piątek, 22 marca 2019

Dzieci z pokolenia Z.


"Sieć nie jest tą siecią, której chcieliśmy" przyznaje Tim Berners-Lee, brytyjski fizyk i programista, oraz współtwórca i jeden z pionierów usługi WWW. Obchodząc właśnie 30 urodziny jednej z najpopularniejszych usług internetowych, warto więc zatrzymać się na chwilę i zastanowić: dokąd zmierzamy?



Słów Internet, czy strony WWW używamy powszechnie. Ale czy wiecie co kryje się pod tymi pojęciami?


Internet n
ie powstał z dnia na dzień, bowiem jego początki sięgają końca lat 60. XX wieku. Powszechnie uważa się, iż potrzeba jego stworzenia była konsekwencją prac amerykańskiej organizacji badawczej RAND Corporation, która prowadziła badania nad możliwościami dowodzenia w warunkach wojny nuklearnej. Stał się z jednej strony odpowiedzią na rozwój technologiczny cywilizacji, a z drugiej odpowiedzią na potrzeby współczesnego społeczeństwa, w którym zaszło wiele zmian w obyczajowości i poglądach. 

Internet a WWW 

Internet w ogólnym znaczeniu to sieć komputerowa, czyli wiele połączonych ze sobą komputerów, zwanych również hostami, natomiast WWW to usługa internetowa. Innymi znanymi usługami tego rodzaju są: poczta elektroniczna oraz P2P.

W marcu 1989 roku Tim Berners-Lee oraz Robert Cailliau złożyli do CERN-u (Europejska Organizacja Badań Jądrowych z siedzibą w Genewie) projekt stworzenia sieci dokumentów, o nazwie World Wide Web. Miał to być zbiór dokumentów hipertekstowych, ułatwiający pracę w CERN-ie. W grudniu 1990 roku Tim Berners-Lee stworzył podstawy HTML i pierwszą stronę internetową. Dwa lata później została napisana pierwsza graficzna przeglądarka WWW o nazwie Mosaic. Pamięta ktoś może? :)


Tak z ciekawości, strona Info.cern.ch jest pierwszym adresem serwera sieciowego, a adres http://info.cern.ch/hypertext/WWW/TheProject.html adresem pierwszej strony internetowej

Oprócz standardowego udostępniania stron WWW innym użytkownikom, dawał on możliwość przesyłania danych bezpiecznym połączeniem szyfrowanym. Można więc było przesyłać poufne dane, które mogły być odczytane tylko przez adresowanego odbiorcę. Pozwoliło to stworzyć nowe zastosowania Internetu, który zaczął się bardzo gwałtownie rozwijać.

Dzisiejsi użytkownicy Internetu to wielomiliardowa społeczność, która ciągle się powiększa. Nie wyobrażamy sobie życia bez informacji w nim zawartych, możliwości przesyłania wiadomości i zdjęć, mediów społecznościowych. Dzięki niemu na zawsze zmienił się też sposób robienia zakupów. 

Ale Internet ma swoją ciemną stronę. Wraz z jego rozwojem pojawiła się mowa nienawiści, zagrożenie bezpieczeństwa oraz tak zwane sponsorowane hakowanie komputerów. Stał się więc miejscem gdzie kradnie się dane osobowe i poufne informacje, a na wysokim szczeblu nawet manipuluje opinią publiczną, ustawia wybory, czy też propaguje wygodne dla danego państwa idee. Pod pretekstem umożliwienia zdobycia większej wiedzy na dany temat, Internet przekazuje w nieobiektywny sposób tylko to, co jest wygodne.

Przemawiając na konferencji Web@30 w CERN-ie, Berners-Lee otwarcie powiedział "Ojej, pod każdym względem, sieć nie jest tą siecią, której chcieliśmy" tym samym przyznając, że założenia były zupełnie inne. Jego organizacja pod nazwą World Wide Web Foundations ma więc za zadanie zjednać rządy różnych państw, firmy, organizacje, by ukształtować sieć zgodnie z właściwymi zasadami. Czy to się uda? Czy z pewnymi zachowaniami nie posunęliśmy się już zbyt daleko? To zapewne okaże się w przyszłości.



Wraz z rozwojem Internetu, stworzyło się również nowe pokolenie ludzi - ludzi, którzy nie wyobrażają sobie życia bez niego. Nie uważam siebie za osobę starą i zacofaną, ale doskonale pamiętam jak to było dorastać bez telefonu komórkowego, komputera, nie mówiąc o wolnym dostępie do Internetu. 
Dzieciństwo polegało na rozmaitych zabawach na podwórku i nie wyobrażam sobie, by w dobrą pogodę siedzieć w domu. Fakt, nie miałam stałego podglądu na to co dzieje się u moich kolegów i koleżanek. Czy to było złe? Chyba nie, bo panujący obecnie ekshibicjonizm stał się więzieniem nie tylko dla nas w kontekście własnego życia. Z wielkim przejęciem, dzisiejsze pokolenie pozostaje w kontakcie na żywo nie tylko ze swoimi rówieśnikami, ale również celebrytami, którzy coraz chętniej obnażają całą swoją prywatność.

Zmieniające się pokolenia.

Każde pokolenie ma swój czas, generacje się zmieniają, ale kim właściwie są dzieci Internetu, które nie potrafią bez niego żyć? 
Według raportu Newspoint, w Polsce możemy naliczyć 5 grup pokoleniowych. Najstarszych, którzy urodzili się w czasie II wojny światowej i wcześniej, można nazwać pokoleniem wojny czy międzywojnia. Walcząc o życie, a potem byt w okresie komunizmu, nie było mowy o korzystaniu z technologii takiej, jaką mamy dziś. 

Kolejne pokolenie nazywane baby boomers (BB), to osoby urodzone w latach 
1946-1964, po zakończeniu II wojny światowej. To trudny okres odbudowy naszego państwa, komunizm, kiedy to głowę zaprzątała przede wszystkim praca i walka o dobre zabezpieczenie i utrzymanie rodziny. 

Następnie mamy pokolenie X, czyli ludzi urodzonych w latach 1965-1979, w okresie wielkich przemian systemowych. To za ich młodości pojawiły się pierwsze komputery i pierwsze gry wideo i komputerowe. Praca przestała być głównym celem w życiu.

Pokolenie Y, zwane millenialsami, definiuje się zazwyczaj na osobach urodzonych w latach 1980-1995, (chociaż wielu autorów przesuwa ten okres aż do 1999 roku). Jest to pokolenie wychowane w czasach dobrobytu, dla których telewizja satelitarna, nieograniczony dostęp do telefonu, potem komórek, aparatów cyfrowych, szybszych komputerów i wyszukiwarek internetowych to chleb powszedni.

Najmłodsze pokolenie, zwane pokoleniem Z (a czasami C, iGen albo XD ) “iGeneration” “digital natives”, “digital X” to ludzie urodzeni po 1995 roku w czasach nieograniczonego dostępu do Internetu, iPoda, iPada i iPhone’a. Za jednym kliknięciem są zawsze dostępni online, uzależnieni od wirtualnego świata, który często nie różni się od tego rzeczywistego. Oba światy na tyle się przenikają i nakładają na siebie, że granica pomiędzy nimi zanika. Życie bez Internetu, social mediów, smartfona, tabletu i nowoczesnych technologii byłoby dla nich czymś obcym i nienaturalnym. Wielu z nich przecież korzystało już z internetu 
zanim nauczyło się czytać i pisać.

Raport Newspoint polegał więc na określeniu cech pokolenia na przykład korzystanie z mediów i nowych technologii, zainteresowanie telewizorem, prasą, książką, określenie sposobów komunikacji np. telefon oraz trendów społeczno-kulturowych i zachowań. 


Autor raportu zaznacza również, że osoby urodzone w okresie dwóch czy trzech lat w przód od dat granicznych, mogą prezentować cechy charakterystyczne dla wcześniejszej grupy. 

Jorrie Varney, mama i pielęgniarka oraz autorka bloga poświęconego wychowaniu dzieci, trafnie określa siebie (urodzoną w 1980 roku) jako tak zwaną Xennial (pokolenie pomiędzy X a millenial) Nie potrafi bowiem do końca zidentyfikować się ani z jedną, ani drugą grupą. 
Moje pokolenie, pisze Varney, było ostatnim, które dorastało bez współczesnej technologii i zarazem pierwszym, które doświadczyło przesyłania wiadomości, mediów społecznościowych czy randek przez internet (...) Nie wiedzieliśmy co to selfie i nie mieliśmy niekończącego się źródła rozrywki, a oczekiwanie na kolejny odcinek ulubionego serialu czasem oznaczało również walkę o pilota. 
Nie można się z tym nie zgodzić. W czasach Netflixu i smartfonów nie potrzebujemy na nic czekać, a aparat fotograficzny stał się często po prostu zbędny. 

Xennialsi, czyli tak zwana mikro generacja to ludzie, którzy doświadczyli "analogowego dzieciństwa" i "cyfrowej dorosłości". To osoby posiadające cynizm Generacji X oraz zapał, determinację i optymizm millenialsów. 

Różnice pokoleniowe istniały zawsze. Między nami a naszymi babciami można powiedzieć też była przepaść, ale czy aż taka? Temat bardzo mnie zainteresował oczywiście z względu na moje dzieci, które co by nie mówić należą do pokolenia XD. I choć jeszcze tego nie wiedzą, świat nie potrafi obyć się bez Internetu. Bo w Internecie jest niemal wszystko, czego potrzebuje dzisiejsze dziecko. Jest rozrywka, informacja, cały wirtualny świat potrzebny do funkcjonowania na różnych płaszczyznach życia. Dociera wszędzie i czasem ciężko znaleźć granicę między tym co prawdziwe, a tym co wirtualne. 
Dla osób z pokolenia XD wszystko musi być dostępne od ręki, tu i teraz, dlatego też smartfon stał się nieodłącznym źródłem wszystkiego, czego im potrzebne na daną chwilę (informacja, kontakt z kimś itd.) 


Znak naszych czasów to młodzi ludzie z oczami wbitymi w ekran smartfona. Jak można zauważyć, telewizja znajduje się na ostatnim miejscu w hierarchii ważności mediów biorąc pod uwagę zasięganie informacji. Komputer/laptop, który kiedyś był jedną z ważniejszych nowinek technologicznych, uplasował się dopiero na drugim miejscu. Pokolenie BB wybierze właśnie telewizję i książki. Social media nie są dla nich ważne, a co za tym idzie nie są oni świadomi zagrożeń jakie niesie za sobą korzystanie z Internetu.
Wprawdzie obsługa nowych technologii nie sprawia im żadnych trudności, dla osób z pokolenia X, telewizja nadal jest ważna - to właśnie na niej zostali przecież wychowani. Kolejne pokolenia to już Internet. 

Portale społecznościowe.

Dla najmłodszego pokolenia, portale społecznościowe to ogromna część ich życia, jednakże odchodzą oni od tych na których udzielają się ich rodzice. Przykładem jest Twitter, z którego generacja Z nie korzysta tak aktywnie. Idąc ulicą w okolicach szkoły, możemy spotkać grupki dzieciaków wracające do domu, pochylone nad telefonem. Co robią? Pochłaniają ogromne ilości kontentu wizualnego, czyli obrazów i wideo. Oglądają przeróżne treści na YouTube, korzystają z Instagrama, a 2/3 użytkowników Facebooka to właśnie pokolenie Z i Y.

Twoje pokolenie.

Czasami rozmawiając z ludźmi słyszymy, że nie do końca odnajdują się w dzisiejszych czasach. Dotyczy to zwykle tych, którzy żyli na przestrzeni co najmniej dwóch generacji. Ale nie tylko. Bywa, że ludzie lepiej odnajdują się w czasach rodziców, dziadków. Przemawia do nich na przykład sztuka, muzyka, czy styl życia. Dlatego też, określenia konkretnego człowieka bywa sprawą indywidualną. Jednak na podstawie zachowań w wirtualnym świecie i wobec nowych technologii, można utworzyć pewną charakterystykę pokoleń. Poniżej znajdziecie więc cechy, jakimi wyróżniają się przedstawiciele danej generacji. Ciekawa jestem do której zakwalifikujecie siebie :))

Pokolenie BB a nowe technologie

  • Słabo obeznani z nowymi technologiami, których cały czas muszą się uczyć
  • Preferują tradycyjne media, telewizję i książki
  • Rzadko korzystają z internetu i aplikacji mobilnych 
  • Rzadko korzystają z social mediów 
  • Nie są świadomi cyber zagrożeń 
Pokolenie X a nowe technologie
  • Wychowani w dobie telewizji, którą preferują w stosunku do komputerów i rozwiązań mobilnych
  • Obsługa nowych technologii nie stanowi dla nich problemu
  • Bardzo dobrze się odnajdują w komunikacji i rozwiązaniach e-mailowych 
  • Nie są tak często online, jak młodsze pokolenia 
  • Nie lubią zmieniać rozwiązań, które znają
Pokolenie Y a nowe technologie
  • W każdej dziedzinie życia aktywnie korzystają z nowoczesnych technologii i mediów cyfrowych
  • Są niemal ciągle online 
  • Żyją w „globalnej wiosce” i dzięki internetowi nawiązują znajomości na całym świecie 
  • Ważniejsza staje się dla nich jakość życia i nowe doświadczenia życiowe, niż posiadanie dóbr 
  • Są dobrze wykształceni i gotowi dalej się edukować i rozwijać
  • Wychowali się w realiach wolnego rynku 
  • Cechuje ich wysokie mniemanie o swoich umiejętnościach, przekonanie o własnej wyjątkowości, wysokie oczekiwania oraz silna awersja wobec krytyki 
  • Przedkładają komputery ponad telewizję i mobile 
Pokolenie Z a nowe technologie
  • Snują wielkie plany życiowe i zawodowe w powiązaniu z nowoczesną technologią
  • Korzystają z wielu rozwiązań i urządzeń 
  • Wiedzę czerpią z aplikacji, blogów, forów i platform społecznościowych 
  • Dzięki smartfonom i tabletom szybko wyszukują potrzebne informacje i znajdują odpowiedzi na nurtujące problemy 
  • Chętnie dzielą się wiedzą z innymi w świecie online (szczególnie poprzez media społecznościowe) 
  • Mają ogromną potrzebę kontaktu z rówieśnikami, ale głównie w świecie wirtualnym 
  • Są świadomi zagrożeń czyhających w sieci 
  • Do pisania używają smartfonów i komputerów 
  • Bardzo dużo podróżują 
  • Ważne jest dla nich budowanie relacji społecznych 
  • Najchętniej chłoną kontent w postaci obrazu i video 
  • Są ciągle online 
  • Przedkładają smartfony i mobile ponad komputery, nie potrzebują telewizji

Charakterystyka pokoleń dla rynku pracy

Pokolenie BB na rynku pracy
  • Bardzo lojalni – często oddani jednemu pracodawcy przez całą karierę – nie szukają nowych wyzwań
  • Mają bardzo bogate doświadczenie zawodowe 
  • Praktycy, którzy doświadczyli wielu zagadnień znanych innym pokoleniom tylko z książek, poradników i artykułów
  • Przezwyciężyli wiele kryzysów 
  • Doskonali mentorzy – najlepiej potrafią wdrożyć do pracy nowe osoby 
  • Wiedzą w jaki sposób współpracować z różnymi typami kierowników i współpracowników 
  • Dobrzy negocjatorzy w kontaktach handlowych 
  • Unikają konfliktów 
  • Dyspozycyjni – mają dorosłe dzieci 
  • Najbardziej z wszystkich pokoleń boją się utraty pracy
  • Preferują kontakty osobiste
Pokolenie X na rynku pracy
  • Lojalni – najczęściej kilka razy w życiu zmieniają pracę i to głównie wtedy gdy muszą
  • Bogate doświadczenie zawodowe 
  • Cenią sobie równowagę między życiem osobistym i zawodowym
  • Preferują kontakty osobiste i telefoniczne 
  • Najłatwiej się z nimi współpracuje, gdyż szybko się adaptują do nowego otoczenia i warunków pracy 
  • Bardzo samodzielni 
  • Nie lubią dużych zmian
Pokolenie Y na rynku pracy
  • Chcą pracować, ale nie przez całe życie
  • Praca nie powinna ich ograniczać 
  • Chętnie zakładają własne biznesy 
  • Są mniej lojalni niż pokolenie X – częściej zmieniają pracę
  • Ważny jest dla nich elastyczny czas pracy 
  • Potrafią planować długoterminowo 
  • Przełożonych traktują, jak równych sobie pracowników, ale z szerszymi kompetencjami 
  • Oczekują od pracodawcy wyznaczania konkretnych celów, doceniania i partnerskich relacji 
  • Są mniej samodzielni niż poprzednie pokolenie 
  • Są lepiej przygotowani do pracy w czasach wolnego rynku i globalizacji 
  • Najczęściej postrzegają zasady procesów rekrutacyjnych, jako dość trudne 
  • Dobrze rozwiązują często pojawiające się problemy, ale dużo gorzej wypadają w przypadku tych niestandardowych 
  • Preferują kontakty mailowe i telefoniczne 
Pokolenie Z na rynku pracy


  • Wkraczają na rynek pracy już jako studenci a nawet wcześniej
  • Nie przywiązują się do jednego pracodawcy, są skłonni do jeszcze częstszych zmian pracy niż pokolenie Y 
  • Chcą tworzyć własne bardzo kreatywne biznesy, których wzorce czerpią z sieci i rynków zagranicznych 
  • W pracy miewają trudności z kontaktem bezpośrednim i przełożonymi ze starszych pokoleń 
  • Mają wysokie wymagania 
  • Są jeszcze mniej lojalni niż pokolenie Y 
  • Lepiej radzą sobie z najnowszymi aplikacjami 
  • Preferują kontakty mailowe, sms-owe i poprzez komunikatory

Podsumowanie

Pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam komputer Atari u koleżanki, która zaprosiła mnie do siebie do domu. Miałyśmy wtedy pograć w pierwszą dla mnie grę, ale niestety nie udało się. Okazało się, że gra musiała najpierw zostać wgrana ze specjalnej kasety, a zanim to się dokonało, moi rodzice już przyjechali mnie odebrać. Następnym razem zrobiła to przed moim przyjściem i oto pierwszy raz w życiu zagrałam w grę, w której na planszy wchodziło się coraz to wyżej niczym po drabinie, po drodze zbierając odpowiednie nagrody. Było to dla mnie coś niesamowitego.
Pamiętam też jak dostałam w prezencie pierwszego Walkmana, rewolucyjny wynalazek, pozwalający na słuchanie muzyki poza domem. Wprawdzie moje urządzenie miało tylko przewijanie do przodu, więc chcąc posłuchać jakiejś piosenki raz jeszcze musiałam najpierw kasetę przełożyć na drugą stronę, ale co tam. I tak byłam najszczęśliwsza na świecie. Z jednej strony dumnie chodziłam z psem po parku, słuchając na przemian kilku kaset jakie wtedy miałam, a z drugiej ciągle miałam obawy, czy aby nikt mi tego Walkmana nie ukradnie.
I pamiętam mój pierwszy telefon komórkowy, w sieci Idea (dzisiejszy Orange, dla tych, którzy nie pamiętają) i mój pierwszy wysłany sms.
Nie oszukujmy się. Te czasy już nie powrócą. Dla naszych dzieci telefon komórkowy z dostępem do internetu to nic nadzwyczajnego. Wiem, że nie będą one żyć tak jak ja, ale chciałabym, by nauczyły się mądrze korzystać z dobrodziejstw jakie niesie ze sobą dzisiejszy świat. Bo cała ta technologia może być  przecież pożyteczna.




Źródło:
Wikipedia, www.natemat.pl, www.blog.newspoint.pl, www.sammichespsychmeds.com
Zdjęcia:Pixabay









poniedziałek, 18 marca 2019

Jedyne takie lato.


Witajcie kochani w nowym tygodniu! Wczoraj przyszła do nas wiosna. To pierwszy taki cudny dzień w tym roku. Wprawdzie dziś jest już dużo chłodniej, ale słonko nadal świeci i można powiedzieć, że już bliżej niż dalej :) 

Bardzo jestem ciekawa jaka pogoda czeka nas w tym roku. Powiem wam szczerze, że jak żyję tyle lat na tym świecie to nie pamiętam tak długiego i gorącego lata jak w 2018. Fakt, bywało, że lipiec był gorący, ale wtedy sporo padało w sierpniu. Albo odwrotnie. Lipiec był deszczowy, ale za to sierpień był piękny. Zeszły rok był pod tym względem wyjątkowy. Wielkanoc była chłodna, ale za to potem rozpoczął się okres cudownej pogody, który prawie nieprzerwanie trwał do października. Mam nadzieję, że teraz też tak będzie. Nie ukrywam, że kocham ciepełko i ponieważ na zagraniczne wakacje wyjeżdżamy przed i po sezonie, to w pełni mogę napawać się urokami przyrody polskiej. 

Żeby nie być gołosłownym, dziś kilka fotek wiosny w naszym ogródku, a wam życzę wspaniałego tygodnia pracy. Byle do piątku!











Hortensja


piątek, 15 marca 2019

Wiedza bezużyteczna.


No co za pogoda! Zmienia się z częstotliwością raz na 10 minut i albo leje deszcz, albo świeci słonko. Moje dziewczyny chyba znów zapodały mi jakieś paskudztwo z przedszkola, to znaczy one smarknęły ze 3 razy w chusteczkę, a ja już trzeci dzień leżę... Mam nadzieję, że już jutro będzie dobrze, bo we wtorek przyjeżdżają goście i wypadałoby chatę trochę posprzątać ;) 

Na początku pragnę nadmienić, że dzisiejszy temat nie wynika z desperacji chorej osoby ;) Już dawno nosiłam się z zamiarem napisania o szkole, nauczycielach, uczniach, edukacji i oświaty. Bardzo jestem ciekawa waszych opinii jako rodzice dzieciaków, które już chodzą do szkoły, oraz tych, których tak jak mnie dopiero to czeka. Jak widzicie to wszystko swoimi oczami? Dzisiejszy post to moje własne doświadczenia jako nauczyciel, który bezpośrednio pracował w szkole oraz jako nauczyciel, który nadal uczy, ale już nie w szkole. Napiszę wam również o moich odczuciach jako przyszły rodzic dwóch uczennic.



Jakiś czas temu, mąż zapytał mnie, czy uważam, że gdyby dziecko nie chodziło do szkoły, tylko uczyło się nazwijmy to "z życia"(czyli od rodziców, z internetu, publikacji, podróży itd) czy nie wyniosłoby więcej wiedzy niż czerpiąc ją od nauczycieli? Pomijamy tutaj aspekty wychowawcze, adaptację w grupie itd. Chodzi stricte o przygotowanie do wykonywania zawodu. Analizując swój przypadek mój mąż doszedł do wniosku, że w zasadzie wszystko to, czym zajmuje się obecnie i co przynosi mu pieniądze, to wiedza, którą przyswoił sam. Podstawy można powiedzieć wyniósł z liceum, ze studiów, ale mówi, że tak naprawdę jest to mały procent w porównaniu z tym, czego nauczył się w praktyce (i czego nie mógłby nauczyć się sam) Zastanawiał się więc, co by było, gdyby nie chodził do liceum, nie studiował, ale miał możliwości takie, by czas wykorzystać na lepsze przygotowanie do zawodu. Owszem, dyplom jest ważny, czasem nawet konieczny, by uzyskać uprawnienia do wykonywanego zawodu, ale nie zawsze. W wielu przypadkach liczą się umiejętności, talent, spryt, dopasowanie się.
Coś w tym jest, bo przecież znany wszystkim twórca Facebooka, czy Apple'a wcale nie ukończyli studiów, szkoda im było na to czasu. Ja patrząc ze swojej perspektywy stwierdziłam, że to właśnie studia przygotowały mnie do dobrego wykonywania swojego zawodu. Może ze względu na ich specyfikę. Pomimo różnych możliwości jakie daje nam internet, kontakty z ludźmi z innych krajów, czy podróże, nie wyobrażam sobie choćby braku przygotowania pedagogicznego. Chcąc uczyć musiałam mieć ukończony co najmniej licencjat z przygotowaniem pedagogicznym. A to przygotowanie nie polegało na odbębnieniu jakiegoś kursu, tylko pełnych 3 latach zajęć po kilka razy w tygodniu, obserwacji lekcji i w końcu samemu ich prowadzeniu. Dziś nie potrzeba studiów filologicznych, wystarczy ukończyć inny kierunek z językiem i zrobić studia podyplomowe w kierunku pedagogiki. 

Jak wiecie od wielu lat nie pracuję już w szkole, ale cały czas mam z nią styczność poprzez kursy, czy indywidualne zajęcia dla dzieci. Dlatego może jako trochę obserwator, a trochę jednak osoba od zawsze zaangażowana w oświatę, chciałam przy okazji zabrać głos wobec całego zamieszania, jakie powstało wokół przygotowywanego strajku nauczycieli. 

Może najpierw tak od strony nauczyciela, żeby było ładnie :)) Myślę, że nadal pokutuje pogląd, że przedstawiciel tego zawodu niewiele robi, pracuje parę godzin dziennie i na dodatek ma długie ferie i wakacje. Uwierzcie mi, nic bardziej mylnego. Nauczyciele naprawdę pracują dużo więcej niż wam się wydaje. Pomyślcie. Każdy z nich ma kilka klas, a w nich ileś tam osób. Musi przygotować lekcję, pomoce, potem ułożyć klasówkę, sprawdzić ją.  Za moich czasów nie było dzienników elektronicznych, wystarczyło wpisać temat i ocenę. Obecnie nauczyciel ma dużo więcej pracy - musi nie tylko wpisać to co kiedyś, ale również informacje takie jak: co ma dziecko przygotować, czego szczegółowo się nauczyć i na kiedy. Z perspektywy rodzica i ucznia jest to fantastyczna sprawa. Z perspektywy nauczyciela dodatkowa robota. No bo skoro ma on kilka klas, to nie jest to sprawa kilku minut, ale trzeba poświęcić sporo czasu na uzupełnienie wszystkiego. Kolejna rzecz. Co jakiś czas mają miejsce rady pedagogiczne, które potrafią trwać godzinami! Czasami to był dla mnie koszmar, przyznaję, że nie raz wykorzystywałam ten czas na tłumaczenie tekstów piosenek pod stołem... Po prostu inaczej umarłabym przez te 4 godziny. 
Do tego co jakiś czas spotkania z rodzicami, najpierw ogólnie, potem indywidualnie. Zresztą współczesna szkoła przyjazna rodzicom ma obowiązek wychodzić naprzeciw ich oczekiwaniom, i w ten oto sposób dostają oni narzędzia w postaci możliwości komunikowania się z nauczycielem kiedy tylko chcą (mam na myśli system Librus) I tak to właśnie nauczyciele potrafią dostać wiadomość o 22 dlaczego tyle zadali uczniom na pracę domową...
Nie zapomnijcie jeszcze o wychowawstwie, które pociąga za sobą nie tylko papierkową robotę, ale choćby przygotowanie uczniów na akademię, wycieczki (żadna przyjemność, żebyście nie myśleli) i inne uroczystości organizowane przez szkołę. Dodatkowych rzeczy, nie związanych stricte z nauką można by wymieniać i wymieniać. Nie powiem już o odpowiedzialności przygotowania do egzaminów, do matury i potem w nich uczestniczeniu (zresztą za marne grosze) Jeśli więc nadal uważacie, że bycie nauczycielem to fucha, spróbujcie sami nim zostać. Wszystko to, co opisałam to w zasadzie same radości. Nie wspomniałam przecież o problemach wychowawczych, problemach z dyscypliną i innych, które nie wliczają się do godzin w etacie. 

Ja jeszcze należę do starej gwardii. Nie chodziłam do gimnazjum, zaliczyłam "jedynie" 8-stopniową szkołę podstawową, liceum i studia dwustopniowe (licencjat pozwalał mi już na podjęcie pracy w szkole) Moja pierwsza pensja wynosiła 500zł (na pełen etat) i wprawdzie było to dawno temu, to dla mnie jako młodej dziewczyny mieszkającej z rodzicami, to było prawie jak spełnienie marzeń ;) Mogę śmiało powiedzieć, że w zasadzie nigdy nie wyszłam ze szkoły. Po maturze zaraz zaczęłam udzielać korepetycji i pracować w szkole językowej (oczywiście wtedy tylko z dziećmi) Nigdy nie narzekałam, pracy było w bród, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Dojeżdżałam wtedy do dzieciaków tramwajem w inną dzielnicę i za godzinę brałam 5zł, potem 7zł a jak już przerzuciłam się na 10zł będąc na drugim roku studiów to myślałam, że to już fortuna! :) Nigdy nie liczyłam na szkołę jako moje jedyne źródło utrzymania, dlatego też nie odczuwałam niskich zarobków. Ważne było dla mnie to, że płacą mi ZUS i mając do tego działalność gospodarczą nie muszę sobie tym już zawracać głowy. Bywało, że miałam po 20 uczniów tygodniowo! a kilku czekało w kolejce jak zwolni się miejsce. 
Tak wyglądało moje życie, gdy byłam zatrudniona w szkole. Niestety nie każdy ma takie możliwości i nie każdy może sobie na to pozwolić. Ja mogę uczyć angielskiego każdego, dzieci, dorosłych, mieć kursy, uczyć indywidualnie, rozwinęłam się też w dziedzinie biznesu, więc mam co robić. Ale pamiętajcie, że mój zawód, moje wykształcenie jest specyficzne, mogę bowiem wybierać w jaki sposób chcę tę wiedzę wykorzystać. Co mają jednak powiedzieć inni przedmiotowcy? Ucząc biologii, geografii, języka polskiego, matematyki, nauczyciele mają tylko możliwość "dorobić sobie" udzielając korepetycji. Nie jest to jednak takie proste i nie każdy ma warunki do tego. Załóżmy, że nauczycielka pracuje na etacie w szkole podstawowej i ma na utrzymaniu małe dziecko. Musi zorganizować cały dzień logistycznie, pomyśleć o mężu, o domu i innych sprawach takich jak zakupy, gotowanie, więc trudno takiej osobie zorganizować dodatkowe korepetycje w domu. Kiedy czas dla rodziny? Kiedy czas na przygotowanie do pracy? Kiedy na cokolwiek innego? Nie zapominajmy również, że w etat nauczyciela są wliczone również okienka, rzadko kiedy zdarza się, żeby nie było przerw. Do tego dołóżcie dyżury na przerwach, kiedy to nie ma czasu nawet iść do toalety. I co? zaczęliście współczuć nauczycielom? Pewnie powiecie, no cóż, taki wybrali sobie zawód. 
Droga do nauczyciela dyplomowanego jest długa (wtedy faktycznie można liczyć na nieco wyższe zarobki), ale zanim to nastąpi, przez wiele lat trzeba naprawdę się natrudzić, żeby związać koniec z końcem (no chyba, że współmałżonek dobrze zarabia) Uważam, że nauczyciel powinien zarabiać więcej, ale nie będę wypowiadała się, czy strajk jest odpowiednią formą wyrażania frustracji z tego powodu.

No to teraz przechodzimy do nauczyciela w oczach ucznia i przyszłego rodzica :) Mój mąż stwierdził, że albo szkoła będzie miała przekichane jak nasze dzieci pójdą do szkoły, albo my ;) Niestety zbyt dużo wiem jak to wszystko wygląda ( z jednej i z drugiej strony) więc trudno mi będzie siedzieć cicho jeśli jakaś dziwna sytuacja będzie miała miejsce. No, ale zobaczymy. Może naślę na nich babcię, też była nauczycielkę hahaha.

Kiedy byłam z Elsą na konkursie piosenki, który odbywał się w miejscowej szkole podstawowej, córka była zachwycona. Najchętniej od razu przeszłaby do pierwszej klasy ;) No, ale wiadomo, dzieci mają inne wyobrażenie szkoły, kojarzonej raczej z byciem dorosłym. Kiedy dochodzi nauka, lekcje odbywające się w ławce i w zasadzie koniec z beztroską zabawą, większość z nich z nostalgią wraca do przedszkola. 

Ja ogólnie dobrze wspominam szkołę podstawową i liceum. Po lekcjach chodziłam na obiad do babci i dziadka, spędzałam z nimi czas, czasem odrobiłam pracę domową. Jak słowo daję nie pamiętam, żebym dzień w dzień ślęczała kilka godzin nad pracą domową, projektami i lekturami. Klasówki miałam maksymalnie dwie w tygodniu, kartkówki niezbyt często. Fakt, nauka nie sprawiała mi trudności, gdyż jestem słuchowcem i większość materiału pamiętałam z lekcji, ale chodzi o sam fakt przygotowania do przedmiotu. Ja się naprawdę nie dziwię, że dzieci mają dość. Materiał jest przeładowany i czasem zupełnie bezsensowny. Do tego każdy podręcznik jest w komplecie z ćwiczeniami, nawet do religii! Kiedy zobaczyłam co te dzieciaki muszą się uczyć na tym właśnie przedmiocie, prawie spadłam z krzesła. Nie dość, że do religii (podaję przykład 4 klasy) jest podręcznik naszpikowanymi wydarzeniami, terminologią, to na dodatek są do tego ćwiczenia, które dziecko musi wypełniać na bieżąco. Za moich czasów religia była jednym z przyjemniejszych przedmiotów, z którego nikt się nie wypisywał. Jeżeli nie chciał słuchać, odrabiał jakieś lekcje. I tyle. Zwykle lekcja polegała na zapisaniu w zeszycie paru faktów i rozmowie. Oczywiście, że raz na jakiś czas była klasówka, ale czy zdanie jej na piątkę zrobi z nas świętych? Ja rozumiem, że pani katechetka, świecka, żeby nie było, musi z czegoś wystawić oceny, ale czy o to chodzi w tym wszystkim? Czy naprawdę nie ma innych sposobów ewaluacji wiedzy? 
Kolejny przykład. Technika. Za moich czasów nazywało się to ZPT (dla tych co nie wiedzą - Zajęcia Praktyczno-Techniczne) Kolejny fajny przedmiot. Robiliśmy kanapki, szyliśmy, a nawet raz sklejaliśmy model samolotu (słabo mi poszło, dlatego kończył za mnie mój tata w domu - do tych rzeczy nigdy nie miałam nerwów ;)) A teraz? Nie wiem jak w innych miastach, innych szkołach, ale u nas nigdy dzieciaki nie robiły kanapek, tak naprawdę nigdy nie robiły nic praktycznego. Ale za to na sprawdzian musiały nauczyć się definicji roweru, oraz jak naprawić każdą jego część. Powiedzcie mi, po co? Kolejny przykład. Tego to ja już zupełnie nie pojmuję. Dzieciaki miały nauczyć się znaków. Ok. Już nawet moje dziewczyny potrafią rozpoznawać niektóre, uczyły się w przedszkolu co to STOP na przykład. Wyobraźcie sobie, że od czwartoklasistów wymaga się definicji np. drogi dwujezdniowej. O ludzie! Czy oni zdają na prawo jazdy? Powiedzcie mi. Ktoś, kto to wymyślił, musiał mieć nie po kolei w głowie. Nie wiem, czy ja, po tylu latach jazdy samochodem, napisałabym zadowalającą regułę, która przyniosłaby mi dobry stopień. Czy naprawdę materiał musi być naszpikowany takimi bzdurami? Przecież dla tych dzieci to abstrakcja,a  jeśli ma to na celu ćwiczenie pamięci, to niech lepiej nauczą się wiersza...

Powstaje więc pytanie: czy w dzisiejszych czasach, w dobie internetu dzieciaki naprawdę muszą przyswajać tak bezużyteczną wiedzę? Nie wiem, czy tylko ja mam takie wrażenie, ale od kilku lat obserwuję, że uczniowie kompletnie nie potrafią myśleć. Uczą się na pamięć, zdają klasówkę i zapominają. Odpowiadają tylko na pytania:tak/nie, albo krótko, nie rozwijając myśli. Zapytani dlaczego tak sądzą, często nie potrafią udzielić odpowiedzi. Podać uzasadnienie swojej wypowiedzi? Zbyt trudne. 
Gdzie tkwi przyczyna? Wszędzie w zasadzie. Zaczyna się w nas, rodzicach. Często zdarza się tak, że oddając dziecko do szkoły, niejako "zwalamy" całe wychowanie na nią. Niektórzy potrafią być tak roszczeniowi, że nawet sobie nie wyobrażacie, a sami nie robią w zasadzie nic, by ze szkołą współpracować. Problem tkwi w systemie nauczania, w nauczycielach i w uczniach, którzy być może dobrzy są w grach komputerowych, obeznani z YouTubem i i wszelkimi komunikatorami, ale mają problem ze sformułowaniem swoich myśli.

Jak wspomniałam wyżej, chodziłam do 8 klas szkoły podstawowej. Ten system może i miał swoje wady, ale chyba większość z nas naprawdę dobrze skończyła, więc może nie było aż tak źle? Wraz z nastaniem reformy oświaty, snuto daleko posunięte plany jak ta nowa szkoła ma wyglądać. Gimbusy, sale wyposażone w najnowocześniejsze sprzęty, książki, małe klasy, nowoczesny program nauczania, no wszystko, wszystko, by ten uczeń przyswoił wiedzę. Nie będę wypowiadać się na temat tego, czy reforma spełniła swoje zadanie, czy nie, nie będę też pisała o tym, co sądzę na temat powrotu do ośmiu klas. Fakt jednak pozostaje, że coś tu nie do końca jest w porządku. Chciałabym, żeby moje dzieci skończyły szkołę i zdobyły wykształcenie. Ale wiecie co, aż żal patrzeć na takie sytuacje, w których ludzie dają z siebie wszystko, a pieniędzy zarobionych uczciwie wciąż brak. 

Miało być krótko, a wyszło jak zwykle ;) 
Tak szybciutko więc, na koniec, wracam do pytania postawionego przez mojego męża. I wiecie co? Chyba ma rację. Przynajmniej jeśli chodzi o naszą rodzinę. Ja jestem dobra w przedmiotach humanistycznych, jego domena to przedmioty ścisłe. W zasadzie tego, co potem potrzebne do życia dzieci mogą nauczyć się od nas. Problem w tym, że nie każdy ma taką możliwość, by pracować z dzieckiem w domu, nie każdy potrafi, nie każdy ma wiedzę. Dlatego też, reforma oświaty jest konieczna, nie tylko pod względem lepszych zarobków dla nauczycieli. Nie potrzeba nam dyplomowanych magazynierów. Potrzeba dobrych fachowców i ludzi z pasją wykonujących swoją pracę. Za godziwe pieniądze. 




Wspaniałego weekendu moi drodzy wam życzę! Jeśli sprawdzi się prognoza pogody, w niedzielę będziemy mieć prawdziwą wiosnę!




wtorek, 12 marca 2019

Krakowiaczek jakiego nie znacie.


Kraków. Jedno z piękniejszych miast Polski. Kiedyś dość często przeze mnie odwiedzany, jednak ostatnio jakoś mi nie po drodze. Pamiętam jak przed laty jeździliśmy do Zakopanego pociągiem, to przesiadka zawsze była właśnie w Krakowie. Nawet raz jechałam takim dziwadłem, który po pół godzinie wracał tymi samymi torami, zbierając ludzi z pobliskich wsi. Coś niesamowitego, myślałam, że pociąg zwyczajnie zawrócił do tej samej stacji, a on miał taką po prostu trasę. No nic. Miałam napisać o czymś innym, ale wyszło jak zwykle, czyli przypomniało mi się tysiące innych wydarzeń z przeszłości. 




Jakiś czas temu, w przedszkolu dziewczynki miały czytaną legendę o Smoku Wawelskim. Podekscytowane przyszły do domu z pytaniem, czy pojedziemy do Krakowa. Jako, że w czerwcu wybieramy się obejrzeć Ogród Lawendy, znajdujący się chyba jakieś 40km od Grodu Kraka, postanowiliśmy, że czemu nie. Od tamtej pory dziewczynki wspominają co jakiś czas, że koniecznie muszą zobaczyć jak smok zieje ogniem (zdradziła mi koleżanka, że można go aktywować smsem - no cóż, nawet smok idzie z postępem) 

No, ale do rzeczy. Na pewno macie takie piosenki, po polsku, czy po angielsku, których słuchaliście tysiące razy a i tak nie wiecie co tam jest śpiewane :) Dla mnie jako dziecka, była to piosenka o Pszczółce Mai, zresztą wspominałam wam już kiedyś. Za nic nie dałam się przekonać rodzicom, że pan Wodecki śpiewa "Maja fruwa tu i tam" a nie "Maja gruba tu i tam" 
Moim dziewczynom rzadko zdarza się przekręcać słowa, ale jak już taka sytuacja ma miejsce to czasem można boki zrywać.

- Mamusiu, co tam jesz?, pyta któregoś dnia Elsa.
- Nasionka Chia.
- A, to tak jak z naszej piosenki!
Chwila konsternacji.
- Której piosenki?
- No tej, o Krakowiaczku.
- I tam były Chia?
- No Krakowiaczek był Chia przecież!

 Jest taka piosenka w naszej samochodowej składance przebojów "Krakowiaczek jeden, krakowskiej natury" i w pewnym momencie słowa lecą tak: Krakowiaczek ci ja, któż nie przyzna tego... No toż to jak nic Krakowiaczek "czija" :D 
Dziewczyny śpiewają dalej:

- ... "siedemdziesiąt kółek i nasika niego 
- Że jak?, prawi krztuszę się tą szałwią hiszpańską. 
- No nasika na niego, odpowiada zdziwiona Misia. 

Nie dopytywałam kto na kogo, bo brnęłabym dalej w tę historię, więc poprawiłam je, że tam słowa brzmią "u pasika mego"
Pomyślały, pomyślały i ... i nasika niego - tak już zostało, przynajmniej na razie ;) 
Co by nie mówić, w myśl trendu dobrego odżywiania, Krakowiaczek również pozostaje ekologiczny, a nasiona Chia, na pewno wyjdą mu na zdrowie!









poniedziałek, 11 marca 2019

Niepłodności nie ma (?)


Witajcie kochani w kolejnym tygodniu. Dla mnie poniedziałki są trudne, znów trzeba wskoczyć w tryb wstawania wcześnie, odwożenia dzieci do przedszkola, pracy i sprzątania. Kiedy dziś na dodatek zobaczyłam, że w nocy spadł śnieg, miałam ochotę wrócić do łóżka i odwołać zajęcia. Brrr. Teraz po śniegu wprawdzie zostało tylko wspomnienie, ale nadal pogoda nieciekawa, pomimo tego, że świeci słonko. 

Na takie widoki czekam...


Dziś chciałabym powrócić do tematu niepłodności. Jakiś czas temu pisałam wam o tym jak trudno było utrzymać kontakty z innymi koleżankami, które pozachodziły w ciążę. Co by nie mówić, w przyjaźniach jednak łączy nas wspólny świat, środowisko. Nie trudno więc o znajomości w szkole. Razem przeżywaliśmy klasówki, uczyliśmy się, rozmawialiśmy o rozterkach miłosnych, czy obrażaliśmy się na cały świat. 
W miarę dorastania, te drogi czasem się rozchodzą i choć nadal się lubimy, to często brakuje tak zwanej części wspólnej. I myślę, że to jest naturalne, bo jedna osoba na przykład skupia się na wykształceniu i karierze, a druga szybko zakłada rodzinę.  Z niepłodnością bywa podobnie. Choć nasza przyjaciółka dobrze nam życzy, to jednak trudno zwierzać się osobie, która sama właśnie urodziła drugie dziecko. I nie ma co tu upatrywać w kimś winy, tak po prostu się dzieje. Dlatego sytuacje takie bywają krępujące dla obu stron. Kiedy rozmawiam z przeróżnymi osobami, nagle okazuje się, że w zasadzie nie mają nikogo takiego, z kim mogłyby porozmawiać i poczuć się lepiej. 
Brak empatii, zapatrzenie na siebie to tylko jedne z czynników, przez które oddalamy się od siebie. Dziś chciałabym przekazać wam inne spostrzeżenia i opisać pewne zjawisko - nieświadomą ignorancję

Kiedy starałam się o potomstwo, byłam oczywiście młodsza, więc większość z moich koleżanek również nie miała jeszcze dzieci. Starałyśmy się razem, choć wraz z upływem czasu im udawało się, a ja w końcu zostałam prawie sama na placu boju (nie licząc jednej koleżanki i tych, które nawet nie wyszły za mąż) Będąc pierwszy raz w klinice niepłodności dopiero zobaczyłam jak wielki jest to problem. Spotkałam tam ludzi młodych i starych, pięknych i brzydkich, na oko wykształconych i tych prostych. Ale wszystkich łączyło jedno - nie mogli mieć dziecka. Podczytywałam wtedy też forum Bociana, gdzie również to zjawisko widać jak na dłoni. Tym żyłam, tak wyglądał mój świat. Wiedziałam, że niepłodność to nie mit i że nie jestem w tym sama. 

Nie uwierzycie, ale wszystko zmieniło się, od kiedy sama mam dzieci. Przez te ostatnie kilka lat, nie spotkałam ani jednej osoby, która miałaby problem z płodnością. Ani jednej ... (oczywiście nie licząc moich blogowych koleżanek) Zero. Ale to nie wszystko. Ludzie, których poznaję, mają nie jedno dziecko, ale co najmniej dwoje, a w większości przypadków nawet troje! Między dziećmi nie ma dużej różnicy wieku, więc śmiem domyślać się, że długo nie czekali. Nie chciałabym oceniać po pozorach, bo oczywiście za każdym nieznajomym kryje się jakaś historia, której nie znam, być może faktycznie na pierwszą ciążę czekali długo, a potem coś się odblokowało, ale sam fakt pozostaje - dziś mają ich kilkoro. Patrzę tak choćby po dzieciakach z naszego przedszkola. Nie uwierzycie, ale mało znam takich, które są jedynakami. Większość rodzin ma co najmniej dwójkę pociech, a rekordzistką już jest pani, która nosiła na rękach niespełna roczną córkę, przyprowadzając synów do przedszkola i będąc w czwartej ciąży. Teraz przychodzi z nosidełkiem i coś mi się wydaje, że będzie mieć kolejne. Nie wiem, czy zdecydowałabym się na tyle dzieci, nawet gdybym mogła. Nie jestem za tym, żeby dziecko było wychowywane przez starsze rodzeństwo, ale co ja się tak znam. Nawet jednego nie udało mi się urodzić, więc już siedzę cicho...

To wszystko skłoniło mnie do pewnych przemyśleń. Skoro obracam się teraz w innym środowisku (ja, która świadomość niepłodności mam w jednym paluszku) i nie spotykam nikogo tak namacalnie, kto walczyłby z niepłodnością, to jak ci ludzie, którzy nie mają bladego pojęcia jak to jest "nie móc" mają być empatyczni? Tym wszystkim mamom z przedszkola opadłaby chyba szczęka do samej ziemi, gdyby dowiedziały się, że moje dzieci pochodzą z adopcji, a ja sama przez wiele lat leczyłam się i walczyłam o ciążę. Pewnie usłyszałabym moje ulubione zdanie: No w ogóle nie było po tobie widać, że masz problemy. Tak drodzy państwo, wbrew pozorom niepłodności nie widać tak jak widać złamaną nogę. Nie widać żadnej choroby, która w jakiś sposób nie charakteryzuje się fizyczną niepełnosprawnością. Jeśli właściwie nie patrzysz, nie widać depresji, załamania nerwowego, nie widać też psychicznej przemocy, czy zwykłego smutku. Nie każdy posiada tę umiejętność patrzenia dalej niż widzą oczy (i spójrzmy prawdzie w oczy, nie każdy też chce.) Bo cóż zrozumie mnie mama, która właśnie "wpadła" z drugim dzieckiem. Ja nie wpadłam z ani jednym. Ba! Nawet nie udało się tego zaplanować. A ona wpadła dwa razy i to nie wiadomo, czy z tym samym mężczyzną. Dlatego nie dziwię się, że ludziom tak trudno uznać niepłodność za chorobę, dlaczego tak trudno ją dostrzec. Jeżeli ktoś przebywa w takim środowisku, w którym jej nie ma, musiałby wykazać się wielką dojrzałością i wrażliwością, by zauważyć, że istnieje.

Tak na koniec powiem wam, że patrząc na to wszystko, można byłoby uznać, że świat jest strasznie niesprawiedliwy - jednym daje więcej innym nie daje nic. I tak w zasadzie jest, patrząc naszym ludzkim okiem. Staram się jednak patrzeć dalej i głębiej niż tam, gdzie sięga wzrok, by nie być ślepcem podobnym do wszystkich tych ludzi, którzy nie zauważają, że świat nie kończy się na nich. Każdy z nas powołany jest do czegoś innego, więc przyjmuję z pokorą ten dar niepłodności, bo dziś wiem, że zaprowadzi mnie tam, gdzie właściwa biegnie droga.

Wspaniałego tygodnia moi drodzy, życzę Wam dużo radości i uśmiechu, niech wiara w przyszłość nigdy nie ustaje. Nie oglądajcie się za siebie, nie oglądajcie na boki, idźcie przed siebie i nie zbaczajcie z właściwej drogi. 




piątek, 8 marca 2019

Niemiec płakał jak kasę wypłacał.

W piątki staram się nie poruszać trudnych tematów, więc tradycyjnie coś lajtowego ;) Tak szczerze mówiąc, gdyby nie to, że historia, którą wam dziś opowiem dotyczy mojej rodziny, pewnie trudno byłoby mi we wszystko uwierzyć. Będziecie więc musieli mi zaufać, że taka sytuacja miała miejsce :)



Mieszkając w blokach, byliśmy w posiadaniu tylko jednego samochodu, którym na co dzień dojeżdżałam do pracy (umawiałam się wtedy na późniejsze godziny, by nie stać w korkach) Mąż miał do pracy około 5 kilometrów co rankami stanowiło jakieś 45minut  autem, czy autobusem. W miarę upływu lat starałam się znajdować sobie pracę coraz bliżej domu, więc coraz częściej samochód zostawał w domu. Mąż wolał chodzić na piechotę lub jeździć na rowerze. To była jedna z zalet mieszkania w tym miejscu. Wszędzie blisko, nie byliśmy uzależnieni od niczego. Gdy jednak zapadła decyzja o przeprowadzce za miasto, sytuacja zmieniła się. Bo cóż z tego, że nasze stare miejsce zamieszkania znajduje się tylko 15 minut od nowego, w zasadzie zaraz za tablicą o wyjeździe z miasta, skoro tam można dostać się tylko samochodem. No niby jeździ autobus, ale wiecie jak to jest- jeździ ich zaledwie kilka w ciągu dnia. Najszybciej dojechać własnym środkiem transportu, a poza tym człowiek nie jest uzależniony od niczego. Mieliśmy już wtedy w domu dwa szkraby i nie bardzo mogliśmy pozwolić sobie na niepotrzebną stratę czasu choćby ze względu na to, że autobus nie przyjechał, czy stanął w korku. Postanowiliśmy więc kupić nowe auto. Nowe mam na myśli oczywiście nowe dla nas ;) Trudno było wtedy wygospodarować jakieś ekstra fundusze, ponieważ byliśmy w trakcie budowy domu i wszelkie finanse były kierowane właśnie w tym kierunku, ale nie było wyjścia. Musiałam być niezależna, kiedy mąż pojedzie do pracy. Ktoś przecież musiał odwozić dzieci do żłobka, czy jechać na zakupy. Nowe samochody są bardzo drogie, szybko tracą na wartości, więc zwykle oglądamy się za czymś z drugiej ręki. I tak poprzedni samochód został sprowadzony z Niemiec. Lubimy auta z zagranicy, ponieważ mają zupełnie inne wyposażenie, nie są aż tak zniszczone jak większość naszych jeżdżących po polskich drogach no i przede wszystkim spora część tych, które są u nas na rynku (patrząc choćby po otomoto.pl) i tak jest sprowadzana, tylko przez kogoś innego. Wolimy więc nasze auta przywieźć sami, bo wiadomo jak to auto wyglądało, czy nie miało wypadku itd. Wszystko super. Trzy lata temu, zaraz po Wielkanocy, mój mąż razem ze swoim teściem, czyli moim tatą, pojechali obejrzeć samochód, który znaleźliśmy na jednym z najpopularniejszych portali. Tak naprawdę to opcji było kilka, więc gdyby ten okazał się niezgodny z opisem, panowie mieli wybór. Nie do końca byłam może przekonana co do tego zakupu, ponieważ był to samochód w automacie, ale mąż przekonał mnie, że szybko się przyzwyczaję. No ok, zgodziłam się. 
Następnego dnia, przywieźli więc nasz nowy nabytek, wszystko poszło gładko, w urzędzie szybko załatwili papiery. W Polsce również bez żadnych problemów zarejestrowaliśmy auto i otrzymaliśmy polskie numery. I teraz uwaga, wreszcie główny wątek ;)

Był maj, w domu trwały ostatnie przygotowania do przeprowadzki, mój mąż z moim tatą działali więc codziennie, byśmy mogli na koniec miesiąca przenieść się na stałe. Pewnego dnia, pod dom podjechał nieoznakowany radiowóz. Okazało się, że nie pierwszy raz zawitali w nasze progi, ale wcześniej nie mieli szczęścia zastać właściciela. Po jakimś czasie odebrałam telefon od męża, że ... policja skonfiskowała nasze nowe auto. Nie mogłam w to uwierzyć. Podobno została zgłoszona jego kradzież, uwaga, po 2 tygodniach od zakupu. Wydało nam się to bardzo dziwne, przecież chyba nie trudno zauważyć od razu, że z podwórka zniknęła rzecz większa od człowieka. Ale to był dopiero początek. Początek sprawy, która jest tak zawikłana, że aż trudno byłoby samemu napisać podobny scenariusz. Nie było łatwo. Sytuacja rysowała się następująco: mąż - potencjalny paser, niecały miesiąc do przeprowadzki, nie ma auta, nie ma kasy. I tu wielkie uznanie dla naszych policjantów, którzy widząc, że mają do czynienia z uczciwym obywatelem, mężem i ojcem dwójki dzieci, podeszli do sprawy z wielką wyrozumiałością. Najpierw pozwolili mężowi pozabierać co się dało z pojazdu (został odholowany na parking policyjny), a potem poinstruowali co dalej nastąpi. Nie mieliśmy wyjścia. Wiedzieliśmy, że sami sobie nie poradzimy, więc postanowiliśmy wynająć prawnika. Ale żeby nie było tak łatwo, prawnik musiał być z Niemiec, znać niemieckie prawo, móc występować w naszym imieniu. Po wielu poszukiwaniach, udało się namierzyć kogoś zaraz za granicą polską, u którego pracowała pani władająca naszym ojczystym językim. Swoją drogą byłam zdziwiona, że w kancelarii niemieckiej, nikt nie potrafił porozumiewać się po angielsku! Nie byli to ludzie z poprzedniej epoki, więc tym bardziej  przeżyliśmy szok. Myślę, że u nas w Polsce posługiwanie się językiem angielskim, lepiej lub gorzej, to standard. No nic. Za pierwszą rozmowę telefoniczną, musieliśmy oczywiście zapłacić odpowiednią ilość euro, traktowane to było jak zwykła porada prawnicza. Potem mieliśmy wybór, albo płacić za każdym razem, albo wpłacić zryczałtowaną sumę i korzystać do woli. Tak właśnie rozpoczął się długi proces wyjaśniania co tak naprawdę się stało. Nawet nasza bogata wyobraźnia nie pozwalała nam na stworzenie wiarygodnego scenariusza wydarzeń. Po jakimś czasie okazało się, że nasz samochód został skradziony z innego Autohaus'a (salonu) wraz z kilkoma innymi egzemplarzami. Ale nadal nie wyjaśniało to dlaczego została ona zgłoszona tak późno. Czy naprawdę mieli tak dużo aut, że nie sposób było zauważyć braku kilku z nich? Wątpię. Już wtedy byliśmy pewni, że to jakiś większy przekręt. W międzyczasie, do naszego komisariatu zadzwonił ktoś z Niemiec, prosząc o wydanie samochodu. I tu znów brawa dla naszej Policji, która stwierdziła, że póki nie ma żadnego wyroku, to oni auta nie zwrócą, bo muszą dbać o swojego obywatela i jego mienie. Do mojego męża aspirant skomentował, że nie będzie mu tu jakiś Niemiec mówił co on ma robić ;) Mój mąż na szczęście został oczyszczony z jakichkolwiek zarzutów, samochód został kupiony za uczciwą cenę, taką jak inne tej klasy, więc nie było mowy o przestępstwie. Auto miało wszystkie papiery, dwa kluczyki, kartę pojazdu, więc tym bardziej było to dla nas dziwne, że nagle ginie tego typu auto, w zasadzie z całym kompletem dokumentów. Co było dalej. Kancelaria wysyłała pisma do salonu z którego zakupiliśmy pojazd, z wnioskiem o unieważnienie umowy kupna-sprzedaży. Oni oczywiście też zatrudnili prawnika i odsyłali pisemka z wyjaśnieniem, że oni nie wiedzieli, że ono jest kradzione. Tylko, że jako salon, powinni odpowiadać za auta, które sprzedają. Pozostawało nam więc jedno. Podać ich do sądu...
Wszystko pięknie, ale skąd wziąć na to pieniądze? Okazało się jednak, że możemy się zwrócić do niemieckiego sądu z wnioskiem o pokrycie kosztów procesowych przez państwo niemieckie. Mąż przez kilka dni przygotowywał wszystkie potrzebne dokumenty - zaświadczenie o zarobkach, faktury, wydatki, kredyty, wyciągi z kont, koszty... Czekaliśmy z niecierpliwością na odpowiedź, weryfikacja trwała bowiem bardzo długo. W międzyczasie, minęło pół roku odkąd zabrali nam samochód. I wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, kiedy policjant zadzwonił do mojego męża, że chcą nam go ... oddać. Jak się okazało, policja po upływie pół roku musi płacić za parking dość spore sumy, więc stwierdzili, że nie wiadomo kiedy to wszystko się zakończy, więc warunkowo zwrócą nam samochód ;) Odbierając samochód w towarzystwie policjanta, mąż dowiedział się, że pierwszy raz w jego 15-letniej karierze, oddaje komuś samochód, który wcześniej sam skonfiskował ;) No i tak wylądowaliśmy w domu z 3 samochodami: kradzionym, którego nie mogliśmy sprzedać, starym i jeszcze jednym "nowym", którego byliśmy zmuszeni zakupić, gdy biały (tak go nazywaliśmy ze względu na kolor) stał na parkingu policyjnym. 
No i wreszcie radość. Otrzymujemy informację, że przyznano nam bezkosztowy proces. Od czasu odebrania samochodu mijają miesiące, aż dostajemy informację o przymusowym stawieniu się do sądu w Niemczech. Sprawa wyznaczona jest na koniec sierpnia, więc postanawiamy połączyć wyjazd z jesiennym wyjazdem na wakacje. Pierwszy raz w życiu, jadąc nad morze zabraliśmy ze sobą garnitur, ale sytuacja wiadomo, dość niezwykła. Dzień przed rozprawą meldujemy się w kancelarii, by omówić szczegóły. Jako, że wszystko dzieje się tuż za naszą polską granicą, wracamy do kraju na nocleg. Miejsce bardzo przyjemne, wysypiamy się i rano wstajemy na śniadanie. Powiem wam, że nie wiem jak to się stało, ale gdzieś między posiłkiem a znoszeniem rzeczy, uciekło nam 15 minut. Tak to tylko my potrafimy powiem wam. Cokolwiek byśmy nie robili to i tak w rezultacie kończy się działaniem pod presją czasu. Nie wiem, czy pamiętacie jedną ze scen z filmu Kac Vegas, kiedy to jeden z bohaterów przebiera się w ślubny garnitur w samochodzie przy drodze. No tak to mniej więcej wyglądało u nas... W Niemczech podjechaliśmy prawie z piskiem opon pod sąd, mąż zostawił mi kluczyki i sama miałam już pojechać gdzieś zaparkować. Jak potem relacjonował, okazało się, że budynek sądu był kiedyś więzieniem i znajdowało się w nim kilkadziesiąt korytarzy- labiryntów.  On oczywiście wszedł nie tym wejściem, a jakże. Przydała się jakaś tam znajomość niemieckiego i w końcu trafił na właściwe miejsce. Mąż stawił się więc punktualnie, za to strona przeciwna spóźniała się. Rozprawa zakończyła się ugodą, zgodnie z którą salon od którego zakupiliśmy samochód miał nam wypłacić pieniądze w kwocie takiej, za jaką go kupiliśmy plus drobne odsetki. Niestety nie przyznano nam odszkodowania o które wnioskowaliśmy. Moglibyśmy odwoływać się do sądu wyższej instancji, ale ponieważ nie było gwarancji, że uda się uzyskać coś więcej, a dalsze postępowanie kosztuje, postanowiliśmy przyjąć propozycję. Podczas gdy mój mąż "zwiedzał" gmach byłego więzienia, ja spędzałam czas z dziewczynkami w parku. Były bardzo grzeczne i pięknie się bawiły, robiły występy, bawiły się na role. Dlatego kiedy mąż wrócił, postanowiłam, że kupimy im lody. Pech chciał, że w pobliżu znajdował się tylko Lidl, w którym niestety nie mieli tak jak u nas takich lodów na patyku, więc musiałam kupić duży kubek 0.5 litra, który mieliśmy zjeść wszyscy. Nie było żadnej ławeczki, więc Elsa usiadła na krawężniku. Ja trzymałam lody i wyjmowałam łyżeczki z samochodu. Nagle usłyszałam przeraźliwy jej krzyk, ale taki jakiego nigdy wcześniej nie słyszałam. Okazało się, że biedną Elsę użądliła osa. Kiedy spojrzeliśmy, jeszcze siedziała jej na nóżce, zupełnie nie wiem dlaczego ją zaatakowała, przecież ona jej nie prowokowała. Mąż usunął żądło, a lody przydały się do zrobienia okładu. Tak bardzo żal mi było Elsy, która cierpiała jak nigdy - nóżka jej spuchła, a ona co jakiś czas wyła z bólu. Po jakimś czasie opuchlizna zaczęła schodzić, a my zastanawialiśmy się, czy płacze, bo tak ją boli, czy boli ją sam fakt użądlenia. Posmarowałam jej nóżkę Fenistilem i powiedziała, że jest lepiej. Siła podświadomości, choć jestem pewna, że na początku cierpiała naprawdę. Użądliła mnie kiedyś osa tam mocno, że prawie zemdlałam z bólu, więc wiem jak to jest.
Także jak widzicie trudny to był dla nas dzień, ale perspektywa 2-tygodniowych wakacji wynagrodziła nam kiepski początek. 
Co było dalej? Około listopada dostaliśmy informację od naszej kancelarii, że został wyznaczony ostateczny termin, do którego salon samochodowy ma przesłać nam pieniądze na konto. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że to nie pierwsza sprawa w sądzie, która toczy się przeciwko nim. Jaką mieliśmy gwarancję, że wywiążą się ze swojej części porozumienia? A no żadną, ale w najgorszym przypadku cały czas mieliśmy auto. Nie mogliśmy go sprzedać, ale mogliśmy użytkować, więc z dwojga złego ... 
Pieniądze oczywiście nie wpłynęły w określonym terminie, a jakże.  Choć po terminie, na szczęście Niemcy wymyślili sobie, że przeleją je na konto kancelarii, a ci bezpośrednio już do nas. Tak się też stało, choć po drodze mieliśmy jeszcze taką myśl, że może dogadali się z kancelarią i podzielą się teraz na pół ;) To oczywiście daleko posunięta fantazja, ale czyż nie mogło tak się stać naprawdę? To jeszcze nie koniec historii, bowiem teraz mieliśmy i pieniądze i auto, a salon wcale nie kwapił się, by uzgodnić termin jego odebrania. Mijały dni i nic. W końcu skontaktowała się z nami kancelaria i oświadczyła, że ktoś zgłosi się po samochód w takim i takim dniu. Przygotowaliśmy więc wszystko i czekaliśmy na informację. Nikt nie zadzwonił, nikt po auto nie przyjechał. Dopiero w styczniu, po Nowym Roku, zdecydowali się odebrać auto i zrobili to poprzez jakąś polską firmę transportową, czyli przyjechał gość i wrzucił go na lawetę. To był ostatni raz kiedy widzieliśmy białego.

Epilog ;)

Udało się odzyskać pieniądze, przez ponad 2 lata jeździliśmy samochodem można powiedzieć "za darmo", bo jednak trzeba było ponieść koszty, choćby prawnika, dojazdu do sądu za co nikt już nam nie zwrócił, ale summa summarum nie wyszło aż tak źle (jak to mówią spadliśmy na cztery łapy) Drugi samochód został zakupiony z budżetu na wykończenie domu, przez co kilka zaplanowanych rzeczy nie zostało zrobione. Teraz, mamy szansę to dokończyć. 
Pewnie zastanawiacie się jak to wszystko było. Napiszę wam to co wiem ja, ponieważ tak naprawdę całą wiedzę mają tylko ci, którzy byli zamieszani w ten, można śmiało nazwać, przekręt.
A więc było to tak: (jakby powiedział mój ulubiony Detektyw Monk Here's what happened;))
Z salonu X zniknęło kilka samochódów wraz ze wszystkimi dokumentami. Tego haniebnego czynu dokonał jeden z pracowników, który sprzedał nasze białe auto do salonu Y ( co stało się z innymi, tego nie wiemy) który odkupił go za dużo niższą cenę niż rynkowa, więc mogli domyśleć się, że coś jest nie tak. Czy byli w zmowie z pracownikiem salonu X? Tego nie wie nikt. Dziwne jest też to, że kradzież została zgłoszona dopiero po ok. 2 tygodniach od zakupu, więc nie było szans, by w trakcie procedury rejestracji w Niemczech, czy w Polsce, coś się nie zgadzało. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że my dostaliśmy pieniądze, a sprawa nadal trwa. Czemu? No, bo teraz trudno stwierdzić do kogo właściwie ten samochód należy. Czy po rozwiązaniu umowy, gdy auto wróciło do salonu Y, należy do nich? Niby nie, ponieważ został skradziony w salonie X, więc powinni go oddać. Tak czy siak, nie nasza sprawa. Co ciekawe, kiedy mąż wszedł na stronę internetową salonu i przejrzał oferty, w tle na kilku zdjęciach zobaczył naszego białego. Czyżby przygotowywali się do jego sprzedaży? Mają przecież wszystkie papiery, więc czemu nie mieliby jeszcze raz zrobić takiego numeru. Komedia, mówię wam.
Żeby było śmieszniej, w styczniu dostaliśmy wezwanie z sądu niemieckiego o ponowne przysłanie wszystkich dokumentów zaświadczających o naszych dochodach i wydatkach. Bo jeśli w przeciągu tego roku znacznie poprawiła się nasza sytuacja finansowa, powinniśmy jednak oddać państwu niemieckiemu koszty procesu. (hę?) Nie do końca to rozumiem, bo przecież na tamten moment stwierdzili, że należy nam się takie wsparcie, więc co, w ciągu roku dostajesz podwyżkę i już musisz zwrócić to co ci dali wtedy? Reasumując, nie narzekajcie na polskie sądy. Nasza sprawa trwała ponad 2 lata, samochód zdążył w tym czasie stracić na wartości i w zasadzie nadal nie ustalono do kogo on należy...

Dziękuję wam za uwagę, jeśli dotrwaliście do końca opowieści to mam nadzieję, że nie żałujecie ;) Nosiłam się z zamiarem napisania o tym już dawno, ale pomyślałam, że poczekam jak to wszystko się skończy. Wiele razy wątpiłam, czy nam wypłacą te pieniądze, ale mój mąż zawsze powtarza, że trzeba walczyć do końca i nie odpuszczać. Ale trzeba też wiedzieć kiedy ze sceny zejść, dlatego nie zdecydowaliśmy się na dalsze roszczenia. 

Życzę wam kochani wspaniałego weekendu, u nas świeci słonko, ale niestety znów zaczyna wiać. Tak czy siak, dwa dni wolnego przed nami :)) A korzystając z okazji pozdrawiam wszystkie kobietki czytające bloga :) Niech uśmiech nie znika wam z twarzy, sił nigdy nie brakuje, a po deszczu niech szybko wychodzi dla was zawsze słonko. Wszystkiego dobrego!!





poniedziałek, 4 marca 2019

Rodzic rodzicowi nierówny.


Wreszcie przyszła wiosna i mam nadzieję, że taka temperatura jak dziś utrzyma się dłużej. Zupełnie inaczej człowiek się czuje i wreszcie budzi się do życia. W ogródku powychodziły krokusy, pomalutku przebijają się tulipanki :) Jest dobrze.




Miałam na dziś inny temat dla was, ale po drodze oczywiście pojawiło się kilka nowych, ciekawych sytuacji, więc żeby na świeżo się nimi podzielić, oto jedna z nich. Bardzo jestem ciekawa waszej opinii na ten temat, ponieważ jest to dla mnie nowość i dopiero testuję jak powinnam się zachować i co powiedzieć ;)

Moja starsza córka zapytała mnie, czy mogłabym pomalować jej paznokcie. Zdziwiłam się i pytam po co, więc odpowiedziała, że podobają się jej moje paznokcie i kolory, które noszę. Tłumaczę jej więc, że dzieci nie używają lakieru i podałam argumenty. Na to ona zaczęła płakać i przez łzy pytała dlaczego ona nie może, przecież jej dwie przyjaciółki mają pomalowane paznokcie a też są dziećmi i rodzice pozwalają na to. Szczerze mówiąc przytkało mnie, bo ja sobie nie wyobrażam, żebym 4/5-latce malowała paznokcie do przedszkola. Ok, rozumiem, że czasem mamy malują córkom na wakacje, na weekend, ale ja akurat nie mam takiej potrzeby, by z dziecka robić dorosłego, nawet na chwilę. Może dlatego, że jednak jest to chemia, po co takie małe paznokietki niszczyć lakierem a potem jeszcze zmywaczem. Poza tym zauważyłam, że małe dziewczynki zwykle ten lakier zdrapują, albo ogryzają niszcząc przy tym płytkę.
Ja to wiem, wy to wiecie, ale dla mojej córki było to niezrozumiałe, że jej koleżanka, czyli dziecko w tym samym wieku coś może a ona nie. Takie jej pierwsze poważne zderzenie z tym, że każdy z rodziców ma swój pomysł na wychowanie. Wypadałoby czasami powiedzieć, że ten czy tamten rodzic jest po prostu głupi, ale nie chciałabym tak naprawdę podważać czyjegoś autorytetu. ( poza tym jeszcze pójdzie do przedszkola i powtórzy ;) ) Chodzi mi bardziej o to, żeby dziecko ufało nam, że skoro my nie pozwalamy, to widocznie tak jest lepiej i niestety czy im się to podoba, czy nie, muszą pewne rzeczy zaakceptować. 
A wyobrażacie sobie, że jedna z mam, malowała córce paznokcie, gdy ta była w żłobku? No to ile miała? 2 lata? Nie mogłam uwierzyć, gdy to zobaczyłam. Słyszałam jak wychowawczyni zwracała jej uwagę, żeby tego nie robiła, ale potem jeszcze wiele razy widziałam pozdrapywany lakier na paznokciach.

Moja rozmowa z Elsą myślę, że zakończyła się dobrze. Wytłumaczyłam jej, że każdy rodzic uważa inaczej i niektórzy pozwalają na pewne rzeczy, na które ja i tatuś nie pozwolimy, bo uważamy inaczej. Powiedziałam jej, że ma młode paznokietki i że trzeba o nie dbać, a nie niszczyć lakierem. Przyjęła. Zapytała tylko, czy może pożyczyć mój lakier, gdy będzie starsza ;) Odpowiedziałam, że kupię jej nowy, taki kolor jaki będzie chciała :)) Bardzo się ucieszyła. Zauważyłam, że dzieci nie lubią, gdy im się odmawia, mówi NIE. Lepszym sposobem jest ja to nazywam "danie nadziei" :) Kiedy na przykład dziewczynkom coś tam się podoba i pytają, czy kupimy to mówię na przykład, że faktycznie fajna ta rzecz i pomyślimy, może ją kupimy, ale nie w tej chwili. Albo, że kupimy jak już będą starsze. U nas to działa :) Dziecko wie, że jest traktowane poważnie, ale nie można mieć wszystkiego.

Pamiętam, że moja mama też pozwalała mi pomalować paznokcie w wakacje, ale chodziłam już wtedy do szkoły-podstawówki, a może nawet liceum. Ani jej, ani mnie nie przyszło do głowy, żeby malować mi paznokcie w przedszkolu. Nie dziwić się, że potem przychodzi do mnie na lekcję 13-latka, w pełnym makijażu ( a jak profesjonalnie zrobiony!!) ze sztucznymi rzęsami... Najgorsze jest to, że nauczyciel, wychowawca w przedszkolu zwraca uwagę na pewne rzeczy, a jednak rodzic i tak robi swoje, zupełnie nie szanując szkoły, czy innej placówki. 
Wiem, że jeszcze nie raz dziewczyny obrażą się na mnie, że czegoś tam nie mają, a koleżanki tak, a okres dojrzewania będzie ogromnym wyzwaniem, ale czasem wydaje mi się, że świat zwariował...

No i na koniec, żeby nie było tak poważnie przy poniedziałku, moje krokusiki :) Życzę wam wspaniałego, cieplutkiego i radosnego tygodnia!! Byle do piątku ;)





piątek, 1 marca 2019

Miejsca przyjazne dzieciom. Serio?


Wreszcie powolutku nadchodzi wiosna. Nie mogę się doczekać momentu, w którym zrzucę wreszcie z siebie ciepłą kurtkę, a buty zmienię na jakieś lżejsze. Ale choć temperatura w słońcu wydaje się wskazywać inaczej, tak naprawdę nadal jest chłodno. Być może za sprawą okropnego wiatru, który wieje od kilku dni ze zmienną siłą. Tak czy siak, co by nie było, to oczywiście nie przeszkadza, by rozpocząć sezon zabaw na świeżym powietrzu :) Po południu udajemy się więc do przedszkolnego ogródka, żeby dziewczyny mogły się wyszaleć. 

Dziś piąteczek, jak to mówią taki mini weekend, więc i post z przymrużeniem oka. Już dawno nie wrzucałam wam kompilacji śmiesznych obrazków, a właśnie natknęłam się na (chyba) najgorsze place zabaw jakie można było zrobić dla dzieci. Aż trudno uwierzyć, że takie miejsca istnieją naprawdę ;) Zresztą sami popatrzcie:


1. Pomysł może i fajny, dla dzieci frajda, ale patrząc na to zdjęcie czuję się jakoś tak ... dziwnie.



2. Oj! To musi boleć... Pomimo tego, że moje dziewczyny lubią wyzwania, taka zjeżdżalnia chyba im się nie spodoba.



3. No dobra, czego się czepiasz, ktoś może powiedzieć. Są bezpieczne schody, jest zjeżdżalnia, jest bohater filmowy... Jednak mam nieodparte wrażenie, że coś nie do końca jest tak jak powinno.


4. Jeden z placów zabaw w Rosji. Co by nie mówić, na pewno bezpieczny...


5. Plac zabaw może być edukacyjny, czemu nie. Pod warunkiem jednak, że bawiące się tam dziecko osiągnęło wzrost co najmniej 1.5m i chce nauczyć się Braille'a. 



6. To dopiero jest wyzwanie! I mówili, że to prosta gra...


7. Kaczor Donald chyba lubi zaglądać pod spódnicę ;)


8. Dzieci uwielbiają dmuchańce. Jednak nie do końca chyba pojmuję całą frajdę zabawy na takim oto Spidermanie. Czy on naprawdę wypina się na to wszystko?


9. Grunt to równouprawnienie. Dlatego dbając o niepełnosprawnych, przygotowano taką oto atrakcję. Zamysł może dobry:ma stać się cud, który postawi człowieka na nogi, a w miejscu wyznaczonym może on zostawić np. wózek inwalidzki na którym do tej pory się poruszał. Brawa za pomysł i wiarę!


10. No cóż, samo życie. Świat nie jest z czekolady. Niech dzieci uczą się od samego początku. 


11. Tu nie zabieraj fana Myszki Micky i Minnie. Dziecko może dostać trwałego uszczerbku na zdrowiu psychicznym z towarzyszącymi koszmarami nocnymi do końca życia.


12. Kolejny plac edukacyjny. Brawo! Niech wszystkie dzieci dowiedzą się, że to my Ziemianie jesteśmy najważniejsi a inne planety krążą wokół  naszej.


13. Każdy rodzic pragnie, by jego dziecko było bezpieczne na placu zabaw. Dlatego w niektórych miejscach jest to priorytetem. Nie ma zabawy - nie ma wypadków.


14. On jest po prostu straszny...


15. Grunt to znaleźć odpowiednie miejsce do zabawy. Zjeżdżalnia przed blokiem jest? Jest! Odhaczone...


16. Ciekawa jestem ile wynosi całkowita liczba potknięć na tym oto placu zabaw...


... no i najważniejsze, że jest furtka i żadne dziecko nie wybiegnie na ulicę. 


17. Kolejna edukacyjna atrakcja. Dzięki niej, można łatwo zainicjować rozmowę skąd się biorą dzieci ...



18. Do wszystkich zakochanych w Kubusiu Puchatku - nie zabierajcie proszę dzieci w to miejsce. Grozi traumą.


19. Ale, że o co chodzi? 


20. A pociąg Tomek patrzył ... i płakał.




Która atrakcja podobała wam się najbardziej? :)
Lubicie zabierać swoje pociechy na place zabaw? 
Życzę wam wspaniałego weekendu, pięknej pogody i cudownie spędzonego czasu razem z rodzinką :)






* Source: www.boredpanda.com