niedziela, 30 kwietnia 2017

A może do Włoch? :)

Do Włoch chyba już zawsze będziemy mieć sentyment. Ci, którzy znają naszą historię wiedzą, że to właśnie tam zadzwonił TEN telefon. Od dziś działa już mój nowy blog o nazwie MAŁY ŚWIATEK PODRÓŻUJE. 
                                  www.malyswiatekpodrozuje.blogspot.com

Nie wiesz, gdzie pojechać na wakacje? Zajrzyj. Być może znajdziesz coś dla siebie. 

A jeśli macie już zaplanowany wyjazd do Włoch, mam nadzieję, że znajdziecie praktyczne informacje dotyczące dojazdu, parkingów, ciekawych miejsc po drodze, propozycji noclegów.
Zapraszam serdecznie!

środa, 26 kwietnia 2017

O wielkiej tęsknocie, czyli dylematy pracujących rodziców oczami dziecka


Do napisania tego posta zainspirowały mnie wydarzenia dnia wczorajszego. No, ale od początku :)

Jakiś czas temu, koleżanka z zaprzyjaźnionego Bloga http://takie-tam-stozki.blog.pl pisała o dylematach pracujących rodziców. Dylemat w istocie przeogromny, bo oto stajemy w twarzą w twarz z wyborem: zostaję z dzieckiem w domu tyle, ile tego bym sobie życzyła, czy też wracam do pracy, gdyż muszę mu zapewnić odpowiednie warunki życia. Nie każdy przecież może sobie pozwolić na rezygnację z pracy do czasu pójścia dziecka do przedszkola. Dzisiejszy post jednakże, nie ma na celu kontynuowania tego tematu, ale raczej spojrzenia na problem oczami dziecka.

Osobiście mamy ten komfort, że możemy spędzać z dziećmi dość dużo czasu, nasza praca nie wymaga od nas zaangażowania 24/7 Wczorajszy dzień był jednak wyjątkiem. Rozpoczęłam pracę od razu po odwiezieniu dziewczynek do żłobka, w biegu zjadłam coś co chyba nawet nie można nazwać obiadem i już musiałam pojechać z powrotem je odebrać. Ponieważ miałam spotkanie po południu, musiałyśmy wszystkie trzy pojechać pod pracę męża i zamienić się samochodami ( tylko w  jednym są foteliki ) - mąż zabrał dzieci do domu a ja pojechałam dalej.

Moje spotkanie przedłużało się. Zerkając na zegarek, wiedziałam dokładnie co teraz w domu się dzieje. Bawią się, jedzą kolację, kąpanie, przebieranie w piżamki i spać. Mąż przesłał mi jedno zdjęcie uśmiechniętych dziewczynek przy kolacji, które udało mi się obejrzeć przy okazji wizyty w toalecie ;) 
Kiedy spotkanie się zakończyło, była już prawie 20., Będąc pewna, że mąż układa właśnie córeczki do snu i nie chcąc przeszkadzać, w drodze do domu zadzwoniłam więc do moich rodziców, by choć chwilę z nimi porozmawiać. Do męża wysłałam tylko krótkiego smsa, że wracam.

Kiedy podjechałam pod dom, zdziwiłam się. W oknie na parapecie, w piżamkach, stały obie dziewczynki i machały do mnie. Była już 20.30 a o tej porze już zwykle smacznie śpią. Łzy stanęły mi w oczach, gdy weszłam do przedpokoju i zobaczyłam dwie uśmiechające się stęsknione istotki. Obie pragnęły przytulania i wzięcia na ręce, więc nie zważając na swój kręgosłup podniosłam najpierw 14 a potem prawie 12 kg. Nie mogły usnąć, więc przez ostatnie 15 minut patrzyły jak przesuwa się na telefonie kropka, oznaczająca moje położenie. Wiedziały, że kiedy kropka złączy się z drugą, odpowiadającą ich położeniu - będę już w domu.
Tej nocy E. nie mogła spać. Najpierw chodziłam do niej kilka razy do pokoiku, bo budziła się z płaczem, potem przeniosła się do nas do łóżka. Tym razem i to nie pomogło. Usnęła dopiero wtulona we mnie leżąc obok na kanapie w salonie. W ciągu całej nocy, obudziła się jeszcze z 10 razy, przytulała się, trzymała za rękę, mówiła, że boli paluszek, kolanko, wszystko po to, by ją głaskać, przytulać i dotykać.

E. jest dzieckiem bardzo wrażliwym, przyznaję. Jej siostrze wystarczyły całuski, przytulenie i już spokojnie mogła pójść spać. A jej nie. Przez całą noc przeżywała to, że mnie nie było w domu całe popołudnie.
Ja wiem, że nie każdy z nas ma ten komfort, żeby poświęcić tyle czasu dzieciom, ile tylko byśmy chcieli. Ja też go niestety nie mam. Ale nie o to tutaj chodzi. Jak wytłumaczyć małemu dziecku, że mamusia musi pracować, że praca "musi" w tym przypadku być ważniejsza? Dzieci pragną naszej bliskości, pragną nas. Przyjmą każdy argument, ale nie zmienia to faktu, że nas nie ma. Jest mi najzwyczajniej w świecie smutno z tego powodu. Widząc wczoraj łzy tęsknoty moich dzieci,  które przytulały się do mnie nawet wtedy, gdy siedziałam na toalecie, wiem, że muszę im wynagradzać moją nieobecność. Nie w postaci prezentów, czy czekoladek, ale w postaci wartościowo spędzonego czasu, wtedy kiedy to jest możliwe. Bo przecież nie zawsze musimy robić z dziećmi coś kreatywnego i wymagającego, czasem wystarczy po prostu przytulić się i poczytać książeczki.

Kiedy dziś wstałyśmy rano i szykowałyśmy się do żłobka E. mówi do mnie: Mamusia, pójdziemy na kanapę poleżeć trochę i się poprzytulać? Z bólem serca musiałam powiedzieć jej prawdę, że nie, ale obiecałam, że kiedy tylko wrócimy ze żłobka, to po południu będziemy się przytulać tyle ile będzie chciała. Na szczęście odpowiedź ją zadowoliła a ja zamierzam dotrzymać swojej obietnicy.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Mali i Duzi Podróżnicy

Nie ma chyba takiej osoby, która nie lubi podróżować. Niektórzy uwielbiają odkrywać dzikie, nieznane tereny, inni zaś czują się dobrze na terenie swojego kraju. Dla jednych wakacje pod namiotem to wspaniała przygoda i obcowanie z naturą a dla drugich koszmar z najgorszego snu. Nie bez przyczyny mówimy też, że podróże kształcą. Poznajemy przecież mieszkańców innych regionów Polski, ich obyczaje, krajobraz. Jeżeli podróżujemy za granicę, ciekawi nas jak żyją ludzie w innych zakątkach naszej planety, co jedzą, jacy są. To również  okazja do poćwiczenia języka obcego, czy też nauczenia się paru lokalnych zwrotów ( jest to zawsze mile widziane przez tubylców)



Podróż z dzieckiem. Nigdy? Jak najbardziej tak? Do której należycie grupy? 
Poniżej przedstawię Wam kilka modeli podróżującej rodziny, sporządzone  na podstawie własnych obserwacji. Być może należycie do jednej z nich? A może stworzyliście swój niepowtarzalny charakter wypraw?

1) Rodzina hardcorowa, czyli nie tracimy ani minuty, wstajemy wcześnie, żeby zobaczyć wszystko co jest dostępne. Znam bardzo dobrze takich ludzi. Sami organizują sobie wycieczkę, wyszukują jak najlepsze oferty lotów ( przy wycieczce zagranicznej) lub jadą samochodem czy też pociągiem. Zaletami tych wypraw jest to, że zwiedzają mnóstwo ciekawych miejsc, doświadczają niezapomnianej przygody. Ma to jednak i swoje minusy. Ciągle w biegu, nie ma czasu tak naprawdę nacieszyć się fajnym miejscem, bo trzeba zaliczać kolejny punkt programu, po powrocie do domu często jest się fizycznie zmęczonym.

2) Rodzina all-inclusive, czyli wszystko wliczone, pełen relaks zapewniony. Zmęczeni pracą i troskami dnia codziennego, wiele osób szuka pełnego wypoczynku, bez potrzeby myślenia o niczym, zwłaszcza gdy ma się dziecko. Minusem jest to, że takie wyprawy często trzeba zakupić w biurze podróży i niestety nie są tanie, zwłaszcza w sezonie. Chyba, że ktoś może sobie pozwolić na wakacje z dnia na dzień i zdecyduje się na ofertę Last Minute. Nie wiem natomiast, czy z dzieckiem jest to dobry pomysł.

3) Rodzina korzystająca z usług biur podróży. Ta grupa jest dość liczna. Ludzie wyszukują najlepszej dla nich oferty, często zmieniając kraj docelowy, jeśli tylko trafi się jakaś okazja. W ostatnich jednak latach, sporo biur ogłosiło bankructwo, te więc bardziej zaufane trzymają ceny na dość wysokim poziomie. Nie pomaga w tym sytuacja polityczna w krajach, które kiedyś były popularną destynacją, a teraz turystyka upadła.

4) Rodziny Bookingowe, czyli takie, które zrezygnowały z ofert biur podróży i przerzuciły się na samodzielne poszukiwanie noclegu. Ta forma staje się coraz popularniejsza, zwłaszcza, że możemy uzyskać wiele promocji, czy też korzystnych warunków typu anulacja w ostatniej chwili bez ponoszenia kosztów.

5) Rodziny spontaniczne, czyli podejmujemy decyzję o wyjeździe i na miejscu szukamy noclegu. Dobra, ekscytująca opcja, ale niekoniecznie dla rodzin z dziećmi. Większości z nas zależy na komforcie psychicznym a tego rodzaju wakacje z pewnością go nie zapewnią. Chyba, że ktoś jest typem podróżnika ekstremalnego i tego chce nauczyć swoje dziecko, ale to już inna sprawa.



Dla nas idealne wakacje to takie, w których mamy połączenie zwiedzania i odrobiny relaksu na plaży, nad jeziorem, w górach. Lubimy aktywność, ale nie mamy też problemu z patrzeniem w morze i słuchaniem jego szumu.
Każdy ma inne preferencje i oczekiwania co do odpoczynku. Dla jednych będzie to zdobywanie gór, dla innych wylegiwanie się na leżaku i opalanie. Nie bez znaczenia jest również to, jakie mamy dziecko. Dzieciom takim jak nasze na prawdę trudno jest wysiedzieć w jednym miejscu. Mają w sobie dużo energii i nie są w stanie wytrzymać " na uwięzi" zbyt długo.
Odkąd się pojawiły w naszym życiu, ciężko było podróżować. Żadna z naszych córek nie lubiła siedzieć ani w wózku, ani w foteliku samochodowym, o wytrzymaniu choćby godziny w samolocie też nie było mowy. Wszystko zmieniło się, gdy zakupiliśmy im nowe foteliki i posadziliśmy przodem do kierunku jazdy ( ok. roczku ) Wreszcie świat okazał się dla nich fascynujący.
Istnieje oczywiście taka grupa ludzi, którzy zachowują się jakby dziecko nic nie zmieniło w ich życiu.  My jesteśmy zdania, że narodziny dziecka jednak powinny zmienić oblicze wakacji. Wybierajmy miejsca, w których odpoczniemy my, ale które będą również przyjazne dzieciom. Niech zwiedzają, ale też niech mają radość w zabawie na plaży, mimo, że my np. opalać się nie lubimy.

 Postanowiliśmy, że zaczniemy nasze "wakacjowanie" od  pokazania dziewczynkom Polski i reszty Europy. Wrócimy być może do miejsc w których byliśmy tylko we dwoje. Nie dysponujemy ogromnym budżetem, więc staramy się, by nasze wakacje były racjonalnie zaplanowane. Niestety dla naszego kraju, często okazuje się można pojechać taniej za granicę niż spędzić wakacje u nas. Mam nadzieję, że szlaki, które my przetrzemy, będą dla Was inspiracją a informacje cenną radą przy podróżach w tamte strony.


Kocham

Dziś tylko taki krótki post/nie post ze względu na brak czasu. Chciałam się podzielić z Wami pewną radością. Gdy wczoraj mąż szedł ułożyć dziewczynki na drzemkę, jak zwykle żegnałyśmy się (mamy taką zasadę przy każdym rozstaniu całus + przytulenie) Nagle J. mówi do mnie KOCHAM i przytula się do mnie 😍 Przechodzę to już drugi raz, ale i tak mnie wzrusza, gdy małe rączki obejmują mnie i świadomie wypowiadają te słowa. J. jeszcze nie ma 2 lat, a wie dokładnie co to miłość. Taka czysta, prawdziwa miłość dziecka.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Mały Światek Podróżuje




Podróże z dziećmi są dla nas jakby nie było nowością, więc w tym temacie dopiero raczkuję, ale jako że zbliża się czas wakacji, postanowiłam podzielić się z Wami naszymi pomysłami. W tym celu stworzyłam osobnego bloga poświęconego tylko zwiedzaniu i podróżom. Już wkrótce pierwsza relacja z minionych wakacji wraz z oceną kilku miejsc a niedługo nasz pierwszy tegoroczny dłuższy wyjazd na żywo. Zachęcam do pisania o swoich doświadczeniach. Wspólnie z Wami możemy uzbierać listę miejsc atrakcyjnych i przyjaznych rodzicom z dziećmi. :)

piątek, 21 kwietnia 2017

Adopcja dziecka starszego.


Historia, którą dziś Wam opowiem nie dotyczy osobiście adopcji mojego dziecka, ale dziecka mojej bliskiej znajomej. Rozmawiając z nią widzę jak ogromna jest różnica pomiędzy przysposobieniem niemowlęcia, a dziecka starszego, świadomego tego co się dzieje i przynoszącego ze sobą cały bagaż doświadczeń.





Marta miała 6 lat, kiedy została adoptowana. Tułała się od placówki do placówki, aż wylądowała u rodziny zastępczej, w której nie zaznała miłości ani zrozumienia. Nie mogła niestety zostać oddana do adopcji, gdyż matka przez cały ten czas nie chciała zrzec się do niej praw, jednocześnie też nie wykazując najmniejszego zainteresowania jej losem. I choć Marta miała pełnoletnie rodzeństwo, które teoretycznie mogłoby się nią zająć, to sami niestety nie byli przygotowani do życia i nie potrafili stworzyć godnych warunków rozwoju dla swojej siostry. Sytuacja pogarszała się, dziewczynka wyraźnie zamykała się w swoim świecie.
Pewnego dnia jednak, życie Marty odmieniło się o 360 stopni. Jej rodzeństwo zrobiło wszystko, by nakłonić matkę do podpisania papierów adopcyjnych. Niesamowite jest to, że dając jej szansę na normalne życie, wiedzieli, że przez najbliższe lata, a być może na zawsze już stracą z nią kontakt. Wybrali jednak siostrę i jej szczęście. Wiedzieli, że tylko poprzez oddanie jej do adopcji będą w stanie dać jej godziwe życie.

Kiedy Marta trafiła więc do swojej rodziny adopcyjnej była tak spragniona miłości, że od pierwszej chwili mówiła "mamo", "tato" Czuła się jak gdyby wygrała los na loterii. Odchodząc z rodziny zastępczej wiedziała już, że znalazła swoje miejsce we wszechświecie.

              Rodziny adoptujące maluszki, także nasza, zastanawiają się jak i kiedy powiedzieć dzieciom prawdę. Marcie nikt nie musiał nic mówić, ona doskonale wiedziała co przeszła. I o dziwo nie potrzebowała żadnych wyjaśnień. Sama ułożyła sobie historię, w której to moja koleżanka ( mama adopcyjna) szukała jej przez całe życie i nie mogła znaleźć, ale wreszcie się udało. O swojej matce biologicznej nie chciała i nie chce rozmawiać, ona dla niej po prostu nie istnieje. W oczach dziewczynki to moja koleżanka była zawsze jej mamą, tą prawdziwą, ale gdzieś się zagubiła i nie mogły się spotkać.

Problemy jakie koleżanka napotkała na początku:

* lęki, ciągła potrzeba miłości, dotyku ( dziecko tak jakby chciało nadrobić to czego brakowało mu przez tyle lat, niezaspokojone przez nikogo potrzeby zaczęły pojawiać się jedna za drugą)

* nieufność wobec obcych ( Tu akurat jest różnie-znam też dzieci, które przechodząc z rąk do rąk w Domach Dziecka, nauczyły się, że nie ma tej jednej jedynej osoby/ opiekuna, lgną więc do każdego, kto wydaje im się godny zaufania. Marta miała odwrotną reakcję. Gdy zobaczyłam ją pierwszy raz, trzymała się kurczowo spódnicy mamy)
* nadwrażliwość i nadpobudliwość
* dziecięca masturbacja ( rozładowywanie napięcia i nadmiaru emocji)
* brak apetytu ( okazało się później, że dziecko nie było nauczone jedzenia wielu produktów czy też dań)
* potrzeba nieustannej akceptacji
* ciągły lęk przed utratą rodziny ( nieustannie trzeba było ją przekonywać do tego, że tatuś wychodzący do pracy na pewno wróci)
* koszmary nocne, wspomnienia

Radości i korzyści:

* bezgraniczna miłość i wdzięczność dziecka
* słowa "mamo", "tato" od pierwszej chwili
* nie musimy dziecku przekazywać informacji o tym, że zostało adoptowane, już o tym wie, ale musimy pomóc mu zaakceptować i pogodzić się z przeszłością.
* oddanie ( mimo trudnych chwil w których dziecko sobie nie radzi)
* znamy stan zdrowia dziecka.
* dziecko poniekąd jest już "odchowane"-nie każdy jest w stanie poradzić sobie z noworodkiem. Wiele par adoptujących nie jest w stanie sprostać wymaganiom tak małego dziecka.

Bardzo podoba mi się podejście mojej koleżanki do rodzicielstwa. Bazuje ona bowiem przede wszystkim na własnym instynkcie i swoich przekonaniach, ale również zasięga porady osób mających wiedzę w temacie. Na co dzień poświęca jej bardzo dużo czasu, rozmawia, pracuje.

Obecnie Marta chodzi już do szkoły. Uczy się bardzo dobrze, choć pozostała wrażliwa i często to staje się powodem wykorzystywania jej dobroci ( np. odrabianie za kogoś pracy domowej) Nie widzi świata poza swoją rodziną, bardzo ważni są również dla niej dziadkowie. Jest z nimi związana nie mniej niż ze swoimi rodzicami ( to potwierdza moją teorię o znaczeniu "dziadków adopcyjnych" o których pisałam TUTAJ )

Czy Marta wraca do przeszłości? Oczywiście, ale najbardziej boli ją to, że jej rodzice adopcyjni nie byli z nią jak była mała, nie tulili, nie śpiewali jak płakała, nie karmili. Obie z mamą mają poczucie, że coś straciły. Okres wózka, nauki mówienia, chodzenia i w ogóle całego dzieciństwa minął tak szybko. Starają się to nadrobić, ale chyba się nie da. To kolejna rzecz, z którą trzeba się pogodzić i patrzeć w przyszłość.

Marta jest wspaniałą dziewczynką. Kiedyś wydawało mi się, że najbardziej pragnę adopcji noworodka, ale dziś wiem, że MOJE  dziecko równie dobrze mogłoby być starsze, najważniejsze by było to TO dziecko.
Adopcja dziecka starszego jest bez wątpienia trudna. Potrzeba wiele czasu, miłości i poświęcenia, by wspomnienia odłożyć do szuflady i zbudować coś nowego, swojego.



środa, 19 kwietnia 2017

Jak to jest z tymi uszami pod wodą, czyli o tym jak nauczyliśmy dziewczynki kochać kąpiele



Kocham wodę. Choć sama nie jestem zbyt dobrym pływakiem ( czytaj najlepiej mi to wychodzi, gdy czuję grunt pod nogami ;) ) to woda daje mi relaks, spokój, szaleństwo i radość. Dlatego też ważne dla nas było, aby nauczyć dziewczynki nie bać się kąpieli i czerpać z nich przyjemność.


Znajoma pediatra poleciła nam coś, co uważam za rewelacyjny wynalazek a mianowicie "foczkę do kąpieli" Można jej używać w zasadzie od samego początku życia dziecka, więc nawet nie kłopotaliśmy się, żeby zakupić wanienkę.
Zalety:
 * wkładana to wanny nie wymaga specjalnego  ogrzewania dodatkowego pomieszczenia
 * dzieciątko bezpiecznie leży oszczędzając nam stresu
 * dziecko uczy się zabawy z wodą, swobodnie wymachuje rączkami i nóżkami, cieszy się, gdy motywujemy je do aktywności
 * lejemy wody tyle ile chcemy, żeby było komfortowo dla dziecka


Foczka sprawdziła się w 100%! Mogliśmy wszyscy cieszyć się czasem kąpieli i nie była ona dla nas tylko codziennym rytuałem a zwykłą zabawą z dzieckiem.

Nasze maluchy niestety mając jakieś 4 miesiące z foczki wyrosły, zastanawialiśmy się więc co zrobić. Wybraliśmy najprostsze wyjście - włożyliśmy do dużej wanny pieluszki lub maty i dziewczynki już swobodnie leżały sobie w wodzie. Oczywiście spotkało się to z dezaprobatą ze strony starszego pokolenia. "Co? Moczą sobie uszy? To straszne! Będą ciągle chorować" usłyszeliśmy nie raz. Żeby uspokoić innych zapytałam pediatrę jak to jest z tymi uszami, czy mogą być pod wodą czy też nie. Pediatra tylko potwierdziła nasze przypuszczenia. Dzieciom, nawet małym, nie szkodzi zamoczenie uszu, należy je oczywiście osuszyć po kąpieli, ale spokojnie, nie panikujmy, nic im się nie dzieje :)
I tak zaczęło się wodne szaleństwo w naszym domu. Na hasło "Dajemy czadu" najpierw jedna a potem już w duecie szalały w wannie. Nigdy nie przeszkadzało im, że woda leje się do oczek, czy też na głowę. Dla nich była to zabawa, a gdy przypadkiem coś dostało się w niepowołane miejsce, szybko zajęliśmy je rozmową.
Kiedy przeprowadziliśmy się w nowe miejsce, okazało się, że przez jakiś czas ( trwający w zasadzie do tej pory)  będzie musiał nam wystarczyć tylko prysznic. Hmm. Co tu zrobić. Jak zachęcić 2 maluchy do wejścia pod płynącą z góry wodę? Brodzika nie mamy, co więc zrobić? Wpadłam na szalony pomysł. "Napompuj ponton!", mówię do męża. Okazał się to strzał w dziesiątkę. Dziewczynki siedzą sobie w pontonie pod prysznicem, polewają się nawzajem, myją gąbeczkami. "Tatuś! Puść grzybka!", krzyczy E. gdy chce kąpać się tylko pod deszczownicą. "Dajemy czadu?", krzyczy do swojej siostry. "Tak" odpowiada J. i już wiem, że za chwilę tatuś będzie cały mokry.
Kluczem do naszego sukcesu okazało się przede wszystkim nasze podejście. Nie przeżywaliśmy, nie przesadzaliśmy z niczym, nie straszyliśmy dzieci stwierdzeniami typu "Ojej woda dostała się do ucha, co to będzie!" Dzieci widząc, że jest to czas przyjemny dla nas, same czerpią z tego radość, a zamoczone oczy czy głowa nie przeszkadzają im, no bo niby czemu? One nie wiedzą przecież, że coś może być nieprzyjemne, póki nie zobaczą grymasu na naszej twarzy. Po kąpieli jeszcze tylko obowiązkowe "odliczanie paluszków", czyli upewnienie się, że żadna część ciała nie została w łazience i czas na balsamowanie!

Czasami wieczorem opowiadamy sobie jak to będzie jak pojedziemy nad morze. Grunt to przecież dobre nastawienie! Gdy dziecko słyszy przez pół roku jak to wspaniale będzie wejść do wody w morzu, zupełnie inaczej podejdzie do kąpieli. Tak to działa. Jeśli nas gryzie piasek w stopy, prawdopodobnie nasze dziecko też to poczuje. Zimna woda? Być może. Pamiętam, gdy jako dziecko mój tata brał mnie za rękę i wskakiwaliśmy do Bałtyku. Liczyła się zabawa.
 I przede wszystkim do niczego nie zmuszajmy dziecka. Jeśli boi się wody, spróbujmy podejść je sposobem, zachęcić do wodnych szaleństw. Wykąpmy się z dzieckiem, pobawmy się zabawkami, "popływajmy" w wannie.
Na koniec takie moje spostrzeżenie, uwaga dotycząca zabawek do kąpieli. Wszystkie gumowe kaczuszki, rybki, puzzle do kąpieli niestety w szybkim czasie "zarastają" w środku różnymi paskudztwami. Mieliśmy ich naprawdę wiele i niestety trzeba było je powyrzucać, gdyż nie da się ich doczyścić, czy też osuszyć wewnątrz. Zwracajcie na to uwagę. Dzieci biorą przecież wszystko do buzi, a nie chcemy, żeby jakaś bakteria dostała się do małego brzuszka.
Czyli jak to jest z tymi uszami? Chyba dobrze :) Przez te prawie trzy lata, żadna z naszych córeczek nie miała zapalenia ucha, czy też innego problemu z nimi związanego. A więc do dzieła! "Dajcie wszyscy czadu!" jak to my powiadamy :)

wtorek, 18 kwietnia 2017

O dziadkach adopcyjnych, czyli "Mamo, tato! Będziemy rodzicami!"

Dzisiejszy mój wpis chciałabym poświęcić bardzo ważnym osobom w życiu naszych dzieci, a mianowicie babciom i dziadkom.
Kiedy kobieta zachodzi w ciążę, cieszy się cała rodzina. Wspólnie świętują, zastanawiają się co kto ma kupić na wyprawkę, wyczekują pierwszej fotki z USG. Gdy ciąży jednak nie ma, nie zawsze potrafią wprost zapytać dlaczego. W ich głowach krążą pewnie różne myśli. Może jeszcze nie chcą? Może już dziecko w drodze, ale o tym nie mówią? Spełnieni jako rodzice, chcieliby doświadczyć dziecka od tej drugiej strony. Tej w której liczy się przede wszystkim zabawa, rozpieszczanie, spędzanie razem czasu na nauce czy też kreatywnych czynnościach. Ale dziecka brak.

Z moich obserwacji wynika, że większość rodziców nie potrafi szczerze zapytać, porozmawiać z dziećmi o tym problemie. Być może nie wiedzą jak zacząć, być może nie chcą nas zranić poruszając bolesny temat braku dziecka. Nie zapominajmy, że oni też cierpią. I to cierpią podwójnie, bo z powodu braku potomstwa ich dzieci i ponieważ niewiele tak naprawdę mogą zrobić, by to zmienić.
Do adopcji podchodzą różnie. Jednym bardzo ciężko jest zaakceptować fakt nieposiadania swoich wnuków biologicznych, inni zaś cieszą się, że wreszcie jest szansa na dziecko i szczęście w rodzinie.
Powiedziałam mojej mamie o pomyśle adopcji, kiedy to siedziałyśmy w kawiarni na naszej corocznej kawce z okazji Dnia Matki. Zawsze byłyśmy blisko ze sobą związane i chciałam po prostu szczerze z nią porozmawiać jak kobieta z kobietą. Nie wiem co myślała wtedy kelnerka, bo obie płakałyśmy jak te przysłowiowe bobry. Myślę, że były to łzy ulgi, zarówno dla mnie jak i dla niej. Oboje rodzice zawsze bardzo mnie wspierali, cokolwiek robiłam w życiu, dlatego wieść o adopcji dziecka została przyjęta z pełną akceptacją.
Jeśli chodzi o teściów to nie mogę powiedzieć, też pozytywnie zareagowali na tę nowinę, ale zdziwiło mnie, że w trakcie rozmowy teściowa wyszła. Wiem, że w kuchni wycierała oczy od łez. Do rozmowy już wtedy nie wróciła, tym wyjściem w zasadzie ją zakończyła. Czasem mam wrażenie, że tak jak pisałam kiedyś, ludzi przerasta rozmowa o niepłodności, tak samo chyba jest z adopcją. Nie wiem do tej pory, czy płakała, bo się "poddaliśmy" i wnuków biologicznych nie będzie, czy nadmiar emocji i trudna sytuacja sprawiły, że nie potrafiła sobie z tym poradzić.
Tak czy siak, procedurę rozpoczęliśmy niedługo po informacji dla rodziców o naszej decyzji. Po ukończonym kursie postanowiliśmy przygotować dla rodziców małą prezentację, przekazać im to, czego dowiedzieliśmy się w ośrodku, z książek czy też z historii adopcyjnych.
Nie zapominajmy, że nasi rodzice nie wiedzą tego co my, oni przez kurs nie przeszli, więc nie zdają sobie sprawy z pewnych rzeczy. Nasza prezentacja w Power Point była krótka i rzeczowa. Przede wszystkim chcieliśmy rodzicom uzmysłowić, że to my jesteśmy dla dziecka, a nie ono przychodzi, żeby zaspokoić nasze wymagania co do niego. Mój teść ciekawie zauważył, że najlepiej byłoby, gdyby było to dziecko jakiejś młodej dziewczyny, która nie jest w stanie go wychować. No ba! Takie byłoby najlepsze. Tylko przecież nie o to w adopcji chyba chodzi prawda? Wytłumaczyliśmy wszystkim, że gdy rodzi się dziecko biologiczne to w zasadzie też nie wiemy, czy będzie zdrowe, piękne i mądre. I tak samo jest z adopcją. Jeśli zdecydujemy, że to dziecko nam się urodziło, czy jak inni wolą urodziło się dla nas, kochajmy je takie jakie jest.
Kolejna sprawa, jaką poruszyliśmy to jawność adopcji. Dziadkowie, wspólnie z nami, muszą pomóc dziecku pogodzić się z prawdą. Nie może to być dla nich temat tabu, bo jeśli tak będzie, to dziecku nigdy nie będzie łatwo zaakceptować przeszłość.
Zachęcam do zrobienia takiej prezentacji, czy pogadanki na każdym etapie naszego adopcyjnego rodzicielstwa. Nigdy przecież nie jest za późno, by przekazać to co najważniejsze dla naszych dzieci. Dzięki temu unikniemy popełniania pewnych błędów, wynikających często nie ze złej woli dziadków, a raczej z niewiedzy. Może macie dzieci wymagające specjalnej troski czy też uwagi. Rodzice powinni też mieć wiedzę co mogą zrobić, by dziecku pomóc. Moi teściowie mają biologiczne wnuczki, było więc dla nas szalenie ważne, żeby upewnić się, że będą traktować je jednakowo.
Dziś po prawie 3 latach od adopcji wiem, że dziadkowie pełnią bardzo ważną rolę w życiu swoich wnuczków - nie ważne czy biologicznych, czy też adopcyjnych. Wspierają, kochają i niejednokrotnie mają w sobie pokłady takiej cierpliwości, jakiej rodzicom już brak.
Dziękuję naszym rodzicom, że tak wspaniale podeszli do sprawy adopcji, że przyjęli te dzieci do naszej rodziny. Szczególnie jednak dziękuję moim rodzicom, którzy są szaleńczo zakochani w swoich wnuczkach i nie wyobrażają sobie życia bez nich. Są wsparciem i opoką każdego dnia. Oni sami odmłodnieli o co najmniej 10 lat. Weszli znów do piaskownicy, skaczą po trampolinie, śpiewają piosenki, znają bohaterów bajek na pamięć. Zmęczeni, czy nie, zawsze są gotowi opowiedzieć jeszcze jedną bajkę,czy historię.
 Gdy wczoraj żegnaliśmy się przed powrotem do domu, musiałam E. ocierać łzy, które ciurkiem płynęły jej po policzkach. "Tak kochanie, już niedługo dziadek z babcią do nas przyjadą", musiałam zgodnie z prawdą obiecać, gdy zapięte w fotelikach dziewczynki machały dziadkom przez mokre od deszczu szyby.

No i nas też dopadło...

Piszę tego posta z malutkimi stópkami spoczywającymi na moich kolanach. Od rana J. nic nie zjadła, ma biedulka stan podgorączkowy i pokazuje, że boli ją brzuszek. Śpi sobie słodziutko koło mnie a ja czuję, że wolałabym, żebym to ja była chora. To żywotne dziecko, którego ciągle jest pełno, nagle staje się apatyczne i słabe. Dałabym w takiej chwili wszystko, żeby tylko znów zobaczyć ją biegającą z pokoju do pokoju, wybierającą zabawę typu "Złap mnie" w najmniej odpowiednim momencie.
Taka nasuwa mi się refleksja po świętach. Czasami ludzie nie rozumieją, że to nadal małe dziecko a każda ciocia, znajoma chciałaby obdarować je jakimś podarunkiem w postaci czekoladowego jaja czy zająca.  Nie wiem, czy to zasługa ogromnej ilości jedzenia, czy też coś się przyplątało do naszej J. , ale fakt pozostaje faktem - ludzie czasem nie potrafią zrozumieć. I mogę powtarzać tysiące razy, żeby tego czy tamtego nie kupować to i tak postawią na swoim - jedno jajo niespodzianka krzywdy nie czyni, ale może w małym brzuszku wywołać rewolucję. Na razie jeszcze dzieci są małe i część można skonfiskować, ale nie wiem jak to będzie w przyszłości. E. tłumaczymy wprawdzie, że można, ale nie za dużo, bo będzie bolał brzuszek i sama potrafi oddać czekoladkę, ale im starsza, tym niekoniecznie taki argument do niej trafi.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Wielkanoc z dziećmi, czyli zupełnie inny wymiar świąt.

Pamiętam pierwsze Święta Wielkanocne spędzone w upragnioną trójeczkę. E.siedziała już wtedy w spacerówce, wręczyliśmy jej więc przystrojony koszyczek i udaliśmy się do kościoła. Czułam się wyróżniona - patrzyłam na innych rodziców i ich słodkie dzieciaczki trzymające koszyczki i myślałam sobie, że ten czas, kiedy to przychodziliśmy na święconkę sami wreszcie się skończył. No, ale żeby sielanka nie trwała zbyt długo, E. postanowiła urozmaicić nam trochę życie. Po wyjściu z kościoła zaczęła dogłębniej badać zawartość koszyczka i postanowiła sprawdzić jak smakuje borowinka, którą był przyozdobiony. Oh my biedni, niedoświadczeni rodzice. Co tu teraz zrobić. Panika w oczach, nikt nie wie, czy przypadkiem nie jest trująca, nigdy przecież do głowy nam nie przyszło, żeby akurat to sprawdzić. Niezawodny okazał się oczywiście doktor Google. Czym prędzej wpisaliśmy hasło i po chwili uzyskaliśmy odpowiedź-uff perspektywa szpitala oddaliła się. Koszyczek dawno wprawdzie  wrócił już w nasze ręce, ale nie ryzykujemy drugiego podejścia do konsumpcji borowinki. W tym roku koszyczek nie powędruje już w małe rączki.

W kolejnym roku były już dwie pociechy. Doświadczeni wydarzeniami zeszłego roku, postanawiamy już pilnować borowinki. Święta nabierają jednak  innego wymiaru - tym razem borowinka nie ma już "wzięcia" a obiektem zainteresowania staje się ... ciasto i inne przysmaki. Malutkie rączki konsumują co tylko mogą a mniejszy maluch musi się zadowolić na razie przysmakami przeznaczonymi dla niemowląt. Mamy też pierwsze podejście do robienia ozdób - dla niespełna półtorarocznego dziecka, najlepiej sprawdziły się papierowe pisanki i przyklejanie na nie naklejek. Farbowanie jajek też wywołało radość na twarzy.
 Pełni nadziei, stroimy koszyczek i udajemy się do kościoła. Wszystko pięknie, dziewczyny wyspane i zadowolone, siadamy w ławce. Nie wiem, co sobie wyobrażaliśmy, że jedna grzecznie posiedzi w wózku a druga posiedzi w ławce? Nic bardziej mylnego. Po 5 minutach młodsza zaczęła już się niecierpliwie kręcić, a starsza wyszła na środek kościoła i zaczęła wymachiwać koszyczkiem. Błąd numer dwa. Dziś, mądrzejsza o te dwa lata wiem, że dzieciom do ok. 2.5 roku nie wkłada się do koszyczka prawdziwych jaj czy też czegokolwiek szklanego. Chyba za bardzo uwierzyliśmy, że nasze dzieci są wyjątkowe. A nasze dzieci są jak na dzieci w tym wieku przystało. Wszystko je interesuje, ze wszystkim trzeba eksperymentować. A czemu by nie wyjść przed ołtarz i zobaczyć jak to jest jak koszyczek odwraca się do góry nogami? Jak to będzie jak wszystko z niego wypadnie? Haha, ciekawe jak zareagują rodzice i inni dorośli. Co tam, dzieciom na pewno się spodoba. - zdawała się myśleć E. Siup! Koszyczek do góry nogami i cała zawartość wylądowała na świeżo wypolerowanej podłodze kościoła. Ksiądz na sekundę przerwał swoją mowę, ale kontynuował po chwili tak jakby nic się nie stało, a ja poczułam na swoich plecach wzrok kilkunastu oczu... Jak się przekonałam ten wzrok niezadowolonych innych będzie mi towarzyszyć bardzo długo, za każdym razem jak dziecko zrobić coś nie tak.
Nie zważając na to, co myślą inni wzięłam chusteczkę i wytarłam chrzan z podłogi kościelnej, pozbierałam zbite jajka i zebrałam fragmenty małego talerzyka, na którym znajdowała się wędlinka. Nie wiem, co my sobie wyobrażaliśmy dając ten koszyczek dziecku, gdy o to prosiło, ale tak czy siak na pewno w parafii moich rodziców zostaniemy zapamiętani ;)

Ten rok przyniósł nam kolejny wymiar Wielkanocy - wspólne robienie ciasta, ozdób wielkanocnych, zabawy w szukanie jaj i przede wszystkim spokojna święconka to jest to! Pierwszy raz odkąd mamy dzieci, mogłam siąść w ławce z dzieckiem na kolanach a w małych rączkach koszyczek. Jego zawartość przeżyła i w nienaruszonej formie wróciła do domu. Oczywiście koszyczki były dwa, z tym, że młodsza miała w środku bezpieczną zawartość - rodzice już drugi raz nie popełnili błędu takiego jak z siostrą. Po poświęceniu koszyczków, podeszłyśmy z E. do grobu Pana Jezusa. Bardzo przejęła się, gdy pokazałam jej rany na nogach, rękach i szczególnie na sercu. Wieczorem sama już opowiadała jak to źli ludzie zranili Jezusa i jak cierpiał. W pierwszy dzień Świąt zdziwiła się, że grób jest pusty, pokazałam jej więc Jezusa Zmartwychwstałego stojącego obok na podwyższeniu. Nie wiedząc przecież co to oznacza bardzo się ucieszyła, wołała tatusia, dziadków i wszystkim opowiadała jak to Jezuska już nie ma i jest teraz w Niebie, że stoi tam wysoko.

Czekając na dziecko, mieliśmy w głowie ułożony scenariusz różnych wydarzeń w naszym życiu, który był oparty na naszych marzeniach. Kiedy pojawiła się E. tak bardzo się cieszyliśmy, że czasem zapominaliśmy, że na wszystko przyjdzie czas, że każde święta będziemy już przeżywać inaczej, dojrzalej, I choć te pierwsze wspólnie spędzone święta dziewczynki będą pamiętać tylko ze zdjęć i filmików to już na zawsze zmieniły to jak je przeżywamy. Co przyniosą kolejne lata nie wiem, ale jedno jest pewne - będzie coraz fajniej i razem będziemy tworzyć coraz to nowsze tradycje :)

sobota, 15 kwietnia 2017

piątek, 14 kwietnia 2017

Coraz bliżej Święta, czyli nasze nieperfekcyjne dekoracje gotowe! :)

Kochani, Święta już tuż tuż. Nasze dekoracje jak zwykle pozostawiają wiele do życzenia, ale najważniejsze, że wszyscy dobrze się bawiliśmy :) Oczywiście dzieciom najbardziej podobało się lizanie lukru z pierników, moczenie rączek w wodzie do przemywania klejących paluszków, oraz zabawy z posypkami w kształcie kolorowych kuleczek. Jutro czeka niespodzianka na E., to chyba jej pierwsze takie naprawdę świadome Święta, szykowanie koszyczka do Święconki, robienie pisanek i przygotowywanie potraw. Bardzo jestem ciekawa jak jej się spodoba. A młodsza dostanie do koszyczka tylko kurczaka. Nauczona doświadczeniami z zeszłego roku już wiem, że tylko to można włożyć do koszyczka malucha ;) Dobrego piątku. 








A co jeśli jutro nigdy nie nastanie?

Tak czasem sobie siedzę i patrzę na was kiedy śpicie. Dwa aniołki przykryte kołderką. Kiedy kończy się książeczka, dajemy sobie całuski, gaszę światło i kładę się na dywanie w ciemności. Obok mnie dwie siostrzyczki. Jedna śpi na brzuszku, druga na pleckach. Jedna usypia sama, drugą trzeba trzymać za rączkę, której nie puści dopóki nie uśnie. Jedna przytulona do misia, druga do swojej ukochanej owieczki. Takie dwie malutkie niewinne istotki, które w dzień uwalniają swoją energię, a gdy śpią wydają się takie spokojne i ciche. Przytulam się do was i chłonę zapach. Zamykam oczy i czuję, że bardzo was kocham, że moje serce właśnie się poruszyło. I choć w ciągu dnia nie jeden raz wychodzę z siebie denerwując się na was, to w tej chwili ciszy wszystko to jest takie nieważne. Moje dwa największe skarby. Przez głowę przechodzi mi myśl. Czy kocham was wystarczająco mocno? Czy gdy mnie kiedyś zabraknie na tym świecie to czy ta miłość wystarczy? Co jeszcze mogę zrobić by być dla was lepszą mamą? Będę wam mówić codziennie jak bardzo was kocham i ile dla mnie znaczycie, bo gdyby jutro nigdy nie nastało musicie być o tym głęboko przekonane.
I choć codziennie wyczekujemy tej magicznej godziny 20 kiedy to będziecie spały smacznie w swoich łóżeczkach, a my będziemy mogli wreszcie odpocząć, to mija raptem godzina i już za wami tęsknimy.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Z serii nieperfekcyjna pani domu i jej nieperfekcyjne dzieci...

Wczorajszy dzień spędziliśmy ozdabiając .... pierniki. Tak, wiem, chyba nam się pomyliły święta, ale my tak je lubimy, że stało się to naszą tradycją, żeby robić je dwa razy do roku - zmieniamy tylko foremki do wyciskania z Mikołaja na owieczkę i zajączka ;) Pierniczki zdobione przez niespełna 3latkę z mamusią i niespełna 2 latkę z tatusiem. Słabo nam to wyszło, przyznaję. Ale pierniczki są pyszne :)) Jeżeli ktoś ma ochotę zrobić to poniżej wklejam link z przepisem. Sprawdzony, pierniczki od kilku lat zawsze wychodzą, można je zrobić w każdej chwili, nie muszą długo leżeć, żeby były miękkie. Żeby było Wielkanocnie zrobiliśmy też piernikową babkę - również z serii nieperfekcyjna ;)

 http://www.mojewypieki.com/post/pierniczki-przepis-ii


Jak to dobrze być mamą, czyli o naszych spacerach.

Nie mogłam doczekać się momentu kiedy zostaniemy rodzicami. W swojej głowie ciągle miałam wizje naszej rodziny, jak to wszystko będzie wyglądać, co będziemy robić. A tu co? Rzeczywistość zweryfikowała pewne rzeczy. Choćby taka prosta rzecz jak spacery, które zawsze uważałam za coś wspaniałego okazały się totalnym przeciwieństwem moich wyobrażeń. No, ale od początku.

Pokoik gotowy. Jest łóżeczko, stoliczek z krzesełeczkami jak już dziecko będzie większe, jest wózek 3w1, bujaczek i inne rzeczy, czyli zaczynamy przygodę!
Gondola. Tu już pierwszy błąd jaki popełniliśmy kupując do niej kołderkę. Kompletnie się nie sprawdziła . Nasze dziecko tak intensywnie kopało nóżkami, że co chwila trzeba było ją przykrywać. Dużo bardziej przydał się śpiworek, jako, że szły już dni chłodne, dziecko mogło wierzgać nóżkami do woli a zawsze było przykryte. Sam spacer. Hmm. Koszmar! Wizja spacerującej chodnikiem mamusi, przysiadającej czasem na ławeczce i czytającej książkę? Nie dla nas! Nasz już 8 tyg szkrab zaczął się w wózku nudzić. Co z tego, że w parku powyznaczane były piękne ścieżki dla spacerujących... Ja musiałam chodzić pod drzewami, po korzeniach, tak, aby dostarczyć mojemu dziecku bodźców w postaci liści, czy też innych rzeczy w zasięgu wzroku małej istotki leżącej plackiem.  Wieczna "trzęsawka" na wyboistych drogach oczywiście wskazana. Głód. Kolejny problem. Gdy zbliżała się godzina zero, trzeba było krążyć wokół domu, żeby jak najszybciej do niego wrócić na ukochane mlesio. Karmienie w parku? Też przerabialiśmy. Nie daj Boże wyjąć malucha z wózka- za żadne skarby nie chciała w spokoju do niego wrócić. Eh.
Spanie na spacerze? 30 min z zegarkiem w ręku. Reszta to już hazard. Zacznie ryczeć teraz czy za chwilkę? Oj ja głupia i naiwna. Włączałam aplikację Endomondo i myślałam, że będę godzinami spacerować...Nic bardziej mylnego. Kiedy liście opadły z drzew sytuacja jeszcze się pogorszyła, nie było już bowiem na co patrzeć. Tylko to nudne niebo....

Na spacerówkę przerzuciliśmy się bardzo szybko. Dziecko na półleżąco mogło wreszcie zobaczyć więcej. Czy spacery stały się przyjemniejsze? Na chwilę tylko, bo zaraz w głowie pojawiła się chęć wychodzenia z wózka i ćwiczenia chodzenia. E. zrobiła pierwsze kroki jak miała 10 miesięcy i nie miała zamiaru wracać do wózka. Cóż, spacery ograniczyły się więc do przebywania w pobliżu miejsca zamieszkania. Doniosły głos sprzeciwu na wózek przykuwał uwagę wszystkich wokół.
Kiedy urodziła się J. myślałam, że będzie inaczej. No cóż. Zamiast 30 min spania w gondoli mogłam liczyć na 45min i jak dobrze pójdzie kilka dodatkowych, ale niestety siostra też nie chciała za bardzo jeździć w wózku. Na dodatek miałam obok siebie małego szkraba, który wszedł w fazę "mamusia goń mnie" i zaczął mi uciekać. Wtedy chyba straciłam najwięcej kilogramów ;)
Takie to były wspaniałe te spacery.
Dobrze sprawdził się natomiast u nas rowerek. Nawet jeśli dziecko jeszcze nie chodzi, ale dobrze już siedzi, spokojnie można już używać takiego rowerka zamiast wózka. Jest bardziej atrakcyjny dla dziecka. Trzyma sobie ono nóżki na specjalnych podnóżkach, nie wypadnie, bo siedzi w nim jak w foteliku do karmienia. Gdy jest większe, możemy wyjąć ochraniacz i dziecko samo wsiada i wysiada, pedałując samodzielnie.
Zaletą rowerka jest jeszcze baldachim ochraniający przed słońcem. Polecam rowerek taki jak na zdjęciu, jest dobrze wykonany i stabilny. Ma z tyłu kieszonkę na jakieś chusteczki czy telefon, oraz malutką "przyczepkę" np. na chusteczki nawilżone, czy też bluzę.

Takie są nasze doświadczenia ze spacerami. Niestety moje marzenie o cichych, spokojnych wędrówkach się nie spełniło ;)

środa, 12 kwietnia 2017

O pewnej babci na placu zabaw, czyli kogo widzimy w lustrze i dlaczego.

Kiedy patrzymy na siebie w lustrze widzimy pewien obraz. Dziewczyna lub chłopak ubrani w takie a nie inne ubrania, prezentujący jakiś styl, może pochodzenie, może przynależność do jakiejś grupy. Ale gdy przyjrzymy się sobie głębiej, zobaczymy nie tylko ten powierzchowny obraz a to co kryje się pod nim.
Kiedy byłam mała, pewnie jak każda dziewczynka, zakładałam ubrania mojej mamy. Były to zwykle rzeczy, które się świeciły, były na swój sposób atrakcyjne. Patrząc w lustro wyobrażałam sobie, że jestem księżniczką. Nagle wszystkie misie obok mnie stawały się moimi poddanymi, podziwiającymi mnie za urodę, piękne stroje, dobre serce. Wyobrażałam sobie muzykę, bal, tańczyłam i byłam szczęśliwa. Patrząc w lustro nie widziałam zwykłej dziewczynki, widziałam obraz, który utworzyłam sobie gdzieś w głowie.

Gdy jako dorośli patrzymy na siebie, czy to w lustrze, czy na filmie, czy na zdjęciach, to kogo widzimy? Czy ludzi szczęśliwych pełnych zadowolenia, czy ludzi, którzy niewiele osiągnęli w życiu? Na to jak siebie postrzegamy ma ogromny wpływ środowisko, w którym się wychowujemy. Czy rodzice, nauczyciele, przyjaciele wierzyli w nas? Widzieli osobę, która może coś wielkiego w życiu osiągnąć? Czy osobą, którą widzę jest prawdziwa, czy też jest to obraz stworzony przez innych ludzi? Opowiem Wam historię pewnej babci, którą spotkałam na placu zabaw kiedy E. była jeszcze malutka.
Nie mogąc mieć dziecka omijałam place zabaw szerokim łukiem. Widok bawiących się szczęśliwych dzieci nie działał niestety na mnie pokrzepiająco, raczej ranił me serce. Dlatego też, gdy urodziła się E. wreszcie mogłam stać się jego pełnoprawnym bywalcem. Nie szkodzi, że E. leżała jeszcze w gondolce. Fizycznie była już moim dzieckiem, więc poczucie, że wkrótce też będzie się tam bawić dodawało mi na tyle pewności siebie, że zdecydowałam się zmienić swoje przyzwyczajenia i zacząć przyglądać się innym dzieciom.
Tego dnia na placu zabaw nie było wiele dzieci. Byłam ja z malutką E. , dwie panie z kilkulatkami i babcia z wnuczkiem o której właśnie chcę napisać. Chłopiec miał ok. 4 lata, widać, że spokojny i nieśmiały. Podczas, gdy pozostałe dzieci szalały na huśtawkach, na zjeżdżalniach, on ledwie co zdołał wgramolić się na konika na sprężynie.
~ Idź pozjeżdżaj na zjeżdżalni, słyszę nagle babcię
~ Nie chcę.
~ No idź pobaw się z innymi dziećmi.
~ Nie.
Zdenerwowana babcia bierze na siłę swojego wnuczka, wsadza go na zjeżdżalnię i każe mu jechać. Dziecko zanosi się płaczem, więc jeszcze bardziej rozzłoszczona babcia stawia go na ziemi i robi wykład.
~Ale z ciebie ciamajda! Nic nie potrafisz, nic nie chcesz, jesteś ciężki jak słoń! Co z ciebie za chłopak jak nawet nie chcesz pobiegać z innymi dziećmi, poszaleć. Zobacz jak pięknie bawią się inne dzieci a ty co?
Stałam jak wryta. Nie mam zwyczaju wtrącać się w nieswoje sprawy i wtedy też tego nie zrobiłam. Dziś żałuję, bo powinnam była powiedzieć tej babci jak wielką krzywdę w tym momencie wyrządza swojemu wnuczkowi. Jej niby banalne słowa, bo dotyczące zabawy na zjeżdżalni sprowadziły poczucie własnej wartości tego malca do niemal zera.
Po chwili słyszę jak babcia odzywa się do matki jednego z chłopców bawiących się obok.
~ Widzi pani jaki on jest. Niczego nie chce spróbować, nie umie się bawić, nic go nie interesuje. Rodzice go tak wychowują widzi pani, że wszystko za niego robią, nie zachęcają, jest rozpieszczony. Muszę się porządnie za niego wziąć, bo co z niego wyrośnie.

Matka chłopca przytaknęła a babcia oddaliła się. Wpatrzona w nią jak w słup nie mogłam uwierzyć co właśnie usłyszałam. Czy gdybym zwróciła jej wtedy uwagę posłuchałaby? Trudno powiedzieć. Była tak przekonana do swojego zdania na ten temat, że nie wiem czy argumenty kogoś obcego trafiłyby do niej.

Poczucie własnej własnej wartości kształtowane jest od najmłodszych lat. Dlatego pamiętajmy o ważnych zasadach:

1. Motywujmy dziecko, ale nigdy nie zmuszajmy do tego czego nie chce.

Jeżeli uważamy, że dziecko powinno wykonywać jakąś czynność, ponieważ jest to dla niego dobre lub choćby według nas jest to dobra zabawa, postarajmy się sposobem podejść i zachęcić dziecko do spróbowania. Nie tłumaczmy za dużo, dziecko może się wtedy wystraszyć. Czasem wystarczy wziąć je za rękę i zachęcająco powiedzieć "Chodź biegniemy zobaczymy jak super jest bujanie na koniku"
PODKREŚLAJMY ZALETY CZYNNOŚCI. Czynność musi wydać się dziecku atrakcyjna. Jeżeli odmówi, nie zmuszajmy. Może się wtedy zrazić na długi czas. Spróbujmy powrócić do sprawy za jakiś czas. Być może dziecko za którymś razem spróbuje a jeśli nie, znajdźmy inną czynność, którą mogłoby wykonywać. Nam dorosłym przecież tez nie wszystko sprawia przyjemność.

2. Chwalmy za każde, nawet najmniejsze sukcesy.

Udało się dziecku zjechać ze zjeżdżalni? Bij brawo! Ciesz się z każdej sytuacji. Dla dziecka to bardzo ważne, buduje bowiem w nim pewność siebie i poczucie własnej wartości.

3. Nie próbuj przekupić dziecka.

Nie obiecuj nowej zabawki, czekoladki czy obejrzenia bajki po powrocie z placu zabaw w zamian za pobujanie się na dużej huśtawce, której dziecko się boi. Dziecko musi podjąć tę decyzję nie dlatego, że ma w perspektywie nagrodę tylko dla samego siebie. Musi nauczyć się przełamywać mimo strachu, ufać tobie jeśli mówisz, że coś jest fajnego i się spodoba. Przekupstwo uczy dziecko ciągłego wynagrodzenia za jego uczynki. Dziecko musi nauczyć się czerpać radość z tego, że coś udało mu się osiągnąć i ma z tego satysfakcję.

4. Szanuj zainteresowania dziecka.

Twój syn nie chce kopać piłki tylko woli rysować? Uszanuj to. Być może wyrośnie z niego znany malarz :) Staraj się jednak znaleźć jakieś inne atrakcje na świeżym powietrzu. Kontakt z rówieśnikami, zabawy ruchowe są dla niego bardzo ważne. Nie lubi piłki? Może zainteresuje go inny sport. Nie każdy mężczyzna musi być kibicem.

5. Zaangażuj się fizycznie w to co proponujesz dziecku.

Nic nie motywuje bardziej jak mama, tata, babcia czy dziadek, którzy własnym przykładem pokazują, że coś może być fajne. Przypomnij sobie jak to było kiedy ty byłeś dzieckiem. Poskacz na trampolinie, wejdź do piaskownicy bez butów, usiądź na huśtawce, rób z dzieckiem zadania matematyczne. Nie patrz na innych jeśli są obok, najważniejsza/y jesteś dla dziecka a dla niego nie ma znaczenia, czy jesteś chuda, gruba byle zmieścić się w huśtawkę ;)

6. Śmiej się ze swoich drobnych porażek.

Nie wyszła ci babka z piasku? Ciasto się nie udało? Zgubiłaś buta? I bardzo dobrze. Śmiej się ze swoich drobnych niepowodzeń. Dzięki temu dziecko uczy się, że dorosłym też nie wszystko się udaje, a w dorosłym życiu łatwiej będzie mu znieść porażki, pozbierać się i walczyć dalej.

7. Nigdy nie wyśmiewaj dziecka.

Nie bądź nigdy spotkaną przeze mnie babcią z placu zabaw. Nie nazywaj dziecka fajtłapą, nie uogólniaj, że "ty to nigdy nie potrafisz nic dobrze zrobić", "ty to zawsze jesteś leniwy" Przez takie zachowanie dziecko uczy się, że nie warto się starać, bo dorosły nie jest zadowolony z rezultatu mimo, nawet gdy w jego oczach ono podejmuje jakiś trud. I przede wszystkim pamiętajmy, że dzieci wierzą w to co mówimy. Słysząc, że jest fajtłapą będzie się za takiego uważało, trudno będzie mu zmienić o sobie zdanie.

8. Krytykuj, ale konstruktywnie.

Zamiast ciągle zwracać dziecku uwagę, że to czy owo robi źle, pochwal za dotychczasowe osiągnięcie, ale zwróć uwagę na to co można jeszcze poprawić. Jeśli znasz się np. na matematyce, spróbujcie razem dojść do tego jak rzecz powinna być zrobiona dobrze. Pokaż dziecku, wytłumacz, nie denerwuj się i nie emocjonuj. Ono dopiero uczy się świata, stara się go ogarnąć swoimi metodami.

9. Praw dziecku komplementy.

Dziecko też to lubi. Powiedz nie tylko córeczce, że ślicznie wygląda w różowej sukieneczce. Chłopcy też potrzebują dowartościowania. Powiedz więc synkowi jak super szpanersko wygląda w nowych okularach. Nie przesadzajmy oczywiście w chwaleniu. Nie chcemy, żeby nasze dzieci wyrosły na narcyzów ;) Dzięki takiemu właśnie podejściu, nigdy nie miałam kompleksów z powodu moich piegów na buzi. Moja mama śpiewała mi "Biedroneczki są w kropeczki" i porównywała ze mną. Uważałam więc to za coś normalnego. Ba! Nawet fajnego. Żadne z dzieci nie było naturalną biedroneczką czy motylkiem jak ja ;)

10. Nigdy nie porównujemy naszego dziecka z innymi!

Nasze dziecko jest wyjątkowe i niepowtarzalne. Porównywanie z innymi nigdy nie działa na nie motywująco jak dorosłym się niestety wydaje. Widząc zachwyt nad innym dzieckiem, nasza pociecha   czuje się bezwartościowa. Jeżeli chcemy zwrócić dziecku uwagę na kolegę, który akurat fantastycznie coś robi, zróbmy to, ale niech to będzie w formie zachęty. Powiedzmy np. "Zobacz jak Antoś pięknie zjechał z tej dużej zjeżdżalni. Chodź też spróbujemy"


To kogo zobaczymy w lustrze patrząc w nie kiedy mamy kilka,kilkanaście czy kilkadziesiąt już lat zależy od wielu czynników, ale przede wszystkim od tego jak byliśmy kształtowani od najmłodszych lat. W późniejszym wieku jest to powielanie pewnych schematów wyuczonych i wyniesionych z domu. Widzę tu ogromną rolę wszystkich rodziców, biologicznych i adopcyjnych. Rola ta jednak jest troszkę inna. Rodzice biologiczni mają dziecko z czystą kartą na start i tak jak je ukształtują, w tym kierunku dziecko będzie iść, aż spotka na swojej drodze kolejnych ludzi mających na nie wpływ.
Rodzice adopcyjni zaś, dostają dziecko z przeszłością. Adoptując noworodka mamy o tyle lepiej, że nie ma ono złych doświadczeń, to my od początku mamy tę możliwość, żeby kształtować jego charakter. Natomiast dzieci adoptowane w starszym wieku, szczególnie te, które pamiętają swoją rodzinę biologiczną, mają o wiele gorzej. Podobno musi minąć tyle samo czasu w naszej rodzinie co gdy dziecko było bez nas, żeby zacząć tworzyć coś nowego. Szklanka napełniona zepsutym sokiem musi być najpierw opróżniona, bo ciągłe dolewanie do niej, nawet dobrego soku, nic nie da. Smak będzie zawsze niedobry. Na pewno nie da się do końca wymazać z pamięci dziecka tego co przeżyło, ale naszą rolą jako rodziców, jest przygotowanie naszych pociech do zmierzenia się z prawdziwym życiem. Czy to będzie informacja o adopcji czy też zwykłe niepowodzenie na klasówce, dziecko musi mieć poczucie, że każdy popełnia błędy, że nikt nie jest idealny, że nie musi się o nic obwiniać, zwłaszcza o błędy innych dorosłych. Najważniejsze, by siąść i na spokojnie znaleźć rozwiązanie. A nade wszystko nie czuć się gorszym tylko dlatego, że znów mi coś nie wyszło, że moja mama jest brzydsza niż twoja, że na wakacje nie jedziemy za granicę, że mam gorsze stopnie itd. Przykładów można mnożyć.
Babcia z mojej historii wiedziała, że coś jest nie tak. Mówiła przecież, że musi porozmawiać z rodzicami dziecka. Niestety nie widziała błędu swojego zachowania. Jeżeli opiekowała się tym dzieckiem na co dzień, to właśnie ona będzie miała duży wpływ na jego samoocenę.

 Sprawmy, żeby dziecko patrząc w lustro widziało człowieka. Człowieka szczęśliwego z poczuciem własnej wartości. Jeśli 100razy słyszy, że jest nieudacznikiem życiowym, będzie się za takiego uważał, a przecież nie ma ludzi nieomylnych. Jak mówi stare powiedzenie nie można być dobrym we wszystkim. Niech dziecko akceptuje swoje słabości i rozwija swoje talenty. Nauczmy je tego. Bez naszej pomocy, może zobaczyć w lustrze kogoś kim nie jest.



wtorek, 11 kwietnia 2017

Tacy jesteśmy, czyli o tym jak i kiedy ocenia nas ośrodek.

Dziś przedstawię Wam moje osobiste doświadczenia z tym jak i kiedy ocenia nas ośrodek. Oczywiście nie muszą się tyczyć każdej placówki, ale warto zwrócić uwagę na pewne rzeczy. Przy naszej ocenie dowiedzieliśmy się od pań z ośrodka na co one zwracały uwagę, na szczęście udało nam się zdać ten ich egzamin o którym nie wiedzieliśmy, że bierzemy w nim udział.




Idąc na pierwszą rozmowę wydaje nam się, że dopiero zbieramy informacje o adopcji, a tak naprawdę to już od tej chwili jesteśmy oceniani. Czy przychodzimy pewni swojej decyzji? Czy mówimy w sposób przekonujący czy jednak się wahamy? Te kilka sekund składa się na ten pierwszy, podstawowy wizerunek siebie jaki budujemy. I liczy się tu wszystko. Od tonu głosu, poprzez gesty aż do słów, które wypowiadamy. Pamiętajmy, żeby oboje zabierać głos. To bardzo ważne! Nie chcemy przecież, żeby pracownik ośrodka pomyślał, że współmałżonka przyciągnęliśmy tam na siłę! :) Bądźmy zdecydowani, ale nie bójmy się mówić o naszych obawach dotyczących choćby zdrowia dziecka. Jeżeli przedstawimy się jako osoby przygotowane na wszystko, których żaden FAS ani inna choroba nie jest w stanie przestraszyć, to może okazać się, że ośrodek będzie próbował zaproponować nam dziecko chore, pomimo naszych innych deklaracji.
Pamiętajcie, że pierwsze spotkania to wielkie przeżycie i stres. Przygotujcie się do rozmowy z pracownikiem ośrodka. Będzie Was pytał o to choćby kto wyszedł z pomysłem adopcji, czy pogodziliście się z tym, że nie będziecie mieć dziecka biologicznego, od kiedy się znacie i jak długo jesteście razem, jak lubicie spędzać razem czas itd. Uwierzcie mi, w stresie człowiek czasem musi chwilę pomyśleć zanim przypomni sobie swoją datę ślubu!
Są to być może luźne pytania, ale właśnie one kreują Wasz portret, który poźniej będzie potwierdzony przez testy psychologiczno-pedagogiczne.

Kolejna rzecz to ubiór. Niby nie ma znaczenia, a jednak ma. I nie chodzi tu o to jaki macie styl i czy modnie się ubieracie, ale czy ubraliście się stosownie do powagi sytuacji? Czy jesteście ubrani w sposób wykazujący szacunek do pracownika ośrodka czy też innych kandydatów w czasie szkolenia?
To co na siebie zakładamy jest w dużej mierze odzwierciedleniem naszej osobowości i charakteru. Pracownik ośrodka być może nie oceni waszego stylu na modny czy nie modny, ale to co wyczyta z przedstawionego przez Was wizerunku, na pewno doda do innych cech prezentowanych przez Was przy innych testach. Na końcu, wszystko to złoży się na jeden obraz. Obraz rodzica. Wtedy to właśnie ośrodek oceni Was, Wasze funkcjonowanie w rodzinie, w społeczeństwie. Pamiętajmy, że są to osoby z wieloletnim doświadczeniem i niczym detektyw zwracają uwagę na każdy detal. Nie tylko wtedy, kiedy rozmawiamy z pracownikiem na jakiś temat, ale również choćby jak zachowujemy się w czasie przerwy na kawę w trakcie szkolenia. Czy jesteśmy radośni i otwarcie rozmawiamy o adopcji z innymi, czy raczej siedzimy w kącie i nerwowo patrzymy na zegarek czy mamy szkolenie już za sobą?
Szkolenie. Kolejna sprawa. Każdy z nas ma wiadomo swoje życie, swoją pracę. Ale szkolenie, na które niejednokrotnie trzeba dość długo czekać, powinno być dla nas wielkim wydarzeniem, przełomem w oczekiwaniu na dziecko. Wreszcie coś zaczyna się dziać, tak na poważnie. Zaplanujmy ten dzień wyjątkowo, nie spóźniajmy się na zajęcia. Będzie to odebrane bardzo źle, jeśli na te dni nie jesteśmy w stanie przybyć punktualnie. Oczywiście różne sytuacje się zdarzają, można się wytłumaczyć, ale po co? Po co ryzykować zbieranie punktów minusowych? Nawet jeśli nasze spóźnienie będzie wytłumaczone, to nie wiadomo jak sam ten fakt zostanie potraktowany przez ośrodek. Drobiazg? Być może. Ale znów świadczy on o Waszym podejściu do sprawy adopcji dziecka. Ośrodek musi być pewny, że będziecie w stanie poradzić sobie z każdą sytuacją, że będziecie w stanie się poświęcić, z czegoś zrezygnować, coś przełożyć.
Ważna jest również komunikacja między Wami, małżonkami. Będziecie cały czas poddawani próbie - razem i osobno. W jednej z rozmów pracownik ośrodka zada Wam podobne pytania, nie będziecie jednak mogli skonfrontować odpowiedzi. Warto zrobić sobie w domu takie przygotowanie, niczym quiz typu czy nasze odpowiedzi się zgadzają. Nie uwierzycie, ale często zdarza się, że małżonkowie mają kompletnie inne spojrzenie na pewne sprawy. Dotyczyć mogą one Was, Waszych rodzin, Waszej pracy, czy też wizji wychowania dziecka. Zapytano nas jak zareagowali na możliwość adopcji nasi rodzice i teściowie. Odpowiadaliśmy osobno, więc już panie miały obraz jak widzę to ja i jak widzi to mój mąż. Teściowie moi mają biologiczne wnuczki. Pytanie dotyczyło więc również ich spojrzenia na sprawę babcia-dziadek biologiczny i adopcyjny moimi oczami.
 Jeżeli rodzice jeszcze nie wiedzą o naszej decyzji to jest to też ważna informacja dla ośrodka. Dlaczego nie wiedzą? Jakie mamy z nimi relacje? Pamiętajmy, że jeśli nie mamy prawidłowych więzi z naszą biologiczną rodziną, trudno według ośrodka będzie nam zbudować więź z dzieckiem adoptowanym, bo najzwyczajniej w świecie nikt nas tego nie nauczył. Jeżeli więc w naszych rodzinach istnieje jakiś problem, spróbujmy go wyjaśnić, dlaczego tak się stało, dlaczego tak to widzimy czy odczuwamy. Można np.powiedzieć, że rodzice bardzo przeżywają naszą niepłodność i pragniemy przekazać im tę radosną nowinę po zakończeniu szkolenia. Takie przedstawienie sprawy zmienia już zupełnie nasz wizerunek.
Przy omawianiu testów, przyjmijcie ocenę jakakolwiek ona by nie była. Z pokorą słuchajcie zastrzeżeń, nie kłóćcie się, że to nie prawda, że nie tak miało wyjść. Obiecajcie poprawę, dopytujcie co można zmienić w Waszym postępowaniu, by lepiej przygotować się do przyjęcia dziecka.
W domu na spokojnie przemyślcie uwagi. Może psycholog ma rację i trzeba nad pewnymi rzeczami popracować? Może jestem zbyt niecierpliwa, zbyt wymagająca lub zbyt pobłażliwa? Jeszcze macie czas, by wiele rzeczy ułożyć zanim pojawi się dziecko i wtedy całą naszą uwagę będziemy musieli poświęcić jemu. To będzie już Wasz najważniejszy sprawdzian, nie będzie czasu na wewnętrzne przemiany.
Na etapie oczekiwania na dziecko dzwońmy co jakiś czas do ośrodka. Niech wiedzą, że nam zależy. Nie bądźmy jednak nachalni. Nie chcemy przecież przedstawić siebie jako desperatów ( mimo, że gdzieś w środku wszystko krzyczy i nie możemy sobie z tym wszystkim poradzić)

Nade wszystko jednak, pokażmy, że adopcja to nie coś czego się boimy, czego obawiamy, ale drogą go spełnienia marzeń o dziecku. Nie możemy wydać na świat dziecka biologicznego, ale mamy otwarte serce by przyjąć NASZE  dziecko, które zostało urodzone przez kogoś innego. Adopcja to przecież nie ostateczność, a miłość, która zrodziła się w nas dawno temu w naszym sercu. Nie bójmy się pokazać tego pracownikom ośrodka!

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Wojna damsko - męska, czyli o podejściu mężczyzn do problemu niepłodności i adopcji


Podobno udowodniono, że pochodzimy z innych planet. Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Venus. Często przecież myślimy inaczej, mówimy co innego, lubimy co innego, nasze mózgi pracują w inny sposób. Jak więc znaleźć wspólną płaszczyznę porozumienia jeśli chodzi o tak ważne rzeczy jak niepłodność czy adopcja? Jak rozmawiać efektywnie, by nie oskarżać się nawzajem?

Z problemem niepłodności spotykamy się na co dzień. Ciągle przecież słychać, że koleżanka nie może zajść w ciążę, ktoś tam z rodziny, w pracy, w telewizji oglądamy różnorakie programy temu poświęcone. Jednym słowem problem jest ogromny. Obserwujemy, słuchamy, ale czy potrafimy o tym mówić? Chyba nie. Jeśli problem nas nie dotyczy, to co możemy powiedzieć sąsiadce, która bezskutecznie walczy o potomstwo? Wiele razy słyszałam od ludzi, że na nas też przyjdzie kolej. Ale to tak nie działa. Jak więc rozmawiać ze swoim współmałżonkiem o TYCH SPRAWACH, skoro często nie potrafimy nawet porozmawiać ze swoją mamą, przyjaciółką, siostrą. Wszyscy wiedzą o problemie, ale czy kiedykolwiek jesteśmy w stanie tak naprawdę szczerze porozmawiać z kimś o tym co nas boli? Z moich obserwacji największym problemem w naszym społeczeństwie jest brak komunikacji między ludźmi. Oczywiście jesteśmy w stanie wymieniać poglądy na temat filmów, sukcesów kulinarnych, które to stały się ostatnio takie modne, czy też kosmetyków, ubrań. Ale czy potrafimy szczerze powiedzieć małżonkowi co nas trapi, co leży nam na sercu? Jeśli nie to pytanie dlaczego? Czy może obawiamy się, że nas wyśmieje, czy może najzwyczajniej w świecie nie zrozumie?

Niepłodność, walka o dziecko jest dla nas kobiet ogromnym przeżyciem. Spełnione żony, kilka lat po ślubie, czekamy na pojawienie się potomstwa. A tu nic. Napięcie narasta. Stajemy się niespokojne. Często nieświadomie jednak, widzę, że kobiety odsuwają mężczyznę, tak jakby ciężar tego problemu musiał w większości leżeć po naszej stronie. To my przecież biegamy robić badania, to my monitorujemy owulację, robimy zastrzyki do IVF ograniczając rolę mężczyzny do zbadania nasienia i przeanalizowania wyników. Ile razy udaje się parom szczerze rozmawiać o uczuciach, oczekiwaniach, rozczarowaniach i alternatywach na przyszłość? Ile par tak naprawdę się wspiera? Tego nie wiem, ale zaobserwowałam też kilka prawidłowości w zachowaniu mężczyzn.
Pierwszy typ to MĘŻCZYZNA MACHO. Kiedyś usłyszałam od koleżanki, że jej mąż się nie przebada, gdyż jest na pewno 100% mężczyzną i problem niepłodności jego nie dotyczy. Nic dodać nic ująć. Taki mężczyzna żyje tym, iż celem jego życia jest zasadzenie drzewa i wybudowanie domu. To drugie być może osiągnie, ale czekanie na sadzonkę, aż zapuka do jego drzwi i poprosi, by ją zasadzić może u kresu jego życia okazać się tylko wielkim rozczarowaniem.

Drug typ mężczyzny AKCEPTUJE  niepłodność, robi co każe mu żona, chodzi na badania, uprawia seks, kiedy trzeba, ogólnie uważając, że daje żonie całkowite wsparcie przy czym ogranicza się ono do zaplanowania dobrej prokreacji. O wsparciu psychicznym żona może zapomnieć.

Kolejny typ to ty PANIKARZA. Mamusia ciągle pyta co z dzieckiem, kiedy żona będzie w ciąży. Jak to nie możecie? To starajcie się bardziej. Kiedyś od kogoś słyszałam właśnie takie słowa. Spanikowany wraca do domu z butelką wina, organizuje miły wieczór. Może dziś się uda? Już tak długo się staramy. Co to będzie jak nie zajdzie? Co to będzie!!
Mamy również pana UDAJEMY, ŻE WSZYSTKO JEST OK. Ów pan, żyje sobie jakby nigdy nic, obarczając kobietę winą i zostawiając ją samą z problemem. Oraz pana PSA Z KULAWĄ NOGĄ, czyli taką osobę, która nieudolnie próbuje udawać, że pomaga.
Typów takich jest wiele, każdy mógłby dodać tu jeszcze pewnie kilkanaście. Ale wreszcie mamy ostatniego pana. Pana PRAWDZIWEGO MĘŻA. To on rozmawia, to on stara się zaproponować rozwiązanie, to on płacze razem z nami, gdy już oboje jesteśmy bezsilni, to on obejmuje ramionami i przytula, gdy nie wie co ma powiedzieć. Nie oskarża, nie obwinia, nie moralizuje, tylko kocha i wspiera. Przeżywa brak dziecka tak samo mocno, tylko inaczej. Nie widać jego łez, ale płacze w sercu - płacze podwójnie, bo nie ma dziecka i dlatego, że płaczemy my. Nie załamuje się nie dlatego, że mu nie zależy, ale pozostaje mocny by podać nam dłoń, gdy my już nie mamy siły wstać. Chodzi na badania, leczy się, choć nie jest to dla niego tak samo nieprzyjemne jak nasze wizyty u ginekologa. Przeżywa, cierpi,kocha,walczy. Na swój sposób.

Taki właśnie jest OJCIEC ADOPCYJNY. Decyduje się przyjąć dziecko urodzone przez inną kobietę, bo wie, że w ten sposób też może zasadzić drzewo. Wie, że miłość jaką obdarzy to dziecko, po trzykroć wynagrodzi mu brak biologicznego, że KOCHAM CIĘ TATUSIU smakuje tak samo. Nie definiuje męskości poprzez ilość posiadanych dzieci a poprzez ilość całusów i uścisków jakie dostaje od swojego dziecka.
Taki jest. Tatuś adopcyjny. Tatuś. Ten jedyny. Najważniejszy.                      

P.S. Zapytałam kiedyś mojego męża, czy gdyby mógł mieć dzieci biologiczne, gdybym nagle mogła zajść w ciążę to zamieniłby nasze dzieci? Powiedział, że za nic w świecie. To są takie dzieci na które on też czekał...Żadnych innych nie potrzebuje.



sobota, 8 kwietnia 2017

Przepis na szczęśliwe dziecko

Składniki:

* 2 serca pełne miłości
* 1/2 kg uścisków
* 6 dużych całusów 
* 3 łyżeczki zaufania
* łyżka cierpliwości
* szklanka wyrozumiałości
* garść dyscypliny
* 2 łyżeczki wsparcia
* 30 dag przebaczenia
* szczypta humoru
* odrobina szaleństwa do smaku 

1. Przygotowujemy składniki.
2. Powoli łączymy poszczególne elementy.
3. Zaczynamy wprowadzać mieszankę w życie.
4. Stosujemy aż do uzyskania pożądanego efektu.

Smacznego życia :) 

piątek, 7 kwietnia 2017

Chcę adoptować dziecko. Co teraz? -wskazówki dla przyszłych rodziców.

Podjęliście decyzję o adopcji? Gratulacje! Pierwszy ważny krok za wami. Teraz cała procedura, czyli co was czeka. 
Poniższa lista dotyczy naszego ośrodka, każdy oczywiście może mieć swoje wewnętrzne ustalenia, więc po wyborze odpowiedniej placówki warto zapytać o wszystkie szczegóły. 


1.  Zgłoszenie do Ośrodka i wstępna rozmowa.

Rozmowa ma charakter informacyjny. Wstępnie zapytają was dlaczego chcecie adoptować dziecko, czy jesteście przygotowali na zagrożenia wynikające z pochodzenia dziecka, jakie dziecko chcielibyście przyjąć itd.
Nie zrażajcie się, jeśli usłyszycie, że dzieci zdrowych nie ma, że będziecie musieli długo czekać, że jeszcze sporo par z poprzednich lat nie otrzymało propozycji. Bądźcie zdecydowani w swoich odpowiedziach i wysłuchajcie co ma do powiedzenia pracownik ośrodka.

2. Złożenie wymaganych dokumentów:

Jeżeli po wstępnym spotkaniu nadal podtrzymujecie swoją decyzję o adopcji, czeka was zgromadzenie następujących dokumentów. Pamiętajcie, żeby zrobić to jak najszybciej! Czas oczekiwania na szkolenie liczy się dopiero od ich złożenia.
    • podanie do Ośrodka,
    • życiorysy obojga małżonków,
    • opinia z zakładu pracy ( przy osobach posiadających własną działalność gospodarczą taką opinię może napisać przyjaciółka, sąsiadka - ktoś, kto dobrze zna waszą rodzinę. Na kartce zapisujemy adres i nr. telefonu do tej osoby, żeby ewentualnie można potwierdzić, że nie sami pisaliście  ;)
    • zaświadczenie o zarobkach,
    • zaświadczenia lekarskie od lekarza rodzinnego stwierdzające brak przeciwwskazań do ustanowienia rodziny adopcyjnej,
    • zaświadczenie z Poradni Zdrowia Psychicznego ( w tym celu Googlujemy najbliższą taką poradnię i udajemy się prosząc o zaświadczenie do adopcji - nie ma z tym problemu) 
    • zaświadczenie z poradni odwykowej ( jak wyżej) 
    • odpis zupełny aktu małżeństwa,
    • wspólne zdjęcie ( wybierzmy takie zdjęcie na którym wyglądamy na przyszłych rodziców ;) pamiętajmy, że to nie konkurs i nie musimy być piękni)
    • zapytanie o karalność ( ten punkt dotyczy ośrodka - oni występują z odpowiednim wnioskiem)

3. Badania psychologiczno-pedagogiczne na terenie Ośrodka.

W terminie wyznaczonym przez ośrodek przechodzicie szereg rozmów, testów psychologiczno-pedagogicznych. Nie da się w zasadzie do tego przygotować, ale robiąc testy zwracajcie uwagę na to, czy przypadkiem nie zaznaczacie czegoś, co może zostać źle odebrane przez ośrodek. Czytałam  na forum różne wypowiedzi kandydatów i zdarzało się, że musieli poprawiać testy, ponieważ nie do końca wizja ich rodzicielstwa pokrywała się z wizją ośrodka. Nie namawiam nikogo, żeby udawać, czy podawać nieprawdę, wręcz przeciwnie, taki test ma ukazać waszą prawdziwą osobowość. Jest jednak sporo pytań, które dotyczą wychowania dziecka i niekoniecznie wasze przekonania mogą spodobać się pani psycholog ( np. zbytnia nadopiekuńczość)

4. Wywiad adopcyjny w miejscu zamieszkania kandydatów.

W ustalonym terminie zjawi się u was przedstawiciel ośrodka, aby zobaczyć jak mieszkacie, jak sobie radzicie na co dzień. Wizyta może być krótka i trwać kilka minut, ale może potrwać trochę dłużej, szczególnie tam gdzie pani musi dojechać. Warto zaproponować coś do picia, może małą przekąskę, ciasteczko. Bądźmy gościnni, ale nie przesadzajmy - to w końcu formalna wizyta a nie imieniny u cioci ;)  Jeżeli pani przyjechała do nas z daleka, zaproponujmy podwiezienie na dworzec, na przystanek. Na pewno będzie to dobrze odebrane. 


5. Udział w szkoleniu.

Jesteście już coraz bliżej! Zaproszenie na udział w szkoleniu to kolejny ważny krok. Czeka się bowiem na niego dość długo - zależy od liczby chętnych i od ośrodka. 
Teraz czeka was szereg szkoleń z innymi parami. To również czas na poznawanie nowych ludzi przechodzących dokładnie to co wy w tym momencie. Pytajcie o wszystko co tylko siedzi wam w głowach. Właśnie teraz albo utwierdzicie się w swojej decyzji, albo stwierdzicie, że to jednak nie dla was. Pamiętajcie, że zawsze można się wycofać. Lepiej zrobić to teraz, niż podjąć złą decyzję.

6. Decyzja Komisji Kwalifikacyjnej.

Po ukończeniu szkolenia, czekamy na kwalifikację do adopcji. U nas trwało to ok miesiąca.

7. Oczekiwanie na dziecko.

Ten etap jest chyba najtrudniejszy. Do tej pory masz poczucie, że coś się dzieje, że idziesz do przodu. Teraz zostało tylko czekanie. Bywa z tym różnie. Wszystko zależy od tak wielu czynników, że nie pozostaje nam nic innego jak po prostu uzbroić się w cierpliwość. 

8. Wskazanie kandydatom dziecka. Omówienie jego sytuacji prawnej, stanu zdrowia oraz przeszłości biologicznej.

Kiedy ośrodek zaproponuje nam dziecko, po przeżyciu pierwszej euforii, pomyślcie na trzeźwo, czy jesteście w stanie zaopiekować się tym dzieckiem ( dotyczy to przede wszystkich dzieci z obciążeniem) Często przy niemowlęciu na pierwszy rzut oka nie widać jego chorób a nasze spragnione dziecka serce może w tym momencie nie myśleć logicznie. Lepiej odrzucić propozycję, jeżeli nie jesteśmy na 150% pewni. To decyzja na całe życie. 
U nas w ośrodku zawsze nam powtarzano, że nie ma żadnych konsekwencji związanych z odmową przyjęcia propozycji dziecka. Jak wiem od innych kandydatów, nie zawsze jest to prawda. Nie w każdym ośrodku jest to dobrze przyjęte.  Ale pamiętajcie, że wasza decyzja nie może być tylko oparta na przekonaniu, że lepiej wziąć dziecko teraz, bo potem nie wiadomo ile będę czekać. Jeżeli nie czujesz, że to TWOJE dziecko - lepiej poczekaj trochę dłużej. 

9. Kontakt z dzieckiem na terenie placówki, w której przebywa.

Cudowny i niezapomniany moment - poznajesz swoje dziecko.

10. Złożenie wniosku i pełnej dokumentacji rodziny do Sądu Rodzinnego.

Ten etap dotyczy ośrodka. Opiekun prawny dziecka występuje do sądu.

11.Rozprawa sądowa. Orzeczenie – przysposobienia.

Od tego momentu dziecko dostaje nowe imię ( jeśli jest zmieniane) i wasze nazwisko. Nie zapomnijcie pomyśleć o drugim imieniu jeśli chcecie, żeby dziecku takowe zostało nadane! 

OD TEJ PORY JESTEŚCIE PRAWNIE RODZINĄ :)

"Adopcja jednego dziecka nie zmieni świata, ale dla tego dziecka zmieni się cały świat"

czwartek, 6 kwietnia 2017

Nasz szalony poranek




"Mamusia, dzwonił już alarm?"

Otwieram jedno oko i spoglądam na komórkę. 6.56. I tak oto zostałam obrabowana z 4 minut mojego snu. "Nie, jeszcze chwilkę" odpowiadam i zamykam oczy łudząc się, że uda mi się usnąć. Z prędkością światła upływają 4 minuty i znienawidzony przeze mnie dźwięk daje sygnał, że czas wstawać. "Już dzwonił"? słyszę       ponownie."Tak, dzwonił...."  








Nie ma mowy, żebym poleżała choć minutkę. E.bierze mnie za rękę i cichutko wychodzimy z pokoju. W łóżeczku turystycznym śpi J. i nie chcę jej obudzić. Gdzieś w środku nocy najpierw przychodzi do nas jedna gwiazda a potem druga. Na szczęście mniejsza wchodzi do osobnego łóżeczka, bo perspektywa 4 kończyn na mojej twarzy nie jest zbyt zachęcająca...
Biegniemy na nocniczek. Ja w tym czasie myję zęby i twarz. Jak zwykle, gdy mam namydlone oczy słyszę "Mamusia, jest kupa. Taka duża jak rogalik" Eh, szybko zmywam z twarzy to co nałożyłam i kończę toaletę z E. Potem biegniemy się ubierać. Zwykle idzie nam to sprawnie, ale bywa też że akurat wybiorę nie tę spódniczkę, którą życzyłoby sobie moje dziecko. A to, że nie wiruje odpowiednio, albo, że kolor nie taki bo za słabo różowy. Mówię więc, że nie mam czasu na takie wybryki i wychodzę. "Nie nie mamusia juz zakładam!" słyszę jak małe stópki wybiegają za mną z pokoju. A więc kolejny punkt zaliczony. Teraz czas na "Księżniczkę Zosię" podczas gdy ja mam jakieś 5min na prysznic. Niestety nie jest mi dane. Słyszę z góry wołanie "mama, mama". No cóż, młodsza się obudziła. Schodzimy więc na dół, ubieramy się i przychodzimy do kuchni. "Am, am" słyszę. Kiedy po raz kolejny tłumaczę, że zaraz jedziemy do żłobka i tam będzie pyszne śniadanko, widzę zmieniającą się twarz J. w podkówkę i słyszę znajomy dźwięk jej wkurzonego płaczu. Manifest złości trwa małą chwilkę po czym nie widząc reakcji z mojej strony jak zwykle zaczyna się czymś bawić. Wykorzystuję to, że jest zajęta i zmykam do łazienki. Ledwo co zdążę zdjąć z siebie piżamę, jak widzę małe rączki wchodzące do mnie pod drzwiami. "Mama, mama" słyszę. Zaczynam więc prowadzić dialog z J. W ten oto sposób, w 2 min jestem już umyta, nakładam balsam i smyram małe rączki pod drzwiami. Słyszę znajomy śmiech, więc wychodzę i mam jakieś 10 min na makijaż i śniadanie.
Kiedy dziewczynki się ubierają, ja nadal biegam spocona w koszulce. Dopiero kiedy one są gotowe, ubieram się ja. "Pupu" słyszę od J. No nie, trzeba znów ją przewinąć a byłyśmy prawie gotowe. Zabieram ją więc na przewijak w butach i kurtce. I znów 5 min do tyłu..
Niczym wędrowny włóczęga, wpadam do żłobka 5-10 min przed czasem z jednym dzieckiem pod pachą a drugim za rękę. Szybki całusek i już dziewczyny idą w swoją stronę. Szalony poranek? Gdzie tam, to tylko jedna z lżejszych wersji ;) Poza tym teraz to dopiero trzeba się spiąć. Praca, zakupy, obiad, dom, odebrać dziewczyny. Staram się z całych sił zatrzymać czas. Nie da się, za nic w świecie nie jestem w stanie utrzymać wskazówki w jednej pozycji. Choćby jednej. Nie da się.