wtorek, 31 lipca 2018

O znajomościach internetowych, czyli weekend na Podlasiu.




Podlasie kojarzyło mi się do tej pory z jednym - kliniką niepłodności w Białymstoku. Bywałam tam wiele razy, czasem na dłużej, czasem tylko na krótką wizytę. Zwykle jeździłam pociągiem. Bywałam tam tak często, że znałam na pamięć rozkład autobusu, który wiózł mnie z dworca do znajomego budynku nieopodal centrum miasta. Załatwiwszy więc to co miałam załatwić, czekając na pociąg powrotny do Warszawy, miałam czas, by zaglądać w różne zakątki miasta. Białystok zawsze mi się podobał, jednak nie potrafiłam się nim cieszyć. Nie jeździłam tam przecież na wycieczki. Każda wyprawa związana była z nadzieją, że któregoś pięknego dnia miasto to zacznie mi się kojarzyć ze spełnieniem moich marzeń. Jak wiecie tak się nie stało, ale na pewno nie spisuję go na straty. Kiedyś tam wrócę, by zbudować nowe wspomnienia, oparte na czymś zdecydowanie przyjemniejszym.


Nie tak dawno temu, pisałam o tym, że niepłodność przerzedziła grono moich znajomych. To prawda. Jedni odeszli, ale najważniejsze jednak, że w ich miejsce pojawili się nowi ludzie, z którymi być może dużo więcej mnie łączy niż tylko czas. 
Ostatni weekend spędziliśmy więc u pewnej mamy i jej rodzinki, którą poznałam właśnie tu, na blogu :) Cieszę się, że mogłyśmy poznać się osobiście, bo przecież zupełnie inaczej jest móc z kimś porozmawiać na żywo, a przede wszystkim cieszę się z tego, że moje dzieciaki miały kontakt z innym dzieckiem adopcyjnym. 



Trafiła nam się wspaniała pogoda, choć nie powiem temperatura była iście tropikalna. Pomimo panujących tropików, udało nam się pojechać na wycieczkę do Białowieży, gdzie nigdy wcześniej nie byłam. 

Najpierw udaliśmy się do muzeum, które muszę powiedzieć bardzo podobało się nam i dzieciakom. Realistycznie przygotowane sceny z życia zwierząt i nie tylko, sprawiły, że mogły one zobaczyć z bliska to, czego przynajmniej na razie nie są w stanie doświadczyć w rzeczywistości.




Niestety jedna ze scen była zbyt drastyczna dla moich dzieci, wrażliwych na losy zwierzątek. Scena ta przedstawiała polowanie i zabitą sarnę leżącą na ziemi. Dziewczynki bardzo przeżywały, że sarenka nie żyje. Być może nie jest to do końca dobre miejsce dla tak małych dzieci, albo tak empatycznych istotek jak moje, ale na szczęście jakoś udało nam się je zainteresować czymś innym.



Inną rzeczą, do której mam zastrzeżenia to brak, czy też słabo działająca klimatyzacja. W taki upał niestety dawało się to odczuć i to bardzo. Muzeum można zwiedzać idąc z audio przewodnikiem, w grupach umówionych na konkretną godzinę. I  to również nie do końca przypadło mi do gustu. My wolimy chodzić w swoim tempie, zwłaszcza, że jedna rzecz interesuje mnie bardziej, inna mniej. Tu jest zorganizowane to tak, że kolejne scenki są podświetlane wtedy, gdy zwiedzający wysłuchają opisu W przeciwnym razie pozostają ciemne. Rozumiem, że zamierzeniem jest pewnie ten efekt światła, ale niestety wolałabym, żeby było to zorganizowane inaczej. Jak wspomniałam, były takie ekspozycje, przy których chętniej postalibyśmy dłużej np. przy przekroju mrowiska, niedźwiedziach, a przy innych krócej. No, ale suma sumarum miejsce na pewno warte odwiedzenia. Polecam.




Kolejnym punktem wycieczki był oczywiście rezerwat żubrów :) Jedyny jak znam to ten w Międzyzdrojach, w którym byłam sto lat temu, więc z chęcią zobaczyłam jak wyglądają te w Białowieskim Parku Narodowym. Wyglądają tak samo, albo podobnie, a samo miejsce jest wspaniałe. Duży teren, świetny na spacer w towarzystwie zwierząt. Dzieciaki zobaczyły prawdziwe dziki, wilka, sarny, łosie i inne. 







Na koniec oczywiście plac zabaw i obowiązkowe głaskanie Konika Polskiego. 




Weekend na Podlasiu uważam za udany. I choć do Białegostoku dojechać nam się tym razem jeszcze nie udało, to jest światełko w tunelu, że wreszcie te tereny zaczną mi się przyjemnie kojarzyć. A znajomości internetowe? No cóż, może się okazać, że my tu na blogach znamy się dużo lepiej niż ci, którzy znają nas osobiście od lat. Oczywiście pod warunkiem, że jesteśmy sobą ;) 




11 komentarzy:

  1. Oj zgadzam się w 100%, u mnie też internetowe znajomości "rekompensują" przerzedzone towarzystwo dzięki naszej niepłodności. W pewnych momentach życia bardziej łączą wspólne problemy i podobne życiowe przejścia niż jedna szkolna ławka, albo osiedlowe podwórko.
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  2. Izzy, my się już kiedyś zastanawiałyśmy z Olitorią nad zlotem :) I to w Warszawie! Może na wiosnę w przyszłym roku?
    PS. Pojechaliśmy kilka lat temu na Podlasie z Dziubasem pod namiot i na rowery...piękne okolice! No i..stamtąd przywieźliśmy Boba - dużo bocianów po drodze spotkaliśmy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy myśląc o zlocie myślałyście o zlocie Czarownic, czy raczej zlocie blogerek? :D:D haha. A Ty to przypadkiem nie będziesz wtedy świeżo upieczoną mamusią? :D Jeśli chodzi o mnie to możecie na mnie liczyć. Zwłaszcza jeśli zlot będzie rzut beretem ode mnie ;)
      Kurde, że też ja Cię wcześniej nie poznałam. Zamiast jeździć do Białego do kliniki, pojechałabym pod namiot tam gdzie są bociany ;) Faktycznie było ich mnóstwo! I to po kilka w gnieździe.

      Usuń
    2. Potwierdzam, potwierdzam. Popieram, popieram.

      Usuń
    3. Będę podwójną mamusią, więc tym bardziej trzeba będzie się na chwilę wyrwać z domu ;)

      Usuń
  3. To prawda, że internetowe, a w szczególności blogowe znajomości czasem są bardziej prawdziwe od tych realnych, tutaj wiemy o sobie o wiele więcej niż niektóre nasze koleżanki z sąsiedztwa czy właśnie z przysłowiowej szkolnej ławki. Przede wszystkim chyba łączy nas podobne podejście do życia i podobne doświadczenia 😊 Super, że wyjazd był udany 😊😊😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno te znajomości mają szansę być czymś więcej niż tylko zostawianiem komentarza pod postem. I to jest fajne :) Z jednej strony chciałoby się mieć taką koleżankę z bloga z tego samego miasta, a z drugiej strony jest okazja do spotkania i zobaczenia innego zakątka Polski.

      Usuń
  4. Super, że udało Wam się nie tylko odwiedzić znajomych, ale i pozwiedzać. Przy okazji podziwiam, że w taką pogodę chciało Wam się ruszyć wiadomą część ciała i udać się w podróż. My odpuściliśmy nawet wyjazd na działkę do teściowej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W samochodzie jest klima, więc z przyjemnością do niego wsiadłam i jechałam te 3h ;) A gorąco fakt było, pewnie gdybyśmy zostali w domu pluskalibyśmy się w basenie ;)

      Usuń
  5. Bardzo się cieszymy, że udało nam się spotkać. Tygrys bardzo zadowolony. Co kilka dni sam z siebie wspomina, że bardzo polubił Dziewczynki i dobrze się z nimi czuł. Jest moc :)
    Uściski

    OdpowiedzUsuń