sobota, 26 października 2019

Adopcyjne dylematy. Pokochać obce dziecko.


Zdj.Pixabay
Zastanawialiście się kiedyś czym właściwie jest miłość do drugiego człowieka? Motylkami w brzuchu? Bijącym sercem na czyjś widok i ciepłem, które czujemy trzymając go za rękę? A może łzami w oczach, gdy widzimy jak choruje i z każdym dniem oddala się od nas? 
Każdy widzi ją i odczuwa na różne sposoby. Podobno obdarowując drugą osobę prawdziwą miłością, zawsze będziemy cierpieć, bo nasza wspólna wędrówka kiedyś musi się skończyć. Ale czy dałoby się w ogóle żyć bez miłości drugiego człowieka?

Miłością obdarzamy różnych ludzi w naszym życiu. Kochamy rodziców, dziadków, rodzeństwo, ale także bliskie nam przyjaciółki, ciocie w przedszkolu, czy partnera, męża/żonę. Spotkałam kiedyś pewną osobę, która twierdziła, że w miłość po prostu nie wierzy, że to są bajki dobre jedynie dla dzieci. Zgłębiając historię jego życia, okazało się, że nikt nigdy nie nauczył go kochać. Nie dostał od swoich rodziców nic, poza zapewnieniem jako takiego bytu materialnego. Pokryty skorupą obojętności, podświadomie szukał u ludzi akceptacji, zainteresowania i troski. Bez czułości i bliskości człowiek nie jest w stanie prawidłowo funkcjonować, ponieważ zaburzają się w nim podstawowe instynkty. 

Mówi się, że prawdziwa miłość powinna być bezinteresowna i bezwarunkowa, a kochać powinniśmy nie za coś, lecz pomimo czegoś. Każdy przecież ma jakieś wady, mniejsze lub większe. Ale to nasza otwartość na drugiego człowieka pozwala nam je akceptować i  zmieniać na lepsze to, co się da. 
Oczekując biologicznego dziecka, wielu rodziców ma wyobrażenie cudownej, mądrej dziewczynki, albo chłopca, który spełni ich marzenie o rodzicielstwie. I oczywiście nie ma w tym nic złego, póki to dziecko, które się narodzi, takie właśnie dla nich będzie. Bywa przecież, że maluch nie jest aż tak ładny jak się spodziewali i nie robi takich postępów jak rówieśnicy. Prawdziwie kochający rodzice, będą akceptować dziecko takie, jakie jest. Będą je kochać bezwarunkowo, choćby miało nos jak Pinokio i najgorsze stopnie w szkole. Ale nie zawsze tak jest. Pomimo tego, że dziecko powstało z naszej krwi i kości, niektórzy nie potrafią go kochać. Dzieci są bite, wykorzystywane psychicznie i fizycznie, poniżane i zaniedbywane. Czy natura nie powinna sprawić, że miłość przyjdzie samoistnie?

Całkiem niedawno, pojawił się w gazecie wywiad z pewną aktorką, niejaką Anną Korcz. Opowiadała w nim o swojej relacji z dziećmi męża, stwierdzając, że: 


Niestety, nie da się pokochać cudzych dzieci. Macocha nie jest mamą, ojczym nie jest tatą - to fakt. I nie znam statystyk, ile kobiet i mężczyzn kocha swoich pasierbów. Być może niewielu. No chyba że ktoś nie ma własnych, wtedy co innego. (...) 
Dzieci Pawła bardzo lubię, ale gdybym powiedziała, że je kocham, to bym skłamała. Paweł też nigdy nie pokocha moich córek. Tak się nie da – dodała.
Jakież to smutne, że niektórym osobom tak trudno wyobrazić sobie miłość do "obcego" człowieka. A może w ogóle do człowieka? 
Przecież gdy poznajemy potencjalnego partnera/partnerkę, na początku jest on dla nas obcym mężczyzną/obcą kobietą. Dopiero z czasem miłość do niego/do niej na tyle się rozwija, że postanawiamy spędzić razem całe życie. Ten obcy mężczyzna/kobieta staje się moim mężem/moją żoną. 

Dzisiejsze czasy są takie jakie są. Wiele więc mamy rodzin tzw.patchworkowych, w których mama lub tata mają nowego partnera. Ponieważ zazwyczaj dzieci zostają przy matce, niechlubna rola pokochania obcego dziecka przypada mężczyźnie. Od jego otwartości i otwartości matki dzieci zależy, czy narodzi się więź i miłość. Może ona przyjść od razu, a może minąć wiele czasu, zanim na przykład przechodząca bunt 15-latka przekona się do nowego członka rodziny. Na wszystko trzeba sobie zapracować i przede wszystkim chcieć przyjąć do swego serca nie tylko nową wybrankę/wybranka, ale również jego/jej dzieci.

Rodziny adopcyjne, rodziny zastępcze, pogotowie rodzinne. Tu wszędzie mamy do czynienia z obcymi dziećmi. I choć dla części ludzi może jest to sposób na życie (np.w RZ) to w większości oni po prostu te nieswoje dzieci kochają i próbują dać im normalny dom. W momencie sprawy o przysposobienie, obce dziecko staje się naszym dzieckiem.

Pod jednym ze starych postów na moim blogu, pojawił się niedawno pewien komentarz. Pewnie większość z was regularnie tu zaglądających go nie przeczyta, wklejam więc tę wypowiedź:


Trudno wychować własne dzieci ale własnym się wybacza. Wychowanie własnego dziecka wspiera natura. Poświęcanie się nie dla własnej krwi jest chore. 

Miłość to nie DNA. Gdyby natura była jedynym czynnikiem determinującym pojawienie się uczuć lub ich brak, nie byłoby tylu dzieci do adopcji, nie byłoby tylu patologicznych rodzin i nieszczęśliwych, niekochanych dzieci. 
Myślę, że mój anonimowy czytelnik i pani Korcz zdecydowanie pomylili te dwie rzeczy. Chore jest życie tylko dla siebie, nie obdarzanie uczuciem nikogo, bo być może nie przyniesie nam to żadnych korzyści. A wybaczać należy każdemu, bez względu na to kim jest. Bycie biologicznym rodzicem nie gwarantuje ani szczęścia, ani miłości. Natura nie da nam na to żadnego kuponu do realizacji. 

Być może dzieci nowego partnera są pani Korcz nie na rękę. Na dłuższą metę nie da się ich oszukać czy kupić ich uczuć. Na miłość i zaufanie trzeba sobie zapracować, poświęcić wiele czasu i energii, by zobaczyć efekty. A żeby nad tym pracować, trzeba tego chcieć.  Najwidoczniej ma ona z tym wielki problem, więc łatwiej powiedzieć, że obcych dzieci pokochać się po prostu nie da. A może  mówi cokolwiek, by o niej nie zapomniano? Byle powiedzieć cokolwiek? Jest to smutne, ponieważ bądź co bądź osoba publiczna, która w jakiś sposób dociera do dużej liczy osób, powinna świecić dobrym przykładem, a nie opowiadać bzdury obrażając przy tym wiele rodzin, nie tylko adopcyjnych. 

Na koniec, dając świadectwo temu, że mam rację powiem jedno. Kocham swojego męża i kocham moje dzieci. Z żadnym z nich nie łączą mnie więzy krwi. 

A wy zgadzacie się z wypowiedzią aktorki i mojego anonimowego czytelnika? Da się pokochać obce dziecko?

*Dziękuję Olitorii za podrzucenie tematu:*





20 komentarzy:

  1. Co to w ogóle za komentarz, z tzw doopy.
    A co do miłości do obcych dzieci, to chyba my, rodzice adopcyjni, rodzice zastępczy,dziadkowie naszych dzieci itd udowadniamy, że się da. I to jak;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak kochana, z doopy, lepiej nie dało się tego ująć ;) Oczywiście, że się da, a Wy tym bardziej to potwierdzacie, bo macie tak samo dużo miłości dla biologicznego jak i adopcyjnego synka. Może ta miłość jest inna, przeżywana w inny sposób (tu telefon, tu poród itd), ale pewnie emocje były tak samo silne. Ja akurat rodzeństwa nie mam, ale myślę, że w ogóle kocha się każde dziecko inaczej. Nie ma to nic wspólnego z więzami krwi, ale po prostu kocha się w inny sposób, widzę to po swoich dziewczynach. Tak samo jak kochasz mocno mamę i tatę, a jednak ta więź, te uczucia są inne.
      Ja już o tym pisałam, ale często nasza pani w oa powtarzała nam, że rodzice adopcyjnego i biologicznego dziecka byli bliżej związani z tym pierwszym. Taki paradoks.

      Usuń
  2. Wydaje mi sie, ze te obie sytuacje sa jednak zupelnie rozne. Fakt, ze obie dotycza pokochania obcego dziecka, ale tu podobienstwo sie konczy. Przy adopcji i rodzic i dzieci zazwyczaj sa na te milosc gotowe i chetnie otwieraja sie na druga osobe. Mama i tata marza o dzieciatku do kochania, a dziecko (oczywiscie starsze, ktore juz cos rozumie) czeka na dzien, kiedy bedzie mialo wlasnych rodzicow. Obie strony wychodza sobie naprzod, a to ulatwia przynajmniej poczatek relacji. ;)
    W przypadku dzieci partnera/ partnerki, taka relacja jest mocno utrudniona. Te dzieci oprocz macochy lub ojczyma, maja tez rodzona matke/ojca. Czesto byly swiadkami pogarszania sie zwiazku rodzicow oraz przykrego rozwodu. Moga obwiniach nowych partnerow rodzicow o ich rozstanie. Czesto matka wyraza sie niechlubnie o ojcu i jej nowej "pani" i vice wersa, albo co gorsza zwalaja wine za rozstanie na bylego/ byla. W rezultacie dzieciaki odnosza sie do nich wrogo, a partnerzy rodzicow uwazaja je za rozwydrzone bachory. ;) Tutaj, zeby nawiazala sie blizsza wiez, oboje rodzice musza utrzymywac poprawne stosunki, jak rozniez okazywac szacunek i zrozumienie nowym partnerom swoich "ex". Niestety, wielu wydawaloby sie doroslym ludzim, brakuje takiej delikatnosci i zrozumienia, pielegnuja w sobie zlosc i zal, glosno o tym mowia, a to z kolei przenosi sie na dzieci. Potrzeba duuuzo czasu i wrazliwosci, zeby nowy partner rodzica pomalu zdobyl zaufanie i sympatie dzieci partnera. Ze strony nowego partnera z kolei, dzieci stanowia ciagle drazniace przypomnienie, ze maz/ zona byli juz wczesniej w zwiazku, ze ktos inny byl dla niej(go) wazny, ze obecna rodzina jest juz kolejna, a do tego, skoro sa dzieciaki, to znaczy, ze byla(y) partnera zawsze bedzie w zyciu nowej rodziny obecna(y)... Patowa sytuacja. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się Agatko. Nie napisałam, że są to sytuacje takie same, raczej chodziło mi o podanie przykładów, gdzie trzeba pokochać "obcego" człowieka. Wszystko jest fajnie, gdy poznajemy partnera w wieku lat nastu, potem ta miłość prowadzi nas przed ołtarz, mamy dzieci i tak sobie lepiej lub gorzej funkcjonujemy. Myślę, że w tej wypowiedzi pani Korcz zabrakło mi takiej nuty indywidualnego przypadku. Gdyby wypowiedziała się, że ONA nie jest w stanie pokochać dzieci swojego partnera to w porządku. Ja to rozumiem, bo przecież faktycznie nie zawsze da się zbudować prawidłowe relacje na gruzach. Tym bardziej jeśli dziecko np. obwinia matkę o zdradę ojca i nagle w ich życie z butami wchodzi nowy facet. Uważam jednak, że generalizowanie, że SIĘ NIE DA, jest krzywdzące, nie tylko dla rodzin adopcyjnych. Znam wiele małżeństw patchworkowych, gdzie się dało, tylko faktycznie potrzeba tak jak piszesz ogromnej dojrzałości rodziców, by nie posługiwać się dzieckiem przeciwko byłemu partnerowi. Dla dziecka i tak wali się cały świat, a jak do tego jeszcze dochodzą podkręcający sprawę dorośli, to nie dziwię się, że akceptacja nowego partnera nie wchodzi w grę. I czasem faktycznie się nie da nic ugrać. Warto jednak według mnie próbować, a od otwartości i gotowości serca obu stron zależy, na ile to się uda.
      Temat podrzuciła mi Olitoria, która nie jest mamą adopcyjną.
      Co do samej adopcji to niestety tylko mit, że decydując się na nią ludzie są na tę miłość gotowi i na nią się otwierają. Może jeśli jest to zdrowe niemowlę tak, ale wielu nie zdaje sobie sprawy z tego, z jakim bagażem przychodzą do nas dzieci i że nie będzie to wszystko tak kolorowe jak myśleli. Dziecko biologiczne przychodzi z czystą kartą, adopcyjne już nie.

      Usuń
  3. Niestety w prawie wszystkich wątkach pomija się tzw. biochemię organizmu. Czy nam się to podoba, czy nie, miłość, przywiązanie, itp. są związane ze specyficznym stanem emocjonalnym (np. oczekiwanie na poród czy adopcję), który w połączeniu z odpowiednimi hormonami "powoduje" powstanie uczucia. U rodziców biologicznych ten koktajl hormonów jest i takim rodzicom łatwiej jest nawiązać więź z dzieckiem adoptowanym. U rodziców, którzy nie mogą mieć dzieci nie ma tego koktajlu hormonów, lub jest on znacznie słabszy. Jeśli jest za słaby to uczucie z czasem zanika i to się dzieje najczęściej w przypadku nieudanych adopcji. Dramatem jest to, że starsze dzieci adoptowane często nie potrafią "oddawać" uczucia (zaburzenia więzi) a niestety nie zawsze da się kochać, jeśli druga strona "nie oddaje" miłości. Do tego dochodzą wszelkie inne zaburzenia adoptowanych dzieci, które ranią rodziców. Powoduje to, że po latach ta miłość do dziecka po prostu wygasa... :( … i zaczyna się dramat (tzn. jeszcze większy, niż był). Dziecko roszczeniowe, pretensjonalne, skrajnie nieodpowiedzialne, pełne buntu i złości i rodzice, którzy chcą dla niego jak najlepiej, ale nie dają rady się przez to wszystko przebić. Wiecznie obwiniani o wszystko zarówno przez dziecko (matka w szczególności) jak i przez otoczenie np. środowisko szkolne, psychologów. Przecież takiemu dziecku trzeba dawać miłość, pomimo tego, że bije nas i kopie... - tak mówią. Tylko ile są w stanie wytrzymać ludzie, przy zalewie tak wielu negatywnych czynników?
    Tylko takie dzieci nie ich kopią tylko rodziców a dramat odbywa się najczęściej w domu.
    Jak tu kochać takie dziecko, które z jednej strony mówi, że bardzo mu zależy na rodzicach a z drugiej strony nie potrafi oddać miłości, której ci nieszczęśni rodzice tak potrzebują. Choć odrobinkę... :(
    Dlatego nie dziwię się, że rośnie liczba nieudanych adopcji. Wynika to też z większej świadomości rodziców, którzy (w przypadku starszych dzieci) decydują się na rozwiązanie adopcji. Dlaczego niby mają utrzymywać darmozjada, który nic w domu nie robi, o wszystko ma pretensje, który okrada rodziców, robi co chce bez zważania na konsekwencje? A niestety dzieci adopcyjne pomimo najszczerszych chęci i ogromu włożonego uczucia takie właśnie bywają...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biochemia organizmu może ma zastosowanie w przypadku, kiedy dziecko jest oczekiwane z radością. Gdyby było tak jak piszesz, że każda matka ma ten pozytywny koktajl hormonów, nie słyszelibyśmy o zabijaniu noworodków, nienawiści do dziecka już w okresie prenatalnym, patologii w rodzinach. DNA nie gwarantuje również powodzenia w wychowaniu. Fakt, ludzie poświęcają się dla dziecka, które wychowują, na tym polega rodzicielstwo, nikt nie mówił, że jest łatwo. Czy myślisz, że wszystkie biologiczne rodziny są szczęśliwe? Że nie ma tam dramatów? Że zawsze sobie radzą? Popatrz tylko na przypadki, w których nie tylko rodzice katują dziecko, ale odwrotnie. Tam, gdzie dziecko katuje rodzica, nie odzywa się latami, a czasem nawet i morduje. Gdy popatrzę dookoła siebie to mogę mnożyć przykłady, gdzie są to biologiczne dzieci, a miłości i więzi brak. I przenoszą to dalej. Bo gdzieś ta natura zawiodła. Bo nie wystarczy dziecko urodzić, by mieć zagwarantowane to, że nasz trud zostanie doceniony.
      Jeśli chodzi o nieudane adopcje to jest to zupełnie inny temat. Pytanie można postawić nie takie, czy da się pokochać "obce" dziecko, bo na pewno się da, tylko czy da się pokochać TO dziecko. Zgadzam się z tym, że czasem po prostu adopcja nie wyjdzie. To tak, jak byśmy na siłę chcieli ułożyć sobie szczęśliwe życie z alkoholikiem, wierząc, że nasza miłość go zmieni. Muszę w takim razie wrócić do tematu, bo od czasu tamtego posta też wiem więcej, więcej rozumiem.
      Jak to powtarzała nasza pani z oa, przy adopcji starszego dziecka niestety muszą chcieć obie strony. My możemy stanąć na głowie, a może być tak jak piszesz, dziecko ma pretensje, okrada rodziców, nic nie robi itd. Tak też może się zdarzyć w rodzinie biologicznej. Ale z drugiej strony, po sprawie o przysposobienie, przyjmujemy do siebie dziecko tak samo, jakby nam się urodziło. A jeżeli chcemy porównać poświęcanie dla "swojego" i "nie swojego" dziecka to jaka to różnica? Biologiczny syn też może nas kopnąć w tyłek, ukraść pieniądze i tyle go będziemy widzieć. Poświęcamy się dla człowieka,kochamy bezwarunkowo, wierząc, że nadejdzie taki dzień, w którym otworzy oczy i zobaczy to, na co był ślepy tyle lat. Czasem lepiej nie walczyć, tylko odpuścić. I wspierać. Zawsze. Bezwzględnie. Bo przecież gdzieś tam w środku, to tylko mały zraniony człowiek, który najwyraźniej z czymś sobie nie radzi...

      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    2. Szukanie biochemii w adopcji, to jak sprzedawanie piasku na pustyni. Decyzja o adopcji dziecka to decyzja o miłości bezinteresownej i możliwe, że bardzo trudnej, ale dalej bezinteresownej.
      Z Twojego komentarza Anonimowy bije wołanie o pomoc, bo wątpię, że celem było zniechęcenie innych potencjalnych rodziców adopcyjnych. Jeśli po drodze stają kłopoty związane z bardzo trudną przeszłością dziecka, to tym bardziej potrzebna jest miłość i korzystanie z fachowego wsparcia, by dziecku pomóc.

      Usuń
    3. Nie, poświęcanie się dla obcych dzieci nie jest chore. Na co dzień robią to wychowawcy, nauczyciele, pracownicy socjalni, czasem sąsiedzi - ludzie, którym często zależy na krzywdzonych dzieciach bardziej niż ich biologicznym rodzicom. To taka uwaga na marginesie, poza tematem adopcji.
      Co do mieszkania z "obcym" dzieckiem pod jednym dachem - nie wiem, nie mam takich doświadczeń. Moja córka - a właściwie nasza, bo jestem pewna, że P. podpisałby się pod tym komentarzem - jest nasza i tyle. Ani przez sekundę nie pomyślałam o niej jako o "nie swoim" dziecku. I przepraszam, ale nie życzę sobie, żeby ktokolwiek nazywał mnie gorszą matką tylko z powodu tego, że nie przekazałam dziecku swojego DNA. Codziennie przekazuję za to milion innych, cenniejszych rzeczy.

      Usuń
    4. Lidio, zgadzam się z Tobą w 100%. To, że ktoś ma problemy w rodzinie adopcyjnej, nie znaczy, że dziecka nie da się pokochać. Nie uogólniajmy. Jeżeli sytuacja jest poważna, trzeba poszukać pomocy fachowej, lub choć napisać tu do nas, bezpośrednio o co chodzi. Być może będziemy umieli jakoś pomóc, albo wskazać ewentualne możliwości. Nikt nikogo nie ocenia. Może panuje mit, że rodzic zawsze musi dać radę. Nie musi. Nie jest zaprogramowanym robotem. Tak jak napisałam, łatwo kochać dziecko, które jest mądre i grzeczne. To nie jest tak, że biologiczni rodzice zawsze znajdą w sobie tę miłość tylko dlatego, że syn/córka powstał z ich krwi i kości. Tyle jest historii w których biologiczne dzieci są niekochane i pozostawione same sobie. Ważne, żeby chcieć kochać tego drugiego człowieka nawet wtedy, gdy zbłądził, nawet wtedy, gdy poszedł złą drogą zostawiając nas gdzieś z tyłu.

      Usuń
    5. Lady Makbet, otóż to. Nie trzeba adoptować dziecka, by na co dzień poświęcać się dla drugiego człowieka. Lekarze, nauczyciele, albo tak jak piszesz, czasem zwykli ludzie tacy jak sąsiedzi, koleżanka.
      Fakt, takie rzeczy jak FAS czy RAD to nie nasz wybór, dziecko dostało je w spadku po rodzicach biologicznych. Dlatego decydując się na dziecko z takim obciążeniem, musimy się nastawić na pewne poświęcenie i pracę z tym dzieckiem, terapię, która pomoże mu (i nam) uporać się z pewnymi deficytami. Niedobrze się dzieje, jeśli OA ukryje ten fakt, bo przyszli rodzice mogą nie do końca zdawać sobie sprawę z tego, co jest następstwem tych obciążeń. Ale czy jeśli świadomie się na to zdecydujemy i kochamy dziecko od początku to czy ma to znaczenie, że nie jest nasze biologiczne? Czy gdyby było, łatwiej zmierzyć się z chorobą? Myślę, że nie, że to tak nie działa.
      W wielu przypadkach również, rodzice popełniają mnóstwo błędów wychowawczych, które zaczyna być widać, gdy dziecko dorasta, a wtedy jest już czasem za późno, by niektóre z nich naprawić...

      Usuń
  4. Ja przepraszam...czyli że względu na to że czyjś wewnętrzny hormonalny bar nie działa, mamy porzucić wszelkie próby i w ogóle zarzucić procedury adopcyjne ? Niech sobie dzieci siedzą w ośrodkach, a samotni ludzie u siebie w domach bo to nie ma sensu ? Proszę o jakieś wyjaśnienie, jaka tu alternatywa jest, bo nie rozumiem. Pozdrawiam, Aniutek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodzi mi o powody nieudanych adopcji i nie napisałem, że mamy porzucić wszelkie próby i procedury adopcyjne.
      Alternatywa? Szczerze, nie wiem.
      Za to dramaty są cholernie realne... :(

      Usuń
    2. Zdecydowanie nie szukałabym powodów nieudanych adopcji w "biochemii organizmu". Chyba że mówimy o rodzicach, którzy adoptują noworodka i po kilku miesiącach stwierdzają, że jednak go nie chcą - ale umówmy się, to raczej mało prawdopodobny przypadek. Jeśli już, to "winić można" (celowo w cudzysłowie, bo trudno nazwać to winą) naiwność przyszłych rodziców ado, którzy tak bardzo pragną dziecka, że wydaje im się, iż miłością wyleczą wszystko włącznie z FAS i RAD. Może być to też zatajanie pełnych informacji o dziecku przez OA (znam jeden taki przypadek), przez co RA nie wiedzą do końca, na co się decydują. Wreszcie - brak wsparcia poadopcyjnego, brak specjalistów z odpowiednią wiedzą i doświadczeniem...

      Usuń
    3. @Anonimowy
      Tak, dramaty są realne, ale nie tylko tam, gdzie jest nieudana adopcja. Wiele z nich rozgrywa się również w tzw "dobrych domach" Może nie widać ich na zewnątrz, ale są.
      Powodów nieudanych adopcji jest wiele, od niewłaściwej motywacji (choćby przykład dziewczynki dla której szukałam domu, po nieudanej adopcji ze względu na to, że bezpłodny mężczyzna chciał "dać dziecko żonie", a ona dziewczynki nie potrafiła pokochać) poprzez obciążenia dziecka chorobami typu FAS (niezdiagnozowane, nieleczone, brak pomocy), ukrywanie pewnych faktów przez ośrodek, aż do wielokrotnie popełnianych błędów w wychowaniu. Nie każdemu rodzicielstwo wychodzi tak, jak sobie to zakładał i nie każdemu przychodzi łatwo. Zależy od dziecka, o nas, o warunków, od możliwości i pewnej wrodzonej intuicji itd. Ja osobiście nie skupiałabym się tak bardzo na tym dlaczego nie wyszło, tylko poszukała pomocy co zrobić, by było lepiej. Potem przeanalizować gdzie tkwił błąd, być może da się go naprawić. Jeśli tak jest, to trzymam mocno kciuki! Na pewno coś jeszcze da się zrobić.

      Usuń
  5. Brzmisz trochę jakbyś pisał o jakimś doświadczeniu znanym z autopsji?
    Rozumiem, że nieudane adopcje się zdarzają (niestety) - Izzy porusza temat na blogu. Nie ma co tego zamiatać pod dywan, sprawa trudna i wiele czynników na taki dramat się składa. Ale czy w rodzinach biologicznych takie rzeczy się nie zdarzają? Że dzieciaki nie uciekają z domu, nie wpadają w nałogi? Jeżeli byłoby tak jak piszesz, że działają hormony i jest magia, w moim rozumieniu dzieci w ogóle wtedy nie trafiałyby do adopcji - bo natura od razu nakierowywałaby nas na miłość. A tutaj niestety, nieudane rodzicielstwo też się przydarza, i to wcale nie tak rzadko. Trudny jest ten świat, ale trzeba walczyć, próbować! A dramaty są cholernie realne w tym życiu, nie zawsze mają coś wspólnego z biologią i naturą, tak jak chwile szczęścia.

    Pozdrawiam
    Aniutek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniutek, dopiero doczytałam Twój komentarz, a w zasadzie powyżej napisałam coś podobnego. Bo tak jak piszesz, w rodzinach biologicznych zdarzają się takie dramaty, że długo by pisać. I tam nie ma wytłumaczenia, że ciężki bagaż miało dziecko w momencie przyjścia do nas. Gdzieś coś zawiodło. Rodzice. Dzieci. Świat. Społeczeństwo. Na pewno samemu trudno, cholernie trudno sobie z tym poradzić. My możemy teoretyzować, ewentualnie opierać się na jakichś przykładach, ale najlepiej w przypadku nieudanych adopcji udać się po pomoc do specjalisty. O nieudanych adopcjach się nie mówi. Tak samo jak nie mówi się o nieudolnych rodzicach. Dziś najlepiej zrobić sobie piękne selfie z rodziną, a dramat zostawić za drzwiami. To nie jest w modzie. A frustracja narasta i nie wiadomo gdzie szukać pomocy. W takim razie będę musiała poświęcić temu cały temat, skoro jest potrzeba. Tak jak pisałam, tu bardziej chodziło o tę wypowiedź aktorki. Bo to, że ona nie umie pokochać, nie znaczy, że w ogóle się nie da, prawda?

      Usuń
  6. Polecam się na przyszłość i dziękuję za podjęcie tematu. Oczywiście nie zwiodłam się - świetnie to napisałaś. Nie ma nic więcej do dodania. Dobre porównanie z miłością do partnera, który pojawia się w naszym życiu jako obcy człowiek. Temat wydał mi się ważny, bo Tomek nie jest biologicznym ojcem dla moich starszych dziewczyn, i też były wówczas nastolatkami, a nie rozkosznymi bobasami, które można przekupić zabawką. A jednak widzę miłość z jego strony, miłość z wzajemnością, po prostu widzę to każdego dnia. Dlatego to właśnie Tomek zwrócił mi uwagę na słowa tej pani aktorki, poczuł się nimi dotknięty. Ja z kolei byłam ciekawa, czy można przyrównać to do adopcji na przykład.
    Jeszcze raz dziękuję, super ujęcie problemu.
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, temat bardzo ważny. Gdyby nie Ty, gdzieś by mi umknął, dziękuję Tobie i Tomkowi :* Wy jesteście właśnie przykładem, że się da. Czy było łatwo? Na pewno nie, bo tak jak piszesz, nastolatek nie przekupisz zabawką, tu trzeba czegoś więcej, by zbudować więź i zaufanie. Czasem fakt, nie da się zbudować poprawnych relacji na ruinach poprzedniego związku matki czy ojca, ale można się postarać, aby były najlepsze jak mogą.
      Buziaki!

      Usuń
  7. Mam wrażenie, że osoby mówiące podobne słowa jak pani Aktorka, czy powyżej komentujący Anonimowy mają mylne wyobrażenie miłości. Jeśli ma się określone oczekiwania w zamian za miłość, albo ustalone kryteria kiedy miłość jest chora czy nie, to nie jest miłość. Miłość wymaga poświęcenia, oddania (się) i bezinteresowności. Jeśli ktoś oczekuje, że dziecko "odda miłość" to nazwałabym to transakcją wiązaną i tyle.

    Tak jak napisałaś: z mężem nie łączą mnie więzy krwi (właściwie to nic mnie nie łączy :) a kocham go najbardziej. Ty masz 2 córki, które kochasz nad życie, choć związek DNA żaden.
    Na koniec dodam jeszcze przykład, który często przewija mi się w mojej pracy z osobami starszymi. Czasem schodzimy na prywatne tematy i pada hasło, "bo wie pani, ja żyję o wiele lepiej z moją synową jak z córką, to dla mnie takie przykre, ale obca kobieta bardziej mnie kocha i wspiera, jak własne dziecko". To tak a'propos koktajli i innych smoothie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, sama mam przykład u siebie w domu, gdzie mój mąż dużo więcej ma wspólnego z teściem niż z własnym ojcem. Wspominałam też kiedyś, że opowiadała mi pani z OA, że często gdy w rodzinie jest dziecko i biologiczne i adopcyjne, to właśnie to drugie ma silniejszą więź z rodzicami, często pomaga i jest przy nich w dorosłym życiu. Na to składa się wiele czynników. Ja pracując z ludźmi wychwytuję wiele błędów rodziców, które potem mają nieodwracalny skutek. Oni nie robią tego złośliwie, raczej dla dobra dziecka, tylko czasem to co mają na myśli, nie koniecznie ma odzwierciedlenie w rzeczywistości.
      Lidio zgadzam się, że w pewnym sensie miłość jest zawsze związana z oddaniem i poświęceniem. Nie mówimy tu o niewolnictwie i zrezygnowaniu z siebie, ale choćby z czasu, który kiedyś był tylko mój, rutyny, w którą nagle musimy gdzieś dołożyć obowiązki domowe wobec dzieci, męża. Samemu jest źle, smutno. Ale z drugiej strony nie ma odpowiedzialności, nie ma poświęcenia, oddania, mogę robić to, na co ja sobie daję przyzwolenie. Można pochwalać, można potępiać, każdy ma jakiś pomysł na siebie i na swoje życie. Myślę, że miłość, poświęcenie dla drugiego człowieka to w dużej mierze przede wszystkim wybór.
      Wczoraj pojawił się kolejny post na blogu, z którego wspomnę tu jedno zdanie. Wydaje mi się, że ważne. Łatwo jest nam oceniać innych, łatwo jest kochać dziecko, gdy jest mądre, inteligentne, dobrze radzi sobie w życiu. Ale już trudniejsza jest miłość do dziecka, które się buntuje, krzyczy, kopie, wyzywa, ma zaburzenia, wpada w nałogi, ma problem z policją. Właśnie w takich momentach poznaje się prawdziwe uczucie. Tak samo jak w małżeństwie, przyjaźni, partnerstwie. Gdy wszystko idzie jak po maśle, łatwo być z takim człowiekiem, ale już wtedy, gdy staje się stary i zgorzkniały to niekoniecznie. A tu tkwi sens tego wszystkiego.

      Usuń