wtorek, 26 lutego 2019

Nasze sposoby na bunt dwulatka i inne formy agresji dziecka.


"Są dwie trwałe rzeczy, które możemy dać w spadku naszym dzieciom: pierwsze to korzenie, druga – to skrzydła" - W. Hodding Carter.


Temat ten czekał dość długo na opisanie, ale ponieważ właśnie weszliśmy w kolejną, nieznaną nam dotąd fazę rozwoju dziecka, postanowiłam, że to jest chyba ten czas, by wreszcie wyciągnąć go z "roboczych"
Często piszę wam o tym jak staramy się wychować nasze dzieci. Ale niech nie przyjdzie nigdy wam do głowy, że do tych metod dzieci stosują w 100% i że wszystko książkowo wychodzi. Broń Boże. Opisuję tylko to, co chcemy osiągnąć i nad czym pracujemy. Widać efekty, nie powiem, choćby w pracy nad dialogiem między nami a dziećmi i nie tylko. Przychodzą jednak takie momenty, takie fazy rozwoju, gdzie niczego nie da się ustalić i przewidzieć. 



Dziś chciałabym napisać więc o tym jak my radzimy sobie z buntem, atakami histerii i agresji dziecka. Wprawdzie każdy maluch jest inny i coś co działa dziś, niekoniecznie podziała jutro, ale postaram się przybliżyć cały mechanizm moimi oczami.

Pamiętajmy, że bunt przeciwko rodzicom i innym dorosłym jest naturalnym czynnikiem rozwoju dziecka. Wbrew pozorom dziecko nie oczekuje, że będziemy mu ulegać we wszystkim. Potrzebuje wyznaczenia granic i będzie testować, gdzie one się znajdują. 

Noworodek, a potem niemowlę można powiedzieć jest jakby "przedłużeniem" rodzica, jego nierozerwalną częścią. Z upływem czasu nauczy się jednak, że jest osobną jednostką, indywidualnością, która różni się od mamy i taty. 
U nas wszystko zaczęło się mniej więcej wtedy, gdy Elsa skończyła jakieś 14 miesięcy. Zawsze była dzieckiem, które szło przed siebie niczym burza, ale wtedy nastąpił wyraźnie inny okres w jej życiu - poszukiwanie własnego ja. Co to oznaczało dla nas? Tylko jedno. Kłopoty :) No bo skoro chcę być sobą, to oznacza, że nie muszę już słuchać rodziców, prawda? Mogę więc śmiało powiedzieć, że u nas tak zwany bunt dwulatka, trwa od ponad 3 lat. (Wiem, nie pocieszyłam was ;)) Oczywiście z przerwami i nie w takiej samej formie, ale jeszcze się nie zakończył. Co więcej, nie dotyczy tylko jednego dziecka, więc bywa, że gdy jedna skończy trudną fazę, druga zaczyna się buntować. Albo co gorsza, obydwie przechodzą ten sam etap.

Jak się z tym uporać i nie osiwieć?

Dziecko około 2 lat.

Jako mama 2 dzieci mogę wam powiedzieć, że forma jaką bunt przyjmuje, zależy w dużej mierze od charakteru i temperamentu dziecka. U Misi bunt zaczął się wcześniej, w okolicy jej pierwszych urodzin i myślę, że był wynikiem pragnienia otrzymania tych samych praw co siostra. Wyglądało to tak, że słodko tupała nóżkami i zanosiła się płaczem. Ataki nie trwały długo, choć czasem przybierały ostrzejszą formę, kiedy to np. kładła się na podłodze i waliła nóżkami. Staraliśmy się traktować ją poważnie, choć tak naprawdę cała sytuacja nie wyglądała groźnie.

Elsa na co dzień po prostu nie słuchała tego, o co ją poprosiliśmy. My w lewo - ona w prawo. Ubierz się - rzucała rzeczami na podłogę. Taki wyraźny sprzeciw wobec wszystkiego co proponują rodzice. 

Jak sobie radziliśmy?
Choć na początku było to trudne, nauczyliśmy się bez emocji kontrolować sytuację. Co to znaczy. Nie denerwowaliśmy się, nie krzyczeliśmy, nie podnosiliśmy nawet głosu. Konsekwentnie dążyliśmy do tego, by wyegzekwować daną czynność, powtarzając kilka razy, o co prosimy. Podawaliśmy też alternatywę, na którą dziecko zwykle po jakimś czasie się godziło. Na przykład jeśli któraś nie chciała się ubrać, czekaliśmy spokojnie z kurtką, aż w końcu ją założyła. Jeżeli byliśmy pod presją czasu, idąc do przedszkola, zdarzyło się, że stanowczym tonem mówiliśmy "Proszę założyć kurtkę" i pomimo protestów dziecka robiliśmy to. Nie zawsze można było sobie pozwolić na czekanie w nieskończoność. Jeżeli można było ustąpić, ustępowaliśmy, nie upieraliśmy się przy białym szaliku, gdy dziecko chciało różowy.
Takie wybuchy histerii zwykle miały miejsce w domu, ale zdarzyło się kilka razy również w miejscu publicznym. Jeżeli was też to dotyczy, nie przejmujcie się, że macie widownię. Takie sytuacje po prostu przyciągają wzrok. Nikt was nie ocenia jako rodziców, a nawet jeśli, to trudno, nie znacie tych osób i nie powinniście się tym przejmować. Zresztą być może ta pani, która źle o was mówi sama zachowywała się podobnie jako dziecko ;)

Moje rady:
- nie tłumacz dziecku jego zachowania, gdy wpadnie w szał. To nic nie da a jeszcze może pogorszyć sytuację
- spróbuj wziąć dziecko na ręce i odwrócić jego uwagę, może się uda
- nie denerwuj się całym zajściem, dziecku nie dzieje się krzywda
w złości nie szarp dziecka za rękę
- postaraj się szybko zmienić otoczenie (np. wyjdź ze sklepu w którym dziecko wymusza zabawkę)
- przytul dziecko i pozwól mu na rozładowanie uczuć jakie nim targają

Dla mnie najgorszym okresem była faza, w której około 2-letnia Elsa, dla zabawy popychała Misię, która dopiero zaczęła chodzić. Nie docierało do niej nic, kompletnie, a my mając w głowie wizję dziecka z rozbitą głową o kominek czy stół, chodziliśmy za nimi krok w krok. Cóż z tego, że narożniki były pozabezpieczane, skoro Elsa potrafiła pchnąć siostrę ot tak, gdy ta szła przed nią. Chwiejne nóżki nie potrafiły sobie jeszcze z tym radzić i mała potrafiła upaść niekontrolowanie. Oczywiście upomniana Elsa wpadała w złość i buntowała się przeciwko niezrozumiałym dla siebie zasadom (przecież to fajna zabawa popychać siostrę) Tu stosowaliśmy metodę odizolowania jej, ponieważ stanowiła realne zagrożenie dla drugiego dziecka. Potem rozmawialiśmy z nią i tłumaczyliśmy. Potrafiła już wtedy pięknie mówić całymi zdaniami, więc wyrażała też swoje zdanie na ten temat, kłóciła się.

Jeżeli wasze dziecko nie umie jeszcze dobrze mówić, nie przejmujcie się, na pewno wszystko rozumie, a to jest tu najważniejsze.

W skrajnych przypadkach, kiedy nic nie działało, zabieraliśmy na jakiś czas ulubioną przytulankę. Niestety.

Dziecko 3-5 lat.

Pierwsze koty za płoty! Udało wam się przetrwać pierwsze próby usamodzielnienia się waszego dziecka :) Jeżeli nie obyło się bez siwych włosów to cóż, czasem rodzicielstwo wymaga poświęceń, trzeba będzie umówić się do fryzjera :) To co was teraz czeka, będzie podwójną dawką tego, co już przeżyliście. Gotowi?

Dziecko trzyletnie to już przedszkolak. Zupełnie inaczej patrzy na świat, coraz więcej rozumie i pragnie większej autonomii. Przygotujcie się więc na kolejną dawkę huśtawki emocji jaka będzie wam towarzyszyła. A wszystko to przyjdzie niespodziewanie i ze zdwojoną mocą. Dziecko stało się nie tylko silniejsze fizycznie, ale potrafi coraz lepiej porozumiewać się, dlatego też do agresywnych zachowań dziecka, dochodzi również atak słowny. 
Co zmieniło się u nas? W tym oto okresie, zaczęły się u dziewczynek napady histerii, napady zwykle wywołane jakąś błahostką lub niezgadzaniem się ze zdaniem rodzica. Bywa różnie. Czasem bunt przybiera formę obrażania się i wyraźnego sprzeciwu w postaci "Nie, nie zrobię tego" a czasem dochodzi do niekontrolowanego wybuchu emocji. Nie zdarza się to często, ale zdarza. Przeraźliwy krzyk sprzeciwu (dobrze, że już nie mieszkamy w bloku), któremu towarzyszą rękoczyny takie jak wymachiwanie rękami ( z nadzieją, że któryś cios trafi w cel, czyli rodzica) kopanie, walenie w drzwi itd. Na porządku dziennym jest przepychanie się, szarpanie i wyrywanie. Nie mamy na to złotej rady, ale jest kilka rzeczy, które robimy gdy takie ataki mają miejsce. Niestety to, która metoda zadziała, zależy od dnia, więc trzeba próbować wszystkiego. 

Co więc mogę zrobić, gdy dziecko zachowuje się agresywnie i wpada w histerię?

- nie prowadź długich rozmów z dzieckiem, ale podawaj mu krótki, wyraźny komunikat np. Nie kop. Boli mnie to. 

- proponuj załagodzenie sytuacji poprzez przytulenie: Chodź do mnie, przytulę cię. Dam całuska.

- kucnij lub siądź na podłodze, by być na poziomie dziecka

- nie daj się sprowokować, nawet jeśli dziecko usilnie próbuje to zrobić

- nie pozwól dziecku stosować przemocy wobec ciebie, postaraj się odsunąć, by mu to uniemożliwić lub zatrzymać (uważaj, by nie zrobić dziecku krzywdy)

- wyciągnij ręce do dziecka, w którymś momencie odpuści i będzie potrzebowało wsparcia. Bądź gotowy/gotowa.

- spróbuj odwrócić uwagę dziecka, zaproponuj jakąś czynność np. Chodź pójdziemy porysować.

- jeżeli histeria nie osiągnęła jeszcze punktu kulminacyjnego, spróbuj zapytać, czego oczekuje np. jeżeli nie chciało posprzątać zabawek, to czy zrobi to z twoją pomocą.


Okresy buntu dziecka nie są łatwe dla rodzica, ale też nie są łatwe dla dziecka. Ono dopiero uczy się panować nad swoimi emocjami i wyrażać swoje uczucia. Pomyślcie sobie, że my dorośli, mamy do dyspozycji wiele narzędzi. Możemy chociażby zakląć pod nosem, zapalić papierosa (jeśli ktoś pali), iść pobiegać. A dziecko? Dziecko jeszcze tego nie zna, dopiero stara się ogarnąć swoim umysłem to, co się z nim dzieje. Dlatego też nigdy nie krzycz na dziecko i nie karć je za takie zachowanie, ale też nie toleruj agresji wobec siebie i innych domowników. Takie ataki nie mają przecież miejsca codziennie i przez cały czas, a wtedy można przystąpić do działania i pracy nad swoim milusińskim. I również nad sobą. Bo skoro ja nie potrafię nad sobą zapanować, to jak dziecko ma się tego nauczyć? 

Warto też zrobić sobie rachunek sumienia. Ja ostatnio tak uczyniłam, a do jakich doszłam wniosków to już temat na innego posta, ale część zachowań naszych dzieci, to wierna kopia nas, dorosłych. Jeśli do tego dorzucić naturalny proces dorastania, robi się mieszanka wybuchowa. 

Kilka rad ogólnych:

- postaraj się nie dopuścić do sytuacji, w której histeria osiągnie swój punkt kulminacyjny, czyli zduś problem w zarodku (przyznaję, nie zawsze się)

- obserwuj swoje dziecko, rób notatki. Może odnajdziesz w jego zachowaniu jakąś prawidłowość? Może napady są większe, gdy dziecko jest zmęczone, głodne, pragnie twojej uwagi?

- po ataku zawsze przytul dziecko i powiedz, że je kochasz

- naucz dziecko, że każdy się denerwuje i wpada w złość, dorośli również. Niech nie czuje, że robi coś złego, że targają nim emocje.

- porozmawiaj z dzieckiem na spokojnie. Wzbudź w nim empatię, powiedz, że boli cię gdy kopie i bije, ale nie graj na jego emocjach. Pamiętaj, że dziecko nie planuje celowo skrzywdzić swoich rodziców. 

- bądź konsekwentny, nigdy nie zmieniaj ustalonych zasad, nawet jeśli żal ci dziecka i nie ma już sił

Adopcja i napady agresji.

Wiecie, że staram się nie szukać w adopcji głównej przyczyny zachowań dzieci, ale jeżeli zostały one przysposobione w późniejszym wieku, istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie jest. Niosą one przecież ze sobą bagaż doświadczeń, a co za tym idzie lęków, strachu i niepewności co może prowadzić do ataków agresji.

Jeżeli dziecko jest z nami od niemowlęctwa, prawdopodobnie przechodzi przez takie same fazy rozwoju emocjonalnego jak każdy inny biologiczny potomek. 

Ze swojego doświadczenia powiem wam, że niespokojna ciąża z Elsą wpłynęła według mnie w jakimś stopniu na to, w jaki sposób przeżywa ona emocje. Czasem są one tak silne, że pojawiają się nagle i wybuchają niczym wulkan. U Misi wygląda to zupełnie inaczej, choć bywa uparta i płacze za każdym razem, gdy coś pójdzie nie po jej myśli, lub zwróci jej się uwagę. Nie jest to jednak tak silne jak u siostry.

Na koniec przykład. Siedzimy w kuchni, mąż i ja pijemy kawę, dziewczynki na jednym fotelu układają puzzle. Nagle Elsa zaczyna się pchać i popychać siostrę. Sytuacji nie udaje się opanować, więc wysadzamy Elsę z fotela, bojąc się, że zrobi krzywdę sobie lub siostrze. Wpada w złość, widać, że jest zaczepna, nie ma zamiaru ustąpić. Próbuje zrzucić Misię z fotela. Udaje nam się ją wyprowadzić do drugiego pokoju. Wpada w furię, kopie, krzyczy, wchodzi na męża, który siadł na podłodze przy drzwiach. Próbuje drapać. Usiadłam obok nich. Zastosowaliśmy najpierw metodę mocnego przytulenia. Nie odniosła skutku, Elsa wyrywała się. Mówiliśmy krótko i stanowczo: Nie kop. To boli. Próbowaliśmy ją opanować poprzez wyciszenie: mówiliśmy do niej "Chodź, przytul się" Nie pomagało. Potem jakimś cudem udało mi się nawiązać z nią kontakt wzrokowy (było trudno, bo się wyrywała) i powiedzieć "Bardzo cię kocham" Nie uwierzycie. Zatrzymała się niczym film na pauzie i przyszła przytulić do mnie i do taty. Po jakichś 30 sekundach szepnęła mi na ucho: Pójdziemy porysować? Oczywiście, odpowiedziałam i stworzyła taki oto obrazek:




Powiem wam, że po takich akcjach czuję się wypompowana psychicznie, nie będę wam więc lukrować, że czasem po prostu mam dość. Ale wiem też, że jeżeli my nie nauczymy dziewczynek tego, w jaki sposób mają panować nad emocjami, to nauczą się to robić w inny sposób, niekoniecznie dobry. 

Podsumowanie

Naszym zadaniem jako rodziców jest jak najlepiej przygotować dziecko do życia na własną rękę. Wierzyć lub nie, podobno największy wpływ mamy na nie jedynie do około piątego roku życia. To niewiele czasu, ale jednak na tyle dużo, by nauczyć tego co najważniejsze. Co jest najważniejsze? Na początku tego posta wkleiłam po raz kolejny jeden z moich ulubionych cytatów, ale jakże adekwatny również w kontekście buntu. Pomimo napadów histerii, trudności, dajmy dziecku poczucie bezpieczeństwa, tak by czuło, że zawsze jest kochane, to są właśnie te korzenie, miłość w naszym sercu. Dajmy mu też skrzydła, by mogło polecieć, ale wyznaczajmy granice, by nie poleciało zbyt wysoko i zbyt daleko. 

Dla wszystkich tych, którzy zmagają się z buntem dwulatka, trzylatka, czterolatka i tak dalej i tak dalej 
przepis na przetrwanie:

* garść cierpliwości
* odrobina zrozumienia
* łyżka cierpliwości
* szklanka mądrości
* szczypta opanowania
* kilogram miłości
* łyżeczka stanowczości

Składniki połączyć i stosować do osiągnięcia pożądanego skutku ;)

Powodzenia!!

















niedziela, 24 lutego 2019

Rzeczy, których nie wiecie i pewnie was nie interesują...




No dobrze. Podejmuję wyzwanie rzucone przez Olitorię ;) W tym poście napiszę wam rzeczy, których prawdopodobnie o mnie nie wiecie. Prawdopodobnie, bo jednak niektórzy znają mnie osobiście, z maili, albo gdzieś mogłam się z czymś wygadać w komentarzu. Zobaczymy. I jak w tytule, pewnie was to nie interesuje, ale może dowiecie się o mnie kilku nowych rzeczy. No to uwaga, zaczynam:

1. Należę to 1% populacji, który nie przepada za filmem "Gra o Tron". Obejrzałam 1 odcinek i to max co mogę z siebie dać. Przepraszam, pewnie niektórzy się zawiedli.

2. Miałam kiedyś stłuczkę w najgorszym możliwym miejscu - przy wysypisku śmieci (tzw. górka śmieciowa okolice warszawskich Bielan) Mnie nic się nie stało, samochód lekko uszkodzony, ale wyzwaniem było załatwianie formalności w smrodzie, który czułam w dziurkach przez następne kilka dni.

3. Leciałam kiedyś helikopterem nad kraterem wulkanu. 

4. Nie lubiłam czytać lektur w szkole. Raz okłamałam panią od polskiego w liceum, że nie przeczytałam czegoś tam, ponieważ bolały mnie oczy, a lekarz... wyjechał. Uwierzyła.

5. Od 4 roku życia (mniej więcej) jestem fanką żużla i tenisa ziemnego. Na żużlówce nigdy nie jeździłam, ale dla przyjemności w tenisa grałam. Dziś grywam tylko w stołowego.

6. Leciałam sama za granicę i w toalecie zostawiłam torebkę z biletem, gotówką i paszportem. Ktoś uczciwy oddał, ale nie mogli się ze mną skontaktować, ponieważ niczego nie świadoma miałam słuchawki na uszach i słuchałam muzyki czekając na swój lot.

7. Nigdy nie paliłam papierosów, za to podkradałam z koleżanką rodzicom kawę, parzyłyśmy i piłyśmy w piwnicy. Kawę kocham do tej pory.

8. Miałam w życiu dwa psy - jamniczki.

9. Byłam wielką fanką Depeche Mode - długo ubierałam się tylko w czarne rzeczy. Na egzaminie do liceum z języka polskiego dorzuciłam kilka cytatów z piosenek. Dostałam się.

10. Nie lubię wydawać dużo pieniędzy na ubrania, czy buty, za to nie szkoda mi dodatkowych złotówek na podróże, czy dobrej jakości sprzęt.

No dobrze, to chyba na dziś wystarczy, nie chcę zdradzać za dużo ;) Olitoria, mam nadzieję, że czymś cię zaskoczyłam :))

Dobrego tygodnia dla wszystkich !!




czwartek, 21 lutego 2019

Takie tyci tyci marzenie.



Dziś napiszę wam o takim tycim tyciuśkim marzeniu Elsy, o którym od jakiegoś czasu wspomina. Nie uwierzycie, ale tym razem nie chodzi o sukienkę księżniczki, czy taniec na scenie. Moja córka wymyśliła sobie, że jak będzie duża to otworzy ... kawiarnię. Dawno temu opowiadałam dziewczynkom, że jak dorosną to będziemy się spotykać w kawiarni na kawce i ciastku i plotkować tyle ile będą chciały. Nie wiem, czy ma to coś z tym wspólnego, ale jej plany są konkretne. W kawiarni ma być kawa: z mlekiem, Cappuccino, Latte, dużo różnych ciast i ... kanapki :D No wiadomo, kawiarnia Elsy nie może ograniczyć się tylko do słodkości (dziś rano mówiła mi, że bardzo lubi jeść, więc sami rozumiecie ;) ) 
W całej tej koncepcji nie podoba mi się tylko jednak rzecz. A mianowicie, że ja miałabym być ... kucharką. Hmm. Kiedy nieśmiało zaznaczyłam Elsie, że do jej kawiarni wolałabym przyjść na kawę, a nie pracować tam, zdziwiła się. Usłyszałam od niej:Przecież ty jesteś najlepszą kucharką, bo robisz takie pyszne rzeczy. 
No cóż, stanęło na tym, że na początku będę pomagać, a potem znajdziemy kogoś. Mój wątpliwy talent do gotowania i brak cierpliwości mogłyby położyć całą inwestycję. Jak widzicie sama się wkręciłam w ten jej biznes z kawiarnią :D A teraz uwaga, zapamiętajcie, bo kawiarnia ma już nawet swoją nazwę: CZEPONA. Hahaha. Nie brzmi jakoś chwytliwie, kojarzy mi się tylko z Al Capone, ale dobra, niech jej będzie. Może zmienimy pisownię, żeby było bardziej Glamour ;) Elsa i Misia tak mają, że wymyślają ciekawe nazwy na różne rzeczy, gdy się bawią. Kiedyś przynosiły nam zmyślone potrawy na talerzykach i Elsa poleciła nam swoją nową pizzę o nazwie FRAMENA

No cóż, nie ukrywam, że post ten powstał w ramach reklamy ;) Jeżeli kiedyś w przyszłości, za X lat zobaczycie gdzieś kawiarnię Czepona, w menu której znajdzie się pizza Framena, *Flajdel Smakonus (pamiętacie?) lub po prostu dobra kawa, to idźcie uścisnąć rękę szefowej. To na pewno będzie moja Elsa :))

* Dla przypomnienia: http://www.naszmalyswiatek.pl/2018/01/flajdel-smakonus.html


Udanego dnia!

piątek, 15 lutego 2019

Drugie urodziny Bloga!!


Dziś tak króciutko, choć to chwila nie byle jaka. Oto z przerażeniem stwierdzam, że minął kolejny rok prowadzenia Naszego Małego Światka. Czemu z przerażeniem? Bo czas biegnie tak szybko, że nie ogarniam tego co się dzieje. Powinnam była zacząć pozytywnie, a ja tu narzekam, miauczę i jęczę ;)



No dobrze. Kochani moi! Zwracam się do wszystkich tych siedzących po drugiej stronie komputera (choć zaglądam i nikogo nie widzę, ale mam nadzieję, że tam jesteście ;) ) z wielkim podziękowaniem za to, że zaglądacie do nas i jesteście częścią naszego świata. Wiem, że czasem przewracacie oczami myśląc sobie, że filozofuję, albo marudzę. Zdaję sobie sprawę z tego, że blog o adopcji jest niszowy i na pewno nie dla każdego, ale mam nadzieję, że potrzebny. Są wśród nas rodziny takie jak nasza i biologiczne. Mamy swoje problemy, które innych nie dotyczą, ale któż ich nie ma? U nas będzie to jawność adopcji, a dla was może drugie małżeństwo, nowa osoba w rodzinie. Są też radości, którymi dzielę się z wami nie dlatego, żeby pochwalić się jakie mam wspaniałe dzieci i jakimi to my jesteśmy cudownymi rodzicami, ale  tak najzwyczajniej w świecie pragnę, byście cieszyli się z nami. 

Tyle tematów jeszcze czeka na swoją kolej, ale mam nadzieję, że mój mąż kiedyś będzie zarabiał tak dużo, że rzucę uczenie i zajmę się tylko blogiem, działalnością charytatywną, pomaganiem ludziom... zaraz, zaraz, chyba się trochę zagalopowałam. No to zejdźmy na ziemię :) Mam nadzieję, że nadal uda mi się znaleźć trochę czasu w przerwach między zajęciami, by pisać o naszych chwilach zwykłych i niezwykłych. Na tym na razie poprzestańmy;)

Ściskam bardzo mocno tych, których udało mi się poznać bliżej, osobiście, albo choćby w mailach. Jesteście cudowni i coraz częściej przekonuję się o tym po co to wszystko było, po co doznałam objawienia pisania bloga (bo tak to mogę mniej więcej określić;) )
Wiem, że znów to brzmi jak mowa po otrzymaniu Oscara, ale to czuję. Dziękuję za każdy zostawiony komentarz, bo wiem, że wymaga to poświęcenia czasu i zaangażowania. To chyba najbardziej mnie cieszy, bo wiem, że nie piszę w powietrze :) Nie zawsze się zgadzamy, ale to właśnie jest fajne, taka dyskusja dużo daje nie tylko mnie, ale też tym, którzy ją czytają. Olitoria, Dziubasowa, Lidia, Lady Makbet, Tygryski, Sonadora, Aga z Drogi już teraz na Skróty, Aglaia i wszyscy inni, którzy udzielacie się na moim skromnym blogu. Przepraszam, że nie każdego wymieniłam osobiście. Ściskam was bardzo mocno i całuję, dziękuję, że mogłam was poznać :*
Dziękuję też pewnej osobie, która docenia każdego posta, choćbym pisała o dziurze w płocie ;) Nie do końca może wierzę w całą tę słodycz, ale co tam, miło usłyszeć, zwłaszcza od Ciebie. Pozdrawiam i ściskam towarzyszkę od bezy i kawy, na którą zawsze chodzimy kiedy uda się spotkać. Trzymam mocno kciuki, żeby telefon zadzwonił jak najszybciej!! :) No i w ogóle wszystkich tych, którzy piszą, niekoniecznie tu na forum. To prawda, że "szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się ją dzieli" Mam nadzieję, że nasza długa droga do rodzicielstwa będzie dla was inspiracją i nadzieją, że można dotrzeć tam, gdzie nawet filozofom się nie śniło :)

Dziś piąteczek, jeśli jesteście blisko mnie, wpadajcie na urodzinowe ciasto!! Tylko wcześniej dajcie znać, żebym zdążyła trochę ogarnąć tornado. Dobrego weekendu dla wszystkich!! I co? Do następnego roku! Buziaki.




czwartek, 14 lutego 2019

Walę Tynki.



Jako, że w tym roku jesteśmy obecnie na etapie robienia różnych rzeczy w domu, mogę śmiało powiedzieć, że prawie walę tynki. Wczoraj pomalowałam ostatnią ścianę i powiem wam, że do chwili obecnej czuję romantyczny ból mięśni ręki. No cóż, nikt nie mówił, że musi być łatwo.

Co do Walentynek samych w sobie, to osobiście nie obchodzę ich jakoś szczególnie, ale zawsze staramy się iść na jakąś kawę i ciacho - sami rozumiecie, każda wymówka jest dobra, by zjeść coś dobrego. Nie do końca rozumiem całej tej nagonki przeciwko temu świętu, jeśli ktoś chce to niech obchodzi, nie to nie. Tyle, że kolejny raz przeciwnicy będą starali się udowodnić zwolennikom, że to bzdura i podawać tysiące argumentów dlaczego to święto jest głupie. Szczerze mówiąc zazdroszczę Amerykanom, że potrafią się cieszyć z bzdur, tandetnych serduszek, koszulek, czapeczek, ale to chyba jest ten luz, którego nam brakuje. Jako nastolatka lubiłam Walentynki. Pamiętam jak raz wysłałyśmy z koleżanką kartkę nielubianemu koledze z prośbą o spotkanie ;) Potem stałyśmy za drzewem i obserwowałyśmy, czy przyjdzie. Wredne? Być może, ale tak było. Wysyłałyśmy też kartki pocztą szkolną do naszych miłości, czy do ulubionych psiapsiółek. Przecież to nie tylko Święto Par, ale wszystkich, którzy chcą się na chwilę zatrzymać i powiedzieć sobie KOCHAM. Jeśli to do was nie przemawia, to może zróbcie chociaż tak jak moi rodzice ;) W Biedronce jest podobno fajna promocja, kwiaty plus Ferrero Rocher, jako, że moja mama jest obecnie na diecie, ona dostanie kwiaty, a mój tata słodycze. Także kompromis osiągnięty i każdy jest zadowolony.

Obojętne, czy dziś walicie tynki w domu, albo w robocie, czy też obchodzicie romantyczne Walentynki z ukochanym/ukochaną, życzę wam po prostu dobrego dnia! Czekoladki i kwiaty? Czemu nie. Jeśli dostaniecie i poczujecie się urażeni, to wyślijcie do mnie, ja przyjmę bez zastanowienia ;)






poniedziałek, 11 lutego 2019

Wśród Tygrysów.






Patrzę i nie wierzę własnym oczom - dom już dawno nie wyglądał tak jak w piątek ;) Udało się położyć nową terakotę w wiatrołapie, zafugować, pomalować, zawiesić kilka obrazków i ogólnie posprzątać wszystko to, co stało się efektem ubocznym tych zmian i życia codziennego. Ale okazja nie byle jaka, bowiem w nasze skromne progi miała zawitać pewna znana wam rodzinka, rodzinka Tygrysów z bloga www.tygrysimy.blogspot.com:) Nie wiem skąd wziął się pomysł na nazwę, ale musiał być nieprzypadkowy, więc woleliśmy nie ryzykować. Tygrysy są miłe i piękne, ale gdy się zdenerwują, mogą narobić niezłego rabanu. Wprawdzie w domu jest jeszcze wiele do zrobienia, ale to co najważniejsze, czyli pokój gościnny, czeka na zamieszkanie.

Spotykamy się w pewnym znanym sklepie rodem ze Szwecji, gdyż duże Tygrysy przy okazji robią zakupy do swojego nowego domku, do którego właśnie się wprowadzili. Ja z mężem jadę odebrać dziewczynki z przedszkola, w którym wszyscy od tygodnia wiedzą, że przyjeżdżają do nas TYGRYSY :) Tak tak, przyznaję, że zdarzyło mi się może raz, dwa z przyzwyczajenia użyć tej nazwy i umarł w butach - dzieci już nie zapomną ;) 
Tygrysia mama, zaaferowana zakupami w szwedzkim sklepie (lub przerażona perspektywą spędzenia z nami najbliższych dwóch dni), wraca z kawiarni sklepowej z dużą ilością pysznego ciasta, które poleciła jej Elsa. Na talerzyku znalazł się nasz ulubiony torcik czekoladowy oraz sernik ciasteczkowy i nie tylko. Wygłodzony Tygrys, pożarł zupę jarzynową i dzieciaki poszły się pobawić. Piątkowa pogoda była iście wiosenna. Cudowne słonko i dość wysoka jak na tę porę roku temperatura dała wiele możliwości spędzenia czasu w Stolicy z czego skorzystali nasi goście. Sobota nie zapowiadała się jednak zachęcająco - miało być wietrznie i miał padać deszcz. Leniwy poranek i długie śniadanie sprawiły, że najgorszą pogodę spędziliśmy w domu. Moje dziewczyny wkręciły się w zabawę dinozaurami i samochodami. Wszyscy jeździli na kolanach, a my żałowaliśmy, że nie mamy froterki, którą moglibyśmy im założyć na tę część ciała, by przy okazji było praktycznie. Tygrysia mama, najwidoczniej nieprzyzwyczajona do nicnierobienia, co chwilę prosiła, być dać jej jakąś robotę, bo nagle dziecka po prostu nie było :) Zniknęło wśród czeluści świata puzzli, malowanek, dinusiów, pociągów i innych zabawek. Wszyscy pięknie się bawili, choć nie obyło się bez ofiar - Elsa jadąc samochodem po ziemi zapomniała, że ściany nie są z gumy i przywaliła ostro w jedną z nich nie tylko samochodem. Polała się krew z nosa, ale przykładany lód szybko pomógł. Potem Tygrys oberwał trochę od dinozaura, którym sterowała Elsa, ale dzielny nie płakał długo.

Po obiedzie starsze towarzystwo najchętniej udałoby się na popołudniową drzemkę, ale to pozostawało w sferze marzeń, więc naszykowaliśmy się i upchnęliśmy wszyscy do naszego samochodu. Tygrys dzielnie zasiadł pomiędzy dziewczynami. Kierunek lotnisko! No bo cóż lepszego może być dla małego fana bajki Super Wings jak nie miejsce, z którego można podejrzeć samoloty z bliska? No ale tu zdarzyła się pierwsza nasza wpadka. Nie wiem, czy mój opis celu nie był doskonały, czy Tygrysia mama wyobraziła sobie to miejsce po prostu inaczej, ale gdy podjechaliśmy pod naszą ulubioną górkę z której widać startujące bądź lądujące samoloty (zależy do rozkładu) nasz gość nie mógł uwierzyć własnym oczom. Tyle błota to widziała chyba tylko Świnka Peppa! Nie poddaliśmy się jednak i pomimo tego, że nie był to widokowy taras marzeń, to po chwili liczyło już się tylko jedno - samoloty. Choć Tygrysie buty ucierpiały od nadmiernej ilości błota, to miejsce bardzo się podobało. Nasze auto wygląda trochę jak po wyścigu off-roadowym, ale co tam ;) 




Wieczór spędziliśmy w Wilanowie, w Królewskim Ogrodzie Światła. I tu byliśmy trochę rozczarowani, bo pomimo tego, że było przepięknie i obejrzeliśmy pokaz mappingu na pałacu, to zabrakło nam atrakcji dla dzieci, które były w zeszłym roku. Pisałam wam o motylach, biedronkach, tunelach ze świateł itd. W tym roku, zamiast tego pojawiła się fontanna i ogródek, gdzie co parę minut można było zobaczyć pokaz światło-dźwięk. Nie lada gratka dla starszych, ale dla dzieci oferta zeszłoroczna była dużo lepsza według mnie. 






Iluminacja w dzielnicy Wilanów



Klikając w link możecie zobaczyć zdjęcia z zeszłego roku -----> http://www.naszmalyswiatek.pl/2017/12/totalna-magia.html

Jako że w sobotę przypadał Międzynarodowy Dzień Pizzy, nie mogło zabraknąć jej również u nas w domu! Wygłodzeni spacerem wróciliśmy do nas i przygotowaliśmy kolację. Dzieciaki dostały nowej energii, którą spożytkowały na zabawę do godziny 22. Nawet Misia, którą podobno bardzo bolały nóżki i kazała się nosić na barana, nagle odzyskała wszystkie siły witalne. 

Wszystko co dobre szybko się kończy. Jeszcze tylko niedzielny spacer i Tygrysy wracają w swoje strony. Weekend był bardzo miły i udany. Pomimo tego, że trzeba było sporo chodzić, to myślę, że wszyscy psychicznie odpoczęliśmy. No może prócz Tygrysiego Taty, który zmagał się z pewną dolegliwością, na którą niestety nikt nic nie mógł poradzić :( Nawet domowej roboty wino mojego taty na dłuższą metę się nie sprawdziło. 

Tygrysia rodzinko, bardzo dziękujemy wam za wspólnie spędzony czas, za to, że przyjechaliście, choć przecież nie mieszkamy aż tak blisko siebie. Dziękujemy za zaproszenie w Wasze strony, w tę część Polski mogę wracać i wracać. Ale nie wiem jak to będzie, może doradzę się jednak tu na blogu, publicznie, bo nie wiem, co o tym sądzić ;) Jednym z punktów programu naszego pobytu, ma być odwiedzenie miejsca, w którym jest mnóstwo bocianów i to na wyciągnięcie ręki. Rewelacja, ale... Tygrysia mama na koniec opowiedziała nam o wypadku jaki tam się zdarzył, w którym bocian wbił się człowiekowi w głowę swoim dziobem ;) 
Nie wiem co o tym sądzić. Jak myślicie? Jechać? Ryzykować?

Pozdrawiam całą rodzinkę Tygrysów, a wy kochani mam nadzieję, że miło spędziliście weekend. Przed nami kolejny tydzień, u nas w województwie właśnie skończyły się ferie, co oznacza też więcej pracy dla mnie. Pocieszające jest to, że wiosna już tuż za rogiem! Wczoraj osobiście widziałam u siebie w ogródku pąki na różach, małe listki na hortensjach, nie wspominając o wybijających się z ziemi krokusach i innych typowo wiosennych kwiatach. 


Wspaniałego tygodnia!








wtorek, 5 lutego 2019

Siła dialogu, czyli dlaczego warto rozmawiać z dziećmi.


Nie wiem, czy kiedyś wam opowiadałam taką historię zasłyszaną od znajomego. Jeśli tak i kolejny raz będziecie o niej czytać, to wybaczcie kobiecie w podeszłym wieku, która ma już problemy z pamięcią ;)
A więc kolega ten, jako student pracował na farmie w Szwajcarii. Zanim przejdę do właściwej historii, kilka ciekawostek związanych z samym miejscem. Kraj ten jest bardzo ciekawy jeśli chodzi o języki, ponieważ urzędowym jest tu niemiecki, francuski oraz włoski i retoromański. Wszystko w zależności od kantonu, w którym dana osoba zamieszkuje. Ale to nie wszystko. Znajomość niemieckiego wcale nie gwarantuje łatwego porozumiewania się z tubylcami. Język codzienny Szwajcarów w kantonach niemieckojęzycznych to bowiem dialekt alemański (Schwyzerdütsch), używany przez wszystkie warstwy społeczne, nawet w dużych miastach (chociaż w formie pisanej spotkacie się raczej z niemieckim) Dla mnie brzmi to jak mieszanina niemieckiego, francuskiego i uwierzcie mi, ciężko wychwycić nawet pojedyncze słowa. Na szczęście francuski i włoski, mimo drobnych odmienności, np. w niektórych liczebnikach oraz w wymowie, nie różnią się od języka standardowego. Uff. 
No ale do rzeczy. Kolega mój pracował pod Zurychem, co oznacza, że jego szef mówił w języku niemieckim i wspomnianym przeze mnie dialekcie. Jako, że znajomy zna tylko angielski, właśnie w tym języku porozumiewał się na co dzień z bossem. Pewnego dnia, właściciel farmy opowiedział mu historię o tym, jak poznał swoją żonę. Zaczyna się ona od wizyty w innym kantonie, gdzie przedstawiono mu dziewczynę, która bardzo mu się spodobała. Ale cóż z tego, że była ładna, skoro porozumiewała się tylko w języku francuskim, którego on nie znał. Jak sobie z tym poradzić? Prosto. On najwidoczniej też jej się spodobał, bo postanowili wykorzystać słabą, ale jednak, znajomość angielskiego. Miłość rozwinęła się i po jakimś czasie dziewczyna przeprowadziła się do niego, by potem wziąć ślub z ukochanym. Przez długi czas porozumiewała się ze swoim mężem tylko po angielsku, zanim oboje nie nauczyli się mówić w swoich językach. Zabawne w tym wszystkim jest to, że pochodzili oboje z tego samego kraju, (byli bowiem rodowitymi Szwajcarami), mieszkali zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od siebie, a mimo to dzielił ich język. Musieli więc podjąć trud znalezienia rozwiązania tej sytuacji, co też uczynili. 




Język może stanowić problem w porozumiewaniu się, to prawda. Ale nie tylko on. Gdy patrzę tak na ludzi, których znam i obcych, których spotykam na co dzień, łatwo zauważyć, że pomimo tego, iż oboje świetnie władają naszym językiem, to jednak nie potrafią się dogadać. Jak to możliwe? Komunikacja nie jest łatwa. Możemy powymieniać sobie zdania na temat nowości kosmetycznych, filmowych, opowiedzieć co u nas w pracy, jak spędziliśmy weekend, ale wtedy gdy w grę wchodzą poglądy na jakiś temat, często zaczynają się schody. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Każdy uważa, że jego opinia jest tą właściwą. A przecież patrzymy na świat inaczej, przez pryzmat własnej wiedzy i doświadczeń. Trudna jest więc akceptacja tego, że druga osoba nie zgadza się z nami. Stąd biorą się konflikty w rodzinach, zakładach pracy i oczywiście na wyższych szczeblach. Łatwo mówić, ale trudniej słuchać. Szczerze mówiąc znam naprawdę niewielu ludzi, którzy opanowali tę sztukę, gdzie bez wielkich emocji odbywa się rozmowa na jakiś temat, każdy przedstawia swój punkt widzenia i rozstajemy się w pokoju. Nie raz przecież rozmawialiśmy na różnych blogach choćby o narzucaniu swoich metod wychowawczych przez niektóre matki, sprawiając, że te mające inne poglądy, czuły się często nieswojo.
Skoro więc większość dorosłych ma problem z dialogiem, słuchaniem drugiej osoby, akceptacją tego co myśli, to co z umiejętnością rozumienia naszych dzieci? Czy potrafimy z nimi rozmawiać? 

W domu uczymy dziewczynki dialogu z drugim człowiekiem w zasadzie od zawsze. Nie mam patentu na nieomylność i nie twierdzę, że moje metody są najlepsze. Nie gwarantuję też satysfakcji, zadowolenia i sukcesu, więc w razie czego reklamacji nie przyjmuję * (gwiazdka duża, żeby nie było, że ktoś nie widział;)) ale chciałabym dziś podzielić się z wami tym, w jaki sposób słuchamy i mówimy do dzieci.  Bo przecież z tych małych istotek wyrosną kiedyś uczennice, przyjaciółki, partnerki a potem żony i matki. 


Często ulubioną odpowiedzią rodziców jest "Nie" Na pytanie dziecka "Dlaczego?" odpowiadają "Bo nie" W ten oto sposób dziecko uczy się, że osoba, która ma władzę, może narzucać innym swoje poglądy, bez podania argumentów dlaczego tak się dzieje. 
Nie pamiętam, żeby moje dzieci kiedykolwiek słyszały od nas odpowiedź "Nie, bo nie." albo "Nie, bo ja tak mówię" Zawsze jest to "Nie, ponieważ ..... " Nawet gdy były malutkie i nie do końca rozumiały podany przez nas argument to wiedziały, że odpowiedź ma jakieś logiczne wytłumaczenie (albo przynajmniej powinna;)) Kiedy któraś z dziewczynek coś zbroi, albo coś się wydarzy, nauczyliśmy je, że idziemy o tym porozmawiać (zwykle do mojego biura) Siadamy wtedy na kanapie i na spokojnie omawiamy sytuację. Nigdy nie krzyczymy, wysłuchujemy co dziecko ma do powiedzenia. Często zachęcamy, by samo zaczęło mówić, tym samym sprawdzając, czy jest świadome swojego czynu (np. wyszarpywanie zabawki siostrze) Zdarza się czasem, że któraś jednak mówi, że nie wie o co chodzi. Wtedy nakreślamy całą sytuację i to, co nam się nie spodobało w zachowaniu.  Dziewczynki już tak się przyzwyczaiły do tego sposobu, że same mówią "Chodź, idziemy porozmawiać" i biorą nas za rękę. Rozmowa nie trwa długo, zwykle do 5 minut i nie polega na wykładzie i robieniu dziecku wymówek. Jest to normalny dialog polegający na wysłuchaniu dziecka i wytłumaczeniu mu, co zrobiło źle. Często zachowanie dziecka nie wynika przecież z jego złej woli, ale z niewiedzy lub temperamentu (małe dziecko dopiero uczy się o skutkach swoich czynów, nie zawsze panuje nad tym co robi) 

No dobrze. Opiszę wam pewną sytuację. Dziewczynki mają taki zestaw do herbaty, filiżanki z talerzykami i inne akcesoria. Wiele razy powtarzałam im, żeby bawiły się nimi na dywanie lub na panelach, ponieważ mogą się stłuc. Pewnego dnia Misia przyniosła mi "herbatkę" do kuchni. Podziękowałam, ale poprosiłam, żeby raczej następnym razem zawołała mnie do pokoju (mamy otwartą kuchnię, więc w zasadzie jesteśmy w jednym pomieszczeniu) Przypomniałam, że zestaw zrobiony jest z takiego materiału, który gdy uderzy o płytki to niestety będzie do wyrzucenia. Misia nie posłuchała tylko postawiła filiżankę na schodach. Gdy powiedziałam, żeby zabrała ją na dywan (schody są w części z płytkami), nie zrobiła tego. Po kilku minutach, niechcący szturchnęła filiżankę, gdy przechodziła i ta oczywiście zbiła się. No i zaczął się płacz, ja oczywiście powiedziałam, że prosiłam, że nie posłuchała itd. Misia jest wrażliwym dzieckiem i wiedziałam, że jest jest bardzo przykro, ale też z drugiej strony prosiłam ją i to nie jeden raz, żeby tej filiżanki tam nie kładła. Po chwili podchodzi do niej Elsa. 
- Chcesz porozmawiać?, pyta.
Misia kiwnęła głową, więc Elsa wzięła ją za rękę i zaprowadziła do mojego biura. Oniemieliśmy. Zamknęły drzwi i rozpoczęła się rozmowa. Byliśmy bardzo ciekawi jak będzie wyglądać dialog czterolatki z trzylatką, więc staraliśmy się nadstawić uszu :) Nie powtórzę wam oczywiście dokładnie, ale mniej więcej brzmiało to tak:
- Jak to się stało?, pyta Elsa.
- No bo ja postawiłam filiżankę na schodach i jak potem szłam to ona spadła i się potrzaskała, odpowiada Misia przez łzy.
- Czyli to było niechcący tak?
- Tak jak nie chciałam tego rozbić, szłam, a to spadło...

Po chwili dziewczyny wchodzą do kuchni trzymając się za rękę.
- Już wiem jak to się stało, oznajmiła Elsa. Misia postawiła filiżankę na schodach i to było niechcący, bo ona przechodziła i ta filiżanka sama spadła.
Misia cały czas zalana łzami mówi:
- Przepraszam, już tak nie będę. 
Kucnęłam koło nich i zanim cokolwiek powiedziałam to wytarłam nosek Misi. 
- Nie gniewaj się na Misię, mówi Elsa. 
- Nie gniewam się, odpowiedziałam, filiżankę można odkupić, chodzi o to, że kilka razy prosiłam, żebyś ją stamtąd zabrała, zwróciłam się do młodszej córki. 
Potem przytuliłyśmy się i wszystko było już dobrze.

Byłam pod wrażeniem tego, jak dziewczynki ze sobą rozmawiały, dlatego wiem, że w dialogu jest siła i warto uczyć dzieci tej umiejętności. Być może kiedyś zamiast obrażania się, czy wrzeszczenia na drugą połówkę, spokojnie powiedzą "Kochanie, porozmawiajmy" Może jestem idealistką, zobaczymy, ale wierzę, że jeśli wyniosą to z domu i będą nauczone rozmowy, stanie się ona dla nich czymś naturalnym.

Jeszcze jeden przykład. Elsa rysuje sobie przy stoliczku, który sama sobie zrobiła z pudła. Proszę ją o zrobienie jednej rzeczy, ale nie słucha. Powtarzam kolejny i kolejny raz, a ona nic. Jak grochem w ścianę. W końcu stanowczo podchodzę do niej i proszę, żeby w tej chwili poszła wykonać moje polecenie. Wściekła na mnie, bo przeszkadzam jej rysować, wstaje i idzie. Po chwili wraca do swojego stanowiska i długopisem wyraża na kartce swoje uczucia.
Gdy przechodzę koło niej, widzę z jaką miną i zaciętością coś tam rysuje, więc zaglądam jej przez ramię.
- To ja?, pytam. 
- Tak, odpowiada Elsa, to jesteś ty zdenerwowana na mnie. Wzięłam kartkę do ręki i trochę się przeraziłam, bo nie miałam pojęcia, że aż tak źle wyglądam jak się złoszczę haha. Wyglądam jakbym co najmniej wpadła w jakąś furię. Muszę nad tym popracować, bo ta zmarszczka na pewno nie działa dobrze na moją urodę ;) No nic. Pytam ją więc, czy chce o tym porozmawiać. Mówi, że tak, więc wychodzimy na chwilę na pokoiku. Tam dowiaduję się, że mojej córce jest przykro, bo się na nią złoszczę. Pytam więc, czy wie dlaczego się złoszczę. Oczywiście wie. Wyjaśniamy więc sobie całą sytuację i Elsa wraca na swoje stanowisko pracy. Po kilku minutach woła mnie i pokazuje nowy rysunek. Uśmiecham się do niej i daję całuska. 
Zresztą sami popatrzcie jak to wyglądało:

Na górze oczywiście wkurzona ja, na dole my z Elsą już pogodzone :)
To na mojej głowie to podobno korona...

I ostatni już przykład, tym razem to ja coś zawaliłam ;) 
Do przedszkola maluchy mogą nosić przytulanki codziennie, starszaki jeden dzień w tygodniu. Któregoś dnia, Misia naszykowała sobie kaczuszkę, która niestety została w wiatrołapie, gdy wychodziłyśmy. W przedszkolu Misia bardzo przeżywała, że nie zabrała przytulanki. Obiecałam jej, że zaopiekuję się kaczuszką i przywiozę ją do przedszkola po południu. Poprosiłam, żeby Misia tamtego dnia wzięła sobie jakąś miejscową przytulankę z kącika pluszaków. Zgodziła się. Przyznam szczerze, że miałam wtedy sporo zajęć, wpadłam potem do domu i na szybko zrobiłam obiad, po czym pojechałam odebrać dziewczynki.
- A gdzie kaczusia?, tak brzmiało pierwsze pytanie Misi.
- yyyyy
Cholera zapomniałam, pomyślałam w duchu. Wzięłam Misię na kolana i przeprosiłam ją za moje zachowanie. Wyjaśniłam, że byłam w pracy, zrobiłam obiadek i tak szybko jechałam po nie do przedszkola, że kaczusia została na pufce. 
Sytuacja dla dorosłego może wydawać się banalna, co to za różnica jaką przytulankę ma dziecko. Ale dla niej to było ważne. Jak potem się dowiedziałam, opowiadała cioci, że zostawiła kaczuszkę w domu, ale mamusia ją przywiezie przy odbiorze. Ale mamusia nie przywiozła... 

Chciałabym nauczyć dziewczynki, że każdy popełnia błędy i dorośli i dzieci, ale ważne, żeby z tych błędów wyciągać wnioski i umieć przepraszać. Nam dorosłym też nie wszystko się przecież udaje. Nie zawsze słuchamy innych, potem żałując, że coś nam nie wyszło, bo postawiliśmy na swoim. I nikt nie lubi, gdy mówi się do niego "A nie mówiłem?" To już nic nie pomoże, a na pewno tylko pogorszy sytuację. Tym bardziej w stosunku do dziecka, nigdy nie bagatelizujemy sytuacji - dla niego obietnica przywiezienia kaczuszki jest tak samo ważna jak dla dorosłego na przykład zakup czegoś. 

Nasze zasady:
* Zawsze pozwalamy dziecku przedstawić jego wersję wydarzeń, nawet jeśli uważamy, że wiemy jak to się odbyło (może się zdarzyć, że odbieramy sytuację w inny sposób jako dorośli)
* Nie krzyczymy, rozmawiamy spokojnie.
* Nie rozmawiamy z dzieckiem w obecności innych osób, także rodzeństwa. Dziecko musi wiedzieć, że jest to indywidualna sprawa między nim a rodzicem.
* Nie zaprzeczamy uczuciom. Jeżeli dziecko mówi, że jest mu przykro, to widocznie jest.
* Nie prawimy kazań, nie pouczamy, ale przedstawiamy argumenty tłumaczące sytuację i uczucia innych osób (np. widzisz, zabrałaś zabawkę Marysi, dlatego jest jej teraz przykro)
* Proponujemy dziecku rozwiązanie lub pytamy jakie ono ma propozycje
* Nawet jeśli na dany temat już rozmawialiśmy, robimy to jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze. Tyle ile trzeba.
* Dziecko też ma prawo do emocji. Nie zawsze musi być szczęśliwe. Może się złościć i smucić.
* Nie spożywamy posiłków przy włączonym telewizorze. Staramy się wykorzystać ten czas na rozmowę (byle nie z jedzeniem w buzi:) )
* Odbierając dzieci z przedszkola rezerwuję sobie czas na to, by zawsze posiedzieć chwilę w szatni, okazać im zainteresowanie, zapytać jak minął dziewczynkom dzień, obejrzeć prace plastyczne (coś, czego nauczyłam się od mojej mamy, która właśnie w ten sposób ze mną postępowała)
* Interesujemy się życiem dziecka (prosimy, by opowiadały o kolegach, koleżankach, co u nich, czy bawili się ładnie)
* Nie bawimy się z dzieckiem w grę "Zgadnij o co mi chodzi", czyli nie obrażamy się myśląc, że dziecko domyśli się o co nam chodzi. Gwarantuję wam, że się nie domyśli.
* Opowiadamy o sobie, czasem wspominając co zrobiliśmy źle, tak, żeby dziecko wiedziało, że rodzice nie są idealni.
* Rozmawiając z dzieckiem nigdy nie korzystamy z telefonu komórkowego. Ogólnie uważam, że jest to brak szacunku dla drugiej osoby, obojętne ile ma lat.

Umiejętność rozmawiania z drugim człowiekiem wyniosłam z domu. Dlatego jestem pewna, że praca jaką codziennie wkładamy w nauczenie tego samego naszych dzieci, przyniesie owoce w przyszłości. Jest to ważne również w kontekście tego, gdyby dziecku działa się krzywda. Jeżeli coś takiego będzie miało miejsce, chciałabym, żeby dziewczynki wiedziały, że zawsze mogą przyjść porozmawiać, że zawsze razem coś wymyślimy. Powtarzamy im więc na każdym kroku, że cokolwiek zrobią to zawsze je kochamy, nawet jeśli przez chwilkę się złościmy.