wtorek, 28 lutego 2017

O pierwszym spotkaniu

Dziś ten wielki dzień. Jedziemy poznać naszą córeczkę :) W samochodzie nagrywamy jeszcze na pamiątkę krótki filmik i jesteśmy gotowi. Mamy nadzieję, że spodobamy ci się jako rodzice.
Siedząc w salce i czekając na ciebie, mam motyle w brzuchu. Tak naprawdę to już nie słucham tego co mówią inni, najważniejsze, żeby już cię przynieśli. Po chwili widzę na rękach małe zawiniątko z którego wynurza się mała główka. "Poznaj swoich rodziców" słyszymy. Byłaś odświętnie ubrana i spokojnie nam się przyglądałaś.
Przepraszam kochanie, że cię wtedy nie poznałam, że byłaś mi wtedy jeszcze taka obca. Teraz, gdy patrzę na zdjęcia to nie wiem jak wtedy mogłam nie wiedzieć, przecież to ty, kochane rączki, kochane usteczka i kochana główka z paroma włoskami.
Przyniesiono nam butelkę i pieluszkę. Musieliśmy cię nakarmić i przewinąć. Bałam się, że to swoistego rodzaju test na to jak sobie poradzimy, ale na szczęście zostaliśmy z tobą sami. Po wypiciu mleczka zasypiasz w moich ramionach. Udaje nam się też ciebie przewinąć uff to chyba najtrudniejszy test - drżącymi rękami znaleźć i dobrze zapiąć rzepy :) Po chwili budzisz się. Kładziemy cię na kanapie na brzuszku. Nieporadnie trzymasz główkę w górze i próbujesz ściskać jakąś zabawkę, którą wkładamy ci do rączki. Jesteś taka maleńka i bezbronna. Znów zasypiasz, tym razem na kocyku. Odnosimy cię więc do sali, żebyś mogła spokojnie i wygodnie zasnąć na dobre. Żegnamy się, ale nie na zawsze. Tylko do następnego razu. Do jutra. Jeszcze trochę i już na zawsze będziemy razem.

poniedziałek, 27 lutego 2017

O sprawie o przysposobienie

Kiedy już poznaliśmy nasze dziecko, najbardziej pragnęliśmy zabrać je już do domu. Niestety trzeba było poczekać. Sędzia, która prowadziła naszą sprawę, okazało się, nie przyznaje pieczy tymczasowej tylko od razu wyznacza termin sprawy o przysposobienie. Z jednej strony dobrze, bo cała procedura skraca się, źle, bo nie możemy według prawa zabrać dziecka do siebie. Dla tak małego dziecka, każdy dzień jest ważny. Czekając na wyrok sądu, maluszek nadal przebywa w placówce i nie ma przy sobie rodziców. I mimo dobrej opieki ze strony ośrodka preadopcyjnego, nic nie może mu zastąpić kochającej rodziny.

Według wytycznych, na sprawę ubieramy się schludnie, ale nie za bardzo elegancko. Wchodzimy do właściwej sali i czekamy. Mój wzrok przyciąga wokanda na której widnieje informacja, jakie sprawy się odbywają. I tu wielkie zaskoczenie. Widzę nasze nazwisko i nazwisko dziecka! Dla mnie coś niedopuszczalnego. Nie mówię już o ochronie danych osobowych, ale o powodzeniu naszej adopcji! Przez poczekalnię przechodzi wiele osób, a co jeśli ktoś kto zna biologicznych rodziców mojego dziecka zobaczyłby kto je adoptuje? To mogłoby zaważyć na całym życiu dziecka i naszym. Gdy po rozprawie udaliśmy się wraz z opiekunem prawnym dziecka do sekretariatu porozmawiać w tej sprawie, usłyszeliśmy tylko, że takie mają praktyki. Zupełnie tego nie rozumiem, trzeba trochę wyrozumiałości i wyobraźni, nie wszystko przecież można podciągnąć pod paragrafy i ustawy. Pani z ośrodka mówiła nam później, że wiele razy zgłaszała ten problem do sądu ( który nazywa się rodzinnym przecież), ale nic nie zmieniono. Czego tu zabrakło? Chyba czynnika ludzkiego.
Ale wracając do samej sprawy. Osoba taka jak nasza sędzia, nie powinna pracować w takiej instytucji, tym bardziej, że jest w jej rękach los dzieci. Stojąc pośrodku sali, poczuliśmy się jak uczniowie wzięci do tablicy nie przygotowawszy się do odpowiedzi. To tak, jakby pani ta "wrzucała" wszystkich do jednego wora - rodziców alkoholików, narkomanów, rodziny patologiczne i nas, kandydatów na rodziców adopcyjnych. Zero współczucia, zero wyrozumiałości, zero zrozumienia. Pytania zadawane nam były w sposób nawet nie niemiły, a wręcz niegrzeczny. Gdy choć wzięliśmy oddech po zadanym pytaniu, poganiano nas do odpowiedzi stwierdzeniem " Proszę odpowiadać, sąd nie ma czasu" Zrozumiałe jest dla mnie, że sądy muszą wykonywać swoją pracę, rozumiem też, że nikt nie będzie w trakcie rozprawy opowiadał żartów, ale od osoby tej rangi wymagam przede wszystkim powagi sytuacji i należytego szacunku. I to dla wszystkich. Obojętne kto przed nią stoi, to nie ma prawa ona publicznie wyżywać się na innych. Jak potem się dowiedziałam, dla nas podobno pani sędzia była "miła" Wiele osób wychodziło z rozprawy roztrzęsionych, albo z płaczem. Zdarzało jej się nawet odsyłać kandydatów na dodatkowe szkolenie twierdząc, że nie są wystarczająco przygotowani, tym samym podważając ocenę ośrodka, bo przecież mieli kwalifikację.
Wychodząc z budynku sądu byłam roztrzęsiona całą sytuacją, ale ważne było wtedy tylko jedno. W ręku miałam dokument potwierdzający, że dziecko jest na zawsze nasze.

O poczuciu bezpieczeństwa

"Mamusiu, będziesz obok, kiedy się obudzę?"
"Oczywiście, że będę, zawsze będę przy tobie", odpowiedziałam.
" To dobrze", odpowiedziałaś i zamknęłaś oczka.

Kiedy byłam mała, pamiętam bardzo dobrze, jak rodzice układali mnie do snu a potem mój tatuś mówił do mnie " Śpij spokojnie, pamiętaj, że zawsze jestem obok i czuwam" I choć zamykając oczy wiedziałam, że za chwilę wyjdzie do swojego pokoju i zostanę sama to jego słowa dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam, że mogę spać spokojnie, bo co by się nie działo to zawsze jak za sprawą magicznej różdżki stanie obok mnie.

środa, 22 lutego 2017

O braku miłości rodziców biologicznych


Parę lat temu poznałam  kolegę, nazwijmy go tutaj Adamem. W jednej ze szczerych rozmów na temat życia, powiedział mi, że nie wierzy w miłość.  Zdziwiło mnie to, ponieważ Adam jest osobą bardzo ciepłą, spokojną, nie szukającą wrażeń w życiu a raczej ceniącą sobie wartości. " Skoro ty wierzysz w miłość", odpowiedział mi, "to powiedz co to jest, podaj mi definicję" Definicji podać nie umiałam, ale po części opisałam mu co ja czuję i życzyłam, aby on też kiedyś mógł doświadczyć czegoś podobnego. "A skąd będę wiedzieć, że to to?" "Będziesz wiedzieć", odpowiedziałam i uśmiechnęłam się.
Adam wychował się w rodzinie w której zabrakło miłości, nikt kochać go nie nauczył, być może nawet niewiele jej doświadczył. Ojciec lubił sobie wypić, matka totalnie od niego uzależniona zupełnie nie potrafiła przejąć inicjatywy w wychowaniu dzieci. Nie było tam przytulania, mówienia "kocham", bliskości. Było tylko wypełnianie obowiązku zapewnienia dzieciom podstawowej opieki takiej jak karmienie, ubrania itd. Oczywiście godziwe warunki są ważne, ale czegoś w tej rodzinie brakło. Najsmutniejsze w tej krótkiej historii i refleksji nad nią jest to, że Adam powiedział mi 
" Wiesz, wolałbym być adoptowany niż wychować się w mojej rodzinie biologicznej od której nie dostałem w życiu NIC" Oczywiście wiem, że nie mówił o rzeczach materialnych, choć i tego też nie dostał. Sam ciężką pracą musiał dojść do wszystkiego.

Dziś Adam ma 40 lat, jedno dziecko, które kocha nad życie i stara się być dla niego takim ojcem jakiego sam nie miał. Nie jest łatwo, ponieważ matka dziecka zupełnie mu w tym nie pomaga. Od ponad roku jest z kobietą po przejściach i słyszałam ostatnio, że po raz pierwszy w życiu czuje coś, o tam w środku. Jeszcze nie wie co to jest, ale może to miłość? Życzę im obojgu wszystkiego dobrego. Mam nadzieję, że razem odnajdą zagubionych siebie. 
My rodzice adopcyjni często mamy takie poczucie, że jesteśmy tymi "drugimi" Jak widać na przykładzie historii Adama samo bycie rodzicem biologicznym nie da dziecku szczęścia w życiu. Czy jesteśmy biologiczni czy adopcyjni, musimy obdarować nasze dzieci ogromną miłością, żeby gdy ono dorośnie potrafiło obdarować nią innych.

wtorek, 21 lutego 2017

O miłości do dziecka i depresji

Kiedy osoba niemogąca zajść w ciążę słyszy o depresji poporodowej to aż drży ze złości. Jak to możliwe, że ta wspaniała chwila w której rodzi się dziecko, okazuje się początkiem wewnętrznego cierpienia. Oczywiście nie mówię tu o niechcianej ciąży, ale o świadomym, planowanym powiększeniu rodziny. Co więc się dzieje w głowach tych mam? Co sprawia, że nie potrafią cieszyć się z narodzin swojego potomka? Czy może jest to swego rodzaju zderzenie z rzeczywistością, która nie rysuje się już tak kolorowo? Czy może strach przed porażką jako rodzic. Trudno jest mi ocenić, ale na pewno jest to uczucie, którego zupełnie nie byłam w stanie zrozumieć aż do czasu gdy sama miałam swoje dziecko. Ale od początku.
Dzieci kochałam zawsze, ale nigdy nie byłam osobą wpadającą w przesadny zachwyt nad dziećmi znajomych czy sąsiadek. Już nawet zanim pragnęłam swojego dziecka nigdy nie zdarzyło się, żebym złapała jakieś dziecko za jego pulchne poliki, wymiętosiła je i z zachwytem piała coś w dziecięcym języku. Kiedyś nawet usłyszałam o sobie, że może ja wcale nie lubię dzieci. Najwidoczniej mój uśmiech, kilka miłych słów i krótki zachwyt nad dzieckiem nie wystarczyły.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam E. to poczułam wiele rzeczy: szczęście, radość, zdziwienie, powagę, różne odczucia, ale nie umiem powiedzieć, czy od razu poczułam miłość. Może ktoś zapytałby jak to możliwe, przecież na tę chwilę czekałaś całe wieki. Nie umiem tego wytłumaczyć. Myślę, że to nie ważne czy urodziłam to dziecko czy adoptowałam. Chwila jest podobna, bo przynoszą ci dziecko i mówią, że to twoje. Ja potrzebowałam czasu, by tej miłości się nauczyć. Być może dlatego, że przez te wszystkie lata każda była matką tylko nie ja, inni mieli dzieci tylko nie ja, żyłam gdzieś obok tych, którzy byli rodzicami. Nagle stałam się częścią tej grupy, którą przez tyle lat ignorowałam, by móc żyć i nauczyć się akceptować swoją niepłodność.
Miłość przyszła z każdym dotykiem, przytulaniem, uśmiechem. Taka prawdziwa miłość. Pamiętam chwile kiedy pierwszy raz świadomie obejmowała mnie za szyję i trzymała się, żeby nie spaść. I ten cudowny moment kiedy z własnej woli zaczęła dawać całusa. Ale nic nie było bardziej wzruszającego od tego momentu, gdy patrząc na mnie mówi " Kocham cię mamusiu"
Teraz po części rozumiem, czemu matki nie zawsze potrafią się cieszyć z narodzin dziecka. Zmęczone, obolałe po porodzie, z maluszkiem totalnie uzależnionym od nich radość czasem znika. Trzeba od początku zorganizować swój świat, który właśnie stanął na głowie. A miłość? To tak jak miłość do mężczyzny czy kobiety. Czasem szalona czasem bardziej spokojna i wyważona. Najważniejsze, by była głęboka i trwała.

poniedziałek, 20 lutego 2017

O czekaniu na TEN telefon

                Po skończeniu kursu zamknęliśmy pewien etap starania się o adopcję dziecka. Jeszcze tylko parę formalności i jak dobrze pójdzie to dostaniemy kwalifikację i zostanie nam czekanie. No właśnie, czekanie. Ta część chyba będzie najgorsza, bo niewiele od nas zależy. Już nic się nie dzieje.

Po jakimś czasie otrzymujemy telefon od ośrodka, żeby przyjechać omówić testy. Jest kwalifikacja! Wraz z nią informacja, żeby czekać cierpliwie. Zawsze byłam osobą niezbyt cierpliwą, często zdarzało mi się popełniać przez to błędy, nieprzemyślane, spontaniczne decyzje nie zawsze były dobre. Przeszłam przez różne stadia począwszy od szalonego biegania do łazienki i siusiania na test ciążowy a potem panicznego oczekiwania na dwie kreski do aż do świadomej decyzji o adopcji. Niepłodność nauczyła mnie pokory i wiary w to, że moje marzenia się spełnią, tylko być może nie tak jak ja chcę i nie wtedy kiedy ja chcę. To dało mi ogromną moc i siłę, by przetrwać ten okres oczekiwania na TEN telefon.
Ponieważ staraliśmy się o dziecko do 2 lat, zaczęliśmy kompletować wyprawkę i szykować pokoik. Nie wiedzieliśmy jeszcze czy faktycznie uda się wszystkie marzenia zrealizować, ale ja po prostu to czułam. Zakupiłam trochę ciuszków, mąż położył panele w pokoiku dla dziecka i tym samym pożegnaliśmy się z naszą sypialnią i cudownym ogromnym łóżkiem :) Wszystko to dodało nam skrzydeł i choć nie wiedzieliśmy ile czasu potrwa to czekanie, to sam pokoik napawał optymizmem. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później zamieszka w nim dziecko.
Mijał czas i nadeszło lato. Słyszeliśmy, że trzeba dzwonić do ośrodka samemu się dopytywać jak sprawa wygląda, więc kolejny raz dzwonimy. Niestety słyszymy to samo-dzieci brak.
Minęły wakacje, we wrześniu wybieramy się na wakacje do Włoch. Telefon nadal milczy, ale już tyle czekamy, że dla pewności wybieramy się do ośrodka zapytać, czy jechać czy nie. Dostajemy zielone światło, więc pakujemy walizki i ruszamy. Plan dość napięty- sporo zwiedzania. W głowie jednak myśl - a co jeśli zadzwonią, gdy nas nie będzie? Życie przecież płata figle. Gdy siedzimy i czekamy to zwykle się nic nie dzieje, gdy tylko zabierzemy się za coś innego i przestajemy o tym myśleć to bez naszej wiedzy dzieją się różne rzeczy.
Do Włoch docieramy bez komplikacji, telefonów z ośrodka brak. No i nadchodzi środa, po powrocie do naszego domku na mojej komórce kilka nieodebranych połączeń z ośrodka. Mogło to być nic takiego, ale ja już wiedziałam. Serce waliło jak szalone, bo już wiedziałam i czułam, że w tym właśnie momencie zostaliśmy rodzicami <3
Jako, że nie byliśmy na wakacjach sami, trzeba było powiadomić resztę grupy o tym cudownym wydarzeniu. Jakież było zaskoczenie tych, którzy nie wiedzieli o naszych staraniach, kiedy oznajmiliśmy, że "urodziło nam się dziecko i musimy wracać"
We Włoszech zostaliśmy jeszcze do końca tygodnia, ponieważ na pierwsze spotkanie z dzieckiem wyznaczono poniedziałek. W niedzielę więc, wyruszyliśmy w kierunku domu, aby poznać naszą 8-tygodniową córeczkę. Reszta grupy podążyła w kierunku Rzymu, do którego tym razem nie było dane nam dotrzeć. Niewykorzystane bilety do Watykanu zawsze będą przypominać te wzruszające chwile, kiedy się dowiedzieliśmy. Chyba jest nam po prostu przeznaczone zwiedzić to piękne miasto powiększoną rodziną. Na pewno tam wrócimy.



środa, 15 lutego 2017

O szkoleniach na rodziców adopcyjnych

SZKOLENIE w ramach przygotowania do adopcji jest obowiązkowe. Każdy, kto interesował się tym tematem wie, że trzeba przejść przez szereg wykładów, warsztatów, rozmów z psychologiem czy testów. I nikt się nie dziwi, przecież taka jest procedura, musimy być przygotowani na 150% do przyjęcia dziecka. Każdy ośrodek ma swoje zadania, cele i praktyki. To co więc napiszę tutaj, to oczywiście moje doświadczenia i odczucia.
Rozmowy z psychologiem i pedagogiem okazały się normalnymi rozmowami o naszym życiu, związku, naszych upodobaniach, nadziejach, lękach. Tacy jesteśmy, bez owijania w bawełnę i zbędnego koloryzowania opowiedzieliśmy ( każde z osobna) o sobie i o współmałżonku. Trochę jak w tych programach, gdzie on i ona dostawali te same pytania a potem sprawdzano ile odpowiedzi się zgadza....
Testy psychologiczne. No cóż, dla kogoś, kto miał kiedykolwiek styczność z czymś podobnym jasne jest przesłanie każdego pytania, jasne jest jaki profil kreuje się po wybraniu takiej odpowiedzi a nie innej.
Szkolenia częściowo informacyjne, nic nowego dla kogoś, kto wcześniej interesował się aspektami prawnymi adopcji. No i najważniejsze, czyli adopcja dziecka sama w sobie - radości, zagrożenia, choroby, problemy. Trochę tego dużo. Po takich spotkaniach można było odnieść wrażenie, że chcą nas zniechęcić, pokazać, jak dużo ryzykujemy, jak bardzo ta decyzja musi być przemyślana. Rozmowy z innymi, zadania i już. Czy jesteśmy już gotowi? Po jakimś czasie dostajemy kwalifikację, co oznacza, że tak, że jesteśmy gotowi przyjąć do siebie dziecko.
I tu właśnie pojawia się taka myśl, że tak naprawdę to wszyscy, którzy decydują się na dziecko (adopcję czy też jego poczęcie ) powinni przejść swego rodzaju szkolenie na rodziców. Wiem, że nie jest to możliwe, ale może wtedy niektórzy dwa razy zastanowiliby się zanim poszliby ze sobą do łóżka? Może będąc już w ciąży niektórzy pomyśleliby jak wielka spoczywa na nich odpowiedzialność za drugiego człowieka? Może staliby się wrażliwsi na innych, na inne rodziny, może chętniej pomagaliby i to nie tylko finansowo, ale wspieraliby duchowo?
Część kobiet lubi być po prostu w ciąży, ładnie wyglądać, robić tysiące fotek z brzuszkiem, wrzucać na tzw fejsa i czekać na tysiące lajków. I w zasadzie nie ma w tym nic złego, ale z moich obserwacji czasem na tym niestety się kończy. Wspaniali tatusiowie, mamusie, ale tylko w wirtualnym świecie. Uśmiechnięta rodzina na moment błysku flesza, a potem pustka. Każdy wraca do swoich zajęć, do swojej dziedziny życia. Myślę, że często ludzie nie zdają sobie sprawy, nie mają pojęcia jak działa mechanizm zwany wychowaniem i opieką. W swojej pracy wielokrotnie mam do czynienia ze zdziwionymi rodzicami, że przecież niemożliwe, żeby moje dziecko tak a nie inaczej się zachowało.
W idealnym świecie wiedzielibyśmy to wszystko. W idealnym świecie na lekcjach przygotowania do życia w rodzinie powiedzieliby nam jak działa ten świat. W idealnym świecie nie byłoby miejsca na
rażące błędy rodziców niszczące życie ich dzieci. Z pokolenia na pokolenie przechodzą pewne zachowania, pewne traumy. Nie dziwmy się potem, że dzieci oddane do adopcji pochodzą z rodzin, które również nie dostały od swoich biologicznych rodziców nic - ani miłości, ani wzorców, zupełnie nic. Może właśnie taka adopcja przerwała łańcuszek nieszczęść przechodzących z pokolenia na pokolenie. Może to odrzucenie dziecka staje się szansą na uleczenie całej rodziny, tak by pewne rzeczy mogły zamknąć swój rozdział na zawsze.

O matkach biologicznych

Dziś chciałabym poruszyć trudny temat, temat matek biologicznych. Gdy adoptowaliśmy E. , była jeszcze taka malutka, nie wiedziała co tak naprawdę wydarzyło się w jej życiu...

Kiedy przechodziliśmy kurs na rodziców adopcyjnych, puszczono nam film pt. "SZEŚĆ TYGODNI" Na większości par kandydujących zrobił on ogromne wrażenie. Pokazany jest w nim oddany do adopcji niemowlak i świat jego oczami. Na szkoleniu jednak zwrócono nam uwagę na inny aspekt, a mianowicie perspektywę matki biologicznej. Po adopcji naszej córeczki niejednokrotnie słyszałam jacy to straszni są ci rodzice biologiczni, jak można tak porzucić dziecko i wiele innych przekleństw w ich kierunku. Myślę, że ktoś kto tego nie przeżył, nie jest w stanie zrozumieć. Na szkoleniu dowiedziałam się, że różne są motywy nazwijmy to nie porzucenia, a po prostu oddania dziecka do adopcji. Prawda, że są takie matki które piją alkohol, zażywają narkotyki i zupełnie nie przejmują się, że rośnie w nich nowe życie. Nam, poukładanym życiowo ludziom od lat czekającym na upragnione potomstwo nie mieści się w głowie jak można tak postąpić, jak można na tym etapie niszczyć życie swojego nienarodzonego dziecka. Podobno wiele z tych kobiet wręcz nienawidzi tej ciąży, a dziecko traktuje jak niepotrzebnego pasożyta, którego trzeba się jak najszybciej pozbyć. Po porodzie nawet nie chcą patrzeć na dzieciątko, które właśnie przyszło na świat.

Jest jeszcze inna grupa matek oddających swoje dzieci do adopcji. Są to kobiety, które czyniąc właśnie w ten sposób uważają, że dają swojemu dziecku szansę na lepsze życie niż same mogą mu zapewnić. Często nie maja żadnego wsparcia ani w swoim partnerze, ani w swojej rodzinie, są po prostu same. Wychowanie dziecka to przecież nie tylko opieka nad nim, ładne ubrania, zabawki. Wychowując dziecko musimy je nauczyć żyć i funkcjonować w świecie, a jak taka matka ma nauczyć dziecko czegokolwiek skoro ona sama nie wie jak ma żyć, sama w tym życiu się pogubiła.
Niejednokrotnie są to osoby, które mają tak niską samoocenę, że są absolutnie nieprzystosowane do jakiegokolwiek współżycia z innymi i bycia odpowiedzialnymi za drugą osobę.

Są też i takie rodziny, w których już jest kilkoro dzieci i na kolejne taka rodzina pozwolić sobie nie może. Patrząc z boku można powiedzieć, że pozbywają się kłopotu i oddają. Przecież w dzisiejszych czasach mamy dostęp do tylu środków antykoncepcyjnych, co się więc stało?  Trudno oceniać. A może wiedząc, że nie zapewnią temu dziecku odpowiednich warunków opiekuńczych i materialnych dają im szansę na według nich lepsze życie?

Do końca chyba nigdy nie zrozumiemy dlaczego kobiety decydują się rozstać być może na zawsze ze swoimi dziećmi. Tak jak pisałam wcześniej, tylko ktoś kto przeżył tego typu doświadczenie, będzie mógł wiedzieć co one czują. Nas, osób, które nie mogły mieć dzieci, naszej walki z niepłodnością też nie zrozumie ktoś, komu od razu udało się zajść w ciążę. Trauma różnych doświadczeń sprawia, że tworzymy jakąś odrębną grupę, tylko my rozumiemy się nawzajem. I czy to będzie prostytutka, która zaszła w ciążę ze swoim klientem i po prostu styl życia nie pozwala jej na wychowanie dziecka, czy to będzie nastolatka sama będąca jeszcze dzieckiem, nie mamy prawa oceniać ich decyzji a tym bardziej poniżać ich. Oceniać innych jest łatwo, ale zapominamy o jednym. Te kobiety wydały na świat te dzieci, pofatygowały się do sądu, gdzie musiały się tego dziecka zrzec, nie zabiły go, dały mu szansę by żyło.

Nie staram się absolutnie bronić lub usprawiedliwiać wielu złych zachowań, ale miejmy na uwadze to, że gdy ktoś z naszych znajomych adoptuje dziecko i nie znamy jego przeszłości, nie powinniśmy oceniać rodziców biologicznych. Nie wiemy co tak naprawdę wydarzyło się w tej rodzinie, co sprawiło, że cud narodzin stał się niechcianym życiem.
Kiedy ludzie słyszą o naszej adopcji to często traktują nas jak bohaterów a rodziców biologicznych jak potwory. Ja nie jestem żadnym bohaterem. Chciałam mieć dziecko i przyszło ono na świat dla nas dzięki rodzicom biologicznym. Jacykolwiek by nie byli to dziękuję im. Z całego serca.


Film "Sześć Tygodni"




środa, 8 lutego 2017

O dobrych intencjach

Czy czasem nie oceniamy ludzi zbyt pochopnie? Taka sobie refleksja, czyli czego nauczyłam się od mojej 2.5 letniej córki.
Odwiedziłyśmy razem moją koleżankę, która przygotowała dla nas ciasteczka. M. wzięła jedno i po chwili sięgnęła po drugie. Już zaczęłam mówić, że jedno ciasteczko wystarczy, ale nie zdążyłam, bo usłyszałam "Mamusiu, proszę to dla ciebie ciasteczko, zjedz sobie" E. wzięła dwa- dla siebie i dla mnie. Zrobiło mi się głupio, wykrztusiłam tylko "Dziękuję kochanie" Potem "dostałam" jeszcze czekoladkę i słowa "wypij sobie mamusiu kawkę" ( pomijam, że piłam herbatkę ;) i tak mi przyszło do głowy, że może czasami warto widzieć dobre intencje. Przecież sama uczę tego moje dziecko,  czemu więc w nie nie wierzę?

wtorek, 7 lutego 2017

O naszej niepłodności

Nasza historia zaczyna się całkiem zwyczajnie. Dwoje ludzi chce mieć ze sobą dziecko. Mija jeden miesiąc i nic. Mija kolejny i nadal nic.Nerwowo patrzę na kalendarz, ale tłumaczę sobie, że przecież nie każdy od razu musi zajść w ciążę, tyle słyszy się o staraniach przez dłuższy czas. Postanawiamy poszukać pomocy specjalisty. Okazuje się, że nic teoretycznie nie stoi na przeszkodzie do posiadania potomstwa. Gdzie więc tkwi przyczyna? Mijają kolejne miesiące starań. I nic. W końcu decydujemy się na inseminację. Co za pech, akurat jajeczka pękają nie wtedy kiedy trzeba. Próbujemy raz jeszcze. Bezskutecznie. Lekarz sugeruje IVF. Tysiące badań i przygotowań do procedury. Wreszcie nastaje ten dzień. Pierwsze IVF kończy się ciążą. Niestety radość nie trwa długo, po 7 tygodniach tracimy nasze dziecko. Smutek, żal, bezradność. Po jakimś czasie z nadzieją podchodzimy do przyjęcia zamrożonych zarodków. Tym razem szczęścia nie ma. Potem następuje kolejna procedura i kolejna.... Sukcesu brak. Mijają kolejne miesiące. Zmieniamy klinikę. Z nowymi nadziejami udajemy się na pierwszą wizytę. I znów doktor nie widzi przeciwwskazań do zajścia w ciążę. Mówi jednak bardzo ważną rzecz, że trzeba sobie w życiu wyznaczyć punkt w którym powiemy sobie dość. Staram się nie słyszeć jego słów, choć w głębi duszy wiem, że ma rację. Jeszcze nie teraz. Nie jestem gotowa poddać się. Próbujemy dalej więc walczyć o upragnione dziecko. Jak się potem okazuje bezskutecznie. Po kolejnej nieudanej próbie, zalana łzami przyjmuję do siebie propozycję męża. To jest ten moment, ten dzień kiedy dość znaczy dość. Z posiadania dziecka nie zrezygnujemy, ale tym razem wybieramy inną drogę, drogę adopcji. Wierzymy głęboko, że nasze dziecko gdzieś jest, po prostu nie mogę go ja urodzić.

piątek, 3 lutego 2017

O nas




Po co nam w ogóle dziecko? zapytacie. Małe nie śpi po nocach, wszystkiego trzeba go nauczyć, pochłania cały nasz czas i energię. Jak już dorośnie to znów nie śpimy, bo czekamy jak wróci od kolegi/koleżanki, martwimy się, denerwujemy, na twarzy przybywa zmarszczek. Najpierw same uczymy nasze dzieci mówić a potem jak już to potrafią to nie chcemy z nimi rozmawiać, nie potrafimy, wszystko przychodzi tak ciężko.
A jednak tego chcę. Chcę wracać do domu pełnego hałasu, chcę sprzątać a po godzinie widzieć, że dom wygląda jakby przeszedł przez niego huragan, chcę móc czuć dotyk małych niewinnych rączek i widzieć uśmiechniętą buzię. A nade wszystko chcę słyszeć „Kocham Cię mamusiu” W tej jednej chwili wszystkie problemy na moment stają się takie nieważne.
Kiedy chodziłam do szkoły, często życzenia dla rodziców brzmiały:  „Kochanej mamusi i tatusiowi za trud wychowania” Nie zdawałam sobie sprawy jak trudno jest wychować małego człowieka, nauczyć go żyć, przystosować do samodzielności. Teraz już wiem jak to jest. To praca 24h na dobę, bo mamy tak niewiele wbrew pozorom czasu, żeby naszym dzieciom przekazać to co najważniejsze, zająć się nimi, zająć się domem.
Nas, rodziców adopcyjnych czeka jeszcze jedno zadanie. Musimy pomóc naszym dzieciom zmierzyć się z prawdą o ich przeszłości. Nie możemy jej zmienić, ale możemy pomóc im się z nią pogodzić, zaakceptować odrzucenie przez biologicznych rodziców i nauczyć z tym żyć.
To wszystko jeszcze przede mną. Czy się boję? Nie, nie myślę o tym. Staram się być jak najlepszą matką, a gdy przyjdzie na to właściwy czas, razem wybierzemy się w podróż w przeszłość.
 Mam nadzieję, że ten blog i wszyscy, którzy będą chcieli go czytać będą towarzyszyć mi w tej nieznanej wędrówce.