sobota, 29 września 2018

Nasze Top 3 książki ostatnich tygodni.


Dziewczynki kochają postacie z Disney'a. Oczywiście na topie u Elsy nadal są księżniczki (niezmiennie z królową Arendelle na czele), a u Misi jak to u Misi ukochane są ... misie, ale i ona bardzo chętnie ogląda przygody Księżniczki Zosi, Roszpunki i innych. Ostatnio moje pociechy wkręciły się również w oglądanie bajki o sympatyczniej Vampirinie, pomimo tego, iż na początku były do niej dość sceptycznie nastawione. Jeżeli chcecie przeczytać o niej więcej zajrzyjcie na blog On Ona i Dzieciaki, znajdziecie tam bardzo fajną recenzję bajeczki wraz z innymi propozycjami związanymi z filmem. Link do posta KLIK 
Dziś jednak nie będzie o filmach Disney'a, ale o dwóch książeczkach, które są w naszym domu absolutnymi hitami ostatnich tygodni. Do tego jeszcze jedna pozycja, która potrafi zająć dziewczynki na bardzo długo.


1) Absolutny must have dla fanów Krainy Lodu, ale nie tylko. Wprawdzie książka skierowana jest do starszych czytelników, ale wierzcie mi, że zainteresuje również młodsze dziecko. Bohaterowie uczą co to są gwiazdy, planety, czy Zorza Polarna, a wszystko to we spaniałej szacie graficznej.





Moim dziewczynkom książka bardzo się podoba. Pomimo tego, że jest dla nich trudna, zaczęły zwracać uwagę na kształt księżyca, rozumieją co to pełnia, patrzą też, czy dużo gwiazd jest na niebie.



2) Bardzo ciekawa propozycja tym razem dla fanów Nemo i Dory, choć również i tu myślę, że spodoba się wszystkim dzieciom. Barwne obrazki i ciekawie opisany podmorski świat musi zachwycić wszystkich!





3) Trzecia propozycja tym razem nie od Disney'a, ale również fajna :) Dziewczynki bardzo wkręciły się w rysowanie. Misia jest jeszcze na poziomie futuryzmu, czyli ona mi mówi co rysuje, a ja próbuję się doszukać czegokolwiek w jej rysunkach, co przypominałoby to, o czym mówi. Elsa natomiast, bardzo rozwinęła się w swoich pracach, dlatego zainteresowała ją następująca książka:


W książce, krok po kroku, opisane jest jak narysować różne rzeczy, od prostych zwierzątek, po bardziej skomplikowane postacie.





Oprócz lekcji rysunku, w książeczce znajdziecie również propozycje zabaw farbami i inne ciekawe prace. 




A oto kilka prac wykonanych przez moją starszą córkę :) Zauważyłam, że chętniej patrzy na końcowy obrazek, niż korzysta z podpowiedzi jak rysować krok po kroku. Niemniej jednak książka daje jej wiele pomysłów na to co i jak może narysować.

Elsa - 4 lata






czwartek, 27 września 2018

Dziecko niechciane, czyli nieudanej adopcji ciąg dalszy.


Zdj:Pixabay

Dziś chciałabym powrócić do historii sprzed kilku miesięcy, a dokładnie do stycznia, kiedy to wszystko się zaczęło. Żeby już nie zawracać głowy i nie wklejać linka do starego posta, po krótce przybliżę o co chodzi. 
Rozpaczliwie szukając jakiejkolwiek pomocy, napisała do mnie przyszywana babcia 11-letniej dziewczynki, która właśnie była w trakcie powrotu z nieudanej adopcji. Pisząc tamtego posta jeszcze niewiele wiedziałam, zdawkowe informacje przekazywane tylko za pomocą maili, stworzyły obraz w który dziś aż trudno uwierzyć. Jestem jednak związana z tą sprawą od samego początku i obecnie mogę powiedzieć, że wiem już wszystko. Wszystko to, co powinnam wiedzieć, by kolejny raz stwierdzić, że błędy dorosłych, procedury, zawiłości prawne i przede wszystkim ludzka bezduszność sprawiły, że dziecko, które mogło znaleźć dom, nie znalazło go. I po raz kolejny stwierdzam, że uśmiechnięte twarze ludzi adoptujących dzieci i szczęśliwe dzieci znajdziecie przede wszystkim na plakatach propagujących adopcyjne rodzicielstwo. W życiu codziennym, oprócz historii takich jak moja, czy innych blogujących mam, które kończą się jak dotąd szczęśliwie, są i takie jak ta o której dziś napiszę. A muszę wam powiedzieć, że chyba dopiero zajmując się tą sprawą otworzyły mi się oczy na pewne rzeczy, które mają miejsce. 

Wróćmy jednak do samego początku. Dlaczego babcia Tosi nazwała się przyszywaną babcią? A no dlatego, że nie łączą ją z nią żadne więzy krwi. Jest to ważne, by zrozumieć cały mechanizm, całe poświęcenie tej jednej kobiety dla dziecka, z którym w zasadzie łączy ją tylko to, że również opiekuje się jej biologicznym dziadkiem, obecnie umierającym. 

Nieudana adopcja.

Tosia trafiła do rodziny adopcyjnej tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Jak potem okazało się, pani nie do końca była przekonana do niej, nigdy nie otworzyła się na to dziecko i chyba nigdy nie pogodziła z brakiem swojego dziecka biologicznego. Domyślam się, że cały pomysł z adopcją wyszedł od jej męża, który ze względów zdrowotnych nie był w stanie jej tego dziecka dać. W styczniu odbyła się sprawa o przysposobienie i pomimo tego, że babcia zgłaszała swoje wątpliwości co do zasadności tejże adopcji, ośrodek przekonywał ją, że jest to krok słuszny. Dziś podejrzewamy obie, że ponieważ był to koniec roku, a dziewczynka też nie była "wygodna", bo trudno dla niej znaleźć rodzinę, chcieli zamknąć sprawę możliwie jak najszybciej. W dniu przysposobienia dziecka, po godzinie 17, kiedy to państwo zajechali do domu z Tosią (sprawa odbyła się w innym mieście) babcia dostała telefon, że państwo "oddają dziecko" W swoim uzasadnieniu później napisali, że dziecko dostało ataku szału, a oni nie mogą pozwolić sobie na niestabilność emocjonalną. Piszę to jedynie informacyjnie, nie staram się tu nikogo oceniać. Być może ci państwo nie byli wystarczająco dobrze przygotowani przez ośrodek, być może nie mieli wyobrażenia tego, z czym wiąże się decyzja o adopcji dziecka, zwłaszcza starszego, które niesie za sobą ogromny bagaż i ciężar doświadczeń. Piszę to po to, by kolejny raz dać namacalny przykład tego, jak odpowiedzialna jest to decyzja i że musimy być przygotowani na wszystko. Obojętne, czy dziecko ma 10 lat, czy 3 lata, to jak przeżyło traumę swojego poprzedniego życia, czyli z rodziną biologiczną, zależy w dużej mierze od charakteru, od wsparcia, pomocy i oczywiście rodzaju i jej siły (traumy) Nigdy nie można mieć pewności, czy małe dziecko nie będzie miało ataków szału, pisaliśmy o tym wielokrotnie. W przypadku dziecka starszego różni się jednak tym, że takie dziecko już jest w pewien sposób ukształtowane, choćby językowo. Trzylatek nie jest w stanie udzielić nam takiej riposty jak dziesięciolatek, trzylatek nie będzie straszyć samobójstwem, bo jeszcze nie wie co to jest, a starsze dziecko już tak. 
Trudno mi powiedzieć co wydarzyło się tamtego dnia, w dniu przysposobienia. Tosia twierdzi, że nie wydarzyło się nic takiego, co mogłoby być przyczyną lawiny wydarzeń, które nastąpiły. Fakt jednak pozostaje taki, że państwo złożyli wniosek do sądu o unieważnienie przysposobienia. Z jednej strony takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. Dobrze przeszkoleni rodzice, mający wsparcie i dużo czasu na nawiązanie więzi, podejmując tę ostateczną decyzję powinni jej być na 100% pewni. Jeżeli jednak takie warunki miejsca nie miały, lepiej, że ci państwo otrząsnęli się już na samym początku. Trwanie w takim układzie mogłoby doprowadzić do tragedii i nie mówię tylko o przyszłości dziecka, ale także ich samych.

Co dalej?

Psycholog postanowił, że Tosi nie powiedzą dlaczego musi wyprowadzić się z nowego domu. Miało to bowiem chronić ją i pomóc w zaufaniu kolejnym osobom. Nie jestem psychologiem, trudno wypowiadać mi się na temat słuszności tej decyzji, jednakże nie rozumiem dlaczego Tosia musiała czekać aż 10 dni na jakiekolwiek wyjaśnienia, które sprowadziły się w końcu do informacji, że tak zadecydował sąd. Babcia przyjęła ją pod swoje skrzydła, sama dostając zakaz rozmowy na ten temat. Trudno jednak ukrywać prawdę przed 11-letnim dzieckiem, które wszystko słyszy i wszystko rozumie. Wykończona psychicznie dziewczynka usłyszała, że już do tamtej rodziny nie wróci (w głowie układała sobie scenariusz, że to pewnie na chwilę, że coś jeszcze trzeba załatwić) 

Jest połowa stycznia. Tosia powinna dostać natychmiastową pomoc i być umieszczona w rodzinie. Tak się niestety nie dzieje. Wprawdzie został wyznaczony do opieki koordynator, ale niestety brak zaangażowania z jego strony przyczynił się do tego, że pomoc widniała tylko na papierze. Przez te wszystkie miesiące przekonywano babcię, że dziecku nie należą się żadne świadczenia, ani 500 plus, ani żadna inna zapomoga. Pomimo wielokrotnych zapytań, urzędowo potraktowana babcia, została po raz kolejny odesłana z kwitkiem. Przez cały ten czas łoży więc na dziecko, załatwia dodatkowe lekcje, by pomóc jej zdać do następnej klasy. 
Niedawno okazało się, że Tosi należy się 500+ oraz wyprawka szkolna. Pomoc społeczna nie może jednak wypłacić zaległej kwoty, a więc można śmiało powiedzieć, że niekompetentne panie urzędniczki "okradły" dziecko na kilka tysięcy złotych.

Ośrodek postanawia również, żeby babcia została dla Tosi rodziną zastępczą, jednak pani Maria nie ma czasu, by ukończyć kurs, którego nagle zażądali - testy psychologiczne, badania, szkolenie, podczas gdy ona zajęta jest opieką nad umierającym człowiekiem, swoim podupadającym zdrowiem oraz wychowaniem  nastolatki. 

Dziecko niczyje.

Przez tyle miesięcy Tosia ma tylko opiekuna prawnego, swoją przyszywaną babcię, która sprawuje nad ją właściwą opiekę. Nie ma rodziny zastępczej ani adopcyjnej. Z sądu przychodzi pismo, wspominające ojca dziewczynki, ojca, który dawno już nie żyje, czego najprawdopodobniej nie mieli odnotowane. Tosi nie należą się świadczenia po rodzicach, ponieważ nie opłacali składek. Ile w tym kraju mamy takich przypadków jak Tosia? Czy dziecku naprawdę nie należy się nic? Żadna renta po rodzicach? Czyż to nie państwo powinno bronić dziecka i dać mu to, czego nie dali rodzice? Jest to dla mnie niewyobrażalna sprawa. 

Babcia.

Takich ludzi jak pani Maria się nie lubi. Wchodzą z butami oknem, gdy wyrzuci się ich drzwiami. Nie uda się zbyć ich byle czym. Pani Maria siedzi godzinami przed komputerem, czyta różne rozporządzenia, przepisy, by w razie czego móc bronić się konkretami. Oczywiście gdybyście porozmawiali z przedstawicielem ośrodka, czy pomocy społecznej, to przedstawi wam sprawę tak, by okazało się, że to właśnie babcia wszystko utrudnia. Taki przykład. Tosi został przydzielony psycholog dziecięcy, który miał jej pomóc przejść przez traumę nieudanej adopcji i przygotować ją do ewentualnego pobytu w innej rodzinie lub placówce. Ich spotkania jednak ograniczały się do wypełniania psychologicznych testów i rozmów zupełnie nie związanych z tematem. Rozmawiałam z dziewczynką osobiście i jest to dziecko, które jest bardzo otwarte na ludzi, nie ma problemów z otworzeniem się na drugiego człowieka. Przy minimalnych wysiłku ze strony dorosłego opowiada o wszystkim co leży jej na sercu. Niestety nie mieszkamy w tym samym mieście i nie jestem w stanie zapewnić jej takiego kontaktu, jakiego by potrzebowała. Psycholog oddelegowany na siłę, by wypełnić tylko papierek, nigdy nie spełni swojej roli, bo najzwyczajniej w świecie mu nie zależy. Dziewczynka zżyła się bardziej z panią z wolontariatu, która zabiera ją na basen, przyjaźni się z nią. Gdy babcia zgłosiła swoje wątpliwości co do pracy psychologa, spotkała się z oburzeniem ze strony ośrodka. A muszę wam powiedzieć, że pomimo swojego wieku, pani Maria to konkretna, zaradna i przemiła osoba. Udało nam się dwa razy ją odwiedzić i byłam bardzo zaskoczona tym, jak daje sobie ze wszystkim radę. Czyste i schludne mieszkanie, urządzone ze smakiem, dobre warunki dla dziecka, pomimo małego metrażu sprawiają, że środowisko w którym przebywa jest dla niej sprzyjające. 

Dobro dziecka gdzieś tam na końcu. 

Zajmując się ta sprawą dopiero zobaczyłam jak ogromną pracę wkładają ośrodki w dobór rodzica do dziecka . Oczywiście mówimy o dobrym ośrodku, o ludziach, dla których dobro dziecka jest najważniejsze. Przy okazji tej sprawy okazuje się, że niestety dla wielu jest to tylko kolejny smutny przypadek, a pani rozkładająca ręce i mówiąca "cóż ja mogę zrobić" zapomniała chyba, że za nazwiskiem na papierze kryje się dziecko, człowiek, istota ludzka. Jeżeli pomoc społeczna, która jak sama nazwa mówi powinna pomagać, a nie może, to kto może? Tosia ma prawdziwe szczęście, że trafiła na panią Marię. Ale ile innych osób ta sytuacja po prostu by przerosła? 

Światełko w tunelu, które znika.

Jako, że ośrodek nie kwapił się, by dziewczynce znaleźć dom, ona sama w międzyczasie skończyła już 12 lat, więc każdy miesiąc działa na jej niekorzyść, spróbowałyśmy rozejrzeć się same w środowisku adopcyjnym, czy jakaś rodzina nie czeka na takie właśnie dziecko. W całym tym okresie od powrotu Tosi z nieudanej adopcji do dnia dzisiejszego, udało nam się znaleźć kilku kandydatów, którzy ewentualnie mogliby przyjąć ją do siebie. Po wielu rozmowach z psychologiem ustaliłyśmy, że ze względu na to, co Tosia przeszła, najlepiej będzie jeśli znajdzie się dla niej rodzina bezdzietna, która będzie mogła jej poświęcić całą swoją uwagę. Jako że dziecko nigdy nie dostało od swoich biologicznych rodziców miłości, ani jej podstawowe potrzeby nie były zaspokojone, powinna mieć indywidualną uwagę skupioną na niej. To oczywiście opis idealnych warunków, w jakich Tosia miałaby szansę najlepszej zafunkcjonować. Zgłaszały się do nas różne rodziny, ale jak to zaznaczyła pani psycholog, nie chodzi o to, by umieścić ją byle gdzie, upchnąć, jak to się potocznie mówi, bo można dziecku wyrządzić jeszcze większą krzywdę. Pewnie wielu z was pomyśli, że lepiej niech idzie gdziekolwiek, niż ma nie mieć rodziny wcale. Niestety to tak nie działa. Tu nie ma czegoś takiego jak mniejsze zło. Tosia to duże, ukształtowane już w pewien sposób dziecko, a umieszczenie jej w niewłaściwej rodzinie może nieść za sobą fatalne skutki. Pomimo, że psycholog na początku była przeciwna, postanowiłyśmy z panią Marią dać szansę pewne samotnej pani, która chciała przyjąć Tosię do siebie. I choć rodzina nie byłaby kompletna, widziałyśmy tu dużo plusów, takich jak choćby możliwość całkowitego poświęcenia się dziecku. Już miało dojść do spotkania, kiedy to okazało się, że niestety pani nie może zostać RZ, ponieważ ... jest z innego województwa. Nie będę tu rozwijać wątku, ponieważ nie jest to istotne w tym momencie, a sprawa też ciągnęła się bardzo długo. 

I wreszcie światełko w tunelu. Znalazła się pełna rodzina dla Tosi. Tylko co się okazuje? Kolejny raz nieodpowiedzialność i niefrasobliwość urzędników jest przyczyną tego, że adopcja nie może dojść do skutku. 
Czemu tak się stało? Rodzina obecnie mieszka za granicą, w Niemczech. Kiedy starali się o adopcję, pan pracował już poza Polską, Pani wraz z 2 dzieci mieszkała w kraju. Powiedziano im, że warunkiem uzyskania kwalifikacji jest to, że muszą być razem., obojętne gdzie, tu w Polsce lub za granicą. Ze względu na różne ważne czynniki, rodzina postanowiła wyjechać i dołączyć do ojca. To był ten moment, w którym w zasadzie przekreślili swoje szanse na adopcję. Ośrodek nie sprawdził jak w takim razie wyglądają procedury, gdy rodzina przebywa za granicą, tym samym marnując dwa lata przygotowań i oczekiwania. Teoretycznie rodzina mogłaby się starać, ale tylko teoretycznie. Przebywając w Niemczech, adopcja musi już przejść jako zagraniczna i to przez ich przepisy i urzędy. To długi, żmudny i niebezpieczny proces. Do akcji wkracza bowiem urząd zwany Jugenamt. 
Ja rozumiem, że ośrodki nie mają obowiązku wiedzieć wszystkiego i znać się na przepisach, ale czy jeśli mają taki odosobniony przypadek to nie powinni przyznać się, że nie mają na ten temat wiedzy i zasięgnąć porady gdzieś wyżej? Czemu ciągle potęguje przeświadczenie, że każdy musi być alfą i omegą w swoim zawodzie. Przecież wystarczy szczerze przyznać, że nie było takiego przypadku i poszukać wiedzy u kogoś, kto może ją ma. Czy to takie trudne? Wracamy więc do punktu wyjścia. Jest dziecko, jest rodzina pragnąca ją przyjąć i na tym koniec. Dziecko nadal bez domu, rodzina rozżalona. Należy się jednak zastanowić, skoro my dwie mogłyśmy tak dużo zrobić, znaleźć kandydatów, to czy ośrodek dysponujący ogromnymi możliwościami naprawdę nic nie mógł zrobić? Wątpię.

Propozycja.

Przyciśnięty do muru przez sąd ośrodek, postanowił w wakacje umieścić dziewczynkę w rodzinnym domu dziecka. Brzmi fajnie, prawda? Jednak czy aby na pewno to dobry i przemyślany wybór dla Tosi? Bardzo kontrowersyjny DD, kilka spraw z przeszłości, jedna z nich nawet była w TVN Uwaga, którego nagranie znalazłam na YouTube. Sami pani również kontrowersyjna. Jedno z pierwszych pytań jakie zadało, to jakie ma dziewczynka zdolności, najlepiej, żeby to był taniec. Pozwolicie, że zostawię bez komentarza. Babcia jako opiekun prawny nie wyraziła zgody na pobyt dziecka u tej pani.

Zmarnowana szansa.

Tosia została zabrana od ojca, gdy ten jeszcze żył. Miała wtedy chyba 9 lat. Gdyby znaleźli się ludzie, którzy chcieliby jej pomóc, tak naprawdę pomóc, miała jeszcze wtedy szansę na naprawdę dobry dom i jako taką przyszłość. Zamiast tego, trafiła do rodziny, do której trafić nie powinna, a potem do babci, u której tyle przebywać też nie może. Pani Maria jest osobą po 70, schorowaną, sama być może wkrótce będzie potrzebowała opieki. Pomimo przeszkód i trudności, oraz tego, że prócz Tosi ma jeszcze umierającego dziadka, daje radę. I wiecie co, podziwiam tę kobietę, za to że jest twarda, że nie odpuszcza i za to, że prawdopodobnie właśnie ratuje życie tej dziewczynki. Tosia ma już 12 lat i prawie zerowe szanse na rodzinę. Nie marzyłyśmy z panią Marią o rodzinie adopcyjnej, ale żeby w całej Polsce przez tyle czasu nie znalazła się dobra rodzina zastępcza dla niej, jest dla mnie niezrozumiałe i nie do przyjęcia. Dziewczynka jest po traumie, oczywiście, przeszła więcej niż niejeden dorosły, ale jest pogodna, otwarta, a jej największym marzeniem jest przytulić się do mamy. Prawdopodobnie jej marzenie się nie spełni. Ma 12 lat. Jest za stara, by ją pokochać. Za stara by dać jej dom. Za stara, by mieć mamę. Wiecie co jest najsmutniejsze? Że czytając takie historie, niejednemu płyną łzy. Żal nam, że taki los spotyka właśnie dziecko. Tylko żaden z dorosłych nie umiał i nie chciał pomóc. Wylewać łzy jest łatwiej, trudniej naprawdę coś zrobić.





*Imiona osób zostały zmienione.






































środa, 26 września 2018

Nie lekceważ gorączki! Badanie CRP- kiedy i po co się je wykonuje.


Chyba będzie trzeba zmienić podręczniki dla dzieci i przestać je uczyć, że mamy 4 pory roku. Kolejny raz z lata robi się w zasadzie wczesna zima, z tą różnicą, że nadal jest zielono i nie ma śniegu. Nad ranem termometry pokazują zaledwie 2 stopnie, a jeszcze tydzień temu miałam na sobie sukienkę na ramiączkach i w głowie swój pobyt na wakacjach. Powiem wam szczerze, że mam problem, bo nagle okazuje się, że nie mam odpowiednich butów, a swetry pochowane są gdzieś głęboko w pudłach. Na wierzchu tylko moje ulubione klapeczki, w których gdybym pokazała się na ulicy to ludzie gotowi pomyśleć, że uciekłam z psychiatryka. 

No, ale do rzeczy. W miniony piątek, dobrze nastawiona na koniec tygodnia i zaczynający się weekend, ochoczo przystąpiłam do pracy. Jeszcze tylko dwie godzinki i będę wolna. Jednak około godziny 12 zaczęłam się tak źle czuć, że w głowie zaświeciła się lampka. Najwyraźniej coś się ze mną działo nie tak. Do końca nie dotrwałam, musiałam jedne zajęcia odwołać. Pomimo panującego upału na dworze, ubrana w długi rękaw i spodnie, trzęsłam się jak przysłowiowa galareta. Kiedy dojechałam do przedszkola, musiałam wyglądać tragicznie, ponieważ pani dyrektor, która mnie zobaczyła, prawie zaniemówiła widząc mnie w takim stanie i zaproponowała pomoc. Gdy wróciłam do domu miałam 39.2 i nie byłam w stanie funkcjonować. Wzięłam tabletki na spędzenie gorączki, przygotowałam okład z lodu, a mąż zabrał dziewczynki na balet. Męczyłam się przez 3.5h, ponieważ gorączka nie chciała za nic w świecie spaść. Dopiero po około 4h zaczęłam się mocno pocić i choć temperatura nadal była wysoka, bo obniżyła się zaledwie do 38.3, to ja czułam się o niebo lepiej. Rozmawiałam z moją znajomą lekarką i powiedziała mi, że panuje straszne paskudztwo (przynajmniej u nas w regionie), które objawia się właśnie wysoką gorączką i trwa od 1 do 4 dni. Poradziła, że jeśli temperatura powróci, powinnam udać się na badanie CRP, na podstawie którego można określić, czy w organizmie jest jakiś stan zapalny. Podała mi przykład dziecka, które prócz gorączki nie miało żadnych innych objawów (podobnie do mnie), dopiero wynik ponad 260 pokazał, co naprawdę się dzieje.

zdjęcie:thinkstockphotos.com
Norma, czyli wartość prawidłowa białka CRP powinna mieścić się w przedziale 0,08 do 3,1 mg/l, jednak u palaczy, osób otyłych, z nadciśnieniem tętniczym może wynosić <10 mg/l.
CRP powyżej 3,1 do 10 mg/l z bardzo dużym prawdopodobieństwem wiąże się z obecnością reakcji zapalnej (najczęściej spowodowanej zakażeniem) w organizmie
CRP < 40 mg/l – oznacza łagodne zapalenia, infekcje wirusowe, ciążę
CRP < 200 mg/l – oznacza infekcje bakteryjne,
CRP < 500 mg/l – pojawia się w przypadku ciężkich zakażeń bakteryjnych i oparzeń

W piątkowy wieczór moja temperatura wynosiła 37.8, po podaniu Paracetamolu i Nurofenu. Następnego dnia gorączki już nie miałam, ale byłam tak słaba, że samo pójdzie do toalety było dla mnie wyczynem. Dziś czuję się dobrze, gorączka nie powróciła i mam nadzieję, że tak już zostanie.

Jeżeli wy lub wasze dziecko będzie miało wysoką gorączkę nie lekceważcie jej. Może to być objaw poważnego zapalenia i konieczne będzie podanie odpowiedniego leku.





piątek, 21 września 2018

Bezwarunkowa miłość.




Mama i jej nastoletni syn bardzo się pokłócili. Wieczorem syn podszedł do mamy, gdy stała w kuchni. W złości podał jej kawałek papieru. Mama umyła ręce i siadła do stołu. Oto, co przeczytała:

  • Za skoszenie trawy 10zł
  • Za wysprzątanie pokoju w tym tygodniu 5zł
  • Za pójście do sklepu 8zł
  • Za opiekę nad młodszym bratem, gdy ty poszłaś na zakupy 30zł
  • Wyniesienie śmieci 5zł
  • Za dobre wyniki w szkole 25zł
  • Za wysprzątanie i zagrabienie ogrodu 20zł
RAZEM: 103zł

Mama spojrzała na niego i zamyśliła się. Usiadła przy stole i chłopak zobaczył, że jest zasmucona. Wzięła długopis, odwróciła kartkę i oto co napisała:

  • Za 9 miesięcy przez które cię nosiłam, kiedy we mnie rosłeś - BEZ OPŁAT
  • Za wszystkie noce kiedy siedziałam przy tobie zalana łzami kiedy miałeś gorączkę - BEZ OPŁAT 
  • Za wszystkie łzy, które wywołałeś przez te wszystkie lata - BEZ OPŁAT
  • Za wszystkie noce wypełnione strachem o przyszłość - BEZ OPŁAT
  • Za wszystkie noce kiedy to zaniepokojona czekałam na ganku jak wrócisz - BEZ OPŁAT
  • Za wszystkie zabawki, jedzenie, ubranie, rowery - BEZ OPŁAT
  • Za wszystkie modne buty, które ci kupowałam, choć nie było mnie na nie stać, ale nie chciałam, żebyś był gorszy od swoich rówieśników - BEZ OPŁAT
  • Za wszystkie wycieczki na które jeździłeś, choć ledwo było nas na nie stać. - BEZ OPŁAT
  • Za wszystkie nieprzespane noce, kiedy to zastanawiałam się, czy jestem dobrą mamą i daję ci wszystko to, czego potrzebujesz - BEZ OPŁAT
  • Za to, że zawsze byłam przy tobie - BEZ OPŁAT
  • Za moją pomoc i radę - BEZ OPŁAT
Mama podniosła głowę i powiedziała: Synu, jeśli dodasz to wszystko do siebie, koszt mojej miłości to 0zł. Kiedy chłopiec skończył czytać, łzy napłynęły mu do oczu. Mamo, bardzo cię kocham, powiedział. Wziął kartkę i napisał na niej: ZAPŁACONE W CAŁOŚCI i uścisnął mamę najmocniej jak potrafił.

Trudno docenić swoich rodziców, póki sam nie staniesz się rodzicem. Pamiętaj, żeby dawać, a nie prosić, bo są rzeczy ważniejsze niż pieniądze. 

Dla moich rodziców. Dziękuję. Za wszystko. 





* Based on the story "Unconditional love" Power of Positivity.


czwartek, 20 września 2018

Misia i Elsa tańczą w balecie.


Jakiś czas temu pisałam wam, że moja starsza córka zapałała miłością do baletu. Zresztą obie zawsze kochały tańczyć. Wychowane na radiu, które bez przerwy grało w ich otoczeniu, bujają się w prawo i lewo, gdy tylko słyszą jakieś fajne dźwięki. Kiedy były małe nie cierpiały muzyki klasycznej (te wszystkie rady, żeby puszczać dzieciom Mozarta, tia) natomiast odkąd dostały pod choinkę fortepianik zabawkę, pokochały znane i lubiane przez wielu melodie. Zagrać ci mamusia "Dla Elizy"? pyta Elsa taszcząc do kuchni fortepian. Będzie ci się miło jadło. Nie mogłam odmówić, także jadłam spaghetti w towarzystwie Beethovena. 



Widząc, że miłość do baletu trwa, postanowiłam dotrzymać obietnicy i zapisać dziewczynki na lekcje. Misia na początku trwała przy decyzji, że będzie grać z dziadkiem w tenisa, ale po jakimś czasie stwierdziła, że te czynności nie wykluczają się, więc postanowiła dołączyć do siostry. 
W wakacje dowiedziałam się, że w Ośrodku Kultury odbywają się właśnie takie lekcje baletu, a młodsza grupa to dzieci od 3 roku życia, czyli idealnie. Według mnie cena za zajęcia jest rozsądna, 60zł za miesiąc 2x w tygodniu po 30minut, więc można sobie chyba pozwolić na takie szaleństwo :)

Kiedy zapisywałam dziewczynki, pani pyta mnie, czy na pewno będą chodzić. Odpowiedziałam jej szczerze, że nie wiem. Na razie bardzo chcą chodzić, ale może się okazać, że za 2 miesiące zmienią zdanie. Na razie na pewno chcą spróbować.

Pierwsza lekcja baletu.

Pierwsza lekcja odbyła się we wtorek. Podekscytowane dziewczynki założyły zwiewne sukieneczki (nie mają jeszcze odpowiedniego stroju) i udałyśmy się w towarzystwie babci na zajęcia. Na miejscu okazało się, że mama zapisała również jej ulubioną psiapsiółkę, więc szczęście było podwójne. Do grupy należy również jeszcze jedna koleżanka z grupy. 
Zajęcia odbywają się na sali, w której znajduje się scena i widownia. Dzieci uczą się tańczyć pod kierunkiem pani, która bardzo mi się spodobała. Na oko 40 lat, może więcej, szczuplutka, ciepła, łagodna. Zasugerowała, że dzieci lepiej się uczą, gdy rodzice nie są obecni przy nauce, ale dwa razy do roku odbywają się specjalne pokazy, na które można przyjść i obejrzeć swoje pociechy. Zostawiłyśmy więc dziewczynki, a same udałyśmy się ... na lody do pobliskiej kawiarni. Pogoda była cudowna, więc siadłyśmy na ławeczce i tak minęło nam te pół godziny.

Dziewczynki były bardzo zadowolone z lekcji. Ale wiecie co mnie zbudowało najbardziej? Gdy wielkie drzwi otworzyły się, zobaczyłam moje dwie córki trzymające się za ręce i idące razem. Dla mnie jest to niesamowite, bo nie raz Elsa zostawia Misię, gdy ma do dyspozycji inne koleżanki. Tym razem jednak psiapsiółka szła gdzieś z tyłu, a kochane siostrzyczki wyszły razem. Bardzo je za to pochwaliłyśmy z moją mamą. Potem nastał kolejny etap, czyli picie wody z dystrybutora stojącego na zewnątrz sal. Taka woda, gdzie samemu można wziąć kubek i ją nalać, najwidoczniej smakuje lepiej :D


Wieczorem czytałyśmy jedną z ulubionych książeczek, czyli "Zuzia uczy się tańczyć", dziewczynki wspominały kroki, które się uczyły na zajęciach. Nie dotrwały do końca, bo biedne padły ze zmęczenia o 20. Jutro kolejna lekcja. Zobaczymy jak nam pójdzie. Szczególnie mnie, bo Warszawa, piątek, korki i balet nie zawsze idą w parze ;)










































środa, 19 września 2018

Plusy i minusy wakacji, czyli o tym jak odpocząć i ciężko pracować w czasie urlopu.




Wakacje już za nami, a więc czas na podsumowanie chwil spędzonych wspólnie z rodziną. Dwa tygodnie poza domem, ponad 4 tysiące przejechanych kilometrów, bogatsi o nowe doświadczenia wracamy, by rozpocząć etap nauki i zabawy w przedszkolu oraz oczywiście pracę zawodową. Dla mnie takie wrześniowe wakacje mają zwykle również wymiar symbolicznego zakończenia pewnych rzeczy, podobnie jak ze starym rokiem. Na wakacjach człowiek wreszcie ma czas, by wyłączyć myślenie i przestawić się na zupełnie inny tryb funkcjonowania, a co za tym idzie przeanalizować pewne rzeczy, podjąć jakieś decyzje- te małe (którą ścianę przemalować) oraz te duże (zmiana pracy?) 



Wypoczynek czy ciężka praca?
Na nasze pierwsze wakacje pojechaliśmy z Elsą gdy miała rok z hakiem. Nie powiem, żeby był to wypoczynek. Bieganie non stop za maluchem dosłownie wszędzie, było raczej ciężką pracą niż relaksem. Od świtu do nocy trzeba było być na wysokich obrotach i to jeszcze bardziej niż w domu, który bądź co bądź jest przygotowany pod względem choćby bezpieczeństwa. Nie wspomnę już o pakowaniu tysiąca rzeczy potrzebnych dziecku. Kolejny rok nie przyniósł większych zmian, bowiem do Elsy dołączyła jej siostra, więc mózg pracował już nie na 100% a co najmniej na 200%. Z pomocą przyszli jak zwykle moi nieocenieni rodzice, którzy byli z nami i pomagali nie tylko w opiece, ale przede wszystkim bawili się z dziewczynkami, gdy my chcieliśmy najzwyczajniej w świecie odpocząć. Co cztery osoby to nie dwie, zwłaszcza do tak żywiołowych dzieci. 
Mogę powiedzieć, że w sumie dopiero w zeszłym roku pierwszy raz tak naprawdę zaczęliśmy wypoczywać. Dwulatek to już zupełnie inna bajka, mówi, więcej rozumie, interesuje się większością rzeczy dostępnych pod ręką. To właśnie wtedy zdecydowaliśmy się na nasz pierwszy wypad pod namiot, który według mnie był wspaniałą przygodą nie tylko dla nas, ale również dla dzieci.



Atrakcje.
Powiem tak. Dla mnie mogłoby być ludzi jak najmniej, cisza, spokój, zwiedzanie, odpoczynek. No, ale dzieci jak to dzieci, zamiast patrzenia na kolejną katedrę wolą pozjeżdżać na zjeżdżalni.  Chcemy, żeby wakacje były dla nich czasem, w którym mogą się wyżyć, dlatego staramy się wplatać w plan dnia jakieś szaleństwa ;) 
Nie wiem, czy to przez to, że w pewnych sprawach jeśli chodzi o wychowanie jestem starej daty, czy po prostu tak nam się wydaje, że jest lepiej, ale staramy się nie bombardować dzieci zbyt dużą ilością bodźców. Ja jako dziecko nigdy nie nudziłam się na plaży, pomimo tego, że jestem jedynaczką. Bawiłam się sama, z rodzicami, albo z innymi dziećmi jeśli takowe były w pobliżu. 
Kiedy rozmawiam ze znajomymi i słyszę, że dzieciom w zasadzie organizują cały dzień, to pytam: A gdzie jest czas dla was jako rodziny? Kiedy wreszcie możecie na spokojnie pobawić się z dziećmi, nie patrząc na komórkę, nie będąc zajętym niczym innym?   (pytam w myślach oczywiście, żeby nie było, że się wymądrzam ;) Rano animacje dla dzieci, potem basen i zjeżdżalnie, potem coś tam, coś tam, wieczorem animacje i spać. I w sumie to nie widzę w tym nic złego, sama przecież na występy dziewczynki zabierałam. Było mini disco dla dzieci i występy, które bardzo im się podobały, ale nie wyobrażam sobie, żeby na urlopie spędzać z nimi mniej czasu niż w domu. Wczoraj koleżanka powiedziała mi, że jej dzieci nudzą się na plaży, bo nie ma tam co robić. Jakże się myli. Tylko trzeba dziecku pokazać, odkryć z nim świat, w którym kilka muszelek, parę kamyczków, woda i piasek to magiczne królestwo pełne pomysłów i fantazji. W dzisiejszym świecie obserwuję, że rodzice non stop dostarczają dzieciom rozrywki, do tego stopnia, że dzieci zapomniały (lub nigdy nie wiedziały), że samo bycie dzieckiem to coś fajnego, bo dziecko ma tę naturalną chęć do odkrywania świata. Chyba, że jest ona stłamszona przez dorosłych.



Życie pod namiotem.
Pierwszy tydzień wakacji spędziliśmy pod namiotem nad jeziorem Maggiore, które w części należy do Szwajcarii a w części do Włoch. Znaliśmy je wcześniej właśnie ze szwajcarskiej strony. Byłam zaskoczona tym, że prawie wszystkie parcele były zajęte. Ludzi było sporo, ale kemping na tyle duży, że zupełnie nie odczuwałam tłoku i zmęczenia spowodowanego hałasem. 
Włochy przywitały nas upalnie, a że dojechaliśmy na miejsce dość wcześnie, to mieliśmy jeszcze sporo czasu na rozbicie obozowiska i odpoczynek. W nocy jednak przyszła taka burza, że nie mogłam spać aż do rana. Trzaskały pioruny, niebo błyskało się niczym w Nowy Rok. Temperatura znacznie się obniżyła. Następnego dnia lało cały Boży dzień. Powiem wam, że to nie był mój pierwszy raz pod namiotem w czasie burzy czy deszczu, ale tym razem załamałam się. Nasz namiot stał bowiem na lekkiej górce i w nocy zalało nam cały przedsionek. Woda spływając z góry, znalazła sobie ujście właśnie przy naszym stoliczku. Wstając z materaca w nocy weszłam po prostu w skarpetach do małego jeziorka, które utworzyło się pośrodku. Nasz namiot ma dwie sypialnie, umiejscowione w przeciwległych rogach, natomiast przedsionek znajduje się między nimi. Część rzeczy niestety została zamoczona. A dziewczynki? Żadna z nich nawet się nie obudziła, obie były zdziwione gdy pytaliśmy o burzę. I szczerze mówiąc to nie dla nich ta sytuacja była niekomfortowa, ale bardziej dla nas, szczególnie dla mnie. Pod koniec dnia dostałam kempingowej depresji i powiedziałam mężowi, że chyba się załamię, jeśli nie przestanie padać. Mój domowy optymista powiedział mi, że na pewno będzie lepiej. Nie wiem, czy ma jakieś znajomości tam na Górze, czy jak, ale wszystko się zmieniło na drugi dzień. Pamiętacie taką scenę z Forresta Gumpa, w której Forrest i porucznik są na statku próbując łowić krewetki a wokół szaleje burza? U mnie było podobnie. Tak jak w filmie kiedy nagle nastaje cisza i symboliczne pogodzenie się porucznika z Bogiem zaczyna się obfity połów krewetek, to u nas rozpoczął się tak naprawdę ten czas, na który tak długo czekałam. Przez cały pobyt nie spadła prawie ani jedna kropla deszczu, do czasu naszego wyjazdu, kiedy to rano gdy się szykowaliśmy przyszła burza. Nie trwała jednak długo i gdy wsiadaliśmy do samochodu, by kierować się już do domu, zza chmur wyjrzało słońce. W okolicach Wenecji (ok.100km dalej) żar już lał się ponownie z nieba.



Wzmocnienie więzi.
Okres wakacyjny jest wspaniałą okazją na wzmocnienie więzi w rodzinie, nie tylko tych z dziećmi, ale również między nami, małżonkami. Powiem wam szczerze, że to właśnie pod namiotem udaje nam się najlepiej. W pewnym sensie skazani na siebie, na przebywanie razem na tak małej przestrzeni, uczymy się kompromisu, pomagamy sobie i poznajemy siebie od każdej możliwej strony. Widzimy jak my i dziewczynki reagują w trudnych sytuacjach i staramy się je uczyć radzić z nimi (wychodzi na to, że lepiej sobie radzą niż ja ;) ) I choć przyznam, że nie raz moje nerwy były dość mocno nadszarpnięte, to i tak uważam, że tego typu wyprawy łączą i to bardzo mocno.



Mama i tata się relaksują.
Przyznam, że mieliśmy z mężem dużo czasu tylko we dwoje. Pomimo tego, że może nie mogliśmy wieczorem nigdzie wyjść, bo wiadomo, trzeba było pilnować dziewczynek, to w ciągu dnia było wiele takich momentów, w których mogliśmy odpocząć i porozmawiać. Podobno dobre małżeństwo można poznać właśnie na wakacjach, gdy siadasz przy stoliku i masz jeszcze tematy do rozmowy ;) Jestem zbudowana więc tym, że oprócz o dzieciach, możemy porozmawiać też o czymś innym. Popołudniowe picie Cappuccino tak weszło do naszego rytmu dnia, że kiedyś Elsa pyta: Kiedy idziecie na kawę a my na plac zabaw? (znajdował się obok)



Aktywnie i leniwie.
Lubimy aktywnie spędzać czas, ale przyznam wam szczerze, że nie mam absolutnie żadnego problemu z tym, żeby siedzieć na plaży i wpatrywać się w morze, albo spacerować brzegiem i zbierać muszelki. Nawet udało mi się przeczytać 1.5 książki, z czego byłam bardzo zadowolona. Najbardziej kocham tę myśl, że nigdzie się nie spieszę, że nic nie muszę, nawet patrzeć na zegarek. Dzień reguluje słońce. No i głód, żeby nie było ;)



Gotowi na zimę.
Oj tego chyba nie mogę powiedzieć. Wprawdzie czerpałam energii tyle ile się da, ale nie sądzę, żeby starczyło jej na aż tak długo, by przetrwać do następnego roku. Trzeba więc będzie sobie znaleźć sztuczne źródło pozytywnych fluidów ;) Na razie cieszę się piękną jesienią i chłonę to co przyniesie przyszłość.





poniedziałek, 17 września 2018

O powrotach i codzienności.




Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Wczoraj rano wróciliśmy z wakacji, co oznacza nic innego jak stosy prania, układanie zabawek i oczywiście pracę i przedszkole. Dziś dziewczynki po raz pierwszy w tym roku szkolnym musiały wstać o określonej porze. Oczywiście kiedy się obudziłam obie już leżały w naszym łóżku, ale żadna z nich budzika nie słyszała. Odsłoniłam więc zasłony i klasnęłam w dłonie mówiąc "Wstajemy dziewczyny, przedszkole czeka!" Najpierw nie wiedziały za bardzo co się dzieje, ale już po chwili maszerowały korytarzem podekscytowane dzisiejszym dniem. Kiedy umyły się i ubrały, chciały już nawet zakładać buty, ale przypomniałam im, że ja nadal jestem w piżamie, więc będą musiały jeszcze chwilę się wstrzymać. Chwilkę po 8 siedziałyśmy już w samochodzie i sunęłyśmy znaną nam trasą. Po drodze, Elsa jako starsza siostra, przygotowywała młodszą do pobytu w jej przedszkolu.

- Wiesz, tam u nas w sali (w sensie w jej byłej sali, w której będzie teraz Misia) jest taki miś, możesz go sobie wziąć i się pobawić, powozić na wózeczku. Tylko pamiętaj! To przedszkolne zabawki, więc nie wolno ci ich zabierać do domu!
Misia była więc poinstruowana.
- A jakby ci dawali na kanapkę rzodkiewkę, kontynuowała Elsa, to nie jedz! Ona strasznie szczypie! Jak Oliwka (jej psiapsiółka) kiedyś zjadła, to tak ją strasznie szczypało, że aż jej krew potem leciała. Dużo krwi!

No. Także jak widzicie Misia była bardzo dobrze przygotowana do pierwszego dnia w przedszkolu. Przywitała nas ciocia, która od razu wyciągnęła ode mnie 5zł na teatrzyk, który dziś ma się odbyć. Śmiałam się, że dopiero weszłam, a już chcą jakieś pieniądze :) Z nowości tegorocznych jest to, że rodzice wchodzą tylko do szatni, a do sali dzieci idą już z ciocią. W zeszłym roku zdarzało się, że mimo próśb, niektórzy wchodzili z dziećmi do sali i zaburzali porządek zajęć. Wiele razy panie tłumaczyły, że przesiadywanie z płaczącym dzieckiem pod drzwiami nie pomaga, a wręcz przeciwnie, przedłużanie rozstania jest jeszcze gorsze, bo dziecko na pewno się nie wyciszy. Na dodatek każdy wchodzący mógł najzwyczajniej w świecie uderzyć osobę pod drugiej stronie drzwi. 

Muszę wam powiedzieć, że czuję się wypoczęta. Fizycznie i psychicznie. Teraz pozostaje mi tylko przestawić na tryb dom i wrócić do rzeczywistości. Dobrze, że zaczynam dziś pracę później, bo mam czas na ogarnięcie wszystkiego. Może uda mi się nadrobić czytanie waszych blogów do kawki, choć widzę, że sporo przybyło nowych postów. Tak czy siak, witaj codzienności! :) 

wtorek, 11 września 2018

Wyjść z cienia siostry, czyli ja nie chcę być trollem!


Jak wspomniałam w ostatnim poście, na kempingu nad jeziorem Maggiore, pomimo dość zaawansowanie powakacyjnego okresu, nadal odpoczywało dość sporo ludzi. W ciągu dnia można było liczyć na różne animacje dla dzieci, na które nie chodziliśmy ze względu na inne plany, zwiedzanie, ale za to codziennie zaliczaliśmy wieczorną imprezę w postaci różnych występów. Najpierw o 20.30 była zawsze dyskoteka dla najmłodszych a potem pokazy z różnych bajek i filmów. Dla dziewczynek było to wielkie przeżycie, bowiem na kempingu znajdował się dość duży amfiteatr z prawdziwą sceną i miejscami do siedzenia na różnych poziomach. Gdy gasły światła, obie szły się bawić, choć na początku były sfrustrowane tym, że wszystko jest po niemiecku. Radości jednak było co nie miara, gdy pewnego dnia okazało się, że wieczorne przedstawienie będzie na podstawie Krainy Lodu. Dziewczyny, zwłaszcza Elsa (moja Elsa, nie królowa Arendelle ;) ) oczywiście przeżywały już od rana, ale pomimo tego, że na zegarku żadna z sióstr się nie zna to rozumieją, że pokaz odbędzie się po kolacji, gdy słonko już pójdzie spać. Na popołudnie zaplanowaliśmy tamtego dnia zwiedzanie Ogrodu Botanicznego, ale niestety nic z tego nie wyszło. Idąc do samochodu, dziewczyny usłyszały muzykę z Krainy Lodu, dobiegającą z amfiteatru i myślały, że przedstawienie już się zaczęło. Nie trafiały do nich żadne argumenty w stylu, że to wieczorem, że teraz tylko ćwiczą. Kiedy wszyscy dotarliśmy przed scenę, okazało się, że faktycznie wszystko jest już przygotowywane, łącznie z tym, że zaangażowano do występu dzieciaki. Każdy mógł w nim wziąć udział, więc dziewczyny błagały, czy też mogą iść. Potem okazało się, że jedna z animatorek jest Polką ( ku naszej uciesze i jej samej, bo jak stwierdziła ona też już ma dość mówienia tylko po niemiecku) więc namówiła nas, byśmy pozwolili dziewczynkom dołączyć do innych dzieci. No trudno, stwierdziliśmy, ogród poczeka. Wprawdzie próba już trwała od jakiegoś czasu, ale Elsa i Misia radziły sobie bardzo dobrze, powtarzając za paniami układ tańca. Po mini disco, około godziny 21, dziewczynki miały stawić się pod sceną, gdzie w asyście animatorek miały udać się za kulisy i przebrać do występu.

Gdy nastąpił ten wielki moment, ochoczo ruszyły w wyznaczonym kierunku. Ku naszemu zdziwieniu, po 5 minutach wychodzi zza kulis zapłakana Elsa. Podbiegłam do niej i pytam co się stało, a ona z ogromnym żalem w głosie mówi do mnie „Ja chciałam być Elsą!” Tłumaczę jej więc, że nie może być Elsą, że pewnie każda dziewczynka chciałaby być, a przecież Elsa jest tylko jedna i tak dalej i tak dalej. Wtedy wydawało mi się, że rolę Elsy i Anny będzie miał ktoś dorosły, a dzieci będą tylko tańczyć, ale potem okazało się, że faktycznie całe przedstawienie grały dzieciaki, a główne role dostały dwie 6-7 latki. Elsa powiedziała, że nie chce występować, więc tłumaczę jej ponownie jak to jest z rolą główną oraz to, że zostawiła swoją siostrę samą, mimo, że poszły występować we dwie. Szczerze mówiąc myślałam, że uda mi się ją przekonać, bo uspokoiła się i słuchała uważnie tego co mówię. Nagle wybuchła jeszcze większym płaczem i z ogromnym żalem wtuliła się we mnie mówiąc: Ale ja nie chcę być trollem!! Okazało się, że w przedstawieniu miała właśnie wcielić się w jego rolę. To było zbyt wiele dla dziecka, które jest zakochane w sukienkach, księżniczkach i amuletach. Moja starsza córka może przebrać się za kwiatka, aniołka, wróżkę, ale stwierdziła kategorycznie, że jak troll to ona nigdy w życiu nie wystąpi, bo jest niedobry. Na nic zdały się tłumaczenia, że trolle z Krainy Lodu uratowały Annę, ponieważ Elsa stwierdziła, że co z tego, skoro mają wielkie okropne zęby. Udała się więc na miejsce, a ja z ciężkim sercem obserwowałam scenę, myśląc, że za chwilę pojawi się na niej zapłakana Misia. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Zasiadłam więc na widowni obok męża i smutnej Elsy, która poszukując pocieszenia przytuliła się do mnie i pytała, czy się na nią nie gniewam. Przed wejściem 
maluchów na scenę, mąż poszedł bliżej, by nakręcić filmik z naszą młodszą córką. Po chwili dzieci wyszły, a ja ze łzami w oczach patrzyłam na nie, próbując odnaleźć moją małą Misię, jedyną trzylatkę w towarzystwie dzieci pięcioletnich plus. Byłam pewna, że przestraszona została gdzieś tam z tyłu za sceną. Gdy przyszedł mąż na swoje miejsce, zapytał mnie podekscytowany:
- Widziałaś jak Misia pięknie występowała?
Yyyyyy, nie, odparłam szczerze, bo ja naprawdę jej nie poznałam. Dopiero gdy pojawiła się na scenie drugi raz, poznałam w postaci trolla moją młodszą córkę. Była uśmiechnięta i pięknie powtarzała to, co pokazywała animatorka. 

Nie łatwo być siostrą Elsy. Stawia ona od początku bardzo wysoką poprzeczkę, nie tylko siostrze, ale i innym dzieciom. I pomimo tego, że Misia wspaniale jej dorównuje i w zasadzie potrafi wszystko to, co jej starsza siostra, to zawsze pozostaje jednak gdzieś w jej cieniu. Tamtego dnia, kiedy Elsa wróciła na widownię, a Misia wystąpiła, była gwiazdą wieczoru. To z niej byliśmy dumni i to ona błyszczała. Widać było jak bardzo była z tego powodu szczęśliwa.

- Ale mi pani czapę na głowę założyła, cieszyła się Misia komentując swój strój trolla i ogromną czarną perukę jaką dostała. 
- A wiecie, że przybiłam piątkę z Olafem w przymierzalni? Za Olafa przebrany był ktoś dorosły, bałwanek był więc dwa i pół razy większy niż ona.

Elsa całą drogę do namiotu płakała, mówiła, że następnym razem wystąpi, że nie chciała teraz, bo nie chciała być brzydka. To był ostatni taki pokaz z udziałem dzieci. Nie udało jej się już więcej wziąć udziału w podobnej imprezie, ale myślę, że to była ważna lekcja dla dziewczynek i dla nas samych. Doskonale rozumiem moją starszą córkę, wiem dlaczego nie chciała wystąpić i nie chciałam jej zmuszać. Z drugiej strony jednak, musi pamiętać, że jeśli gdzieś idą razem z siostrą, nawet jak już będą dorosłe, to nie powinna jej zostawiać samej. I ostatnia ważna lekcja. Pomimo tego, że Misia wędruje za siostrą jak cień i naśladuje ją na każdym kroku, to potrafi też być indywidualnością, po prostu sobą.

poniedziałek, 10 września 2018

Niemcy mają lepiej, czyli polski turysta za granicą.



To już drugi tydzień naszych wakacji. I jak to zwykle bywa, minie tak szybko, że za chwilę pewnie będziemy pakować manatki i wracać do domu. No cóż, wakacje są fajne, ale nie trwają wiecznie.  Wczoraj pożegnaliśmy się z jeziorem Maggiore, gdzie pod namiotem spędziliśmy ponad tydzień i przenieśliśmy się nad Adriatyk, tym razem do domku. Ale w sumie nie o tym dziś :) Dziś chciałabym podzielić się z wami takimi moimi luźnymi przemyśleniami na temat polskiego turysty za granicą. 



Pomimo tego, że jest już w zasadzie po sezonie, kemping nad jeziorem wypełniony był prawie po brzegi. Gdy przyjechaliśmy, trudno było dostrzec wolne miejsce, choć nie do końca wiem na ile zajęte były domki. Można było tu znaleźć Włochów, Holendrów, Szwajcarów, a nawet i czasem przedstawicieli anglojęzycznych krajów, jednak większość to byli Niemcy. Nie mam nic do Niemców jako narodu, nie patrzę na nich przez pryzmat historii, są zawsze do nas mili, kłaniają się i nigdy nie zdarzyło się, żeby źle nas potraktowali. Drażni mnie jednak pewna rzecz.

Kiedy ileś lat temu poleciliśmy na Majorkę, po raz pierwszy doświadczyłam tego, że wszystko, dosłownie WSZYSTKO, przygotowane było pod nich. Czuliśmy się dosłownie tak, jakbyśmy byli w Niemczech, a nie w Hiszpanii. Wszystkie napisy po niemiecku, ludzie „szprechający” po niemiecku, dookoła niemieckie jedzenie. Szybciej można było kupić wurst niż paellę. Do tego ludzie tak głośni, że atmosfera przypominała bardziej festiwal Oktoberfest niż wakacyjny odpoczynek. Tu było trochę inaczej, na kempingu wiadomo jest inny klimat, poza tym po 23 panuje cisza nocna, której wszyscy przestrzegają. Nie ma głośnych imprez, które zakłócałyby sen. Ale znów wszystko zrobione „pod Niemców” Włosi mówiący po niemiecku, menu po niemiecku, animacje dla dzieci po niemiecku. I tu się zatrzymajmy. Jak wiecie kochamy podróżować. Dzięki temu człowiek wiele może zobaczyć oraz nauczyć się nie tylko o historii, ale przede wszystkim poznać ludzi, ich kulturę i język. Oczywiście rozumiem, że skoro 90% turystów jest z Niemiec, to wychodząc im naprzeciw szykuje się wszystko tak, żeby byli zadowoleni, ale czy w podróżowaniu o to chodzi, by stworzyć za granicą namiastkę swojego kraju? Nie po to jadę do Włoch, by jeść schabowego z kapustą, ale by zakosztować ich wspaniałej kuchni z pizzą i makaronem na czele. Ja wiem, że łatwiej byłoby, gdyby wszędzie mówili po polsku, ale jaki wtedy byłby sens uczenia się języków? Być może o to właśnie chodzi w wakacjach, by było miło, łatwo i przyjemnie. I choć nasze dzieci świetnie dawały sobie radę bawiąc się przy niemieckich piosenkach i niemieckich grach, to czy naprawdę tak strasznie byłoby, gdyby wszystkie animacje były po włosku? Przecież dzieciom wystarczy pokazać co mają robić, nie muszą wszystkiego rozumieć. Poza tym to świetna okazja do nauczenia się kilku słówek w nowym języku. Nie wspomnę o tym, że ja osobiście gdybym była włoszką, czułabym się dziwnie jadąc na wakacje w swoim kraju musząc słuchać moich rodaków mówiących wszędzie po niemiecku. I tak się zastanawiam głęboko. Czy gdyby cały taki pobyt nie był organizowany w sposób taki, że niemiecki turysta czuje się tu jak w domu, to przestałby przyjeżdżać?

Podróżując do innych krajów te X lat temu, z przykrością muszę stwierdzić, że nie raz wstydziłam się powiedzieć, że jestem z Polski. Pewnie wynika to z wieku czynników. Ogólny obraz Polaka za granicą nie jest i nigdy nie był zbyt pozytywny i choć dziś większość już wie, gdzie leży nasz kraj,(tak tak, zdarzało się, że musiałam natrudzić się, by komuś wytłumaczyć) to czuję, że nadal nie dba się o nas tak, jak o przedstawicieli innych krajów. A przecież nie każdy z nas to prostak jadący na all-inclusive tylko po to, by najeść się ile wlezie i rozłożyć na leżaku przy basenie. Znam wielu prawdziwych turystów, którzy odkrywają piękno naszego kraju i nie tylko, wędrując, jeżdżąc rowerem, samochodem, czy też latając w nieznane miejsca, w które biura turystyczne nawet nie zaglądają. I smutno jest, gdy w Chorwacji, w kraju, który jest Polakom przyjazny, nie uświadczyliśmy nawet menu w naszym języku. Ja tego nie oczekuję, ale skoro był niemiecki, angielski, rosyjski, to czemu nie polski? Być może gdzieś, gdzie tych polskich turystów jest najwięcej, znajdziecie coś przygotowanego dla nas, ja niestety z tym się nie spotkałam. Być może Chorwaci wychodzą z założenia, że skoro my i tak przyjeżdżamy to po co się starać, ale fakt pozostaje taki, że o polskiego turystę nie troszczą się tak jak np. o Niemców . I tak jak wcześniej wspomniałam. Nie oczekuję nie wiadomo czego, czerwonego dywanu na nasz przyjazd, ale chciałabym kiedyś poczuć to coś, nie wiem co to właściwie jest, ale coś co sprawi, że hasło „Jestem z Polski” nabierze innych barw.

Nie chciałabym, żebyście mnie źle zrozumieli. Tak jak napisałam wyżej, nie oczekuję nie wiadomo czego od innych narodowości. Nie mam też ani żalu, ani pretensji o nic. Nie czuję się też ani źle za granicą, ani nie spotkała mnie żadna sytuacja, w której to bycie z Polski sprawiłoby, że ktoś mną pogardził. Pragnęłabym tylko, by każdy Polak za granicą znał swoją wartość, by nie było tak, że o niemieckiego turystę trzeba dbać, bo ma duże wymagania a Polak zadowoli się czymkolwiek, niczym 25 lat temu.