Świat w obiektywie

Słoneczniki w Ziołach Prowansalskich

Strasznie długa przerwa w moich wpisach. Aż nie mogę uwierzyć, że ten czas tak szybko mija. No, ale po kolei.
Dwa tygodnie temu wróciliśmy z wakacji zaplanowanych jeszcze przed Covidem. Zanim jednak to nastąpiło trzeba było podzielić czas na planowanie i szykowanie oraz pozałatwianie spraw bieżących. W międzyczasie normalnie pracowałam i opiekowałam się Misią, która wcześniej pożegnała się z przedszkolem i siedziała w domu z nami prawie 2 tygodnie, by nie trafić na ewentualną kwarantannę przed wyjazdem ( to już byłaby katastrofa! ) Na szczęście pogoda w czerwcu była ładna, więc mogła bawić się na dworze, gdy ja byłam zajęta. Jeździłyśmy też razem do sklepu, gotowałyśmy i sprzątałyśmy dom. I tak nadszedł dzień wyjazdu…
Muszę powiedzieć, że co roku jesteśmy bardziej zorganizowani, choć do ideału to jeszcze bardzo daleko. Najbardziej cieszyłam się z tego, że mogliśmy z czystym sumieniem położyć się wcześniej spać przed podróżą. Zwykle wydawało się, że już PRAWIE jesteśmy spakowani, ale na ostatnie rzeczy schodziło tyle czasu, że mijała północ zanim leżeliśmy w łóżku. Rano oczy na zapałki a przed nami długa jazda samochodem.

No to w drogę!

Następnego dnia, chwilę po 6 wyjeżdżamy z domu i zaczynają się nasze wakacje. Żar leje się z nieba, droga staje się więc uciążliwa. Pomimo klimatyzacji w samochodzie (chwała Panu za ten wynalazek) zachodzące słońce daje się we znaki. Wszystkie granice przekraczamy bezproblemowo (żadnych kontroli) i przed północą jesteśmy już w Szwajcarii. W zasadzie do celu nie zostało wiele kilometrów, jakieś może 5h jazdy, ale przejeżdżać koło naszego ukochanego miejsca i nie zatrzymać się choć na chwilę byłoby nie w naszym stylu. Lądujemy więc następnego dnia na kilka godzin w Montreux i Vevey na Szwajcarskiej Riwierze jeziora Genewskiego. Znajomi, którzy po raz pierwszy nam towarzyszą są zachwyceni miejscem. Pomimo upału, zmęczenia warto było choć na chwilę zobaczyć to cudowne miejsce raz jeszcze.

Zapierające dech w piersiach widoki wzdłuż otaczają nas wzdłuż malowniczej trasy do celu. W końcu lądujemy na kempingu w samym sercu Prowansji. Następne 2 dni poświęcamy na odpoczynek – spacer, kąpiel w basenie, zabawę na placu, animacje. I choć kemping z oczywistych względów nie miał dostępu do morza, to wspaniałe miejsce, by odpocząć i zobaczyć choć skrawek tego regionu. No i oczywiście kwitnącą lawendę…
Jadąc na jej poszukiwanie bałam się, że naoglądawszy się tylu pocztówek z pięknymi zdjęciami będę po prostu zawiedziona widząc ją na żywo. Na szczęście tak nie było. Rozpostarte aż po horyzont lawendowe pola muszą zrobić wrażenie na każdym. I ta błoga cisza, gdzie gdy zamkniesz oczy słyszysz tylko bzyczenie pszczół unoszących się nad kępami. A zapach jest tak słodki, że nieporównywalny z żadną z lawend, które mam w swoim ogródku. Wspaniała, cudowna natura, którą człowiek w ciszy i zadumaniu może podziwiać bez końca.

Kolejnym wspaniałym miejscem, które zrobiło na mnie wrażenie jest Kanion Verdon. Niebiańsko niebieska, krystalicznie czysta woda i skały otaczające ten cud natury sprawiają, że oczy otwierają się szeroko a usta same cisną do uśmiechu. Tu na miejscu można wypożyczyć rowerek wodny lub łódkę, czy kajak i wpłynąć do samego serca kanionu. Jest tak ogromny, że podziwiać go można również z trasy samochodowej wokół niego zatrzymując się w specjalnie przygotowanych punktach widokowych. Kanion Verdon – niezapomniany i oszałamiający w swym pięknie.

Jeśli chodzi o Prowansję to koniecznie trzeba odwiedzić miasteczko Valensole, małą “stolicę” lawendy oraz podobno najpiękniejsze w regionie Moustiers-Sainte-Marie. Nie widzieliśmy wszystkich, ale muszę zgodzić się że miejsce jest wyjątkowe. Położone na skale miasteczko z którego klifu wypływa źródło i spływa z hukiem w dół jest tak malownicze, że nie da się przejść przez nie, nie zachwycając się. Uroku dodaje mu jeszcze przepięknie układające się światło słoneczne, a przy zachodzie słońca tańczące promyki oświetlają kolejne części gór, by w końcu schować się i pogrążyć dolinę w ciemnościach. Nad miastem góruje pomalowana na złoto gwiazda, zawieszona pomiędzy dwoma klifami, która swój początek według legendy ma w X wieku. Gwiazda była już wymieniana kilka razy, a ostatnia ma około 50 lat.

Opowiem wam jeszcze o wycieczce do Marsylii, do której mieliśmy około 1.5h jazdy samochodem. Miasto to znałam przede wszystkim z serii francuskich komedii pt. “Taxi” i mając to gdzieś w głowie, miałam nadzieję, że spokojnie uda nam się dojechać 😉 Już na początku pewna niedogodność, ale cóż człowiek uczy się całe życie. Nie mogliśmy zaparkować. I nie dlatego, że nie było parkingu, ale dlatego, że na większości z nich nie mogliśmy się zatrzymać! Nasz samochód nie należy do najniższych, a na dodatek na dachu mieliśmy bagażnik co wykluczało większość podziemnych parkingów, które max przyjmowały pojazdy o wysokości 2.20m O zostawieniu samochodu przy ulicy mogliśmy zapomnieć. Zresztą przy wyjątkowych umiejętnościach parkowania Francuzów nie wiem czy bym chciała… No, ale wracając do wycieczki. Udaje nam się znaleźć parking na tyle wysoki, by zostawić autko i ruszamy na zwiedzanie. Niestety po drodze zgubiliśmy znajomych, którzy po raz pierwszy musieli odnaleźć się w tak dużym mieście. Jak potem okazało się, zaparkowaliśmy 20 minut spacerem od siebie. Ustalamy więc, że spotkamy się przy Bazylice Notre Dame na wzgórzu La Garde, wznoszącym się nad miastem. Minęło pół godziny a my dopiero dotarliśmy do portu. Patrząc na wzgórze droga jawiła się jako męka w panującym upale. I zdarzył się cud. Ku naszym oczom ukazały się pociągi dla turystów zawożące ludzi na sam szczyt i z powrotem. Bez wahania kupiliśmy bilet, tym bardziej, że dla dzieciaków była to dodatkowa frajda. W kilka minut znaleźliśmy się na szczycie. Czułam się trochę źle z tym, że znajomi musieli iść na piechotę, ale oni zaparkowali dużo bliżej niż my i obok pociągów wcale nie przechodzili. Wysiłek się opłacił. Panorama na miasto warta jest wejścia/wjazdu na górę.

Kolejnym punktem wyprawy były CALANQUE. Nazywane śródziemnomorskimi fjordami to głęboko wcięte w wapiennych skałach, trudno dostępne dolinki ze stromymi ścianami na wybrzeżu Morza Śródziemnego, bardzo często jak się później okazało nie posiadające żadnego dojazdu od strony lądu. Szczerze przyznam, że była to decyzja spontaniczna i nie do końca przemyślana. Dałam się trochę ponieść fantazji widząc kilka dni wcześniej piękne zdjęcia na jednej z grup i nabierając się na informacje z Google Maps, na której wszystko czasem wydaje się takie proste. Teoretycznie z Marsylii do jednej z zatoczek mieliśmy tylko pół godzinki jazdy. Pikuś. Byliśmy głodni, od śniadania zjedliśmy tylko lekkie kanapki, ale wyczytawszy uprzednio, że na miejscu jest restauracja stwierdziliśmy, że damy radę. Było bardzo gorąco, więc człowiek był bardziej spragniony niż głodny.
Na miejscu okazało się, że auto musimy zostawić na parkingu około 2.5km od celu, dalej jechać nie można. Ale cóż to jest 2.5h, damy radę! Zmieniając obuwie na szybko spontanicznie zabrałam do torebki suche wafle, które jak potem okazało się uratowały nam życie 😉 (no może przesadziłam, że życie, ale dużo pomogły) Początek drogi był sympatyczny, idzie się w lesie, ale nagle zaczęliśmy schodzić w dół. Momentami było bardzo stromo, ale bezpiecznie. Dziewczyny nasze muszę powiedzieć są bardzo wysportowane, przejście takie nie było dla nich wielkim wyzwaniem. Ja jednak miałam cały czas z tyłu głowy, że trzeba będzie przecież jeszcze wrócić tą samą drogą…
W międzyczasie zadzwoniliśmy do znajomych, którzy dopiero wyjeżdżali z Marsylii, żeby wybrali inną drogę na Calanques – być może uda się dojechać dalej. Niestety i oni musieli przejść swoje, choć dla odmiany zwykłą asfaltową drogą. Spotkaliśmy się na dole.

Muszę przyznać, że fiord, zatoczka była cudowna. Jej krystalicznie czysta woda, niebieska niczym w basenie wykładanym kafelkami okazała się zbawieniem po takim wysiłku w wysokiej temperaturze. Wyczytaliśmy, że restauracja jest czynna od 19. Cóż, od ostatniego posiłku minęło już tyle godzin, że normalnie kiszki grałyby marsza i to bardzo głośno, ale przegryzając suche wafelki popijaną wodą żyliśmy nadzieją, że za moment, za chwilę zasiądziemy przy stoliku i zamówimy coś co zapełni nam brzuchy.
Siedząc na kocu i patrząc jak wiele ludzi kąpie się nad brzegiem morza ogarnęło mnie dziwne uczucie: a co jeśli oni wszyscy będą chcieli iść do tej samej restauracji? Po paru minutach swe obawy przekazałam mężowi i wysłałam go na zwiady. Kiedy wrócił nie miał dobrych wieści. Nie przyjmują żadnych gości z zewnątrz – trzeba mieć rezerwację. I w tym momencie cała nasza grupa – 4 dorosłych i 4 dzieci, ogarnięta wizją powrotu z pustym brzuchem pod tak wielką górę, uśmiechnęła się z tej bezsilności. Zgodnie stwierdziliśmy, że musimy dać radę, przecież nie pójdziemy łowić ryb w morzu. Niczym rozbitkowie, zdecydowaliśmy, że ja z dziewczynkami dołączę do znajomych i pójdziemy asfaltem. Mąż wrócił tą samą ścieżką, którą zjechaliśmy, żeby zabrać samochód i do nas dołączyć. Asfaltowa droga była równie stroma jak szlak między skałami no i co chwilę jeździły nią samochody (o ironio z ludźmi posiadającymi rezerwację w “naszej” restauracji) Jedyne co przychodziło mi do głowy przez cały czas to słowa Osła ze Shreka – Daleko jeszcze? I cóż z tego, że jeszcze tylko kilometr, parę metrów skoro żołądek pusty, nogi zmęczone a droga coraz bardziej pionowa? Wreszcie docieramy do celu. Zdejmuję sandały i czuję ulgę. Nie jemy nic po drodze. Dojeżdżamy na kemping i gotujemy sami. Może dobrze. Ceny w restauracji jak się potem okazuje, były powalające.
Nie żałuję tej wyprawy. Choć szalona, nieprzewidywalna i trudna, to warta każdej wypoconej kropli.

Czas na zmianę kempingu. Żegnamy piękną Francję i udajemy się do Włoch. Po drodze zatrzymujemy się na Lazurowym Wybrzeżu. W planach mieliśmy również Monako, ale niestety nie zostaliśmy wpuszczeni (trzeba było mieć świeży test Covid)

Droga dłuży się, sporo robót, słońce przypieka. Wreszcie docieramy do Toskanii. Ku naszemu zdziwieniu pan pracujący na recepcji okazuje się być Polakiem. Następnego dnia odpoczywamy – witamy się z morzem, dziewczyny szaleją na basenach.

To był mój trzeci raz w Toskanii, ale pierwszy o tej porze roku. Krajobraz wygląda nieco inaczej niż pamiętam go z ostatniej wizyty jesienią, tuż przed adopcją. Może dlatego mam do niej jakiś taki dodatkowy sentyment. Już jako czteroosobowa rodzinka wybraliśmy się na wycieczkę do Cinque Terre (Liguria) To pierwsze widoki jakie podziwialiśmy wtedy, gdy zadzwonił telefon z ośrodka. Pamiętam jak dziś to fajne uczucie kiedy to minęło kilka godzin a świat nie był już taki sam jak dnia poprzedniego. Jeszcze 3 dni i mieliśmy poznać naszą córkę.


Wycieczka tak jak się spodziewaliśmy obfitowała w widoki zapierające dech w piersiach. Podróż pociągiem pomiędzy pięcioma miasteczkami była dodatkową atrakcją dla dzieci, które z zapałem kroczyły do przodu, pomimo, że niektóre ścieżki były dość strome. Kolejny dzień upalnego lata, chodzenie w takiej temperaturze skończyło się odparzeniami na podeszwach stóp. Gdy po ciemku wracaliśmy już do samochodu, trudno mi było stawiać kroki, by nie czuć bólu. Elsa cierpiała na tę samą przypadłość. Zresztą wszyscy szliśmy już na chwiejnych nogach, czując zmęczenie całego dnia. Łącznie zrobiliśmy wtedy 20km i kiedy usiedliśmy w samochodzie mając przed sobą 1.5h jazdy w drodze powrotnej na kemping, stwierdziłam, że następnego dnia nigdzie się nie ruszam.

Każdy z nas ma gdzieś w głowie pocztówki z Toskanii ukazujące pola pełne słoneczników, pokryte wszelakimi barwami pola i wzgórza na tle charakterystycznych dróg wysadzanych cyprysami posadzonymi w nieskończonych ilościach aż po horyzont. Do tego dodajmy cudownie klimatyczne zbudowane na wzgórzu miasteczka i można tu zostawić serce na długo.

Powiadają, że podróże kształcą. Podpisuję się pod tym stwierdzeniem bez zastanowienia. I szczerze mówiąc nie mam na myśli tylko tych dalekich podróży, zagranicznych. W Polsce można znaleźć wiele wspaniałych miejsc i wcale nie wysokim kosztem przeżyć wiele przygód. Do tego dodam, że ma to nie bagatelny wpływ na rozwój dziecka. Ja mogę powiedzieć, że jestem z moich maluchów bardzo dumna. Nie dość, że bezproblemowo przeżyły podróż ponad 5.5 tys kilometrów to same przeszły tyle pieszo, że niejeden dorosły by się nie powstydził.
Wiedzą co to trud podróży, ale również nagroda w postaci fajnych wakacji, przeżyć, widoków.
Rozumieją, że rodzice też nie zawsze dają radę, są zmęczeni, głodni i muszą zmagać się z własnymi słabościami.
Obserwują jak dorośli radzą sobie z problemami, niedogodnościami, szukają rozwiązań. Myślę, że to cenniejsze doświadczenia niż niejedna lekcja w szkole.
Dziewczynki nasze nauczyły się również być super samodzielne. Same chodziły do toalety (na drugim kempingu mieszkaliśmy w namiocie), brały prysznic, myły ząbki oraz w sklepie robiły zakupy! Śmigały na rowerkach na poranne animacje. Oczywiście musiały sobie też radzić same językowo.
Dlatego zachęcam Was kochani – podróżujcie z dziećmi! Dzieci uwielbiają słuchać historyjek, czytać książeczki, obserwować innych, ale nade wszystko uczą się doświadczając. Chodźcie bosymi stopami po gorących kamieniach na plaży, wbiegajcie do zimnej wody, wchodźcie na wysokie góry, testujcie wytrzymałość. To najlepszy sposób, by dziecko uczyło się radzić sobie w życiu i czuło, że da radę. A nawet jeśli nie da rady to przecież zawsze jest następny raz prawda?

Życzę wam kochani cudownych wakacji, my po powrocie mamy strasznie dużo pracy w ogródku i realizację tego co powstało na kartce zimą 🙂

4 komentarze

  • olitoria

    Kochani! Piękne zdjęcia i piękne miejsca! A dziewczynki po prostu modelki, “robią fotę” nawet bez tła 😀 No i szacunek, że tyle przeszły, że dały radę! Buziaki!

    • izzy

      Ile ja się czasem muszę napocić, żeby te modelki ustały spokojnie do zdjęcia 😛 eh. Szczerze mówiąc to raczej one się za mną oglądały i nie raz wciągały na górę, bo kondycję lepszą mają 😀 Bardziej jestem pełna podziwu, że o jedzenie nie wołały.

  • Aglaia

    Piękne miejsca odwiedziliście. Bardzo lubię te okolice chociaż dawno tam nie byłam. W ogóle COVID bardzo przeorał nasze podróżnicze plany i to jak podchodzimy do wyjazdów. Kiedyś urlop planowaliśmy z około rocznym wyprzedzeniem – wiedzieliśmy gdzie i kiedy pojedziemy i w między czasie planowaliśmy szczegóły. Teraz planowanie uważam za czas stracony – urlop za 3 tygodnie a my nawet nie wiemy gdzie pojedziemy (a spektrum mamy bardzo szerokie  ). Do tego dorzuciliśmy trochę około weekendowych wyjazdów po kraju ale też organizowanych bardzo spontanicznie. Na początku trochę mnie to uwierało ale po kilku wyjazdach okazało się, że jest to nawet całkiem fajne i pewnie nawet w erze post-covid będziemy wdrażać te elementy do naszej strategii wyjazdowej.

    Miłej drugiej połowy wakacji.

    • izzy

      Mnie się wydaje, że najbardziej pod znakiem zapytania stoją wakacje transportem lotniczym. Choćby tak jak dziś, strajkują Włosi i ogrom lotów odwołanych, przesuniętych, ludzie utknęli w obcych miastach, na lotniskach, gdzie mieli przesiadkę. Koszmar wakacyjny. Nas akurat zupełnie to nie dotyczyło, bo jeździmy samochodem. Jedyna “niedogodność” to przejazd 20km/h przez granicę włosko-austriacką, ale nawet nie zatrzymywali nas. W pozostałych miejscach tak jak pisałam cisza i spokój. Zobaczymy co będzie dalej, czy faktycznie liczba zachorowań wzrośnie aż tak, że kraje zdecydują się na drastyczne posunięcia? Miejmy nadzieję, że nie. Ja osobiście nie muszę mieć wszystkiego zaplanowane na tip top, ale w głowie mam zawsze dużo pomysłów i marzeń, które miejsca chciałabym odwiedzić. Także myślę, że jak w jedno miejsce się nie będzie dało to pojadę w inne. Nigdy jakoś nie miałam tak, że kompletnie nie wiedziałam co i jak, ale domyślam się, że w tym roku lecąc samolotem tak to może wyglądać niestety 🙁 Na pewno coś fajnego wybierzecie, spontanicznie. Spakujcie walizki a reszta sama się ułoży. Wspaniałego urlopu dla całej rodzinki :))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.