środa, 26 czerwca 2019

Rodzina biologiczna nade wszystko.



Ja dziś krótko, choć miało być jak zwykle o czymś innym. Muszę o tym napisać, bo jestem po prostu wstrząśnięta sprawą śmierci niemowlęcia zabitego przez swoich "rodziców". Celowo napisałam w cudzysłowie, ponieważ tacy ludzie dla mnie nie zasługują na to, by ich tak nazywać. Do tej pory wiele razy słyszałam o tym, że polityka jest taka, by biologicznym rodzicom dawać szansę za przeproszeniem do usranej śmierci i to brutalne morderstwo pokazuje, że nie są to puste słowa. Na sędziach i innych ludziach odpowiedzialnych za losy dzieci podobno wywiera się presję, by nie odbierać praw rodzicielskich i odsyłać dzieci do swoich rodzin biologicznych. Wiecie co? Czuję się tym osobiście dotknięta, ponieważ rodzinę biologiczną traktuje się jak coś lepszego, nadrzędnego nad ludźmi, którzy może nie dali dziecku życia, ale kochają je i nie krzywdzą. To bardzo bolesny policzek nie tylko dla rodziców adopcyjnych, ale zastępczych i każdego, kto w jakiś sposób opiekuje się kimś, z kim nie łączą go więzy krwi. To jakieś szaleństwo, że sędzia pomimo nacisków (jeśli takowe były) nie kieruje się własnym sumieniem i rozsądkiem, a oddając dziecko w ręce katów przyczynia się nieświadomie do jego śmierci. Ale cóż się dziwić. Jeżeli mamy do czynienia z takimi sędziami z jakimi ja się zetknęłam, to los dziecka jest im obojętny, uwierzcie mi. Niby zawsze dziecko jest na pierwszym miejscu. Guzik prawda. Kolejny raz przekonuję się, że tak nie jest. 
Jestem za wspieraniem rodzin, dlaczego nie, płacę państwu, pracuję uczciwie, więc chciałabym również dostawać od niego pomoc. Ale nie za taką cenę. Nie za cenę tego, że wydłuża się okres zrzeczenia się praw do dziecka przez matkę. Jaki to ma sens? Jeżeli kobieta nienawidzi ciąży, nienawidzi dziecka, czy ma trudną sytuację, to co zmienią dodatkowe tygodnie? Naraża tylko dziecko na traumę braku miłości w pierwszych tygodniach swojego życia. Jeżeli rodzice to patologiczni alkoholicy, to czemu daje im się drugą szansę? Nie powinni dostać ani jednej, bo w większości przypadków wcale się nie zmienią. Dziecko natychmiast powinno zostać umieszczone w Rodzinie Zastępczej. I tak było tutaj, w tej sprawie. Nawet nie wyobrażam sobie co muszą czuć ci rodzice zastępczy. Pomimo tego, że każdy wiedział co się dzieje, dziecko wróciło do swojego domu. Wróciło, by w miejscu gdzie powinno znaleźć miłość, znalazło cierpienie i śmierć. Nie jestem w stanie tego zrozumieć i trudno mi się z tym pogodzić. Nie uznaję argumentów, że tak się dzieje, że zawsze takie przypadki były i będą. Zawinił system? Nie. Zawinił człowiek. Bo to on powinien prawidłowo reagować. 
Idziemy w złym kierunku, bo powinno się wspierać rodzinę, ale nie za wszelką cenę pchać dzieci tam, gdzie się urodziły. Ile jeszcze takich sytuacji musi mieć miejsce, by ktoś się opamiętał? Co trzeba zrobić, by w tym wszystkim zauważyć po prostu DOBRO DZIECKA? 

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Tato, czy pamiętasz.


Moje dziewczynki pomalutku wychodzą z etapu, w którym  ojciec miałby pozostać jedynym mężczyzną w ich życiu. Czasem śmieję się, że tatuś jest mój i niech znajdą sobie swojego "księcia na koniu" :) Ja osobiście mogę powiedzieć, że miałam wielkie szczęście dorastać przy boku mojego taty. Prawdą jest, że największy dar jaki mężczyzna może dać swojemu dziecku, to kochać ich matkę. I tak było. Bo choć byłam świadkiem wielu szczęśliwych chwil, to bywały również smutniejsze, pojawiały się problemy, trudności. Pomimo to udawało się z nich wyjść, rodzice trzymali się razem. Pewnie dlatego zawsze twierdziłam, że chciałabym mieć męża takiego jak mój tata. Może nie do końca trafił mi się egzemplarz z podobnym charakterem, ale na pewno obaj panowie mają jedną wspólną cechę: kochają dom, kochają swoją rodzinę i jest ona dla nich najważniejsza. I choć w naszej rodzinie nigdy nie dorobiliśmy się wielkiego majątku w sensie materialnym, to z całą pewnością przez tyle lat, uzbieraliśmy w kufrze na klejnoty coś dużo cenniejszego. 



Tak jak wam pisałam kiedyś, mój mąż śmieje się, że moja pamięć to jego przekleństwo;), ale z drugiej strony to właśnie dzięki temu wiele cudownych chwil zapisuje się w moim umyśle i łatwo do nich sięgnąć, gdy tylko mam na to ochotę.
Tato, czy pamiętasz jak się urodziłam? Podobno byłeś wtedy w pracy i zalałeś sobie kawę zimną wodą z wrażenia :)) Ciekawe jak smakowała i czy ją w ogóle wypiłeś. Z tego co mi wiadomo byłeś bardzo szczęśliwy, że przyszłam na świat. Szkoda, że gdy byłam trochę większa musiałeś wyjechać  do pracy do Niemiec na jakiś czas, ale dobrze, że pisałeś do mnie listy (choć nie umiałam jeszcze czytać) Mam je do tej pory. 
A pamiętasz jak zabrałeś mnie do kina na Wojny Gwiezdne i potem staliśmy przed budynkiem oglądając zdjęcia ujęć wystawonych w gablotach? Nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach, kogo by to ruszyło ;) Wiem, że chciałeś mnie jeszcze zabrać na Godzillę, ale jakoś tak wyszło, że nie poszliśmy, choć ta Godzilla i tak śniła mi się po nocach i budziłam się zlana potem. Za to byliśmy na Terminatorze i ten cały Schwarzenegger zrobił na mnie ogromne wrażenie. 
A pamiętasz jak w Międzyzdrojach nie chciałam wejść do zimnej wody i wbiegaliśmy do niej trzymając się za ręce? Brałeś mnie na głębszą wodę i podskakiwaliśmy na falach - to było chyba najfajniejsze. Jak nie było dobrej pogody to graliśmy na automatach, pamiętasz? Takie stare i w sumie nie wiele pewnie było widać, ale człowiek się cieszył z tego, że jest w stanie kontrolować to co pokazuje się na ekranie. 
A pamiętasz jak pojechaliśmy do Bułgarii i sprzedaliśmy coś Rumunom a oni tak zamieszali, że dali Ci do ręki zamiast pieniędzy papiery? Haha, do tej pory pewnie zachodzisz w głowę jak oni to zrobili, przecież pokazali, że mają kasę. Ale byłeś wtedy wkurzony. Siedziałam jak trusia na tylnym siedzeniu. 
A pamiętasz jak zapalił się nasz Wartburg na chwilę przed wakacjami? Aż dziw bierze, że udało się go wyszykować. Pewnie w dzisiejszych czasach nigdy w życiu nie zdecydowalibyśmy się pojechać takim autem gdzieś dalej. Ale wtedy człowiek nie znał nic innego. A pamiętasz jak spaliśmy na parkingu u Ruskich, budzimy się a tu za oknem kilka osób stuka w szybę i pyta czy mamy "prany" jeans (dekatyzowany)? hahaha. Wtedy nawet wodę lawendową kupowali bez zająknięcia co? 
A pamiętasz jak na kempingu w Rumunii zepsuły Ci się sandały i chciałeś je już tam zostawić, więc na chwilę położyłeś na kamieniu i za chwilę przyszedł Rumun, zobaczył, że pęknięte, ale machnął ręką i zabrał? Pewnie stwierdził, a co tam, przydadzą się. Albo wtedy co zwiedzaliśmy Nesebyr w Bułgarii, kiedy w autokarze przycięło Ci klapka w drzwiach, a my z mamusią dostałyśmy głupawki i strasznie się śmiałyśmy a Ty się na nas wkurzałeś, bo nie mogłeś się ruszać? Potem śmialiśmy się wszyscy, ale wtedy byłeś czerwony ze złości :)
No albo wtedy, co prosiłeś tysiące razy, żebym sprzątnęła napompowaną piłkę plażową (byłam już duża, może w 4-5 klasie), a ja tego nie zrobiłam, więc przyszedłeś po kilku dniach z nożem i ją ze złością przebiłeś :)) Chyba Ci wtedy ulżyło, albo miałeś wyrzuty sumienia, bo byłeś do mnie bardzo miły hahaha, a mnie było głupio, że tej piłki nie sprzątnęłam. 

Wiele cudownych momentów o których mogłabym pisać i pisać. Dziękuję za to, że jesteś, że kochasz mnie, że kochasz dziewczynki nad życie, że jesteś ojcem i dziadkiem na medal, bo jak już nikt nie może to Ty zawsze możesz. Kocham Cię bardzo mocno i tak myślę, że czasem fajnie być jedynaczką, bo dzielić się Tobą z nikim nie muszę ;) 

czwartek, 20 czerwca 2019

Bo wielkie rzeczy przychodzą małymi krokami.


Miał być dziś post o tym, że zakończył się rok szkolny, że zaczyna się długi weekend, że mamy na niego tyle planów. Będzie jednak bardziej poważnie, bo wracam tak króciutko do tematu braku dziecka, niepłodności, przedłużającego się oczekiwania na telefon z ośrodka. Tak się akurat złożyło, że aż 3 moje koleżanki oczekujące na macierzyństwo mają mały kryzys, więc postanowiłam znów napisać parę słów na ten temat.




Powiem wam tak. Czasem po prostu trudno odnaleźć wiarę w to, że coś w naszym życiu się zmieni. Ileż razy słyszymy, że na nas też przyjdzie kolej, albo, że w końcu doczekamy się tego telefonu. I co z tego. My to wszystko wiemy, wiemy, że bez dziecka da się żyć, wiemy, że nie tylko wokół niego życie się kręci. Co z tego, że wiemy, skoro to nadal boli? Są lepsze i gorsze momenty. Staramy się żyć normalnie, bo cóż nam pozostało, ale ten pancerz jest tak kruchy, że czasem wystarczy jeden malutki szczegół, by nasz misternie przygotowany mur zawalił się w sekundzie, jak gdyby był zrobiony z piasku. Nie mam gotowej recepty na to, by było lepiej. Takie słabsze momenty trzeba po prostu przetrwać. Ale pamiętajcie o jednym. Niepłodność, niemożność urodzenia dziecka, to nie kara dla nas, ani nie wyrok dożywotniego cierpienia. Nie ma sensu więc zadawanie sobie pytań: dlaczego ja, dlaczego ona może a ja nie, co takiego ma ona, czego ja nie mam, czym sobie zasłużyłam i tak dalej i tak dalej. Świat tak już jest skonstruowany, że mamy do czynienia z dobrem, radością, sprawiedliwością, ale również z nieszczęściem, smutkiem, żalem. Może nie udało się od razu zajść w ciążę, ale potrafimy o nią walczyć. Czasem z sukcesem, a czasem nie. Może nie zostaliśmy rodzicami biologicznymi, ale zostaliśmy obdarzeni umiejętnością pokochania dziecka, które urodziło się w innej rodzinie. Wiem, że trudno traktować niepłodność jako dar a nie przekleństwo, ale uwierzcie mi, czasem w życiu po prostu trzeba przyjąć to co dostajemy od losu. Kto wie, może właśnie mamy przed sobą największy skarb na świecie, który po prostu kiepsko został zapakowany. No i nade wszystko nie zapomnijmy, że:
WIELKIE RZECZY PRZYCHODZĄ MAŁYMI KROKAMI.

Na ten długi weekend (kto ma oczywiście :) ) życzę wam spokoju i wytchnienia od rzeczywistości. Mam nadzieję, że uda wam się nabrać dystansu do wszystkich spraw, czy to praca, czy niepłodność, czy jakiekolwiek inne problemy. Ja na jakiś czas się z wami żegnam, do zobaczenia!






poniedziałek, 17 czerwca 2019

Dziecko adopcyjne wśród rówieśników.




Jak wspominałam wam wcześniej, oficjalnie nie powiedziałam w przedszkolu nikomu o adopcji. Zachowałam ten drobny szczegół dla siebie, ponieważ chciałam dać dziewczynkom równe szanse z rówieśnikami. Co mam na myśli? Nie ukrywajmy, ludzie nadal dzielą innych na grupy. Co rusz spotykam się z podziałami a to na tych którzy mają dziecko i tych, którzy nie mają, więc co oni wiedzą, na bogatych i biednych, na lepiej wykształconych i mniej. I tak dalej i tak dalej. W zasadzie nie ma nic w tym złego oczywiście, jeżeli dany podział jest tylko z nazwy. Przecież faktem jest to, że ktoś jeździ Mercedesem, a inny Fordem. Ostatnio przeczytałam na Facebooku komentarz mojej koleżanki do jakiegoś posta, że "najbardziej ceni ona sobie ludzi wykształconych i do nich ma największy szacunek" Wiecie co, nie mam z nią od kilku lat za bardzo kontaktu, ale wiem, że ona nie jest jedyna. Czy to, że ktoś nie ma wykształcenia znaczy, że nie należy mu się taki sam szacunek jak profesorowi? Ba! Nawet często okazuje się, że osoba z klasy robotniczej ma więcej szacunku do nas, niż pan, czy pani z najwyższymi honorami. I właśnie dlatego wybieram komu mówię o adopcji. Nie wstydzę się tego, nie ukrywam, ale jeśli nie muszę to nie mówię. Nie powinno to mieć absolutnie żadnego znaczenia w obcowaniu moich dzieci z rówieśnikami. Niech nie będą definiowane jako "te siostry, no wiesz, te co zostały adoptowane" tylko po prostu siostry.

Niedawno w naszym przedszkolu odbyła się ocena postępów wychowanków. Bierze się pod uwagę wszystko, czyli pracę, zaangażowanie, samodzielność, zachowania społecznie i wiele innych czynników. Powiem wam tak, miałam łzy w oczach słysząc, że ciocia, wychowawczyni Elsy dziękowała mi za to, że mogła ją poznać i pracować z taką dziewczynką. A ciocia Miśka małego stwierdziła, że moja córka jest "dzieckiem idealnym, samodzielnym, kulturalnym, posłuchanym i zainteresowanym wszystkim co się dzieje" (tak mówi, bo nie widziała jej w akcji w domu hahaha ;) ) Przysięgam, nie piszę tego by w jakikolwiek sposób się chwalić jakie to moje dzieci są wspaniałe, a ja liczę na nagrodę dla matki roku. Nie. Piszę to po to, byście wiedzieli, że każda chwila poświęcona na pracę z dzieckiem, procentuje w postaci takiej, że są one lepiej przygotowane do życia, szczęśliwsze, mądrzejsze. Pani dziękowała mi za to, że tyle spędzamy czasu z dzieckiem i współpracujemy z przedszkolem, bo tylko tak można osiągnąć najlepsze rezultaty. Okazuje się, że coś, co dla mnie jest oczywiste, dla innych jest abstrakcją. Pragnę w tym momencie jednak przypomnieć wam, że moje dzieci są z nami od zawsze. Nam łatwiej było je ukształtować, ponieważ nie niosły za sobą żadnego w zasadzie bagażu poza odrzuceniem przez swoją rodzinę biologiczną. Na szczególną uwagę więc zasługuję te rodziny, które adoptowały starsze dzieci i pracują z nimi tak, by osiągnąć ten sam efekt co my. Oni, nim zaczną dziecko napełniać dobrem płynącym z nowego życia, muszą najpierw pozbyć się lub w jakimś stopniu poradzić sobie z demonami przeszłości. Nie mogę więc porównywać do swojej rodziny, ale powiem wam, że jestem również w kontakcie z takimi parami, które zdecydowały się na adopcję przedszkolaka, czy nawet już szkolnego dziecka. Miłość, poświęcony czas i praca owocują niebywałymi rezultatami, a patrząc na dzieci, na to ile osiągnęły, raduje się serce. Nasze dzieci nie muszą być najlepsze, ale muszą wiedzieć, że dla nas są najważniejsze i cieszymy się nawet z małych kroczków. Może to będzie właśnie kroczek w sensie dosłownym, bo choć maluch ma już 2 lata to jeszcze nie chodzi, a może trójka z polskiego, pomimo tego, że dziecko na półrocze było zagrożone. Dzieci adopcyjne potrafią osiągnąć bardzo wiele przy naszej pomocy. Niestety niektórym odebrano tę możliwość, by rozwijały się od samego początku możliwie jak najlepiej. 

Cieszę się też, że dziewczynki dotrwały do końca zajęć z baletu, była to dla nich fajna zabawa, jakieś nowe doświadczenie no i regularne ćwiczenia. Nauczyły się też odpowiedzialności i obowiązku, bo przecież cały rok 2 razy w tygodniu trzeba było jechać. Na koniec odbył się pokaz dla rodziców, bardzo się cieszyły, że mogły wystąpić. Codziennie więc staram się podążać za moimi dziećmi, iść tam, gdzie pragną iść i pomagać im wybierać takie ścieżki, dzięki którym będą stawać się po prostu lepszym człowiekiem.



poniedziałek, 10 czerwca 2019

Wiadomość do mojego przyszłego zięcia.


zdj.pixaby

Drodzy przyszli mężowie moich córek!

Choć w momencie, w którym piszę, Wasze żony są jeszcze małe i jedna wyobraża sobie, że książę przyjedzie po nią na białym koniu,a druga, że pojawi się pod postacią jakiegoś miękkiego futerkowego zwierzątka, to ja już chciałabym Wam podziękować za to, że jesteście. Nie wiem, czy któryś z Was to ten mały chłopiec którego ostatnio spotkałyśmy na placu zabaw, czy może ten śmieszny blondynek w sklepie, który długo wybierał lizaki. To na razie nie ma znaczenia. Choć Wy się nie znacie i do ślubu daleko, każdego dnia, w każdym momencie my rodzice już kształtujemy przyszłą kobietę, żonę i matkę. Kiedyś to Wam przekażemy te dwie najukochańsze istoty, by dzieliły z Wami najpiękniejsze chwile swojego życia. To dla Was każdego dnia uczymy je kochać, by tą miłością potrafiły obdarzać Was na co dzień, w tych dobrych i trudnych chwilach. To dla Was uczymy je czerpać radość z bycia razem, by kiedyś najważniejsze były chwile spędzone w gronie rodzinnym. To dla Was uczymy je mądrze korzystać z dóbr tego świata, by w przyszłości wiedziały co się liczy, a co nie. To dla Was uczymy je rozróżniać dobro od zła, by mogły kiedyś podejmować właściwe decyzje. To dla Was kochamy je najbardziej na świecie, by tę miłość potrafiły potem przekazać swoim dzieciom.
Nie oczekuję, że będziecie mieć Bentley'a w garażu, willę w Hollywood, czy urodę faceta okrzykniętego Misterem Europy, bo wiem, że macie to, co interesuje mnie najbardziej. Ogromne serce pełne miłości. Wiem, bo inaczej nie związalibyście się z moimi córkami.  Serce za serce. Kochajcie te kobiety najmocniej jak potraficie, wspierajcie najbardziej jak tylko się da, zawsze znajdźcie dla nich czas, nawet wtedy, gdy mówią, że wszystko jest ok i niczego nie potrzebują, przytulajcie najmocniej jak potraficie i mówcie "Kocham", pomimo tego, że one o tym wiedzą. A kiedy się pokłócicie, pogódźcie się przed zachodem słońca, kto wie, czy to nie Wasz ostatni.

Kochani zięciowie, na zakończenie jeszcze tylko napiszę, że mam nadzieję, że będę dobrą teściową dla Was i razem stworzymy fajną rodzinkę, nie idealną, ale fajną, prawdziwą, a ja nie stracę córek tylko zyskam synów.

Życzę Wam i nam, wspaniałych lat w nieprzerwanym szczęściu. Wybierajmy mądre ścieżki, które prowadzą gdzieś tam, gdzie się kiedyś spotkamy. Zatem do zobaczenia!
Mama. 

wtorek, 4 czerwca 2019

Gdy jeden błąd rodzica może kosztować dziecko życie.


Dziś chciałabym opowiedzieć wam o pewnym wydarzeniu, które miało miejsce w czasie ostatniego wyjazdu wakacyjnego. Historia zakończyła się szczęśliwie, ale potraktujcie ją proszę jako przestrogę, by wam nigdy nic takiego się nie przydarzyło. 



Kiedy dziecko dorasta i robi się coraz bardziej samodzielne, nie wymaga już takiej opieki jak niemowlak. Przyznaję, że nigdy nie mieliśmy obsesji na punkcie bezpieczeństwa, ponieważ wiemy, że zbytnie przechylenie w tamtą stronę może skutkować późniejszym strachem dziecka przed wszystkim co je otacza. Poza tym, nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć. Gdy kiedyś w przyszłości nie będzie nas obok, dziecko musi samo sobie radzić, samodzielnie myśleć i przewidywać konsekwencje swoich czynów. Gdy nasze maluchy zjeżdżały na zjeżdżalni, nie mamrotaliśmy im cały czas nad głową: uważaj!, nie tak szybko!, bo spadniesz!
Oczywiście zawsze byliśmy w pogotowiu jeśli tylko coś się działo i reagowaliśmy, gdy zaistniała taka potrzeba. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo w domu to pisałam już kiedyś o tym, że nie było nigdy problemu. Gdy dziewczynki czymś się interesowały, pokazywaliśmy im to, dawaliśmy dotknąć i na tym się kończyło, były usatysfakcjonowane. Pilnowaliśmy, żeby żadne małe przedmioty nie leżały w zasięgu małych rączek, żeby serweta nie była długa, by nie ściągnęły sobie na głowę szklanki z gorącą wodą i tak dalej i tak dalej. 

Mając odpowiednio cztery i pięć lat, dziewczynki świetnie radzą już sobie na placu zabaw, wśród rówieśników, czy przy zabawie w domu. Nie trzeba za nimi chodzić, choć od czasu do czasu zaglądamy co robią. Same bujają się na huśtawkach, przychodzą do domu na siusianie, podcierają się, myją rączki, znają wszystkie zasady, bo ćwiczą przecież tę samą rutynę od tylu lat. No właśnie. I taka rutyna potrafi uśpić dorosłego. Chyba już przyzwyczailiśmy się do tego, że dziewczynki nie wymagają już naszej opieki tak bardzo jak kiedyś. Również rano, często zdarza się, że nawet nie wiemy kiedy wstały. Po prostu leżą sobie na łóżku obok nas lub bawią się same. 
Pewnego dnia, kiedy przebywaliśmy na kempingu, właśnie taka sytuacja miała miejsce. Dziewczynki miały swoją sypialnię a my swoją. Wstały wcześniej i bawiły się w części, gdzie znajduje się kuchnia z salonem/jadalnią. Gdzieś tam  podświadomie słyszeliśmy, że rozłożyły zabawki, że rozmawiają ze sobą, ale taka sytuacja jest dla nas normalna, więc spaliśmy dalej. Nigdy przenigdy nic nie ruszały, wiedzą dokładnie co im wolno, a czego nie. A no właśnie. Przez 5 lat nie zdarzyło się, żeby któraś z nich ruszyła coś, czego nie wolno. 5 lat, tysiące godzin, minut, sekund. Ale wtedy, w tej właśnie sekundzie, nie wiadomo skąd, wpadły na pomysł, by zażyć tabletki, które zobaczyły leżące przy lustrze w naszej sypialni... 

Gdyby nie to, że są we dwie, pewnie nigdy bym się o tym nie dowiedziała (choć gdy wstałam to szukałam tych tabletek, ale pewnie pomyślałabym, że je gdzieś wyrzuciłam przypadkowo) W trakcie śniadania, nie pamiętam która z nich, ponieważ doznałam wielkiego szoku, ni z gruszki ni z pietruszki wspomniała coś o tabletkach. Nie, że wzięły, ale powiedziała coś, że między linijkami wyczytałam co się wydarzyło. Zbladłam powiem wam. Dziewczynki doskonale wiedzą co to są lekarstwa. Wiedzą, że nie wolno ich ruszać. Nie mam pojęcia co się stało, że postanowiły je zjeść. Być może wydawało im się, że to nic takiego, ponieważ zjadły moje tabletki na alergię, a nie kojarzyły, żebym była chora, więc może nie zdawały sobie sprawy z tego, że mogą być niebezpieczne, ale mimo wszystko. Tabletki te trzymałam w kosmetyczce, lecz wtedy zostawiłam je na wierzchu. Ten jeden raz. Ale czasami jeden raz wystarczy, by nasz błąd, nasze niedopatrzenie, kosztowało dziecko życie. 
Opowiadam wam tę historię, ponieważ to nie jest tak, że u nas zawsze jest kolorowo i wspaniale. Mamy problemy większe i mniejsze, ale staramy się jak najlepiej spełniać swoją rolę jako rodzice. Tym razem, mogę powiedzieć, że zawiedliśmy. Bo przestaliśmy być ostrożni. Bo wydawało nam się, że nasze dzieci są mądre, wiedzą co i jak, bo są nauczone. No niby tak, ale dziecko to tylko dziecko i nie wiadomo co mu strzeli do głowy. Tak jak pisałam wcześniej, nie da się wszystkiego przewidzieć i zawsze je uchronić przed niebezpieczeństwem. Ale póki możemy, póki jesteśmy blisko, to bądźmy ostrożni. Żeby nie było tak, że dziecko 99 razy nie ruszy tabletki, a za setnym tak. 

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i nic się nie stało. Szybko przeczytałam informację, czy substancja połknięta przez moje dzieci może być dla nich szkodliwa. Na szczęście nie. Ale co gdyby była? Co gdyby jedna z dziewczyn się nie wygadała i nie mielibyśmy świadomości co się dzieje i na pomoc byłoby za późno? To była dla nas i nie tylko dla nas ogromna lekcja, że pomimo tego, że dzieci są większe i w pewnych sprawach nie wymagają już aż takiej kontroli jak kiedyś, to nadal trzeba być bardzo, bardzo ostrożnym. 
Opowiadała mi ostatnio koleżanka, która ma syna w wieku Misi, że najedli się strachu, bo mały połknął pięciozłotówkę. Nie jak miał rok, czy dwa lata, ale teraz. Czyli niby doskonale sobie zdawał sprawę z tego, że w ogóle nawet nie powinien był brać tego do buzi. A jednak wziął i jakimś cudem połknął. Mama i syn zostali przyjęci do szpitala i dziecko pozostawało pod obserwacją. Rodzice przeżyli ogromny stres, ponieważ mogło się okazać, że moneta nie chce się przemieszczać a wtedy konieczny byłby zabieg. Na szczęście tak się nie stało. Moneta poruszyła się, więc zostali zwolnieni do domu i czekali. Ponieważ dziecko w zasadzie było zdrowe, mama nie mogła dostać L4, a co za tym idzie dziecko musiało wrócić do przedszkola. Moja koleżanka rozmawiała z dyrektorką o tej sytuacji, przeprosiła za dyskomfort, ponieważ odnalezienie monety po części spadło na wychowawczynie w grupie. Moneta wyszła jednak w sobotę, 4 dni po połknięciu. To tak opowiadam z ciekawości, gdybyście zastanawiali się jak to wygląda w praktyce. Wraz z synem koleżanki przyjęta była dziewczynka, która połknęła wsuwkę. Również bardzo niebezpieczna sytuacja, ponieważ lekarz czekał w gotowości na informację w jaki sposób ustawi się ona do wyjścia ( o ile w ogóle) I znów, jeśli byłoby to tą ostrą końcówką, zabieg byłby konieczny.

Jak na ironię, najlepsze w tej historii jest to, że dziewczynki poprawnie przyjęły lekarstwa. Nalały sobie wodę, każda łyknęła tabletkę a potem popiły...

środa, 29 maja 2019

Z głową w chmurach.


Kiedy przyjechaliśmy do Paryża, była jeszcze w miarę przyzwoita godzina. Na szczęście, bo mieliśmy sporo do ogarnięcia. Przed wyjazdem pisałam wam, że zakupiliśmy box dachowy na bagaż. Muszę powiedzieć tak przy okazji, że sprawdził się rewelacyjnie, choć minusem jego (tzn. bagażnika ogólnie, nie tego konkretnie modelu) jest to, że potrafi być bardzo głośno w środku. Wszystko zależy od tego jak silny wieje wiatr i z której strony. Ale ogólnie polecam :) Wracając do tematu. Box kupiliśmy już po rezerwacji hotelu w Paryżu. Jak okazało się potem, parking podziemny jest na tyle niski, że nie jesteśmy w stanie tam zjechać. Razem z bagażnikiem na styk mieścimy się w 2.20m, a tam było zaledwie ... 1.90. Spakowaliśmy więc do niego takie rzeczy, które można było na szybko wyjąć i czekała nas akcja zdejmowania boxu przed wjazdem na parking. No nic. Pewnie wyglądaliśmy uroczo w akcji, ale na szczęście wjazd znajdował się z tyłu budynku. Dziewczyny siedziały w środku, a my wyciągaliśmy na ulicę torby i kilka par butów, które luźno wrzucone były w wolną przestrzeń. Wreszcie udało się. Mąż wjechał na parking podziemny, za nim zamknęły się wrota, a ja zostałam sama z bagażnikiem. Trochę to trwało, bo jednak musiał zaparkować, zabrać dziewczyny i przyjść po mnie z powrotem. Ja miałam więc te kilka minut, by przyjrzeć się zwykłemu paryskiemu życiu. I doznałam szoku. Nie wiem, czy to już nie taki Paryż jaki pamiętam, czy zawsze jednak widziałam go okiem turysty, który zachwyca się przepięknymi zabytkami i uliczkami, ale miałam wrażenie, że jest inaczej. I to nie tylko wtedy, kiedy tak stałam i przyglądałam się ludziom. Dookoła było brudno (zawsze było brudno, ale czy aż tak?) ale to jeszcze pikuś. Nagle podjeżdża samochód (nie pamiętam jaki, ale dość wypasiony) a z niego wysiadają dwaj dobrze ubrani mężczyźni. Po chwili jeden z nich staje przy budynku i sika... No ja wiem, że niektórzy tak mają, mój sąsiad też sika w swoje krzaki, bo nie chce mu się chodzić do domu, ale ... No ja czegoś nie rozumiem. Dobra, koniec z antyreklamą Paryża ;) Ogólnie zawsze będę to miasto lubić, pewne zakątki, pewne aspekty, ale widzę, że jednak to nie to samo. No nic. 
Na Paryż jako taki mamy tylko jeden dzień, więc postanawiamy zabrać dziewczyny na Wieżę Eiffela, takie podstawowe miejsce, które po prostu trzeba zaliczyć. 



Wstajemy więc na drugi dzień odpowiednio wcześnie, ale wyspani i ruszamy na podbój miasta ;) Wszystko cudownie, tylko moje dzieci dostały jakiegoś obłędu. Nie wiem, czy to po tym, że przesiedziały w samochodzie 16h (oczywiście nie non stop), czy coś im strzeliło do głowy, ale zachowywały się jak zwierzątka wypuszczone z klatki. Kompletnie się nie słuchały i to obie. Wychodziłam już z siebie i nawet kawa nie była potrzebna - moje ciśnienie oscylowało pewnie wokół 170 a biorąc pod uwagę, że mam zwykle 110 to prawie parowało z mojej głowy. Dzięki Bogu w kolejce po bilety na wieżę siostrzyczki zachowywały się prawie przyzwoicie, prócz oczywistego siadania na barierkach ograniczających kolejkę. Gdy ruszyliśmy na schody (czekaliśmy około 40 minut) Elsa dostała jakiegoś turbo doładowania. Gdybyśmy jej nie powstrzymali, pewnie my dochodzilibyśmy na pierwsze piętro, a ona zdobywałaby już szczyt wieży. Bałam się co też ona może wymyślić, bo to jednak spora wysokość. 


Pogoda jeszcze wtedy była cudna. Świeciło słonko, choć wiał mocny i zimny wiatr. Fiku miku i już jesteśmy na pierwszym piętrze. Tu też sporo się zmieniło, tym razem myślę na lepsze. Od ostatniego razu (2013rok) wybudowano restaurację, kawiarnię i szklaną szybę, dzięki której można podziwiać widoki. Kolej na następne piętro. Wchodzimy. Gonimy Elsę, Misia niby idzie za rękę, ale też jest wymagająca. 







Kilka minut później, od strony Sekwany nadciągają ciężkie chmury i już wiemy, że będzie padać. Kiedy dostajemy się na szczyt, wiatr wieje tak mocno, że nie jesteśmy w stanie przejść dookoła. Do tego gradobicie i burza. Znam dobrze wieżę Eiffela, ale ten pierwszy raz zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno się nie zawali... Na jednym z filmików, nakręconych przez nas, dziewczyny próbują wyjść, ale wiatr odpycha je tak, że nie są w stanie utrzymać równowagi. 


 Kiedy wracaliśmy na dół, pogoda znów była dobra, ale już na samej ziemi, ponownie gradobicie. Udało nam się schronić na szczęście. No i tak to właśnie z głową w ciężkich chmurach zaliczyliśmy wieżę po raz kolejny, a dziewczyny dopisały ją do swoich osiągnięć. Pomimo tego, że strasznie się naużeraliśmy z nimi, to jesteśmy z nich dumni, że dały radę i to z taką łatwością. Ogólnie przeszliśmy wtedy 11km, dochodząc finalnie aż do Luwru, gdzie za trudy tego dnia dostaliśmy niespodziankę w postaci cudownej tęczy :) Niestety nie udało nam się zobaczyć spalonej katedry Notre Dame, ponieważ w tym czasie odbywał się wyścig i zamknięte zostały 3 stacje metra. Nie było szans, żeby dostać się tam z dziewczynami na piechotę, a na jeżdżenie autobusem nie było po prostu czasu.


Katedra widziana z wieży Eiffela

Paryska przygoda dobiegła końca, ale że lubię mieć głowę w chmurach, to w planach była jeszcze jedna wycieczka bliżej słońca - tym razem był to wjazd na Lodowiec w Szwajcarii. Nie będę się rozpisywać na ten temat, ale powiem wam, że zaparło mi dech w piersiach. Nie myślałam, że góry potrafią mnie jeszcze tak zachwycić. Znajdując się na wysokości 3000m (lodowiec nazywa się Glacier 3000, miejscowość i masyw Les Diablerets) i patrząc na cudowną panoramę Alp, czułam jak mały jest człowiek wobec potęgi przyrody otaczającej go z każdej strony. Polecam każdemu, widok warty każdego wydanego Franka Szwajcarskiego. 







Mamy dwie pośrednie stacje kolejki, a na samym końcu najlepszą atrakcję, czyli Tissot Peak Walk - przejście podwieszanym mostem na sąsiedni szczyt. Niesamowite wrażenie i cudowne widoki. 







Na szczycie spędziliśmy dobre pół godziny. Dziewczyny bawiły się w śniegu, a my cykaliśmy fotki. W pewnym momencie przyszła taka chmura, że po chwili zasłoniła widok z jednej strony. Mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że miałam głowę w chmurach nie tylko w przenośni, ale dosłownie :)




Na lodowcu jest co robić przez cały rok. My byliśmy w ostatnich dniach sezonu zimowego, ale latem prócz jazdy na nartach jest też wiele innych atrakcji - na przykład działa tzw. Alpine Coaster, najwyżej położony w Europie tor saneczkowy. 



Powiem wam szczerze, że gdyby to była chińska kolejka to nie wiem, czy bym w nią wsiadła ;) Jest tak wysoko, że trzeba mieć zaufanie podobne do zaufania jakim obdarzamy pilota samolotu. Łatwo mieć miękkie nogi ;)



Lądujemy!

Po powrocie na ziemię, udaliśmy się na kawkę i ciasto (przepyszna zresztą Tarte aux Pommes) podczas gdy dziewczyny tarzały się w śniegu. 



I jeszcze kilka ciekawostek na koniec :)

Les Diablerets, to ośrodek sportowy, położony pomiędzy Jeziorem Genewskim i Gstaad (znanego wam może dzięki Romanowi Polańskiemu, zamieszkującemu te tereny) 

W średniowieczu skalna ściana górskiego masywu otaczającego małą wioskę uważana była za bardzo niebezpieczne miejsce: miał tam zamieszkiwać diabeł. Nazwa Les Diablerets wywodzi się od francuskiego słowa ‘le Diable’, czyli diabeł.

Trzy tereny narciarskie z trasami zjazdowymi o łącznej długości 125 km oraz snowparkiem rozciągają się na wysokości około 3000 m n.p.m.. Sieć tras do jazdy na nartach biegowych liczy 30 kilometrów tras do jazdy stylem nordyckicm i 15 km tras - stylem łyżwowym. Kolejne atrakcje to 7,2 km trasa saneczkowa, wędrówki w rakietach śnieżnych, jazda na rowerze śnieżnym i wspinaczka po lodospadach. Atrakcją jest też budynek restauracji zaprojektowany przez wiodącego szwajcarskiego architekta Mario Botta na terenie narciarskim Glacier 3000, skąd rozciąga się wspaniała panorama na Region Jeziora Genewskiego. Co ciekawe, zimą wszystkie dzieci w wieku poniżej 9 lat jeżdżą bezpłatnie na nartach przez cały sezon. Z całego serca polecam Les Diablerets wszystkim, nie tylko miłośnikom gór :) 







* Źródło informacji: www.myswitzerland.com









poniedziałek, 27 maja 2019

Mamo, czy pamiętasz.




Ostatnio pisałam, że czuję się zbyt młoda, by mieć tyle lat, ile pokazuje moje metryka. Gdzieś tam w głowie moi rodzice zatrzymali się na wieku 45 lat, a ja? Sama nie wiem, ale na pewnie nie mam tych lat AŻ tyle ;) Moja mama ma to samo, gdyby patrzeć na cyferkę, to raczej powinna siąść w fotelu i robić na drutach. Na drutach owszem, robiła, ale wtedy kiedy byłam w przedszkolu. Jako, że w sklepach był deficyt ładnych rzeczy, to nauczyła się chyba od koleżanki. Jako pierwszą zrobiła mi niebieską kamizeleczkę, jeśli dobrze pamiętam w czerwone gwiazdki. Ja nigdy nie miałam ani drygu, ani nerwów do tych rzeczy. Może dlatego jak coś się w domu podrze, to dziewczyny od razu mówią "babcia przyjedzie to zeszyje" (No tak. Jakbym nie umiała dziury nareperować, czy guzika przyszyć... Ale tak już się utarło. Przyjęłam więc, że co by nie było, to babcia na pewno zrobi to lepiej)

Gdy chodziłam do przedszkola, zawsze po południu siadałyśmy na ławeczce i opowiadałam co u mnie, jak minął mój dzień. Lubiłam ten mały placyk. Może dlatego, ze stał tam najprawdziwszy czołg, pozostałość jeszcze chyba po wojnie. Zresztą długo tam stał. 
A pamiętasz, że nigdy nie lubiłam, gdy spotykałyśmy jakąś Twoją znajomą? Jejku jakie to było straszne "No nie mogę się nadziwić jak ta twoja córcia wyrosła, bla bla bla" a ja stoję z tyłu, taki maluch, pamiętam, bo sięgałam Ci co najwyżej do pasa i trzymałam się spódnicy. Gdy moja cierpliwość się kończyła, delikatnie ciągnęłam Cię za jakąś część garderoby, lub siatkę z zakupami. 
A pamiętasz jak jeździliśmy nad morze, do Międzyzdrojów i za nic w świecie nie chciałam jeść zupy mlecznej? A tę PRL-owską zastawę, białe kubki, talerze z napisem, czy znaczkiem, nie wiem dokładnie, nadgryzionych nie tylko zębem czasu? :) Nie wiem jak Ty, ale ja starałam się  wybrać taki kubek, który był w miarę w całości. To były czasy. Zawsze musiałam iść po murku, tym przy kortach tenisowych. Za każdym razem jak dziewczyny chcą na murek, to przypomina mi się, że ja też nie przeszłam obok żadnego obojętnie. 
A pamiętasz jak kiedyś wypożyczyliśmy rowery i wieźliście mnie na takim koszyku? Ale było fajnie, zwłaszcza dlatego, że nie trzeba było pedałować ;) Wieczorami siedzieliście z państwem B. i graliście w karty. Lubiłam podglądać, coś udawać, że pomagam. Granie w karty wydawało się wtedy takie ... dorosłe. Wakacje były fajne.

A pamiętasz jak kiedyś poszłyśmy razem do kina, już byłam duża, może w liceum? i miałyśmy taką straszną ochotę na to, żeby rzucić w kogoś popcornem? Haha, może nie powinnam się przyznawać, ale wiem, że chyba ci ludzie z przodu przeszkadzali, czy szeleścili torebkami a nam skojarzyło się jak na filmie, że właśnie tak można ich uciszyć :) Ale nie rzuciłyśmy, pozostałyśmy przyzwoite.
Albo wtedy kiedy szłyśmy na skwerku i jakiś chłopak nas zagadnął "Co tam u was dziewczyny" a Ty mówiłaś, że strasznie Ci miło, że wziął Cię za moją koleżankę. Hehe. Mam nadzieję, że mnie też kiedyś pomylą z rówieśnicą moich dzieci ;)

O, albo to też było fajne. Pojechałyśmy na rowery i nagle przyszła burza. Na początku byłyśmy trochę złe, bo nie było się za bardzo gdzie schronić i przeczekać. No to pogodziłyśmy się z losem i jechałyśmy tak w tym ulewnym deszczu bawiąc się najlepiej jak w życiu pamiętam. Gdy wróciłyśmy do domu miałyśmy przemoczone wszystko prawda? Wyglądałyśmy obie jak zmokłe kury. Śmiałaś się, że wykręcam nawet majtki. 

Albo wtedy na pierwszym roku, co ufarbowałam się na "blondynkę" i wyszły mi ciemne włosy i wyglądałam jak spod latarni... Co za koszmar. Szlochałam w domu, a Ty biegałaś po mieście za odbarwiaczem haha. Pamiętasz jak szybko trzeba było go nakładać, bo zaraz kolor stawał się inny? Tym samym zostałam prekursorką baleyage, przynajmniej póki włosy nie wróciły do normy. Od tamtej pory pokochałam swój naturalny kolor (zresztą którego wszyscy mi zawsze zazdrościli ;) ) 

Albo wtedy co jeździłyśmy na ryneczek po czereśnie i siadałyśmy na ławce i jadłyśmy takie brudne, niemyte. To było fajne, bo czułam, że robię coś "zakazanego" i to nie ja sama, ale z własną matką! O dziwo nigdy brzuch nas nie bolał. 

26 maja tamtego roku poszłyśmy jak zwykle na kawę i ciacho do kawiarni i powiedziałam Ci, że nie chcemy już się starać o biologiczne dziecko, tylko być rodzicem w inny sposób. Pamiętasz jak płakałyśmy obie, a kelnerka dziwnie na nas patrzyła, nie wiedząc, czy płaczemy nad życiem, czy nad dziwnym smakiem ciasta? :) Jeszcze wtedy żadna z nas nie wiedziała, że to wszystko tak się zakończy, że przepadniemy w studni miłości do tych uroczych maluchów.

Choć może za rzadko to mówię, wiesz, że kocham Cię najbardziej na świecie. I dziękuję za te wszystkie zwykłe, ale jakże niezwykłe chwile, życząc Tobie, nam, jeszcze wielu takich do kolekcji :):) 
Twoja kochana córeczka
(dobrze, że masz jedną to wiadomo o kogo chodzi hehe ) 

czwartek, 23 maja 2019

Za młoda by czuć się tak cholernie staro.



Jako, że właśnie przypada kolejna rocznica moich 18-tych urodzin, postanowiłam zrobić taki mały rachunek sumienia z tego co było ;) Siedzę, myślę i dochodzę do wniosku, że tyle rzeczy mogłam zrobić inaczej w życiu. Mogłam nie popełnić wszystkich tych błędów, które popełniłam. Przecież widać jak na dłoni, że to nie mogło się udać, a tamto nie miało prawa wypalić. Z drugiej jednak strony jeszcze coś innego było niemożliwe do spełnienia, a jednak się udało. Tylko szkoda mi tych lat, które gdzieś w zawieszeniu spędziłam walcząc w wiatrakami, unosząc się na wietrze i opadając z hukiem na ziemię. Tak bardzo chciałabym móc cofnąć czas, by mieć jeszcze te kilka lat w garści do wykorzystania. Na starość chyba robię się bardzo sentymentalna i chciałabym zatrzymać te chwile tak ulotne jak pyłki dmuchawca lecące każde w swoją stronę. Wyciągam ręce i próbuję je złapać, ale one gdzieś tam rozmywają się w powietrzu. Tak sobie jeszcze myślę, że jednak czasem musi coś polecieć daleko, by znalazło takie miejsce, gdzie można spokojnie wylądować. Ja jak to ja, zawszę muszę to zrobić z hukiem, musi być twardo i niewygodnie, ale tak pomijając to wszystko, to chyba zgodzę się z piosenką Edith Piaf "Non, je ne regrette rien" i powiem, że ja też niczego nie żałuję. Jestem pewna, że nie byłoby mnie tu gdzie jestem, gdyby nie ta długa droga dzięki której wylądowałam właśnie w tym miejscu. Prawda jest taka, że ta moja droga to trochę przypomina kolejki w Disneylandzie - kiedy myślisz, że już jesteś u celu, pojawia się kolejny róg, kolejny zawijas, albo wchodzisz do budynku, a tam "ludziów jak mrówków" Wiem, że jeszcze nie jedna góra przede mną, jeszcze nie jeden kamień na którym się potknę. Byle mieć siłę, aby się podnieść i iść dalej. A jak iść dalej skoro człowiek coraz starszy i coraz bardziej niedołężny będzie ;) A i wzrok pewnie zaraz się pogorszy, choć z tym akurat problemów do tej pory nie miałam. Gdy czasem słucham, że ktoś tam ma tyle i tyle lat, to myślę sobie: Boże, ale stary. A potem w głowie kołacze się myśl: zaraz, zaraz, wróć, przecież on/ona jest tylko 2 lata ode mnie starsza/starszy! 
Jestem zdecydowanie za młoda, by czuć się tak staro. Zdecydowanie za młoda... Tak czy siak
HAPPY BIRTHDAY TO ME ;) 

poniedziałek, 20 maja 2019

Z przymrużeniem oka - wakacyjne oczekiwania a rzeczywistość.


Pamiętam jak kiedyś pojechałyśmy z koleżanką na wycieczkę na Lazurowe Wybrzeże. Patrząc na zdjęcia hotelu w katalogu, wydawało się, że jest on położony nad samym morzem. Nie było wtedy Google Street View, nie można było sprawdzić wcześniej jak to wszystko wygląda w rzeczywistości. Jak się później okazało, w Nicei, gdzie mieszkałyśmy, pomiędzy hotelem a plażą znajduje się ... ruchliwa ulica, a sama plaża jest kamienista i nie zachęca ani do spacerów, ani do wypoczynku. Oczywiście nie zepsuło to wakacji, ale jednak byłam zdziwiona, ponieważ moje wyobrażenie o Lazurowym Wybrzeżu było zupełnie inne.  
Czasem rozważając wyjazd w jakieś miejsce, mamy jego zupełnie inne wyobrażenie. Na przykład jeśli ktoś myśli, że przyjeżdżając do Disneylandu w marcu ominie tłumy, to bardzo się zdziwi - tu sezon trwa cały rok. Jadąc nad polskie morze w lipcu, przy temperaturze 30 stopni, nie możemy spodziewać się pustych plaż - wiadomo, że sąsiada będziemy mieć tuż obok. Żeby zrobić dobre zdjęcie, w wielu popularnych miejscach trzeba wyczekać moment, by móc wstrzelić się w ułamek sekundy, gdy nie ma nikogo. Widząc takie ujęcia, wyobrażamy sobie więc te miejsca zupełnie inaczej, niż wyglądają w rzeczywistości. Często okazuje się, że turyści znajdują się tam od rana do wieczora, a na dodatek przy kiepskiej pogodzie miejsce całkowicie traci swój urok. 

Dziś mam dla was kolejną dawkę zdjęć z cyklu z Przymrużeniem Oka. Popatrzcie jak czasem można się zdziwić jadąc w miejsce, o którym mieliśmy zupełnie inne wyobrażenie :) A może wy macie tego typu doświadczenia? :) Miłego oglądania i dobrego tygodnia!


1. Plaża Copacabana w Rio de Janeiro.




2. Łaźnie termalne w Budapeszcie. 


3. Norwegia.


4. Biały Dom w Waszyngtonie.


5. Austria.


6. Rio de Janeiro.


7. Amsterdam


8. Miejsce, gdzie odbywa się Festiwal Filmowy w Cannes.


9. Dominikana.


10. Los Angeles. 


11. Florencja. 


12. Plaże w Goa, na Półwyspie Indyjskim.



13. Bruksela


14. Piramidy w Egipcie.









Źródło:www.brightside.me