czwartek, 6 grudnia 2018

Cała prawda o Świętym Mikołaju.


Dziś Mikołajki. Nie obchodzimy tego święta jakoś szczególnie obsypując dziewczynki zabawkami, czy słodyczami. Przedszkole organizuje specjalne gry i zabawy oraz drobne podarunki, a wszystkie maluchy miały się dziś ubrać na czerwono. Dzieci jadą również na spektakl, więc jest to dla nich kolejne fajne wydarzenie w postaci nie tylko teatrzyku, ale również samego wyjazdu autokarowego.  My zamiast prezentów staramy się też zorganizować coś fajnego w tym dniu. W zeszłym roku, właśnie z tej właśnie okazji, po raz pierwszy zabraliśmy dziewczynki do kina i był to według mnie fajnie spędzony czas. Tym razem również postanowiliśmy wybrać się na jakiś świąteczny film, ale powiem wam szczerze, że zbladłam, kiedy okazało się, że za bilety dla naszej czwórki musimy wydać 105zł! Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak, że żałuję dzieciom pieniędzy na kino, ale wydaje mi się to wielką przesadą, żeby za 70 minutową projekcję tyle wydać. Nie wspomnę o tym, że gdybyśmy chcieli zakupić do tego jakiś popcorn, czy picie na miejscu, suma zbliżyłaby się do 150zł. Ale nie myślcie, że zrezygnowaliśmy z wyjścia, po prostu poszliśmy wczoraj, kiedy to bilet (jak w każdą środę) można było kupić za 16zł, a ewentualnie zaoszczędzone w ten sposób pieniążki wydać na coś lepszego.
 


Założeniem naszym było obejrzenie filmu o Misiach, ale że premiery jeszcze nie było, to wybór padł na film "Grinch" (Dziubasowa, to chyba coś dla Ciebie na ten rok;) Powiem wam, że to bardzo fajna, sympatyczna, świąteczna historia, momentami śmieszna, a nawet pouczająca. Przy tym animacja jest tak kolorowa i przyjazna, że nie sposób, żeby się nie spodobała zarówno dzieciom jak i rodzicom. Na potwierdzenie moich słów mogę powiedzieć, że po wyjściu z sali, dziewczynki chciały iść do następnej na kolejny film, bo ten tak im się podobał:) 

No dobrze, ale do rzeczy, bo w sumie nie chciałam pisać tylko o tym, co przedszkole i my organizujemy dziewczynkom w tym wyjątkowym dla nich dniu, ale przede wszystkim o tym, kim ma być dla nich ten Święty Mikołaj?

W zeszłym roku Mikołaj przyniósł dziewczynkom prezenty do przedszkola i do domu, w Wigilię. Jestem z tych, którzy nie schizują za bardzo w związku z tym, że oszukuję dziecko kupując sama prezenty i podkładając pod choinkę, ale też z drugiej strony nie jestem za tym, by robić z tego wszystkiego jakąś maskaradę. Nie podoba mi się udawanie Mikołaja (zwłaszcza jeśli robi to członek rodziny), wynajmowanie profesjonalnego przebierańca, czy też kupowanie modnych ostatnio spersonalizowanych filmów i kartek od Świętego i okłamywanie dziecka, że prezent pochodzi z Bieguna Północnego. Jestem za tym, by stworzyć dziecku odrobinę magii, ale nie farsy, w której maluch będzie wzrastał. Zdarza się, że dzieci tak głęboko wierzą w mikołajkową moc, że gdy prawda wyjdzie na jaw, czują się oszukane i upokorzone. Poza tym, w dzisiejszym świecie tak dużo jest tych komercyjnych świętych, że większość dzieci nie ma pojęcia, że w zasadzie legenda o nim jest prawdziwa, tylko w nieco innej postaci niż ta serwowana przez współczesny świat. 

Od jakiegoś czasu, ciocie w przedszkolu mówią dzieciom, że Święty Mikołaj zagląda do nich przez okno i patrzy, czy wszyscy są grzeczni. Nie uważam, by zagadkowość towarzysząca tej informacji była szkodliwa dla dzieci. Widzę jak dziewczynki przeżywają, cieszą się, czekają. Nie chciałabym zepsuć im tej radości, takiej prostej, dziecięcej, mówiąc, że Mikołaj nie istnieje, a Elfy to wytwór wyobraźni. Poza tym wiem, że zaraz podzieliłyby się tą informacją z koleżankami, więc nie byłoby to fair ;) Z drugiej jednak strony szkoda, że nie opowiada się dzieciom historii o prawdziwym świętym Mikołaju, biskupie, który dzielił się nie tylko z "grzecznymi", ale ze wszystkimi ludźmi. Dziś rano, po wejściu do przedszkola, dziewczynki zobaczyły przygotowane przez ciocie, wycięte z papieru ślady butów (przepraszam, prawdziwe ślady tego, że był Mikołaj;) 


No dobrze, teraz z innej beczki, ale kontynuuję temat :) Od czasu do czasu bywamy w Częstochowie, zdarza się, że właśnie w grudniu. Jeśli tylko jest to możliwe, na niedzielną mszę udajemy się na Jasną Górę do Duszpasterstwa Młodzieżowego "Hale" prowadzonego przez Ojców Paulinów. Budynek usytuowany jest w zasadzie obok klasztoru, ale łatwo go znaleźć. (tak patrząc na powyższe zdjęcie to lewej stronie) Czemu ta msza jest wyjątkowa? Może dlatego, że atmosfera jest przyjazna, może dlatego, że śpiewa chórek, a może dlatego, że towarzyszą mu instrumenty takie jak bębny, trąbki, saksofon, organy i inne. Sama nie wiem. Ale jest inaczej niż  zwykle i na pewno nie nudno. Nie ma polityki, nie ma wyniosłych kazań, jest tak po prostu normalnie. Czasem msza przypomina mi trochę nabożeństwo u Babtystów, gdzie chór radośnie śpiewa i klaszcze, a uśmiechnięci wierni są po prostu zadowoleni z takiego przeżywania mszy. W ostatnią niedzielę uczestniczyliśmy właśnie w takiej wyjątkowej mszy. Powiem wam, że dziewczynki nie mają żadnego problemu, by wytrzymać godzinkę, tym bardziej jeśli jest fajna muzyka, ale kiedy usłyszały, że po zakończeniu przyjdzie Mikołaj z prezentami, były prze szczęśliwe.  No właśnie. Ale jaki Mikołaj może przyjść do kościoła, skoro nie istnieje? Powiem wam, że cieszyłam się, że udało nam się przypadkowo uczestniczyć w tej mszy, ponieważ Ojciec opowiadał historię o biskupie, Świętym Mikołaju. Zrobił to w bardzo fajny, humorystyczny sposób, obiecał, że żadne dziecko nie wyjdzie z mszy z płaczem, a wręcz przeciwnie ;) Podobało mi się to, że nie negował, że "panowie w czerwonej szacie, z brodą i brzuchem" czynią dobro, nie naskakiwał na tych, którzy w to wierzą i karmią tym swoje dzieci, ale jednocześnie chciał, by dzieciaki prócz zabawy i oczekiwania na prezenty, wiedziały, że wygląd prawdziwego Świętego nieco różni się o tych Mikołajów, których widzimy na ulicy i że postać ta nie jest wymyślona. Przyniesiono więc stroje i pokazano dzieciom różnicę między tymi dwoma panami, choć zrobione to zostało tak, by nie zburzyć tej dziecięcej wiary w to, że dostaną prezenty od kogoś magicznego. Po zakończonej mszy, odbyło się właśnie spotkanie z Mikołajem, który rozdał wszystkim dzieciom paczki. Byłam zaskoczona, ponieważ były dość duże. Całej ceremonii towarzyszył śpiew chórku dziecięcego. Zresztą sami zobaczcie, mam dla was kilkusekundowy filmik: 


Nie wiem tak naprawdę ile dziewczynki zrozumiały z legendy o Świętym, ale na pewno nie zaburzyło to ich wiary i dziecięcej radości z tego, że w jakiś magiczny sposób prezenty znajdą się pod choinką. Ja osobiście staram się być gdzieś zawsze pośrodku, jak to powiadają skrajności nigdy nie są dobre, ani w jedną ani w drugą stronę. Zdziwiła, albo nawet zszokowała mnie jednak reakcja jednej mamy, która do swojego dziecka po zakończonej mszy i rozdanych prezentach powiedziała: Chodź, idziemy, do domu niedługo przyjdzie do nas Prawdziwy Święty Mikołaj... Powiem wam, że tego akurat nie rozumiem, bo była w kościele, czyli jest praktykująca, więc była to wspaniała okazja, by opowiedzieć dziecku historię. No, ale cóż, Ojciec Paulin wszystko zepsuł ;)

A jak jest u was? Mam nadzieję, że nie wierzycie w istnienie św. Mikołaja przychodzącego kominem, bo jeśli tak, to właśnie zrujnowałam tegoroczne święta ;) 

Tak, czy siak, życzę wam fajnych Mikołajek, może i jakiś prezencik znajdziecie po powrocie do domu, kto wie ;) 










poniedziałek, 3 grudnia 2018

Bo jak nie wiadomo o co chodzi ...


Powiem wam, że od dawna już doceniam posiadanie dwójki dzieci. Jestem wprawdzie w tym temacie strasznym laikiem, bo jak wiecie sama jestem jedynaczką, ale chyba instynktownie jestem w stanie wyobrazić sobie jak taka relacja z rodzeństwem mogłaby wyglądać. Wspominałam już kiedyś, że najbardziej zależy nam na tym, żeby dziewczynki były ze sobą związane i w przyszłości były dla siebie wsparciem. Oczywiście wiadomo, każda założy swoją rodzinę, ale głęboko wierzę w to, że więzi o którą dba się przez cały życie, nie tak łatwo zerwać. 
Gdy dziewczynki były małe, różnica wieku była widoczna, bo wiadomo jedna na przykład już mówiła, a druga jeszcze nie, czyli zupełnie inny wymiar zabawy. Myślę, że dzięki temu, że Elsa jest osobą, która lubi dominować, Misia rozwinęła się dużo szybciej niż jej rówieśnicy i w którymś momencie zaczęliśmy je traktować tak samo, jak gdyby były bliźniaczkami. I to jest fajne, bo w zasadzie teraz potrafią się razem bawić, czy uczyć na tym samym poziomie. Oczywiście widzę różnicę, choćby w rysowaniu. Tu jest ona bardzo widoczna, ale gdy porównam Elsy rysunki z zeszłego roku, widzę jak bardzo się rozwinęła i wiem, że niedługo Misia ją dogoni. To jednak, że bawią się razem, pozwala nam na chwilę wytchnienia. Ulubioną zabawą dziewczynek jest odgrywanie ról. Wspominałam wam kiedyś jak wraz z kolegą bawiły się w dom, w którym Elsa była mamą, on tatą, a Misia najpierw kotkiem, a potem koleżanką ;) Prócz właśnie zabawy w dom, chętnie bawią się choćby w sklep, w szkołę, w przedszkole, księżniczki, zwierzątka (udają chodząc na kolanach co skutkuje "sitem" w rajtuzkach. Czasem dochodzą zabawy tematyczne, na przykład na Boże Narodzenie króluje Jezusek i Maryja (oczywiście z przebieraniem i dobieraniem dzieciątka) Powiem wam szczerze, że mają tak bogatą wyobraźnię, że aż z przyjemnością patrzę na nie i obserwuję. A przy tym słownictwo jakiego używają, nadal mnie zaskakuje. Doskonale potrafią wyczuć kontekst i zachowywać się zgodnie ze swoją rolą. To dla mnie niesamowite.


Pisałam wam kiedyś, że ja jestem starej daty, jeśli chodzi o zabawki. Uważam, że dzieci nie powinny mieć ich za dużo, bo po prostu się nimi nie bawią. Czasem odwiedzając znajomych wychodzą mi oczy na wierzch jak widzę, że dziewczynka ma 15 lalek Barbie. I do tego oczywiście mnóstwo innych rzeczy. Najgorsze jest jednak, gdy widzę, że dziecko non stop ogląda bajki, albo siedzi na telefonie, tablecie, laptopie. Gdy urządzenie przestaje działać, nie wiedzą co ze sobą zrobić. Ogłupiałe od nadmiaru biernych bodźców, mają problem z koncentracją, są nerwowe i wiele innych negatywnych czynników wpływających na prawidłowy rozwój. Ogólnie bombardowanie dziecka non stop bodźcami, jakimikolwiek, nigdy nie jest dobre. Wielu moich znajomych przez cały czas organizuje dziecku zajęcie.  Jak nie wyjście gdzieś na teatrzyk, to do sklepu, w domu wycinanie, lepienie, wszystko z dzieckiem. Nie mówię, że to złe, bo sama przecież tak robię. Chętnie gdzieś wyjeżdżamy, odwiedzamy ciekawe miejsca, ale jest też czas na samodzielną zabawę, taką w której dziecko nie będzie cały czas sterowane przez rodzica, ale będzie mogło samo wybrać, czy i co wycina, czy bawi się lalką, czy odgrywa role, czy potrzebuje po prostu obserwować to, czym my się aktualnie zajmujemy. Fakt, u nas jest dwoje dzieci, ale powiem wam, że ja wspaniale potrafiłam się sama bawić. Urządzałam np. przyjęcie na pluszaków, przebierałam je, bawiłam się lalką dzidziusiem itd. Wcale nie potrzebowałam opieki rodzica przez cały czas, o tablecie nie wspomnę, bo go po prostu jeszcze nie wymyślono ;) To nie jest tak, że jedynakowi ciągle trzeba coś wymyślać, bo inaczej się nudzi (chyba, że już tak został nauczony, to faktycznie trudno mu coś samemu znaleźć, co go zajmie na długo)
Dziewczynki też czasem chcą pobawić się każda sama. Misia sadza swoje miśki przy stoliku i szykuje im herbatkę, Elsa coś tam rysuje. To, że są siostrami, nie znaczy, że muszą się cały czas bawić razem. Ja to rozumiem i szanuję. Nawet my dorośli nie zawsze mamy ochotę na towarzystwo. Wtedy staram się drugą zainteresować czymś innym, albo proszę o pomoc przy jakiejś czynności. Kiedy jesteśmy oboje z mężem w domu, każdy może też poświęcić się jednej córce, choć zwykle to nam nie wychodzi, bo po chwili zaczynają się interesować tym, co robi druga siostra :) 
No i oczywiście się kłócą. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o co? Oczywiście, że o zabawki ;) Może coś leżeć tygodniami nieruszane, ale niech jedna weźmie, to nagle zabawka staje się atrakcyjna i cóż, wtedy chcą ją obie. Zwykle udaje nam się rozwiązać te konflikty, choć bywa czasem ciężko, żeby się chciały podzielić czymś fajnym. Także spięcia bywają, jak to w każdym rodzeństwie, ale kochają się najbardziej na świecie. I o to chodzi :)

Rysunek od Elsy dla siostry, żeby nie była smutna. :)

środa, 28 listopada 2018

Witaj w moim świecie, w którym żyłam tyle lat.


W czasie naszych starań o dziecko, jedna z moich koleżanek, Marta, również postanowiła zostać mamą. Po jej stronie lekarz nie widział żadnych przeszkód, natomiast u jej partnera wystąpiła bardzo słaba jakość nasienia, więc po kilku miesiącach prób lekarz zaproponował im in vitro. Ponieważ koleżanka nie widziała żadnych przeciwskazań, zdecydowali się podejść do procedury w Białymstoku. Był to ten czas kiedy ja również jeździłam do tej kliniki, więc bywało, że tam właśnie się spotykałyśmy. Zaszła w ciążę i to za pierwszym podejściem, ja jak wiecie nie, choć jeszcze jakiś czas po niej podejmowałam próby. 
I tu chciałabym trochę napisać jaką osobą jest Marta. Znamy się od ponad 10 lat, więc można powiedzieć, że dość długo. Kiedy umawiamy się na spotkanie, dzwoni na ok. 2 miesiące wcześniej i wpisuje do kalendarza i prośbą o potwierdzenie spotkania. Wszystko musi być zaplanowane i ustalone. Bardzo ją lubię i przyzwyczaiłam się, że ona po prostu taka jest. Pamiętam jak na początku nie zadzwoniłam, żeby potwierdzić, że będę (dla mnie jest to oczywiste, że jeśli się umawiam to jestem, a odwołuję kiedy nie mogę być) to ona to zrobiła na dwa dni przed, na dzień przed i jeszcze w tym samym dniu ;) To samo robiła kiedyś ze swoim chłopem. Kiedy widziała, że nie ma nic w kalendarzu, sama mu coś wpisywała i oznajmiała np. idziesz na basen. Taka jest Marta. Kiedy była w ciąży, oczywiście powiedziała, że nie ma opcji, żeby rodziła naturalnie, bo nie jest w stanie znieść tego bólu. Nie wiem, czy to prawda, czy nie, ale powiedziała mi, że ciąża po IVF jest łatwo kwalifikowana do cesarki, z czego oczywiście skorzystała. Termin porodu miała wpisany do kalendarza (to miał być styczeń), załatwiła wszystko w pracy na ten okres, by ze wszystkim być przygotowanym dla siebie i dla firmy i co? Dziecko postanowiło inaczej. Sprawiło psikusa mamusi i urodziło się nie dość, że nie w tym miesiącu co miało, ale również nie w tym roku, bo w grudniu poprzedniego :)) No cóż, nie wszystko można zaplanować, pewne rzeczy są niestety poza nami. No, ale do czego zmierzam. Marta urodziła córkę, która obecnie ma 6 lat. Wiosną tego roku, postanowiła zostać mamą po raz drugi. No właśnie. Zaczęły się schody. Zaszła ponownie w ciążę, tym razem z zamrożonych zarodków, ale niestety poroniła. Kiedy rozmawiałam z nią w kwietniu, nie lamentowała, podeszła do tego bardzo racjonalnie, chciała odczekać i wkrótce spróbować znowu. Ale potem było coraz gorzej, zdrowie posypało się do tego stopnia, że gdy już była prawie przygotowana do przyjęcia zarodka, ciągle okazywało się, że nie może bo coś tam. Były to różne sprawy, nie tylko ginekologiczne, ale jednak mające znaczący wpływ na implantację i rozwój ciąży. Za każdym razem kiedy rozmawiałyśmy i myślałam, że jest lepiej, okazywało się, że jest gorzej. Marta niedawno miała urodziny. Kiedy zadzwoniłam z życzeniami, rozmawiałyśmy chwilkę i stwierdziła, że ma po dziurki w nosie tego jeżdżenia, wydawania kasy na próżno, że chciałaby wreszcie normalnie żyć, być znów zdrowa na ciele i umyśle. A potem powiedziała coś, co otworzyło mi oczy na pewną sprawę. "Czy ty wiesz jakie to straszne tak żyć, starać się i ciągle nie wychodzi?" 
Nie wierzyłam własnym uszom. Przecież jest to osoba, która była świadkiem tego, co przez tyle lat przeżywaliśmy i nie tylko my, ale również druga nasza wspólna koleżanka, która do tej pory dziecka się nie doczekała. Odpowiedziałam jej więc: "Marta, witaj w moim świecie, w którym żyłam tyle lat, tylko dodaj do tego jeszcze 10 razy tyle bólu, 10 razy tyle wylanych łez, 10 razy tyle wydanych pieniędzy i 10 razy tyle zmarnowanego czasu i zdrowia" 

Nie odpowiedziała nic. No właśnie. Była świadkiem. I tylko świadkiem. Nigdy nie zastanawiała się jak to jest być po tamtej stronie. Ja nikomu nie życzę, żeby musiał doświadczać w życiu bólu, cierpienia, ale po tej sytuacji uświadomiłam sobie, że niektórzy po prostu nie są w stanie pojąć, co przeżywają inni, póki ich to nie dotyczy. Nie mówię tylko o niepłodności, ale ogólnie wszystkich problemach w życiu, małżeństwie, rodzicielstwie itd. Tyle razy już pisałyśmy o tym, nie tylko na moim blogu, że ludzie nie czują empatii do drugiego człowieka, ale powiem wam, że przekonałam się na przykładzie Marty, że niektórzy chyba po prostu nie potrafią, albo nie są nauczeni, żeby próbować popatrzeć na życie drugiego przez ich pryzmat. Współczują, przykro im, ale na tym ich zainteresowanie się kończy. Wyobrażam sobie, że pragnienie drugiego dziecka potrafi być tak samo silne jak i pierwszego, zwłaszcza dla takich ludzi jak moja koleżanka Marta, która nauczona jest, że jak wpisze sobie coś do kalendarza, to tak ma być. Niestety. Pewnych rzeczy kalendarz po prostu nie przyjmuje. Ja to wiem, wiecie wy i wie już Marta. 







piątek, 23 listopada 2018

Adopcyjne dylematy część 2. Ojciec biologiczny.




Do zgłębienia tematu ojca biologicznego i jego roli w życiu dzieci adopcyjnych zainspirowała mnie jedna z czytelniczek bloga, której bardzo za to dziękuję. Kolejny trudny temat, kolejne pytania i brak gwarancji, że podążamy w dobrym kierunku. Postanowiłam więc porozmawiać na ten temat z naszą panią z ośrodka i ponad godzinną rozmowę na te i inne tematy związane z trudnymi decyzjami, chciałabym wam dziś przedstawić. Wszystko to, co usłyszałam jest zgodne z moim sumieniem i opinią, ale oczywiście zaznaczam na samym początku, że ani ja, ani ktokolwiek z mojego ośrodka, nie mamy patentu na nieomylność. Opieram się jednak na ich ponad trzydziestoletnim doświadczeniu i ogromnym zaangażowaniu w swoją pracę, oraz na swoim instynkcie i obserwacji dzieci, nie tylko moich własnych. Mam nadzieję, że informacje przedstawione w tym poście rozwieją wasze wątpliwości lub utwierdzą w przekonaniu, że droga, którą wybraliście (zamierzacie wybrać) jest właściwa.

Matka biologiczna.

Na początku chciałabym na moment powrócić do tematu matek biologicznych naszych dzieci i roli jaką mają pełnić. Od czasu poprzedniego posta, udało mi się nie tylko porozmawiać z panią z ośrodka, ale również z kilkoma osobami, które już mają dzieci lub jeszcze na nie oczekują. Nie będę oczywiście publikować wyników rozmów z mamami, bo jest to indywidualna sprawa każdej rodziny. Ja osobiście utwierdziłam się w przekonaniu, że droga obrana przez nas jest słuszna. 

W swoim poście o MB - ( Link do posta KLIK )- wspomniałam wam o kilku ważnych rzeczach, które należy wziąć pod uwagę w momencie tej ważnej rozmowy z dzieckiem na temat jego pochodzenia. Zakładając oczywiście, że nie pamiętają one nic poza życiem z nami (czyli zostały adoptowane jako maluszki)

1) Dla naszych dzieci matką jesteśmy my. Tak ono to widzi. W wieku mniej więcej do 5 lat, maluch nie rozumie jeszcze pojęć: matka biologiczna, matka adopcyjna. Mama to mama, nie jest to w żaden sposób związane z więzami krwi. 
Zatem wprowadzenie dziecku pojęcia "druga mama", "matka biologiczna" zbyt wcześnie, może zaburzyć jego hierarchię osób mu bliskich. I zamiast efektu w postaci oswojenia się dziecka z prawdą o swoim pochodzeniu, w miarę dorastania będzie ono zastanawiało się, dlaczego ono ma dwie mamy, a inne dzieci nie. Nie do końca będzie rozumiało cały mechanizm adopcji, więc "druga mama" może stać się alternatywą dla "tej pierwszej". Małe dzieci nie chcą się wyróżniać. Chcą być takie same. 

2) Rola MB kończy się w momencie oddania dziecka do adopcji. Obojętne co nią kierowało, czy była to ciąża z przypadku, i dziewczyna po prostu nie ma wsparcia w wychowaniu, czy też dziecko jest skutkiem ubocznym narkotykowej balangi, faktem jest to, że kobieta zrzeka się praw do niego. Jak wspominałam już we wcześniejszych postach, część kobiet nienawidzi swojej ciąży i traktuje ją dosłownie jak pasożyta na swoim ciele, inne przeżywają traumę, że muszą przygotować się do pożegnania. Ale jak to powiedziała kiedyś moja pani z ośrodka, świata nie da się zbawić, jedyne co możemy zrobić w takiej sytuacji, to jak najlepiej wychować dziecko, które uznajemy za własne. Kochać je, opiekować i troszczyć się o nie do końca życia. To na nas spoczywa cały ten trud. Nie wynośmy więc na piedestały MB za to, że dała dziecku życie. Zabierając je do siebie stajemy się jego jedynymi opiekunami nie tylko według prawa. Dziecku należą się informacje o jego pochodzeniu, miejmy  więc szacunek do MB w rozmowie z naszym dzieckiem, ale nie mówmy, że go kochała. Jeżeli znamy dobrze historię tej kobiety, maluchowi wystarczy powiedzieć, że dała mu życie, urodziła go. Gdy dziecko dojrzeje i będzie chciało wiedzieć więcej, bądźmy zawsze otwarci na rozmowę. Wytłumaczmy, że MB kochała go na tyle, by nie usunąć ciąży i oddać do adopcji, by miał lepsze życie, niż ona sama mogłaby mu dać. Nie wytwarzajmy w dziecku idealnych obrazów kobiety, która bądź co bądź jest dla niego obca, nie ma z nią żadnej nawiązanej więzi. Poprzez takie działania, stawiamy siebie zawsze na drugim miejscu, sprawiając, że nasza rola ogranicza się do wychowania czyjegoś dziecka. My dorośli wiemy, że czasem można kochać i odejść, że tak będzie najlepiej, ale dla dziecka jest to niezrozumiałe i nieakceptowalne. Jeżeli ktoś kocha, to nie odchodzi. Istnieje ryzyko, że dziecko zacznie obwiniać się o porzucenie, podobnie jak przy rozwodzie. Nie rozumiejąc świata dorosłych i tego w jaki sposób funkcjonuje, wytłumaczy sobie wydarzenia na swój własny sposób, nie koniecznie prawdziwy. 
Mówmy prawdę tak, by nie raniła. 

3) Aby dziecko mogło wzrastać w poczuciu bezpieczeństwa i akceptacji, należy jak najwcześniej zacząć z nim rozmawiać na temat adopcji. Trzeba być jednak bardzo ostrożnym w tym, co mu przekazujemy. Dziecko musi wiedzieć i czuć, że jest w pełni kochane i że my go nie zostawimy tak jak to zrobiła jego MB. Dziecko traktuje bowiem akt zrzeczenia się praw do niego jako porzucenie. 

4) Nie obarczajmy dziecka informacjami, których nie rozumie. Nie musimy mu przekazać wszystkiego od razu, ma na to całe życie. Nazywając jego matkę biologiczną panią, nie okłamujemy go, lecz wprowadzamy pomału w bardzo trudny temat, z powagi którego  ono w danym momencie jeszcze nie zdaje sobie sprawy. W naszym otoczeniu i otoczeniu dorosłych może być akceptowane, lecz środowisko rówieśników potrafi skrzywdzić nawet najsilniejsze osobowościowo dziecko.

Są przeciwnicy jak i zwolennicy nazywania spraw po imieniu, nie tylko wśród rodzin adopcyjnych, ale także pracowników ośrodków. Z perspektywy dorosłego, który przez wiele lat zdążył pogodzić się z faktem, że został rodzicem adopcyjnym, nie ma nic złego w nazwaniu kobiety, która urodziła nasze dziecko matką. Z perspektywy kilkulatka jednak, który dopiero poznaje świat, wszystkiego się uczy, adopcja jest jedynie pojęciem, którego nie rozumie. Pamiętajmy jak trudno jest dorosłym nie związanym ze środowiskiem adopcyjnym ogarnąć swoim umysłem to wszystko, a co dopiero dziecku. 

Ojciec biologiczny.

No dobrze. Ustaliliśmy już, że każdego z nas czeka podjęcie decyzji kiedy i w jaki sposób przekażemy naszym dzieciom informacje o ich matce biologicznej. Ale jak to mówią, do tanga trzeba dwojga, prócz kobiety, jest przecież jeszcze mężczyzna, ich ojciec biologiczny. W większości dokumentów adopcyjnych, znajdziecie informację, że ojciec jest nieznany. Oznacza to, że albo dziecka nie uznał, nie wiadomo kim jest lub dla ułatwienia procesu adopcyjnego nie wspomina się jego nazwiska. 
Kim więc jest dla naszych dzieci i jaką rolę w ich życiu ma pełnić? W rozmowie z panią z ośrodka dowiedziałam się, że nie ma potrzeby wprowadzania osoby ojca biologicznego w życie dziecka. Jedynym ojcem jakiego dziecko ma mieć, jest ojciec, który je przysposobił. Z kobietą jest o tyle sprawa bardziej skomplikowana, że to właśnie ona była w ciąży i wydała na świat potomka. I to prawdopodobnie ona musiała podjąć decyzję o zrzeczeniu się praw do niego. Większość dzieci pyta o ojca informacyjnie i bez problemów przyjmuje informację, że jest on nieznany, czy po prostu niewiele o nim wiemy. Jeżeli dziecko samo będzie pytać o ojca, to podobnie jak w przypadku matki biologicznej trzeba być otwartym na wszystkie jego pytania i wątpliwości. 

Tak jak wspomniałam wcześniej, prawdę o pochodzeniu należy dziecku bardzo mądrze przekazać i dawkować. Maluch nie może nagle mieć dwóch matek, dwóch ojców i idąc tym samym torem ośmioro dziadków. Jego rodziną jesteśmy my, ale naszym zadaniem jest przekazanie naszemu dziecku skąd pochodzi. Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa w krajach, w których ma miejsce tak zwana otwarta adopcja, a matka biologiczna aktywnie uczestniczy w życiu rodziny adopcyjnej. 

Życie przez pryzmat adopcji, czyli świadectwa dorosłych adoptowanych. 

W rozmowie z moją panią z ośrodka dowiedziałam się kilku ważnych rzeczy dotyczących spojrzenia na pewne aspekty z perspektywy dorosłych adoptowanych. Część z nich nie miała potrzeby szukania swoich biologicznych rodziców, inni zaś chcieli po prostu zaspokoić swoją ciekawość. Kim byli? Dlaczego mnie oddali? Co teraz robią? To najważniejsze pytania jakie stawiają sobie dorośli adoptowani. Co ciekawe jednak, wszyscy byli zgodni co do jednego. Często to my, rodzice adopcyjni, za dużą wagę przywiązujemy do faktu adopcji i wywieramy nacisk na nasze dzieci, by stale o tym myślały. A fakt jest taki, że jak raz powiesz kilkulatkowi o tym, że  nie urodził się z brzuszka, to on tego nie zapomni. Wspomniane osoby mówiły, że często rodzice na siłę chcieli "o tym rozmawiać", podczas gdy dzieci de facto nie miały takiej potrzeby. Przyjęły informację i chciały po prostu normalnie żyć. Jeden z zainteresowanych zapytał nawet wprost swoją mamę, czy ona chce, żeby szukał biologicznych rodziców, bo ciągle o tym wspomina, tak jakby to jej na tym zależało. 

Niektórzy mówili otwarcie, że kochają swoich rodziców najbardziej na świecie, ale całe życie jednak żyli przez pryzmat adopcji. To trochę tak jak po rozwodzie, choć to nie do końca może dobre porównanie, kiedy chcemy po prostu pogodzić się z przeszłością, być może założyć nową rodzinę i nauczyć się żyć na nowo. 

Niedawno rozmawiałam z jedną z wirtualnych koleżanek, na temat jej 5-letniego synka i jego odbioru adopcji. Powiedziała mi, że nie wie co ma o tym sądzić, ponieważ od czasu przekazania mu informacji o pochodzeniu, nie ma on  potrzeby i nie chce o tym rozmawiać. Gdy ona próbuje zainicjować jakąś "pogadankę", odpowiada krótko, że tak, pamięta, że już o tym była kiedyś mowa. 

Inna koleżanka, która adoptowała starsze dziecko, pamięta, że córka na początku chciała rozmawiać o swojej przeszłości. Być może po to, by utwierdzić się w uczuciach rodziców i przekonać, ze oni jej nie zostawią, nie skrzywdzą. W pewnym momencie przestała mówić i pytać, więc koleżanka nie naciska. Dziewczynka ma już 10 lat i najwidoczniej uzyskała już wszystkie odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Jeśli w przyszłości będzie chciała porozmawiać, może zawsze liczyć na szczerość i otwartość ze strony mamy i taty.

My, rodzice adopcyjni, od czasu trwania kursu, mamy zakodowane, że trzeba wychowywać dziecko w jawności adopcji. Jeżeli jednak jest ono na takim etapie, że nie ma ochoty nawet myśleć o tym, nie zmuszajmy go.  Bądźmy po prostu otwarci na rozmowę, jeśli dziecko poczuje, że chciałoby coś wiedzieć. Pani z ośrodka mówiła mi, że niektóre dzieci ostentacyjnie zakrywają uszy rękami, by odciąć się od informacji, których na dany moment nie przyjmują.

Dorośli adoptowani, którzy doświadczyli tego typu zachowań rodziców zgodnie twierdzą, że nie pozwalało im to na spokojne życie, takie jakie mieli ich rówieśnicy. 
Przypominając dziecku zbyt wiele razy o fakcie adopcji, podkreślając, że ma dwie mamy, nieświadomie zaczynamy definiować je przez właśnie pryzmat adopcji. A z perspektywy dziecka wygląda to tak, że skoro jest kochane i w domu nie brakuje mu ani troski, ani uczuć, ani miłości, to inne rzeczy przestają być ważne.

Na potwierdzenie tych słów, chciałabym wkleić wam fragment wywiadu ze znaną wam być może sportsmenką Iwoną Guzowską, która została adoptowana jako niemowlę. Zresztą nie ona jedna kryje taką historię. Nie mielibyśmy przecież firmy Apple gdyby nie Steve Jobs i jego adopcyjny ojciec, dzięki któremu zainteresował się majsterkowaniem i tworzeniem. Ojca biologicznego nigdy nie nazwał ojcem, a jedynie dawcą spermy.


Powszechnie przyznaje się Pani do tego, że była adoptowana. To jest trudne?

Dla mnie nie, bo traktuję ten fakt jak coś zupełnie normalnego. Nie czuję się przez to inna, ani gorsza. O tym, że jestem dzieckiem adoptowanym dowiedziałam się w wieku 5 lat, rodzice mi wszystko wyjaśnili i przyjęłam to z zadowoleniem. Mama Mirosława, z zawodu księgowa powiedziała mi, że jestem wyjątkowa, bo zostałam przez nią wybrana. Wiedziałam, że ja i brat jesteśmy dla rodziców najważniejsi. Chociaż potem w naszej rodzinie sporo rzeczy się skomplikowało, to cieszyłam się, że mam bliskich.

Nigdy nie szukała Pani biologicznych rodziców, nie chciała ich poznać? 

Nigdy. Do moich przybranych rodziców, których traktuję jako jedynych trafiłam w wieku pięciu miesięcy. Gdy miałam pięć lat rodzice, za moją namową zresztą, bo bardzo chciałam mieć rodzeństwo adoptowali brata. Może inni mają potrzebę odnalezienia biologicznych rodziców, porozmawiania z nimi, ja takiej nie miałam i nie mam. Nie interesuje mnie matka, która mnie urodziła, kocham tę, która mnie wychowała. Jak ludzie mają jakieś problemy ze sobą, są pogubieni, to może rozpoczynają takie poszukiwania. Ja zawsze czułam się dość mocna i poskładana. 

Podobno była Pani ukochaną córeczką tatusia? 

Mogę się z tym zgodzić. Tata sprawił, że zapałałam miłością do sportu. Zabierał mnie na rower, rolki, łyżwy, razem biegaliśmy. Chociaż później ujawnił się u niego problem alkoholowy i mieliśmy lekkie piekiełko, to wyszliśmy z niego obronną ręką. Dla taty w dzieciństwie byłam w dziedzinie sportu lepszym kompanem, niż brat. On lubił przesiadywać więcej w domu, a mnie ciągle gdzieś gnało. I tak zostało do dziś.

Podsumowanie.

Jakąkolwiek drogę wybierzecie, pamiętajcie o tym, by myśleć o temacie z perspektywy dziecka, nie dorosłego. Czy ja w wieku 4 lat byłbym gotowy na tyle informacji, które chce mi przekazać moja mama? Czy chciałbym słyszeć, że mam dwie mamy? Jeśli mam dwie mamy, to czy mam też dwóch tatusiów i dziadków? Czy chciałbym, by non stop pytano mnie, czy chcę o tym porozmawiać? Dorośli są różni. Są tacy, którzy są mocni psychicznie, ale są i tacy, którzy nie są w stanie poukładać sobie pewnych rzeczy w głowie i zrozumieć. Wzrastanie w prawdzie, nie musi oznaczać, że wszystkie informacje muszą dziecku zostać przekazane od razu. Dziecko przechodzi trudne etapy w swoim życiu: pierwszy dzień w przedszkolu, przeprowadzka, pojawienie się rodzeństwa, szkoła, dojrzewanie i tak dalej i tak dalej. Niektórym dzieciom trudno przez to przejść. Nie dokładajmy im niepotrzebnych problemów. Tak jak pisałam, dziecko, które wie o adopcji od zawsze, nie zapomni o niej i gdy przyjdzie właściwy czas, zainteresuje się tematem. A może nie? Musi czuć, że będzie nadal kochane i akceptowane nawet wtedy, jeśli postanowi odnaleźć swoje korzenie, ale nie dajmy mu odczuć, że tak właśnie musi zrobić. Wiele dzieci wręcz czuje się zawiedzionych otwierając tę Puszkę Pandory i wyruszając w przeszłość w poszukiwaniu odpowiedzi.




Powiązane linki: http://www.naszmalyswiatek.pl/2018/10/adopcyjne-dylematy-druga-mama.html










Źródło:www.echodnia.eu

Wygrana!


Nie często udaje mi się coś wygrać, ale to może dlatego, że ... nie gram. Jakiś czas temu jednak wzięłam udział z konkursie zorganizowanym przez Olitorię, jedną z koleżanek blogerek, znaną na pewno dobrze tym, którzy regularnie zaglądają do MałegoŚwiatka :)  Wyobraźcie sobie, że wraz z drugą koleżanką, Dziubasową, wygrałyśmy!! Hurra. Mam nadzieję, że jesteście z nas dumni ;) 

Dziś dotarła więc do mnie paczka z nagrodą, za którą oficjalnie chciałam bardzo serdecznie podziękować organizatorce konkursu. Droga Olitorio, sprawiłaś mi ogromną radość wszystkimi niespodziankami, zwłaszcza tymi przygotowanymi dla dziewczynek! Były zachwycone <3 Chyba na GoogleEarth widziałaś, że ogródek wymaga jeszcze wiele pracy i stąd ta książka, ale dobrze trafiłaś :D Zwłaszcza, że akurat idzie zima i mogę się podszkolić, by od nowego roku zacząć już działać. Olitoria, jeszcze raz dziękuję :*



środa, 21 listopada 2018

Rodzic zawsze wie lepiej.




Tak jak wspominałam wam w zeszłym tygodniu, w naszym przedszkolu odbył się apel z okazji Dnia Odzyskania Niepodległości. Ponieważ salka gimnastyczna nie jest zbyt duża, przy tego typu imprezach trudno znaleźć dobre miejsce, by wygodnie siedzieć i przy okazji dobrze wszystko widzieć. Zwłaszcza z moim wzrostem, którym jak wiecie nie grzeszę ;) Ostatnio na przykład, udało mi się zająć miejsce w pierwszym rzędzie, ale cóż z tego, skoro spóźnieni rodzice ustawili się przede mną. Doszło do tego, że w zasadzie wszyscy i tak stali, bo nie tylko ja nic nie widziałam. Ze względu na to, że chciałam nagrać występ, w szczególności solówkę Elsy, postanowiłam stanąć pod oknem, wzdłuż salki. Nikomu tam nie przeszkadzałam i byłam na tyle blisko, by wszystko dobrze widzieć. No, ale nie o tym, choć to też jest ważne do całej historii, którą chciałam się z wami dziś podzielić :) A więc stoimy sobie z mężem spokojnie, do występu jakieś 5 minut. Nagle wpadają dwie mamuśki i wpychają się przed nas, sprawiając, że wyglądają prawie jakby one same miały wystąpić, gdyż stanęły tak blisko, że gdy wyszły dzieci na środek, to stały w zasadzie koło nich. No dobra, wszędzie było pełno ludzi, w porządku. Ale trzecią mamę, która przyszła, "przegoniłam", żeby stanęła za mną, ponieważ chciała się wepchnąć między tamte artystki a mojego męża. Jest to kobieta bardzo wysoka i wiedziałam, że jeśli jej pozwolę na to, znów nic nie będę widzieć, bo za chwilę okaże się, że kręci film na telefonie, wychyla się i zasłania cały obraz. Znam tę mamę, więc po prostu zrobiłam jej miejsce za sobą. No dobrze. Koniec długiego wstępu :) Ale chciałam, żebyście mieli obraz całej sytuacji. Wszystkie grupy przyszły na salę jednocześnie. Część siedziała na ławeczkach, specjalnie dla nich przygotowanych, a jedna grupa występowała. Potem następowała wymiana. Pierwsza wystąpiła Misia. No i tu problem, bo część dzieci zaczęła płakać, gdy zobaczyła cały ten harmider panujący na sali. Tu muszę powiedzieć, że moje dziewczynki nigdy akurat nie płakały w tego typu sytuacjach, ale przecież dzieci są różne. Poza tym, Misia i Elsa brały już nasty raz udział w tego typu imprezie, są przyzwyczajone przecież do tego od żłobka. Co by nie mówić, dla takiego 3-latka, jest to nowa sytuacja i może się w tym po prostu pogubić. Dla takiego maluszka wyjście na środek przed tłum ludzi, z których każdy robi zdjęcia komórką, (więc trochę wygląda to niczym scena, w której paparazzi napadają na jakąś gwiazdę) jest nie lada wyzwaniem. Przedszkolne ciocie przytulały maluchy i pocieszały, więc po chwili jakoś się uspokoiły. Kiedy grupa Misi skończyła występować, zasiadła na ławeczkach, by obejrzeć co przygotowała grupa Elsy. W tym momencie rozpoczął się nie tylko występ mojej starszej córki, ale dwóch dziewczynek z grupy Misi, które zaczęły zanosić się płaczem. Ponieważ ramiona cioci nie zdołały uspokoić roztrzęsionych maluchów, pozwolono im iść do rodziców. Mamusiami tych dwóch dziewczynek, okazały się panie stojące obok nas. Najpierw próbowały je uspokoić, ale że na nic się to zdało, poddenerwowane zaczęły je uciszać. Małe zanosiły się płaczem i próbowały wymusić na nich wzięcie na ręce. Osobiście słyszałam, jak wielokrotnie powtarzały, że chcą już iść do domu, że nie chcą tam być, ale matki za każdym razem kazały im się uspokoić i czekać do końca przedstawienia. W rezultacie, obie wydzierały się dobre 30 minut, albo i dłużej. (dzieci, nie matki ;))

Powiem wam tak. Staram się nie oceniać zachowania innych rodziców, nie moje dziecko, nie moje wychowanie, nie moja sprawa. Ale było mi po prostu żal tych dziewczynek, które aż zrobiły się czerwone od płaczu i zasmarkane siedziały pod nogami mamuś, które dalej oglądały apel. Nie wiem jaki był powód tego, że te biedne dzieci musiały tam siedzieć do końca. Nawet jeśli te panie miały jeszcze starsze dziecko w innej grupie i chciały obejrzeć występ, wystarczyło wyjść na korytarz, pozwolić dziecku odetchnąć powietrzem a samemu stanąć w drzwiach.

Osobiście jestem osobą bardzo konsekwentną. Jeżeli coś powiem, to nie odpuszczam, bo wiem, że to jest ważne. Ale na litość Boską, dlaczego upierać się przy swoim, jeżeli chodzi o jakąś drobnostkę typu no nie wiem, dziecko chce założyć inną koszulkę niż my to zaplanowaliśmy, czy woli zjeść dwa ogórki, bo na pomidora nie ma ochoty. A jeśli już chodzi o zmuszanie dziecka do robienia czegoś, czego nie chce, jestem absolutnie przeciwna. Postępując w ten sposób, zniechęcamy nasze dzieci do tej czynności. Nie wiem, czy te maluchy będą dobrze kojarzyły tego typu imprezy, skoro przez większą jej część, zestresowane zanosiły się płaczem. Przecież to w końcu są małe dzieci.
Pamiętam kiedy dziewczynki były małe i gdzieś chodziliśmy (np. do kościoła) to zawsze byliśmy przygotowani na to, że w każdej chwili trzeba będzie wyjść. No niestety, w pewnych sytuacjach trzeba się dostosować. Co innego wymagać od kilkuletniego dziecko należytego zachowania w jakimś tam miejscu.

W zeszłym roku na Sylwestra przygotowaliśmy imprezę u nas w domu. Przed godziną 24 wszyscy wyszli na dwór oglądać fajerwerki, pokazy było widać od nas bardzo dobrze. Po 5 minutach Misia zaczęła płakać i prosiła, żebyśmy poszły do domu. Powiem wam, że nie wyobrażam sobie, żebym zmuszała dziecko do zostania, skoro ono najwyraźniej bało się tych huków (potem dopiero wpadłam na to, że mogłam jej założyć słuchawki wyciszające) I choć chętnie zostałabym na zewnątrz, to poszłam z nią do środka i oglądałyśmy pokaz z okien. Przecież w tym wszystkim to właśnie ona była najważniejsza, a nie to, czy ja zobaczę 1000 raz fajerwerki.

Ciekawa jestem co myślicie na ten temat. Nie wiem, może ja jak zwykle wyolbrzymiam pewne rzeczy, może dziecko trzeba uczyć posłuszeństwa, że jak rodzic mówi tak, to tak ma być. Ale przecież to jest mały człowieczek, taki sam jak my, więc skoro płacze i prosi, żeby wyjść, to widocznie bardzo chce by tak właśnie było. Jest różnica między wymuszaniem czegoś, bo akurat dziecko tak chce, a zaspokojeniem zwykłych potrzeb, które dziecko wyraźnie komunikuje.






poniedziałek, 19 listopada 2018

Disney On Ice.








Przed rozpoczęciem

Nie wiem, czy pamiętacie, ale w zeszłym roku udało nam się wygrać w Zdrapce ze słonikiem i część nagrody przeznaczyliśmy na zakup biletu na Disney'owską rewię na lodzie. 
Po 5 minutach od zajęcia miejsc, Misia zapytała, kiedy już idziemy ;) Dla 2-letniego wtedy dziecka, było tam zdecydowanie za głośno, a pokaz, który z przerwą trwa 2h, był zdecydowanie za długi.) Mimo to Misia dzielnie wytrzymała i de facto występ bardzo jej się podobał. W tym roku też postanowiliśmy zabrać dziewczynki, wierząc, że odbiór będzie zupełnie inny, zwłaszcza dla Misiaka.
Nie wiem, czy się wybieracie, czy może jeszcze nie w tym roku, ale dziś chciałabym napisać wam o wrażeniach z wczorajszego wieczoru. Z tego co wiem, (słyszałam od znajomych, którzy się wybierają) na pewno jeszcze będzie rewia w Krakowie i Łodzi.

Dla kogo Disney on Ice?

Na rewię w zasadzie można zabrać dzieci w każdym wieku. Do dwóch lat maluch wchodzi za darmo z miejscem na kolanach rodziców. Jeżeli macie dwoje dzieci, dostępne są również takie bilety, w których płacicie za trzy, a czwarty jest za darmo. To dobre rozwiązanie również dla tych, gdzie dziecko nie ma 2 lat, ale chcemy mieć dla niego miejsce siedzące. Bilety takie jednak trzeba zarezerwować odpowiednio wcześnie, gdyż ich liczba jest ograniczona. 



Ja osobiście uważam, że dopiero dziecko około trzech lat, będzie cieszyć się tego typu imprezą i ze zrozumieniem będzie oglądać to, co widzi. Widzę ogromną różnicę w odbiorze przedstawienia przez Misię w zeszłym roku i w tym. Obie dziewczynki same biły brawo, komentowały to co się dzieje, zgadywały co będzie za chwilę (gdy wjeżdżały na taflę nowe dekoracje) i emocjonowały się treścią (np. krzyczały wow!) Odbiór był tym bardziej pełny, że znały już w zasadzie wszystkie bajki, prezentowane w show. W zeszłym roku, nie znały nawet Krainy Lodu (to znaczy znały treść, ale tylko z książeczki, nie film) 



Na potwierdzenie moich słów powiem wam, że przed nami siedziały dwie rodziny z dwójką dzieci. Jedna z nich wyszła w trakcie przerwy i już nie wróciła, a w drugiej dziecko (ciut młodsze na oko od Misi) oglądało na komórce bajki.

Okiem dziecka.

Dziewczynkom bardzo podobała się rewia, zresztą uwielbiają wszelkiego rodzaju teatrzyki i przedstawienia. Nie nudzą się i z zainteresowaniem, niczym zahipnotyzowane oglądają to, co widzą. 
Warto wybrać się na przedstawienie, szczególnie jeśli macie w domu córki. Sama jazda na lodzie jest dla nich fascynująca, nie wspominając o pięknych strojach księżniczek, czy innych znanych bohaterów. Ale polecam nie tylko dla dziewczynek. Chłopcy też dobrze się bawili, więc wszystko zapewne zależy od dziecka, od jego wieku i oczywiście tego, czy samo chce obejrzeć takie show.

Okiem rodzica.

No dobrze. Napisałam wam już, jak to wygląda okiem dziecka, czyli, teraz czas na opinię mnie jako rodzica. 
Nie wiem, czy dlatego, że to był nasz drugi raz, więc wiedziałam czego się spodziewać, ale oboje z mężem mamy wrażenie, że tegoroczny show był mniej dopracowany i trochę taki ... "opylony" 
W zeszłym roku było mniej bajek, ale za to ich prezentacja była dłuższa i miała jakąś treść. Wczoraj tego właśnie mi brakło. Zaprezentowano większość znanych bohaterów Disney'a, ale pokazy były tak krótkie, że dziecko, które nie zna bajki, nic z tego poza wizualnymi efektami nie wyniesie. Na przykład tańczą krasnoludki, znikają, potem nagle pojawia się zła czarownica, która daje Śnieżce zatrute jabłko, ta zapada w sen, przyjeżdża Królewicz (na łyżwach ;) )całuje ją, wszyscy tańczą. Wszystko to trwa może 5 minut. Dla moich dziewczyn, które dobrze znają bajkę, wszystko było zrozumiałe, ale ogólnie uważam, że było to za krótkie. Jeszcze gorzej prezentowała się historia Roszpunki, która w zasadzie zatańczyła na lodzie bodajże jeden taniec sama i jeden z Flinem, doczekała się lampionów, "wyskakujących" z sufitu i...i koniec historii. Także dekoracja wydawała się w tym roku bardziej uboga. Roszpunka nie dostała nawet wieży, a pałac Elsy to jedynie ozdobione małe rusztowanie ze schodami. W zeszłym roku było to wszystko bogatsze, choć oczywiście nie powiem, postacie były bardzo ładnie przebrane: Dory, Krasnoludki, Myszka Mini i Mini i inni. 


Czy warto więc obejrzeć rewię Disney on Ice?

Myślę, że tak. W końcu to  przedstawienie dla dzieci, a nie dla rodziców, a one na pewno będą się dobrze bawiły. Zwłaszcza jeśli to pierwszy raz, kiedy oglądają imprezę tego typu. Są uwielbiani przez wszystkich bohaterowie, piękne stroje, fragmenty bajek, inscenizacja i gra świateł, a to musi się podobać.

Elsa ogląda Elsę ;)














sobota, 17 listopada 2018

Hibernacja.





Wspominałam jakiś czas temu, że należę do ludzi raczej ciepłolubnych. Przyznaję jednak, że zima ma swój urok, choćby w Święta. Pamiętam zdjęcia mojej koleżanki z Bożego Narodzenia w Barcelonie i szczerze mówiąc palma jako choinka zupełnie do mnie nie przemawia. 



Dziś pierwszy raz przyszedł do nas w nocy mróz. Do tej pory ogródek wyglądał nadal jesiennie i choć drzewka już dawno straciły liście, to pelargonie wciąż cieszyły swoimi kwiatami. Słoneczny, mroźny poranek rozpoczęłam od szybkiego naszykowania śniadanka dla dziewczynek, a potem  na piżamkę nałożyłam ciepłe ubranie, porwałam aparat i pobiegłam do ogródka pocykać zdjęcia. Gdy kolorowa jesień łączy się z początkiem zimy, powstają magiczne i cudowne obrazy, cieszące oko cuda przyrody, które każdy może zauważyć, jeśli tylko na chwilę zatrzyma się i rozejrzy wokoło. 








Planowałam hibernację na czas zimy, ale chyba tego nie zrobię. Poczekam co przyniesie grudzień po tak gorącym lecie. Może kolejne cudeńka ukryte w przyrodzie? 
A potem? Potem nie wiem, zobaczymy ;) 

A wy lubicie zimę, czy jesteście ciepłolubni? 

wtorek, 13 listopada 2018

Gdy dzwoni TEN telefon ... ale nie do ciebie.


Każdy z oczekujących na adopcję dziecka przyzna, że najgorszy okres to ten po kwalifikacji. Wcześniej ciągle coś się działo, rozmowy, szkolenie, oględziny mieszkania a tu nagle cisza. 


Wiem na pewno, że u nas w ośrodku rodzice są dobierani do dziecka, nie ma żadnej kolejki, a pod uwagę bierze się bardzo szczegółowo historię przyszłych rodziców i biologiczne pochodzenie dziecka. Od tego zależy powodzenie adopcji.

Można byłoby powiedzieć, że "kolejka" jest lepsza, ponieważ czekasz cierpliwie i monitorujesz ile jeszcze przed tobą zostało par. Z drugiej jednak strony, ma to być przecież NASZE dziecko, więc czekanie nie powinno być niczym zaskakującym. Dochodzi jednak do paradoksu takiego, że kilkanaście małżeństw oczekuje od np. dwóch lat, a dziecko proponowane jest komuś, kto dopiero niedawno skończył szkolenie. I jak tu nie być złym na to wszystko? Jak uzbroić się w cierpliwość?

Na jednym z zeszłorocznych szkoleń zaprzyjaźniłam się i zżyłam z trzema parami oczekującymi na adopcję. Bardzo ciepło o nich myślę, ile mogę to wspieram i czekam razem z nimi. Znając obecną sytuację, żadne z nas nie spodziewało się, że ktokolwiek z nich mógłby zostać rodzicem w tym roku. Jakież było więc moje zaskoczenie, gdy dowiedziałam się w zeszłym tygodniu, że mają synka! Jeszcze nie są razem, jeżdżą do niego na razie w odwiedziny, ale istnieje duża szansa, że w te Święta będą już razem :) 
Powiem wam, że strasznie się cieszę, że już jedna para z tej grupy może cieszyć się szczęściem. Choć od kilku lat jestem "po tej drugiej stronie", równie mocno przeżywam z każdym okres oczekiwania, a emocje towarzyszące TEMU telefonowi są może inne niż przy tym naszym, ale równie silne. Miałam ciarki i wypieki na twarzy słuchając jak szczęśliwi są ci ludzie. 

Wiem, że pozostałym parom, szczególnie tym zaprzyjaźnionym, musi być ciężko. Dzwoni telefon, ale nie do ciebie. To trochę przypomina czekanie na ciążę, kiedy to wszystkie inne koleżanki zachodzą, a ty nie. I choć wokoło powtarzają, że na ciebie też przyjdzie kolej, to mijają miesiące i nic. Zaczynasz wątpić, czy w ogóle to nastąpi. Tak samo z adopcją, czekasz, cieszysz się z telefonów w grupie, w ośrodku, ale ty wciąż bez dziecka. Jak sobie z tym poradzić? Wiem, że musi być wam ciężko, ale nie traćcie nadziei, że WASZE dziecko gdzieś tam czeka. Pokornie czekajcie, a nadejdzie taki dzień, w którym niespodziewanie zostaniecie rodzicami. Ot tak, po prostu.

Ściskam mocno kciuki za wszystkich oczekujących, a świeżo upieczonym rodzicom jeszcze raz gratuluję. Mam nadzieję, że szybko będziecie razem :) 

niedziela, 11 listopada 2018

Elsa śpiewa piosenki patriotyczne (nagrania oryginalne :) )




Mam nadzieję, że gdzieś tam w zakamarkach swojej pamięci, moje dzieci odnajdą tę niezwykłą dzisiejszą uroczystość w 100 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Niestety nie braliśmy czynnego udziału w obchodach, ale oglądaliśmy wszystko w telewizji. Jestem też bardzo zbudowana tym, jak dużą wagę przywiązuje się w przedszkolu do patriotyzmu. To nie tylko wykonywanie godła, czy malowanie flagi, ale choćby informacje i nauka Mazurka Dąbrowskiego. To dobrze. Dziecko powinno wzrastać w miłości i przywiązaniu do swojego kraju. 

Strój galowy.

Wpada do mnie w piątek zdenerwowana sąsiadka (12 lat), zbulwersowana tym, że dostała w szkole minus za nieodpowiedni strój na obchodach Dnia Niepodległości. Fakt. Miała na sobie czarną spódniczkę, ale tak krótką, że ledwo zakrywała pupę. Kiedy zwróciłam jej na to uwagę, podniosła ją pokazując, że ma pod nią krótkie spodenki. No cóż, nikt przecież nie będzie zaglądał jej pod spódnicę. Bluzka. A w zasadzie biała koszulka w stylu T-shirt, wygnieciona, jak to za moich czasów mówiło się "wyjęta psu z gardła" Trudno było mi tej dziewczynie wytłumaczyć, że kolor biały i czarny nie wystarczy, by strój nazwać galowym.

Kiedy ja chodziłam do szkoły, na akademię musieliśmy mieć czarne lub granatowe spódniczki, a do tego białe bluzeczki z kołnierzykiem. Nikt nie zastanawiał się, czy to lubi, czy nie (to był argument tej nastolatki na moją uwagę, że to chyba nie taka bluzeczka). Tak należało się ubrać i każdy to szanował. Jeśli ktoś był nieodpowiednio ubrany, nie został wpuszczany na salę gimnastyczną. Tak, wiem, ja już należę do epoki dinozaurów, ale powiem wam, że ja nie wyobrażam sobie, żebym dziecku wieczorem nie naszykowała odświętnego stroju, jeśli taki jest wymagany. Gdy dziewczynki mają jakąś akademię (nawet kiedyś w żłobku), szykuję spódniczkę, białe rajtuzki, bluzeczkę. Według mnie to przecież wyraża mój szacunek wobec placówki, nauczycieli, a w tym przypadku naszego kraju, ludzi, którzy walczyli za niego. Czyż to nie my rodzice powinniśmy pewnych rzeczy dopilnować? Pewnie ktoś powie, że przesadzam, bo każdy jest zmęczony, nie ma siły, dziecko już jest duże, więc może samo pomyśleć. No właśnie pomyślało - wzięło jakąś wymiętą koszulkę i miniówkę, w której najlepiej się czuje i poszło do szkoły. Nie będę tu krytykować nikogo, ale o takich uroczystościach wiemy przecież na długo przed. Myślę, że znaleźć  10 minut na naszykowanie, wyprasowanie stroju galowego dla dziecka i powieszenie go na wieszaku nie jest wielkim problemem. Pod warunkiem, że taki strój w domu jest...

To samo z początkiem i zakończeniem roku. Gdy teraz przyglądam się uczniom, podążającym np. na rozdanie świadectw, to czasem zastanawiam się, czy aby na pewno idą do szkoły. 

W tym tygodniu w naszym przedszkolu odbędzie się uroczysta akademia z udziałem rodziców. Znów pewnie będę płakać, tym bardziej, że po raz pierwszy Elsa będzie śpiewać solówkę!! Dowiedziałam się o tym niedawno i powiem wam, że stresuję się chyba bardziej niż jakbym ja sama miała zaśpiewać ;) Także trzymajcie kciuki za nią :) A zresztą co tam, wklejam wam Elsę jak śpiewa.