piątek, 30 sierpnia 2019

Do zobaczenia!


Pomału kończą się wakacje, przynajmniej te szkolne. My jednak, jak tradycja nakazuje, wyjeżdżamy na wrześniowy urlop. Jeżeli się uda to może wreszcie nadrobię zaległości na ulubionych blogach, ale przede wszystkim mam zamiar wypocząć i pozwiedzać. Kierunek Chorwacja!

A ten rysunek przygotowała na wyjazd Elsa.


Zapraszam was na nasz profil na Instagramie, tam możecie śledzić nasze przygody. Do zobaczenia kochani! Trzymam kciuki za wszystkie dzieciaki idące w poniedziałek do żłobka, przedszkola i szkoły. Nasze dziewczynki mają trochę przedłużone wakacje :))

wtorek, 27 sierpnia 2019

O rodzinach zastępczych, kłodach pod nogami i innych ważnych sprawach.


Niedawno pisałam, że raczej nie zostanę influencerką. Może szkoda, bo przydałoby się, żeby pewne informacje trafiły do jak największej liczby osób...



Jakiś czas temu, przy okazji jednego ze szkoleń, rozmawiałam z panią z ośrodka o rodzinach zastępczych. Chodziło o to, że jedna z par z naszej grupy chciała otworzyć pogotowie rodzinne. Na tamten moment mieli już dwójkę dzieci (jedno biologiczne i jedno przysposobione) i postanowili, że chcą pomagać jeszcze innym potrzebującym domu dzieciom. Rozmawiając o nich dowiedziałam się, że nie zawsze tak jest, że nie zawsze ludźmi kierują dobre intencje. Nie czarujmy się, niepłodność i adopcja to świetne tematy na których można zarobić. Usłyszałam wprost: Izzy, jeśli ty się jeszcze łudzisz, że tu chodzi o dobro dziecka, to bardzo się mylisz. W wielu przypadkach nigdy nie chodziło o dobro dziecka. To o co chodzi? 
Aby utrzymać jak największą liczbę dzieci w rodzinie zastępczej, trzeba pokazać jak dobrze funkcjonuje. Jak tego najlepiej dokonać? Oczywiście jak zwykle z pomocą przychodzą media społecznościowe. Tam sprzedaje się wszystko, bo przecież nigdy do końca nie wiemy jak jest naprawdę, widzimy tylko moment, uchwycony przez aparat. I tak szczerze mówiąc trudno też stwierdzić, czy ten moment był prawdziwy.  Wystarczy dziecko ustawić do zdjęcia, samemu przybrać pozę, czy kazać się uśmiechnąć. Jaki problem jechać w ciekawe miejsce po to, by cyknąć dobrą fotkę? Ludzie się na to nabierają. 

Czemu o tym piszę właśnie teraz? Kilka dni temu, jedna z moich znajomych dostała telefon z propozycją dziecka. Około roczny maluch przebywa obecnie w rodzinie zastępczej, która opiekuje się nim z tego co mi wiadomo od urodzenia. Malec rozwija się dobrze, potrzebuje jednak rehabilitacji i wizyt u lekarza. Przed pierwszym spotkaniem z dzieckiem, moja znajoma trafiła na Facebooku na profil tejże rodziny zastępczej, na który miałam okazję osobiście wejść i ocenić. Ochoczo opisują tam wszelkie aktywności, nie skąpiąc w ilość zdjęć wszystkich dzieci, które mają trafić do adopcji. Moją pierwszą reakcją było to, że znajoma powinna natychmiast zażądać usunięcia wszystkich zdjęć z wizerunkiem dziecka. Pisałam ostatnio w poście o influencerach co sądzę o publikowaniu zdjęć dzieci w sieci, zwłaszcza tych adoptowanych. Nie wiem, czy istnieje prawo zabraniające rodzicom zastępczym tegoż procederu. Małe dziecko nie jest w stanie się bronić, a co za tym idzie nie ma wpływu na decyzję o upublicznianiu jego wizerunku. Starsze dziecko może się wręcz tego wstydzić. 
Profil tej RZ o której piszę, jest kolorową, barwną reklamą tejże rodziny. I wiecie co jest najgorsze? To działa. Ileś tam lajków pod postem w stylu "Z moim słoneczkiem na placu zabaw" Czy tak powinna się zachowywać matka zastępcza? Dobra rodzina zastępcza wie, że dziecko jest u nich tymczasowo i przygotowuje je do pójścia do adopcji. Jeżeli z drugiej strony na adopcję nie ma szans, powinna postarać się stworzyć mu jak najlepsze warunki rozwoju podobne do życia w normalnej rodzinie. Kolejny przykład sprzed paru tygodni. 2-latek zostaje adoptowany i ma ogromne problemy z adaptacją w nowych warunkach. Dlaczego? Ponieważ matka zastępcza kazała wołać do siebie "mamo" i przez cały pobyt malca w rodzinie dała mu odczuć, że to właśnie ona nią jest. Po adopcji chłopiec nie mógł sobie po raz kolejny poradzić z porzuceniem, gdyż w jego rozumowaniu taka sytuacja miała miejsce - został oderwany od swojej rodziny, od "mamy" i umieszczony wśród obcych ludzi. Rozumiem, że między dzieckiem a RZ nawiązuje się więź, ale na litość Boską, skoro są RZ a nie adopcyjną to niechże będą nazwę to profesjonalni. Nazywają się rodziną zawodową, więc jest to ich zawód, wychowanie dzieci lub dobre przygotowanie ich do adopcji, a nie utrudnianie im życia.

Kolejna rzecz. Jeżeli matka oddaje dziecko do adopcji załóżmy po porodzie, nie wie jak ono wygląda po roku, po dwóch. Na jakiej podstawie daje jej się prawo śledzić losy dziecka, skoro sądownie zrzekła się do niego praw? Dlaczego rodzina zastępcza to umożliwia? Wiem jedno. Ja jako potencjalna mama danego dziecka, nie życzyłabym sobie, by jego wizerunek był wykorzystywany w jakikolwiek sposób i stanowił reklamę placówki, w której przebywa. Skoro mojej znajomej udało się odnaleźć dziecko w RZ mając niewiele danych, biologiczni rodzice mogą zrobić to samo. 
To nie jedyny przypadek z którym się spotkałam. Pamiętacie może jak w zeszłym roku szukałam domu dla 11-letniej dziewczynki? Otóż trafiła ona do rodzinnego domu dziecka. Wszystko fajnie, ale... No właśnie, ponieważ nie jest to temat stricte o tym, nie będę opisywać wszystkiego, ale sytuacja jest podobna. Pani publikuje zdjęcia dzieci przebywających w jej rodzinie chwaląc się nimi przed całym światem, pokazując jak wspaniałe życie dzieci mają dzięki niej. Racja, mają, w porównaniu z tym, gdzie mogły skończyć, ale czy jej rolą jest stawianie siebie na piedestale? Pani okazuje się być dość dobrą bizneswoman, wiele dla dzieci załatwia i to oczywiście się chwali, ale czyż dzieciom nie jest potrzebna przede wszystkim normalna rodzina, a nie szef, dbający o pracowników? Dodam jeszcze, że w wielu przypadkach pani przy okazji czerpie też duże korzyści dla siebie. W domu tym przebywają dzieci starsze, przez cały więc czas podkreślane jest to, że są to wychowankowie, którzy dzięki pani-mamie osiągnęli tak dużo. 

Zastanawiacie się dlaczego wiele par tak długo czeka na dziecko? Opowiem wam pewną historię. Pamiętacie Martę, bohaterkę mojego opowiadania sprzed bodaj 2 tygodni? Rodzina zastępcza, w której przebywała, to 3 dzieci biologicznych, 2 innych dzieci i ona sama. Nie jestem pewna, czy ta dwójka dzieci poszła przez te 5 lat do adopcji, ale za to byłam w szoku, gdy dowiedziałam się, że owa pani, prowadząca zawodową rodzinę zastępczą, posiadająca trójkę swoich biologicznych dzieci, adoptowała niedawno niemowlę, które u niej przebywało. We wniosku do sądu napisano, że "nawiązała się głęboka więź, której przerwanie mogłoby przynieść negatywne skutki dla rozwoju dziecka" Tak, dobrze czytacie. Ja też nie mogłam uwierzyć. A jakaż to więź, której nie można niby przerwać nawiązała się między tą panią a niemowlęciem? Może ktoś mnie oświeci... Oczywiście wierzę, że pani pokochała dziecko i tak dalej i tak dalej, ale przy tak ogromnej liczbie oczekujących osób, niemowlę nie powinno jednak trafić do kogoś, kto nie ma jeszcze dziecka? Jak się okazuje, jest to bardzo często praktykowane po to, by ominąć procedury adopcyjne i kolejki. Wystarczy zrobić kurs na rodzinę zastępczą i czekać aż trafi do nas dziecko. Przy dzisiejszych  procedurach, kiedy to czas oczekiwania wraz ze szkoleniem i całym przygotowaniem przeciąga się czasem nawet do 4 lat, jest duże prawdopodobieństwo, że dziecko trafi do pieczy zastępczej dużo szybciej. A wtedy wystarczy już pracować nad więzią, by mieć podstawię do adopcji, do której taka rodzina ma pierwszeństwo. Czytałam już o tym kiedyś na forum internetowym, na którym kobiety chwaliły się, że właśnie w ten sposób szybko i sprawnie doczekały się dziecka. Potwierdziła to również moja zaufana osoba z tego środowiska. 

Jaki interes mają rodziny zastępcze, by przyspieszyć problem zabierania rodzicom biologicznym praw do dziecka? Żaden. Skoro dzieci już są do nich przyzwyczajone, im jest łatwiej, a co za tym idzie nie muszą się aż tak starać i poświęcać. Trudno w to uwierzyć, ale niektórzy uciekają się nawet do celowego odnajdywania rodziców biologicznych i utrzymywania z nimi kontaktu, by nie było podstaw do odebrania im praw. Nowe dziecko oznacza przecież nowe problemy. To też wiem z zaufanego źródła i jest to dla mnie przerażające. Najgorsze jest to, że nad rodzinami zastępczymi, rodzinnymi domami dziecka, w zasadzie nie ma porządnej kontroli. Niby przychodzi pani z PCPRu, ale cóż z tego, skoro wizyty te są zapowiedziane i można do nich świetnie przygotować zarówno dom jak i dzieci. Pamiętajmy, że dzieci przebywające w Domu Dziecka mają często obniżone poczucie wartości, wstydzą się, boją. Dlatego nie zgłaszają nigdzie tego, co naprawdę się dzieje za zamkniętymi drzwiami w RZ. Każdy z nas co jakiś czas słyszy o takich sytuacjach w telewizji. A to, że dziecko było dręczone, a to zaniedbane, a to molestowane. Dziecko trafia z piekła do piekła. Moja znajoma na własne oczy widziała, jak dzieci w RZ spały w suterenie, na materacykach, moczyły się ze strachu, na górne części domu nie miały prawa wejść. 

Podsumowując, nie chciałabym, żebyście odebrali mojego negatywnego posta w ten sposób, że jestem przeciwna rodzinom zastępczym i że we wszystkich dzieje się źle. Nie. Jest przecież wielu cudownych ludzi, którzy poświęcają swoje życie, by porzuconym, czy osieroconym dzieciom dać dom. I chwała im za to, bo jak to się potocznie mówi odwalają kawał dobrej roboty. Ale póki coś się nie zmieni w przepisach i przede wszystkim w polskiej mentalności, kolejne kłody będą rzucane pod nogi kandydatom na rodziców adopcyjnych, a cierpieć na tym najbardziej będą dzieci. 



wtorek, 20 sierpnia 2019

Wakacyjny miszmasz.


Nie uwierzycie, ale ostatnio paradoksalnie mam mniej czasu niż wtedy kiedy pracuję. Dni mijają nam bardzo szybko, niby całkiem zwyczajnie, bo jeździmy na zakupy, bawimy się w ogródku, pluskamy w basenie, ale ciągle coś jest. I choć obiecuję sobie, że już na pewno wieczorem siądę i nadrobię wszystko, to zawsze znajduje się coś innego. 
Dwa razy odwiedziły nas koleżanki dziewczynek, więc miałam okazję zobaczyć jak to jest mieć 3 córki;) Mój małżonek natomiast, od kilkunastu dni przebywa na SPA w rowach. I nie, nie mam na myśli znanej miejscowości nad morzem Rowy, a prawdziwe rowy melioracyjne, z których jeden przebiega przez naszą działkę ;) Bywa, że znajdziecie tu prawdziwe pijawki, więc jest leczniczo a wysoka temperatura sprawia, że mamy saunę, więc SPA jak nic! Jakby coś to zapraszam serdecznie ;) Ja osobiście wolę się oddać moim różyczkom :))






A to inne kwiatki z mojego ogródka :)






Także jak sami widzicie jest co robić. I żeby nie było, nie mówię o pielęgnacji kwiatów tylko o delektowaniu się nimi ;) No jak tu nie zakochać się choćby w tym cudownym zapachu białej róży Jana Pawła. 



W międzyczasie wybraliśmy się drugi raz do Magicznych Ogrodów, pisałam o nich w zeszłym roku TU -KLIK



Wprawdzie nie jest to miejsce, gdzie skacze adrenalina, ale można spędzić fajnie czas, dzieciaki mają duże terenu i atrakcji, żeby się wyszaleć. Poprzednim razem byliśmy po sezonie, więc teraz liczyłam powiem szczerze na więcej animacji. A tu lipa. Był wprawdzie jakiś podstarzały komik, czy tam klown niech mu będzie, ale wiecie co? Niektórzy powinni w pewnym wieku naprawdę przejść na emeryturę (z całym szacunkiem do osób starszych, bo tu raczej mam na myśli nie stricte wiek, a cechy osobowości, charyzmę) Dla mnie pan był żałosny i nie miał podejścia do dzieci, ale tym oczywiście się podobał pokaz w stylu "upada mi piłeczka, którą rzucam" Najwidoczniej niektórym rodzicom również przypadł do gustu, gdyż ochoczo kręcili filmiki swoimi telefonami. Najfajniejsza była zabawa na sam koniec, taniec z Mordolami (czyli maskotkami Magicznych ogrodów) Zabawy prowadzone przez młodych animatorów w towarzystwie miłych  futrzanych stworzonek dały dzieciom dużo radości. 



Wybraliśmy się również do warszawskiego zoo, gdyż jakoś ostatnio nie było nam po drodze. Dziewczynki z zainteresowaniem oglądały zwierzątka, ale Misia nie była pocieszona - miś gdzieś się schował i nie miał zamiary wychodzić do ludzi w taką pogodę. Za to słonie dały nam "specjalny pokaz" Jeden z nich świetnie bawił się gałęzią, po czym wszedł do wody i zakosztował kąpieli na oczach zachwyconych widzów ;) Mieliśmy również okazję zobaczyć lwa w całej okazałości. Leżał na głównym miejscu swojego wybiegu, na małym wzniesieniu, a po chwili wstał i pochwalił się swoim pięknem. Potem podniosła się pani lwica i jak to stwierdziła Misia "padła", czyli położyła się na plecach, by powrócić do wypoczynku. 



Dziewczyny naciągnęły nas na przejażdżkę konikami, a dokładniej jednorożcami, takimi sztucznymi. No niech im będzie, raz nie zawsze ;)




Dziś spontanicznie odwiedzili nas znajomi znad morza, jadąc na wakacje i zatrzymali się u nas jak się okazało na noc. Nie widzieliśmy się odkąd są dzieci, więc to zupełnie inny wymiar spotkania. Oni mają dwójkę i my dwójkę. Wspominaliśmy stare czasy oglądając filmiki z naszej wycieczki pod namiotem 10 lat temu i koleżanka stwierdziła, że wtedy wydawało jej się, że źle wygląda, a teraz wszystko by dała, by być taka młoda jak wtedy hahaha. No i tak to właśnie jest z nami kobietami. Oni jadą jutro dalej, a my pomalutku też będziemy się szykować do wyjazdu. W międzyczasie muszę też przygotować dla dziewczynek rzeczy do przedszkola, bo jak wrócimy po wakacjach to muszą mieć wszystko gotowe.

I na koniec wisienka na torcie. Pewnego dnia, kiedy to zadowolona właśnie przygotowywałam obiad nucąc mój tegoroczny wakacyjny przebój, wpada przerażona Elsa ze słowami "Wybaczysz mi"?, "Ale nic się nie stało"? "To nic"? Patrzę na nią, cała buzia we krwi i mówię: "Jak to nic się nie stało! Ty nie masz jednego zęba"! Powiem wam, że zamarłam. Dziewczynki grzecznie bawiły się na dworze, jeździły na rowerku a tu nagle twoje dziecko wygląda jak Stu z filmu KacVegas! (dla niewtajemniczonych zdjęcie poglądowe poniżej, jedyna różnica to taka, że u Elsy brakuje dolnego zęba...)


Wprawdzie Elsa dla formalności zapytała, czy przyjdzie do niej wróżka-zębuszka, ale wyjaśniłam, że by tak się stało, ząbek musi wypaść sam. Ten niestety został stracony w przypadkowy sposób. Córka siedziała, czy kładła się na rowerku (tu wersje są podzielone dla mamy i taty) i upadła na kostkę przed drzwiami wejściowymi. Tak niefortunnie, że uderzyła się w buzię, czego efektem było to co było. Niestety. Także czekamy na ząbek "dorosły" i pewnie sobie jeszcze poczekamy...

Zmykam do łóżka, bo wykorzystałam moment, że wszyscy poszli spać, a ja zrobiłam sobie jeszcze herbatę i skrobnęłam wreszcie tego posta (zaczęłam go pisać 3 dni temu) Jutro trzeba wstać o w miarę normalnej porze i ogarnąć śniadanie dla wszystkich. Niedawno popadał deszcz i wszystko tak pięknie pachnie. Tak jeszcze świeżo i letnio, choć jesień już chyba idzie do nas wielkimi krokami. Widać już to po drzewach, nie wspominając o supermarketach, w których królują akcje typu "Powrót do szkoły"

Życzę wam udanego tygodnia :))









wtorek, 6 sierpnia 2019

Pójdź za mną, a powiem ci jak masz żyć.


Jakiś czas temu postanowiłam założyć konto na Instagramie. Nie prywatne, takie "światkowe". Na początku rzadko tam zaglądałam, z czasem jednak mogę powiedzieć, że "wkręciłam się" w cały ten IG świat. Dlaczego? Chyba dlatego, że znalazłam tam dużo inspiracji do podróży. Polubiłam profile związane z miejscami, które lubię, które mnie interesują, a ludzie polubili z kolei moje konto. Poznałam też kilka fajnych rodzin, dziewczyn polecających dobre książki i przepisy kulinarne oraz miłośników ogrodów. Ja ze swojej strony dzielę się naszym życiem codziennym, zdjęciami ciekawych miejsc w Polsce i innych krajach, oraz pasją, którą dopiero zaczynam, czyli mój ogródek :)

Od jakiegoś czasu zauważyłam ciekawe zjawisko. Po kolejnym wrzuconym przeze mnie zdjęciu, przybywało mi kilku do kilkunastu nowych obserwatorów. Jednakże w momencie, gdy ja polubiłam profil któregoś z nich, on przestawał lubić mnie. Zastanowiło mnie to, gdyż ja nigdy czegoś takiego nie praktykowałam. Zaczynałam kogoś obserwować, bo albo znałam go już wcześniej i lubiłam (np. inne koleżanki z bloga) albo podobały mi się jego zdjęcia, miejsca, zawartość postów. Okazało się, że większość z kont, które znikały to albo konta osób poszukujących sławy, których nie interesuje to, co wrzucam ja, albo tzw. influencerzy


Kim właściwie jest influencer?

Definicja nie jest prosta. Z angielskiego influence, czyli wpływać na coś lub na kogoś. Zwykle w ten sposób określana jest osoba znana, mająca możliwość wpływu na decyzję czy opinię innych. W praktyce jednak, wszyscy przecież posiadamy możliwość wpływania na decyzje innej osoby. Dlatego też influencerem może być każdy, pod warunkiem oczywiście, że posiada pewne umiejętności. Dzisiejsze możliwości w postaci prowadzenia bloga, vloga, konta na Youtubie, Snapchacie lub innym portalu społecznościowym, to możliwość dotarcia i wpłynięcia swoją opinią na grono co najmniej kilkuset osób, a w przypadku osób bardziej znanych ta liczba jest o wiele, wiele większa.

Influencerzy 
potrafią bardzo skutecznie wpływać na opinię innych. Umiejętnie budują wokół siebie grupę lojalnych odbiorców, z którymi łączą ich silne relacje i zainteresowania. W ten właśnie sposób czujemy się blisko związani z nimi, prawie tak, jak byśmy znali się osobiście. Zwróćcie uwagę w jaki sposób pisane są niektóre posty. Niczym chwyty reklamowe trafiają do nas hasła: "Nie dajmy się!" "Nie pozwólmy się tak traktować", "Takiemu zachowaniu mówię stanowcze nie!" I cała rzesza fanów już wie, że skoro taki bloger mówi NIE, to jest to uzasadnione. My też musimy być na NIE. I w drugą stronę. Jeśli ten sam bloger, swoim nazwiskiem podpisuje się pod jakimś produktem, czy też kampanią, to mamy poczucie, że musi to być coś dobrego. Ich pozytywna rekomendacja często warta jest więcej niż wysokobudżetowa kampania reklamowa. Porównajmy więc odbiór polecanego kosmetyku przez nieznajomą panią z reklamy telewizyjnej, a "blogowej koleżanki", która zapewnia nas, że testowała dany produkt i jest super. Widać różnicę? Takie nastały czasy. Chcemy czuć się ważni, rozumiani, chcemy by podchodzono do nas indywidualnie. To smakowity kąsek dla influencera. On wie doskonale jak nas dopieścić, byśmy czuli się dobrze i poszli polecaną ścieżką. Influencer nie tylko zatem wpływa na odbiorców, ale posiada trwałe relacje z masowymi odbiorcami, którzy bardzo silnie się z nim utożsamiają. Jeżeli do tego jest on postrzegany jako ekspert w danej dziedzinie, jego opinia stanie się naszą opinią. 

Inną kategorię influencerów tworzą również osoby publiczne - politycy, sportowcy, dziennikarze czy po prostu celebryci, ale ich strefa wpływu sięga najczęściej znacznie dalej niż na przykład zwykłego blogera. Magazyn Time, zaprezentował listę najbardziej wpływowych influencerów, na której znaleźli się między innymi prezydent Donald Trump, znany raper, aktywistka, czy książę Harry z małżonką. Jest to tak ogromna siła i moc, że wykorzystana w niewłaściwy sposób, może kogoś nawet zniszczyć.


Przykładem znanego influencera z naszego kraju może być Ewa Chodakowska, nazywana "trenerką wszystkich Polaków". Instruktorka fitness, trenerka personalna, autorka wielu książek, w których propaguje zdrowy styl życia, której facebookowy profil polubiły blisko dwa miliony ludzi. Jest autorką książek, pojawia się w programach telewizyjnych. Przez jednych uwielbiana, przez innych krytykowana, ale trzeba przyznać, że wiedziała jak się wypromować. Czy Ewa Chodakowska naprawdę jest najlepsza? Trudno stwierdzić. W Polsce mamy ogromną ilość trenerek fitness, jednak jak widać to nie wystarczy. Jak to powiadają, trzeba umieć się sprzedać.

Co więc trzeba zrobić, by zostać influencerem?


Przede wszystkim influencer musi być aktywny w mediach społecznościowych, publikować treści, by w ten sposób powoli budować swoją markę. Musi być na bieżąco z newsami z branży, chętnie dzielić się swoją opinią, wiedzą czy doświadczeniem. Aktywne uczestnictwo np. w branżowych konferencjach i spotkaniach daje fanom poczucie, że osoba ta jest godna zaufania, a co za tym idzie jej opinia jest dla ważna. Jeśli Ewa Chodakowska mówi, że tylko takie ćwiczenie pomoże pozbyć się brzucha, to na pewno tak jest, nieprawdaż? Ona wie co mówi, spójrzcie tylko jak sama wygląda. Tak to działa. 

Granfluencerzy

Jeśli wydaje wam się, że media społecznościowe przeznaczone są tylko dla młodszych pokoleń i królują w nich wyłącznie ludzie młodzi, jesteście w błędzie. Wyodrębniono bowiem nowy typ influencerów – granfluencerów. Jak określa BBC, są to stylowe babcie i dziadkowie lub po prostu osoby starsze, które stały się liderami opinii w internecie i często posługują się social mediami lepiej niż my. Pokazują oni, że możemy czuć się dobrze będąc sobą niezależnie od wieku. Ich profile są pełne kolorów, stylu oraz dystansu do siebie i świata. Uczą oni, że życie osoby powyżej po 70-tce, 80-ce, a nawet 90-tce nie musi bowiem oznaczać wyłącznie ciepłych kapci.
źródło:Instagram/baddiewinkle


No dobrze, do czego zmierzam :) Całkiem niedawno otrzymałam zapytanie, czy chciałabym wziąć udział w pewnym projekcie, jako influencer parentingowy. Influencer parentingowy?! I tak wiecie zaczęłam się zastanawiać. Z jednej strony to przecież nic złego być takim influencerem, pod warunkiem, że "sprzedajesz" rzeczy dobre, a myślę, że ja akurat złych treści nie propaguję. Gdybym więcej się udzielała, szukała reklamy, poznawała ludzi, mogłabym być bardziej popularna. A za tym idą pieniądze. No właśnie.
Przedsięwzięcie po części wiązało się z adopcją, jednak czy aby na pewno? Czy temat adopcji nie ma przypadkiem jedynie zdobyć większej liczby odbiorców, a co za tym idzie pieniędzy dla twórców? Oddziaływanie na nasze najniższe instynkty jest na to dobrym sposobem. 

Czy na adopcji da się zarobić?

Rodzice adopcyjni zawsze z oburzeniem ripostują wszelkie tego typu insynuacje. I choć faktycznie z racji tego, że jesteśmy normalną rodziną, na równi z biologiczną, nie dostajemy z tytułu adopcji żadnych dodatkowych korzyści materialnych, to uważam, że da się zarobić. I to bardzo dobrze. Za ten projekt, o którym wam wspomniałam wyżej, dostałabym pieniądze. Zobowiązałabym się już na wstępie polecić wam coś, co jeszcze nie wiem, czy będzie dobre, czy też nie. A skoro się zobowiązałam, to musiałabym tego zobowiązania dotrzymać. Im większa popularność, tym wyższa stawka dla mnie. Co zrobić, żeby zdobyć większą publikę? Wyobraźcie sobie, że teraz zaczynam wstawiać na blogu, na IG, na FB i w innych mediach, swoje zdjęcia, zdjęcia dzieci, naszej rodziny. Pisałam wam ostatnio o tym, jak zostałam okrzyknięta prawie świętą przez niektórych. Nie uważacie, że gdybym do tego co piszę dorzuciła zdjęcia i więcej się udzielała, to nie miałabym większej liczby odbiorców? Myślę, że tak. Pamiętam jak Olitoria pisała, że gdy wrzuciła swoje jedno zdjęcie do któregoś z postów, statystyki oszalały. No to wyobraźcie sobie teraz, gdybym zaczęła wrzucać zdjęcia dziewczyn, swoje (po przerobieniu może i nawet całkiem fajne ;)) czy nie zyskałabym w waszych oczach? I nie chodzi mi oczywiście o to, czy ktoś jest ładny, czy nie, ale o to, że stałabym się bardziej wiarygodna. Widząc jak ktoś wygląda, jeszcze bardziej się z nim utożsamiamy, a to daje nam większe poparcie. Treści? Proszę bardzo. Doskonale wiem, co przynosi większą popularność, co pisać, by ludzie "lajkowali", by udostępniali dalej. Do tego hasło typu "proszę udostępniajcie, niech wszyscy się dowiedzą jakie to ważne" i gotowe. Od czasu do czasu jakiś filmik na YouTube i kolejni fani przybywają. Choć czasy Big Brothera według mnie skończyły się, ludzie nadal uwielbiają żyć życiem innych. Tylko w trochę inny sposób. Popatrzcie jakie poparcie mają YouTuberzy, którzy nie rzadko publikują treści zerowej wartości. Inni pokazują przemoc, czy głupotę. Ale to się sprzedaje. 
Wróćmy jednak do naszego tematu. Nie da się zarobić na adopcji? Oczywiście, że się da. Tak jak na wszystkim. Tylko od nas zależy, w jaki sposób podejdziemy do tematu. Szczerze mówiąc ja bardzo chętnie wzięłabym udział w jakimś przedsięwzięciu, które ukaże prawdziwe oblicze adopcji, w pewien sposób ją odczaruje. Ale jeżeli mam propagować adopcję jako litość nad biednymi dziećmi, by ktoś mógł na tym zarobić, to jestem przekonana, że nie chcę być tego częścią. Nie twierdzę, że ta propozycja była właśnie tego rodzaju, ale kto wie.

Ponad rok temu, udzieliłam wywiadu na temat adopcji do znanego wszystkim miesięcznika Zdrowie. Nie otrzymałam za to żadnego wynagrodzenia. Ba! Nawet nie przyszło mi do głowy, by o to pytać. (pomijam, że pewnie i tak bym nic nie dostała ;)) Ale pomyślałam sobie, że może z tego wyjdzie coś dobrego, może ktoś, kto się waha przeczyta i zgłosi się do ośrodka. Może ktoś, kto właśnie przeżywa porażkę kolejnej, nieudanej próby zajścia w ciążę zatrzyma się na chwilę i pomyśli, że są jeszcze inne drogi do rodzicielstwa. Poza satysfakcją, że "byłam w gazecie" otrzymałam jeszcze jedno wynagrodzenie - nowego, wiernego czytelnika bloga w postaci mojej pani redaktor, która gdzieś tam mnie wylukała w tym internecie i nasza współpraca zaowocowała przyjaźnią, którą do tej pory utrzymujemy :) I to jest dla mnie fajne. Jeśli ona powie mi, że SPA, w którym ostatnio była jest super (oj zazdroszczę tego wyjazdu) to ja wiem, że tak jest. Jeśli któraś z moich poznanych tu na internecie znajomych poleci mi jakiś produkt, czy miejsce, będę wiedzieć, że mówi szczerze, a nie dlatego, że ktoś jej za to zapłacił. 
Oczywiście można powiedzieć, że influencer tak jak reklama, tylko podaje mi gotowy produkt na tacy, a ode mnie zależy, czy go wezmę, czy nie. Ale podczas gdy reklama jest skierowana do wszystkich, jest bezosobowa, tak influencer niczym nie różni się dla mnie od manipulatora, który pod maską mojego "przyjaciela", czy "znajomego" próbuje zarekomendować produkt, za który dostaje wynagrodzenie. Nie twierdzę, że ten produkt jest zły, broń Boże. Ale ja chyba bym tak nie umiała napisać, że byłam na spacerze z moim dzieckiem (adoptowanym - to ważne) i nagle zrobiło się chłodno, więc włożyłam małej sweterek firmy H&M, który ostatnio zakupiłam w bardzo dobrej cenie na wyprzedaży. Ale spieszcie się! Ta wyprzedaż trwa tylko do końca tygodnia, więc co jeszcze robicie przez komputerem? Szybciuteńko do sklepu, myk, myk ;) 

Wiele osób zarabia na blogu. I w sumie dlaczego nie. Jeśli ktoś prowadzi na przykład bloga podróżniczego, który staje się popularny i taka osoba dostaje propozycję napisania przewodnika, to dlaczego nie? Przecież w pewien sposób hobby to jego praca. Każdy z nas poświęca mnóstwo czasu na stworzenie jednego posta. Nie mówiąc o innych rzeczach. Za spotkania z kandydatami w ośrodku, na które co jakiś czas jeżdżę, nie dostaję żadnego wynagrodzenia, robię to społecznie. Pieniędzy z tego nie ma, ale za to dostaję coś wiele cenniejszego, nowe przyjaźnie, doświadczenie, satysfakcję. Gdyby ktoś zaprosił mnie jednak na płatną konferencję, czy wykład, nie mówię, że nie przyjęłabym propozycji. Ale pieniądze grają tu mniejszą rolę, nigdy nie są dla mnie priorytetem. Dlatego nie zawracam sobie głowy czytaniem wpisów, w których po dwóch zdaniach wiadomo już o co chodzi. Influencer posiada w swojej dłoni bardzo potężną i niebezpieczną broń w postaci sznurków, którymi może sterować nami niczym marionetkami. Pamiętajmy o tym. 

* Od H&M nie otrzymałam żadnych profitów. Firma została wspomniana przypadkowo;)






Źródło informacji: www.socialpress.pl / www.whitepress.pl