wtorek, 31 października 2017

Cukierek, albo psikus.


Muszę lubić Halloween. Po prostu muszę. Dlaczego? A no choćby ze względu na swoją pracę. Na zajęciach z dziećmi zdarza mi się bawić w Kubę Rozpruwacza i wyciągać wnętrzności z dyni, by zrobić z niej pewnego pana o imieniu Jack O'Lantern, a na zajęciach z dorosłymi uczymy się choćby tego skąd w ogóle wzięło się to święto. No właśnie. A czy wy wiecie co tak naprawdę kryje się pod tą nazwą?





Halloween sięga czasów celtyckiego święta Samhain, które to oznaczało zakończenie okresu żniw i początek zimy. W czasie Samhain, Celtowie przebierali się, by odstraszyć duchy i chronić swoją ziemię przed nadchodzącą zimą. Rolnicy wierzyli bowiem, że nastał dzień, w którym powstaną one ze swoich grobów.

W VIII wieku, Chrześcijanie pragnęli zmienić to pogańskie święto, dlatego też papież Grzegorz III ogłosił 1listopada Dniem Wszystkich Świętych, natomiast dzień przed, Wigilią Dnia Wszystkich Świętych (All Hollow's Eve)

W Średniowieczu, dzieci i biedni ludzie chodzili od domu do domu, prosząc o wsparcie pieniężne lub jedzenie (tzw.soul cakes) w zamian za modlitwę za osobę, która otworzyła drzwi. Ludzie również sami zostawiali jedzenie i picie przed swoimi domami, mając nadzieję, że duchy błądzące po ziemi, zabiorą je i zostawią domostwo w spokoju. Według legendy, jeżeli proszący o jedzenie lub duchy, nie znalazły nic przed domem, płatały domownikom figla.
To dało początek dzisiejszej tradycji odwiedzania domów i zbierania słodyczy tzw. cukierek albo psikus.

Tradycje dzisiejszego Halloween przybyły do Ameryki w XIX wieku wraz z napływem Irlandzkich imigrantów. Sztuka rzeźbienia i ozdabiania latarni z dyni jest irlandzkim zwyczajem, upamiętniającym dusze znajdujące się w czyśćcu.

 


Legenda głosi, że Skąpy Jack błąkał się po ziemi, nie mogąc wejść ani do nieba ani do piekła. Jedyne co posiadał to kawałek żarzącego węgla w wydrążonej rzepie, by oświetlała mu drogę. Ze względu na łatwość rzeźbienia, to właśnie dynie przyjęły się jako te warzywa, które obecnie są wykorzystywane do tworzenia różnorodnych lampionów.




Halloween, które jest najprawdopodobniej skróconą nazwą od All Hollows' Eve, jest świętem, które urosło do rangi międzynarodowej. Dziś, 31 października 2017r ponad 179 milionów Amerykanów planuje wziąć udział w obchodach!

A wy? Jaki macie stosunek do tego święta? Czy to dobrze, że przyjmujemy tradycje innych zamiast pielęgnować swoje?
Z doświadczenia powiem wam, że dzieci i młodsze pokolenie lubią to święto. Bez żadnych podtekstów, jest to po prostu kolejna okazja do radosnej zabawy. My również mamy zamiar wydrążyć dziś jedną z dyń i zrobić Jacka O'Lanterna, choć mamy już przykazane, że ma on być uśmiechnięty (tak zażyczyła sobie starsza córka) A co tam, niech się uśmiecha!


poniedziałek, 30 października 2017

Kiedy będę duża, będę ....

Ciężka noc. Niezapowiedziany gość w postaci niejakiego Grześka aka Grzegorza Orkana, dał się we znaki. Budziłam się chyba z 5 razy i niczym lunatyk wędrowałam do okna zobaczyć, czy nasza trampolina jeszcze stoi. O co chodzi? A no latem, gdy postanowił wpaść do nas kuzyn niejakiego Grzegorza, nasza trampolina wylądowała na ogrodzeniu sąsiada (z którym nie bardzo się lubimy, ale o tym za chwilę) Za żadne skarby nie chciałam mu tej trampoliny podarować, mając na uwadze taki oto krótki filmik znaleziony w Internecie:



Mimo, że mąż zaklinał, że tym razem trampolina jest dobrze przymocowana, koszmar w postaci ewentualnego prezentu dla sąsiada powracał przez całą noc. 

- Mamusia, poszarpały mi się włosy!, słyszę rano i półprzytomna otwieram jedno oko. Na szczęście chodzi o włosy dla konia, które E. dostała wczoraj w prezencie. Obiecuję więc rozczesać je później i jeszcze na chwilę zamykam oczy. Dziewczyny obie siedzą na łóżku i bawią się. 
7.00 - słyszę od lat ten sam fragment piosenki z reklamy Nescafe "I just need, need to get started...", więc zwlekam się z łóżka i we 3 schodzimy na dół. W półmroku, jak zwykle zaczynamy od posiedzenia na toaletach: ja na dużej, dziewczyny na dwóch nocnikach obok mnie. Czasem dołącza do nas również ulubiona owieczka E., również posiadająca swój osobisty różowy nocniczek.

Kiedy myjemy z J. buzię, E. nagle znika z łazienki. Wpada po chwili i radosną nowiną:
- Mamusia, jak będe taka taka duża (pokazuję rączkami) to... (no i już myślałam, że znów dowiem się, że będzie księżniczką, ewentualnie kimś tam innym) będę pić kawę!! :)

No żesz.... Cóż za postanowienie w poniedziałkowy poranek! Czyżby niskie ciśnienie też dało jej się we znaki? ;) Najśmieszniejsze jest to, że gdy ja byłam mała, to dokładnie to samo mówiłam! (może dlatego, że moi rodzice lubili kawę) Do tego zawsze dokładałam, że będę pić dobre wino ;) To chyba były czasy, kiedy to w domu moich rodziców, znajdował się barek wypełniony kolorowymi butelkami z alkoholem, które pewnie dostali w prezencie. Nie koniecznie były dobre, ale chociaż ładnie wyglądały ;) 
Jak jest dzisiaj? No przyznaję, kawę lubię. Dobry alkohol? Nie wiem, czy wino za 25zł można nazwać dobrym, ale też nie piję często bo... bolą mnie zęby :) I taki ze mnie pijak. Już część z was wie, że gdy chcę napić się lampki wina, mąż przynosi mi od razu... Paracetamol...

Przy porannej toalecie dowiedziałam się jeszcze jednej ważnej rzeczy. A mianowicie moje młodsze dziecko wcale nie chce być duże! Dziś stwierdziła, że ona chce być ... mała. Czyżby już zdawała sobie sprawę z tego, że bycie dzieckiem wcale nie jest takie złe? Cóż. Pewnie zamiast podawać wiek jak inne dzieci, czyli tradycyjnie Mam 10 i pół roku, ona powie, że po prostu ma 10. Moja krew ;)

No, ale wracając do trampoliny. Na szczęście Grzegorz nie podarował jej mojemu sąsiadowi, który nie lubi mnie tylko za to, że jestem kobietą (czyżby ciężki rozwód z żoną i awantury w jego domu miały coś z tym wspólnego?), ale przez ten wiatr i w ogóle myśl, że jest poniedziałek, najchętniej zrobiłabym to:




Ciekawa jestem, czy wy też czujecie się podobnie. Miłego poniedziałku!

*Rysunki http://www.cassandracalin.com

piątek, 27 października 2017

Ratunku! Moje dziecko kłamie!


Prowadziłam kiedyś zajęcia z dziećmi. Cisza. Ławki ustawione w podkowę, więc mam możliwość bycia blisko każdego ucznia. Każdy wpatrzony w zeszyt robi zadania, kiedy nagle słyszymy ...pfff. Jedno dziecko puściło bąka, pruka, czy jak kto woli. Dokładnie wiedziałam, która to dziewczynka, czekałam jednak na reakcję dzieci, jak się zachowają. Oczywiście nie mogły przepuścić takiej okazji i zaczęły się komentarze typu "Fuj, kto to zrobił?" Oprócz mnie chyba nikt tego nie wiedział, ale ja na razie milczałam. Nagle wstaje sprawca smrodu, już myślę, że chce się przyznać, ale nie wierzę własnym uszom. "To ona!", krzyczy dziewczynka wskazując na koleżankę siedzącą obok.
Zbaraniałam. Nikt nie wiedział kto to, więc nie musiała się wcale odzywać, ale pokusa zdjęcia winy z siebie była chyba silniejsza. Jako że dziewczynka ta należała do przemądrzałych osóbek, które to zawsze wiedzą wszystko, są najpiękniejsze i doskonałe, nie wytrzymałam i wprost powiedziałam, żeby nie kłamała, bo słyszałam, że to była ona.
Sytuacja ogólnie śmieszna, ale zaczęłam się wtedy zastanawiać, kiedy przychodzi taki moment, że zaczynamy krótko mówiąc naginać prawdę. 

Powiem wam jedno. Nie spodziewałam się, że dziecko już w wieku 2-3 lat może świadomie manipulować rodzicami! 
Taka oto sytuacja sprzed kilku dni. Nasz wieczorny rytuał wygląda tak, że czytamy książeczkę na  dobranoc, chwileczkę siedzimy jeszcze w pokoiku dziewczynek, trzymamy je za rączkę, a potem dajemy jeszcze jednego całuska i wychodzimy. Czasem zdarza się, że po paru minutach wymykają się ze swojego pokoju i trzeba je wtedy postawić do pionu i kazać wskakiwać z powrotem do łóżek. Tego dnia, po ułożeniu dziewczynek, byłam w pomieszczeniu obok i wstawiałam pranie. Nagle słyszę "E. idziemy?" To nie starsza, ale młodsza zachęcała siostrę do wyjścia! Powtórzyła swoje pytanie dosłownie z 15 razy, mimo zdecydowanego oporu starszej siostry mówiącej jej "Cicho! Śpij!" 
Po chwili drzwi otwierają się i dwa małe duszki wychodzą na zewnątrz. - Co wy tu robicie?, pytam, a one zaskoczone mówią, że tak tylko chciały zobaczyć co robi mamusia z tatusiem i dać całuska (stała śpiewka) Dałam więc całuska i odprowadziłam je do pokoju, a sama zeszłam na dół. 
Po chwili to samo. Tym razem wyszły tak ciuchutko, że żadne z nas nie usłyszało. Po paru sekundach zauważyliśmy jakieś cienie przemykające po ciemnym górnym korytarzu. Postanowiłam nie iść na górę, tylko krzyknąć z dołu, żeby zmykały do siebie. Tup tup tup i drzwi zamykają się. Słyszę przeraźliwy płacz J. Myślałam, że się przewróciła, że coś się stało. Biegnę na górę, ale widzę moją młodszą córkę próbującą staranować zamknięte drzwi. Naciskam klamkę, wpuszczam ją do środka i widzę, że E. udaje że śpi, przykryta pod szyję kołderką. Nagle podnosi się i mówi: Ja grzecznie śpię, to J. sama wyszła.
Na mój argument, że J. nie dosięga do klamki, bo jest za niska, więc to ona musiała ją wypuścić, E. podtrzymywała swoją wersję. Do tego dodała tzw. rozbrajacza, czyli "Bardzo cię kocham cię mamusiu"

Powiem wam, że wszystko to wyglądało komicznie, ale oczywiście zachowałam powagę sytuacji. Ułożyłam J. w łóżeczku, a ona idąc spojrzała na siostrę jak gdyby chciała powiedzieć Czekaj ty, niech ja cię dopadnę...

Pojęcie kłamstwa nie jest dziewczynkom obce. Czytamy książeczkę o Pinokio, więc dokładnie wiedzą, co to znaczy mówić nieprawdę. Najgorsze, że młodsza wcale nie jest lepsza od swojej siostry. Nie raz np. zabierze jakąś zabawkę, ja pytam, czy zabrała, a ona przewraca oczkami (które jak nic mówią uwaga uwaga zaraz będę kłamać) i mówi, że nie. 

Powiedzcie mi, czy tak właśnie zaczynają wszyscy dorośli? :) Z jednej strony przecież nie ma nic złego w tym, że powiem koleżance, że ma fajną fryzurę (mimo, iż wygląda okropnie) po to, żeby jej nie zranić. Z drugiej jednak kłamstwo to kłamstwo, prawda? Śmiać mi się chce z tych moich małych manipulantek, że umieją sobie poradzić z trudną dla nich sytuacją i wybronić swoją osobę.

- Ciumkałaś paluszka?, pytam J. wracając do samochodu po odprowadzeniu starszej córki do przedszkola. 
- Nie. Nie ciumkałam się. 
- Nie kłam. Widziałam paluszka w buzi.
J. rozgląda się dookoła i mówi:
- To tamta pani!
Rozglądam się i ja, ale na jej nieszczęście nie ma nikogo w promilu 100m. 
- Która pani?
- No tamta!
Cóż. Wszystko jasne. To już nie jej wina, że nie widzę pani z palcem w buzi.

środa, 25 października 2017

O drugiej sprawie o przysposobienie, czyli komu zależy by (nie) było łatwo.





Zapewne nie wszyscy z was pamiętają, że niestety nie mamy zbyt dobrych doświadczeń z sądem jeśli chodzi o pierwszą sprawę o przysposobienie. Pisałam o tym TUTAJ (kliknij link)

Dziś chciałabym opowiedzieć wam jak to wyglądało przy drugiej adopcji i jak zupełnie odmienną postawę zaprezentowała pani sędzia.
Kiedy minęło sześć tygodni od narodzin J. mogliśmy oficjalnie ją poznać. Niestety jak już wspominałam w pierwszej odsłonie tego tematu, nie każdy urzędnik rozumie, że dla dziecka czasem liczy się każdy dzień. Nawet najbardziej kochająca rodzina zastępcza czy Dom Dziecka, nie zapewni mu przecież tego, co rodzice. 

Opiekun prawny jest przydzielony do konkretnego sędziego. Biorąc pod uwagę złe doświadczenia z przeszłości, pani z ośrodka postanowiła definitywnie zrezygnować z tej funkcji. Ta decyzja zbiegła się z naszą adopcją i to chyba nas uratowało. 
W czasie kiedy urodziła się J. zaczęły bowiem dziać się różne, dziwne rzeczy. 
Miasto dawało pieniądze na Dom Dziecka (uwierzcie mi niemałe, 500+ to pikuś), w którym przebywało więcej dzieci niż było to zapisane w pozwoleniu/umowie. Fizycznie miejsca było sporo, warunki bardzo dobre, dzieci miały zapewnioną naprawdę bardzo dobrą opiekę. Ale co z tego, skoro na papierze coś się nie zgadzało. Zaczęły się kontrole i walka. Kiedy J. przyszła na świat, zaraz po porodzie, bez zgody MOPSU została zabrana do placówki. Chwała Bogu, bo jak się okazało, już wysłano specjalną karetkę, by zabrać ją do zupełnie innego miasta. To oczywiście oznaczałoby dla nas inny sąd, innego opiekuna i co gorsza dojazdy na kontakt z dzieckiem. Tylko dlatego, że nie zgadzała się liczba dzieci z kontraktem, albo komuś po prostu jak zwykle coś przeszkadzało.  
Jestem w stanie zrozumieć, że tak być nie powinno, i że miasto nie może płacić z pieniędzy podatników, czy licho wie z czego za coś, co jest poza umową, ale jak dla mnie to znów tu brakło czynnika ludzkiego i zwykłego zrozumienia sytuacji. Wiadomo było, że na dniach to dziecko w ramach łączenia rodzin trafi do nas. Dlaczego więc tak komuś zależało na tym, by to wszystko utrudnić i ją gdzieś wywieźć?
Musieliśmy stanąć na głowie, my i ośrodek, by J. została tam gdzie jest. Przeżyłam coś, co do tamtego momentu znałam tylko z oglądanych thrillerów- ja czatująca w DD i trzymająca rękę na pulsie, pani z ośrodka w sądzie załatwiająca stosowny dokument nakazujący pozostawienie dziecka w dotychczasowym miejscu. Niczym scena ze znanych filmów, gdy płyną sekundy a ty stoisz przed komputerem, obgryzając paznokcie i nie wiesz, czy dane zdążą się przegrać czy nie. W końcu widzisz magiczne 100% i możesz odetchnąć z ulgą. Zabierasz pen drive i uciekasz, gdzie pieprz rośnie.

Jestem wdzięczna ludziom, którym zależało na naszym dziecku, bo przecież czyż to nie o jego dobro tu chodzi? Czyż nie powtarzają nam cały czas, że to ono w tym wszystkim liczy się najbardziej? Najwidoczniej nie dla każdego. 
Kiedy pani sędzia dowiedziała się o sytuacji, w trybie pilnym wydała wyrok nakazujący pozostawienie dziecka w dotychczasowej placówce i wnioskowała o przyspieszoną sprawę o pieczę. Sama rozprawa była krótka i na poziomie. Pani sędzia uśmiechając się gratulowała nam i życzyła wszystkiego dobrego. Powróciła wiara w to, że w sądzie też można jeszcze spotkać kogoś komu zależy. Jak później się dowiedziałam jest to osoba, która stale współpracuje z ośrodkami, udziela się społecznie i pomaga. Na Święta Bożego Narodzenia przychodzi do wychowanków Domów Dziecka wraz ze swoimi pociechami i razem wręczają dzieciom prezenty. 
Właśnie takie osoby godnie reprezentują ten zawód.

J. była ostatnim dzieckiem, które trafiło do Domu Małego Dziecka. Od tamtej pory wszystkie maluchy są wywożone do innego miasta, by tam czekać na szczęśliwy finał. Wydłuża to całą procedurę, utrudnia pracę ośrodkowi a przyszłym rodzicom funduje stres i chaos. Czyli samo życie.

poniedziałek, 23 października 2017

Weekendowe smakołyki :)


Ostatnio Dziubasowa na swoim blogu wspominała, że kupuje wypasione czekoladki, by skruszyć serce swego lubego :) U mnie nie jest tak prosto. Jak już naprawdę coś zmaluję, czekoladki nie wystarczą i muszą być... żeberka  w miodzie z sosem barbecue :) 

Nic nie przeskrobałam, żeby nie było, ale jako, że pogoda w weekend nie dopisała, a na obiedzie byli moi rodzice, postanowiłam zdobyć kredyt na zapas. A co! Zakupiłam 2kg żeberek, ziemniaki kulki (wiem, wiem, samo zło, ale raz na kiedy...) i produkty na sałatkę (to ta zdrowsza część obiadu ;) ) Moi rodzice również uwielbiają to danie, także mąż zadowolony i rodzinka ugoszczona. 


Po obiedzie dziadkowie robili razem z dziewczynkami rogaliki z nadzieniem :) Oczywiście w ramach odchudzania i robienia miejsca na Boże Narodzenie, rogaliki są bez cukru. (no dobrze, dobrze, jest ociupinka brązowego na wierzchu, ale to się nie liczy ;) )


Przepis na "Żeberka Izzy" w miodzie z sosem Barbecue

(oczywiście nie bierzcie nazwy dosłownie, wystarczą zwykłe żeberka garmażeryjne, jakie napotkacie w sklepie mięsnym)

* 1kg żeberek (ja kupuję cały pasek, tak, żeby była część z kostką i samo mięso)
* 1 łyżeczka soli
* 1/2 łyżeczki pieprzu
* 1 czubata łyżeczka ostrej papryki w proszku (dla równowagi smaku, ale jeśli macie słodką, to żeberka też wychodzą dobre)
* 1/2 łyżeczki ziół prowansalskich
* 1/2 łyżeczki oregano
* 3 łyżki płynnego miodu
* 3-4 łyżki oliwy
* 3 łyżki wody

Taką marynatę przygotowuję wieczorem, na noc zalewam żeberka w woreczku, dokładnie potrząsam i wkładam do lodówki.
Na drugi dzień przekładam żeberka wraz z marynatą do naczynia żaroodpornego (kośćmi do góry) i wkładam do piekarnika na 200 stopni. Mięso jest przez cały czas przykryte! Po około 45 minutach, wyjmuję naczynie i odwracam żeberka. Na wierzchu smaruję je sosem Barbecue (mnie najlepiej smakuje firmy Heinz) i wkładam jeszcze na 15 minut do piekarnika zmniejszając temperaturę do ok 170 stopni. Po około godzinie wyłączam piekarnik i pozwalam żeberkom "dojść" Ogólnie przyjmuję zasadę, że piekę tyle ile mięso waży, czyli 1kg=1godz.

To w zasadzie tyle :) Przepis jest prosty, nie trzeba się wiele narobić, a efekt gwarantowany :) 















A teraz przepis na Drożdżowe rogaliki babci moich dziewczynek :)




Zobaczcie jak to wszystko wyglądało :)
* z dźwiękiem





Tym, którzy wypróbują moje przepisy życzę smacznego :)

czwartek, 19 października 2017

Moja nie moja sprawa


O mojej koleżance Hance już wam kiedyś wspominałam w poście Cuda się zdarzają, czyli o tym jak życie płata figle. Jest to osoba, która jak nikt potrafi zaprezentować olewczy stosunek do ludzi nic nie znaczących w jej życiu. Kiedy we mnie gotuje się krew, ona tylko uśmiecha się pod nosem myśląc "o biedna ty kreaturo" 

- Moja Marysia jest wspaniała, czy ty wiesz, że ona już raczkuje? Ma przecież zaledwie 6 miesięcy! A jaka mądra! Już tyle rzeczy potrafi! A jak tam twój?, pyta Hankę koleżanka.

- A mój jest normalny.
Cisza.

Wiecie co, nie wiem jak wy, ale ja zupełnie nie mam w zwyczaju zachwycać się nad "wspaniałością" moich dzieci, bo wiadomo, że dla mnie one zawsze będą najcudowniejsze, bo są moje. Nie wtrącam się też do wychowania, bo to nie moja sprawa. Czasem jednak zdarza mi się coś powiedzieć  w trosce o zdrowie malucha. Hance na przykład podpowiedziałam, żeby nie brała do ust smoczka i nie podawała go potem dziecku (szczerze mówiąc myślałam, że wszyscy już wiedzą, że ciumkanie smoczka dziecka nie jest wskazane) Podziękowała, puknęła się w głowę, że nie wiedziała i w zasadzie już więcej nie monitorowałam, czy się poprawiła, czy też nie. 

Kiedy E. była malutka, siedziałyśmy któregoś dnia w samochodzie, czekając na męża, który wszedł na chwilę do banku. Ponieważ było dość ciepło, zostawiłam otwarte drzwi. Po chwili do samochodu obok przyszła dziewczynka, na oko 5-letnia, wraz ze swoim ojcem. Usiadła grzecznie w foteliku, ale nie chciała się zapiąć. Ojciec dwa razy mówił do niej podniesionym głosem, żeby to zrobiła, ale ona coś tam mruknęła pod nosem i czynności nie wykonała. Wściekły rzucił na ziemię niedopalonego papierosa i wparował do samochodu wrzeszcząc na dziecko przy okazji rzucając niecenzuralnymi słowami i tłukąc ją po rączkach. Szczęka opadła mi do samej ziemi i nie byłam w stanie nic powiedzieć. Jako świeżo upieczona mamusia nie wyobrażałam sobie, że taka sytuacja może aż tak wyprowadzić dorosłego z równowagi. Oczywiście zabrakło mi odwagi, by się odezwać, ale do dziś pamiętam łzy dziewczynki, siedzącej w samochodzie przez samotnie kilka minut, kiedy to ojciec odpalił kolejnego papierosa. Być może powiecie, że dobrze zrobiłam nie odzywając się, że przecież nie znam całego kontekstu sytuacji, że przecież tak naprawdę nic się nie stało. Być może tak. Ale za każdym razem, gdy widzę smutek w oczach, czy też krzywdę dziecka, choćby maleńką, coś krzyczy we mnie.

Ostatnio rzuciły mi się w Internecie pewne zdjęcia pt. "Ci ludzie nie powinni zostać rodzicami" To troszkę inna sytuacja niż wtrącanie się w wychowanie dziecka, czy też reagowanie na wyżej opisaną sytuację. W wielu przypadkach chodzi przecież o zdrowie, czy życie dziecka. Czy nie uważacie, że jednak ktoś powinien zareagować? Może właśnie obca osoba będzie tą, która metaforycznie otworzy oczy rodzicom na to co robią. Czy po prostu każdy niech żyje swoim życiem? Sytuacje z pozoru wyglądają komicznie, ale niestety nie jest mi do śmiechu. Popatrzcie sami.


































Do końca nie wiadomo na ile te zdjęcia są prawdziwe, ale w swoim życiu na co dzień spotykam rodziców, którzy przez swoją głupotę niszczą zdrowie swoich dzieci, niszczą więź, którą ciężko potem odbudować, czy też narażają je na niebezpieczeństwo. 

Cienka jest linia między troską a wtrącaniem się, niewtrącaniem się a obojętnością. Słuchając mojej koleżanki Hanki staram się znaleźć złoty środek i z jednej strony nie przejmować się, że komuś coś się nie podoba w tym jak żyję i jak wychowuję dzieci, a z drugiej strony nie stać się częścią znieczulicy naszych czasów. 
Moje życie, moje ciało, moje dziecko, moja nadwaga, moje zdrowie, mój dom, mój świat, mój mur, nie wchodź, nie wtrącaj się, zajmij się swoim życiem, co cię to obchodzi, spadaj, ja przecież wiem najlepiej co jest dla mnie dobre.



*zdjęcia dzięki www.parenting.com

poniedziałek, 16 października 2017

Noc w Instytucie Lotnictwa


W piątek zabraliśmy nasze dziewczynki na wyjątkową imprezę. Jako, że obie uwielbiają samoloty i chętnie przyglądają się jak startują i lądują, wybraliśmy się na 
8 Noc w Instytucie Lotnictwa.






To największa w Polsce taka nocna impreza edukacyjna, której celem jest popularyzacja sektora lotniczego i kosmicznego oraz promocja zawodów inżynierskich.












 W trakcie imprezy można spotkać pilotów cywilnych i wojskowych, spadochroniarzy, przedstawicieli warszawskich lotnisk, inżynierów, astronomów, kosmonautów, naukowców, studentów i wielu innych wspaniałych ludzi.






Dziewczynki mogły z bliska obejrzeć samoloty, helikopter czy też obejrzeć inne atrakcje. 








O Instytucie

Instytut Lotnictwa należy do najstarszych placówek badawczych w Europie. Oficjalnie powstał w 1926 roku. Przez 91 lat swojej działalności wniósł ogromne zasługi dla rozwoju nie tylko polskiej, ale także światowej aeronautyki. Misją Instytutu Lotnictwa jest świadczenie najwyższej jakości usług badawczych na światowym rynku badań naukowych.

Instytut Lotnictwa jest członkiem wielu międzynarodowych organizacji oraz stowarzyszeń zajmujących się tematyką lotniczą, takich jak EREA (Stowarzyszenie Europejskich Narodowych Lotniczych Instytutów Badawczych). 


Instytut znajduje się przy lotnisku, impreza odbywa się na dużej przestrzeni, więc macie niecodzienną okazję znaleźć się blisko pasa startowego. Jeżeli wy lub wasze dzieciaki lubią samoloty to polecam wam tę imprezę za rok!








Na imprezie zjedliśmy też najdroższe gofry ever!! I nie myślcie, że to były jakieś wyjątkowe gofry, o nie. Ciasto pyszne, nie powiem, ale, żeby za 4 sztuki ( 2 z polewą truskawkową + 2 z polewą i bitą śmietaną) zapłacić 28zł? No cóż, takie imprezy mają to do siebie, że łatwo zarobić, zwłaszcza na dzieciach.... 

Wprawdzie najbardziej E. upodobała sobie watę cukrową, ale właśnie w momencie ustawienia się w kolejce, jak na piątek 13 przystało, wysadziło prąd w części imprezy obejmującej właśnie watomat. Samo życie.


www.nocwinstytucielotnictwa.pl

czwartek, 12 października 2017

Adopcja rodzeństwa, czyli gdzie diabeł nie może tam ... siostrę pośle :)

Nie wiedzieć czemu zawsze marzyłam o rodzeństwie. Będąc jedynaczką świat wydawał się taki... smutny. Prosiłam i prosiłam rodziców (najlepiej o starszego brata i młodszą siostrzyczkę), ale jak zaklęci wciąż powtarzali, że nie mogą mieć więcej dzieci. Do tej pory nie wiem, czy faktycznie tak było, czy po prostu nie byliby w stanie udźwignąć takiej drugiej mnie ;)

Pewnie ci, którzy mają złośliwego brata czy siostrę, daliby wszystko za chwilę świętego spokoju, ale tak naprawdę to moje życie nie było łatwe. Bojąc się o mój charakter jako jedynaczki, rodzice skrzętnie pielęgnowali we mnie cechy takie jak umiejętność dzielenia się z innymi, empatię i inne. Cóż z tego, skoro przyjaciółka nigdy nie zastąpi siostry. 

Decydując się na adopcję, od razu wiedzieliśmy, że chcemy więcej niż jedno dziecko. Oczywiście najlepiej, żeby była to dziewczynka i chłopczyk. Kiedy E. była malutka i polubiła postać Peppy, zawsze śmialiśmy się, że w przyszłości trzeba jej znaleźć George'a. 

Wiem, że wiele osób ma wątpliwości przed decyzją o drugim dziecku, nie mówię tylko o adopcji, ale również o drugiej ciąży. Dziś wiem, że bez wątpienia jest to ogrom pracy, obowiązek, wydatek (choć nie powiem, bo łapiemy się na 500+ ;), zmartwienia i wiele innych czynników, które mogą wydawać się trudne do pokonania.
Poza tym nie oszukujmy się, dzieci do adopcji jest mało, tak wiele par czeka jeszcze na swoje pierwsze dziecko, a gdzie drugie? 

Jak wiecie dla nas życie napisało inny scenariusz. Gdy nasza Peppa była malutka, zamiast George'a urodziła się kolejna Peppa, spadła z nieba niespodziewania, właśnie wtedy, gdy przed chwilą kontemplowałam moje śpiące w łóżeczku dziecko, roniąc łezkę, że jest już takie duże. 

Ale gdyby tak się nie stało, na pewno staralibyśmy się o adopcję drugiego dziecka. Zapewne część z was ma w głowie pewne obawy, pytania. Jak dzieci się ze sobą będą dogadywać? Czy starczy mi sił, by poświęcić czas dwójce dzieci? Co jeśli jedno będzie wymagało większej opieki? 
Ja oczywiście nie znam odpowiedzi na te pytania, ale chciałabym wam napisać kilka rzeczy, które pamiętam ze szkolenia.


W ośrodku zawsze nam powtarzano, że dzieci wychowujące się razem, mimo, że pochodzą z różnych rodzin ZAWSZE są dla siebie rodzeństwem. Z doświadczenia innych ludzi wiem, że tak jest. 
Już wcześniej pisałam o tym, ale to ważne. Na szkoleniu mówiono nam, że przy tworzeniu więzi między rodzeństwem, należy od samego początku podkreślać, że to siostra, brat, a nie, jakaś dzidzia.  I wiecie co? To chyba działa. Moje dziewczyny zawsze o sobie mówiły "moja kochana siostrzyczka" , "moja siostra", nigdy nie że jakaś dzidzia jest u nas w domu. Gdyby nie były biologicznym rodzeństwem, nauczyłabym je tego samego. Jestem tego pewna.

Kolejną rzeczą, na jaką zwracano nam uwagę w ośrodku było prawo do tajemnicy o rodzicach biologicznych. Dzieci, mimo, że traktowane jednakowo jako rodzeństwo, powinny mieć możliwość indywidualnej rozmowy z rodzicem na temat jego przeszłości. Jest to bardzo delikatna sprawa i dziecko powinno mieć komfort psychiczny w czasie rozmów o rodzicach biologicznych. Samo powinno zdecydować, czy i co chce powiedzieć innym, nawet swojemu rodzeństwu.

Każde dziecko jest indywidualnością. Metody, które działały przy pierwszej adopcji, mogą okazać się nieskuteczne przy drugiej. Każde bowiem dziecko ma za sobą inną przeszłość.
W naszej rodzinie sprawa wygląda troszkę inaczej. Młodsza córka dowie się pewnych rzeczy wcześniej i jeżeli tylko będą chciały, będą mogły poznać swoich biologicznych rodziców i całą prawdę o swoim pochodzeniu. Jako rodzeństwo biologiczne, łączy je wszystko.

Przy adopcji starszego rodzeństwa, podkreślano nam, że ważne jest, by zrozumieć, że każde z nich mogło inaczej przeżyć to, czego doświadczyły. Dlatego w pracy z nimi, należy wziąć pod uwagę indywidualność dziecka. 

By starsze dziecko nie czuło się odrzucone, angażujmy je w opiekę nad nowym członkiem rodziny. Niech poczuje, że brat czy siostra też są przecież dla niego. Tak zresztą powinno być w każdej rodzinie, nawet biologicznej. Część rodzin zabiera swoje dziecko na spotkania do RZ, czy Domu Dziecka. Jest to dobra okazja, by porozmawiać z nim o jego przeszłości

Dla tych, którzy rozważają adopcję drugiego dziecka, lub drugą ciążę, ale jeszcze się wahają, przygotowałam specjalną galerię zdjęć z życia wziętych. Mam nadzieję, że nie będziecie mieć już wątpliwości ;)


1. Czy ktoś mnie pytał w ogóle o zdanie?

No coż, większość dzieci nie chce rodzeństwa. Oglądaliście może film lub czytaliście książkę "Mikołajek"? No właśnie :)
Moja E. mówi zawsze, że ona jest moją córeczką, a J. nie. Na pytanie, czyją w takim razie jest córeczką, zawsze odpowiada, że ... tatusia.



2. Ja, ja i tylko ja!

Moja babcia, która wychowała się na wsi z czwórką rodzeństwa, zawsze opowiadała mi, jak to jej mama stawiała garnek zupy pośrodku stołu, a że ona lubiła jeść to po głowie dała każdemu i w czasie jak płakali, zajadała zupę :) No cóż. Czasem opłaca się "wyciszyć" rodzeństwo, choćby po to, by można było spokojnie pomyśleć życzenie i w spokoju zdmuchnąć świeczkę.



 3. Kultywowanie tradycji.

Żeby nie było, że rodzeństwo to same psikusy, popatrzcie sami. Całe życie chłopcy wieszali tę gwiazdę na czubku, niby mają zrezygnować dlatego, że są już dorośli? eeeee tam




4. Prison Break

Tak mi się skojarzyło z tym serialem ;) Kto oglądał, będzie wiedział o co chodzi. 
Ale cóż, na siostrę matematyczkę nic nie poradzisz :))






5. Przesyłka dostarczona!

SMS: Cześć siostra, właśnie przyszły te buty, które sobie zamówiłaś.





6. Pełnia szczęścia.

No cóż, nie ma nic lepszego. Ty wygrywasz, brat czy siostra przegrywa. 
Znam to skądś ;) Nie raz widzę iskierki w oczach moich dziewczyn tylko dlatego, że siostrze coś nie wyszło.





7. Najlepsza opiekunka.
Czyż to nie słodkie? Pamiętajcie, że drugie dziecko to pomoc przy młodszym. Szkoda, że nie możecie zobaczyć filmiku z moimi dziewczynkami, kiedy to mała E. karmi butelką swoją siostrę i ponieważ tamta nie bardzo ma ochotę, to na siłę trzyma jej głowę i mówi "Pij mlesio!"
Eh, niezapomniane chwile.







8. Gdy diabeł nie może....

Ostatnia sobota. 7 rano. Słyszymy z mężem jakiś rumor w pokoju dziewczynek, więc wiemy, że już wstały. Ale o dziwo nie przyszły do nas do pokoju, a udały się razem do ... łazienki.

Nadsłuchuję, ale nie ruszam się czekając na rozwinięcie sytuacji.

- Będę robić kupę, mówi E.

- Ok.

- J. podaj mi papier. (słyszę przesuwający się podnóżek, więc chyba siostra próbuje dostać rolkę położoną na półeczce nad toaletą)

- Proszę, podaje papier J. (tak mi się przynajmniej wydaje)

- Dziękuję 
(wow, jakie ugrzecznione, no nie wierzę!!)

- Jest kupa?, docieka młodsza.

- Jeszcze nie. (słyszę stękanie)

- Jest!

- Ok. Teraz J. zrobi kupę, postanawia młodsza.

- To chodź.

Chwilę później słyszę spuszczaną wodę.

- Idziemy się pobawić?, pyta E.

Uff, czyli mamy jeszcze chwilę dla siebie, pomyślałam.
Dialog dwu i trzy latki o kupie zapamiętam na długo ;)







9. Dziś z tobą się nie bawię!

No cóż, rodzeństwo ma się na co dzień. Gdy przyjdą inne dzieci, brata czy siostrę trzeba jakoś.... unieruchomić ;)






10. Nie tylko ludzie.

Żebyście nie pomyśleli, że tylko ludzie tak się zachowują. Tylko spójrzcie na te czworonogi ;)




Wychowanie rodzeństwa nie jest łatwe. Dla mnie to dopiero początek, w sumie to nie wiem czego się spodziewać, ale serce się raduje, gdy widzę miłość w oczach dzieci. Kłócą się o zabawki, ale też przytulają i mówią "Kocham"

Ostatnio byliśmy na takim festynie, gdzie rozstawiona była scena a przed nią leżaki plażowe i pufy, na których można było na chwilę siąść i popatrzeć na występy. Mojej młodszej córce tak się te leżaki spodobały, że za nic w świecie nie chciała iść dalej. Stoimy, wołamy ją a tu cisza. E. krzyczy razem z nami, ale J. nie reaguje, uśmiecha się tylko kątem oka. Nagle starsza biegnie do niej z płaczem "Moja siostrzyczka, kochana siostrzyczka, chodź z nami, ja nie chcę, żebyś tu została! Ja chcę swoją siostrzyczkę!" 
Jak się ta scena zakończyła? J. przybiegła z płaczem, gdyż ta kochająca ją siostrzyczka szczypała ją za policzki, próbując przekonać do pójścia z nami. Po chwili więc płakały obie...

Macie jeszcze jakieś wątpliwości, że posiadanie rodzeństwa jest cudowne? :)

Na koniec obejrzyjcie proszę krótki filmik o siostrach, bardzo bardzo wzruszający.



* Zdjęcia www.brightside.me

wtorek, 10 października 2017

Do czego służy Jezus?

Pisałam wam Tutaj, że jesteśmy 24/7 bombardowani pytaniami "Czemu?" Do tego już zdążyliśmy się przyzwyczaić, choć i młodsza postanowiła już wziąć przykład z siostry, więc na okrągło musimy wytężać nasz mózg. Nie każda odpowiedź jej się podoba. O nie... Jeżeli nie trafisz w sedno to bój się! Jej wyraziste zmarszczenie czoła powala nawet dorosłego (swoją drogą to masz przechlapane mój przyszły zięciu...)

Poranek. Najpierw jedziemy odwieźć E. do przedszkola. 
- Co to było?, jak co dzień pyta J., gdy przejeżdżamy przez próg zwalniający. - A czemu tak?, pyta przy kolejnym. Tłumaczę cierpliwie, choć nie powiem serce zaczyna bić szybciej. 
Codziennie pokonujemy te progi dwa razy. Przy czwartym zaczynam szarpać włosy i po prostu się nie odzywam. Oczywiście nic to nie daje, bo J. dwa razy głośniej pyta: Co to było?

W tym momencie przypomniała mi się taka rozmowa, w której dzwoni obcokrajowiec (gdzieś tam), a pani operatorka, nie znająca języka odpowiada "Proszę zadzwonić później" Kiedy pan nie reaguje i nadal zadaje pytania, pani denerwuje się i powtarza to samo z tym, że głośniej "No przecież mówię panu, proszę zadzwonić później"

No właśnie. Toż to powtarzam mojej córce codziennie, że to PRÓG ZWALNIAJĄCY. Eh, niereformowalna.

Dzięki Bogu kończą się progi, ale mój codzienny koszmar trwa.
- Czemu tak szybko?, kolejne pytanie, na które tylko czekałam. 
To jedyny moment, kiedy przez całe 2km mogę się rozpędzić według przepisów do 90km/h (chyba, że mam przed sobą jakiegoś zawalidrogę), ale oczywiście jak co dzień, muszę wyjaśnić dlaczego jedziemy tak szybko. 
Wiecie co, czasem mam wrażenie, że to Dzień Świstaka. Bo ciągle jestem w aucie, ciągle mi się wydaje, że odwożę dziewczyny i słyszę te same pytania. Potem to już czas biegnie tak szybko, że nic nie pamiętam i rano znów jadę, odpowiadam na te same pytania i rozpędzam się do 90 km/h, by zaraz zwolnić do 40, bo niestety mam przed sobą ostry zakręt.

Zbliżając się do przedszkola, tuż za zakrętem J. mówi: "J. nie jest smutna" Oczywiście chodzi jej o to, że nie jest smutna, że jej siostra wysiada a ona nie. Po chwili zmienia wersję. "J. jest smutna" 
Podjeżdżamy pod przedszkole, starsza wychodzi i machamy J., która z wywieszoną wargą do dołu, żegna swoją siostrę. Wracam do samochodu po jakichś 3 minutach. 

- Teraz J. (w sensie, że teraz ją odwożę) -Jak będę mieć 3 latka to przyjdę do przedszkola do E., powtarza niczym mantrę zdanie, którego nauczyłam ją na samym początku. Dzięki temu ma jakiś cel ;)

Dojeżdżamy do żłobka. Sama, sama! krzyczy J. mimo, że ja nawet jeszcze nie zdążyłam otworzyć drzwi. Od jakiegoś czasu nie pozwala się wsadzać do fotelika, ani wysadzać, mimo, że wyjście i wejście wcale nie jest dla niej takie proste. Nasz mini van czy tam pół van jak kto chce, jest samochodem wyższym niż taka zwykła osobówka. Ona jednak woli z niego wypaść, niż wziąć moją rękę. No dobra, tym razem obyło się bez upadku, ale za to wyczyściła kurtką błotnik...
Wpadamy do żłobka, ja przestępuję z nogi na nogę, bo znów wszystko na styk, a J. oczywiście założyła kapcie nie na tę nogę co potrzeba. Znalazłam więc na nią sposób. Wcześniej tłumaczę jej, że się spieszę do pracy, więc ja zakładam, a ona po południu jak mamy tyle czasu ile chcemy. Kompromis osiągnięty. Uff. Szybki całusek i przytulenie i J. biegnie na śniadanko.

Pytanie "Czemu?" nie jest tylko zarezerwowane dla trzylatka prawda? Czemu by nie zacząć wcześniej mordować rodziców i już jako dwulatek dowiedzieć się czegoś więcej o świecie. 

No właśnie. Oj ja głupia! Jak ja chcę uczyć dzieci, skoro sama tyle jeszcze nie wiem. Ja nie pomyślałam o jednej rzeczy! Moje dzieci cały czas myślały, że to PRUK  a nie PRÓG!! I pewnie dlatego J. codziennie o ten pruk wypytywała, bo nie mogła dojść do tego o co w tym wszystkim chodzi... Dopiero wczoraj mój mąż domyślił się o jakim pruku/progu mowa. Konkluzja? Jednak mężczyźni są lepsi w rozmowach z dziećmi na pewne tematy.

Ale pewne pytania trudno znaleźć właściwą odpowiedź, nie ważne, czy dziecko pyta mamę czy tatę. Leżymy kiedyś na łóżku u moich rodziców, E. rozgląda się i pyta:
- Do czego służy wazon? 
Tłumaczę więc do czego.
- A do czego służy szafa?
Nie ma problemu, wiem do czego służy szafa.

E. zadała jeszcze kilka pytań a na koniec patrzy na jedną ze ścian, na której wisi na krzyżu drewniany Jezus.
- A do czego służy pan Jezus?
Zbaraniałam. No cóż. Tym pytaniem i jego formą tak mnie zaskoczyła, że przez chwilę milczałam zbierając myśli. Ona jednak patrzyła poważnie na mnie i czekała na odpowiedź. Nie napiszę wam co jej powiedziałam :) Ciekawa jestem co mądrego wam przyszło do głowy :)

Dziś już wiem, że studia to był pikuś, można się było do egzaminu przygotować a tu? Dziecko zawsze czymś mnie zaskoczy i zada takie pytanie, że kompletnie rozbija moją całą logikę.

poniedziałek, 9 października 2017

Adopcja dziecka z przeszłością.




O traumie pisałam już wcześniej w dwóch postach:

Wychowanie dziecka po traumie
oraz
Traumatyczna przeszłość naszych dzieci

W dzisiejszym poście chciałabym zaprezentować wam reakcje dzieci na wydarzenia z przeszłości oraz co zrobić by lepiej je zrozumieć i pomóc im w rozumieniu siebie i świata.
Pamiętajcie, że trauma przybiera różne formy, czasem nasza miłość i cierpliwość nie wystarczy. Wtedy należy poszukać pomocy, by móc nauczyć się fachowej pracy z dzieckiem. 

Zrozumieć zachowanie twojego dziecka

Jeśli twoje dziecko doświadczyło jednorazowej traumy lub powtarzających się traumatycznych wydarzeń, ich ciało, mózg i system nerwowy podejmują ogromny wysiłek, by się obronić. To może skutkować zachowaniem takim jak wzmożona agresja, brak zaufania czy posłuszeństwa wobec dorosłych, czy też poczucie oderwania od rzeczywistości.
Kiedy dziecko czuje, że znajduje się w niebezpieczeństwie, jego zachowanie ma na celu obronę i przetrwanie. 

Ważne jest by pamiętać, że zachowanie twojego dziecka może być odpowiedzią na stres. Potrzeba dużo czasu i cierpliwości, by ciało i mózg twojego dziecka nauczyły się reagować we właściwy sposób.

Bycie rodzicem dziecka po traumie wymaga zrozumienia, że dziecko nie jest złe czy niegrzeczne, ale ma za sobą złe doświadczenia.


Co przywołuje traumę?

Mogą to być dźwięki, zapachy, miejsca, postawy, a nawet czyjś ton głosu czy emocje. Reakcje dziecka nie są celowe i zaplanowane, występują wtedy, gdy nie jest ono w stanie poradzić sobie ze wspomnieniami. 

Znaki traumy u dzieci w różnym wieku.


Małe dzieci (0-5 lat)
Dzieci szkolne (6-12 lat)
Nastolatki (13-18 lat)
  • Rozdrażnienie
  • Łatwo daje się przestraszyć, trudno się uspakaja
  • Częste napady złości
  • Niechęć do poznawania świata, zbytnie przywiązanie
  • Poziom czynności dużo wyższy lub dużo niższy niż u rówieśników
  • Powtarzanie traumatycznych doświadczeń w konwersacji lub zabawie
  • Opóźnienia w rozwoju
  • Trudności w skupieniu uwagi
  • Wycofanie, małomówność
  • częste napady płaczu, smutek
  • Częste mówienie o strasznych uczuciach i pomysłach.
  • Trudności w przejściu z jednej czynności do drugiej.
  • Kłótnie z rówieśnikami i dorosłymi
  • Zmiany w wynikach w szkole
  • Chęć bycia pozostawionym w spokoju
  • Jedzenie więcej lub mniej niż rówieśnicy
  • Wpadanie w kłopoty w domu lub w szkole.
  • Częste bóle głowy, bóle brzucha bez widocznej przyczyny.
  • Zachowania typowe dla dzieci młodszych (np.ssanie kciuka, moczenie nocne, strach przed ciemnością)
  • Ciągłe mówienie o traumie lub zaprzeczanie, że miała ona miejsce.
  • Odmawianie przestrzegania zasad.
  • Chroniczne zmęczenie, spanie dużo dłużej lub dużo krócej niż rówieśnicy, koszmary nocne.
  • Ryzykowane zachowania
  • Kłótnie, bijatyki.
  • Brak chęci spędzania czasu z przyjaciółmi.
  • Używanie narkotyków, ucieczki z domu, kłopoty z prawem.


Powyższe znaki nie muszą oznaczać, że twoje dziecko przeżyło traumę, ale jeżeli objawy nasilają się lub przedłużają w czasie, czy też mają wpływ na wyniki dziecka w szkole i zachowanie w domu, ważne jest, żeby poszukać pomocy. 



Trauma i zdrowie psychiczne


Objawy traumy, które mogą zaburzać funkcjonowanie dziecka w domu lub w szkole mogą nakładać się na siebie. Na przykład w Stanach Zjednoczonych, ponad 80% dzieci wychowujących się rodzinach zastępczych, przy braku koncentracji zdiagnozowana jest np. ADHD 
Dzieci, które czują niepokój lub są bardzo emocjonalne mogą być zdiagnozowane depresją. 
Dzieci, które mają kłopot z nieoczekiwanymi zdarzeniami, mogą reagować próbując kontrolować każdą sytuację lub poprzez okazywanie ekstremalnych reakcji na zmiany. 


Jak pomóc naszemu dziecku?

1. Prawidłowe rozpoznanie tego, co wywołuje wspomnienia. 
Coś co mówisz, lub nieświadomie robisz, może przywoływać złe doświadczenia z przeszłości. Obserwuj i szukać zachowań nienaturalnych, takich, które zupełnie "nie pasują" do dziecka. Zastanów się, kiedy dziecko robi się smutne, co wzbudza w nim niepokój skutkujący wybuchem agresji.

2. Bądź dla dziecka dostępny fizycznie i emocjonalnie.

Niektóre dzieci zachowują się w ten sposób, że trzymają się od rodziców z daleka. Postaraj się pocieszyć dziecko, okazać zrozumienie, uwagę i zachętę w sposób przez nie akceptowany.

Młodsze dzieci mogą potrzebować więcej przytulania i uścisków, starsze natomiast mogą tylko potrzebować spędzania czasu razem. Szukaj wskazówek, które daje ci dziecko i cierpliwie czekaj na rezultaty.

3. Odpowiadaj, ale nie reaguj. 

Twoje reakcje mogą jeszcze bardziej pobudzić dziecko, staraj się więc je wyciszyć poprzez np. obniżenie tonu głosu, zrozumienie uczuć dziecka (niektóre dzieci nie mogą nawet nie tolerować patrzenia prosto w oczy zbyt długo)

4. Unikaj kar fizycznych.


Może to spowodować u dziecka nawet uczucie paniki. Rodzice muszą ustalić pewne reguły i oczekiwania i konsekwentnie dążyć do ich przestrzegania. Koniecznie należy stosować system nagradzania, nawet za najmniejsze sukcesy.

5. Nie bierz zachowania dziecka do siebie. 

Pozwól dziecku czuć to co czuje, bez oceniania go. Pomóż mu w znalezieniu słów i innych akceptowalnych sposobów wyrażania uczuć i emocji. Często nagradzaj za ich używanie. 

6. Słuchaj.

Nie unikaj trudnych i niewygodnych rozmów z dzieckiem (ale też nie zmuszaj do rozmowy, jeśli nie jest na to gotowe) Naucz dziecko, że nie jest niczym złym mieć różne uczucia po trudnych przeżyciach. Zawsze bierz reakcje dziecka poważnie i przede wszystkim stale zapewniaj je, że to co się wydarzyło nie jest absolutnie jego winą. 

7. Pomóż dziecku w nauce technik relaksu.

Zachęcaj dziecko do ćwiczenia wolnego oddychania, słuchania wyciszającej muzyki, czy też przywoływania pozytywnych myśli takich jak "Teraz już jestem bezpieczny"

8. Bądź konsekwentny i przewidywalny.

Wprowadź stałe godziny posiłków, zabawy, pójścia spać. Przygotuj dziecko za wczasu na wszelkie zmiany w jego zyciu.

9. Bądź cierpliwy.

Każde dziecko dochodzi do siebie inaczej, jedne krócej inne dłużej. Zbudowanie zaufania wymaga czasu. Daj go sobie i dziecku, by lepiej zbudować wasze relacje. 

10. Pozwól dziecku na pewne rzeczy.

Rozsądne wybory dostosowane do wieku, zachęcą dziecko i pozwolą mu poczuć, że ma kontrolę nad własnym życiem.

11. Wzmacniaj poczucie własnej wartości.

Pozytywne sytuacje i słowa pomagają dziecku przezwyciężyć zło jakiego doświadczyły. 

Bycie rodzicem dziecka, które ma za sobą złe doświadczenia, nie jest łatwe. Rodziny takie mogą się nawet czuć odizolowane od innych, ponieważ nikt tak do końca nie rozumie, co przeżywają. Może to powodować napięcia, nie tylko w twoich relacjach z dzieckiem, ale również innymi członkami rodziny.
Jednakże zrozumienie, troska i jeśli potrzeba fachowa pomoc, pomoże nam przezwyciężyć traumatyczne przeżycia naszych dzieci i zbudować nowe relacje i nową rodzinę.  


* Materiały na podstawie www.childwelfare.gov