niedziela, 1 lipca 2018

Identyczni nieznajomi. O adopcji, rozdzielonym rodzeństwie i odwiecznym dylemacie: natura czy wychowanie?

Rok 2007 -wydawnictwo Random House publikuje wyjątkową książkę. Ta książka to pamiętnik dwóch sióstr bliźniaczek, rozdzielonych przy urodzeniu i wychowujących się w różnych rodzinach. Porzucone przez chorą psychicznie matkę i oddane do adopcji, częściowo po to, by nieświadomie wziąć udział w badaniach. 


Z angielskiego tzw. Nature vs. nurture, to odwieczny spór naukowców o to, co jest ważniejsze, biologia czy wychowanie. Na to właśnie pytanie chciała znaleźć odpowiedź Viola Bernard, znana i zasłużona psycholog amerykańska. Przekonała więc Louise Wise Services, ośrodek adopcyjny, by dziewczynki trafiły do dwóch różnych rodzin, które nie miały pojęcia o istnieniu siostry bliźniaczki ich dzieci. 
Brzmi jak mrożąca krew w żyłach historia nie do uwierzenia, ale wydarzenia są prawdziwe. Po rozdzieleniu dzieci, badacze w tajemnicy śledzili losy dzieci, wierząc, że osobno, będą one mogły w lepszy sposób utworzyć indywidualną tożsamość. 

Z 13 dzieci zaangażowanych w badania, trzy pary bliźniąt oraz trojaczki po latach odnaleźli się. Pozostali do tej pory nie wiedzą, że gdzieś po świecie chodzi ich identyczny bliźniak. 

Zanim wspomniane wcześniej bliźniaczki, Elyse i Paula zaczęły badać swoją adopcyjną drogę, doktor Bernard już nie żyła, a badania dotyczące ich samych nigdy nie zostały dokończone. Odnalazły jednak psychiatrę z Uniwersytetu z Nowego Yorku, Petera Neubauera, który zajmował się badaniami nad bliźniętami. Według doniesień, zmusił on uniwersytet w Yale do zamknięcia i zaplombowania wyników aż do roku 2066, bojąc się, że ich publikacja spotka się ze sprzeciwem ze strony społeczeństwa. Siostrom nie udało się przekonać władz uniwersytetu do ujawnienia dokumentów. Badania Neubauera o tyle różniły się od innych, że dotyczyły życia bliźniąt począwszy od okresu niemowlęctwa. 


Na ekrany kin w USA właśnie wchodzi film o trojaczkach, wspomnianych wcześniej uczestnikach tego samego badania. Three Identical Strangers (Trzej identyczni nieznajomi) to niesamowity dokument ukazujący historię rodzeństwa rozdzielonego zaraz po urodzeniu. Wszystko zaczyna się w 1980 roku, kiedy to para 19-letnich studentów dokonuje szokującego odkrycia. Wzięty za swojego brata Eddiego, Bobby zostaje serdecznie powitany przez grupę nieznajomych mu osób. Kiedy dochodzi do spotkania braci, okazuje się, że prócz nich jest jeszcze jeden chłopiec, którego mama adopcyjna przypadkowo zauważa w gazecie parę bliźniąt wyglądających dokładnie tak jak jej syn. 
Historia zaprowadza producenta filmu, Tima Wardle do Kalifornii, gdzie spotyka się on z Natashą Josefowitz, 90-letnią asystentką w badaniach nad rodzeństwem rozdzielonym zaraz po porodzie. Dla Wardle'a i Lawrence'a Wright, (dziennikarza, uhonorowanego nagrodą Pulitzera, który jest również zaprezentowany w filmie), pogląd, że jakoby biologia miałaby być ważniejsza od wychowania jest niepokojący: 

Opowiadała (dop.Josefowitz) o tym jak wiele z tego co osiągnąłem w życiu, było zdeterminowane biologią i genami, a jak mało miałem na to wpływ ja, mówi Wardle. 

Sam producent, który w filmie stawia obie teorie na równi, nie opowiada się za żadną z nich. 

Rozdzielone rodzeństwa.

Przygotowując materiały do tego posta, w głowie kołatało mi się wiele myśli. Będąc mamą adopcyjną, pierwsze jednak co mnie uderzyło to oczywiście fakt, że pod przykrywką przeprowadzenia ważnego dla ludzkości projektu, z własnych, egoistycznych pobudek, rozdzielono rodzeństwa, być może na całe życie. Badania dowodzą, że bliźnięta podświadomie czują istnienie tej drugiej "połówki" ich samych, co ma ogromny wpływ na ich dorastanie. Niepokój jaki czują, staje się piętnem na całe życie. Takie praktyki były i być może są nadal stosowane nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale w Polsce również. Osobiście znam historię bliźniąt, które zostały właśnie rozdzielone przez OA, by odnaleźć się dopiero w dorosłym życiu. Z ich relacji wynika, że gdzieś głęboko wiedziały, że ich istnienie owiane jest pewną tajemnicą.

Jako mama dwóch biologicznych sióstr (choć nie bliźniaczek), nie wyobrażam sobie, żeby ktoś nie powiedział mi o narodzinach drugiego dziecka i oddaniu jej do adopcji. Zdarza się co prawda, że rodziny adopcyjne odmawiają przyjęcia dziecka do siebie z różnych powodów, ale jest to decyzja świadoma, przemyślana. Choć niesie za sobą konsekwencje zarówno dla rodziców jak i dzieci, to należy ona do danej rodziny, nie kogoś, kto nimi manipuluje. 
Czy gdyby nasze dziewczynki wychowały się osobno czułyby ze sobą podobną więź do tej, którą wypracowujemy w nich przez całe życie?

Biologia czy wychowanie?

Badania nad tamtymi dziećmi nie zostały do tej pory opublikowane, ale z wielką chęcią przeczytam książkę o bliźniaczkach i obejrzę dokument o tych trzech chłopcach, nieznajomych a jednak powiązanych ze sobą więzami krwi. Osobiście uważam, że na to kim jesteśmy ma wpływ zarówno biologia jak i wychowanie. Gdyby tak nie było, to po co mielibyśmy się starać, skoro i tak wszystko byłoby określone przez naturę? 
Mogę wam powiedzieć też jak jest u nas. Dwie siostry, wychowywane według tych samych zasad, a jednak różne. Na potwierdzenie teorii o naturze mogę powiedzieć, że każda ma swoją niepowtarzalną osobowość, którą można było już zauważyć w okresie niemowlęctwa. Z drugiej jednak strony, wszystko to, czego je uczymy, powtarzają niczym schemat obie, bez względu na to jakie prezentują cechy charakteru. Wierzę więc w to, że obojętne, gdzie dziecko się wychowa, to pewne rzeczy określone są przez biologię, geny np. talent malarski. Pytanie tylko czy jeśli nie będzie on rozwijany i kultywowany to ma szansę rozwinąć się tak sam w sobie i w równym stopniu?  Czy my, adopcyjni rodzice mamy jakikolwiek wpływ na to, kim będą nasze dzieci, czy jednak biologia wygra? Czy gdyby nie trafiły one w kochające środowisko, wyrosłyby na tych samych ludzi? Śmiem twierdzić, że nie. Albo jeszcze jedno ważne pytanie. Kim byłyby nasze dzieci, gdyby po prostu trafiły do innej rodziny? 
My w wychowaniu dzieci bierzemy pod uwagę ich indywidualne predyspozycje, ale też głęboko wierzymy w to, że wiele rzeczy wynosi się z domu. Nie mamy przecież biologicznie w genach zapisanej empatii do drugiego człowieka, kultury osobistej, czy innych czynników składających się na to kim jesteśmy.

Ciekawa jestem waszych opinii dotyczących przytoczonych przeze mnie historii oraz co według was ma większe znaczenie: natura czy wychowanie?





Źródło:en.wikipedia.org; www.cnn.com; www.abcnews.com; www.theguardian.com




16 komentarzy:

  1. Wiesz Izzy, owszem, przy adopcji te rozterki, które opisujesz w ostatnim akapicie są uzasadnione, ale w zasadzie.. Biologiczne dzieci też nie mają wpływu w jakiej rodzinie się urodzą. Jedni trafiają na kochających rodziców, inni rodzą się w patologii. Ale bardzo ciekawa jestem również tego dokumentu. Sama w swojej dość bliskiej rodzinie mam przypadek adoptowanej dziewczyny (dorosła, po trzydziestce), która po latach odkryła że jest adoptowana i wbrew woli matki postanowiła poszukać swoich korzeni. Okazało się, że ma sześcioro rodzeństwa i wszystkich odnalazła. Jednak tutaj znowu pojawia się kolejna rozterka.. POjawienie się takiej osoby może zburzyć porządek życia drugiej osobie, która np była nieświadoma adopcji. Ale te tematy na pewno macie zagłębione, dla mnie- laika w tej sprawie- rodzi się od razu mnóstwo myśli w głowie.
    Elsa i Misia mają niesamowite szczęście, że trafiły do Was, że mają siebie, namiastkę tej biologii, ale jednocześnie mają kochających rodziców, którzy zrobią wszystko, by wyrosły na dobrych ludzi, mądre kobiety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w 100% Dziecko nie ma wyboru na to, w której rodzinie się urodzi. Może jedyna różnica to taka, że jeśli to dziecko biologiczne to po prostu rodzi się tym, którzy go spłodzili. A przy adopcji jednak ktoś decyduje, gdzie to dziecko będzie najszczęśliwsze, gdzie ma trafić. Jeśli popełni błąd, to zaważy to na całym życiu dziecka. I tak jak Wy możecie mówić, że to czy tamto ma po mamie,po tacie, u nas jest trochę inaczej. Pewne talenty, usposobienie itd jestem pewna, że dziewczyny odziedziczyły biologicznie, ale pewne rzeczy jak nic wynikają z naszego wychowania czyli mogę się chwalić, że "mają po nas" ;)
      Wiesz Misscarp, to ma też swoje dobre strony, bo żadne z nas nie może obwiniać drugiego, że np. lenistwo ma po mamusi czy tatusiu haha.
      Ale poważnie, wracając do tej historii, którą opisałaś. Wiesz, to musi być straszne tak dowiedzieć się w dorosłości, że zostałaś adoptowana, albo, że masz rodzeństwo. Nie dość, że nagle nie wiesz kim właściwie jesteś, to kurczę czujesz, że całe życie było kłamstwem, a obca osoba okazuje się być twoim bratem/siostrą. Ja trochę więcej przeczytałam na temat tych chłopców, psychologowie zastanawiali się, ile ich podobieństw wynika z faktycznego pokrewieństwa, a ile z tego, że chcieliby,że tak było.Porównali to z zakochaniem, że wiesz, na początku doszukujesz się samych podobieństw, nie zwracając uwagi na inne rzeczy.
      Nie wiem, czy dokument będzie dostępny u nas w kinach, ale na pewno niedługo pojawi się w sieci. Jeśli uda mi się go namierzyć, to na pewno dam znać! :) Buziaki :*

      Usuń
  2. Mnie na samym początku wręcz poraził fakt, że przeprowadzono takie doświadczenia na ludziach, którzy istnieją, mają swoją tożsamość i przede wszystkim uczucia... Nie wyobrażam sobie tego, że można zrobić taką rzecz dzieciom, które w zasadzie mają tylko siebie - bo skoro zostają oddane do adopcji to przecież biologicznych rodziców już nie mają, a pozostało im tylko rodzeństwo prawda? :( Przykre to jest okropnie i szczerze mówiąc to cios poniżej pasa :((( Jeśli chodzi o tą biologię i wychowanie to jest to na pewno podzielone, tak jak mówisz, jakiekolwiek wychowanie nie sprawi, że np. masz taką a nie inną naturę, która jakby nie patrzeć pochodzi z genów, dzieci przecież dziedziczą charaktery po rodzicach biologicznych, a jeśli nie dziedziczą ich w 100% to przynajmniej przejmują od nich pewne cechy i automatyczne zachowania. Ale jeśli chodzi o pewne schematy, które w zasadzie są większością życia to zgadzam się tutaj całkowicie, że to tylko i wyłącznie rola wychowania - kultura osobista, zasady zachowania w różnych sytuacjach, zasób i dobór słownictwa, a także empatia, dążenie do celów, okazywanie uczuć i emocji, sposób rozwiązywania konfliktów, otwartość czy nawet odruchy takie jak przytulanie i pocieszanie, bo przecież dzieci naśladują w tym wszystkim swoich rodziców, czyli Was i tak naprawdę tylko Wy i Wasi najbliżsi macie wpływ na to, na jakich ludzi wyrosną Wasze cudowne pociechy <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kontynuując jeszcze temat (bo uciekła mi jedna myśl) to moje dziecko zapewne też odziedziczy całkowicie lub proporcjonalnie charakter mój czy męża, ale to na jakiego człowieka wyrośnie będzie zależało tylko i wyłącznie od tego jak je wychowamy, czego nauczymy i jakie wartości wpoimy.
      (Choć jeśli będzie miało mój charakter i jeśli dotrwam z prowadzeniem bloga do jej nastoletnich urodzin to na pewno moje wpisy będą baaaaardzo ciekawe i emocjonujące... :D)

      Usuń
    2. Tak, mnie też poraziła ta historia, że w ten sposób ktoś żonglował ludzkim życiem. Nie wyobrażam sobie tego. Jak gdyby to były jakieś zwierzątka doświadczalne, którym obojętne jest do której rodziny trafią.
      Chciałabym wierzyć, że tak jest, że mamy duży wpływ na to, kim będą nasze dzieci. Mam nadzieję, że będziemy prowadzić nasze blogi i dzielić się radościami i troskami wychowania :)
      Nie wiem jakich masz teściów, pamiętaj, że to często właśnie po dziadkach dziedziczy się pewne rzeczy, a nie po rodzicach ;) <3<3

      Usuń
  3. Mnie również nie mieści się w głowie, że można było tak przedmiotowo potraktować dzieci już przecież pokrzywdzone przez los. Od razu przypomina mi się "Truman Show"... Oglądałaś? W jednej ze scen producent programu powiedział, że "Truman jest pierwszym w historii noworodkiem adoptowanym przez korporację". W przytoczonych przez Ciebie przypadkach mamy prawie "Truman Show" w rzeczywistości...
    Jeśli chodzi o postawione przez Ciebie pytanie - myślę, że pół na pół. Księżniczka zdecydowanie ma swój niepowtarzalny charakter, niezależny od dawanych przez nas wzorców. Absolutnie nie znaczy to jednak, że nie mamy wpływu na jej ukształtowanie. Wręcz przeciwnie - tak jak Wasze córki naśladują Was, tak nasza mała powtarza to, czego ją uczymy. Na kogo wyrośnie, to czas pokaże... mamy nadzieję, że na szczęśliwą, spełnioną kobietę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, trafne porównanie. Mnie się to też nie mieści w głowie, dlatego właśnie o tym napisałam. Czasem właśnie wpadają mi w oko takie historie i dzielę się nimi na blogu.
      Zobacz jak to jest, że często te dzieci adoptowane są ponadprzeciętne, a pochodzą z takich strasznie patologicznych rodzin, że nigdy byś nie pomyślała, że dziecko "tej pijaczki" może wyrosnąć na kogoś wyjątkowego. Wierzę w to, że właśnie środowisko, ludzie kształtują. W ośrodku słyszałam historię adopcji chłopca, który potem został prezydentem jednego z miast w Polsce, ale, żeby poszukać bliżej to mamy choćby Steve'a Jobsa, twórcy Apple'a. Najśmieszniejsze jest to, że pewne cechy nasze dziewczyny mają naprawdę podobne do nas. Wierzę więc w to, że jak pani z ośrodka zobaczyła pierwszy raz Elsę, to wiedziała, że to nasze dziecko (tak nam mówiła)

      Usuń
  4. Izzy, to jest okrutny eksperyment. Przypomina mi trochę inny przypadek, ale też dot. bliźniąt, który kiedyś mną wstrząsnął. "nurture over nature", czyli "The Boy Who Was Raised as a Girl". Bliźnięta - chłopcy, Brian i Bruce urodzeni w latach 60, jako niemowlęta przechodzą prosty zabieg, na skutek którego jednak, Bruce traci genitalia. Rodzice nie wiedzą, co robić, chirurgia plastyczna raczkuje. Pojawia się "misjonarz płci" - doktor Money, który twierdzi, że płeć zależy od wychowania. Brian pozostaje Brianem, a Bruca wychowują jak dziewczynkę. Money monitoruje postępy doświadczenia i chwali się sukcesem, ale w miarę dorastania bliźniąt - Bruce czuje się coraz gorzej psychicznie, jest wyśmiewany i o krok od depresji. Pomimo wyjawienia nastolatkom prawdy, i przemiany Bruca z powrotem w chłopca - jest już za późno. Lata życia w traumie odbijają się na całej rodzinie. Brian zapada na schizofrenię i umiera z przedawkowania leków, a Bruce popełnia samobójstwo...
    Nie da się oszukać natury, a wszelkie eksperymenty są po prostu chorą zabawą w Boga.

    OdpowiedzUsuń
  5. Straszna ta historia, chyba jeszcze gorsza niż ta, o której napisałam wiesz. Trafna puenta,nie można bawić się w Boga..
    To nie do pomyślenia, że ktoś nie zdaje sobie sprawy/czy nie chce zdawać z tego, że szalony eksperyment odbywa się kosztem czyjegoś życia. Historia tych trojaczków też nie jest kolorowa, więc jak widać zawsze tego typu działania pozostawiają ślad na ludzkiej psychice.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam na to tylko jedno określenie: okrutne. I nieważne, że w imieniu nauki, lepszego jutra czy innych korzyści dla amazońskich lasów.
    Dla mnie to smutne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety,w imię "nauki" ludzie potrafią poświęcić nawet drugiego człowieka.

      Usuń
  7. Kurczę, wyjdę tu na Moherowy Beret, ale nigdy nauka nie jest wyżej niż dobro człowieka. Nauka ma służyć człowiekowi, a nie naruszać jego podstawowe prawa. Nie wiem co trzeba mieć w głowie, żeby taki eksperyment wymyślić!
    Zgadzam się z Wami, że czasami "z genami się nie wygra", ale i tak wychowanie i środowisko, w którym dorasta dziecko kształtuje go w większym stopniu.
    Często słyszałam, że dziecko adopcyjne po jakimś czasie upodabnia się do rodziców adopcyjnych i tu chodzi pewnie o sposób bycia, gesty, zachowanie.
    Składając dokumenty do OA dziwiłam się, dlaczego taki nacisk kładą w naszym ośrodku, by przynieść bardzo aktualne wspólne zdjęcie małżonków, a na wizycie domowej najwięcej czasu psycholog poświęcił na to co lubimy robić w wolnym czasie, jak spędzać urlop itp. Skoczyłam się dziwić, gdy na kursie poznałam rodzinę adopcyjną a małym synkiem (4lata). Wyglądał jak ich biologiczne dziecko (fizycznie), podobno charakter, energię i zamiłowanie do ruchu ma tak jak rodzice adopcyjni. Okazuje się, że ośrodki stają na głowie, by dopasować rodziców do dziecka (kilkuletniego) i stworzyć mu możliwie najlepszy dom dla jego potrzeb. A potem prawie wszystko w naszych rękach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, to ja w takim razie też takim Moherowym Beretem jestem. Bo nie wyobrażam sobie,żebym była w stanie poświęcić drugiego człowieka w imię... no właśnie w imię czego?Bo przecież tu nawet nie chodziło o wynalezienie lekarstwa tylko zwykłą ciekawość. A historia Olitorii jest przerażająca. Niby potem chcą naprawić, ale jest za późno, no i wiadomo jak to się kończy.
      A wiesz,że właśnie ostatnio w ośrodku nasza pani opowiadała o pewnej parze, która po adopcji miała swoje dziecko biologiczne i to wcale nie było do nich podobne tylko to adopcyjne? :) Jeszcze kilkuletnie to widać jak wygląda, ale jak oni to robią, że te maluchy paromiesięczne są też podobne to ja nie wiem.
      Mówisz, że prawie wszystko w naszych rękach? No też tak myślę. Widzę, że pewnych rzeczy nie przeskoczę, bo wynikają one z osobowości, zresztą nie chcę dziecka zmuszać do czegoś, czego nie chce , ale na pewno sporo można osiągnąć ciężką pracą :)
      I tego się kochana trzymajmy ;)

      Usuń
  8. Niestety nie raz w historii przekonaliśmy się o tym, że godność człowieka nie miała znaczenia wobec nauki. Przeraził mnie ten eksperyment. I to, że w ogóle ktoś do niego dopuścił.
    Często wraca do mnie myśl (pewnie już kiedyś i u Ciebie o tym pisałam), że wszyscy rodzimy się równi, a potem tak wiele zależy od rodziny, w której przyszliśmy na świat, środowiska w którym funkcjonujemy i różnych innych okoliczności (chociażby partnera na którego wybierzemy), które sprawią , że w dorosłym życiu funkcjonujemy tak, a nie inaczej. Geny są ważne, choć ostatnio usłyszałam od pani psycholog, że przede wszystkim mają wpływ na temperament i skłonność do odczuwania strachu. Reszta zależy od nas rodziców i wielu innych czynników, które przyniesie życie. Takich przykładów każdy z nas może mnożyć. Kolega z podstawówki i z jednego bloku - obecnie zmierza ku przepaści, alkohol zrobił swoje. A był naprawdę mądrym dzieciakiem. Z matmy radził sobie lepiej niż ja, ale żył w rodzinie z problemem alkoholowym, ojciec pił, matka nie ogarniała wszystkiego, a potem nie znalazł w sobie siły, żeby ułożyć sobie życie. Moje kuzynki wyszły z domu, gdzie był alkohol, nie miały i nie mają wsparcia w matce. Jedna weszła w związek z mężczyzną podobnym do taty, druga z takim, któremu źle z oczu patrzy. Podejrzewam, że gdyby cała trójka miała wsparcie w rodzinie, byłaby w innym miejscu w życiu, niż jest. Kolejny przykład... wczoraj plac zabaw i dziewczynka około 5-6 lat stymulująca się na trzepaku. Kolejna rodzina z problemami, dziś dowiedziałam się, że mama porzucona przez rodziców i wychowywana przez dziadka, a dziewczynka i jej brat mają nauczanie specjalne. I możemy się zastanawiać, że może gdyby jej matka trafiła do wydolnej wspierającej ją rodziny, jej życie mogłoby wyglądać inaczej i kolejnego pokolenia też.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapytałam kiedyś naszą panią w ośrodku o to i ona odpowiedziała, że wg niej to właśnie jest 50-50. Oczywiście dziecko ma swój temperament, unikatowy charakter, osobowość, ale to właśnie tak jak piszesz środowisko, rodzice ostatecznie je kształtują. Tak jak napisałam, cóż z tego, że maluch ma zdolności choćby jak u Twojego kolegi do matematyki, skoro taki talent zostanie zaprzepaszczony, bo dziecko zupełnie nie ma wsparcia i przede wszystkim przewodnika życiowego, który będzie się troszczył i prowadził.

      Usuń