środa, 17 stycznia 2018

Kiedy rodzi się matka.


Jeszcze w czasie trwania kursu na rodziców adopcyjnych, zadałam jednej z pań z ośrodka pewne pytanie, dotyczące wstrząsających wydarzeń o jakich właśnie usłyszałam. Mianowicie młody mężczyzna, zabił z zimną krwią swoich rodziców. Jak to jest, zastanawiałam się, że człowiek jest w stanie podnieść rękę na osoby, które dały mu życie.  
Bo to jest tak, odpowiedziała mi pani psycholog, że ta matka nigdy nie była matką, a ojciec nie był ojcem. Ten człowiek widział w nich tylko dwoje obcych mu osób.
 Drastyczny przykład? Być może, ale dający wiele do myślenia. 




Rodzicielstwo to wielkie wyzwanie. Kiedy więc tak naprawdę stajemy się matką czy ojcem? I co to właściwie znaczy?

Czym jest instynkt?

Według definicji, osobnik w niego wyposażony zachowuje się (lub pragnie się zachowywać) w określony sposób. Jest to również wrodzona zdolność wykonywania pewnych czynności stereotypowych, niewyuczonych, mniej lub bardziej skomplikowanych. 

Czy zatem wynika z tego, że zaraz po porodzie, czy też w przypadku adopcji po pierwszym kontakcie z dzieckiem, będziemy wiedzieć co robić, bo mamy to "zapisane"? Czy tak zwany instynkt macierzyński/ojcowski w ogóle istnieje?

 Spójrzmy na kilka przykładowych sytuacji z życia wziętych:

1) Para osiągnęła już stabilizację zawodową, teraz czują, że kolejnym krokiem jest posiadanie potomstwa. Decyzja nie podyktowana jest żadnym wewnętrznym pragnieniem. Dobrze jednak radzą sobie z opieką nad dzieckiem.

2) Para decyduje się na dziecko. Jest ciąża, rodzi się syn/córka i nic. Pustka. 

3) Para decyduje się na dziecko. Jest ciąża, rodzi się syn/córka. Gdy opadają emocje przychodzą obawy i lęki. Czy będę dobrą matką/ojcem? Czy będę potrafiła kochać swoje dziecko? 

4) Para decyduje się na dziecko. Jest radość ciąży i radość narodzin. Ale po przyjeździe do domu dziecko płacze. Mija kilka dni i dziecko nadal płacze. Wizyta u lekarza nie przynosi rozwiązania. Wykończeni i sfrustrowani rodzice są źli na cały świat. Zastanawiają się, czy ich życie kiedykolwiek będzie normalne.

5) Niepłodna para decyduje się na adopcję, bardzo pragną dziecka, gdy dzwoni TEN telefon są w siódmym niebie. Rzeczywistość nie jest już jednak taka kolorowa. Dziecko ma problemy z adaptacją, nie chce spać, płacze. Rodzice adopcyjni zastanawiają się, czy będą w stanie nawiązać z nim więź. 

Z biologicznego punktu widzenia, nie ma żadnych naukowych przesłanek, mówiących o tym, że istnieje coś takiego jak instynkt macierzyński czy ojcowski. U ciężarnej kobiety wprawdzie może wytworzyć się oksytocyna, hormon przywiązania, ale może on tak samo wytworzyć się u mężczyzn w kontakcie z dzieckiem. Jest to o tyle ważne, że obala mit, jakoby rodzic adopcyjny kochał dziecko inaczej niż biologiczne. Ileż razy słyszałam od ludzi, że "swoje" dziecko kocha się bardziej i pewnie teraz, już na luzie, wznowimy nasze starania. 

Modele miłości macierzyńskiej

Czy każda kobieta powinna zatem kochać swoje dziecko? Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale u nas w Polsce nadal chyba panuje mit, że miłość musi nadejść już w momencie zobaczenia dwóch kresek na teście, a najdalej zaraz po narodzinach. Pewne zachowania narzucone są również przez same kobiety. Kiedy moja koleżanka przyznała się na szkole rodzenia, że nie rozmawia "ze swoim brzuchem", została sparaliżowana wzrokiem innych dziewczyn, a następnie zbesztana za swoją nieodpowiedzialność. Przypuszczalnie, miłość należy już dziecku wyznawać w okresie prenatalnym. A co jeśli tego nie robisz?

No dobrze, ale czy to oznacza, że będąc matką muszę być zawsze uśmiechnięta, entuzjastycznie nastawiona do życia i pięknie wyglądać? Pewnie tak byłoby idealnie, jak to powiadają matka-żona-kochanka w jednym. 

Jednakże świat nie jest zbudowany z czekolady i nikt z nas nie jest robotem. Dziecko zmienia przecież nasze uporządkowane życie o 360 stopni, nagle przestajemy normalnie spać, jeść, pracować, spotykać się ze znajomymi. To może prowadzić do frustracji, a nawet do poczucia winy. Jeżeli do tego dojdą problemy choćby związane ze zdrowiem, to świat nie wydaje się rysować w kolorowych barwach, pomimo naszej radości z posiadania dziecka.

Nasze matki i ojcowie.

Nasi rodzice, świadomie lub nie, przekazują nam pewne wzorce zachowań. Na ile więc powtarzamy schematy wpajane w nas od małego? Z jednej strony denerwują nas pewne rzeczy, a z drugiej nie potrafimy inaczej żyć. A może nie chcemy, bo lepiej trzymać się utartych, "sprawdzonych" metod? 
Doświadczenie pokazuje jednak, że osobom, które nie miały właściwych wzorców w swoich rodzicach, trudno stworzyć prawidłowe relacje z partnerem i dzieckiem. Co więcej, trudno również zauważyć, że istnieje z tym jakiś problem. Bez takiej samoświadomości, zrozumienie i zmiany nie będą możliwe.


W jednym z testów psychologicznych w ośrodku, należało dokończyć zdanie. Część z nich dotyczyła oceny siebie, a część oceny innych osób. Na długiej liście znalazły się między innymi:
* Kocham moją mamę, ale .........
* Chcę mieć dziecko, ale boję się .......
* Gdy myślę o swoim ojcu, czuję ..........
* Najmilsze wspomnienie z dzieciństwa to .............
Na podstawie odpowiedzi, psycholog maluje obraz naszej rodziny i rodziny, którą chcemy stworzyć. Analizuje nasze lęki, obawy, a także wolę pracy nad sobą w drodze do rodzicielstwa. Im bardziej realny obraz, tym łatwiej będzie rodzicom wejść w nową rolę. Na poziomie tych pytań, po części bowiem już stajemy się matkami czy ojcami. Psychologowie twierdzą, że możemy nauczyć się bycia matką i ojcem tak "z siebie" Oznacza to przede wszystkim samoświadomość, poszukiwanie, rozwój i poznanie. 
Stawanie się matką czy ojcem, to bowiem długotrwały proces, mający miejsce w kontakcie ze swoim dzieckiem.

To co z tym instynktem?

Jedni twierdzą, że istnieje, inni zaś, że jest początkiem więzi, która dopiero się wytworzy w procesie pracy, którą musimy wykonać przez następne kilkadziesiąt lat (jak w każdej relacji). Są jeszcze tacy, którzy mówią, że to wymysł ludzki, który ma być punktem odniesienia dla każdej kobiety. Dobra matka równa się matka z instynktem. Zła matka jest jego pozbawiona. Rozstrzyganie więc jak jest naprawdę nie ma sensu. Lęk związany z rodzicielstwem jest naturalny, lecz może stać się przeszkodą do pragnienia dziecka i podjęcia decyzji o nim.

Gdy moja dobra koleżanka przywiozła dziecko ze szpitala, w szczerej rozmowie wyznała, że będzie potrzebowała dużo czasu, by nauczyć się być mamą. Oto ma przed sobą obcą osobę, którą przyniesiono na jej łono i nazwano synem. Trzeba to wszystko na nowo zdefiniować i poukładać.

Gdy czegoś zabraknie.

Wracając jednak do początku mojego posta. Nie będę analizować przypadku morderstwa rodziców. Tu w grę na pewno wchodzą bardzo skomplikowane czynniki, ja sama nie mam wiedzy, by to wszystko wytłumaczyć i zrozumieć. Coś jednak w tej rodzinie się wydarzyło, coś na poziomie relacji mężczyzna-kobieta, matka-syn, ojciec-syn lub jeszcze coś zupełnie innego, nieodgadnionego, co doprowadziło do tak strasznej zbrodni.

18 komentarzy:

  1. Pięknie napisałaś o tym jak stajemy się matką/ojcem.
    Sam muszę przyznać, że sporo uczuć, które pojawiały się u mnie w trakcie starań i już po przysposobieniu dzieci było dla mnie zaskoczeniem. Nie przypuszczałem, że będę aż tak przeżywał... ;)

    Co do instynktów. Imo są one obecne w naszym życiu. Ale współczesny świat serwuje nam "pigułki", które je zamieniają na pęd do kariery, zapatrzenie w siebie i takie tam marzenia o łatwym życiu.
    Jak w "Seksmisji": weź pigułkę, weź pigułkę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda. Ciekawe, czy kiedyś ludzie czuli inaczej, bo po prostu nie mieli takich możliwości (choćby robienia kariery), czy podejście do różnych rzeczy zmieniło się wraz z postępującym światem.

      Usuń
  2. To skomplikowane jak związek na fejsbuku (naprawdę jest tam taka opcja?) Wiem, że masz sporo racji i twój wpis poparty jest fachową wiedzą, ale... Ja jednak wolę myśleć, że w rodzicielstwie jest trochę magii, pyknięcie różdżką.
    Mogę mówić jedynie za siebie i o sobie. Możecie mnie tu zlinczować w komentarzach, ale ja w macierzyństwie nie czułam się ani zmęczona, ani sfrustrowana, ani smutna. A jeśli nawet, to nie na tyle by o tym myśleć, czy żeby to stanowiło jakiś większy problem czy miało wpływ na inne sprawy. No, nie i już. Co, oczywiście nie znaczy, że inne kobiety tak się nie czują. Izzy, ja nawet nie wykluczam istnienia depresji poporodowej, chociaż trudno mi w nią uwierzyć. Ale przecież została zdiagnozowana i nazwana, tylko czy nie popada się w przesadę? Depresja staje się usprawiedliwieniem najokrutniejszych czynów albo braku zainteresowania dzieckiem, co też jest okrutne. Czasami wydaje mi się, że dużą winę ponosi niewłaściwe nastawienie. Zobacz, ile kobiet, mniej lub bardziej znanych, bloggerek i nie tylko, zaznacza od razu: "Jestem matką, żoną, ale przede wszystkim kobietą". To tak, jak by bycie mamą wykluczało bycie kobietą! Widocznie mają z tym problem skoro tak to podkreślają. Wiele kobiet z góry zakłada, że dziecko zmieni ich plany, namiesza, w każdym razie coś im w życiu zepsuje. Zamiast założyć, że dziecko będzie z nimi to życie budować. Miłość do dziecka to ogromna siła, którą właśnie nazwałabym intuicją. Pozwala nam popełniać błędy, bo wiemy, że ostatecznie zwycięży i wszystko się ułoży.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o związki fejsbukowe to nie pomogę, nie mam pojęcia jak to działa ;)
      No, ale do rzeczy. Tak naprawdę post nie jest o tym, że macierzyństwo, rodzicielstwo nie cieszy, jest trudne i lepiej się zastanowić, czy w ogóle mieć dziecko. Jak sama widzisz nie ma żadnych dowodów na to, czy istnieje jakiś instynkt macierzyński czy ojcowski, ale jak porównasz sobie różne podejścia do bycia rodzicem to zobaczysz o co mi chodzi.

      Tobie rodziły się dzieci i mimo, że pewnie za pierwszym razem nie miałaś pojęcia o różnych rzeczach, to jednak przynosiły radość, niewyspanie w nocy pewnie było uciążliwe, ale cieszyłaś się z magicznego posiadania tego dziecka. Ale nie każdy tak ma. Niektórzy tej miłości, tego bycia tatą, czy mamą muszą się nauczyć, zwłaszcza przy dziecku adoptowanym i zwłaszcza starszym, gdzie ta więź jest mocno nadszarpana i zanim wypracujesz swoją, musisz poradzić sobie z demonami przeszłości.
      Powiem ci jak było u mnie. Gdy zabraliśmy pierwszą córkę do domu, nasze szczęście było przytłumione przez inne rzeczy. Wcale nie było magicznie. Mała była przeziębiona (to był jej pierwszy raz na dworze), w ogóle nie spała, bo zatykał jej się nosek, płakała, była niespokojna itd. Minęło około 2 tygodni zanim wypracowaliśmy sobie naszą rutynę, do tej pory to była po prostu opieka. Z jednej strony można powiedzieć, że to instynkt, bo nagle po prostu, ot tak, wiesz co masz robić, albo z drugiej strony uczysz się, dorastasz do pewnych rzeczy. I chyba o tym właśnie pisałam, tak jak zauważył Hephalump o tym dorastaniu do tego rodzicielstwa. U nas jeszcze był taki problem, że tak długo staraliśmy się o dziecko, że gdy nagle ono było, to musiałam się w głowie przestawić, że to nie tak, że to inni są rodzicami, teraz to MY nimi jesteśmy. Nagle stałam się częścią tego, co wypierałam tyle lat.

      Oczywiście zgadzam się jak najbardziej z tym, że spotykamy się z niewłaściwym podejściem to macierzyństwa. A potem rozczarowanie, bo się okazuje, że to nie tylko fajne ciuszki i zdjęcia na FB, ale nieprzespane noce, choroby itd.I bam! Depresja. Czasem jednak mam wrażenie, że kogoś to wszystko przerasta. Jeśli do tego nie ma wsparcia drugiej osoby, to może być ciężko, na pewno zależy to od siły charakteru.

      I tak na podsumowanie :) Ja również macierzyństwem nigdy nie czułam się zmęczona, sfrustrowana, czy smutna (chyba, że dziewczyny chore były i najzwyczajniej w świecie czułam się bezradna), ale bywały/bywają dni, że się złoszczę, mam dość. Czy to znaczy, że nie kocham dzieci? Oczywiście, że nie. Na męża też się wkurzam ;) i też nie przestaję kochać.

      Dzięki za komentarz ;)
      pzdr

      Usuń
  3. Ale Izzy, ja rozumiem, co miałaś na myśli. Tylko chciałam żeby w tym dorastaniu i codzienności nie zanikła magia.
    A, jeszcze jedno: Pewnie, że swoje dzieci kocha się bardziej! Przecież kochasz swoje dzieci bardziej niż dzieci sąsiadki, prawda? :P I tak trzeba rozumieć to stwierdzenie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To racja. Gdzieś w tym pędzie życia czasem ludzie zapominają jakie to szczęście mieć dziecko, mieć rodzinę i że to w zasadzie jest najważniejsze! Że jest pełno magii w choćby uśmiechu dziecka.

      No i pewnie, że swoje kocham bardziej niż te sąsiada, śmiem twierdzić, że ich to nie kocham wcale :P
      Buziaki

      Usuń
  4. To jest proces, który nigdy się nie kończy - taki mały poligon :) Ale to taki różowy poligon z kucykami Pony - bardzo przyjemny jak na wojenne warunki ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Ja te moje maluchy tak strasznie kocham, że mimo nieustannej walki na polu bitwy, potem zasiadamy w piernikowej chatce i świat znów jest kolorowy. Zgadzam się, że to proces. Ważne, żeby dojrzewać w tym macierzyństwie i cieszyć się nim. Ja się strasznie cieszę i widzę jak się zmieniam wraz z dorastaniem moich dzieci.

      Usuń
    2. Ja właśnie doświadczam kryzysu dwulatka - JA, nie on. Nie wierzę, że już jest taki duży i że czas tak ucieka ;(

      Usuń
  5. Jako matka mam w sobie dużo lęku, dużo niepokoju, niepewności. Mimo tego czuję przede wszystkim radość, wzruszenie, dumę z każdego uśmiechu, każdej nowej umiejętności.
    Potrafię dokładnie wskazać moment, kiedy narodziło się moje macierzyństwo. Pisałam o nim niedawno na blogu. To było podczas drugiego spotkania z Księżniczką - wtedy, kiedy po raz pierwszy wzięłam ją na ręce bez tych wszystkich betów. Kiedy poczułam jej ruchy w moich ramionach. Pod tym względem zgadzam się z Ahają, że zadziałała magia.
    A jeszcze co do komentarza Ahai - zapewniam Cię, że depresja poporodowa istnieje. I właśnie dlatego, że otoczenie w nią nie wierzy, zbiera całkiem spore żniwo :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że matka zawsze się martwi, obojętne ile dziecko ma lat.

      Dzieci wyczekiwane, w szczególności myślę, że te nasze adoptowane, faktycznie powodują magię, choć nie u wszystkich. O taką magię łatwiej według mnie, gdy masz do czynienia z niemowlęciem. Przy dzieciach starszych trzeba się o nią postarać, bo gdzieś uleciała. Radość z posiadania dziecka na pewno jest, ale to trudne rodzicielstwo i na bycie matką, czy ojcem trzeba czasem zapracować. Ja co by nie mówić zostałam matką " z urzędu", dziecko nie pamięta nikogo innego. Mam nadzieję, że pozostanę nią na zawsze.

      Zgadzam się z Tobą Lady, depresja poporodowa istnieje i kiedyś też trudno było mi sobie wyobrazić powody, dla których ktoś miałby być smutny, przecież właśnie urodziło się dziecko. Ale to tak jak każdy rodzaj depresji, z pozoru człowiek ma wszystko, a jednak czegoś brak, taka "rysa na szkle"

      Usuń
  6. Ja matką jeszcze nie jestem, pewnie będę mogła wypowiedzieć się za jakiś czas. Jednak Z moją mamą mam niesamowicie silną więź i jest mi bardzo bliską osobą. Na tatę zawsze mogę liczyć, choć ta relacja jest odrobinę bardziej skomplikowana. Jednak często obserwuję relacje jakie mają ze swoimi rodzicami moi znajomi i to dopiero jest obserwacja. Ale to fakt- mam dwie koleżanki, które mają toksyczne więzi ze swoimi matkami- tak je nazywają. Obie kobiety są bardzo wymagające, krytykujące i wiecznie osądzające. I jedna z tych dziewczyn właśnie się rozwodzi a druga ma dziwną relację ze swoim partnerem..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no właśnie. Wydaje mi się, że każdy ma inne doświadczenia, ale ponieważ ja mam dokładnie taką samą więź z mamą jak Ty, kontynuuję podobną ze swoją córką, bardzo mi na tym zależy. To jest jednak udowodnione, że jeśli ktoś nie miał tych prawidłowych wzorców, to czasem po prostu trudno samemu ułożyć sobie życie (jak widać choćby na podstawie twoich historii)

      Czekam w takim razie za ileś tam miesięcy na komentarz już jako mamusi :))

      Usuń
    2. Na pewno się podzielę :) Choć żeby móc stwierdzić jak mi poszło będzie trzeba poczekać kilkanaście lat :)
      Ale powiem Ci też, że cieszę się, że będziemy mieli córkę, bo wiem, że to będzie chyba łatwiejsze. Obserwuję mojego męża i jego relację z mamą oraz innych mężczyzn z otoczenia i w porównaniu z kobietami mają oni zupełnie inną więź z matkami. Wydaje mi się, że bycie mamą chłopca to ogromne wyzwanie, nie łatwiejsze niż bycie mamą córki, ale zupełnie inne mam wrażenie.

      Usuń
  7. Cudowny post...<3
    Niestety te słowa, że "swoje" noszone pod sercem to dziecko "prawdziwe", najbardziej kochane... mam znajomą, która gdy tylko z nią rozmawiam pokazuje mi, że nie potrafi zrozumieć mojej decyzji o adopcji i wciąż próbuje mi wjechać na psychikę mówiąc, że nie będzie między nami więzi bardzo długo... :(

    Również wypełnialiśmy taki test psychologiczny :)

    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, myślę, że od takich ludzi powinnaś trzymać się z daleka, bo nic nie wnoszą dobrego w Twoje życie a wręcz przeciwnie, podważają coś o czym nie mają tak naprawdę pojęcia. Znam wiele biologicznych dzieci, które mają bardzo słabą więź z rodzicami (choćby patrząc na koleżanki czy kolegów) i nie wynika to z DNA. O więź trzeba dbać całe życie, a argumenty typu "Bo dziecko ci wykrzyczy jak będzie starsze, że nie jesteś jego matką" do mnie nie przemawiają. Tak samo dzieci zachowują się wobec rodziców bio, też im mówią, że ich nienawidzą.
      Także kochana lepiej nie rozmawiać na takie tematy, bo komentarze takie jak ten kwestionują waszą decyzję o adopcji, a przecież to decyzja o tym, że chcecie mieć dziecko, co za różnica jak ono do was przyjdzie.

      Eh, takim to by trzeba chyba łopatologicznie, bo inaczej nie dociera ;);) Ciekawa jestem jaką więź z dzieckiem stworzy ta koleżanka.

      Buziaczki, pozdrawiam cieplutko :*

      Usuń
    2. Nikt nie może oceniać dopóki nie będzie w naszej skórze. Nie stanie przed takim wyborem... I choć niby to wiem to takie słowa jednak czasami bolą. Hmmm...może nie bolą, ale zasiewają jakiś taki strach w serduchu...

      Akurat ta koleżanka ma już dorosłego syna, ale teraz po wielu latach poszła drogą inną - adopcji komórek jajowych. Więc próbuje mi wmówić, że nie tyle co geny, a noszenie dziecka pod sercem jest w tym wszystkim najistotniejsze oraz pierwsze chwile po porodzie.
      Oczywiście ja też uważam, że to znaczy bardzo dużo...
      ale czy aż tak?... :(

      Wielki buziak:*

      Usuń
    3. Są takie pary, które wkładają tak dużo wysiłku w przygotowanie najpiękniejszego wesela, jakby to miał być koniec, a nie początek tego wszystkiego. Zdarza się, że tak bardzo koncentrują się na tym, żeby dać z siebie wszystko przed, że jak stają w obliczu małżeństwa to okazuje się, że są wypaleni, bo wszystko już było. A ślub to przecież dopiero początek dobrych i trudnych chwil. Dopiero tu zaczyna się prawdziwe życie.
      Dlaczego o tym piszę. Bo tak samo czuję to w stosunku to rodzicielstwa. Tak bardzo liczy się ciąża, biologia, DNA, że zapominają o co w tym wszystkim chodzi naprawdę. Czy to, że ja nie urodziłam moich dzieci jako sprawia, że będę mieć z nimi gorszą więź, mniej je kochać? Czy może w ogóle już przekreśla moje normalne macierzyństwo? Tylko potem spotkam takie mamusie, które jedyne co potrafią to zachodzić w ciążę i rodzić dzieci. Bo z wychowaniem ich już mają kłopot. Czy to na tym polega? Tak jak piszesz, czy aż tak dużo to znaczy, że nie nosiłam dziecka pod sercem? Nie nosiłam. Fakt. Ale nosiłam je W sercu, i to przez wiele długich lat.

      A jeszcze jeden przykład. Nieadopcyjny ;) Moja koleżanka poszła na szkołę rodzenia i przyznała się, że nie "gada z brzuchem" to ją wszystkie zwyzywały i zlinczowały, że "robi dziecku krzywdę, że okres prenatalny zaważy na całym życiu" bla bla. No pewnie, że jest ważny, Wiadomo. Ale czy to, że nie gadała do brzucha znaczy, że dziecko nie będzie słyszeć, czy o co chodzi? ;)

      A zarodkach pisałam u Ciebie, to nie będę się powtarzać ;)
      Buziaki:*

      Usuń