Więcej

Hortensjowy zawrót głowy

No i znów wylądowaliśmy na kwarantannie… Tym razem jakieś dziecko w grupie starszej córki ma pozytywny wynik testu. Eh, długo maluchy nie pochodziły do przedszkola… Od poniedziałku minęło przecież zaledwie kilka dni. Wprawdzie w czasie tej trzytygodniowej przerwy przyzwyczaiłam się już do tego, że jesteśmy w domu w komplecie, ale chciałam, żeby jeszcze trochę dziewczynki nacieszyły się przedszkolem przed wakacjami. No cóż, próżne moje nadzieje.

Chciałabym napisać, że chociaż wiosna w pełni, ale patrząc na prognozę na koniec tygodnia niestety stwierdzam, że w tym roku pani zima trzyma się nas rękami i nogami. Widziałam nawet takiego śmiesznego mema ukazującego aresztowaną Elsę z Arendelle i podpis, że teraz możemy być pewni, że nadejdzie wiosna. Czyżby?
Osobiście czekam na nią z utęsknieniem, (wiosnę, nie Królową Arendelle) bo tyle mam planów ogródkowych na ten sezon, że czasu mi braknie 🙂 Oszalałam na punkcie hortensji. Są tak wdzięczne i tak długo cieszą oko (do tej pory mam ususzone zeszłoroczne), że znalazły one sporo miejsca na przykład w mojej nowej koncepcji wjazdu na posesję. Już nie mogę się doczekać kiedy mój rysunek (koślawy, bo talentu jak wiecie nie posiadam) przeobrazi się w rzeczywistość. Codziennie sprawdzam jak radzi sobie posadzona w tamtym roku odmiana Annabelle Strong i wygląda na to, że ma się całkiem nieźle. Pierwszy raz próbuję też rozmnożyć samodzielnie hortensję bukietową i wygląda na to, że się udało! Jeśli tak będzie, w następnym roku pójdę na całość i zrobię to hurtowo 😉
Niedługo wybieram się też do szkółki roślin, a tam zapewne znów przepadnę i przywiozę nowe okazy. Powstrzymuje mnie tylko kurczące się miejsce na nowe rośliny. No chyba, że czegoś trzeba się będzie pozbyć. Tegoroczna zima nie była łaskawa dla moich róż. O ile rabatowe i tak ścinamy krótko, tak z przemarzniętymi pędami róży pnącej już nic nie da się zrobić. Powoli puszcza jakieś pojedyncze pąki, poczekam jeszcze trochę i zobaczymy gdzie odżyje a gdzie nie. Na szczęście odrasta szybko, więc jestem dobrej myśli 🙂

Nie pamiętam, czy wspominałam, że Misia była u “narzeczonego” na urodzinach. To w zasadzie pierwsze urodziny, na których była sama, ponieważ do tej pory zawsze impreza była organizowana w jakimś lokalu, sali zabaw i rodzice też byli obecni. Zrobiłam jej fryzurkę i zawiozłam do kolegi. Może pamiętacie, kolega chodzi do tej samej grupy w przedszkolu i Misia strasznie mu się podoba. Miała więc dylemat, wybrać tego, który ma kręcone ładne włoski czy tego, który dał jej maskotkę. Ostatecznie córka okazała się przekupna i “przyjęła” drugiego kandydata.
Po imprezie bolała ją głowa, dzieci krzyczały, pomieszczenie nie było duże, więc nieprzyzwyczajona do takiego harmidru wróciła narzekając na decybele. Żeby drugiej córce nie było przykro, zabraliśmy ją na plac zabaw (pomimo brzydkiej pogody) i zakupiliśmy po drodze ciasto w cukierni. Powiem wam, że odkąd w zasadzie wszystko zaczęliśmy piec w domu i rzadko kupujemy “gotowce”, przestały mi smakować kupne ciasta i ciastka. Nie myślcie, że zrobiłam się mega wybredna, co to to nie, ale po prostu wydaje mi się to wszystko takie słodkie i ciężkie.
Niedawno upiekliśmy bułeczki drożdżowe z serem i szczerze przyznam, że lepszych w życiu nie jadłam. Myślę, że będzie tak jak z chałką, odkąd pieczemy sami przestałam kupować w sklepie. I tu muszę zaznaczyć, że naprawdę nie mam jakichś wybitnych zdolności kulinarnych, trzymam się przepisu i tyle. Jeśli jest dobry to nie ma szans, żeby coś nie wyszło.

Chcielibyśmy w maju pojechać nad morze. Czy się uda nie wiem. Jak na razie hotele pozostają zamknięte (przynajmniej oficjalnie) a pogoda do wyjazdów nie zachęca. Nie liczę na jakieś wielkie opalanie, raczej spacery, jazdę na rowerze, zabawy na placu zabaw. Nauczeni doświadczeniem będziemy musieli na tydzień przed wyjazdem zostawić dziewczynki w domu, by znów nie trafić na jakąś kwarantannę. Zobaczymy co się wydarzy. Szczerze mówiąc minął rok od początku pandemii a nadal przyszłość wakacji jest niepewna. Z jednej strony coraz więcej ludzi jest zaszczepionych, ale z drugiej pojawiają się nowe mutacje, które sprawiają, że zachorowań wciąż jest dużo. Kolejne Święta Wielkanocne miały miejsce w lockdownie, a zagraniczne wyjazdy prawdopodobnie tylko z negatywnym testem lub potwierdzonym szczepieniem.
Wczoraj starsza córka przypomniała mi jak to było jak kiedyś tata chodził do pracy (na 7 rano) i ona czasem wstawała i towarzyszyła mu w kuchni jak robił sobie kanapki a potem wracała do łóżka. Powiem wam, że te czasy wydają mi się już tak odległe, że muszę sięgać pamięcią by przywołać takie dni, kiedy to byłam sama w domu. Kiedyś wszyscy chcieli “wracać do normalności” Ale czy się da? Gdzie obecnie kończy się i zaczyna normalność? Nauczyliśmy się nowej organizacji dnia, żyjemy inaczej, czy da się o tym zapomnieć? Praca zdalna ma swoje plusy i minusy, zależy kogo dotyczy. Mój mąż na przykład ma dostęp do wszystkiego, co miałby w biurze. Owszem, fajnie byłoby spotkać się z kolegami na żywo. Ale jeżdżenie 5 razy w tygodniu do Warszawy, wstawanie o godzinę wcześniej i wdychanie smrodu z tysiąca spalin samochodów już nie jest wcale tak zachęcające. Mam nadzieję, że po powrocie szefostwo będzie bardziej skłonne do pozwolenia na pracę zdalną niż kiedyś, kiedy to o jeden dzień w tygodniu trzeba było zabiegać i negocjować.

Pozostaje nam kochani cieszyć się chwilą, tym co przynosi nam teraźniejszość, dziękować za zdrowie, za to co mamy i wierzyć, że kolejne miesiące przyniosą nam stopniową poprawę sytuacji, czego wam i nam z całego serca życzę. Tymczasem dobrego weekendu!

4 komentarze

  • Agata

    Mnie jakos hortensje nie lubia. Mialam w starym domu, mialam w nowym i zazwyczaj kompletnie nie chca kwitnac. Rok temu sie obudzily i pieknie rozkwitly, ale boje sie, ze to byl jednorazowy sukces, tym bardziej, ze nie zrobilam nic specjalnego zeby im pomoc. 😉

  • olitoria

    Dobry przepis nie może się nie udać, powiadasz? Hmmm. 😀
    Ja też planuję tydzień przed wyjazdem już zostawić Tamalugę w domu, ale w Dzień Dziecka pójdzie. Nie miałabym serca 🙂
    Mam nadzieję, że u was już wszystko OK.
    Życzę wam dużo zdrowia. Damy radę!

  • tygrysimy

    My w tym roku zaczynamy przygodę z nasadzeniami. Mieliśmy delikatny spór, bo Tata Tygrysa uznał, że kobieta z racji tego, że nią jest powinna czuć miłość do kwiatków i zadbać o ogród. Niestety ja nie mam ani takiej wiedzy, ani wyobraźni, anie wyczucia, ale coby chłop się nie denerował postanowiłam coś zadziałać. Kazałam się zawieść do szkółki i tam miłemu panu zleciłam dobranie kilku kwiatków na rabatkę w cieniu i na słoneczku. Mąż cały szczęśliwy. Nawet część już posadziliśmy, ale ciekawe co z tego wyjdzie. Bo może okazać się, że u mnie ani wyczucia do ogrodu, ani ręki. W tej jednej rabatce mamy nawet cztery hortensje. Zawsze się przed nimi broniłam, ale odpuściłam i w sumie dopinguę im, żeby się odnalzały. A skoro już o nich mowa to może jeszcze dasz mi instrukcję, co dalej. Jakieś przycinanie, o rozmnażaniu to chyba na razie nie myślę 🙂 Ale cieszę się z jednej rośliny, którą kupiłam po siebie – piwonia medyczna. Na tej mi zależy. I nie mogę się doczekać pierwszych kwiatów, bo coś tam już nawet widać.
    My też nie możemy się doczekać wakacji. Już rok temu obiecaliśmy Tygrysowi Kraków i mam nadzieję, że tym razem dojedziemy.
    Uściski

  • Aglaia

    Hortensje to rzeczywiście piękne i bardzo wdzięczne rośliny chociaż my mamy na nie chyba zbyt słoneczną działkę mieliśmy kiedyś jedną i niestety spaliło ją słońce :-(.

    My już chyba nauczyliśmy się decydować o wyjazdach praktycznie z dnia na dzień (choć kiedyś planowaliśmy je rok na przód 😉 ). Urlop mamy tylko zaplanowany w zakresie terminu (niestety dłuższe wyjazdy muszę wpisywać w plan urlopów więc tu nie ma dużej elastyczności) ale gdzie i czym pojedziemy to pewnie zdecydujemy w ostatniej chwili – mamy namiot i sprzęt campingowy, nowy bagażnik na rowery ale też sporo środków zamrożonych na koncie Wizzair z uwagi na odwołane w zeszłym roku loty i kilka(naście) pomysłów jak to wykorzystać więc jesteśmy przygotowani praktycznie na każdą okoliczność.

    Praca zdalna, przynajmniej w moim przypadku, zdecydowanie sprzyja work-life balance (szczególnie jak dzieci w szkole/żłobku) – zyskuję ok 1,5 godziny, które normalnie poświęcałabym na dojazdy. Mam nadzieję, że akurat ten aspekt pocovidowej normalności zostanie ze mną na dłużej. Ale niestety nie jest to model dla wszystkich – ludzie, którzy siedzą całymi dniami sami w pustym mieszkaniu często czują się z tym wyjątkowo źle więc tu też jakiś balans jest potrzebny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.