czwartek, 25 maja 2017

Mamusiowy świat

Kochaj róże, kochaj bratki a najbardziej serce matki
Kiedy chodziłam do szkoły podstawowej, większość dzieci była w posiadaniu tzw. pamiętników. Dawało się je kolegom/koleżankom ze szkoły, z podwórka, aby coś wpisali na pamiątkę, czasem coś narysowali. Zdarzało się też, że ktoś wszedł w posiadanie naklejek i wtedy z dumą mógł umieścić je obok swojego wierszyka. Wpis o różach i sercu matki pamiętam bardzo dobrze, był on chyba najczęściej umieszczany na kartkach pamiętnika. Być może za sprawą tego, że był krótki i łatwo było go zapamiętać, a być może dlatego, że to jedno zdanie w dziecięcy sposób wyrażało tak wiele.

Pamiętam też i taki wpis:

Żyć to nie znaczy iść przez róże
sięgać po laury, zbierać oklaski
żyć to znaczy przetrwać wszystkie burze
i dotrzeć tam gdzie świecą ideałów blaski

Jest to wiersz A.Asnyka, który moja mama zawsze wpisywała mi we wszystkie pamiętniki, jakie miałam, kartki urodzinowe, dedykacje. Jako dziecko nie rozumiałam w zasadzie o co w tym wszystkim chodzi, niejednokrotnie denerwowałam się, że znów napisała mi to samo, przecież mogła wymyślić coś lepszego. Ona jednak uparcie pisała ten cytat.

Dziś wiem, że moje życie tak właśnie się potoczyło. Chodziłam wprawdzie przez róże, ale miały tyle kolców, że poraniły mnie boleśnie. Przeżyłam tak wiele burz, że z panem Piorunem staliśmy się już chyba dobrymi przyjaciółmi. Wierząc głęboko, że kiedyś musi zaświecić słońce, wdrapywałam się na kolejne szczyty gór, by dotrzeć tu, gdzie jestem teraz, tu gdzie świecą ideałów blaski.

Być może to przypadek, że wiersz ten w zasadzie towarzyszył mi przez całe życie, ale dziękuję mojej mamie, że nauczyła mnie co w życiu jest najważniejsze. Bo to dzięki niej, mogę być kim chcę, widzieć to, czego inni już nie dostrzegają, doświadczać emocji, o których już zapomniano.

Kiedy miałam 3 miesiące, moja mama wpadła na fantastyczny pomysł. Zaczęła pisać mi pamiętnik. Dzięki temu tak bliskie potem były mi chwile, których nie pamiętałam. Pierwszy ząbek, pierwsze słowa i pierwszy dzień w przedszkolu, ważne wydarzenia w rodzinie, ludzie, których już nie ma wokół mnie. Postanowiłam już dawno temu, że dla swojego dziecka zrobię to samo. Słowa dotrzymałam. Od pierwszej chwili, kiedy zadzwonił do nas telefon, po dzień dzisiejszy (nie ukrywam, że z małymi opóźnieniami, ze względu na bloga ;) ) piszę choć parę najważniejszych zdań z życia dziewczynek.
Lubię technologię, na pewno jest sporą częścią naszego życia, choćby ze względu na pracę zawodową, ale nic nie zastąpi kartek pachnących przeszłością i odręcznego pisma, dla mnie tak osobistego.

Moi rodzice czekali na dziecko 9 lat. W tamtych czasach nie było ani klinik leczenia niepłodności ani wspomagania rozrodu. Próbowano leczyć możliwie dostępnymi środkami. Po tylu latach, kiedy to rodzice zaczęli tracić nadzieję na potomstwo, urodziłam się ja.
Nie doczekałam się niestety rodzeństwa i całe życie nad tym ubolewam. Już jako dziecko prosiłam rodziców o braciszka czy siostrzyczkę, nieustannie przyglądając się mamusinemu brzuszkowi, czy może nosi dla nas dzidziusia (nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego jak niby miał się tam znaleźć, ale wiedziałam, że tam właśnie dzidziuś przebywa, przed pojawieniem się na świecie)
Mój ból był tym większy, kiedy to dowiedziałam się, że mama mojej sąsiadki, która już miała czwórkę rodzeństwa, jest w ciąży. A moja nie.
Nie pamiętam już skąd wziął się ten pomysł w mojej dziecięcej głowie, ale kiedy miałam ok 6-7 lat, zaproponowałam mojej mamie, że może przygarniemy jakiegoś dzidziusia, którego nikt nie chce. Pamiętam, jak siedziałyśmy wtedy na ławeczce przed blokiem, a moja mama tłumaczyła mi, że to nie jest wszystko takie proste jak mi się wydaje. Moją prośbę potraktowała jednak poważnie. Zabrała mnie wtedy na rozmowę z naszą sąsiadką, która pracowała w szpitalu na oddziale położniczym, by ze mną porozmawiała. Nie pamiętam  o czym była ta rozmowa, dlaczego akurat z nią, ale wiem, że potem porzuciłam już wszelkie nadzieje na posiadanie rodzeństwa. Swoją miłość przelałam na dziecko sąsiadki, które właśnie miało się urodzić.
Nie wiem co moja mama miała na myśli mówiąc, że to wszystko nie jest takie proste. Być może całą procedurę? A może sam fakt adopcji dziecka? Na pewno były to inne czasy. Dziś mimo wszystko łatwiej żyje się dzieciom adopcyjnym i ich rodzicom. Ja ze swojej strony żałuję, że nie zdecydowali się na adopcję (biologicznego dziecka już nie mogli mieć) Nie byłoby mi tak smutno, kiedy ich kiedyś zabraknie.

Nie wierzyłam, kiedy moja mama powtarzała, że mogę mieć tysiące koleżanek, ale to Ona zawsze będzie ze mną na dobre i na złe.

Wkurzałam się na nią, gdy próbowała mnie czegoś nauczyć, bo wolałam to robić po swojemu. Dziś widzę, że wiele rzeczy robię dokładnie tak jak ona to robi.

Wydawało mi się, że przesadza, gdy wracałam późno do domu a ona nadal czekała w kuchni, często wściekła, że nie zadzwoniłam. Dziś wiem, że robiła to z troski.

Zbyłam ją uśmiechem, myśląc, że to nic takiego, gdy wróciła kiedyś ze szkolenia, mówiąc, że na treningu, który mieli obiecała, że cokolwiek by się nie działo, to zawsze będzie mieć dla mnie czas.

Ale wiedziałam doskonale, że zawsze mogę na nią liczyć, bo cokolwiek by się nie stało, to rzuci wszystko i zawsze mi pomoże.

Czas. Tyle i aż tyle dała mi moja mama. Nigdy nic nie było dla niej ważniejsze. Ani praca, ani pieniądze, ani koleżanki. Poświęciła całe swoje życie, by nauczyć mnie wszystkiego, co powinnam wiedzieć. Nie zawsze się zgadzamy. Ba. Czasem sypią się iskry. Ale wiem, że obie staramy się być jak najlepszą matką i córką. Mam nadzieję, że też będą tak dobrą mamą dla swoich dzieci, jaką ja miałam. 

Wszystkiego dobrego z okazji Dnia Matki dla wszystkich mamuś - tych doczekanych i tych, które jeszcze nie poznały swoich dzieci, ale już kochają <3

piątek, 19 maja 2017

Ruszamy! Czyli o tym jak przygotować dziecko do podróży.

Podróże z dzieckiem mogą być wspaniałą przygodą, oczywiście pod warunkiem, że wyprawa im się spodoba i będą się dobrze bawić :) Poniżej lista rzeczy, które robimy, by pozytywnie nastawić dziecko do wyjazdu. Mam nadzieję, że się przyda :)

1. Na długi czas przed wyjazdem zaczynamy opowiadać dziewczynkom gdzie jedziemy, co będziemy robić. Wybieramy oczywiście same wspaniałe chwile takie jak np. kąpiele się w morzu (uwielbiają), jedzenie lodów (uwielbiają jeszcze bardziej), zabawy w piasku, na placu zabaw. Cały czas podkreślamy jak będzie super i że niedługo już wyjeżdżamy ( nie do końca mają jeszcze poczucie czasu, więc np. pokazujemy na kalendarzu dzień dzisiejszy i dzień wyjazdu. Dzięki temu, wiedzą, czy termin się zbliża, czy jeszcze nie)

2. Oglądamy zdjęcia/filmy z poprzednich wyjazdów lub np. zdjęcia w internecie. Pokazujemy fajne zakątki, oczywiście podkreślając ich atrakcyjność.

3. Kupujemy kilka nowych drobiazgów na drogę, które mogą ucieszyć dziewczynki np. nową malowankę, książeczkę, soczek na drogę, czy jakieś ciasteczko (najlepiej coś, czego nie jedzą na co dzień)

4. Staramy się zaangażować dzieci w przygotowania, choćby w pomoc w zaniesieniu czegoś tatusiowi, który pakuje akurat walizkę, albo w wyborze sukieneczki.

5. Razem wybieramy ulubione książeczki na drogę i zabawki ( tych akurat nie bierzemy dużo, tylko staramy się znaleźć coś na miejscu np. kamienie, muszelki) Szykujemy natomiast ulubioną maskotkę przytulankę - zawsze się przydaje.

6. Przede wszystkim sami szczerze cieszymy się z wyjazdu. Nie panikujemy, na spokojnie wszystko szykujemy.  Dzieci widząc naszą uśmiechniętą buzię, wiedzą, że czeka je coś dobrego :)

Te metody działają, przynajmniej u nas. Młodsza jest być może za mała, by wszystko zrozumieć, ale doskonale wyczuwa atmosferę i to co się dzieje. Starsza od jakiegoś czasu codziennie sama opowiada jak to super będzie nad morzem i co najważniejsze będziemy jeść duuuużo lodów ( mówi, że w domu to nie można dużo, bo boli brzuszek, ale na wakacjach już tak ;) ) W żłobku rówież pochwaliła się, że ma nowy kostium i jedzie nad morze.
Czasem przypominam sobie naszą pierwsza "podróż" z ośrodka do domu. Było ciężko, dziecko wcale nie chciało spać, kilka razy musieliśmy się zatrzymywać, choć mieliśmy do przejechania tylko 2 godziny. Mam nadzieję, że to już za nami. Teraz dzieci są na tyle duże, że można z nimi normalnie porozmawiać i przygotować je na dwutygodniowy pobyt poza domem.






środa, 17 maja 2017

Ku pokrzepieniu oczekujących serc

Jak to jest, powiedzcie mi. Kiedy doświadczamy czegoś wspaniałego, czas biegnie jak oszalały, wskazówki pędzą niczym konie w galopie. Przeciwnie, jeśli na coś bardzo czekamy, czas tak się dłuży, że prawie się nie przesuwają. Najgorsze w staraniach o dziecko, czy to naturalnie, czy przy adopcji było dla nas właśnie czekanie. Jest  takie angielskie powiedzenie, że kiedy patrzymy na garnek, woda nigdy się nie zagotuje, czyli krótko mówiąc tym co czekają czas się dłuży. I coś w tym jest. Patrząc na kalendarz, ciągle dzwoniąc do ośrodka, patrząc jak przemija kolejna pora roku, frustracja narasta.

Na początku podchodziliśmy do pewnych rzeczy spokojnie, wymyślając niezliczone tłumaczenia dlaczego tak się dzieje a nie inaczej. Dodawaliśmy sobie otuchy mówiąc, że na nas tez przyjdzie czas, że i my się doczekamy. Ale lata mijały i nic się nie działo. Jak oszukać serce. Jak uwierzyć innym, że wszystko się ułoży, skoro sami powoli przestajemy w to wierzyć. A potem czekając na adopcję, jak przyspieszyć czas, jak pchnąć wskazówki do przodu, żeby to już był ten dzień. Nie da się. W życiu pewnych rzeczy się nie przeskoczyć. Dziś to wiem. Musiałam czekać te ileś lat, by cieszyć się tym co mam teraz. Dostałam nagrodę za wytrwałość, za walkę, za czekanie. Bo przecież tyle elementów musiało się złożyć, aby właśnie te dzieci trafiły do nas. Patrząc wstecz, ile my i rodzice biologiczni naszych dzieci musieliśmy przejść, by właśnie w tym jednym momencie życie połączyło nasze losy, jestem pewna, że warto czekać. I mimo, że to boli, rani, rozdziera serce i przygnębia, to czas ma to do siebie, że pomalutku, ale płynie. A któregoś dnia, nawet się nie spodziewając, zapuka do Was Wasze dziecko :)

Dziś znalazłam kilka fajnych cytatów, opublikowanych na amerykańskiej stronie adopcji. Mam nadzieję, że pomogą one przetrwać ten okrutny czas oczekiwania.





 Ten cytat pięknie mówi nam o tym, że jest dla nas jakiś plan tam na Górze. Nie taki, by nas skrzywdzić, mimo, iż teraz cierpimy, ale taki, by dać nam nadzieję i przyszłość.
 Ten cytat mówi o tym, że musimy zaakceptować rozczarowanie, ale nigdy nie możemy stracić nieskończonej wiary. Zgadzam się z tym w 100%



Cała prawda o tym, że wszystko jest przecież trudne, zanim stanie się proste.

A tu cytat na moment spotkania z dzieckiem :) Każdy tej chwili się doczeka, więc warto mieć ją już gdzieś w swoich marzeniach jako motywację do czekania. Są to słowa Kubusia Puchatka o tym, że już przy pierwszym spotkaniu wiadomo, że czeka nas przygoda. I tak jest!


Tu też ważne słowa, o tym, że życie to 10% doświadczenia, a aż 90% tego jak my się zachowujemy, co robimy.


Kolejny cytat jest jednym z moich ulubionych. Mówi nam o tym, że nie ma skrótów do miejsc, które są warte odwiedzenia. Tak samo chyba jest z życiem. Czasem trzeba przejść przez bardzo wyboistą drogę, by móc dotrzeć na sam szczyt i podziwiać widoki.



Bardzo ważny cytat dla par w trakcie procedury :) Spokojnie, nie martw się wszystko będzie dobrze, po prostu wypełniaj kolejne formularze i rób co trzeba :)



Tu też ważna wskazówka. Ten cytat mówi nam o tym, że niepokój pojawia się wtedy, gdy chcemy by wszystkie nasze problemy zostały rozwiązane jednocześnie, a przecież mamy siłę, możemy spokojnie wziąć oddech i pomalutku dzień po dniu dążyć do spełnienia naszych marzeń.



Ostatnie zdjęcie to chyba urzekł mnie ten malec ;) Tak jakby właśnie chciał powiedzieć, uśmiechnij się, oddychaj głęboko i idź powoli. Ja na ciebie tutaj czekam :)

wtorek, 16 maja 2017

Niezbędnik podróżnika

Zawsze lubiłam podróżować i odkrywać nowe miejsca. Moi rodzice lubili połączenie plażowania ze zwiedzaniem, kiedy poznałam mojego męża, bardzo różniliśmy się w podejściu do spędzania wolnego czasu. Ja preferowałam długie spacery - on wędrówki po górach. To właśnie dzięki niemu wakacje zaczęły mieć zupełnie inne oblicze. Po raz pierwszy zabrał mnie pod namiot i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu pokochałam tę formę spędzania wakacji. Było tanio, zwykle w otoczeniu przepięknej przyrody, trochę prymitywnie i to chyba właśnie zaczęło pociągać mnie w tym wszystkim najbardziej. Na co dzień lubię mieć udogodnienia takie jak pralka, zmywarka, komputer itp., ale czasem czuję, że pewne rzeczy mnie ograniczają. Im więcej tego wszystkiego, tym bardziej gdzieś tracę siebie - taką zwykłą, prostą doskonale słyszącą swoje myśli.
Ze względu na dzieci i nie ukrywam naszą wygodę, przez ostatnie 2 lata wybieraliśmy domki zamiast namiotu. Jest to jakaś namiastka tego co znałam wcześniej i według mnie dużo lepszy wybór niż hotel. Dzieci są cały czas na dworze, mamy do dyspozycji własną kuchnię, większe pokoje, więcej swobody. O wakacjach we Włoszech pisałam TUTAJ

Odliczanie rozpoczęte!

Już w tym tygodniu, wyjeżdżamy na nasze upragnione wakacje. Tym razem odwiedzimy Chorwację. Jako, że dzieci są jeszcze zbyt małe na wielki zwiedzanie, będziemy nocować w domku na kempingu a zwiedzać dojeżdżając do ciekawych miejsc w okolicy. Chorwacja jest często wybieranym krajem przez Polaków, mam nadzieję, że przydadzą wam się nasze wskazówki.

Niezbędnik podróżnika!

Dziś napiszę wam listę rzeczy, które zabieramy ze sobą. Mamy już ją od kilku lat i jeżeli czegoś nam brakuje to od razu dopisujemy, by na następny rok nie zapomnieć. Niektóre punkty mogą się wydawać oczywiste ( np. skarpetki ;) ) , ale często jest tak, że to co oczywiste to zostaje w domu - znam z autopsji ;)


  • ubrania ( Na cieplejsze i na chłodniejsze dni. Nie za dużo, bo przecież i tak zwykle chodzi się w tych ulubionych, i takie, które można ze sobą łatwo łączyć. No chyba, że jedziemy się polansować troszeczkę to już inna bajka ;) 
  • bielizna osobista
  • kosmetyki, płatki kosmetyczne
  • pasta, szczoteczka, nitka do zębów, płukanka jeśli ktoś używa
  • suszarka do włosów ( jeśli potrzebna)
  • akcesoria plażowe dla rodziców i dzieci ( może być to parasol, leżak, ręcznik, foremki do piasku, koło do pływania itp) Dla małych dzieci polecam zabranie małego baseniku, który potem można wykorzystać na plaży wlewając do niego wodę i stawiając przy nas. Małe dzieci często boją się otwartego morza, a taki mały basenik z wodą daje radość i bezpieczeństwo.
  • telefon + ładowarka
  • laptop+ładowarka ( my zabieramy ze sobą, ponieważ po pierwsze można łatwo coś sprawdzić w internecie np. wskazówki dojazdu, albo posłuchać muzyki, obejrzeć fajny film na który nie mamy czasu w domu)
  • buty ( najlepiej wygodne klapki, adidaski, sandałki)
  • aparat fotograficzny ( + statyw jeśli ktoś używa)
  • kostiumy kąpielowe + buty w takich krajach jak Chorwacja, gdzie plaże są kamieniste
  • sól, cukier, przyprawy, oliwka ( jeśli planujemy coś przyrządzać )
  • coś na komary
  • woreczki śniadaniowe ( będziemy mieć gdzie pakować kanapki udając się na wycieczkę)
  • herbata, kawa, filtry ( jeśli miejsce docelowe wyposażone jest w ekspres do kawy)
  • scyzoryk
  • termos
  • płyn do szyb ( na drogę, aby z łatwością usunąć zabrudzenia powstałe np. w czasie wieczornej jazdy)
  • worki na śmieci ( w domkach niestety nie ma)
  • papier toaletowy ( zwykle jest tylko kilka rolek, więc lepiej mieć swój lub nastawić się na kupno na miejscu-chyba, że mieszkamy w hotelu)
  • lodówka + wkłady ( my zabieramy ze sobą, gdyż można zabrać ze sobą kilka ulubionych produktów nie martwiąc się o to, że się zepsują. Przydaje się też na utrzymanie właściwej temperatury jedzenia czy picia przygotowanego na drogę)
  • pościel, jaśki ( jeżeli wybieramy domek, bez opcji pościeli - jest taniej, ale być może mniej komfortowo. Dla zaoszczędzenia miejsca można spakować pościel próżniowo)
  • mały grill + podpałka+ akcesoria ( jeśli można grillować)
  • koc polarowy ( zawsze się przydaje, a nie zajmuje wiele miejsca)
  • sznurek
  • talerzyki, sztućce, nóż, kubeczki ( w hotelu oczywiście nie ma potrzeby, w domkach również, gdyż są wyposażone, ale można zabrać swój ulubiony nóż, łyżeczkę, kubki choćby po to, by mieć je pod ręką w drodze)
  • płyn do naczyń w małej buteleczce
  • igła/nici/nożyczki
  • trochę proszku do prania
  • zapalarka lub zapałki
  • klapki pod prysznic 
  • tampony, wkładki 
  • kremy do opalania
  • czapki, kapelusze na głowę dla małych i dużych
  • apteczka nasza i dziecka
  • chusteczki w pudełku i paczce
  • przedłużacz/rozgałęźnik ( bardzo się przydaje, gdy chcemy nagle podłączyć telefony, komputer, baterię do aparatu itp)
  • pompka do materaca plażowego ( koniecznie! Inaczej można pęknąć zanim się coś napompuje)
  • pojemnik na sztućce ( będą wtedy zawsze w porządku pod ręką)
  • gry dla dzieci i dorosłych, karty
  • książeczki
  • zabawki dla dzieci ( my bierzemy tylko ulubione i staramy się znaleźć coś na miejscu - kamienie, muszelki, patyczki...)
  • mały turystyczny czajniczek na drogę ( jeśli komuś się przyda, by szybko zagotować wodę)
  • żelazko turystyczne ( my akurat nie bierzemy, prasuję wszystko w domu, ale być może ktoś będzie chciał zabrać)

Do jedzenia (kilka propozycji)
  • mleko dla niemowlęcia
  • słoiczki dla dziecka ( jeśli jada)
  • kanapki na drogę
  • gotowe sałatki w plastikowym opakowaniu na drogę
  • wędlina, sery, masło ( jeśli zabieramy lodówkę)
  • woda dla nas i dla dzieci
  • mąka, proszek do pieczenia, cukier wanil. ( można łatwo dokupić jajka i potem zrobić naleśniki czy placuszki)
  • rybka w puszce
  • ziemniaki ( w wielu krajach są dość drogie, więc jeśli planujemy gotować, zabierzmy trochę)
  • kasza manna
  • kasza na krupnik
  • przecier pomidorowy na zupę, drugie danie
  • makarony różnego rodzaju
  • ryż
  • kiełbasa ( np. na grilla lub na żurek - można zabrać zakwas)
  • kakao
  • kilka kartonów mleka
  • musli na śniadanie
  • pieczywo ( zwykle, gdy dojeżdżamy sklepy są zamknięte, albo po prostu nie chce nam się iść na zakupy)
Dla dziecka
  • łóżeczko turystyczne
  • elektroniczna niania ( jeśli śpimy w domku, lub przebywamy poza pokojem. My korzystaliśmy z monitora oddechu, który jednocześnie służył jako niania)
  • pieluszki + pieluszki tetrowe
  • śliniaczki
  • mokre chusteczki
  • puderek
  • kremik
  • gąbeczka do mycia
  • butelki do mleka + szczotka do mycia
  • podgrzewacz
  • kubek niekapek ( jeśli dziecko używa)
  • wafelki do lodów :) - kupujemy w Auchan rożki i wtedy z łatwością można dać dziecku "swojego" loda, nie kupując całej wielkiej porcji. - polecam oczywiście dla większych dzieci
  • paczka z niespodziankami na drogę ( nie mam na myśli jajek oczywiście ;), ale jakieś drobne słodycze, książeczki, kredki, zagadki - tak, żeby umilić dzieciom podróż)

Lista ta oczywiście nie jest kompletna, każdy musi wypracować sobie swoją, dopasowaną do potrzeb i charakteru wakacji, ale mam nadzieję, że będzie dla was przydatna. Moje dzieci są małe, więc też lista nasza będzie się na pewno zmieniać.

Tymczasem życzę wam cudownych podróży, wakacje już tuż tuż!

sobota, 13 maja 2017

Dzieci wegetarianie - fanaberia rodziców czy zdrowy styl życia?


Dzisiejszy post chciałabym poświęcić tematowi związanemu z wegetarianizmem/weganizmem u dzieci. Ja osobiście jestem bardziej "słodyczolubna" niż mięsożerna, ale w moim jadłospisie często zobaczycie kurczaka z warzywami, zupy robione na mięsku czy też ulubione danie moje męża, czyli żeberka w miodzie w sosie barbecue.  
W swoim otoczeniu bliskich koleżanek, mam jednak świeżo upieczoną mamusię mamusię 4-miesięcznego chłopczyka, która jest weganką. Pomału zbliża się ten moment, kiedy to czeka ją wprowadzenie pokarmów stałych do diety malucha. Nie wiem, czy aż tak dużo zmieniło się odkąd moje dzieci były niemowlętami ( czyli w zeszłym roku...), ale dowiedziałam się od niej, że podobno zmieniły się zasady żywienia i nie trzeba już zaczynać rozszerzania diety po ukończeniu 4 miesiąca życia ( przy karmieniu butelką oczywiście, co jej też dotyczy) 

Staram się nie wtrącać się do metod wychowawczych innych ludzi, czy też sposobów odżywiania, mogę jedynie komuś doradzić pewne rzeczy, oczywiście jeśli tylko ktoś będzie chciał słuchać moich doświadczeń. Wegetarianizm czy też weganizm jest dla mnie czymś, o czym być może zbyt mało wiem, by się wypowiadać, ale właśnie dlatego staram się zrozumieć. Moja koleżanka planuje nie podawać dziecku mięsa, sera, mleka i innych produktów. Twierdzi, że dziecko tego nie potrzebuje, że można je nauczyć od małego innego sposobu odżywiania. Słuchając jej argumentów, które nie powiem, brzmią być może sensownie, nasuwają mi się pewne pytania, wątpliwości, a słysząc o różnych przypadkach, w których to ucierpiało zdrowie dziecka, nie jestem przekonana, czy wybór dorosłych jest dobry dla dziecka.

Swoje wątpliwości, chciałabym Wam przedstawić na postawie artykułu z portalu e-dziecko pt. "Dieta wegetariańska szkodzi dzieciom". A jak jest naprawdę? 
Całość możecie przeczytać TUTAJ

Moje przemyślenia poniżej zaznaczyłam kolorem niebieskim.


Dzieci na diecie wegetariańskiej gorzej się rozwijają, mają anemię i ciągle chorują? Pytamy o to eksperta, mgr Małgorzatę Desmond.

Wegetarianizm dzieci, pomimo pozytywnej opinii Instytutu Żywności i Żywienia oraz Ministerstwa Zdrowia, wciąż wzbudza spore kontrowersje. O to, ile jest prawdy w najpopularniejszych opiniach na temat bezmięsnej diety dzieci, pytamy mgr Małgorzatę Desmond, specjalistę medycyny żywienia, współautorkę badań Centrum Zdrowia Dziecka nad dziećmi wegetariańskimi, wegańskimi i tymi na diecie tradycyjnej.

1. Dieta wegetariańska i wegańska jest szkodliwa dla dzieci. Nie wolno jej stosować aż do pełnoletności

mgr Małgorzata Desmond, specjalista medycyny żywienia, Centrum Medyczne Gamma, Instytut "Pomnik-Centrum Zdrowia Dziecka": - Po internecie krążą różne stwierdzenia dotyczące wegetarianizmu, natomiast żywieniowcy opierają się na stanowiskach uznanych stowarzyszeń żywieniowych z całego świata, takich jak np. Academy Of Nutrition and Dietetics (Amerykańskie Stowarzyszenie Dietetyczne), British Dietetics Association (Amerykańskie Stowarzyszenie Dietetyczne), American Academy of Pediatrics (Amerykańska Akademia Pediatrów).

Z tych stanowisk wynika wyraźnie, że odpowiednio zbilansowana dieta wegetariańska jest dopuszczalna na każdym etapie życia. W Polsce pozytywna opinia Ministerstwa Zdrowia dotyczy jedynie diety wegetariańskiej, a nie wegańskiej, ale ww. stowarzyszenia brytyjskie, amerykańskie czy Ministerstwo Zdrowia Australii uważają, że dieta wegańska jest również dopuszczalna w przypadku dzieci.

Myślę, że w stosunku do lat 90. dużo się w tej kwestii zmieniło - wiem to chociażby od rodziców dzieci, z którymi spotykałam się w ramach badania przeprowadzanego przez nas w CZD w 2010 roku. Przebadaliśmy wtedy 135 dzieci.

Mówimy o odpowiednio zbilansowanej diecie, tylko tu pojawiają się moje pierwsze wątpliwości. Czy przeciętny rodzic jest w stanie posiąść odpowiednią wiedzę i umiejętności, by dziecko nauczyć takiego odżywiania? Czy wspomniane w artykule 135 dzieci to dzieci, których rodzice byli szczególnie przygotowywani do tego badania, czy też przeprowadzone ono zostało na przypadkowych osobach? 


2. Dzieci potrzebują białka zwierzęcego, żeby prawidłowo się rozwijać


mgr Małgorzata Desmond: - Nie jest to prawdą. Jeżeli odpowiednio skomponujemy dietę roślinną, dostarczy ona odpowiednią jakość oraz ilość białka dla organizmu. Do tego niezbędne są rośliny strączkowe - dobre źródło białka roślinnego. Zarówno badania brytyjskie, jak i nasze przeprowadzone w CZD, potwierdzają, że dzieci na diecie wegetariańskiej mają prawidłowy rozwój, masę i wysokość ciała. Owszem, mali wegetarianie często są szczuplejsi, a w przypadku wegan jest to jeszcze wyraźniejsze, ale mieszczą się w granicach norm dla wieku.

Amerykańskie badania dzieci wegańskich wykazały, że rosną one wolniej od rówieśników i są od nich szczuplejsze, ale na końcu osiągają taką podobną wysokość, co dzieci na innych dietach. Jednakże badań na weganach mamy nadal za mało.

Tu też zastanawiam się, na ile dziecko, zwłaszcza małe, będzie chętne do jedzenia np.roślin strączkowych. Niektórzy ludzie mają obsesję na temat szczupłego wyglądu, wegetarianizm/weganizm jest więc dobrym argumentem przemawiającym za ładną, zdrową sylwetką. I faktycznie, porównując dzieci walczące z otyłością z dziećmi wegetarianami, te drugie wydają się dużo zdrowsze.

3. Bez mięsa w diecie dzieci cierpią na anemię i mają niedobory ważnych składników odżywczych

mgr Małgorzata Desmond: - Obserwacje z innych krajów na dzieciach wegetariańksich i wegańskich nie wykazały większego występowania niedokrwistości z niedoboru żelaza w tej grupie żywieniowej. W naszym badaniu porównywaliśmy dzieci na diecie tradycyjnej, wegetariańskiej i wegańskiej. Jeśli chodzi o badania morfologii krwi, nie zanotowaliśmy istotnych różnic pomiędzy dziećmi.

Dzieciom na diecie wegetariańskiej i wegańskiej należy jednak suplementować witaminę B12, która występuje w mięsie i rybach. Bez tej suplementacji występują niedobory tego związku. Badania wykazały również, że dzieci wegetariańskie i wegańskie mają niższe stężenie witaminy D w organizmie, ale tę witaminę w ogóle powinno się polskim dzieciom podawać dodatkowo. W dietach dzieci wegańskich często obserwuje się za niską podaż wapnia. Jest to istotne ze względu na zdrowie kości.

No właśnie, tylko dlaczego są przypadki uszczerbku na zdrowiu u dzieci wegetarian? Mam nawet przykład u wnuczki znajomych rodziców, gdzie dziewczynka trafiła do szpitala z niedoborem podstawowych składników. Można domniemać, że zawinili tu rodzice, którzy nie zapewnili dziecku odpowiedniej diety.

4. Wystarczy zastąpić mięso i ryby żółtym serem i jajkami.


mgr Małgorzata Desmond: - Aby były zdrowe, diety roślinne trzeba rozważnie zaplanować. Oczywiście jeśli dieta wegetariańska dziecka ma wyglądać tak, że zamiast mięsa będziemy mu podawać po prostu żółty ser, to niedobrze. W naszych badaniach w CZD zauważyliśmy, że na takich dietach dzieci mają stosunkowo wysokie stężenie cholesterolu, czasem nawet wyższe niż u dzieci na diecie tradycyjnej.

Ale trzeba pamiętać, że dieta tradycyjna też nie zwalnia rodziców z obowiązku dbania o wartość odżywczą i skład diety dzieci, ponieważ ten typ żywienia może prowadzić do nadmiernych podaży nasyconych kwasów tłuszczowych, cholesterolu, cukrów prostych czy niedostatecznej podaży błonnika i magnezu. Dietę dziecka trzeba po prostu zawsze dobrze planować.

Rodzic dziecka na diecie wegetariańskiej powinien udać się do dietetyka wykwalifikowanego w takiej diecie. Taki specjalista powinien zlecić suplementację witaminy B12 i dać szczegółowe zalecenia odnośnie diety dziecka na 1-2, 3-5 i 5-10 rok życia. Warto też okresowo udać się do lekarza na badania krwi.

Dobry argument. Wiele dzieci na tradycyjnej diecie nie otrzymuje wystarczającej wartości odżywczej produktów, dzieci jedzą mało warzyw i owoców, wcześnie zaczynają jeść tzw jedzenie śmieciowe doprowadzając do otyłości. Tylko co w przypadku takim jak moja koleżanka, gdzie nie planuje ona podawać dziecku NIC pochodzenia zwierzęcego z mlekiem na czele? Nie jestem pewna, czy posiadamy na tyle wiedzy popartej badaniami, która da nam pewność, że kiedyś w przyszłości nie odbije się to na zdrowiu dziecka.

OKIEM RODZICÓW:

Magdalena Sikoń, naczelna portalu wegemaluch.pl, mama Kai (3 l.), wegetarianki:: - Myślę, że błędne przekonania dotyczące wegetarianizmu i dzieci wynikają w dużej mierze z niewiedzy. To tak jak w średniowieczu, kiedy ludzie nie znali czegoś, to się tego bali. Ludzie nadal są pewni, że mięso to jedyne źródło żelaza i białka.

Dariusz Gzyra, naczelny portalu empatia.pl, tata Kai (19 l.) i Brunona (17 l.), wegan: - Dzieci przez wiele lat były pod opieką poradni dla dzieci na diecie wegetariańskiej w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie. Wizyty miały miejsce dwa razy w roku. Taka kontrola uspokaja rodziców, ale jednocześnie daje materiał badawczy lekarzom, a więc korzyści są obopólne. Dzieci nie miały z powodu diety żadnych poważniejszych problemów zdrowotnych. Lekarze pierwszego kontaktu nie wywierali nacisku na zmianę diety dzieci. Z pewnością ich wiedza na temat żywienia i diety wegańskiej nie była równie dobra jak specjalistów z IMiD.

Anna Kardas, mama Marcela (4 l.) i Tymona (7 l.), wegetarian: - Od urodzenia obaj chłopcy sa pod opieką dr Witolda Klemarczyka w Poradni Gastroenterologii w IMiD. Naszej pediatrze, gdy poprosiłam o skierowanie do poradni (niezbędne przy umawianiu pierwszej wizyty), nazwisko doktora nie było obce, polecała pozostanie równolegle pod jego opieką, jako fachowca.

Podczas wizyt dr bada, mierzy i waży dzieci oraz robi ogólny wywiad. Raz na jakiś czas, co mniej więcej dwa lata, zleca rozbudowane badania morfologiczne. Prosi też o dostarczenie do pani dietetyk zapisu bardzo dokładnie rozpisanej dwutygodniowej diety dziecka, porównuje wyniki morfologii z bilansem diety i udziela konkretnych wskazówek żywieniowych.

Starszy syn na piąte urodziny miał zleconych szereg badań, między innymi skan kości, badanie moczu, kału. Dzieci mają suplementowaną jedynie witaminę D, w kroplach. Moje dzieci bardzo rzadko chorują, rzadko więc bywamy u lekarzy innych niż nasza pediatra, która jest jak najbardziej przychylna naszej diecie. 

Każdy rodzic wychowuje swoje dziecko zgodnie ze swoimi zasadami i przekonaniami. Nie inaczej jest obserwuję, w sprawie odżywiania. Moje dzieci wprawdzie dostają mięso i nie wyobrażam sobie,żeby nie znały smaku klusek śląskich z sosikiem mięsnym, ale kto wie, co same postanowią, gdy dorosną. 

Jestem w stanie zrozumieć, że osoby, które są wegetarianami wybierają taką samą drogę dla swoich dzieci, gdyż takie mają przekonania i taki styl życia. Jest to zrozumiałe, ale pod warunkiem, że posiądą dostateczną wiedzę na temat zastąpienia mięsa innym jedzeniem, celem uzupełnienia podstawowych składników. 

Podczas gdy wegetarianizm nie wzbudza we mnie aż takich wątpliwości, weganizm jest dla mnie niezrozumiały (być może dlatego, że mało o nim wiem, przyznaję) Nie mówię tu tylko o niespożywaniu produktów mlecznych, czy tak bogatych w składniki rybach, ale także o aspekcie psychologicznym. Czy dziecko, które do szkoły będzie przynosić tylko kanapki z sałatą i które w przedszkolu nie będzie mogło spożywać tych samych posiłków co rówieśnicy nie będzie przypadkiem czuło się inne, gorsze? Czy w sytuacji, gdy inni idą na hamburgera czy organizują grilla taki młody człowiek nie będzie czuł się wyalienowany? 
Dla dorosłych, zwłaszcza tych asertywnych myślę, że nie jest problemem twardo stać przy swoich przekonaniach, ale czy u dziecka to są faktycznie jego przekonania, czy po prostu nawyki żywieniowe, które wyniosło z domu? Może zapytacie, i co w tym złego? Być może nic.

 Każdy z nas musi wybrać co dla dziecka jest ważne. Dla jego ciała i duszy. Na pewno kształtując nawyki żywieniowe, kształtujemy nie tylko jego zdrowie, czy sylwetkę, ale również jakiś określony tryb życia. My staramy się, żeby dzieci dostawały wszystko to co jest im potrzebne, żeby racjonalnie i zdrowo jadły. Owoce i warzywa są u nas ważną częścią codziennego jadłospisu.  

Na pewno decyzja o wegetarianizmie czy też weganizmie dziecka jest decyzją trudną i bardzo odpowiedzialną. Nieumiejętne stosowanie tejże diety może przecież doprowadzić do tragedii. Będę obserwować dziecko mojej koleżanki, jak się rozwija, czy nie choruje i czy jako starszy już chłopak chętny będzie do odrzucenia mięsa na rzecz roślin. Wiem na pewno, że moja koleżanka będzie starała się tłumaczyć dziecku dlaczego nie jedzą mięsa. Czy ta wiedza wystarczy, by w przyszłości świadomie a nie z wyboru rodziców wybierał sałatkę mając do wyboru stek z grilla? 


wtorek, 9 maja 2017

O pewnej małej rybce, czyli złap mnie jeśli potrafisz!

Nie wiem, czy to prawda, ale podobno człowiek jest jedynym ssakiem, który ucieka od matki. Pozostałe trzymają się jej kurczowo, póki nie będą na tyle samodzielne, by bezpiecznie oddalić się od swojego opiekuna. Jakakolwiek by nie była ta prawda, fakt pozostaje faktem, że w pewnym momencie dziecko wchodzi w taką fazę swojego rozwoju, że sprawia mu ogromną radość, gdy nam ucieka a my je gonimy.  
Nie wiem jak to się dzieje, ale nagle, te nóżki, które to dopiero niedawno nauczyły się chodzić, dostają jakiejś magicznej mocy i niczym Forrest Gump biegną tak szybko, że nim się obejrzysz, są już hen hen daleko. Fenomenem staje się to, że ten sprytny maluch, który przed momentem stał obok nas, nie tylko potrafi wymknąć się niepostrzeżenie, ale również gdzieś się zakamuflować, przyprawiając o zawał swojego opiekuna. Co gorsza, zanim ten się ruszy, potrafi wystartować w najmniej bezpieczne miejsce.

W swojej "karierze rodzica" było kilka takich sytuacji, mrożących krew w żyłach. Gdybym nie miała swoich dzieci, być może ciężko byłoby mi uwierzyć, ale to naprawdę moment nieuwagi, kiedy może dojść do tragedii.

Kiedy E. miała ok 1.5 roku, byliśmy w parku na spacerze. Powiedziałam jej, że zaraz pójdziemy na zakupy do Biedronki, która znajdowała się w pobliżu. Szła jeszcze moment grzecznie obok mnie, aż nagle zaczęła biegnąć nie oglądając się za siebie. Zanim minęła sekunda w której zareagowałam, ona już zdążyła się oddalić, a ja z przerażeniem patrzyłam na uliczkę ( niby taką między blokami, ale jednak) w kierunku której biegła. Oczywiście udało mi się ją złapać, ale co by było, gdybym była odwrócona i np. rozmawiała z koleżanką? Gdy zapytałam E. dlaczego się oddaliła, pokazała mi na Biedronkę, więc domyśliłam się, że "szła już na zakupy"
Dziś wiem, że dziecko w tym wieku nie ma poczucia przyszłości. Liczy się dla niego tu i teraz. Nie warto mówić mu co będzie za chwilę, bo uzna, że ta czynność właśnie ma miejsce.

 Są też oczywiście śmieszne sytuacje np. kiedy przychodzę odebrać dziewczynki ze żłobka, ubieram E. a w tym czasie panna J. płata mi figla i z uśmiechem na ustach i błyszczącymi oczami zmyka z pola widzenia. Próżno jej szukać w długim korytarzu. Nakładam więc szpitalne woreczki ochronne na buty i udaję się na poszukiwanie dziecka. I gdzie ją znajduję? Zwykle w pokoju socjalnym....

 Kiedy pojechaliśmy na wakacje w zeszłym roku, mieliśmy ogromny problem z E. ponieważ ciągle nam uciekała i kazała się gonić. O włożeniu dwulatki do wózka nie było mowy. Jako, że ogródek otaczający nasz domek nie miał furtki a tylko żywopłot, z łatwością mogła się z niego wydostać i wędrować. Nie pomagało zastawienie drzwi suszarką do ubrań i krzesłem, gdyż po prostu je odsuwała. Stały nadzór był więc konieczny. Któregoś dnia, zauważyliśmy, że E. wychodzi, więc niczym detektyw Rutkowski udaliśmy się za nią. Nawet się nie odwróciła! Kiedy wróciliśmy do domu, zrobiliśmy jej pogadankę na temat jej zachowania, oczywiście pogadankę na poziomie dwulatka, czyli staraliśmy się wytłumaczyć jej, że może się coś stać, że może ktoś ją zabrać.
Słowa te trafiły do niej dopiero wtedy, gdy zupełnie przypadkowo puściliśmy jej film o pewnej małej rybce...

Na wakacje zabraliśmy wtedy tylko odcinki Świnki Peppy, ale okazało się, że na dysku mamy stary już film "Gdzie jest Nemo" Nie przypuszczaliśmy, że po pierwsze tak małe dziecko może obejrzeć w całości film pełnometrażowy a po drugie zrozumieć główny jego sens. Film ten wywarł ogromne wrażenie na naszej małej dwulatce. Zobaczyła bowiem ona w nim to, o czym cały czas jej mówiliśmy. Nie przypuszczałam, Bardzo przeżywała, że "pan porwał Nemo i tatuś go szukał" Od tamtej pory kazała sobie puszczać film od początku jak tylko się skończył ( pominęliśmy jego początek, gdy ginie matka Nemo, gdyż uznaliśmy to za zbyt drastyczne)
Film ten, mimo, że nie przeznaczony dla tak małych dzieci, pomógł nam w ujarzmieniu "małego uciekiniera", który zobaczył na własne oczy, co może się stać, gdy nie słucha się rodziców. Codziennie więc rozmawialiśmy z nią na ten temat, ona sama opowiadała co się działo w filmie, nazywała uczucia ( Nemo był niegrzeczny, nie posłuchał tatusia, tatuś bał się, że Nemo się nie znajdzie, tatuś szukał Nemo i cieszył się, że Dory mu pomaga, żółwiki były grzeczne, bo słuchały rodziców itp.)

 Podobno, gdy dziecko jest malutkie, chcemy, żeby jak najszybciej zaczęło chodzić i mówić, a potem każemy mu siadać i być cicho. I chyba coś w tym jest ;)

Niedługo czeka nas wyjazd z J. dla której uciekanie jest wspaniałą zabawą, a złość w naszym głosie brzmi jak najśmieszniejszy żart. Na wszelki wypadek rybka Nemo niech jedzie z nami, kto wie, może znów się przyda ;)

poniedziałek, 8 maja 2017

Ależ proszę pani ja te dzieci adoptowałam! - czyli o tym jak nas widzą inni

Taki obrazek: przychodzę po dziewczyny do żłobka i zwykle najpierw dzwonię po jedną z nich, gdyż chcę żeby choć minutkę każda miała mnie na dla siebie. Najpierw przytulenie, potem całusek, ubieramy się i dopiero dzwonię po drugą. Powtarzam rytuał i każda jest zadowolona. Bywają jednak takie dni, że obie naraz chcą "na rączki".  Jak postawię jedną- ryczy druga. I co wtedy? No cóż, niczym Superman, czy też inny osiłek, biorę obydwie i przez chwilę przytulam. Długo nie wytrzymuję, więc za chwilę siadam i każda dostaje swoje kolano i przytulanie jest kontynuowane. 


Któregoś dnia, kiedy taki obrazek miał miejsce, jedna z pracownic żłobka skomentowała moje zachowanie mówiąc "No, jak się chciało mieć dzieci rok po roku to teraz trzeba cierpieć. To przecież na własne życzenie taka sytuacja" Niby miał to być żart, ot takie zdanie rzucone z uśmiechem, ale wtedy, w tamtym momencie, chciałam wykrzyczeć PROSZĘ PANI! JA ADOPTOWAŁAM TE DZIECI! Oczywiście nie zrobiłam tego, choć o adopcji mówię szczerze i otwarcie, ale nie mam zamiaru tłumaczyć każdemu kogo napotkam, że pod tym co widzą, kryje się dużo więcej. Już sobie wyobrażam minę tej pani, gdyby usłyszała prawdę. 


Takich sytuacji jest wiele. Ludzie patrzą na nas i nas oceniają. Wiem to. Gdy nas widzą w kawiarni biegających za maluchami, które po zjedzeniu ciastka przy stole nie usiedzą, na spacerze, kiedy to pchamy dwa rowerki, w żłobku, kiedy jedną biorę pod pachę a drugą za rękę i tak biegniemy do auta. Wiem co myślą: O Boże, nigdy w życiu nie zdecydowałabym się na dwójkę dzieci rok po roku, pewnie wpadli. Co to ludzie nie umieją się zabezpieczać w dzisiejszych czasach? albo Ale musi być im ciężko, takie dwa maluchy, prawie bliźniaki, to musi być dopiero robota przy nich. Jak oni to wszystko w ogóle ogarniają?  albo jeszcze to: Co to za życie, przecież oni muszą być uwiązani cały czas i nie mają w ogóle czasu dla siebie. No, ale sami chcieli, więc to ich sprawa.
                    Mam wrażenie, że ludzie cały czas oceniają tylko to co widzą. Nie mówię tylko o naszym przypadku, ale ogólnie mamy tendencję do formułowania przeróżnych opinii na temat ludzi, opierając się tylko na tym co widzą nasze oczy. Jakże mylą się w naszym przypadku. I pewnie w innych też. Bo przecież łatwo jest ocenić np. czyjeś zachowania, metody wychowawcze nie znając zupełnie drugiego człowieka. Chciałabym nauczyć moje dzieci tego, żeby potrafiły patrzeć głębiej i widzieć więcej. Może matka dziecka, które dostało jedną drobną zabawkę na urodziny jest po prostu biedna a nie skąpa? Może samotna pani wcale nie jest starą panną z wyboru, tylko jej narzeczony zginął w wypadku i nie potrafi pokochać kogoś innego? Może koleżanka z pracy wcale nie jest dziwna tylko po prostu nieśmiała? I na koniec. Może małżeństwo, które nie ma dziecka nie jest egoistyczne i nie nastawia się tylko na karierę a po prostu od lat walczy z niepłodnością lub czeka na TEN telefon z ośrodka? I tak jak my. To po części prawda, mamy to czego chcieliśmy. Nikt nie kazał nam adoptować dziecka, ani nie kazał zrobić tego ponownie rok później. Tylko czy patrząc na nas ktoś bierze pod uwagę, że był to taki a nie właśnie inny wybór? Pewnie nie.
                Najłatwiej jest oceniać, stawiać siebie w pozycji "tego lepszego", dowartościowywać siebie wytykając błędy innych. Nie wiem czy mam rację, ale my Polacy chyba tak lubimy. Bo przecież łatwiej jest ponarzekać, powytykać coś innym, niż samemu zadbać, by życie było lepsze. A w innych ludziach czyż nie lepiej byłoby starać się dostrzec coś więcej niż tylko widzą oczy? Może ten człowiek potrzebuje naszej pomocy a nie wie jak o nią poprosić?


Kiedy adoptowaliśmy pierwszą córkę, ludzie którzy nie znali naszego problemu niepłodności dziwili się i mówili: Ale jak to możliwe, przecież nie było po tobie nic widać, nigdy nie mówiłaś przez co przeszłaś, przecież ty zawsze taka uśmiechnięta jesteś i optymistyczna.Tak proszę państwa, wszyscy macie rację. Nikt nie zauważył, że za tym szczerym uśmiechem kryje się też ból i ciągła walka o szczęście.  No bo przecież zgodnie z zasadą: patrzymy - widzimy - już wszystko wiemy.

niedziela, 7 maja 2017

Rotawirusy - aktualizacja przebiegu choroby.

Dziś jest dużo lepiej jeśli chodzi o temperaturę - u młodszej spadła do 36.6, u starszej do 37.3
Natomiast u obu dziewczynek występują nadal biegunki. Nie ostre, kilka w ciągu dnia, ale dość obfite. Podałam im po pół tabletki Nifuroksazytu ( na polecenie pani dr) i zobaczymy jaki będzie tego efekt jutro.
Ogólne samopoczucie u młodszej jest dobre, nawet bardzo dobre, bo zaczyna już rozrabiać :)
Starsza całymi dniami leży na kanapie, widać, że jest dużo bardziej osłabiona niż siostra. Podaliśmy jej Orsalit, obie dużo piją, na obiad rosołek, w międzyczasie bułeczka z masłem.

Miejmy nadzieję, że wirusy już na wykończeniu :)

piątek, 5 maja 2017

Co to są te rotawirusy?



Cóż, zdążyliśmy zorganizować tylko jedną wycieczkę i niestety nasza majówka zakończyła się. Obie z J. dostałyśmy bowiem wysokiej gorączki i musiałyśmy położyć się do łóżka. Od wczoraj ja czuję się lepiej, natomiast u dziewczynek zaczęła się biegunka i u E. wymioty. Od zaprzyjaźnionej lekarki dowiedziałam się, że znów jest mnóstwo zachorowań na rotawirusy i na 100% właśnie to nas dopadło. O dziwo mąż jak do tej pory trzyma się dzielnie i dba o wszystkie kobiety swego życia ;)
Nie wiem, czy spotkaliście się z rotawirusem, więc dziś chciałabym Wam opisać jak przebiega u nas choroba. Być może nasze doświadczenia przydadzą Wam się i posłużą za wskazówkę, choć oczywiście trzymam kciuki, żeby Wasze dziecko rotawirusa jednak nie miało.
Pisząc mój post, będę kierowała się informacjami podanymi w artykule ze strony firmy Canpolbabies pt. "Co to jest rotawirus. Sprawdź ile trwa zakażenie rotawirusem" Na niebiesko uwagi dotyczące naszego przypadku. 
TUTAJ link do pełnej wersji.

Rotawirusy są jedną z najczęstszych przyczyn infekcyjnej biegunki u dzieci. O chorobie słyszał chyba każdy rodzic. Zarazić się nią można właściwie przez cały rok, jednak największa częstotliwość zachorowań jest jesienią oraz zimą.

Rotawirus u dzieci i dorosłych

Narażeni na zakażenie są zarówno dorośli, jak i dzieci, ale najsilniejsze objawy występują u niemowląt i małych dzieci do 3 roku życia, bo ich organizmy nie zdążyły się jeszcze uodpornić na różnego rodzaju infekcje.
Dzieci uczęszczające do przedszkola lub żłobka, z uwagi na przebywanie w większej grupie, dość szybko mogą się zarazić i przynieść wirusa do domu. Dobrą informacją jest to, że spotyka się też wiele zakażeń o przebiegu bezobjawowym, również u najmłodszych.

Jak można zarazić się rotawirusem

Rota jest bardzo zaraźliwy, w żłobkach i przedszkolach to prawdziwa plaga. Przenosi się drogą pokarmową, zarówno w czasie trwania choroby u nosiciela, jak i w czasie jej wylęgania lub już po ustąpieniu, nawet do 7-10 dni po, aż nie zostanie całkowicie wydalony z organizmu. Pierwsze objawy pojawiają się już po 1-3 dniach od zarażenia. 
Powszechnym sposobem przenoszenia choroby jest dotyk. Wystarczy, by nosiciel nie umył rąk po skorzystaniu z toalety i już roznosi wirusa … to jest choroba brudnych rąk
Trudno powiedzieć, gdzie dziewczynki zaraziły się wirusem. To prawda, że obie uczęszczają do żłobka, ale znam dzieci, które są pod opieką mamy w domu i również przechodziły tę chorobę. U nas na pewno zagrożenie jest podwójne, gdyż wystarczy, że jedna z dziewczynek coś przyniesie i zanim choroba się uaktywni, to łatwo zarazić już drugą. Dbamy bardzo o higienę w domu i wiem, że dzieci w żłobku również myją rączki po korzystaniu z toalety, przed posiłkami, ale na pewno trudniej je upilnować. Na pewno nie wszyscy rodzice przywiązują do tego wagę i można zarazić się np. na placu zabaw, w sklepie, w kącikach do zabawy dla dzieci.

Ile trwa rotawirus i jak długo zaraża

Choroba zarówno u dzieci jak i u dorosłych trwa zwykle od 4-10 dni, choć może się wydłużać do kilku tygodni. Chory zaraża na dwa dni przed wystąpieniem pierwszych objawów. Okres wydalania wirusa utrzymuje się od 8 - 30 dni, czasem dłużej. 
U mnie pierwsze objawy wystąpiły kilka godzin po młodszej córce. U starszej zaczęły być widoczne dopiero po 2 dniach.

Objawy rotawirusa

Z reguły pierwszym objawem jest podwyższona temperatura, do 38° C. Następnie pojawiają się intensywne wymioty, a potem ostra biegunka. U dzieci karmionych butelką niepokój powinno wzbudzić więcej niż 5 wypróżnień na dobę, u karmionych piersią - nawet kilkanaście. Stolec jest wodnisty, luźny i ma zielono-żółty kolor. Dziecko jest zazwyczaj senne, apatyczne, nie ma apetytu, niechętnie pije. Zdarza się, że jest rozdrażnione i płaczliwe.
U J. temperatura mierzona w pupci doszła do prawie 40 stopni. Ja miałam 38.7 a u najstarszej córki było to 39.2 U mnie nie wystąpiła ani biegunka ani wymioty, za to dostałam lejącego kataru ( jakiego nie miałam od kilku lat), z towarzyszącym temu ogromnym osłabieniem ( trudno było mi nawet dojść do toalety) oraz brak apetytu. Na następny dzień po wystąpieniu gorączki, J. dostała biegunki, niezbyt ostrej, ale dość obfitej. E. obudziła się wczoraj z bólem brzuszka, po czym wystąpiła u niej biegunka ( 1 raz ) i wymioty ( wiele razy aż do później nocy oraz dziś cały dzień z przerwami od 7 rano) J. spadła gorączka i czuje się już dobrze, choć lekka biegunka nadal się utrzymuje, E. na razie przespała cały dzień, gorączka na razie jest nawracająca.

Co robić, gdy dziecko zarazi się rotawirusem

Najważniejsze jest, by zachować spokój. Kiedy zauważysz pierwsze objawy choroby, nie zwlekaj, zacznij działać. Dzięki temu Twój maluszek może uniknąć przykrego pobytu w szpitalu.
Bardzo ważne jest podawanie dużej ilości płynów i elektrolitów (np. dostępne bez recepty Hydronea, Acidolit), ponieważ częste wymioty i intensywna biegunka mogą być przyczyną odwodnienia. Nie jest to proste, szczególnie u malutkich dzieci, którym trudno wytłumaczyć, że muszą teraz dużo pić. Równie ważne jest podawanie probiotyków (np. Acidolac, Osłonik, Lacidofil). Najlepiej, by dziecko przyjęło nie mniejszą ilość płynów niż ¾ szklanki na 1 kilogram masy ciała. Pamiętaj, że płyny powinny być chłodne, a nawet zimne . Ciepłe mogą powodować wymioty.
Nie będę mówić, że jestem doświadczoną matką, bo do doświadczenia jeszcze wiele mi brakuje, ale na pewno co nieco już wiem o zdrowiu dziecka. Gdyby kiedyś ktoś mi powiedział, że widząc 40 stopni na termometrze można nadal siedzieć spokojnie, uznałabym go pewnie za zbyt frywolnego rodzica ;) a dziś wiem, że to dobra rada. Dla pewności zadzwoniłam do swojej pediatry, która powiedziała mi, że najważniejsze, żeby dziecko piło, bowiem nie wolno dopuścić do odwodnienia. Mamy z tym jednak problem, gdyż cokolwiek E. wypije, zaraz zwraca. Dr. powiedziała więc, że należy podawać jej picie w małych dawkach, tak, żeby żołądek mógł sobie z tą ilością płynu poradzić. Jest faktycznie dużo lepiej, choć nie ukrywam, że sporo wody i część rosołku wróciły. Dr. zaleciła, żeby dziś wstrzymać się z podaniem elektrolitu, gdyż jego smak może nasilić i tak mocne wymioty. Spróbujemy jutro, choć u nas akurat dziewczynki nie mają problemu z jego piciem.

Rotawirus - jak odżywiać dziecko w trakcie choroby

Dziecko powinno mieć ścisłą  dietę. Potem posiłki powinny być normalne, ale z naciskiem na lekkostrawne. Na początek lekarze polecają między innymi kleik na wodzie, gotowany ryż z marchewką. Konieczne jest wyeliminowanie surowych pokarmów (świeże owoce i warzywa), soków i mleka przynajmniej na jedną dobę. 
Jeżeli karmisz dziecko naturalnie, przystawiaj je do piersi częściej niż zazwyczaj. W czasie choroby musisz bardzo uważać, bo przy częstych biegunkach nie trudno o odparzenia. Zmieniaj pieluszkę za każdym razem, gdy maluszek się wypróżni. Dokładnie oczyszczaj pupę (najlepiej przy użyciu ciepłej wody i delikatnego mydła dla dzieci) i smaruj ją specjalnym kremem na odparzenia.
U nas dziewczynki nie miały apetytu, zwłaszcza w czasie gorączki. W momencie, gdy spadła, chętnie jadły kanapkę z masłem, rosołek ( o który E. sama poprosiła ) i piły wodę. Dr. zalecała nawet małą głodówkę, mówiła, że można podać jakiegoś chrupka, herbatnika, coś delikatnego. Podkreślała, że najważniejsze jest picie. 

Rotawirus - kiedy do szpitala

Malucha należy cały czas obserwować, ponieważ w każdej chwili może dojść do bardzo niebezpiecznego odwodnienia.

Objawy odwodnienia: 

- spierzchnięte i suche usta;
- płacz bez łez;
- gęsta ślina i mlaskanie;
- zapadnięte ciemiączko;
- senność i apatyczność;
- rzadkie oddawanie moczu – (u niemowląt – ponad 3 godziny, u starszych dzieci – ponad 6 godzin).
- utrata elastyczności skóry (uchwycona w dwa palce skóra na brzuszku dziecka tworzy widoczny fałdek, który nie chce się rozprostować).
Gdy z jakiegokolwiek powodu dziecko nie przyjmuje płynów doustnie, nie zastanawiaj się, czy wystąpiły już objawy odwodnienia, tylko niezwłocznie udaj się do szpitala. 
PAMIĘTAJ O HIGIENIE!!
Nie ma dziecka, które by nie przeszło infekcji rota wirusowej. Poza tym choroba nie uodparnia na całe życie i można się nią zarazić wielokrotnie (istnieje wiele wirusów z grupy rota, które mogą być przyczyną kolejnej infekcji). Aby zmniejszyć ryzyko zachorowania, należy bezwzględnie pamiętać o higienie. Myj ręce za każdym razem po powrocie do domu (klamki są siedliskiem wielu bakterii) i po skorzystaniu z toalety. Kiedy Twoje dziecko bawi się zabawkami w miejscach publicznych (np. w przedszkolu, w kawiarni itp.), pilnuj by nie wkładał ich do buzi. Po zabawie koniecznie umyj mu rączki, a w domu zmień ubranko.

Szczepienia niemowląt na rotawirus

Dobrym sposobem na walkę z wirusem są szczepienia niemowląt, jednak nie są skuteczne w 100 procentach. Ich zadaniem jest raczej łagodzenie objawów, choć wszystko zależy od organizmu dziecka. Dla niemowląt najlepszym zabezpieczeniem jest - oprócz higieny- karmienie piersią.
Jeśli chodzi o szczepienia to są zdania podzielone. Nie będę nikogo starała się przekonać do moich racji, napiszę po prostu jak to wygląda u nas w rodzinie. 
Po rozmowie z zaprzyjaźnioną pediatrą, której ufamy i jej wyjaśnieniom jak działają szczepionki, dzieci zostały zaszczepione tylko na to co obowiązkowe. Według naszej pani doktor, szczepienie ma sens jeśli jest na konkretną chorobę ( np. przeciw gruźlicy) Odmian wirusów jest tak dużo, ciągle się mutują, że szczepionki powstają na podstawie takich mutacji, które już były, a więc prawdopodobieństwo "trafienia" ta ten sam wirus wynosi ileś procent, na pewno nie można być pewnym, że dziecko nie zachoruje. Nie jest też prawdą, że zaszczepione dziecko przejdzie chorobę łagodniej. To zależy raczej od indywidualnego organizmu a nie od tego, czy dziecko było szczepione czy nie. Moje dzieci oprócz tego, że wysoko gorączkują, nie przechodzą tej choroby zbyt ciężko, ale każda na inny sposób np.jedna wymiotuje, druga bardziej ma biegunki. Dr. opowiadała o przypadkach, gdzie matki szczepiły dzieci na wszystko a i tak chorowały a te które miały tylko to co obowiązkowe nie. 
Rozmawiałam również z koleżanką, która ma dwoje dzieci i jej znajomy pracuje dla koncernu wytwarzającego szczepionki. Jego dzieci nie są jednak szczepione...
Podsumowując, jeśli wystąpią u Waszego dziecka objawy wirusa - nie panikujcie. Szpital to nic przyjemnego, ani dla dziecka ani dla Was, więc jeśli tylko się da, starajcie się opanować chorobę w domu. 
Miejmy nadzieję, że  nie doświadczycie wizyty tego nieproszonego rota-gościa, ale na pewno warto wiedzieć coś o nim, by na taką ewentualność być przygotowanym. 

czwartek, 4 maja 2017

Czuję, że jesteś, czyli historia o miękkim serduszku



"Mamusiu, masz miękkie serduszko? ", zwykłam mówić do mojej mamy kiedy byłam małą dziewczynką. W ten sposób jako dziecko opisywałam stan w którym albo ja albo inni byli szczęśliwi. Coś naprawdę poruszało moim sercem.  To chyba wtedy, mając te kilka lat,  zaczęłam czuć jak wielką moc ma serce, że można tyle dać innym, że faktycznie jak to powiadają miłość, szczęście to jedyne wartości które się mnożą gdy się je dzieli. 

Wdrapywałam się na kolana mojej mamy i sprawdzałam jakie ma serce dotykając go.  Doskonale wiedziałam kiedy była smutna z mojego powodu ( bo np. coś nabroiłam ) Przez wiele lat, nawet już jako dorosła, w ten sam sposób przekazywałam mojej mamie, że jestem szczęśliwa lub pytałam czy ona jest. Obie uśmiechałyśmy się wspominając dawne czasy, kiedy to pytałam ją o to jako dziecko.

To dziecięce uczucie towarzyszy mi całe życie. Ściśnięte gardło, ledwo przełykam ślinę starając się nie rozpłakać, czuję jak pot oblewa całe moje ciało, serce wyrywa się ze swojej przestrzeni, ręce drżą.  
To tak czułam się gdy mój mąż pierwszy raz powiedział, że mnie kocha, kiedy nieśmiało pocałował mnie po raz pierwszy, i kiedy wreszcie zadzwonił TEN telefon. Odkąd mamy dzieci moje miękkie serduszko przeżywa jeszcze inny wymiar emocji - kiedy dziecko mówi, że cię kocha, kiedy widzisz szczęście w jego oczach, bo kupiłaś ulubionego loda truskawkowego, kiedy po razem spędzonym dniu słyszysz "Super było mamusia" i kiedy pierwszy raz widzisz swoje małe dziewczynki występujące w przedstawieniu na Boże Narodzenie to wiesz już jak namalować szczęście. Dla nas zawsze będzie ono przyjmować postać serca.

Od jakiegoś czasu uczę E. co to znaczy mieć miękkie serduszko. Biorę jej rączkę i przykładam do swojego serca. "Czujesz?" pytam. "Oooo jakie mięciutkie! Chcesz dotknąć moje?", pyta zafascynowana E. "Oczywiście, że chcę", odpowiadam.  
Czasem, gdy proszę ją o zrobienie czegoś pyta mnie " A jak to zrobię to będziesz mieć mięciutkie serduszko? " "Tak kochanie, oczywiście", uśmiecham się.


Gdy E. coś zbroi lub nie słucha, mówię jej, że mi przykro i że mam twarde serduszko. Wtedy przychodzi i mówi "To dam ci całuska i przytulę i już będziesz miała miękkie serduszko tak?" Mówię jej wtedy, że nie zawsze to tak działa, że całusek wystarczy, ale na pewno ważne żeby miała świadomość tego, że coś źle zrobiła. Idzie wtedy np.przeprosić siostrę, że ją popchnęła i wraca do mnie. "Teraz lepiej, na pewno serduszko już jest miększe" 
Już nawet tak małe dzieci doskonale zdają sobie sprawę z tego, że nie zachowały się tak jak powinny.  Każdemu zdarza się coś "nabroić" - tym dużym i tym małym, ale staram się już teraz nazywać uczucia, tak, żeby w przyszłości dziewczynki potrafiły mieć wielkie serce, otworzyć je choćby wtedy kiedy będą musiały razem zmierzyć się z prawdą o ich przeszłości. 

wtorek, 2 maja 2017

Tata na obcasach

Kiedyś usłyszałam od kogoś taką teorię, że ojciec powinien zacząć interesować się wychowaniem dziecka jak skończy ono 7 lat. Wcześniej nie ma sensu, bo i tak jest to zbędne i nie ma większego znaczenia dla jego rozwoju. Usłyszawszy te słowa, zrobiłam wielkie oczy i zaniemówiłam. Ten 40-letni wtedy człowiek nie żartował. Odjęło mi po prostu mowę, że ktoś może mieć takie poglądy. Tak naprawdę podążając za teorią tego pana, przez 7 lat, tatusiowie nie mają co robić. Mogą spokojnie zająć się swoim życiem i samorozwojem czekając na ten magiczny moment, w którym będą mogli wreszcie wkroczyć w życie swojego dziecka.


Już przed adopcją dziecka wiedzieliśmy, że to mój mąż uda się na urlop na warunkach urlopu macierzyńskiego, zwany potocznie tacierzyńskim. Najzwyczajniej  w świecie, taki układ był dla nas najkorzystniejszy - mąż pozostanie rok w domu z dzieckiem, a ja będę kontynuować pracę. Tata miał do wyboru: albo 80% pensji przez cały rok, albo 100% przez pierwsze pół roku a potem 60%. 
Na szczęście mój charakter pracy, pozwalał nam na przebywanie w 3 prawie przez cały czas - wybierałam bowiem takie terminy, kiedy maluch spał lub pracowałam w domu, co pozwalało mi na stały kontakt z rodziną. 
Układ idealny można powiedzieć, ale czy każdy tata na to by się zdecydował? Tego nie wiem. W pracy mojego męża tylko on i jeszcze jeden kolega skorzystali z tej możliwości. 
Nie ukrywam, że będąc w 3 było nam ze wszystkim łatwiej. Codziennie uczyliśmy się siebie, wspieraliśmy, dzieliliśmy obowiązkami. Przeżywaliśmy pojawienie się dziecka razem, nie było czegoś takiego, że tylko matka jest najważniejsza. To było NASZE dziecko, urodziło się dla nas obojga. 

Znajomy "ekspert" od wychowania dzieci nawet nie wie jak bardzo się myli. 
Kiedy rodzi się dziecko, to matka jest z nim najbardziej związana. To ona przecież nosi dziecko pod sercem, rodzi, karmi piersią, opiekuje się. W przypadku adopcji, sprawa wygląda nieco inaczej. Mimo, że każdy z nas przeżywa "adociążę" na swój sposób, to dziecko rodzi się po prostu dla nas. I mimo, że zwykle to właśnie matka w obydwu tych przypadkach zostaje z dzieckiem w domu (nie licząc sytuacji taka jak nasza) to jest wiele rzeczy, które możemy zrobić, żeby ojciec nie musiał czekać tych 7 lat, by być dla dziecka ważnym. 

Poniżej lista 10 ważnych rzeczy o których powinniśmy pamiętać:

1) Wiele kobiet czuje się spełnionych po narodzinach dziecka, nieświadomie odsuwając męża na drugi plan. Zamiast tego, spróbuj zaangażować męża w pielęgnację dziecka, przewijanie, zabawy.

2) Karmienie piersią rzeczywiście jest zarezerwowane dla kobiet, ale ojciec też może przeżywać tę radość poprzez karmienie butelką. Tym bardziej w przypadku rodzin adopcyjnych. 
U nas w dzień karmienie odbywało się na zmianę, w nocy zaś ja opanowałam do perfekcji trzymanie butelki i jednoczesne spanie ;) Mąż za to był odpowiedzialny za odłożenie dziecka do łóżeczka (braliśmy ją do siebie i kładliśmy obok na poduszce ) Skutkowało to tym, że potrafiłam się budzić po godzinie z krzykiem Gdzie jest dziecko! ze zmęczenia zupełnie nie pamiętając, kiedy karmienie się zakończyło. Wybity ze snu mąż wyskakiwał z łóżka, by po chwili zmarszczony wrócić i przekazać mi informację, że o co mi chodzi, przecież maluch smacznie śpi.
Starsze dziecko niech ojciec zabierze na lody lub przygotuj wcześniej budyń czy galaretkę, by mogli razem zjeść.

3) Jeżeli to ojciec pracuje a ty przebywasz na urlopie, pozwól, by to mąż zajmował się dzieckiem po powrocie z pracy. Niech to będzie ich chwila na nawiązanie więzi. Z większym dzieckiem może porysować, poukładać klocki, a nawet obejrzeć wspólnie bajkę jeśli jest zmęczony.

4) Twój mąż zapewne zaproponuje dziecku inne zabawy. Przecież maluch nie zawsze musi robić coś mądrego i pożytecznego. Siedzenie "na barana" u taty i uciekanie przed dzikiem dookoła kanapy jest tak samo ważne i fascynujące jak łamigłówki. 
Już przy niemowlęciu zauważyłam, że mąż wymyśla dziecku inne zabawy, wykorzystuje proste rzeczy tworząc niesamowite układy stymulujące dziecko.

5) Nic nie sprawia takiej radości jak wbijanie gwoździ, naprawianie czegoś razem z ojcem. Obojętne, czy masz w domu małą księżniczkę, czy też dzielnego rycerza, pozwól, by twoje dziecko spędzało czas na majsterkowaniu. Nie bój się, że mąż nie będzie w stanie dopilnować dziecka, on tez przecież jest dorosły. W razie potrzeby udziel kilku instrukcji co dziecku wolno a co nie. Już nawet niespełna roczne dziecko można zaangażować w prace domowe.

6) Nie bądź perfekcjonistką! Nie myśl, że gdy ciebie zabraknie, to dom stanie na głowie. W pewnym sensie tak, ale dziecku nic nie będzie. Zostaw tatę z dzieckiem i idź z koleżanką na kawę albo do fryzjera. Odpoczniesz psychicznie a mąż zobaczy jaka to ciężka praca opiekować się potomkiem. Im częściej będziesz to robić, tym szybciej zobaczysz, że twoje dziecko ma się dobrze. 

Owszem, bywało, że przychodziłam z pracy o 13 a w domu zastałam taki widok: nieogolony mąż w piżamie leży z dzieckiem ( również w piżamie) na podłodze na kocu i bawi się. Obiadu dla nas nie ma, w domu bałagan, ale dziecko nakarmione i szczęśliwe.

7) Znajdź czynności, które możesz zarezerwować tylko dla taty i dziecka. Może gra w piłkę lub jakiś inny sport? 

8) Pozwól tacie śpiewać, czytać z dzieckiem książeczki. Nigdy nie śmiej się, że mąż nie ma głosu. Dla dziecka nie jest to ważne. U nas dopiero dwulatka stwierdziła, że lepiej niech tatuś nie śpiewa, bo bolą ją uszy ;)

9) Usypiajcie dziecko na zmianę lub razem. Niech nie będzie to tylko twoim obowiązkiem. Towarzyszenie dziecku jest dla niego bardzo ważne, gdyż jest to ten moment w którym na kilka godzin musi się ono pożegnać z rodzicami i zostać samo. Czytajcie książeczki, śpiewajcie, opowiadajcie historyjki.

10) Przede wszystkim bądźcie rodziną. Niech każdy znajdzie w niej swoje miejsce. Wprawdzie to właśnie kobieta jest tą osobą, która wszystkim steruje, ale niech mąż też pełni w tym swoją ważną rolę.

Mężczyzna od którego słów rozpoczęłam tego posta i jego partnerka, od jakiegoś czasu bezskutecznie starają się o dziecko. Bardzo jestem ciekawa, zakładając, że uda im się powiększyć rodzinę, czy jego teoria czekania 7 lat sprawdzi się. 

poniedziałek, 1 maja 2017

Nasza majówka

No cóż, pogoda w tym roku nas nie rozpieszcza. Pamiętam taką majówkę, kiedy wybraliśmy się na Mazury. Wynajęliśmy bardzo fajne domki, nad samym jeziorem, ale cóż z tego jak temperatura nie przekraczała kilku stopni w nocy. Właściciel gorączkowo szukał dla wszystkich jakichś przenośnych farelek, grzejników, a my pod 3 kocami tuliliśmy się do siebie, żeby nie zamarznąć ;)

Dziś zapraszam Was na krótką wycieczkę do Warszawy. Nie zwiedzaliśmy muzeów ani też nie wybraliśmy się na spacer do Łazienek, gdzie zapewne przyszło mnóstwo ludzi. Nie robiliśmy też nic kreatywnego. Nie robiliśmy w zasadzie nic wyjątkowego. Po prostu byliśmy razem. 

Krótka relacja i zdjęcia:


Dość niska temperatura odstraszyła nawet stałych mieszkańców parku. Po jedzenie zjawiła się tylko jedna samotna łyska zwyczajna...





















Nie brakowało jednak chętnych wśród innego ptactwa ;)







E.szalała na swoim rumaku ;)












Ulubiony punkt programu tzw. planespotting, czyli obserwujemy samoloty - tym razem podziwiamy jak lądują :)








Nasze dzieci uwielbiają zwierzątka. Dziś odwiedziliśmy znajome koniki w pobliżu lotniska.











Na koniec coś dla brzuszka, czyli Tajska kuchnia - zawsze smakuje tym dużym i tym małym. Dziś E. próbowała jeść pałeczkami. Nawet nieźle jej szło, kilka razy jakimś cudem "złowiła" kluski z wkładką ;)

PAD KEE MAO z kurczakiem




PAD THAI z kurczakiem













A na koniec tajski deser - Kokosowy pudding z tapioki z tajskimi owocami.