wtorek, 13 listopada 2018

Gdy dzwoni TEN telefon ... ale nie do ciebie.


Każdy z oczekujących na adopcję dziecka przyzna, że najgorszy okres to ten po kwalifikacji. Wcześniej ciągle coś się działo, rozmowy, szkolenie, oględziny mieszkania a tu nagle cisza. 


Wiem na pewno, że u nas w ośrodku rodzice są dobierani do dziecka, nie ma żadnej kolejki, a pod uwagę bierze się bardzo szczegółowo historię przyszłych rodziców i biologiczne pochodzenie dziecka. Od tego zależy powodzenie adopcji.

Można byłoby powiedzieć, że "kolejka" jest lepsza, ponieważ czekasz cierpliwie i monitorujesz ile jeszcze przed tobą zostało par. Z drugiej jednak strony, ma to być przecież NASZE dziecko, więc czekanie nie powinno być niczym zaskakującym. Dochodzi jednak do paradoksu takiego, że kilkanaście małżeństw oczekuje od np. dwóch lat, a dziecko proponowane jest komuś, kto dopiero niedawno skończył szkolenie. I jak tu nie być złym na to wszystko? Jak uzbroić się w cierpliwość?

Na jednym z zeszłorocznych szkoleń zaprzyjaźniłam się i zżyłam z trzema parami oczekującymi na adopcję. Bardzo ciepło o nich myślę, ile mogę to wspieram i czekam razem z nimi. Znając obecną sytuację, żadne z nas nie spodziewało się, że ktokolwiek z nich mógłby zostać rodzicem w tym roku. Jakież było więc moje zaskoczenie, gdy dowiedziałam się w zeszłym tygodniu, że mają synka! Jeszcze nie są razem, jeżdżą do niego na razie w odwiedziny, ale istnieje duża szansa, że w te Święta będą już razem :) 
Powiem wam, że strasznie się cieszę, że już jedna para z tej grupy może cieszyć się szczęściem. Choć od kilku lat jestem "po tej drugiej stronie", równie mocno przeżywam z każdym okres oczekiwania, a emocje towarzyszące TEMU telefonowi są może inne niż przy tym naszym, ale równie silne. Miałam ciarki i wypieki na twarzy słuchając jak szczęśliwi są ci ludzie. 

Wiem, że pozostałym parom, szczególnie tym zaprzyjaźnionym, musi być ciężko. Dzwoni telefon, ale nie do ciebie. To trochę przypomina czekanie na ciążę, kiedy to wszystkie inne koleżanki zachodzą, a ty nie. I choć wokoło powtarzają, że na ciebie też przyjdzie kolej, to mijają miesiące i nic. Zaczynasz wątpić, czy w ogóle to nastąpi. Tak samo z adopcją, czekasz, cieszysz się z telefonów w grupie, w ośrodku, ale ty wciąż bez dziecka. Jak sobie z tym poradzić? Wiem, że musi być wam ciężko, ale nie traćcie nadziei, że WASZE dziecko gdzieś tam czeka. Pokornie czekajcie, a nadejdzie taki dzień, w którym niespodziewanie zostaniecie rodzicami. Ot tak, po prostu.

Ściskam mocno kciuki za wszystkich oczekujących, a świeżo upieczonym rodzicom jeszcze raz gratuluję. Mam nadzieję, że szybko będziecie razem :) 

niedziela, 11 listopada 2018

Elsa śpiewa piosenki patriotyczne (nagrania oryginalne :) )




Mam nadzieję, że gdzieś tam w zakamarkach swojej pamięci, moje dzieci odnajdą tę niezwykłą dzisiejszą uroczystość w 100 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Niestety nie braliśmy czynnego udziału w obchodach, ale oglądaliśmy wszystko w telewizji. Jestem też bardzo zbudowana tym, jak dużą wagę przywiązuje się w przedszkolu do patriotyzmu. To nie tylko wykonywanie godła, czy malowanie flagi, ale choćby informacje i nauka Mazurka Dąbrowskiego. To dobrze. Dziecko powinno wzrastać w miłości i przywiązaniu do swojego kraju. 

Strój galowy.

Wpada do mnie w piątek zdenerwowana sąsiadka (12 lat), zbulwersowana tym, że dostała w szkole minus za nieodpowiedni strój na obchodach Dnia Niepodległości. Fakt. Miała na sobie czarną spódniczkę, ale tak krótką, że ledwo zakrywała pupę. Kiedy zwróciłam jej na to uwagę, podniosła ją pokazując, że ma pod nią krótkie spodenki. No cóż, nikt przecież nie będzie zaglądał jej pod spódnicę. Bluzka. A w zasadzie biała koszulka w stylu T-shirt, wygnieciona, jak to za moich czasów mówiło się "wyjęta psu z gardła" Trudno było mi tej dziewczynie wytłumaczyć, że kolor biały i czarny nie wystarczy, by strój nazwać galowym.

Kiedy ja chodziłam do szkoły, na akademię musieliśmy mieć czarne lub granatowe spódniczki, a do tego białe bluzeczki z kołnierzykiem. Nikt nie zastanawiał się, czy to lubi, czy nie (to był argument tej nastolatki na moją uwagę, że to chyba nie taka bluzeczka). Tak należało się ubrać i każdy to szanował. Jeśli ktoś był nieodpowiednio ubrany, nie został wpuszczany na salę gimnastyczną. Tak, wiem, ja już należę do epoki dinozaurów, ale powiem wam, że ja nie wyobrażam sobie, żebym dziecku wieczorem nie naszykowała odświętnego stroju, jeśli taki jest wymagany. Gdy dziewczynki mają jakąś akademię (nawet kiedyś w żłobku), szykuję spódniczkę, białe rajtuzki, bluzeczkę. Według mnie to przecież wyraża mój szacunek wobec placówki, nauczycieli, a w tym przypadku naszego kraju, ludzi, którzy walczyli za niego. Czyż to nie my rodzice powinniśmy pewnych rzeczy dopilnować? Pewnie ktoś powie, że przesadzam, bo każdy jest zmęczony, nie ma siły, dziecko już jest duże, więc może samo pomyśleć. No właśnie pomyślało - wzięło jakąś wymiętą koszulkę i miniówkę, w której najlepiej się czuje i poszło do szkoły. Nie będę tu krytykować nikogo, ale o takich uroczystościach wiemy przecież na długo przed. Myślę, że znaleźć  10 minut na naszykowanie, wyprasowanie stroju galowego dla dziecka i powieszenie go na wieszaku nie jest wielkim problemem. Pod warunkiem, że taki strój w domu jest...

To samo z początkiem i zakończeniem roku. Gdy teraz przyglądam się uczniom, podążającym np. na rozdanie świadectw, to czasem zastanawiam się, czy aby na pewno idą do szkoły. 

W tym tygodniu w naszym przedszkolu odbędzie się uroczysta akademia z udziałem rodziców. Znów pewnie będę płakać, tym bardziej, że po raz pierwszy Elsa będzie śpiewać solówkę!! Dowiedziałam się o tym niedawno i powiem wam, że stresuję się chyba bardziej niż jakbym ja sama miała zaśpiewać ;) Także trzymajcie kciuki za nią :) A zresztą co tam, wklejam wam Elsę jak śpiewa.





sobota, 10 listopada 2018

Życie poza mediami społecznościowymi.

O  tragicznych wydarzeniach z sierpnia tego roku, słyszał chyba cały świat...



Na historię zaginięcia ciężarnej kobiety, Shanann Watts i jej dwóch córek 4-letniej Belli i 3-letniej Celeste, trafiłam przypadkiem przeglądając amerykańską prasę w poszukiwaniu materiałów na lekcję. Jestem dość wrażliwa i wyczulona na sprawy, które dotyczą dzieci, dlatego też pozwoliłam sobie na obejrzenie materiału filmowego, w którym mąż i ojciec wypowiadał się przed kamerą prosząc o pomoc w odnalezieniu jego rodziny. Nie wiem, czy dlatego, że oglądałam w swoim życiu setki kryminałów i czytałam książki, czy coś mi się w tym człowieku po prostu nie spodobało (choćby to jak spokojnie mówił o zaginięciu tej trójki), ale pomyślałam wtedy, że wcale nie zdziwiłabym się, gdyby to właśnie on miał coś wspólnego z ich zniknięciem. Najczarniejszy scenariusz stał się faktem. Chris Watts został po kilku dniach aresztowany pod zarzutem zamordowania swojej rodziny, wskazał też, gdzie znajdują się ich ciała. Jak zwykle w takich sytuacjach bywa, rodzina i znajomi byli wstrząśnięci i zaskoczeni tym, co się wydarzyło. Pozornie szczęśliwa rodzina, z trzecim dzieckiem w drodze (tym razem miał być to chłopczyk), zniknęła w jednej chwili niczym liść zdmuchnięty na wietrze. 


Nie jestem osobą, która ekscytuje się sensacjami, szczególnie tymi dotyczącymi celebrytów i innych ludzi próbujących się wylansować, czy też mających parcie na szkło. Szczerze mówiąc mało mnie interesuje to kto, co, z kim i gdzie zrobił, co kupił, kogo poznał. Są jednak takie tematy, które przykuwają moją uwagę i związuję się z nimi emocjonalnie. Tragedię w domu Wattsów staram się pojąć swoim umysłem, zrozumieć skomplikowaną psychikę ludzką, która doprowadziła męża i ojca do popełnienia zbrodni.

Po drugiej stronie płotu, trawa zawsze wydaje się bardziej zielona.

Napotykając trudności w naszym życiu, łatwo porównujemy się z innymi. Wydaje nam się, że wszyscy mają właśnie to, czego nam w danej chwili brakuje. I rzeczywiście nie raz tak jest. Choćby w walce z niepłodnością, kiedy to nasze koleżanki zachodzą w ciążę a my nie. Oliwy do ognia dodają nie tylko rozmowy z nimi, w których absolutnie brak jakiejkolwiek empatii, ale również tworzenie przez nie, nie do końca prawdziwego życia w mediach społecznościowych. Na ile możemy zatem wierzyć w to, co widzimy np. na Facebooku? Faktem może być to, że urodziło się danej rodzinie dziecko, ale czy życie rodzinne prezentowane na podstawie krótkich filmików, relacji, zdjęć odzwierciedla dokładnie to, co się w niej dzieje? Na pewno nie, ale pokazując idealne "urywki" ze swojego życia, tacy ludzie tworzą pewien obraz, który zapamiętujemy my, odbiorcy. Możemy tłumaczyć sobie tysiące razy, że ta, czy inna rodzina również ma problemy, nie ma doskonałego życia, ale odbieramy najważniejszą informację dla nas - mają dziecko, a my nie. Pisałam kiedyś wydaje mi się ciekawego posta pt. W sieci mogę być kim chcę. (KLIK) Skoro mogę stworzyć alternatywną siebie, to jaki problem w stworzeniu całej mojej rodziny w sposób taki, że odzwierciedli moje marzenia, pragnienia, plany, zagłuszy problemy?  W tak wykreowaną nową rzeczywistość łatwo nawet samemu uwierzyć, ignorując prawdę o swoim życiu. 

Czytając FB, czy Instagram Shanann, możecie zobaczyć portret rodziny szczęśliwej. Nie idealnej, ale takiej, której niczego nie brakuje. Shanann z uśmiechem opowiada jak poznała Chrisa, który wysłał jej zaproszenie do znajomych i o tym jak je zaakceptowała myśląc, a co tam, i tak pewnie nigdy go nie zobaczę na oczy. Osiem lat później, ona i ich troje dzieci zginęło z ręki tego właśnie mężczyzny. I można byłoby się zastanawiać, czy Chris zawsze był tą osobą, którą potem się okazał być - mordercą, czy przez te ileś lat wspólnego pożycia, coś w tym małżeństwie zawiodło, co doprowadziło do takiej strasznej tragedii. 
W mediach społecznościowych, ludzie malują pozytywny obraz swojego życia, mówi Erin A.Vogel, naukowiec Wydziału Psychiatrii z Uniwersytetu w Kalifornijskiego. Nie koniecznie kłamią na temat tego, co aktualnie dzieje się w ich życiu, ale zwykle też nie mówią całej historii. 
W późniejszych zeznaniach, Chris Watts przyznał się do romansu z swoją współpracownicą i jak twierdził poinformował o tym fakcie również swoją żonę, niedługo przed jej zamordowaniem. To miało doprowadzić do kryzysu jaki przeżywali małżonkowie. Co takiego naprawdę wydarzyło się w tej rodzinie, tego zapewne nigdy się nie dowiemy, ale fakt pozostaje taki, że dla wszystkich Chris był przykładnym mężem i ojcem. Sama Shanann również wychwalała go mówiąc, że jest najlepszym ojcem, jakiego mogły mieć jej dziewczynki. Informacje na temat sytuacji rodzinnej jakimi inni byli karmieni, pochodziły od samej Shanann. Trudno więc określić na ile prawdziwe były jej zdjęcia, filmy, komentarze. Jeżeli założymy, że romans, i trudna sytuacja w związku z narodzinami trzeciego dziecka mogły być motywem pozbawienia życia 34-latki, tak niezrozumiałe i potworne wydaje się zabicie trójki (gdyż liczę również ciążę) niewinnych dzieci.
Gdy czyjeś życie wydaje się idealne w mediach społecznościowych, trudno jest jednoznacznie stwierdzić, czy tak faktycznie jest, czy być może częste, pozytywne posty są wynikiem podjętej próby poradzenia sobie z problemami, mówi Vogel.
Wizerunek rodziny jaki sami przedstawili był na tyle wiarygodny, że  całe najbliższe środowisko było zaszokowane wiadomością o aresztowaniu Chrisa pod zarzutem zamordowania swojej rodziny. Vogel przypomina, że ludzie powinni pamiętać, że czyjaś obecność w mediach społecznościowych jest jedynie wypolerowaną wersją swojego życia. 
Są oczywiście tacy, którzy szczerze pragną podzielić się swoim życiem z przyjaciółmi, fanami, ale są i tacy, dla których jest to sposób na przekonanie siebie i innych o tym, że wszystko jest w należytym porządku. W rzeczywistości zmagają się z różnymi problemami, a otrzymywanie "lajków" i komentarzy przynosi tymczasowe zadowolenie i zapewnia naszych znajomych, że nie dzieje się nic złego. 

Choć pewne tematy przestały stanowić tabu, to jednak wciąż spotykamy się z niezrozumieniem i brakiem empatii wśród społeczeństwa. Z jednej strony ludzie pragną byśmy byli szczerzy, nie ukrywali swoich problemów, a drugiej swoją postawą sprawiają, że pokazanie naszej prawdziwej twarzy skutkuje niezrozumieniem, odrzuceniem, a czasem nawet utratą drugiej osoby.
Nawet jeżeli jesteśmy świadomi tego, że inni ludzie dzielą się tylko częściowo swoim życiem w mediach społecznościowych, to trudno jest o tym pamiętać przewijając informacje w nich zawarte, mówi Vogel. Dlatego też często wierzymy, że życie innych ludzi jest idealne, podczas gdy w rzeczywistości dalekie jest to od prawdy.
I tak chyba jest, bo przecież tysiące razy możemy tłumaczyć sobie, że inni też mają problemy, że ich życie na pewno nie jest idealne. Ale cóż z tego, skoro zdjęcia na Facebooku przedstawiają uśmiechniętą rodzinę na wakacjach, a my kolejny weekend spędzamy w samotności. Jak mają nas nie wzruszać komentarze innych ludzi, twierdzących, że rozumieją, co przeżywamy, jeśli sygnały przez nich wysyłane są sprzeczne z tym, co mówią?

Prawdziwe życie.

Kilka dni temu Chris Watts przyznał się do zarzucanych mu czynów. Pierwotnie twierdząc, że zamordował tylko swoją żonę, a to ona jest odpowiedzialna za śmierć córek, teraz zmienił swoje zeznania, tym samym unikając kary śmierci. Ta historia jest tragiczna na różnych płaszczyznach. Mamy tu pozornie idealną rodzinę, w której wydarza się tragedia, co wstrząsa całym społeczeństwem. Wykreowany świat rozbija się na tysiące kawałków niczym stłuczony wazon. I mamy inny wymiar tej tragedii. Bo załóżmy, że faktycznie w tej rodzinie źle się działo, to czy ktoś nie powinien był czegoś zauważyć i zapobiec temu co się stało? Myślę, że tak straszne zbrodnie są wynikiem długotrwale działających czynników, zmian jakie powstają i narastają w człowieku. Ludzie przechodzą obojętnie obok innych, często nie zauważają wyraźnych sygnałów wysyłanych przez najbliższych, a ich cichy krzyk traktują jak słabość, czy niechęć do swojej osoby. 
Ludzie przestali ze sobą rozmawiać, a interakcja została zamieniona na ilość "lajków" pod postem. Jeśli tak teraz wygląda świat, to czemu kolejny raz dziwimy się słysząc o takich wydarzeniach jak w domu Chrisa i Shanann. 






*Cytaty pochodzą z www.oxygen.com, zdjęcia Getty Images. 






wtorek, 6 listopada 2018

O powrotach do przeszłości, nie całkiem legalnym noclegu i innych rzeczach.


My tu sobie tak gadu gadu o jesieni, a tak naprawdę tyle mam wam jeszcze do opowiedzenia na wakacyjne tematy! Może jakoś się wyrobię przed pierwszym śniegiem, choć szczerze mówiąc z tą pogodą to nic nie wiadomo. Skoro mamy od jakiegoś czasu dwie pory roku (albo lato albo zima) to zaraz się okaże, że pewnego ranka za oknem zobaczymy śnieg...

Nie wiem, czy pamiętacie taką scenę z Forresta Gumpa, kiedy to umierająca Jenny leży w łóżku w domu Forresta, a on opowiada jej o wszystkich miejscach, które odwiedził. Opowiada o wojnie w Wietnamie, o biegu przez całe Stany, a Jenny słucha i ze łzami w oczach mówi, że szkoda, że jej nie było tam z nim. Ależ byłaś, z uśmiechem odpowiada Forest. Przez cały ten czas. 
Chyba czułam coś podobnego odwiedzając różne miejsca zanim dziewczynki się urodziły. Gdzieś tam na dnie swojego serca miałam takie marzenie, żeby kiedyś tam wrócić i pokazać im to, czego doświadczaliśmy sami. W ogóle nie wiem jak wy, ale ja lubię wracać w miejsca, które pamiętam z przeszłości.

W tym roku odwiedziliśmy kilka takich miejsc. Jedno z nich pamiętam jeszcze ze swojego dzieciństwa, jeśli tak mogę to nazwać, gdyż byłam tam z rodzicami po 3 klasie liceum (więc już aż tak mała nie byłam, ale co by nie mówić to jednak wieki temu) 





San Marino, bo o nim mowa, to miejsce, które przede wszystkim kojarzyło mi się z wchodzeniem pod górę ;) Ale nie tylko. Pamiętam, że na jednym ze straganów, rodzice pozwolili mi wybrać jakąś torebkę, więc zdecydowałam się na czarny, lakierowany kuferek ze złotymi dodatkami. Ot taki typowo włoski styl. Czułam się dumna ze swojego wyboru, do czasu gdy w jednym z butików kilka miesięcy po powrocie do domu, zauważyłam na wystawie identyczną torebkę! Oczywiście za odpowiednio wyższą cenę, żeby nie było. 
Z San Marino pamiętam jeszcze, że wiał wtedy okropny wiatr, bo mam takie zdjęcie na którym moje rozpuszczone, długie włosy fruwają we wszystkie strony. Nie cierpiałam tego zdjęcia ;)



Ale widok ze szczytu centrum San Marino jest oszałamiający - usytuowane jest bowiem na szczycie najwyższego wzniesienia w kraju Monte Titano na wysokości 749 metrów powyżej poziomu morza. Przy dobrej widoczności i bezchmurnym niebie jest to doskonały punkt widokowy Apeninów z panoramą na Morze Adriatyckie. Średniowieczny charakter miasta podkreślają otaczające dawny gród mury obronne z zamkami, domami, placami, murami, fortyfikacjami oraz basztami.



Dziewczynki nie miały problemu z wdrapaniem się na sam szczyt, mam jednak nadzieję, że nie będą kojarzyć tego miejsca tylko z wchodzeniem ;) 




Jeżeli nie macie ochoty na wchodzenie, możecie skorzystać z kolejki linowej. To dla mnie nowość, bo kiedy ja byłam dzieckiem niestety takiej możliwości nie było.



Powiem wam szczerze, że zupełnie inaczej odbieram miejsca, które odwiedziłam jako dziecko, czy nastolatka, a inaczej już jako osoba dorosła. Nadal nie znam się za bardzo na architekturze, nie powiem wam co to za styl, dla mnie jest tylko określenie ładne - nieładne. Coś albo robi na mnie wrażenie, albo nie. Ale lubię zwiedzać, delektować się jakiś fajnym miejscem, a dziewczynki są na tyle już duże, że chętnie z nami podróżują i mam nadzieję coś zapamiętają. Może też będą chciały wrócić? Cyknęłam Elsie zdjęcie przed straganem, który wydaje mi się tym samym, na którym rodzice kupili mi ten sławny kuferek.



Część naszych wrześniowych wakacji spędziliśmy nad jeziorem Maggiore, które częściowo należy do Szwajcarii a częściowo do Włoch. Znaliśmy je wcześniej bardzo dobrze, byliśmy już tam dwa razy, raz sami, raz ze znajomymi. Jeśli chodzi o Szwajcarię, region ten nie należy do najtańszych. Pobyt pod namiotem jest dwa razy droższy niż w innych kantonach. Szczerze mówiąc jeśli chodzi o sam klimat to nie widać różnicy między Szwajcarią a Włochami. Prawie ci sami Włosi, te same lody, pizza, tylko waluta inna ;) Po szwajcarskiej stronie jeziora jest jednak dużo czyściej. Dziś opowiem wam o ostatnim razie, kiedy tu byliśmy.




Wraz ze znajomymi dojechaliśmy na kemping wczesnym wieczorem. Ku naszemu zdziwieniu nie było ani jednego wolnego miejsca. Udaliśmy się więc na kemping obok, ale tam sytuacja identyczna. Do następnego, który ewentualnie mógłby coś mieć, musielibyśmy się wracać ok. 60km. Zmęczeni podróżą i szukaniem, usiedliśmy na ławce w pobliskim parku. Jako, że nasza koleżanka była kiedyś fanką podróżowania autostopem i innych niekonwencjonalnych rozwiązań, zaproponowała nocleg w śpiworach na trawie nad jeziorem. Pomysł niezły, ale z tyłu głowy miałam cały czas informację taką, że w Szwajcarii wszelkie dzikie obozowiska są surowo wzbronione i karane wysokimi mandatami. A z nimi lepiej nie zaczynać. Już sama próba podjęcia dialogu z funkcjonariuszem policji może się źle skończyć. Nie wiem co nas podkusiło, ale przystaliśmy na ten pomysł. Przynieśliśmy z samochodu wszystko to, co potrzebne nam było do rozłożenia naszego tymczasowego łoża i ułożyliśmy się do snu. Już wtedy wiedziałam, że spanie na dziko w Szwajcarii to nie był dobry pomysł. Wprawdzie non stop wydawało mi się, że policja przyszła nas aresztować, ku naszemu zdziwieniu prócz nas, rozbiło swoje obozowiska jeszcze kilka osób. Przychodziły też parki z kocami i siedzieli nad jeziorem spędzając romantyczny wieczór, ale potem zbierali manatki i wracali do przytulnych mieszkanek, podczas gdy my, nadal tam tkwiliśmy. W nocy budziłam się ze sto razy. Raz usłyszałam trzask łamanej gałęzi i wydawało mi się, że ktoś chce nas okraść. Zerwałam się i co widzę przed sobą? Jakiegoś gościa podciągającego gacie, równie zdziwionego jak ja. Nie wiem które z nas bardziej się wystraszyło... Kiedy nad ranem obudziłam się kolejny raz, przed sobą zobaczyłam cudny widok wstającego słońca. Skonana całonocnym czuwaniem, szturchnęłam męża i mówię: Zobacz jaki piękny wschód słońca. Idź cyknąć zdjęcie. Musiał być bardzo oszołomiony, bo nic nie odpowiedział, tylko posłusznie wziął aparat i wyruszył w stronę jeziora. Zdjęcia cyknął tylko trzy, więc podejrzewam, że po chwili dotarło do niego to, że spał smacznie, a ja wyciągnęłam go ze śpiwora po to, by uwiecznił ten moment. Oto on: (moment, nie mąż ;) )





Kiedy w końcu udało mi się usnąć (wiecie takim dobrym snem, który zwykle jest wtedy, kiedy zaraz trzeba wstawać) usłyszałam sygnał syreny. To nie był sen. Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam samochód policyjny z napisem "Carabinieri". Panika. Już chciałam uciekać, zabrać tylko nasze rzeczy (i męża ma się rozumieć), ale przeciwnik był szybszy, poruszał się przecież pojazdem wojennym, a ja jako piechur byłam na straconej pozycji. Podjeżdżali do różnych ludzi nocujących nad jeziorem, a ja zdziwiłam się, że w ciągu nocy przybyło ich aż tylu. W końcu podjechali i do nas. Skruszona, miałam przygotowaną całą litanię, by ewentualnie wybłagać u nich jedynie upomnienie. Puk puk, puk puk. Serce wali jak szalone, a w samochodzie zaczyna się powoli opuszczać przednia szyba. Znacie ten dźwięk elektrycznie otwieranej szyby. Tu doszła jeszcze do tego cisza, potęgująca efekt. Po chwili wyłonił się z środka młody, uśmiechnięty policjant i słowami "Buongiorno" przywitał całą moją grupę. 
Pewnie zastanawiacie się, czy dostaliśmy mandat. Nie, na szczęście pan policjant poprosił, byśmy się spakowali i zabrali swoje rzeczy, bo miejsce zaczynało już nowy dzień, czyli pojawili się biegacze, spacerowicze, turyści i teren musiał być już ładny. Może gdybyśmy rozbili namiot, zostalibyśmy ukarani za złamanie prawa, a tak, to okazuje się, że można sobie siedzieć nad jeziorem, przespać się, z tym, że należy się ewakuować rano. Park bądź co bądź nie jest dla ludzi, którzy wyglądają jak uchodźcy śpiący w śpiworach ;) Co by nie mówić, to szwajcarskie parki są przygotowane dla ludzi, po to by w pełni mogli z nich korzystać. 

W minione wakacje wróciliśmy do kilku takich miejsc z przeszłości. Nie zmieszczą się jednak w dzisiejszym poście, więc muszą poczekać do następnego :) 




piątek, 2 listopada 2018

Warszawskie Powązki.




"Czym jest me życie?
Ach, jedną chwilką!"



Jeżeli tylko pogoda na to pozwala, lubimy chodzić na wieczorny spacer na Cmentarz Powązkowski. Wyjątkowy klimat tego miejsca w tym roku podkreślony był przez ciepłe powietrze i zapach jesiennych liści unoszący się w powietrzu. Wystarczy skręcić w boczną alejkę i znaleźć tam ciszę, spokój i idealne warunki do zadumy.







 Powązki to najsłynniejszy cmentarz w Polsce otwarty 20 maja 1792 roku. Znajdziecie tu miejsca wiecznego pochówku zasłużonych mieszkańców naszego kraju. Artystów m.in. Czesława Niemena, Krzysztofa Kieślowskiego, Tadeusza Nalepy, Władysława Reymonta, Wojciecha Młynarskiego. Poza tym pochowani zostali tutaj m.in. legendarny dowódca AK Tadeusz "Bór" Komorowski czy Edward Rydz-Śmigły - marszałek Polski.






Nie wiem, czy wiecie, ale liczba osób pochowanych na Powązkach jest ogromna. Wśród ok. 1 miliona osób, jest wielu zasłużonych Polaków, w tym żołnierze powstań narodowych od Insurekcji Kościuszkowskiej do Powstania Warszawskiego, działacze niepodległościowi, ofiary katastrofy smoleńskiej, wybitni pisarze, poeci, uczeni, artyści, malarze. W sumie nekropolia zajmuje obszar 44 ha, czyli tyle co powierzchnia Watykanu!

Grób Ireny Jarockiej

Grób Czesława Niemena



Grób Zbigniewa Herberta

Nieopodal znajduje się Cmentarz Wojskowy, na który niestety w tym roku nie dotarliśmy z powodu późnej pory. W Alei Zasłużonych spoczywa wiele wybitnych Polaków, wśród nich m.in. filozof Leszek Kołakowski, architekt Stefan Kuryłowicz, muzyk Stanisław Grzesiuk, pisarz Julian Tuwim, dziennikarz Grzegorz Miecugow, muzyk Tomasz Stańko, artystka Olga "Kora" Jackowska, aktorka Danuta Szaflarska, pianista Władysław Szpilman, sportowcy - Kazimierz Deyna, Kazimierz Górski czy Irena Szewińska.



Grób Hanki Bielickiej.

Grób Violetty Villas


Grób Krzysztofa Kieślowskiego

Skromny, kamienny grób Andrzeja Kopiczyńskiego

Parafia im. św.Karola Boromeusza na Powązkach







Grób Gustawa Holoubka

Cytat na grobie Holoubka

Grób Stanisława Moniuszko

Powązki to miejsce wyjątkowe. Z jednej strony stare, historyczne, z drugiej jakże współczesne. Przypomina o naszej przemijalności, obojętne kim jesteśmy za życia, ale również pokazuje spuściznę pozostawioną przez niektórych tych, których nie ma wśród nas.






* informacje na podstawie www.warszawa.naszemiasto.pl




środa, 31 października 2018

Ci, których już nie ma.


Powiem wam, że jak tyle lat żyję na tym świecie (a trochę już ich minęło, nie powiem ile, bo lepiej o tym nie myśleć) to nie pamiętam takiej pogody na Dzień Wszystkich Świętych. Bywało ładnie, ale za to było zimno. Kilka razy również spadł śnieg, pamiętam jak dziś, bo trzeba było odgarniać go z grobu, by postawić znicz.



Wczoraj razem z moim uczniem wspominaliśmy, że jako dzieci bardzo lubiliśmy wkładać palce w rozgrzany wosk. Też tak robiliście? :) Dzisiejsze znicze już takie nie są. To była fajna zabawa, no i oczywiście koniecznie to ja musiałam zapalić zapałkę, więc w takich chwilach doceniałam to, że jestem jedynaczką - nikt mi tej zapałki nie wyrywał. Ile rozumiałam z tego, po co przyszliśmy odwiedzić groby mając te kilka lat? Nie mam pojęcia. Ale rozumiałam, że ludzie w którymś momencie po prostu odchodzą z tego świata. Na początku wydawało mi się, że dotyczy to tylko ludzi starszych, tych, którzy przeżyli już swoje życie. Któregoś roku jednak, zauważyłam przy wyjściu alejkę z malutkimi nagrobkami. Były tam pochowane dzieci, takie które były na tym świecie jedynie przez chwilę. Czasem było to kilka godzin, czasem kilka miesięcy. Pamiętam, że bardzo to przeżywałam, to, że jakieś dziecko zmarło i nie byłam w stanie pojąć dlaczego tak się dzieje, już wtedy wydawało mi się to niesprawiedliwe. O d tamtej pory co roku chciałam chodzić odwiedzać te dzieci. 

Miałam 5 lat, kiedy zmarła babcia od strony mojej mamy. Pamiętam jej pogrzeb bardzo dobrze. Byłam ubrana w czarno-białą kurteczkę i starałam się zrozumieć to wszystko, co się dookoła działo. Pamiętam bardzo dobrze, jak chodziłam po krawężniku i w którymś momencie moja noga obsunęła się i spadłam. Wstałam szybko i rozejrzałam się, kto widział całą tę scenę. Byłam pewna, że zaraz mi się oberwie. Ale nie. Ludzie zajęci byli zupełnie czymś innym, a ja poczułam się jak widz oglądający film, którego nie rozumiem. Szkoda, że babcia Marysia odeszła tak wcześnie, w zasadzie nie zdążyłam jej poznać. Noszę po niej drugie imię.

Dziadek zmarł, gdy chodziłam już do szkoły. Miał raka. Pamiętam jak przez wiele miesięcy chodziliśmy do niego do szpitala. Ten zapach pamiętam do dziś. Zapach i widok wszystkich chorych ludzi, leżących, przemieszczających się korytarzami. Pamiętam, że każdy był podłączony do cewnika, bo obok łóżek zwisały worki z zawartością. Nic przyjemnego. Ale dziadek pomimo swojego stanu, zawsze starał się zrobić coś fajnego dla mnie. Ukradkiem dawał mi jakieś pieniążki, mówiąc, że to na lody, ale wartość znacznie przewyższała ich cenę. Pamiętam, że raz dostałam tyle, że prócz lodów dla całej rodziny, zakupiliśmy encyklopedię ;) 
Spoczywa przy babci.

Dziadków od strony mojego taty pamiętam lepiej, żyli dłużej i mogłam ich lepiej poznać. Zresztą chodziłam do szkoły obok nich i codziennie jadłam u nich obiad po lekcjach. Pewnego dnia, kiedy weszłam, babcia powiedziała mi, że dziadek odszedł. Było to chwilę przed moim powrotem ze szkoły, bo ogórkowa zupa nalana do talerza dziadka była jeszcze ciepła. Dziadek leżał na kanapie i wyglądał jakby spał. 
Gdy dziś zamknę oczy, to widzę go siedzącego na fotelu na przeciwko wejścia i oglądającego telewizję. To był jego ulubiony fotel.

Babcia Ania odeszła jako ostatnia z tej najbliższej mi rodziny. Bardzo przeżyłam jej śmierć, choć wiem, że przyszła w dobrym momencie. Wciąż uśmiecham się na myśl, że oszukiwała wraz ze swoją sąsiadką, gdy grały w chińczyka. Albo gdy zjadła kilkuletni dżem, który sama zrobiła uprzednio pozbywszy się pleśni z wierzchniej warstwy :) Po babci mam trzecie imię, wybrane przeze mnie na Bierzmowaniu. 

Kiedy Elsa miała 2 latka z hakiem, a Misia była malutka, zmarła ciocia mojego męża, przyrodnia siostra mojej teściowej. Sama nigdy nie miała dzieci, więc przelała swoją miłość na dzieci siostry. Wiem, że bardzo kochała moje dziewczynki, a że była niepełnosprawna i niewiele mogła chodzić, to bardzo angażowała się w nasze życie. Codziennie pisała do mnie, czekała z utęsknieniem na zdjęcia. Odeszła nagle, a ja do tej pory nie mogę pogodzić się z jej śmiercią, z wielu powodów. Zabraliśmy obie dziewczynki na czuwanie przy trumnie, mimo, że było wtedy bardzo zimno. Chciałam, żeby choć Elsa ją pamiętała. Do trumny włożyliśmy cioci zdjęcie naszej rodzinki.

Wszystkich Świętych wydaje się być smutnym świętem. Przecież w końcu wspominamy wszystkich tych, którzy odeszli, których nie ma wśród nas. Ale kiedyś ksiądz na kazaniu przypomniał, że w zasadzie jest to święto radosne, bo przecież umarli mogą cieszyć się ze spotkania z Bogiem (pod warunkiem, że oczywiście tam właśnie trafią ;) ) Myślę, że to święto powinno przypomnieć każdemu o kruchości naszego życia i jego przemijalności. Czy warto więc uganiać się za czymś, czego nie zabierzemy ze sobą w chwili śmierci? Odchodząc na tamten świat, wszyscy jesteśmy równi. 


Więź między ludźmi jest według mnie najważniejsza w całej relacji z nimi, ale to ona sprawia, że odejście tej drugiej osoby tak bardzo boli. Podobno człowiek rodzi się w bólu i w bólu odchodzi, tylko czasem ten ból nie jest tego, którego już nie ma, ale tych, którzy muszą nauczyć się żyć bez niego.


poniedziałek, 29 października 2018

A gdyby tak cofnąć czas?


W związku z tym, że w nocy z soboty na niedzielę zmienialiśmy czas na zimowy, naszła mnie taka refleksja. A co gdyby naprawdę można było cofnąć czas? Oczywiście zatrzymując wiedzę o tym, co się wydarzyło, wszystkie doświadczenia i mądrości. Co bym zmieniła? Czy byłoby tak jak w kultowym filmie "Powrót do przyszłości"(Back to the Future), gdzie można było na przykład kupić almanach wydarzeń sportowych i zarobić na tym fortunę? Czy może byłoby jak w "Efekcie Motyla" (Butterfly Effect), gdzie cokolwiek bohater chciał zmienić, prowadziło do jeszcze gorszej wersji wydarzeń. 

zdj.Pixabay

Kilka lat temu mieliśmy w naszym życiu taki epizod. W zasadzie wiedzą o tym tylko moi rodzice (a za chwilę wszyscy, którzy to przeczytają ;) ) Kiedy nasze starania o dziecko wciąż kończyły się niepowodzeniem, pojawiła się możliwość wyjazdu za granicę na taki 2-letni kontrakt. Propozycja dotyczyła mojego męża, ja na szczęście mam taki zawód, że gdzieś tam zawsze znajdę pracę, więc postanowiliśmy dać szansę szczęściu. Pojechaliśmy więc razem na rozmowę kwalifikacyjną, która polegała nie tylko na przepytaniu, ale przede wszystkim na sprawdzeniu umiejętności kandydata. Pozostawiona na cały weekend sama sobie, wędrowałam po mieście szukając inspiracji fotograficznych, a mój mąż "męczył się" z potencjalnym szefostwem i pracownikami działu, którzy przekazywali odpowiednie informacje. Na koniec pierwszego dnia, zostaliśmy zaproszeni przez właściciela firmy do restauracji, a potem razem odbyliśmy spacer do miejsca zakwaterowania. Było przemiło. Bardzo polubiłam jego żonę, która opowiadała mi o życiu w tym regionie. Po kolejnym dniu również dostaliśmy zaproszenie, tym razem do szefa do domu na kolację przygotowaną właśnie przez jego żonę. Muszę przyznać, że nie byłam na to przygotowana, choćby ze względu na ubiór. Ogólnie jednak wszystko fajnie, od pracowników dostaliśmy pozytywny feedback, że szef jest raczej na tak, delektujemy się więc kolacją. Jakież ogromne było nasze zdziwienie, gdy po posiłku dowiedzieliśmy się, że jednak mąż nie dostanie tej pracy. To był cios w policzek. Nie tylko dlatego, że nasze plany, marzenia rozsypały się w pył w jednym momencie, niczym szklanka upuszczona na ziemię, ale dlatego, że przez cały ten czas dostawaliśmy sprzeczne sygnały od nich wszystkich. Być może u nas w Polsce wyglądałoby to zupełnie inaczej, bardziej profesjonalnie, tam uznali, że najpierw trzeba nas nakarmić, tak nakazuje kultura, a potem przejść do interesów. Nie myślcie, że coś na tej kolacji się wydarzyło, co sprawiło, że mąż nie dostał tej pracy. Argument jaki usłyszał, był taki, że w zasadzie niepotrzebnie spędziliśmy tam te dwa dni. Nic one nie zmieniły. Zresztą to nie jest ważne, nie po to wam to opowiadam, by się żalić, już dawno się z tym pogodziliśmy. Ludzie chodzą na rozmowy o pracę i jej nie dostają. To normalne. Wtedy jednak to była największa porażka w życiu, dla mojego męża i dla mnie też. Może dlatego, że wyobrażałam sobie, że takie 2 lata mogą dużo zmienić, dać nam dużo nowych sił, pokazać życie z innej strony, odetchnąć o starań o dziecko. Do tego sposób w jaki to się odbyło sprawił, że poczuliśmy się tak, jak gdyby stojąc na szczycie góry i podziwiając widoki, nagle ktoś szturchnął cię i powiedział, że to tylko sen. Albo gorzej. Zepchnął cię z tej góry...

Kiedy wróciliśmy do Polski, podjęliśmy jeszcze jedną, ostatnią próbę zajścia w ciążę, a potem złożyliśmy dokumenty adopcyjne. W kolejnym roku urodziła się nasza pierwsza córka. 

Może po prostu pewne rzeczy muszą się wydarzyć, byśmy głębiej przeżyli nasze życie? Oczywiście lepiej byłoby nie cierpieć, dostawać tylko to, co najprzyjemniejsze, ale czy potrafilibyśmy wtedy tak to wszystko docenić? Przypomniał mi się jeszcze jeden film z podobnego gatunku przemieszczania się w czasoprzestrzeni - Zaklęci w Czasie (Time Traveller's Wife)
Tego co już było niestety nie da się zmienić. A nawet gdyby się dało, może lepiej tego nie robić. Nie twierdzę też, że jesteśmy skazani na coś, w końcu człowiek ma wolną wolę, nikt go do niczego nie przymusi. Mówcie jednak co chcecie, ale ja wiem, że tamta porażka to kolejny wielki dar z Niebios. Gdy urodziła się Elsa, pani z ośrodka widząc ją w szpitalu powiedziała nam, że wiedziała, że ona urodziła się dla nas. Gdyby mąż wtedy dostał tę pracę, nie byłoby nas w Polsce, by móc nasze dziecko zabrać do siebie...

A na koniec, żeby nie było tak filozoficznie, powiem wam, że ja mam straszny problem ze zmianą czasu. Nie w ciągu dnia, ale rano i gdy kładę się spać. Być może stąd ten post, bo przebywam obecnie w innej czasoprzestrzeni.

Dobrego tygodnia!

piątek, 26 października 2018

Rodzic niereformowalny.

Dzisiaj troszkę sobie ponarzekam na innych rodziców. A co! W zasadzie rzadko krytykuję kogokolwiek, bo staram się być tolerancyjna i nie wchodzić z butami w życie innych, a w szczególności w metody wychowawcze. Chciałabym jednak podzielić się z wami pewnymi wydarzeniami, bo być może wy będziecie w stanie mi to wszystko wytłumaczyć. Albo jeszcze lepiej. Może weźmiecie do ręki młotek i pukniecie mnie w głowę mówiąc, że to oni mają rację, że ja jestem zbyt sztywna i się po prostu nie znam...



Niedawno gościliśmy na urodzinach jednego z kolegów moich dziewczynek. Zwykła impreza, bez wielkiego halo, czyli rodzice siedzieli przy stole, a dzieci bawiły się razem w pokoju jubilata. No i fajnie. Siedzimy, jemy coś tam, co przygotowała znajoma. Po chwili przynosi butelkę wina z zapytaniem, czy ktoś ma ochotę na lampkę. Patrzę więc jak wypełniają się kieliszki, kiedy to podchodzi do stołu jej 1.5 roczna córka. Jak to dziecko w tym wieku, jest zainteresowana bardzo kolorowym płynem zgrabnie lądującym w przezroczystym naczyniu i wyciąga do niego swoje łapki. Mama zadowolona komentuje sytuację: "Co, podoba ci się, chciałabyś pewnie spróbować?" Spokojnie obserwuję scenę, ale moje ciśnienie podnosi się, gdy ona naprawdę daje małej napić się tego wina! Oczywiście nie smakuje jej, wiadomo, a rodzice mają ubaw z całej sytuacji. Wiecie co, być może i nic się nie stało dziecku, nie ucierpiało jego zdrowie po tym jak mała ledwie co zanurzyła języczek w trunku, ale powiedzcie mi, po co? Albo to ja czegoś nie rozumiem, albo świat zwariował. A może faktycznie jestem sztywniarą, która nie zna się na żartach. No bo przecież to takie słodkie jak maluch próbuje dorosłych rzeczy i ich nie akceptuje. A może ja już jestem za bardzo przewrażliwiona przez tę adopcję jeśli chodzi o alkohol, sama nie wiem, ale po prostu nie widzę w tym ani nic fajnego, ani zabawnego nie mówiąc o pożyteczności takiego zachowania (wręcz przeciwnie, bo uczymy dziecko, że alkohol to coś fajnego) 
To nie jedyna tego typu sytuacja u tej mamy (którą zresztą lubię, żeby nie było, tylko nie do końca rozumiem jej postępowanie) Kiedyś byłyśmy z dziewczynkami u niej na kawie. Kiedy była w trakcie przygotowywania dla nas napoju, do ekspresu podchodzi syn tym razem i mówi: "Mama ja też chcę" Uśmiechnęłam się, ponieważ ja jako dziecko też mówiłam, że jak będę dorosła to będę pić kawkę (co jak się domyślacie ma miejsce) "Ok, zaraz ci zrobię", usłyszałam od znajomej. Przysięgam, myślałam, że ona żartuje, albo że naleje mu tylko mleka na zasadzie "proszę, to twoja kawka", ale nie, ona naprawdę dolała mu espresso! Nieśmiało pytam, czy ona naprawdę daje dziecku kawę, a ona odpowiada, że to tak troszeczkę, prawie tam nic nie ma. No może dla nas, dla dorosłych nie ma, ale dla dziecka nawet mała dawka może mieć znaczenie. A potem koleżanka się dziwi, że dziecko chodzi spać o 23...

No dobra, zejdźmy z koleżanki, bo pewnie ma już uszy czerwone. Kolejny przykład. Podjeżdżam pod przedszkole, obok mnie za chwilę staje auto i wysiada z niego mama, tak na oko po trzydziestce (więc nie jakaś 18-letnia, niedoświadczona siksa) Wchodzimy mniej więcej razem do budynku i okazuje się, że odbiera dwójkę dzieci, jedno z zerówki a drugie z grupy Elsy, ale jakoś tej babeczki nie kojarzę zupełnie. No, ale wyszły moje dziewczyny, więc przestałam zajmować się panią i naszykowałyśmy się do wyjścia. Pogoda była okropna, więc starałyśmy się szybko wsiąść do samochodu, ale niestety nie jest to łatwe, bo jedna wchodzi z jednej strony, druga z drugiej, a że auto jest wyższe, a ja wzrostem nie grzeszę to muszę stawać na progu, żeby zapiąć Elsę, która już ma fotelik na normalne pasy. Kiedy idę zapiąć Misię, wzrok mój przyciąga samochód pani z przedszkola, w którym dzieciaki po prostu siadają z tyłu i przypinają się pasami bez żadnego fotelika! Zaszokowana tym faktem, bo przecież to jeszcze maluchy, stoję jak wryta w ziemię i odprowadzam wzrokiem odjeżdżającą mamusię. Szczerze mówiąc myślałam, że się pomyliłam, że może jednak były foteliki, których jakimś cudem ja nie zauważyłam, ale spotkałam tę panią i jej dzieci już trzy razy i za każdym było to samo. Ona wsiada za kierownicę, a dzieci wpakowują się same do tyłu, tym samym nawet nie sprawdza, czy pasy są poprawnie zapięte, ściągnięte. Ja wiem, że niektórzy mieszkają bardzo blisko. Wiem, że często jeden rodzic dzieci odwozi, a drugi odbiera i nie ma fotelików. Ale to już nie te czasy, w których po ulicach poruszają się Warszawy i Syrenki z prędkością max 30km/h. Ulica na którą wyjeżdża się spod przedszkola, jest drogą dojazdową, gdzie ruch jest naprawdę spory. 

Miałam kiedyś stłuczkę stojąc w korku. To znaczy chłopak za mną wrzucił jedynkę i ruszył patrząc chyba w telefon, a nie na drogę, bo ja się zatrzymałam, a on z impetem też, ale na moim zderzaku. Pomimo prędkości prawie zerowej, odrzuciło mnie do przodu tak, że już widziałam oczami wyobraźni swoją głowę na przedniej szybie. Dlatego nie ma dla mnie wytłumaczenia, że jest blisko do domu. Dziecko musi być zapięte w foteliku! Kompletnie tego nie rozumiem. Tyle się mówi o bezpieczeństwie, a foteliki nie są takie drogie. Można kupić je za naprawdę niską cenę i nie narażać dziecka. Jakikolwiek by ten fotelik nie był, to skoro jest dopuszczony do sprzedaży to musi mieć jakiś atest, a tym samym jest lepszy nic jego brak. Można powiedzieć, że nasza ulica, to taka ulica osiedlowa. Ale widziałam na własne oczy w centrum Warszawy, jak matka wiozła niemowlaka (!!) na kolanach. Ręce opadają.

Rodzic niereformowalny. Sama zastanawiam się kto nim jest. Czy te panie o których napisałam (to tylko przykłady, bo przecież takich sytuacji jest więcej, niektóre z was same wspominały o nich na blogach), czy to może ja tkwię gdzieś w Średniowieczu i nie rozumiem dzisiejszego świata. Owszem, mówię dziewczynkom o kawie, ale w kontekście tego, że jak będą dorosłe to będziemy sobie chodzić do kawiarni, kupimy dobre ciacho i zamówimy ulubiona kawusię. Taki mam plan. Ale żeby dziecko częstować kawą i alkoholem? Co ja mówię, nawet nie częstować, tylko uczyć rutyny, przecież ten 4-latek, o którym mówię, nie pierwszy raz dostał swoją porcję tego trunku. Niech inni rodzice robią co chcą. Ja mówię wam otwarcie, że w tym przypadku pozostaję niereformowalna. 






poniedziałek, 22 października 2018

Spacer po czerwonym dywanie.


Choć na dworze już niestety coraz chłodniej, świecące słonko nadal zachęca do organizowania plenerowych wycieczek. Dziś zapraszam was do obejrzenia zdjęć i przeczytania krótkiej historii Arboretum w Rogowie, do którego wczoraj zawitaliśmy. Jestem pod wrażeniem tego miejsca. Spodziewałam się, że będzie to ogród botaniczny, a w rzeczywistości to ogromny teren, przez który idzie się niczym przez las. A zresztą co będę mówić, zobaczcie sami. Mam nadzieję, że wam też przypadnie do gustu :) 


Historia Arboretum

Arboretum powstało w 1923 roku, zaraz po tym jak 5 lipca 1919 roku Minister Rolnictwa i Dóbr Publicznych przekazał Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego część lasów Nadleśnictwa Skierniewice do celów naukowych i badawczych. Szkoła zrzekła się części obszaru, zostawiając sobie tereny obecnego Nadleśnictwa Rogów, gdzie w 1923 roku została zbudowana siedziba Lasów Doświadczalnych SGGW.



W 1923 roku prof. Edward Chodzicki - pierwszy kierownik Arboretum - założył pierwszą powierzchnię doświadczalną, na której posadził daglezję zieloną. Dziś są to najwyższe w okolicy Rogowa drzewa (ponad 45 m wysokości). 




Przed wojną na terenie arboretum zakładano wyłącznie powierzchnie doświadczalne. Posadzono około 100 gatunków drzew obcego pochodzenia. Powierzchnia ogrodu wynosiła wtedy 61,58 ha. Jednak ze względu na brak stałego personelu rozwój arboretum w tym okresie był bardzo powolny. Dodatkowo po II Wojnie Światowej liczba gatunków zmalała do 51 z powodu braku opieki i dwóch bardzo mroźnych zim.




W 1947 roku opiekę merytoryczną nad Arboretum przejęła Katedra Botaniki Leśnej SGGW. Arboretum nie posiadało wówczas stałego pracownika w Rogowie. Nadzór nad prowadzonymi pracami sprawował mieszkający na miejscu inż. Edward Paprzycki, adiunkt Zakładu Urządzania Lasu, a prace należały do personelu nadleśnictwa. W tym okresie Tadeusz Szymanowski wybitnie przyczynił się do dynamicznego rozwoju Arboretum. Wtedy to zaczęto zakładać coraz to nowe poletka doświadczalne, szkółki, zakupiono nowy sprzęt, niezbędny do pielęgnacji drzewostanów. Nowe gatunki sprowadzano głównie z Arboretum w Kórniku. 




Dla każdego coś miłego  :)

W 1951 roku kierownikiem arboretum został inż. Henryk Eder, który bez reszty oddał się modernizacji ogrodu. Sporządził mapy geodezyjne, wyznaczył sieć dróg, założył szkółkę, zbudował zaplecze gospodarcze i szklarnię - mnożarkę. Dzięki temu mógł powiększać kolekcje roślin w arboretum. W tym pierwszym okresie wielką pomoc okazywały inne ogrody botaniczne, a przede wszystkim arboretum kórnickie. 





W 1953 roku przy bursie studenckiej wybudowano basen kąpielowy. Inżynier postanowił wykorzystać hałdy ziemi pozostałe po wykopaniu basenu pod budowę alpinarium. Poza tym podjął się założenia parku dendrologicznego w pobliżu bursy studenckiej i pracowni naukowych SGGW. Projekt owego parku był pracą dyplomową doc. Włodzimierza Senety.



Niestety, ze względów ekonomicznych Eder nie mógł w pełni wykorzystać założeń projektowych Senety. W parku znalazły się głównie rośliny ozdobne, tj. krzewuszki, żylistki, jaśminowce, tawuły, magnolie, jałowce, żywotniki.



Pod budowę ogrodu skalnego wykorzystano 1,5 ha gruntu rolnego, przylegającego do arboretum od strony zakładanego właśnie parku dendrologicznego. Eder zatrudnił kilkunastu tutejszych mieszkańców i rozpoczął gromadzenie kamieni granitowych, jeżdząc po okolicznych wsiach. Zdobył także wapienie, dzięki czemu stworzył warunki do wzrostu roślinom wapniolubnym. Prace nad budową alpinarium trwały do 1960 roku.







W 1952 roku Eder wydał pierwszy katalog nasion. Zapoczątkował w ten sposób coroczną wymianę nasion z ponad 400 ogrodami botanicznymi i arboretami na całym świecie. Do dziś jest to podstawowe źródło pozyskiwania nowych gatunków drzew i krzewów. Poza tym inżynier od początku kierowania ogrodem prowadził bardzo skrupulatnie dokumentację kolekcji roślinnych i leśnych powierzchni doświadczalnych.


Ule.



W 1966 roku inż. Eder odszedł na emeryturę, a jego długoletnim następcą został dr hab. Jerzy Tumiłowicz, profesor SGGW, pracownik Arboretum od 1959 roku. Liczba leśnych powierzchni doświadczalnych wciąż się powiększała, jak również kolekcje dendrologiczne, które powoli stawały się jednymi z najbogatszych w kraju. Rozwinięto kolekcje niektórych grup roślin: Acer, Betula, Viburnum, Magnolia i innych. Opublikowano wyniki uprawy i introdukcji coraz to nowych gatunków, zarówno w kolekcjach dendrologicznych, jak i na leśnych powierzchniach doświadczalnych. Wybudowano szklarnie i zmodernizowano szkółkę kontenerową. Od 1970 roku Profesor Tumiłowicz podjął się opieki naukowej nad budową i rozwojem arboretum w Glinnej pod Szczecinem, gdzie sadzone były gatunki bardziej ciepłolubne, które nie udawały się w Rogowie. Nawiązał także kontakty z instytucjami naukowymi w Chinach i Europie Zachodniej. Wydłużono czas otwarcia Arboretum.




W 2005 roku zmodernizowano układ stawów i strumyków w alpinarium, a 5 lat później część alejek o łącznej długości 2,4 km. Uruchomiono stronę internetową, elektroniczną bazę danych kolekcji wraz z mapą numeryczną. Rozpoczęto organizację imprez edukacyjnych w Arboretum i na terenie LZD wspólnie z pozostałymi jednostkami Zakładu. Usprawniono infrastrukturę ogrodu o elementy informacyjno-edukacyjne, jak etykiety, tablice edukacyjne itd.





































Arboretum w Rogowie to wyjątkowe miejsce, które można odwiedzać o każdej porze roku. Szczególnie jednak polecam je teraz, jesienią oraz wiosną i latem, kiedy to przyroda budzi się do życia, by potem pokazać nam piękno w całej swojej okazałości. My na pewno się wybierzemy, by podziwiać choćby magnolie i azalie. Cudownie czerwone klony palmowe na długo pozostaną w naszej pamięci. Jak to stwierdziły dziewczynki - te drzewa na pewno są magiczne :)


Udanego tygodnia kochani!









* informacje pochodzą ze strony arboretum w Rogowie.