wtorek, 31 lipca 2018

O znajomościach internetowych, czyli weekend na Podlasiu.




Podlasie kojarzyło mi się do tej pory z jednym - kliniką niepłodności w Białymstoku. Bywałam tam wiele razy, czasem na dłużej, czasem tylko na krótką wizytę. Zwykle jeździłam pociągiem. Bywałam tam tak często, że znałam na pamięć rozkład autobusu, który wiózł mnie z dworca do znajomego budynku nieopodal centrum miasta. Załatwiwszy więc to co miałam załatwić, czekając na pociąg powrotny do Warszawy, miałam czas, by zaglądać w różne zakątki miasta. Białystok zawsze mi się podobał, jednak nie potrafiłam się nim cieszyć. Nie jeździłam tam przecież na wycieczki. Każda wyprawa związana była z nadzieją, że któregoś pięknego dnia miasto to zacznie mi się kojarzyć ze spełnieniem moich marzeń. Jak wiecie tak się nie stało, ale na pewno nie spisuję go na straty. Kiedyś tam wrócę, by zbudować nowe wspomnienia, oparte na czymś zdecydowanie przyjemniejszym.


Nie tak dawno temu, pisałam o tym, że niepłodność przerzedziła grono moich znajomych. To prawda. Jedni odeszli, ale najważniejsze jednak, że w ich miejsce pojawili się nowi ludzie, z którymi być może dużo więcej mnie łączy niż tylko czas. 
Ostatni weekend spędziliśmy więc u pewnej mamy i jej rodzinki, którą poznałam właśnie tu, na blogu :) Cieszę się, że mogłyśmy poznać się osobiście, bo przecież zupełnie inaczej jest móc z kimś porozmawiać na żywo, a przede wszystkim cieszę się z tego, że moje dzieciaki miały kontakt z innym dzieckiem adopcyjnym. 



Trafiła nam się wspaniała pogoda, choć nie powiem temperatura była iście tropikalna. Pomimo panujących tropików, udało nam się pojechać na wycieczkę do Białowieży, gdzie nigdy wcześniej nie byłam. 

Najpierw udaliśmy się do muzeum, które muszę powiedzieć bardzo podobało się nam i dzieciakom. Realistycznie przygotowane sceny z życia zwierząt i nie tylko, sprawiły, że mogły one zobaczyć z bliska to, czego przynajmniej na razie nie są w stanie doświadczyć w rzeczywistości.




Niestety jedna ze scen była zbyt drastyczna dla moich dzieci, wrażliwych na losy zwierzątek. Scena ta przedstawiała polowanie i zabitą sarnę leżącą na ziemi. Dziewczynki bardzo przeżywały, że sarenka nie żyje. Być może nie jest to do końca dobre miejsce dla tak małych dzieci, albo tak empatycznych istotek jak moje, ale na szczęście jakoś udało nam się je zainteresować czymś innym.



Inną rzeczą, do której mam zastrzeżenia to brak, czy też słabo działająca klimatyzacja. W taki upał niestety dawało się to odczuć i to bardzo. Muzeum można zwiedzać idąc z audio przewodnikiem, w grupach umówionych na konkretną godzinę. I  to również nie do końca przypadło mi do gustu. My wolimy chodzić w swoim tempie, zwłaszcza, że jedna rzecz interesuje mnie bardziej, inna mniej. Tu jest zorganizowane to tak, że kolejne scenki są podświetlane wtedy, gdy zwiedzający wysłuchają opisu W przeciwnym razie pozostają ciemne. Rozumiem, że zamierzeniem jest pewnie ten efekt światła, ale niestety wolałabym, żeby było to zorganizowane inaczej. Jak wspomniałam, były takie ekspozycje, przy których chętniej postalibyśmy dłużej np. przy przekroju mrowiska, niedźwiedziach, a przy innych krócej. No, ale suma sumarum miejsce na pewno warte odwiedzenia. Polecam.




Kolejnym punktem wycieczki był oczywiście rezerwat żubrów :) Jedyny jak znam to ten w Międzyzdrojach, w którym byłam sto lat temu, więc z chęcią zobaczyłam jak wyglądają te w Białowieskim Parku Narodowym. Wyglądają tak samo, albo podobnie, a samo miejsce jest wspaniałe. Duży teren, świetny na spacer w towarzystwie zwierząt. Dzieciaki zobaczyły prawdziwe dziki, wilka, sarny, łosie i inne. 







Na koniec oczywiście plac zabaw i obowiązkowe głaskanie Konika Polskiego. 




Weekend na Podlasiu uważam za udany. I choć do Białegostoku dojechać nam się tym razem jeszcze nie udało, to jest światełko w tunelu, że wreszcie te tereny zaczną mi się przyjemnie kojarzyć. A znajomości internetowe? No cóż, może się okazać, że my tu na blogach znamy się dużo lepiej niż ci, którzy znają nas osobiście od lat. Oczywiście pod warunkiem, że jesteśmy sobą ;) 




piątek, 27 lipca 2018

On i one dwie, czyli o tym jak półtoraroczny kawaler chciał zabrać dziewczyny na przejażdżkę samochodem.


Kilka dni temu odwiedziłyśmy naszą sąsiadkę, która ma półtorarocznego synka. Mały wszedł już w ten etap, kiedy to starsze koleżanki jawią się jako bezwzględna konkurencja w zdobywaniu zabawek, więc często wyrażał swoje głośne niezadowolenie, gdy zapragnął czegoś, co w danej chwili znajdowało się w rączkach Elsy czy Misi. Sytuacja uległa poprawie, gdy wyszliśmy na taras. Ogród miał bowiem dla maluszka większą ilość atrakcji niż oferował dom. Na pierwszy ogień poszedł ślimak, który bardzo go zainteresował swoją twardą skorupką. Obracał go  z ciekawością (tzn. maluch ślimaka, nie odwrotnie) pomrukując coś pod noskiem. Po jakimś czasie ślimak już chyba miał dość, bo wyszedł ze swojej muszli i wyraźnie pogroził maluchowi swoimi rogami. Zdegustowany dzieciak rzucił go na ziemię jak gdyby chciał powiedzieć "A fuj", by po chwili powrócić jednak do przyjaciela podnosząc go z ziemi.
Przypomniała mi się wtedy nasza roczna Misia, którą przyłapaliśmy na jedzeniu ogromnego komara. Ponieważ nie potrafiła jeszcze mówić, zachowywała się tak, jak gdyby chciała powiedzieć "Wcale nie jem komara", pomimo, że nogi wystawały z jej buzi. Wyglądało to mniej więcej tak: 


Pamiętacie tę komedię? :)) 



Kiedy nasza wizyta dobiegła końca, koleżanka z mężem (który zdążył w międzyczasie wrócić z pracy) oraz synkiem, odprowadzili nas do samochodu. Choć mieszkamy bardzo blisko siebie, to niestety przed samym wyjściem przyszła ulewa i byłyśmy zmuszone porzucić pomysł zabrania rowerków. Pożegnaliśmy się i dziewczyny zasiadły do samochodu. Oczywiście jak to chłopak, synek mojej koleżanki też chciał wsiąść. Posadziła go więc na fotelu kierowcy, a ja w tym czasie zapinałam Elsę, która siedzi pośrodku. Zamknęłam drzwi i przeszłam z drugiej strony, a koleżanka zapytała czy może zamknąć te pasażera. Odpowiedziałam, że tak, co też uczyniła. Nie przewidziałyśmy jednego. W czasie kiedy ona przechodziła na drugą stronę, by zabrać swojego maluszka, on nacisnął przycisk zamykania drzwi, zatrzaskując siebie i swoje dwie starsze koleżanki wraz z moją torebką i kluczykami w środku. Spanikowana koleżanka zaczęła mówić mu, żeby jeszcze raz nacisnął ten sam przycisk, ale on w najlepsze kręcił kierownicą i dopadł biegi. Najstarsze dziecko, czyli Elsa, było przypięte pasami i nie bardzo mogło się ruszać, ale została jeszcze moja młodsza córka, której nie  zdążyłam jeszcze przypiąć. Ciśnienie koleżanki skoczyło do 260/150, natomiast jej mąż miał oczywiście ubaw. Zaproponował nawet nakręcenie filmiku, ale gdy stwierdziła, że mu nie daruje to zrezygnował. Szkoda ;) Krzyczę więc do Misi, żeby wstała i poszła przycisnąć otwieranie drzwi. Ale jak tu wytłumaczyć niespełna trzylatce, że to ten poniżej przycisku świateł awaryjnych? Dzielna Misia wyszła z fotelika i przeszła do przodu. Elsa, rozwścieczona tym, że ona jest uwięziona, zaczęła wyrywać się i płakać. Probując ją uspokoić, tłumaczę Misi, co ma nacisnąć. Udaje się! Wie, który to przycisk, ale niestety zbyt lekko go naciska. Ale światełko w tunelu jest, więc obie z koleżanką krzyczymy"Przyciskaj mocniej!" No to jak mocniej to mocniej. Niczym na komendę, jej niczego nieświadomy i zadowolony synek zaczął mocno trąbić. Im głośniej krzyczałyśmy, tym mocniej trąbił, zagłuszając to, co powinno trafić do mojej młodszej córki. Przez chwilę zupełnie nie zwracałam uwagi na to co robi Elsa, więc byłam bardzo zdziwiona, gdy nagle pojawiła się ona w roli wybawcy na przednim siedzeniu i zwycięsko przycisnęła właściwy guzik. Co się okazało, w międzyczasie wypięła się z pasów i postanowiła uratować sytuację. Natomiast kawaler, który najwidoczniej chciał zabrać moje córki na przejażdżkę, z krzykiem został wyciągnięty zza kierownicy. Tak zakończyła się ich przygoda, w której to półtoraroczny amant uwięził dwie księżniczki w swoim powozie. Przepraszam. Nie swoim. Moim :))

Jesteśmy obecnie na etapie zakupu nowego fotelika, obecnie dziewczynki obie jeżdżą jeszcze w Maxi Cosi Pearl, umieszczonym na bazie FamilyFix, zapinanym na swoje wewnętrzne pasy. Gdybyście mieli jakąś wątpliwość, to powiem wam, że czterolatka spokojnie sama się z nich wypina. Ba! Niespełna trzylatka również, ponieważ idąc za przykładem siostry sprawdziła i przyszło jej to z łatwością. Całe szczęście dziewczynki wiedzą, że muszą być przypięte w czasie jazdy, same przypominają o tym i sprawdzają, czy i my zapięliśmy pasy, więc mam nadzieję, że o zgrozo nie przyjdzie im do głowy, by to zrobić wtedy, gdy prowadzę auto...

MIŁEGO WEEKENDU! :) 








środa, 25 lipca 2018

Głupie zabawy dzieci (ku przestrodze)


Prawo jazdy zrobiłam jakieś… sto lat temu. W każdym razie tak dawno, że od tego czasu jak nic minęły lata świetlne. Ale pamiętam jak dziś moment, kiedy to odbierałam dokument w Urzędzie Miasta ciesząc się, że zaraz to ja zasiądę za kierownicą w drodze do domu. Czułam wtedy ten dreszczyk emocji, że obok mnie nie siedzi już instruktor, który w każdej chwili może zahamować. Byłam zdana tylko na siebie, na swoje umiejętności jazdy. Pomimo tego, że zawsze lubiłam jeździć, nigdy nie czułam strachu, a jazda sprawiała (i nadal sprawia) mi ogromną przyjemność, to na początku byłam bardzo ostrożna i niepewna. Kiedy miałam ustąpić pierwszeństwa przejazdu, czekałam aż pojazd będzie na tyle daleko, że ja będę mogła bezpiecznie przejechać. Nie ryzykowałam. Wolałam na spokojnie podejść do każdego manewru. Po zdanym już egzaminie, mój instruktor zwrócił mi uwagę na taką pewną rzecz. Mianowicie, że po kilku latach człowiek robi się pewniejszy, jeździ bardziej brawurowo i pozwala sobie na więcej niż na początku, co może prowadzić do utraty koncentracji i potem wypadku. Ameryki nie odkrył. To naturalne, bo przecież w miarę przejeżdżania kolejnych kilometrów, zdobywamy większe doświadczenie i jesteśmy w stanie reagować szybciej i jeździć bardziej umiejętnie. Ale nie tylko. Niektórzy pozwalają sobie na manewry niedopuszczalne, bo narażające na niebezpieczeństwo nie tylko swoje życie, ale i nasze. Dlatego też, nigdy nie powinno się się stracić tej czujności i zawsze mieć to ograniczone zaufanie do siebie i do innych uczestników ruchu przede wszystkim.


Poniedziałek.
Panuje straszny upał. Woda nalana do basenu dzień przed jest ciepła niczym w Morzu Śródziemnym.
 Przebieramy się w kostiumy i wychodzimy na dwór. Dziewczyny uwielbiają wodę, ich szaleństwa są czasem tak nieprzewidywalne, że mają zakaz zbliżania się do wody bez obecności dorosłego. Ostatnio wpadły na pomysł świetnej zabawy, polegającej na tym, że jedna leży na plecach a druga ciągnie ją za nogi. Wszystko fajnie, ale oczami wyobraźni widzę już którąś pod wodą, mimo tego, iż nie jest głęboko w wannie, czy we wspomnianym basenie. No, ale wracając do wydarzeń z poniedziałku. Dziewczynki ładnie się bawiły (w sensie jeszcze ich nie ponosiło aż tak bardzo) więc ja w tym czasie wykonałam krótki telefon, stojąc przez cały czas przy samym basenie i pilnując dwa małe nieokrzesane diabełki. W pewnym momencie, gdy Elsa płynęła sobie spokojnie na brzuszku, Misia wskoczyła na nią i trzymała rączkami jej głowę, która w jednej chwili znalazła się pod wodą! Pomimo tego, że wcześniej prosiłam wiele razy, by w ten sposób się nie bawiły, kompletnie nie zareagowała na moje polecenie, żeby zeszła i ją puściła. Misia jak to Misia, ze swoimi świecącymi oczkami, dalej świetnie się bawiła. Wszystko to trwało moment, rzuciłam telefon na ziemię i ściągnęłam malucha z przestraszonej i niewiedzącej co się dzieje Elsy. Bardzo płakała i nie mogła się uspokoić, ale w tym momencie Misia zdała sobie sprawę z powagi sytuacji i zaczęła jej wtórować w wyciu. To wielka lekcja dla nich, bo zobaczyły na własne oczy, że to co mówią rodzice, to nie tylko puste gadanie. Elsa dodatkowo, przekonała się na własnej skórze co znaczy znaleźć się pod wodą i nie móc oddychać.

Moje szalone dziewczyny

Opowiadam wam tę historię, ponieważ z dziećmi to trochę jest tak jak z tym prawem jazdy. Najpierw jesteśmy bardzo ostrożni, niektórzy nawet do przesady, a potem nasza czujność opada. Przez długi czas chodzimy za maluchem wszędzie, asekurujemy go, ale w którymś momencie świetnie radzi sobie przecież sam. Nigdy nie byłam tego typu rodzicem, który boi się, że maluch upadnie, ale przy kontakcie z wodą trzeba być bezwzględnym. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdybym była gdzieś dalej, a nie daj Boże poszła po szklankę wody, czy do WC. Tyle przecież słyszy się o utonięciach dzieci, które były bez opieki. U nas w okolicy był niedawno taki przypadek, że chłopiec oddalił się od rodziców, którzy pakowali walizki do samochodu. Wpadł do jeziorka i do tej pory jest w śpiączce. Dziecko to tylko dziecko, nawet najmądrzejsze, a dzieci mają różne pomysły i nie zawsze są w stanie przewidzieć konsekwencje. Powiem wam, że gdy dzieciak jest większy to jednak traci się tę czujność. No, bo czy gdy 4-latek wchodzi na krzesło, to przejmiemy się tym tak samo, gdy robi to 1.5 roczny maluch? Gdy 4-latek kręci się wokół samochodu to normalne, że nie mamy go na oku przez cały czas. A jednak zdarzają się tragedie.

Podsumowując całe to wydarzenie, myślę, że to była lekcja nie tylko dla dziewczynek, ale także i dla nas, by tej czujności nigdy nie stracić. Nawet, gdy będą już dorosłe. Nadopiekuńczość? Zdecydowanie nie. Po prostu ostrożność, bo jak to powiadają, strzeżonego Pan Bóg strzeże.







niedziela, 22 lipca 2018

Megakonstrukcje, czyli najwyższy wiadukt Europy. (megaciekawe :) )

Dziś troszkę zmiana klimatu, z Chorwacji przeniesiemy się tym razem do Francji, gdzie znajduje się niesamowita megakonstrukcja.

Zdjęcie:Internet


Wiadukt Millau (z francuskiego Viaduc de Millau) to wiadukt w ciągu autostrady A75 nad doliną rzeki Tarn w południowej Francji, w pobliżu miasta o tej samej nazwie. Jest najwyższą tego typu konstrukcją w Europie, z najwyższym filarem o wysokości 341 m. Długość trasy prowadzącej przez wiadukt wynosi 2 460 metrów. 


Jadąc wiaduktem byliśmy pod wrażeniem jego majestatycznej konstrukcji, ale dopiero po zjechaniu w dół, kiedy to spojrzeliśmy na niego na spokojnie, zdaliśmy sobie sprawę z jego wielkości. Szkoda, że pogoda nie była zbyt dobra, stąd niestety tym razem niezbyt ładne zdjęcia. 





Niesamowite jest to, że wiadukt ten wybudowano w ciągu trzech lat (!!) od października 2001 roku przy czym jego koszt wyniósł  394 milionów euro (plus 20 mln na punkt poboru opłat przy północnym wjeździe/wyjeździe z wiaduktu). 





Zaprojektowanie mostu było szalenie trudne. Oto bowiem na takiej wysokości trzeba było ze szwajcarską precyzją przewidzieć podmuchy wiatru, złą pogodę i inne czynniki nie tylko atmosferyczne. Ale to nie wszystko. Zaprojektować na papierze to jedno, ale zbudować to już kolejne wyzwanie, jakże niebezpieczne i odpowiedzialne. W czasie budowy, inżynierowie nie raz myśleli, że projekt zakończy się fiaskiem, choćby wtedy, kiedy to teren zaczął się osuwać w związku z istniejącymi w pobliżu jaskiniami, w których znajduje się specjalna pleśń potrzebna do dojrzewania sera. (patrz niżej) 
Patrząc na jakąkolwiek budowę, spróbujcie wyobrazić sobie choćby wylewanie betonu na tej wysokości. Odbywało się to dzięki najnowocześniejszemu sprzętowi przy kontroli najlepszych inżynierów.

Źródło:Wikipedia


Jeżeli zaciekawiła was budowa tego niesamowitego wiaduktu, koniecznie obejrzyjcie jeden z odcinków "Megakonstrukcje" (Discovery Channel, History Channel) 


Francuskie "widzimisię"?

Absolutnie nie. Wyobraźcie sobie, że Wiadukt Millau skrócił przejazd przez dolinę rzeki Tarn o kilka godzin! Wcześniej, cały ruch pomiędzy Paryżem a Hiszpanią, odbywał się w dole, przez małe miejscowości, gdzie tworzyły się horrendalne korki, a ich mieszkańcy narażeni byli na wieczny hałas i smród spalin.
Jednak to, co dla kierowców jest bez wątpienia najważniejsze, to fakt, że jego powstanie radykalnie skróciło przejazd. Od 2004 roku zajmuje zajmuje on zaledwie jedną minutę.

Ciekawostki:

  •  wiadukt składa się z ośmiu stalowych przęseł, podtrzymywanych przez 7 filarów
  • na budowę mostu użyto 85 tys. m3 cementu (tj. około 206 tys. ton)
  •  zaraz po jego otwarciu zredukowano ograniczenie prędkości z 130 km na 110 km ze względu na to, że przejeżdżający turyści zwalniali by podziwiać widoki i robić zdjęcia krajobrazu
  • na wiadukcie kręcono sceny do filmu “Wakacje Jasia Fasoli”
  • w siódmej edycji popularnego programu “Top Gear” prowadzący nagrywali jeden odcinek dokładnie na nowo otwartym Wiadukcie Millau.
  • Jeżeli chcecie zapytać o wiadukt samych Francuzów, używajcie wymowy francuskiej ( ~"mijo"), angielska nazwa (czyli ~"Milau") jest przez nich nierozumiana lub ignorowana ;)
  • Jak podaje oficjalna strona internetowa, firma Eiffage, która budowała wiadukt, otrzymała koncesję na zarządzanie wiaduktem od rządu Francji przez okres 3 lat budowy i 75 lat po jej zakończeniu.
  • Porównajcie wiadukt Millau z innymi znanymi budynkami na świecie.


Zachęcam do obejrzenia krótkiego filmiku z perspektywy drona:


Cenna pleśń. 

Dwadzieścia kilometrów od wyżej wspomnianego wiaduktu, znajduje się miejsce znane wszystkim miłośnikom sera pleśniowego i nie tylko. Roquefort (wym. "rokfor") to ostry ser owczy, niebieskawy, żyłkowany, wyrabiany właśnie w miasteczku Roquefort-sur-Soulzon.
Jest jednym z najstarszych i najsłynniejszych gatunków sera. Był już wysoko ceniony przez starożytnych Rzymian i opisywany jako król serów przez Brillat-Savarina w Fizjologii smaku.




Według legendy do poznania technologii produkcji roqueforta przyczynił się przypadek. Pasterz owiec schował część niezjedzonego sera w wilgotnej i chłodnej pieczarze. Gdy przypomniał sobie o tym po kilku tygodniach, był mile zaskoczony niezwykłymi walorami smakowymi dojrzałego sera :)

Sery dojrzewają właśnie w jaskiniach o odpowiedniej wilgotności i temperaturze (ok. 7 °C) - w warunkach sprzyjających rozwojowi szlachetnych pleśni Penicillium roqueforti.




Ciekawostki.

  • Na oryginalnych serach Roquefort wzorowanych jest wiele serów we Francji i innych krajach (np. polski Rokpol). Większość naśladownictw robiona jest z mieszaniny mleka owczego i krowiego lub tylko z krowiego. Niektóre z naśladownictw charakteryzują się wysokimi walorami smakowymi.
  • Nazwa Roquefort jest prawnie zastrzeżona i może być stosowana tylko do serów dojrzewających w naturalnych grotach w Roquefort-sur-Soulzon (Jaskinie Cambalou).
  • We Francji prawo do nazwy Roquefort mają tylko wybrani i określeni wytwórcy, którzy są poddawani szczegółowej kontroli jakości.
  • Produkowanych jest siedem odmian sera, w tym cztery (dojrzewające w jednej grocie) mają głównie znaczenie lokalne. Typowy ser Roquefort ma formę walca wysokości ok. 10 cm o masie 2,5 - 3 kg.
Roquefort




Roquefort znajduje szerokie zastosowanie kulinarne - m.in. jako składnik sosów (np. do sałaty), farszów, dodatek do steków. Niezwykłym połączeniem jest płynne nadzienie z tego sera i czekolady wypełniające podawane na gorąco babki. W mieście można zobaczyć jak dojrzewa ser, oraz oczywiście degustować, degustować i jeszcze raz degustować :) 

Szczerze powiedziawszy planowaliśmy tylko przejechać Wiaduktem Millau, by zobaczyć tę niesamowitą konstrukcję, ale okazało się, że spędziliśmy w jego pobliżu prawie cały dzień. Zwiedziliśmy nie tylko Roquefort, ale inne wspaniałe miejsca, z których można było go podziwiać. 




Gorges du Tarn

Na koniec dnia dotarliśmy do Wąwozu Rzeki Tarn, ale o tym już innym razem. Wracając do domu spostrzegliśmy pasące się sielsko anielsko stadko owiec. Było już ciemnawo, ale postanowiliśmy zatrzymać się. Owce nie zwróciły na nas uwagi, ale gdy w głuchej ciszy nacisnęłam przycisk otwierania okna, jak na komendę wszystkie owce spojrzały w naszym kierunku! Wyglądały niesamowicie :)) Zanim jednak zdążyłam zrobić im zdjęcie, część znudzonych zwierzątek powróciła do ciekawszej czynności, czyli zajadania smacznej trawy :))



W drodze powrotnej spotkaliśmy jeszcze takie oto zwierzątka:



Jeżeli będziecie kiedyś we Francji, czy to docelowo, czy przejazdem, koniecznie odwiedźcie ten niesamowity region! Na pewno nie będziecie żałować. 


Źrodło informacji: Wikipedia, transinfo.pl

czwartek, 19 lipca 2018

Jak daleko jesteś w stanie posunąć się, by mieć dziecko?


Większość par przychodzących do ośrodka, ma za sobą bardzo długą drogę. Jedni przeszli przez bezowocne starania naturalne, inni zaś przez wszystkie dostępne metody wspomagania rozrodu. Poznałam pary mające za sobą wielokrotne poronienia, straty ciąż prawie donoszonych oraz takie, gdzie kobiecie ostatecznie usunięto macicę, pozbawiając tym samym możliwości posiadania biologicznego dziecka. Znam też taką parę, choć nie osobiście, której ciąża zakończyła się tragicznym finałem w czasie już samego porodu. Ogromne ludzkie dramaty, które doprowadziły tych ludzi, w tym nas, w jedno miejsce, do Ośrodka Adopcyjnego. Wykończeni psychicznie, z nowymi nadziejami na posiadanie potomstwa inną drogą niż ta biologiczna, większość z nas czuje ulgę, że tamten rozdział jest już zamknięty.

Kiedy dość znaczy dość.

Od badania do badania, jeden zabieg, drugi, poronienie, kolejna stymulacja, kolejne pieniądze i to wszechobecne przeświadczenie, że może tym razem się uda. Żałoba po kolejnej miesiączce nie może trwać długo, bo oto za parę dni następne podejście i tak w kółko. Kiedy więc dość znaczy dość? Dla niektórych bardzo szybko, dla innych potrzeba wielu lat. Dla mnie osobiście musiało minąć wiele czasu, bym mogła pogodzić się z przegraną. Patrząc na to z perspektywy kilku lat wiem, że przegrana okazała się losem wygranym na loterii. Miałam w kieszeni jeden banknot, za niego kupiłam ten jeden jedyny kupon...


Światło między oceanami.

Światło między oceanami to tytuł książki oraz filmu, który powstał na jej podstawie. To przepiękna opowieść o miłości, szczęściu, ale i dramacie i wyborach moralnych.
Tom, bohater wojenny, przyjmuje posadę latarnika na bezludnej wyspie u wybrzeży Australii. Wkrótce dołącza do niego ukochana żona Isabel. Niespełnionym pragnieniem dwojga zakochanych jest posiadanie potomstwa. Isabel zachodzi dwa razy w ciążę, ale kończą się one poronieniem, doprowadzając młodą, pełną życia kobietę do depresji. Wtedy w ich życiu zdarza się cud. Tom znajduje łódź, a w niej martwego mężczyznę i zdrowe niemowlę. Isabel, świeżo po poronieniu, zrozpaczona, wreszcie jest szczęśliwa mogąc trzymać w swoich ramionach dziecko. I Tom, postępujący według surowych moralnie zasad, teoretycznie zobowiązany do zgłoszenia zaistniałego faktu. Czy zdecydują się zostawić dziecko nie mówiąc nikomu skąd pochodzi i wykorzystać fakt, że wszyscy wiedzą, że para spodziewa się dziecka? Kim był mężczyzna i jego mała córeczka i czy ktoś na nich czeka? Dokąd płynęli? Na te i inne pytania odpowiedź znajdziecie w tej wyjątkowej historii. 

Jak zwykle nie będę opowiadała całej historii, ale zachęcam was do przeczytania książki lub obejrzenia filmu. Mamy tu jak na dłoni pokazane w jaki sposób niemożność posiadania dziecka niszczy psychicznie zdrową, młodą i pełną wigoru dziewczynę oraz jak bardzo rani jej męża fakt, że nie może jej pomóc. Kolejny raz dylematy moralne. Co więc wybrać?

Jak daleko więc jesteśmy w stanie posunąć się, by mieć dziecko?

Stając przed wyborem, Isabel i Tom doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że zostawiając dziecko przy sobie, moralnie postąpiliby niewłaściwie. Ale czy moglibyśmy ich winić? Czy w takim momencie człowiek w ogóle jest w stanie myśleć trzeźwo i widzieć drugą stronę medalu? Każdy kto stara się o dziecko wie, że pragnienie to jest tak silne, że niezaspokojone doprowadza na skraj rozpaczy, czasem nawet szaleństwa. Można wprawdzie stłumić w sobie to pragnienie na tyle, by móc przetrwać, ale gdyby na naszej drodze pojawił się mały człowiek w sposób, w jaki pojawił się u Toma i Isabel, czy umielibyśmy powiedzieć NIE?










wtorek, 17 lipca 2018

12 rzeczy, którymi przestajemy się przejmować po trzydziestce :)

Jako że nie tak dawno temu, bo w maju, były moje urodziny, zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle coś ten jeden dzień we mnie zmienił. Do jakiego doszłam wniosku? A no do żadnego. Stoję przed lustrem i w zasadzie widzę tę samą osobę co kilka tygodni wcześniej. Trudno też mi porównać ilość zmarszczek, nigdy ich nie liczyłam, pojawiły się dawno temu, to tzw. zmarszczki mimiczne. Czy skóra jest mniej sprężysta? Hmm, ciężko stwierdzić. Nie wiem, czy tyle samo zajmuje jej powrót do tego samego miejsca po naciągnięciu, bo nigdy wcześniej tego nie robiłam. Brak więc punktu odniesienia. Do łazienki wchodzą maluchy. No, teraz to ja widzę ten upływający czas. I jakkolwiek mówią, że to niby nie my się starzejemy a raczej dzieci dorastają, to fakt pozostaje taki, że to właśnie po nich widać, że w miejscu nie stoi. Ja nigdy nie miałam w zwyczaju dodawania sobie lat, tym bardziej teraz ;) Dzieciaki dla odmiany, lubią mieć choć te pół roku więcej niż rówieśnicy podając, że mają np. 5 i pół roku. Śmiesznie jak to punkt widzenia zmienia się z biegiem czasu ;) 

Dziś mam dla was kolejną galerię z serii "Z przymrużeniem oka". Ciekawa jestem, czy któraś z sytuacji odnosi się do waszego życia :))


1. Popularne gadżety. 

No cóż, przyznaję, że czasem miałam i nadal mam słabość do nich, ale na pewno nie dlatego, że akurat jest na nie moda. 


2. Nadmiar tłuszczyku. 

Oj nie, to mi nie minęło z wiekiem. Nadal chciałabym mieć o te parę kilogramów mniej, zwłaszcza patrząc na zdjęcia sprzed 10 lat, ale cóż, przecież nie można żyć tylko na sałacie prawda? ;)


3. Plotki. 
Plotek jako takich nigdy nie lubiłam, mam na myśli obgadywania innych, mówienia o nich źle. Przyznaję jednak, że ploteczki na zasadzie ciekawostki o kimś, nie były mi obce. Szczerze mówiąc teraz faktycznie wolę skupić się na czymś innym.


4. Oczekiwania.

Chyba nigdy nie miałam kompleksów, nie czułam się źle z tym, że robię to co robię, mimo, że nauczyciel to nie prawnik, czy sędzia. 
A co na to inni? To już chyba ich problem ;)


5. Mój mężczyzna.

Mój mężczyzna jest mój i innym nic do tego jaki jest. Pamiętam jak kiedyś moja bardzo elegancka koleżanka wychodziła za mąż za przeciętnej urody, źle ubranego na co dzień chłopaka. Mówili "jak to, mogłaby sobie poszukać lepszego" Lepszego. Cóż, zostawię bez komentarza. 


6. To jak spędzam urodziny.

Podpisuję się pod tym. Jeśli mam ochotę, idę na imprezę, jeśli mam ochotę zawinąć się w koc i siąść przed TV, to czemu nie ;) Jestem już w sile wieku i mi wolno :D


7. Szpanerstwo.

Lubię nowinki technologiczne, nie należę do tych osób, które zostały gdzieś tam w epoce Kamienia Łupanego, ale na pewno nie muszę mieć najnowszego telefonu za ileś tysięcy tylko dlatego, że takowy wyszedł na rynek. Nie jeżdżę też po mieście z muzyką na full i wystawionym łokciem ;) A kiedyś? Hmm, no może w liceum jak to nastolatki, szpanowało się czymś, co akurat było na fali ;)


8. Media Społecznościowe.

Tu akurat nigdy nie zależało mi na zaistnieniu. Zdjęcia nie zmieniłam od dawien dawna, a może powinnam. Dla wielu młodych ludzi jest to jednak szalenie ważne. Jak to powiadają, liczy się ilość "lajków" Czy gdybym ja wychowywała się w dzisiejszych czasach też bym taka była? Mam nadzieję, że nie.


9. Mój stan cywilny.

Nigdy nie miałam tzw. Syndromu Czerwonego Światełka, więc trudno mi się wypowiadać, czy akurat po 30 przestało mi zależeć (może dlatego, że ja już wtedy męża miałam ;) ), ale na pewno nie biłabym się o bukiecik tak jak to czasem bywa na amerykańskich weselach ;)


10. To jak wyglądam zimą.

Oj tak, przyznaję się bez bicia. Kiedyś człowiek młody i głupi nie nosił czapki, bo .... w czapce źle się wygląda. Może teraz jest inaczej, ale przynajmniej za moich czasów czapka nie była COOL. I co? Teraz cierpią na tym moje zatoki. Obecnie wszystko mi jedno jak wyglądam, byle było ciepło. Cały czas zachodzę w głowę, czy tym dziewczynom, które w siarczysty mróz stoją na przystanku w spódniczce, cienkich butach i bez czapki, aby na pewno jest ciepło.


11. Świat celebrytów.

Cóż, to jakoś mnie chyba nigdy nie kręciło, no może jako nastolatka interesowałam się zespołami muzycznymi i informacjami na ich temat. Poza tym, niech każdy żyje swoim życiem. Beyonce w ciąży? Ok, przyjęłam i żyję dalej ;) Co innego nowa kolekcja w Pepco :D


12. Opinia innych.

Chyba jakoś nigdy się tym nie przejmowałam. I Bogu dzięki, bo przecież wszystkim się nie dogodzi.




No cóż, miało być 12 rzeczy, którymi przestajemy się przejmować po 30 roku życia, a wyszło na to, że pewnymi rzeczami nigdy się nie przejmowałam. Ale fakt faktem, im jestem starsza, tym mniej zwracam uwagi na pewne rzeczy, a doświadczenie życiowe pozwala mi wierzyć, że ma to jakiś sens.

A wy macie takie rzeczy, którymi przestaliście się przejmować z upływem czasu? Koniecznie się nimi podzielcie :))








* Źródło:www.brightside.me