rękę. Szybki całusek i już dziewczyny idą w swoją stronę. Szalony poranek? Gdzie tam, to tylko jedna z lżejszych wersji ;) Poza tym teraz to dopiero trzeba się spiąć. Praca, zakupy, obiad, dom, odebrać dziewczyny. Staram się z całych sił zatrzymać czas. Nie da się, za nic w świecie nie jestem w stanie utrzymać wskazówki w jednej pozycji. Choćby jednej. Nie da się.

0 komentarze:

Prześlij komentarz