czwartek, 21 lutego 2019

Takie tyci tyci marzenie.



Dziś napiszę wam o takim tycim tyciuśkim marzeniu Elsy, o którym od jakiegoś czasu wspomina. Nie uwierzycie, ale tym razem nie chodzi o sukienkę księżniczki, czy taniec na scenie. Moja córka wymyśliła sobie, że jak będzie duża to otworzy ... kawiarnię. Dawno temu opowiadałam dziewczynkom, że jak dorosną to będziemy się spotykać w kawiarni na kawce i ciastku i plotkować tyle ile będą chciały. Nie wiem, czy ma to coś z tym wspólnego, ale jej plany są konkretne. W kawiarni ma być kawa: z mlekiem, Cappuccino, Latte, dużo różnych ciast i ... kanapki :D No wiadomo, kawiarnia Elsy nie może ograniczyć się tylko do słodkości (dziś rano mówiła mi, że bardzo lubi jeść, więc sami rozumiecie ;) ) 
W całej tej koncepcji nie podoba mi się tylko jednak rzecz. A mianowicie, że ja miałabym być ... kucharką. Hmm. Kiedy nieśmiało zaznaczyłam Elsie, że do jej kawiarni wolałabym przyjść na kawę, a nie pracować tam, zdziwiła się. Usłyszałam od niej:Przecież ty jesteś najlepszą kucharką, bo robisz takie pyszne rzeczy. 
No cóż, stanęło na tym, że na początku będę pomagać, a potem znajdziemy kogoś. Mój wątpliwy talent do gotowania i brak cierpliwości mogłyby położyć całą inwestycję. Jak widzicie sama się wkręciłam w ten jej biznes z kawiarnią :D A teraz uwaga, zapamiętajcie, bo kawiarnia ma już nawet swoją nazwę: CZEPONA. Hahaha. Nie brzmi jakoś chwytliwie, kojarzy mi się tylko z Al Capone, ale dobra, niech jej będzie. Może zmienimy pisownię, żeby było bardziej Glamour ;) Elsa i Misia tak mają, że wymyślają ciekawe nazwy na różne rzeczy, gdy się bawią. Kiedyś przynosiły nam zmyślone potrawy na talerzykach i Elsa poleciła nam swoją nową pizzę o nazwie FRAMENA

No cóż, nie ukrywam, że post ten powstał w ramach reklamy ;) Jeżeli kiedyś w przyszłości, za X lat zobaczycie gdzieś kawiarnię Czepona, w menu której znajdzie się pizza Framena, *Flajdel Smakonus (pamiętacie?) lub po prostu dobra kawa, to idźcie uścisnąć rękę szefowej. To na pewno będzie moja Elsa :))

* Dla przypomnienia: http://www.naszmalyswiatek.pl/2018/01/flajdel-smakonus.html


Udanego dnia!

piątek, 15 lutego 2019

Drugie urodziny Bloga!!


Dziś tak króciutko, choć to chwila nie byle jaka. Oto z przerażeniem stwierdzam, że minął kolejny rok prowadzenia Naszego Małego Światka. Czemu z przerażeniem? Bo czas biegnie tak szybko, że nie ogarniam tego co się dzieje. Powinnam była zacząć pozytywnie, a ja tu narzekam, miauczę i jęczę ;)



No dobrze. Kochani moi! Zwracam się do wszystkich tych siedzących po drugiej stronie komputera (choć zaglądam i nikogo nie widzę, ale mam nadzieję, że tam jesteście ;) ) z wielkim podziękowaniem za to, że zaglądacie do nas i jesteście częścią naszego świata. Wiem, że czasem przewracacie oczami myśląc sobie, że filozofuję, albo marudzę. Zdaję sobie sprawę z tego, że blog o adopcji jest niszowy i na pewno nie dla każdego, ale mam nadzieję, że potrzebny. Są wśród nas rodziny takie jak nasza i biologiczne. Mamy swoje problemy, które innych nie dotyczą, ale któż ich nie ma? U nas będzie to jawność adopcji, a dla was może drugie małżeństwo, nowa osoba w rodzinie. Są też radości, którymi dzielę się z wami nie dlatego, żeby pochwalić się jakie mam wspaniałe dzieci i jakimi to my jesteśmy cudownymi rodzicami, ale  tak najzwyczajniej w świecie pragnę, byście cieszyli się z nami. 

Tyle tematów jeszcze czeka na swoją kolej, ale mam nadzieję, że mój mąż kiedyś będzie zarabiał tak dużo, że rzucę uczenie i zajmę się tylko blogiem, działalnością charytatywną, pomaganiem ludziom... zaraz, zaraz, chyba się trochę zagalopowałam. No to zejdźmy na ziemię :) Mam nadzieję, że nadal uda mi się znaleźć trochę czasu w przerwach między zajęciami, by pisać o naszych chwilach zwykłych i niezwykłych. Na tym na razie poprzestańmy;)

Ściskam bardzo mocno tych, których udało mi się poznać bliżej, osobiście, albo choćby w mailach. Jesteście cudowni i coraz częściej przekonuję się o tym po co to wszystko było, po co doznałam objawienia pisania bloga (bo tak to mogę mniej więcej określić;) )
Wiem, że znów to brzmi jak mowa po otrzymaniu Oscara, ale to czuję. Dziękuję za każdy zostawiony komentarz, bo wiem, że wymaga to poświęcenia czasu i zaangażowania. To chyba najbardziej mnie cieszy, bo wiem, że nie piszę w powietrze :) Nie zawsze się zgadzamy, ale to właśnie jest fajne, taka dyskusja dużo daje nie tylko mnie, ale też tym, którzy ją czytają. Olitoria, Dziubasowa, Lidia, Lady Makbet, Tygryski, Sonadora, Aga z Drogi już teraz na Skróty, Aglaia i wszyscy inni, którzy udzielacie się na moim skromnym blogu. Przepraszam, że nie każdego wymieniłam osobiście. Ściskam was bardzo mocno i całuję, dziękuję, że mogłam was poznać :*
Dziękuję też pewnej osobie, która docenia każdego posta, choćbym pisała o dziurze w płocie ;) Nie do końca może wierzę w całą tę słodycz, ale co tam, miło usłyszeć, zwłaszcza od Ciebie. Pozdrawiam i ściskam towarzyszkę od bezy i kawy, na którą zawsze chodzimy kiedy uda się spotkać. Trzymam mocno kciuki, żeby telefon zadzwonił jak najszybciej!! :) No i w ogóle wszystkich tych, którzy piszą, niekoniecznie tu na forum. To prawda, że "szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się ją dzieli" Mam nadzieję, że nasza długa droga do rodzicielstwa będzie dla was inspiracją i nadzieją, że można dotrzeć tam, gdzie nawet filozofom się nie śniło :)

Dziś piąteczek, jeśli jesteście blisko mnie, wpadajcie na urodzinowe ciasto!! Tylko wcześniej dajcie znać, żebym zdążyła trochę ogarnąć tornado. Dobrego weekendu dla wszystkich!! I co? Do następnego roku! Buziaki.




czwartek, 14 lutego 2019

Walę Tynki.



Jako, że w tym roku jesteśmy obecnie na etapie robienia różnych rzeczy w domu, mogę śmiało powiedzieć, że prawie walę tynki. Wczoraj pomalowałam ostatnią ścianę i powiem wam, że do chwili obecnej czuję romantyczny ból mięśni ręki. No cóż, nikt nie mówił, że musi być łatwo.

Co do Walentynek samych w sobie, to osobiście nie obchodzę ich jakoś szczególnie, ale zawsze staramy się iść na jakąś kawę i ciacho - sami rozumiecie, każda wymówka jest dobra, by zjeść coś dobrego. Nie do końca rozumiem całej tej nagonki przeciwko temu świętu, jeśli ktoś chce to niech obchodzi, nie to nie. Tyle, że kolejny raz przeciwnicy będą starali się udowodnić zwolennikom, że to bzdura i podawać tysiące argumentów dlaczego to święto jest głupie. Szczerze mówiąc zazdroszczę Amerykanom, że potrafią się cieszyć z bzdur, tandetnych serduszek, koszulek, czapeczek, ale to chyba jest ten luz, którego nam brakuje. Jako nastolatka lubiłam Walentynki. Pamiętam jak raz wysłałyśmy z koleżanką kartkę nielubianemu koledze z prośbą o spotkanie ;) Potem stałyśmy za drzewem i obserwowałyśmy, czy przyjdzie. Wredne? Być może, ale tak było. Wysyłałyśmy też kartki pocztą szkolną do naszych miłości, czy do ulubionych psiapsiółek. Przecież to nie tylko Święto Par, ale wszystkich, którzy chcą się na chwilę zatrzymać i powiedzieć sobie KOCHAM. Jeśli to do was nie przemawia, to może zróbcie chociaż tak jak moi rodzice ;) W Biedronce jest podobno fajna promocja, kwiaty plus Ferrero Rocher, jako, że moja mama jest obecnie na diecie, ona dostanie kwiaty, a mój tata słodycze. Także kompromis osiągnięty i każdy jest zadowolony.

Obojętne, czy dziś walicie tynki w domu, albo w robocie, czy też obchodzicie romantyczne Walentynki z ukochanym/ukochaną, życzę wam po prostu dobrego dnia! Czekoladki i kwiaty? Czemu nie. Jeśli dostaniecie i poczujecie się urażeni, to wyślijcie do mnie, ja przyjmę bez zastanowienia ;)






poniedziałek, 11 lutego 2019

Wśród Tygrysów.






Patrzę i nie wierzę własnym oczom - dom już dawno nie wyglądał tak jak w piątek ;) Udało się położyć nową terakotę w wiatrołapie, zafugować, pomalować, zawiesić kilka obrazków i ogólnie posprzątać wszystko to, co stało się efektem ubocznym tych zmian i życia codziennego. Ale okazja nie byle jaka, bowiem w nasze skromne progi miała zawitać pewna znana wam rodzinka, rodzinka Tygrysów z bloga www.tygrysimy.blogspot.com:) Nie wiem skąd wziął się pomysł na nazwę, ale musiał być nieprzypadkowy, więc woleliśmy nie ryzykować. Tygrysy są miłe i piękne, ale gdy się zdenerwują, mogą narobić niezłego rabanu. Wprawdzie w domu jest jeszcze wiele do zrobienia, ale to co najważniejsze, czyli pokój gościnny, czeka na zamieszkanie.

Spotykamy się w pewnym znanym sklepie rodem ze Szwecji, gdyż duże Tygrysy przy okazji robią zakupy do swojego nowego domku, do którego właśnie się wprowadzili. Ja z mężem jadę odebrać dziewczynki z przedszkola, w którym wszyscy od tygodnia wiedzą, że przyjeżdżają do nas TYGRYSY :) Tak tak, przyznaję, że zdarzyło mi się może raz, dwa z przyzwyczajenia użyć tej nazwy i umarł w butach - dzieci już nie zapomną ;) 
Tygrysia mama, zaaferowana zakupami w szwedzkim sklepie (lub przerażona perspektywą spędzenia z nami najbliższych dwóch dni), wraca z kawiarni sklepowej z dużą ilością pysznego ciasta, które poleciła jej Elsa. Na talerzyku znalazł się nasz ulubiony torcik czekoladowy oraz sernik ciasteczkowy i nie tylko. Wygłodzony Tygrys, pożarł zupę jarzynową i dzieciaki poszły się pobawić. Piątkowa pogoda była iście wiosenna. Cudowne słonko i dość wysoka jak na tę porę roku temperatura dała wiele możliwości spędzenia czasu w Stolicy z czego skorzystali nasi goście. Sobota nie zapowiadała się jednak zachęcająco - miało być wietrznie i miał padać deszcz. Leniwy poranek i długie śniadanie sprawiły, że najgorszą pogodę spędziliśmy w domu. Moje dziewczyny wkręciły się w zabawę dinozaurami i samochodami. Wszyscy jeździli na kolanach, a my żałowaliśmy, że nie mamy froterki, którą moglibyśmy im założyć na tę część ciała, by przy okazji było praktycznie. Tygrysia mama, najwidoczniej nieprzyzwyczajona do nicnierobienia, co chwilę prosiła, być dać jej jakąś robotę, bo nagle dziecka po prostu nie było :) Zniknęło wśród czeluści świata puzzli, malowanek, dinusiów, pociągów i innych zabawek. Wszyscy pięknie się bawili, choć nie obyło się bez ofiar - Elsa jadąc samochodem po ziemi zapomniała, że ściany nie są z gumy i przywaliła ostro w jedną z nich nie tylko samochodem. Polała się krew z nosa, ale przykładany lód szybko pomógł. Potem Tygrys oberwał trochę od dinozaura, którym sterowała Elsa, ale dzielny nie płakał długo.

Po obiedzie starsze towarzystwo najchętniej udałoby się na popołudniową drzemkę, ale to pozostawało w sferze marzeń, więc naszykowaliśmy się i upchnęliśmy wszyscy do naszego samochodu. Tygrys dzielnie zasiadł pomiędzy dziewczynami. Kierunek lotnisko! No bo cóż lepszego może być dla małego fana bajki Super Wings jak nie miejsce, z którego można podejrzeć samoloty z bliska? No ale tu zdarzyła się pierwsza nasza wpadka. Nie wiem, czy mój opis celu nie był doskonały, czy Tygrysia mama wyobraziła sobie to miejsce po prostu inaczej, ale gdy podjechaliśmy pod naszą ulubioną górkę z której widać startujące bądź lądujące samoloty (zależy do rozkładu) nasz gość nie mógł uwierzyć własnym oczom. Tyle błota to widziała chyba tylko Świnka Peppa! Nie poddaliśmy się jednak i pomimo tego, że nie był to widokowy taras marzeń, to po chwili liczyło już się tylko jedno - samoloty. Choć Tygrysie buty ucierpiały od nadmiernej ilości błota, to miejsce bardzo się podobało. Nasze auto wygląda trochę jak po wyścigu off-roadowym, ale co tam ;) 




Wieczór spędziliśmy w Wilanowie, w Królewskim Ogrodzie Światła. I tu byliśmy trochę rozczarowani, bo pomimo tego, że było przepięknie i obejrzeliśmy pokaz mappingu na pałacu, to zabrakło nam atrakcji dla dzieci, które były w zeszłym roku. Pisałam wam o motylach, biedronkach, tunelach ze świateł itd. W tym roku, zamiast tego pojawiła się fontanna i ogródek, gdzie co parę minut można było zobaczyć pokaz światło-dźwięk. Nie lada gratka dla starszych, ale dla dzieci oferta zeszłoroczna była dużo lepsza według mnie. 






Iluminacja w dzielnicy Wilanów



Klikając w link możecie zobaczyć zdjęcia z zeszłego roku -----> http://www.naszmalyswiatek.pl/2017/12/totalna-magia.html

Jako że w sobotę przypadał Międzynarodowy Dzień Pizzy, nie mogło zabraknąć jej również u nas w domu! Wygłodzeni spacerem wróciliśmy do nas i przygotowaliśmy kolację. Dzieciaki dostały nowej energii, którą spożytkowały na zabawę do godziny 22. Nawet Misia, którą podobno bardzo bolały nóżki i kazała się nosić na barana, nagle odzyskała wszystkie siły witalne. 

Wszystko co dobre szybko się kończy. Jeszcze tylko niedzielny spacer i Tygrysy wracają w swoje strony. Weekend był bardzo miły i udany. Pomimo tego, że trzeba było sporo chodzić, to myślę, że wszyscy psychicznie odpoczęliśmy. No może prócz Tygrysiego Taty, który zmagał się z pewną dolegliwością, na którą niestety nikt nic nie mógł poradzić :( Nawet domowej roboty wino mojego taty na dłuższą metę się nie sprawdziło. 

Tygrysia rodzinko, bardzo dziękujemy wam za wspólnie spędzony czas, za to, że przyjechaliście, choć przecież nie mieszkamy aż tak blisko siebie. Dziękujemy za zaproszenie w Wasze strony, w tę część Polski mogę wracać i wracać. Ale nie wiem jak to będzie, może doradzę się jednak tu na blogu, publicznie, bo nie wiem, co o tym sądzić ;) Jednym z punktów programu naszego pobytu, ma być odwiedzenie miejsca, w którym jest mnóstwo bocianów i to na wyciągnięcie ręki. Rewelacja, ale... Tygrysia mama na koniec opowiedziała nam o wypadku jaki tam się zdarzył, w którym bocian wbił się człowiekowi w głowę swoim dziobem ;) 
Nie wiem co o tym sądzić. Jak myślicie? Jechać? Ryzykować?

Pozdrawiam całą rodzinkę Tygrysów, a wy kochani mam nadzieję, że miło spędziliście weekend. Przed nami kolejny tydzień, u nas w województwie właśnie skończyły się ferie, co oznacza też więcej pracy dla mnie. Pocieszające jest to, że wiosna już tuż za rogiem! Wczoraj osobiście widziałam u siebie w ogródku pąki na różach, małe listki na hortensjach, nie wspominając o wybijających się z ziemi krokusach i innych typowo wiosennych kwiatach. 


Wspaniałego tygodnia!








wtorek, 5 lutego 2019

Siła dialogu, czyli dlaczego warto rozmawiać z dziećmi.


Nie wiem, czy kiedyś wam opowiadałam taką historię zasłyszaną od znajomego. Jeśli tak i kolejny raz będziecie o niej czytać, to wybaczcie kobiecie w podeszłym wieku, która ma już problemy z pamięcią ;)
A więc kolega ten, jako student pracował na farmie w Szwajcarii. Zanim przejdę do właściwej historii, kilka ciekawostek związanych z samym miejscem. Kraj ten jest bardzo ciekawy jeśli chodzi o języki, ponieważ urzędowym jest tu niemiecki, francuski oraz włoski i retoromański. Wszystko w zależności od kantonu, w którym dana osoba zamieszkuje. Ale to nie wszystko. Znajomość niemieckiego wcale nie gwarantuje łatwego porozumiewania się z tubylcami. Język codzienny Szwajcarów w kantonach niemieckojęzycznych to bowiem dialekt alemański (Schwyzerdütsch), używany przez wszystkie warstwy społeczne, nawet w dużych miastach (chociaż w formie pisanej spotkacie się raczej z niemieckim) Dla mnie brzmi to jak mieszanina niemieckiego, francuskiego i uwierzcie mi, ciężko wychwycić nawet pojedyncze słowa. Na szczęście francuski i włoski, mimo drobnych odmienności, np. w niektórych liczebnikach oraz w wymowie, nie różnią się od języka standardowego. Uff. 
No ale do rzeczy. Kolega mój pracował pod Zurychem, co oznacza, że jego szef mówił w języku niemieckim i wspomnianym przeze mnie dialekcie. Jako, że znajomy zna tylko angielski, właśnie w tym języku porozumiewał się na co dzień z bossem. Pewnego dnia, właściciel farmy opowiedział mu historię o tym, jak poznał swoją żonę. Zaczyna się ona od wizyty w innym kantonie, gdzie przedstawiono mu dziewczynę, która bardzo mu się spodobała. Ale cóż z tego, że była ładna, skoro porozumiewała się tylko w języku francuskim, którego on nie znał. Jak sobie z tym poradzić? Prosto. On najwidoczniej też jej się spodobał, bo postanowili wykorzystać słabą, ale jednak, znajomość angielskiego. Miłość rozwinęła się i po jakimś czasie dziewczyna przeprowadziła się do niego, by potem wziąć ślub z ukochanym. Przez długi czas porozumiewała się ze swoim mężem tylko po angielsku, zanim oboje nie nauczyli się mówić w swoich językach. Zabawne w tym wszystkim jest to, że pochodzili oboje z tego samego kraju, (byli bowiem rodowitymi Szwajcarami), mieszkali zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od siebie, a mimo to dzielił ich język. Musieli więc podjąć trud znalezienia rozwiązania tej sytuacji, co też uczynili. 




Język może stanowić problem w porozumiewaniu się, to prawda. Ale nie tylko on. Gdy patrzę tak na ludzi, których znam i obcych, których spotykam na co dzień, łatwo zauważyć, że pomimo tego, iż oboje świetnie władają naszym językiem, to jednak nie potrafią się dogadać. Jak to możliwe? Komunikacja nie jest łatwa. Możemy powymieniać sobie zdania na temat nowości kosmetycznych, filmowych, opowiedzieć co u nas w pracy, jak spędziliśmy weekend, ale wtedy gdy w grę wchodzą poglądy na jakiś temat, często zaczynają się schody. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Każdy uważa, że jego opinia jest tą właściwą. A przecież patrzymy na świat inaczej, przez pryzmat własnej wiedzy i doświadczeń. Trudna jest więc akceptacja tego, że druga osoba nie zgadza się z nami. Stąd biorą się konflikty w rodzinach, zakładach pracy i oczywiście na wyższych szczeblach. Łatwo mówić, ale trudniej słuchać. Szczerze mówiąc znam naprawdę niewielu ludzi, którzy opanowali tę sztukę, gdzie bez wielkich emocji odbywa się rozmowa na jakiś temat, każdy przedstawia swój punkt widzenia i rozstajemy się w pokoju. Nie raz przecież rozmawialiśmy na różnych blogach choćby o narzucaniu swoich metod wychowawczych przez niektóre matki, sprawiając, że te mające inne poglądy, czuły się często nieswojo.
Skoro więc większość dorosłych ma problem z dialogiem, słuchaniem drugiej osoby, akceptacją tego co myśli, to co z umiejętnością rozumienia naszych dzieci? Czy potrafimy z nimi rozmawiać? 

W domu uczymy dziewczynki dialogu z drugim człowiekiem w zasadzie od zawsze. Nie mam patentu na nieomylność i nie twierdzę, że moje metody są najlepsze. Nie gwarantuję też satysfakcji, zadowolenia i sukcesu, więc w razie czego reklamacji nie przyjmuję * (gwiazdka duża, żeby nie było, że ktoś nie widział;)) ale chciałabym dziś podzielić się z wami tym, w jaki sposób słuchamy i mówimy do dzieci.  Bo przecież z tych małych istotek wyrosną kiedyś uczennice, przyjaciółki, partnerki a potem żony i matki. 


Często ulubioną odpowiedzią rodziców jest "Nie" Na pytanie dziecka "Dlaczego?" odpowiadają "Bo nie" W ten oto sposób dziecko uczy się, że osoba, która ma władzę, może narzucać innym swoje poglądy, bez podania argumentów dlaczego tak się dzieje. 
Nie pamiętam, żeby moje dzieci kiedykolwiek słyszały od nas odpowiedź "Nie, bo nie." albo "Nie, bo ja tak mówię" Zawsze jest to "Nie, ponieważ ..... " Nawet gdy były malutkie i nie do końca rozumiały podany przez nas argument to wiedziały, że odpowiedź ma jakieś logiczne wytłumaczenie (albo przynajmniej powinna;)) Kiedy któraś z dziewczynek coś zbroi, albo coś się wydarzy, nauczyliśmy je, że idziemy o tym porozmawiać (zwykle do mojego biura) Siadamy wtedy na kanapie i na spokojnie omawiamy sytuację. Nigdy nie krzyczymy, wysłuchujemy co dziecko ma do powiedzenia. Często zachęcamy, by samo zaczęło mówić, tym samym sprawdzając, czy jest świadome swojego czynu (np. wyszarpywanie zabawki siostrze) Zdarza się czasem, że któraś jednak mówi, że nie wie o co chodzi. Wtedy nakreślamy całą sytuację i to, co nam się nie spodobało w zachowaniu.  Dziewczynki już tak się przyzwyczaiły do tego sposobu, że same mówią "Chodź, idziemy porozmawiać" i biorą nas za rękę. Rozmowa nie trwa długo, zwykle do 5 minut i nie polega na wykładzie i robieniu dziecku wymówek. Jest to normalny dialog polegający na wysłuchaniu dziecka i wytłumaczeniu mu, co zrobiło źle. Często zachowanie dziecka nie wynika przecież z jego złej woli, ale z niewiedzy lub temperamentu (małe dziecko dopiero uczy się o skutkach swoich czynów, nie zawsze panuje nad tym co robi) 

No dobrze. Opiszę wam pewną sytuację. Dziewczynki mają taki zestaw do herbaty, filiżanki z talerzykami i inne akcesoria. Wiele razy powtarzałam im, żeby bawiły się nimi na dywanie lub na panelach, ponieważ mogą się stłuc. Pewnego dnia Misia przyniosła mi "herbatkę" do kuchni. Podziękowałam, ale poprosiłam, żeby raczej następnym razem zawołała mnie do pokoju (mamy otwartą kuchnię, więc w zasadzie jesteśmy w jednym pomieszczeniu) Przypomniałam, że zestaw zrobiony jest z takiego materiału, który gdy uderzy o płytki to niestety będzie do wyrzucenia. Misia nie posłuchała tylko postawiła filiżankę na schodach. Gdy powiedziałam, żeby zabrała ją na dywan (schody są w części z płytkami), nie zrobiła tego. Po kilku minutach, niechcący szturchnęła filiżankę, gdy przechodziła i ta oczywiście zbiła się. No i zaczął się płacz, ja oczywiście powiedziałam, że prosiłam, że nie posłuchała itd. Misia jest wrażliwym dzieckiem i wiedziałam, że jest jest bardzo przykro, ale też z drugiej strony prosiłam ją i to nie jeden raz, żeby tej filiżanki tam nie kładła. Po chwili podchodzi do niej Elsa. 
- Chcesz porozmawiać?, pyta.
Misia kiwnęła głową, więc Elsa wzięła ją za rękę i zaprowadziła do mojego biura. Oniemieliśmy. Zamknęły drzwi i rozpoczęła się rozmowa. Byliśmy bardzo ciekawi jak będzie wyglądać dialog czterolatki z trzylatką, więc staraliśmy się nadstawić uszu :) Nie powtórzę wam oczywiście dokładnie, ale mniej więcej brzmiało to tak:
- Jak to się stało?, pyta Elsa.
- No bo ja postawiłam filiżankę na schodach i jak potem szłam to ona spadła i się potrzaskała, odpowiada Misia przez łzy.
- Czyli to było niechcący tak?
- Tak jak nie chciałam tego rozbić, szłam, a to spadło...

Po chwili dziewczyny wchodzą do kuchni trzymając się za rękę.
- Już wiem jak to się stało, oznajmiła Elsa. Misia postawiła filiżankę na schodach i to było niechcący, bo ona przechodziła i ta filiżanka sama spadła.
Misia cały czas zalana łzami mówi:
- Przepraszam, już tak nie będę. 
Kucnęłam koło nich i zanim cokolwiek powiedziałam to wytarłam nosek Misi. 
- Nie gniewaj się na Misię, mówi Elsa. 
- Nie gniewam się, odpowiedziałam, filiżankę można odkupić, chodzi o to, że kilka razy prosiłam, żebyś ją stamtąd zabrała, zwróciłam się do młodszej córki. 
Potem przytuliłyśmy się i wszystko było już dobrze.

Byłam pod wrażeniem tego, jak dziewczynki ze sobą rozmawiały, dlatego wiem, że w dialogu jest siła i warto uczyć dzieci tej umiejętności. Być może kiedyś zamiast obrażania się, czy wrzeszczenia na drugą połówkę, spokojnie powiedzą "Kochanie, porozmawiajmy" Może jestem idealistką, zobaczymy, ale wierzę, że jeśli wyniosą to z domu i będą nauczone rozmowy, stanie się ona dla nich czymś naturalnym.

Jeszcze jeden przykład. Elsa rysuje sobie przy stoliczku, który sama sobie zrobiła z pudła. Proszę ją o zrobienie jednej rzeczy, ale nie słucha. Powtarzam kolejny i kolejny raz, a ona nic. Jak grochem w ścianę. W końcu stanowczo podchodzę do niej i proszę, żeby w tej chwili poszła wykonać moje polecenie. Wściekła na mnie, bo przeszkadzam jej rysować, wstaje i idzie. Po chwili wraca do swojego stanowiska i długopisem wyraża na kartce swoje uczucia.
Gdy przechodzę koło niej, widzę z jaką miną i zaciętością coś tam rysuje, więc zaglądam jej przez ramię.
- To ja?, pytam. 
- Tak, odpowiada Elsa, to jesteś ty zdenerwowana na mnie. Wzięłam kartkę do ręki i trochę się przeraziłam, bo nie miałam pojęcia, że aż tak źle wyglądam jak się złoszczę haha. Wyglądam jakbym co najmniej wpadła w jakąś furię. Muszę nad tym popracować, bo ta zmarszczka na pewno nie działa dobrze na moją urodę ;) No nic. Pytam ją więc, czy chce o tym porozmawiać. Mówi, że tak, więc wychodzimy na chwilę na pokoiku. Tam dowiaduję się, że mojej córce jest przykro, bo się na nią złoszczę. Pytam więc, czy wie dlaczego się złoszczę. Oczywiście wie. Wyjaśniamy więc sobie całą sytuację i Elsa wraca na swoje stanowisko pracy. Po kilku minutach woła mnie i pokazuje nowy rysunek. Uśmiecham się do niej i daję całuska. 
Zresztą sami popatrzcie jak to wyglądało:

Na górze oczywiście wkurzona ja, na dole my z Elsą już pogodzone :)
To na mojej głowie to podobno korona...

I ostatni już przykład, tym razem to ja coś zawaliłam ;) 
Do przedszkola maluchy mogą nosić przytulanki codziennie, starszaki jeden dzień w tygodniu. Któregoś dnia, Misia naszykowała sobie kaczuszkę, która niestety została w wiatrołapie, gdy wychodziłyśmy. W przedszkolu Misia bardzo przeżywała, że nie zabrała przytulanki. Obiecałam jej, że zaopiekuję się kaczuszką i przywiozę ją do przedszkola po południu. Poprosiłam, żeby Misia tamtego dnia wzięła sobie jakąś miejscową przytulankę z kącika pluszaków. Zgodziła się. Przyznam szczerze, że miałam wtedy sporo zajęć, wpadłam potem do domu i na szybko zrobiłam obiad, po czym pojechałam odebrać dziewczynki.
- A gdzie kaczusia?, tak brzmiało pierwsze pytanie Misi.
- yyyyy
Cholera zapomniałam, pomyślałam w duchu. Wzięłam Misię na kolana i przeprosiłam ją za moje zachowanie. Wyjaśniłam, że byłam w pracy, zrobiłam obiadek i tak szybko jechałam po nie do przedszkola, że kaczusia została na pufce. 
Sytuacja dla dorosłego może wydawać się banalna, co to za różnica jaką przytulankę ma dziecko. Ale dla niej to było ważne. Jak potem się dowiedziałam, opowiadała cioci, że zostawiła kaczuszkę w domu, ale mamusia ją przywiezie przy odbiorze. Ale mamusia nie przywiozła... 

Chciałabym nauczyć dziewczynki, że każdy popełnia błędy i dorośli i dzieci, ale ważne, żeby z tych błędów wyciągać wnioski i umieć przepraszać. Nam dorosłym też nie wszystko się przecież udaje. Nie zawsze słuchamy innych, potem żałując, że coś nam nie wyszło, bo postawiliśmy na swoim. I nikt nie lubi, gdy mówi się do niego "A nie mówiłem?" To już nic nie pomoże, a na pewno tylko pogorszy sytuację. Tym bardziej w stosunku do dziecka, nigdy nie bagatelizujemy sytuacji - dla niego obietnica przywiezienia kaczuszki jest tak samo ważna jak dla dorosłego na przykład zakup czegoś. 

Nasze zasady:
* Zawsze pozwalamy dziecku przedstawić jego wersję wydarzeń, nawet jeśli uważamy, że wiemy jak to się odbyło (może się zdarzyć, że odbieramy sytuację w inny sposób jako dorośli)
* Nie krzyczymy, rozmawiamy spokojnie.
* Nie rozmawiamy z dzieckiem w obecności innych osób, także rodzeństwa. Dziecko musi wiedzieć, że jest to indywidualna sprawa między nim a rodzicem.
* Nie zaprzeczamy uczuciom. Jeżeli dziecko mówi, że jest mu przykro, to widocznie jest.
* Nie prawimy kazań, nie pouczamy, ale przedstawiamy argumenty tłumaczące sytuację i uczucia innych osób (np. widzisz, zabrałaś zabawkę Marysi, dlatego jest jej teraz przykro)
* Proponujemy dziecku rozwiązanie lub pytamy jakie ono ma propozycje
* Nawet jeśli na dany temat już rozmawialiśmy, robimy to jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze. Tyle ile trzeba.
* Dziecko też ma prawo do emocji. Nie zawsze musi być szczęśliwe. Może się złościć i smucić.
* Nie spożywamy posiłków przy włączonym telewizorze. Staramy się wykorzystać ten czas na rozmowę (byle nie z jedzeniem w buzi:) )
* Odbierając dzieci z przedszkola rezerwuję sobie czas na to, by zawsze posiedzieć chwilę w szatni, okazać im zainteresowanie, zapytać jak minął dziewczynkom dzień, obejrzeć prace plastyczne (coś, czego nauczyłam się od mojej mamy, która właśnie w ten sposób ze mną postępowała)
* Interesujemy się życiem dziecka (prosimy, by opowiadały o kolegach, koleżankach, co u nich, czy bawili się ładnie)
* Nie bawimy się z dzieckiem w grę "Zgadnij o co mi chodzi", czyli nie obrażamy się myśląc, że dziecko domyśli się o co nam chodzi. Gwarantuję wam, że się nie domyśli.
* Opowiadamy o sobie, czasem wspominając co zrobiliśmy źle, tak, żeby dziecko wiedziało, że rodzice nie są idealni.
* Rozmawiając z dzieckiem nigdy nie korzystamy z telefonu komórkowego. Ogólnie uważam, że jest to brak szacunku dla drugiej osoby, obojętne ile ma lat.

Umiejętność rozmawiania z drugim człowiekiem wyniosłam z domu. Dlatego jestem pewna, że praca jaką codziennie wkładamy w nauczenie tego samego naszych dzieci, przyniesie owoce w przyszłości. Jest to ważne również w kontekście tego, gdyby dziecku działa się krzywda. Jeżeli coś takiego będzie miało miejsce, chciałabym, żeby dziewczynki wiedziały, że zawsze mogą przyjść porozmawiać, że zawsze razem coś wymyślimy. Powtarzamy im więc na każdym kroku, że cokolwiek zrobią to zawsze je kochamy, nawet jeśli przez chwilkę się złościmy. 











środa, 30 stycznia 2019

Adopcja dziecka - pytania i odpowiedzi część 1.


W dzisiejszym poście chciałabym zaprezentować wam zestaw pytań dotyczących adopcji. Pytania są zbiorem tego nad czym zastanawiałam się ja sama, ale nie tylko. Rozmawiając z innymi mamami adopcyjnymi, oraz kandydatami na rodziców, z którymi spotykam się w czasie szkoleń, pojawiały się pewne wątpliwości, które również tu zawarłam. Mam nadzieję, że moje odpowiedzi będą pomocne, w szczególności dla tych, którzy dopiero myślą o adopcji, przygotowują się do kursu lub właśnie czekają na TEN telefon. Na końcu wpisu przygotowałam dla was linki do ciekawych (według mnie ;) ) postów, związanych z zagadnieniami poruszonymi w pytaniach. 

źródło:Internet

Przed adopcją

Czy będę w stanie pokochać nie swoje dziecko?

Formalnie dziecko w momencie przysposobienia staje się twoje na takich samych zasadach jak po porodzie, ale często ta więź jest nawiązywana dużo wcześniej. Określenie "czyjeś" dziecko zamienia się więc na "moje dziecko", pomimo tego, że urodziło się w innej rodzinie. 
Podejmując decyzję o rodzicielstwie (adopcyjnym, biologicznym) ważne jest, żeby nie mieć wobec dziecka żadnych oczekiwań (np. uroda, inteligencja) a zaakceptować tego małego człowieka takim, jaki jest to. Miłość to coś więcej niż DNA, w naszym życiu kochamy przecież różnych ludzi, z którymi niekoniecznie jesteśmy spokrewnieni. Jeżeli jesteś otwarty na dziecko, gotowy przyjąć je do swojego domu i serca, oraz podjąć trud związany z jego wychowaniem, nie ma obawy, że je nie pokochasz. Rodzicielstwu zawsze towarzyszą różne uczucia, nie tylko radość,duma, ale także złość, słabość i bezsilność i jest to jak najbardziej naturalne. 

Boję się chorób i obciążeń. Jak rozpoznać niepokojące objawy?

To zmartwienie nie tylko kandydatów, ale i par, które już są rodzicami. Adoptując niemowlę nigdy nie możemy być pewni jak będzie się ono rozwijać. O ciąży i pochodzeniu dziecka wiemy tylko tyle, ile zazwyczaj powie nam matka biologiczna. Im starsze dziecko, tym więcej wiemy o jego stanie zdrowia. Z drugiej jednak strony, im dłużej maluch przebywa w rodzinie dysfunkcyjnej, tym trudniejsze będą do wyprowadzenia jego deficyty. 

Trzeba uważnie obserwować dziecko i w razie potrzeby skonsultować się ze specjalistą. Ważne jednak, by nie doszukiwać się w każdym zachowaniu naszego dziecka obciążeń. Pamiętajmy, że chorują wszystkie dzieci, te adopcyjne i te biologiczne, u których również mogą ujawnić się choroby genetyczne, lub inne zachowania będące podstawą do obaw. 
Część dzieci adopcyjnych to zwykłe radosne bobasy cieszące się życiem, ale są też takie, które przez swoje krótkie życie doznały wiele cierpienia. Niektóre doświadczenia dziecka mogą dopiero wyjść na światło dzienne po jakimś czasie, dlatego żyjmy normalnie, ale bądźmy czujni i reagujmy w miarę szybko jeżeli coś się będzie działo. Ważne, żeby być świadomym zagrożeń, ale nie pozwolić, by obawy towarzyszyły nam przez cały czas i zakłóciły normalny porządek życia. 

Czy poradzę sobie z przeszłością dziecka?

Nie każdy jest w stanie poradzić sobie z trudną przeszłością dziecka. Tu ogromna rola ośrodka przy doborze odpowiednich kandydatów. Dlatego tak ważne jest, by świadomie podjąć decyzję jakie dziecko jesteśmy w stanie do siebie przyjąć i otwarcie o tym mówić. 

Każde adoptowane dziecko ma przeszłość w postaci innej rodziny w której się urodziły. Te dzieci, które szybko trafiły do adopcji nie zdążyły jeszcze zgromadzić złych doświadczeń, ale są takie, które przez kilka lat przebywania ze swoją rodziną biologiczną doznają traumy, która krzywdzi ich na całe ich życie. 

Zastanówmy się więc na ile jesteśmy silni psychicznie, by w razie potrzeby być wsparciem dla dziecka, w sensie nie tylko materialnym, ale również psychicznym. Nie bez znaczenia również ma tu nasze miejsce zamieszkania, czy zamożność, szczególnie jeżeli dziecko będzie wymagało leczenia, czy rehabilitacji. Czasem rodzice nie będą w stanie udźwignąć tego choćby logistycznie. 

Nie mam wsparcia w rodzinie, czy to w jakiś sposób ma wpływ na wychowanie dziecka przysposobionego?

Choć wsparcie naszej rodziny jest bardzo potrzebne, to rodzice są dla dziecka najważniejsi. To oni muszą zadbać o to, by w żaden sposób nie czuło się odrzucone przez jakiegokolwiek członka naszej rodziny. Dziadkowie pełnią dużą rolę w życiu dzieci i jeżeli poczują się one przez nich odtrącone lub poniżone (poprzez na przykład porównywanie z wnuczkami biologicznymi lub innymi dziećmi) powinniśmy reagować natychmiast i wyjaśnić sytuację dorosłym.

Czy moje zarobki są wystarczające?

Dziecko to nie tylko radość i miłość, ale również wydatek. I to wydatek niebagatelny, powiększający się wraz z wiekiem naszej pociechy. Nie ma ustalonej kwoty, którą należy zarabiać, ale pracownik ośrodka musi ustalić, czy wasza pensja jest wystarczająca, by zapewnić dziecku potrzebny byt. Nie mówimy tu więc o wyimaginowanej pensji dyrektora firmy, ale o sumie, która będzie w stanie pokryć utrzymanie dziecka. 

Czy moje mieszkanie/dom jest odpowiedni na przyjęcie dziecka?

Podobnie jak z zarobkami, nie ma określone ile dokładnie powinna wynosić powierzchnia naszego mieszkania czy domu. Na pewno pracownik ośrodka zwróci uwagę na to, czy dziecko będzie miało swój kąt i przestrzeń zarezerwowaną właśnie dla niego. Jeżeli staramy się o przyjęcie rodzeństwa, te warunki muszą być odpowiednio dostosowane do większej liczby dzieci. Nie musimy się jednak obawiać, że mamy na przykład tylko 2 pokoje. To w zupełności wystarczy, nawet na przyjęcie dwójki dzieci, które mogą ze sobą dzielić wyznaczoną przestrzeń. Musi być miejsce na łóżko, stoliczek/biurko oraz kącik z zabawkami malucha.

Jakie są nasze prawa po przysposobieniu? Czy rodzina biologiczna ma prawo kontaktować się z nami? 

W Polsce mamy do czynienia z trzema rodzajami przysposobienia: pełne, niepełne i całkowite. Omówię tutaj przysposobienie całkowite, ponieważ dotyczy ono większości par zgłaszających się do ośrodka.


Przysposobienie całkowite

Przysposobienie całkowite, zwane także anonimowym, jest najdalej idącą postacią przysposobienia. Wiąże ono dziecko z nową rodziną w sposób zupełny i nierozerwalny, włącznie z nadaniem mu nowej tożsamości i zupełnym zerwaniem wszelkich więzów z jego rodzicami biologicznymi. Dziecko adoptowane jest pod każdym względem traktowane tak, jakby było naturalnym dzieckiem przysposabiających.

(www.infor.pl)

Podejmując decyzję o przysposobieniu całkowitym należy pamiętać, że jest ono nierozwiązywalne (choć polskie prawo dopuszcza taką sytuację, ale może to nastąpić tylko z ważnych powodów na żądanie przysposobionego, przysposabiającego lub prokuratora)


Jak i kiedy powiedzieć rodzinie o naszej decyzji o adopcji?

Kiedy i w jaki sposób powiedzieć bliskim o naszej decyzji to sprawa indywidualna. Jeżeli mamy dobre/poprawne kontakty z rodziną, nie odwlekajmy tego momentu. Oni również muszą mieć czas na to, by oswoić się z tą myślą i przygotować na przyjęcie dziecka. Rodzina powinna być dla nas wsparciem i w pełni akceptować naszą decyzję, pomimo tego, że może się z nią nie zgadzać. Najlepiej więc znaleźć chwilę na spokojną rozmowę, przedstawić wizję rodzicielstwa adopcyjnego i poprosić o zrozumienie i wsparcie.

Ważne!
Pamiętajmy, że nasi najbliżsi nie mają takiej wiedzy o adopcji jak my (chyba, że ktoś w rodzinie już przysposobił dziecko) Mogą mieć wiele wątpliwości związanej z przyjęciem do rodziny bądź co bądź "obcego" dziecka. Bądźmy gotowi odpowiedzieć na wszystkie ich pytania i rozwiać wszelkie wątpliwości.

Jaki wpływ na decyzję o kwalifikacji ma nasze dzieciństwo i relacje z rodzicami?

To w jakich rodzinach my się wychowaliśmy ma na pewno duży wpływ na to kim jesteśmy, ale nie określa nas jako rodziców. Możemy brać odpowiedzialność jedynie za swoje czyny, nie naszych bliskich. Przy okazji rozmów z psychologiem należy więc szczerze opowiedzieć o naszych uczuciach i niczego nie ukrywać z obawy przed skreśleniem nas jako dobrych kandydatów. Zrozumienie zachowania swoich rodziców jest czasem kluczem do niepopełniania tych samych błędów co oni.

Czy szkolenia wyglądają tak samo w każdym ośrodku?

Nie. Choć szkolenia wyglądają podobnie, to jednak każdy ośrodek inaczej je przeprowadza. Czasem jest więcej teorii, a czasem szkolenie jest bardziej interaktywne np. możecie zostać poproszeni o wzięcie udziału w scence i odegranie ról. O formę szkoleń najlepiej dowiedzieć się bezpośrednio na miejscu od pracownika ośrodka, albo podpytać osób, które przeszły już przez procedurę. 

Czy są zdrowe dzieci do adopcji?

Trzeba sobie zadać pytanie co dla nas oznacza zdrowe dziecko.  Nawet jeśli nie wykazuje ono żadnych obciążeń, czy chorób w momencie przysposobienia, nikt nie da nam gwarancji, że nie zachoruje poważnie w przyszłości, tak samo jak żaden lekarz nie zagwarantuje tego samego matce po porodzie. Nasza wiedza opiera się na wywiadzie z matką biologiczną dziecka, oraz na wywiadzie środowiskowym, opinii lekarza, opinii psychologa itd. Po otrzymaniu propozycji dziecka, zostanie nam przedstawiona jego karta. Świadomie i odpowiedzialnie musimy podjąć decyzję, czy jesteśmy w stanie takie dziecko wychować i przygotować się na ewentualne problemy. Choroby mogą być różne, od zwykłych alergii po ewentualne obciążenie związane choćby z tym, jak przebiegała ciąża (np. alkohol i FAS) 

Chcielibyśmy adoptować, ale boimy się procedur. Jak sobie z tym poradzić?

Wiele par boi się żmudnych i niełatwych procedur związanych z adopcją. Tak naprawdę nie jest to wcale tak trudne, a nawet często bywa motywujące, ponieważ coś zaczyna się wreszcie dziać w naszym życiu. W ciągu kilku dni można zgromadzić potrzebne dokumenty i złożyć w ośrodku. Obecnie jest taki projekt, by ośrodek musiał zdiagnozować parę w przeciągu 3 miesięcy od złożenia przez nich dokumentów. Ma to dobre i złe strony. Dla nas kandydatów liczy się czas o tyle, że w razie negatywnej opinii ze strony ośrodka i braku kwalifikacji, dość szybko możemy poszukać alternatywy w innym miejscu. Natomiast dla pracowników OA oznacza to więcej pracy często pod presją czasu, w stresie, gdzie tak naprawdę nic nie przyspieszy całej procedury przysposobienia dziecka. Okres oczekiwania więc prawdopodobnie się nie zmieni.

Czy adopcja w Polsce jest bezpłatna?

Tak. Adopcja w Polsce jest bezpłatna, nikt nie powinien od nas żądać jakiejkolwiek formy zapłaty za przysposobienie dziecka, nawet w formie pomocy ośrodkowi (chyba, że będzie to nasza inicjatywa)


W trakcie procedury


Jak otworzyć się przed innymi na spotkaniu grupowym?

Na spotkanie grupowe dla kandydatów w ramach szkolenia adopcyjnego zapraszane jest zwykle 5-6 par. Są to obcy ludzie dla nas, jednakże każdy zgłosił się do OA w tym samym celu- by przysposobić dziecko. Jest więc to okazja, by po raz pierwszy w naszym życiu porozmawiać z ludźmi, którzy mają za sobą podobne doświadczenia i przeżycia. Być może otwarcie się przed nimi, będzie również otworzeniem się na pewne problemy, zagadnienia przed samym sobą. Grupy są różne, jedne bardziej zżyte, inne mniej i być może nie przypadniemy sobie do gustu ze wszystkimi, ale jestem pewna, że można poznać przynajmniej jedną parę, z którą będziemy utrzymywać kontakt jeszcze długo po przysposobieniu dziecka i być dla siebie wsparciem.

Czy po sprawie o przysposobienie będziemy mieć jeszcze jakieś wizyty ze strony kuratora? Czy będziemy pod jakąś specjalną opieką?

Nie. Jeżeli jest to adopcja całkowita, prawnie jesteśmy taką samą rodziną jak każda inna.

Jak wygląda pierwsze spotkanie z dzieckiem i jakie emocje mu towarzyszą?

Na pierwsze spotkanie idziemy wraz z przedstawicielem ośrodka/naszym opiekunem zawsze po wcześniejszym umówieniu się. W niektórych placówkach praktykuje się zabranie drobnej rzeczy dla dziecka (na przykład pieluch) lub zabawki. Poznajemy dziecko i po wyrażeniu zgody umawiamy się na kolejne spotkania, które zwykle odbywają się nie częściej niż co kilka dni.

Przy pierwszym spotkaniu rodzicom towarzyszą różne emocje. Od opanowania, zażenowania i wewnętrznej radości do płaczu i wyrzucenia z siebie wszelkich nagromadzonych uczuć. Jest to sprawa indywidualna i trudno przewidzieć jak zareagują kandydaci. To bardzo wzruszający moment. Jeżeli adoptujemy niemowlę, pierwsze spotkanie można trochę porównać do pierwszego spotkania z dzieckiem po urodzeniu. Jeżeli dziecko jest starsze, jego i nasze reakcje mogą być różne: od euforii do niepewności. Tu potrzeba więcej czasu i pracy, by nawiązać z dzieckiem kontakt. 

Jak przygotować się do rozmowy z psychologiem?

Tak naprawdę nie da się przygotować do rozmowy z psychologiem. Ma ona na celu poznanie nas, poznanie naszych obaw, wizji rodzicielstwa, by na późniejszym etapie móc jak najlepiej dobrać rodziców do dziecka. 

Jak napisać swój życiorys?

W życiorysie opisujemy najważniejsze wydarzenia dotyczące nas i naszej rodziny. Dodatkowo piszemy czym się zajmujemy, co lubimy robić oraz swoje najważniejsze cechy osobowości. 

Na jakie dziecko mogę dostać kwalifikację?

Przyjmuje się, że różnica wieku pomiędzy dzieckiem a rodzicem nie powinna przekraczać 40 lat. Pracownik ośrodka zapyta nas także o nasze oczekiwania w stosunku do dziecka (zdrowie, płeć, wiek) Możemy również zadeklarować, czy jesteśmy gotowi przyjąć tylko jedno dziecko, czy ewentualnie w grę wchodzi również rodzeństwo. 

Czy mogę nie dostać kwalifikacji? Jeśli tak to dlaczego?

Tak. Zdarza się, że kandydaci nie otrzymują kwalifikacji. Jeżeli psycholog uzna, że nie jesteśmy gotowi na adopcję, może nie wyrazić zgody na kwalifikację lub ją opóźnić poprzez np. wysłanie kandydatów na dodatkowe szkolenie. Do najczęstszych przyczyn nieotrzymania kwalifikacji należą: niepogodzenie się z brakiem swojego dziecka biologicznego i brak gotowości do adopcji, problemy w małżeństwie, oraz gdy decyzja o adopcji nie była wspólna. 

Jak często powinniśmy kontaktować się z ośrodkiem po otrzymaniu kwalifikacji?

By utrzymać ośrodek w przekonaniu, że nie zmieniliśmy decyzji co do adopcji dziecka, należy co jakiś czas dzwonić i pytać jak wygląda obecnie sytuacja. Sami musimy wyczuć, czy jest to co miesiąc, dwa, czy trzy. Nie bądźmy więc nachalni, ale też dajmy do zrozumienia paniom z ośrodka, że nam zależy. 

Czy wskazane jest, żeby wymienić się numerami telefonów z innymi parami ze szkolenia?

Oczywiście, że tak. Grupa może stanowić dla siebie wsparcie również po zakończeniu szkolenia, choć bywają również tacy kandydaci, którzy traktują innych jak konkurencję. Pamiętajmy, że każdy czeka na SWOJE dziecko. Cieszmy się, gdy do naszych znajomych zadzwoni telefon, będzie to przecież oznaczało, że wkrótce i wy się doczekacie. 

Jak długo czeka się na pieczę?

Wszystko zależne jest od kilku czynników. Przy pomocy ośrodka i dobrej woli urzędników sądowych, pieczę można otrzymać bardzo szybko, ale rzeczywistość czasem bywa okrutna i oczekiwanie na nią przeciąga się aż do kilku miesięcy. 

Jak zorganizować przestrzeń dla dziecka i kiedy zacząć?

To również sprawa indywidualna, choć ze względu na obecnie długie oczekiwanie na dziecko, odradza się kandydatom zbyt wczesne przygotowania mieszkania/domu na przyjęcia dziecka. Ponadto trudno dokładnie przewidzieć wiek dziecka, więc część zakupionych rzeczy może okazać się zbędna. Jeżeli jednak planujecie większe remonty (np.położenie nowej podłogi, malowanie, budowa ścianek) zaleca się wykonanie takich ciężkich robót wcześniej, by nie zaprzątać sobie tym głowy wtedy, gdy dostaniemy propozycję dziecka. 

Maluchowi nie potrzeba dużo miejsca. By poczuć się pewnie w obcym środowisku wskazane nawet może być spanie z tym samym pomieszczeniu co rodzice. Powinniśmy natomiast zadbać o wszelkie potrzebne rzeczy takie jak łóżeczko, środki pielęgnacyjne, zabawki, fotelik do karmienia (dla dziecka starszego) i inne.

Jak wyglądają pierwsze chwile z dzieckiem po zabraniu go do domu?

Dzieci reagują różnie. Jedne nie mogą się doczekać, kiedy wreszcie będą mogły zamieszkać w normalnym domu, inne zaś potrzebują czasu, by oswoić się z nowym otoczeniem. Dotyczy to również niemowląt, które potrafią być niespokojne i nerwowe. Naszym zadaniem jest zapewnienie dziecku jak najbardziej komfortowych warunków, by mogły szybko dostosować się do nowej sytuacji. 

Jak wygląda sprawa książeczki zdrowia dziecka?

Niektóre placówki od razu wydają duplikat książeczki, bez imienia i nazwiska, inne zaś przekazują rodzicom oryginał. Niezależnie jednak od tego w jakiej formie się to odbędzie, powinniśmy dostać komplet: książeczkę wraz z kartą szczepień. Jeżeli chcemy uniknąć używania starego imienia i nazwiska dziecka oraz numeru PESEL, możemy poprosić o wydanie kopii. W wielu przypadkach będą jednak konieczne wizyty prywatne. 

Czy mogę zmienić dziecku imię?

Można zmienić dziecku imię i tak też robi większość par adoptujących maluszka. Przy starszym dziecku należy się zastanowić, czy będzie to dla niego dobre. To sprawa indywidualna. Z jednej strony dziecko może poczuć, że straciło tożsamość przy zmianie imienia, z drugiej wręcz przeciwnie - samo może chcieć rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu. Ze starszym dzieckiem warto więc porozmawiać i nie decydować za niego.

Kiedy mogę nadać dziecku drugie imię?


W trakcie sprawy o przysposobienie zostaniecie zapytani nie tylko o pierwsze imię dla dziecka, ale również i drugie. 

Jak ubrać się do sądu?

Według wytycznych z naszego Ośrodka Adopcyjnego powinno się ubrać elegancko, ale niezbyt formalnie, czyli dla pani spódniczka/spodnie i bluzka, dla pana spodnie (nie jeansy) plus koszula. Garnitur nie jest konieczny. Mamy pokazać swój szacunek do sądu, ale musimy wyglądać jak na rozmowę o pracę.

Jakie informacje dostaniemy o rodzinie biologicznej dziecka?

Dostaniemy wszystkie informacje jakie ośrodek posiada o rodzinie. Jeżeli matka biologiczna zgłosiła się odpowiednio wcześniej do ośrodka i była przygotowywana na zrzeczenie się dziecka, pracownik ośrodka będzie posiadał informacje o niej i o ciąży. 

Jak wygląda wizyta kuratora?

Wizyta kuratora jest zwykle szybka i przyjemna. Sprawdza on nasze przygotowanie na przyjęcie dziecka, czyli musimy pokazać, gdzie dziecko będzie spało i przebywało oraz całą jego wyprawkę.

Jak wygląda wizyta domowa przedstawiciela ośrodka?

Wizyty nie należy się obawiać, choć sama sytuacja może się wydawać dość stresująca. Panie z ośrodka chcą porozmawiać i poznać wasze warunki mieszkaniowe. Wizyta ta, w przeciwieństwie do niektórych spotkań w ośrodku, ma charakter nieformalny i zazwyczaj wszyscy kandydaci bardzo mile ją wspominają. Możecie zostać poproszeni na przykład o:

- pokazanie miejsca, gdzie planujecie kącik dla dziecka
- opowiedzenie o swoim życiu codziennym
- opowiedzenie o okolicy (dobrze wcześniej dowiedzieć się gdzie jest najbliższa szkoła, przedszkole, pediatra) 
- opowiedzenie o tym jak wyobrażacie sobie swoje życie z dzieckiem 
- ponowne wyjaśnienie motywacji do adopcji

Na spotkanie można przygotować jakiś mały poczęstunek lub obiad jeżeli mieszkacie poza miejscem, gdzie znajduje się ośrodek i panie muszą dojechać. Będzie to mile widziane. 

Czy muszę przyjąć propozycję dziecka?


Nie. Jeżeli macie jakiekolwiek wątpliwości, czy obawy powinniście powiedzieć o tym przedstawicielowi ośrodka. Żeby adopcja była udana, musicie być w 100% przekonani do propozycji dziecka.

Po adopcji


Jaką pomoc mogę uzyskać ze strony ośrodka po przysposobieniu?

W ośrodku pracują osoby, które mają doświadczenie w swojej pracy. Dlatego też, jeżeli coś was niepokoi, koniecznie poproście o pomoc. Może to być zwykła rozmowa, w której uzyskacie wszelkie informacje na temat tego, co was martwi, ale również pracownik ośrodka może skontaktować się w naszym imieniu z odpowiednimi osobami, które będą w stanie nam pomóc. 

Czy wszystkie dzieci do adopcji są już ochrzczone?

To zależy. Jeżeli dziecko przebywa na przykład w placówce prowadzonej przez siostry zakonne, może zostać ochrzczone, ale zazwyczaj nie dotyczy to niemowląt i bardzo małych dzieci. Decyzja więc czy i kiedy ochrzcić dziecko oraz dobór chrzestnych należy do nas. 

Czy ośrodek kontaktuje się z rodziną po przysposobieniu?


Nie. Kontakt z ośrodkiem utrzymują tylko te rodziny, które sobie tego życzą. Mogą to być telefony z informacjami jak radzi sobie dziecko, albo ewentualnie prośby o pomoc i wsparcie.

Kiedy powiedzieć dziecku prawdę o jego pochodzeniu?

Im wcześniej tym lepiej. Tym sposobem dziecko będzie dorastało znając prawdę i stanie się ona dla niego czymś naturalnym. Informacje o adopcji dawkujmy dziecku w zależności od jego wieku. Bądźmy zawsze gotowi do rozmowy, szczególnie w trudnym dla dziecka wieku dorastania. Nie zbywajmy dziecka zdawkową odpowiedzią, poświęćmy tematowi tyle czasu, ile dziecko potrzebuje, by poczuć się bezpieczne. 

Pamiętaj! Zazwyczaj prawda i tak wychodzi na jaw. Lepiej, żeby dziecko dowiedziało się jej od nas, czyli ludzi mu bliskich, których kocha, niż od "życzliwej" sąsiadki. 

 Kiedy najlepiej przedstawić innym nowego członka rodziny?

Dziećmi oczekującymi na adopcję zajmuje się kilka osób. Dlatego też ważne jest, by po przysposobieniu dać sobie trochę czasu na to, by dziecko poznało co to znaczy mieć rodziców, czyli tylko dwóch opiekunów. Zrozumiałe jest, że dziadkowie, czy ciocie nie będą mogli doczekać się dziecka, ale muszą zrozumieć, że maluch potrzebuje czasu na wszystko. Musi poznać nowe otoczenie, rodziców, przyzwyczaić się do nowego jedzenia (chyba, że odżywia się tylko mlekiem to wtedy do karmiącej go osoby) i przede wszystkim poradzić sobie z dużą ilością bodźców. Pamiętajmy, że dla dziecka może to być stresujące lub zbyt obciążające jeżeli będzie musiało poznać kilka nowych osób w ciągu tygodnia. Wy i dziecko jesteście najważniejsi. Wszyscy inni mogą poczekać. Zwłaszcza jeżeli adoptowaliśmy starszaka. 

Czy na sprawie o przysposobienie obecny jest przedstawiciel ośrodka?

Tak, pod warunkiem, że jest opiekunem prawnym dziecka. W przeciwnym razie nie ma potrzeby jego obecności.

Jakie pytania mogą paść podczas rozprawy?

Sąd prawdopodobnie zapyta nas o więź z dzieckiem, czy i w jaki sposób się narodziła oraz o kontakty z nim (na czym polegają, jak wyglądają, jak często się odbywają) Sąd może nam również zadać pytania dotyczące naszego małżeństwa, przygotowania do rodzicielstwa oraz planu opieki nad dzieckiem.

Czy sprawa sądowa odbywa się zawsze w tym samym mieście co ośrodek?

Nie. Sprawa o przysposobienie odbywa się w miejscu, w którym zwykle przebywa dziecko i jest opiekun prawny. 

Ile mam czasu na ostateczną decyzję o przyjęciu dziecka do siebie?

Ośrodki raczej nie wyznaczają sztywnych ram czasowych i nie wywierają presji na kandydatach. Niektóre pary wiedzą już po pierwszym spotkaniu z dzieckiem, że akceptują propozycję, inne potrzebują ją przedyskutować np. przez weekend.

Ważne!
Pamiętajcie, że na każdym etapie możecie zrezygnować. Jeżeli nawet odbyło się już kilka spotkań z dzieckiem, a wy nadal macie wątpliwości, poinformujcie o tym pracownika ośrodka. To ważne w kontekście udanej adopcji. 


Linki do powiązanych postów:
Ile trzeba czekać na pieczę?

Testy psychologiczne dla kandydatów na rodziców adopcyjnych.

Kiedy rodzi się matka.

O sprawie o przysposobienie.

O drugiej sprawie o przysposobienie.

Wychowywanie dziecka po traumie-cz2

Jak i kiedy ocenia nas ośrodek

Chcę adoptować dziecko-co-teraz?

Inne linki dotyczące adopcji znajdziecie w zakładce "Adopcja" oraz "Procedury adopcyjne"


To pierwsza część cyklu "Adopcja dziecka - pytania i odpowiedzi" Jeżeli macie jakiekolwiek inne pytania, czy wątpliwości, piszcie w komentarzu lub bezpośrednio na: naszmalyswiatek@gmail.com Postaram się pomóc :) 





czwartek, 24 stycznia 2019

Niejadki (nie) istnieją?


Co jakiś czas słyszę od koleżanek: Moje dziecko jest niejadkiem. Albo inna wersja: Moja starsza córka to pięknie je, a młodsza? Boże, ale z niej niejadek! Powiem wam jedno. Dla mnie takie określenie jak niejadek, w ogóle nie istnieje. 


Nasza pizza :)

Kim tak naprawdę jest niejadek? Tak określa się dziecko, które trzeba zmuszać do jedzenia. Zadajmy więc sobie fundamentalne pytanie: dlaczego. Jeżeli dziecko jest zdrowe, prawidłowo się rozwija, spala przecież energię, a co za tym idzie powinno czuć potrzebę jej uzupełnienia. 

Pewnie nie pamiętacie, bo było to w jednym z moich pierwszych postów, ale opisywałam spotkanie wsparcia dla rodzin adopcyjnych na które zostałam zaproszona kiedy Elsa miała około 5 miesięcy. Wnioski jakie wyciągnęły dziewczyny po nim były takie: mam prawdopodobnie zaburzenia więzi z dzieckiem. Objawy? Na pytanie o karmienie odpowiedziałam im, że dziecko wyrywa mi butelkę przy karmieniu.
Na szczęście moja trzeźwość umysłu nie pozwoliła mi dać się zwariować, bo ja wiedziałam swoje: moje dziecko po prostu KOCHA jeść. Jeszcze przed adopcją, opiekunki w DD musiały odkładać inne dzieci, żeby jej pierwszej podać mleko. Tak się wydzierała. W domu, na nocne karmienie mieliśmy odsypany, odmierzony proszek, a woda stała w butelce w podgrzewaczu, by jak tylko Elsa się obudzi, podać jej jak najszybciej pokarm. Inaczej całemu blokowi groziła pobudka. 
Elsa jadła w nocy do mniej więcej 14-15 miesiąca życia. Nie było szans, żeby ją odstawić, ona była po prostu głodna. Martwiąc się o jej ząbki, trochę ją oszukiwałam wsypując mniej mleka, ale rady typu daj jej wodę zamiast pokarmu niech ci mądrzy sami zastosują, gdy głód dopadnie ich. 
W którymś momencie, Elsa po prostu nie obudziła się na karmienie. Ot tak. Z dnia na dzień. Pewnych rzeczy się nie przeskoczy, mówcie co chcecie, a ja jako mama, która przechodziła przez to dwa razy gwarantuję, że pod pewnymi względami dzieci wiedzą lepiej. Elsa nadal kocha jeść, choć sama wygląda jak baletnica z talią osy.

Misia była zupełnie inna. Jako 2-miesięczne niemowlę przesypiała całą noc, nie miała potrzeby jeść. Ideał. Ale za to gdy zbliżała się do roczku, zaczęła budzić się na karmienie późnym wieczorem. Myślę, że było to związane z tym, że potrzebowała więcej energii. Postaraliśmy się więc, by zwiększyć jej ilość pokarmu w ciągu dnia, by w nocy nie czuła głodu. Pomogło.

No dobrze. To co z tymi niejadkami? Według mnie jedne dzieci jedzą więcej, inne mniej. Mają różne upodobania kulinarne, tak jak my dorośli. Pamiętam jak dziś, jak bratowa mojego męża wciskała dziecku coś do jedzenia co nazywała "zupka pychotka" Gdybyście rzucili okiem na to, mielibyście od razu odruch wymiotny. To co można jeszcze dać maluchowi, jakąś papkę, nie nadaje się już zupełnie dla starszaka. Dla niego posiłek powinien wyglądać zachęcająco i powinien mu smakować. (nie mówiąc o tym, że już w wieku kilku miesięcy dziecko nie powinno jeść papek ze względu na rozwój mowy) Rodzicom często wydaje się, że dziecko powinno zjeść cokolwiek mu przygotujemy. A przecież jemu też ma prawo coś nie smakować. Tak jak dorosłemu. Mój mąż na przykład nie jada pomidorów (za to je keczup), i nie cierpi cebuli (chyba, że to chipsy o jej smaku) Może to dziwne, ale jak to mówią czasem lepiej nie próbować zrozumieć. Nie wciskam mu na siłę tego, czego nie lubi. 

Moja kuchnia może nie jest mega ekologiczna, nie daję dzieciom czarnego ryżu jak moja koleżanka weganka, bo nie znam się na tym, ale staram się robić te rzeczy, które są zdrowe i dzieciom smakują. Nawet jeśli chodzi o smakołyki.
Taki przykład. Na urodzinach gościliśmy moją koleżankę z dziećmi. Nakładając tort, koleżanka mówi do mnie, żebym jej córce (9 lat) włożyła naprawdę symboliczny kawałek, bo ona tortów nie jada. No to włożyłam ociupinkę, po czym po chwili dziecko wraca do mnie po dokładkę. Zdziwiona pytam więc, czy jej smakuje, a ona, że bardzo, że w domu nie je, bo mama zamawia na urodziny takie gotowe torty. Jestem pewna, że wyglądają pięknie, ale niekoniecznie dobrze smakują.

Kolejny błąd rodziców to monotonne potrawy. Dlaczego dzieci najchętniej jedzą rosół i pomidorówkę? A no właśnie dlatego, że  w domu pewnie to na okrągło jedzą. Zdarza się, że rodzice dają coś dziecku na spróbowanie, ono nie chce i już więcej nie próbują. A to wielki błąd, bo u dziecka czasem zmienia się gust już po kilku dniach. Uwierzycie, że Elsa jako dziecko 2-letnie nie lubiła kakao? A teraz uwielbia i to nie takie Nesquick tylko naturalne. Moje dzieci zjedzą brokułową, barszcz czerwony, żurek, krupnik itd. Jedne zupy lubią mniej, inne bardziej, ale zjedzą wszystkie.

Kolejna rzecz i błąd rodziców. Mając jedno dziecko, łatwiej dostosować się do niego, ale gdy jest ich więcej, często rodzice zapominają, że każde z nich jest inne i to co smakuje córce, nie koniecznie przypadnie do gustu synowi. Misia uwielbia mleko, Elsa woli popić kanapkę wodą. Elsa woli pomidorki, Misia ogórki. Dlatego często układam im różne składniki na dużym talerzu, a dziewczynki same sobie komponują kanapki. Warunek jest taki, że wszystko ma być zjedzone, że każda musi jeść dobre i zdrowe rzeczy. Nie ma problemu z tym, żeby talerz został pusty. Robią kanapki z tego co chcą i ile chcą: jajeczko, wędlinka, serek, warzywa czasem polewają keczupem. Wtedy czują, że to one same podejmują decyzję i chętniej jedzą.


Jeden z posiłków na świeżym powietrzu :)
No i najważniejszy błąd rodziców, czyli pozwalanie na ciągłe podjadanie między posiłkami. Jeżeli dziecko napcha się jakichś wafelków o godzinie 17, to daję sobie głowę uciąć, że o 18.30 nie zje porządnego posiłku. Często też widzę, że dziadkowie chętnie dają dziecku suchą bułę w sklepie, a potem narzekają, że zupy jeść nie chce. 
U mnie dziewczyny wiedzą, że wieczorem i przed posiłkiem nie ma podjadania i nigdy nie było sytuacji, żeby coś wymuszały. Czekają spokojnie na  przykład na obiad. Wiedzą też, że mogą sobie coś odłożyć na talerzyk i na następny dzień będą to mogły zjeść. Poza tym u nas istnieje żelazna zasada, której staramy się zawsze przestrzegać - jeśli chcesz zjeść coś słodkiego, musisz zjeść normalny posiłek. 

Nie wierzę, że jakieś dziecko nie ma potrzeby jedzenia. Według mnie trzeba w nim tylko od małego wyrobić dobre nawyki żywieniowe i przede wszystkim poznać jego preferencje. Dziecko to nie lalka, której dla zabawy można dać do zjedzenia wszystko. To mały człowiek, ze swoimi kubkami smakowymi i upodobaniami. Jeżeli nie jest przekonane do czegoś, można spróbować podać mu coś w atrakcyjnej formie np. ja jajko smażę w foremce serduszko, co sprawia dziewczynkom dużą radość. Nutelli nie znają, ale za to chętnie jedzą owoce. 

A na koniec dwie takie sytuacje, które bardzo mnie ostatnio rozbawiły. Oczywiście związane z jedzeniem :))
W zeszłym tygodniu odbyła się u nas impreza na dzień Babci i Dziadka. Każda grupa występowała osobno, więc pierwsza zaczęła świętowanie najwcześniej. Grupa Elsy była druga, Misi ostatnia. Opowiadała mi wychowawczyni Elsy, że gdy moje dziecko weszło do swojej sali (była wcześniej u siostry) i zobaczyła, że impreza się skończyła a kucharki wynoszą talerze, z przerażeniem skomentowała: "O nie! Trzeba się pospieszyć, bo zabierają jedzenie!" Pominę fakt, że u Misi w sali jedzenia było tyle, że jeszcze do domu zabieraliśmy.

Wczoraj zabraliśmy dziewczynki na salę zabaw, gdzie mogły się wyszaleć. Bardzo u nas popularne jest, żeby w takich miejscach urządzać urodziny. No i akurat jakaś dziewczynka świętowała ze swoimi gośćmi. W pewnym momencie, usłyszeliśmy przez głośnik, że dziewczynka o dźwięcznym imieniu Berta, prosi swoich gości na tort. Oczywiście Elsa przybiegła do nas do stolika i mówi: "Chodźcie, zapraszają nas na tort!" Hmm i weź tu wytłumacz, że zapraszają, ale nie nas ;) Oczywiście powiedziałam jej, że niejaka Berta ma urodziny i tak dalej, ale rozczarowanie na jej buzi było ogromne. Najgorsze było to, że salka urodzinowa była przeszklona i widziała jak inne dzieci jedzą smakołyki. Trudno jej było się z tym pogodzić, bo po jakimś czasie stwierdziła "Czemu oni nas nie zaprosili na tę imprezę" To było wiecie, takie pytanie retoryczne, któremu towarzyszyło westchnięcie. 


Możecie się ze mną zgodzić, albo nie, ale podtrzymuję swoje zdanie. Niejadków nie ma. Jeżeli nie popełnicie pewnych błędów, wasze dziecko na pewno doceni waszą kuchnię :)








wtorek, 22 stycznia 2019

Taka tam historia.




Pewna Babcia z pewnym Dziadkiem
patrzą na siebie ukradkiem.
Nic nie mówiąc spoglądają,
czy tym razem się doczekają.
Ale bocian, który leci
nie odwiedził dziś ich dzieci.
Zostawił kilka zawiniątek,
ale znów pominął ich kątek.
Smutna Babcia, smutny Dziadek odliczają więc godziny,
nie tracąc nadziei, że kiedyś
bociek zastuka do ich rodziny.

Aż tu nagle, dnia pewnego,
coś się stało przedziwnego.
Rankiem bowiem, na wakacjach,
ni to z gruszki, ni z pietruszki,
wpada bocian bez tobołka i coś dyszy, coś tam jąka.
Zaraz, zaraz mój bocianie, o co chodzi drogi panie?
Czemu wpadasz tu z wizytą, skoro puste ręce twe
Zaraz mów nam o co chodzi, czy zgubiłeś nam tu się?
Ależ nie, bociek im powie,
ja znalazłem drogę swą,
szybko, szybko, czasu szkoda,
czeka bowiem was nagroda.
Za to wasze serce wielkie,
które tyle czeka lat,
wielki cud się gdzieś wydarzył,
rozkwitł bowiem Róży Kwiat.

Babcia z Dziadkiem co sił w nogach
popędzili na spotkanie
By zobaczyć, czy też bocian
prawdę mówił, czy zamotał.
Jak legenda głosi, drodzy panie i panowie,
bociek słowa oj dotrzymał
Lecz zamiast jednego tobołka,
Dziadek z Babcią w pakiecie DWA otrzymał.

Dziadek z Babcią nie tracą już czasu
Na smutne patrzenie przez okno w stronę lasu.
Bo dziś już wiedzą, że bociany zawsze znajdą właściwą drogę
Przez deszcz, wiatr, śnieg i słońce,
by trafić wreszcie tam,
gdzie serca czekają gorące.

Babcia i Dziadek według Elsy


Dla moich rodziców, najlepszych i najukochańszych Dziadków na świecie. 




poniedziałek, 21 stycznia 2019

Kler. Od nienawiści do zabójstwa.


Szczerze mówiąc miałam nie wypowiadać się na ten temat, ale do zabrania głosu zainspirowało mnie wczorajsze kazanie. 


Proboszcz bardzo pięknie podjął temat nienawiści w naszym społeczeństwie, którego w świetle ostatnich wydarzeń nie sposób pominąć. Z zazdrości, jak mówił, bierze się złość, ze złości agresja, z agresji ktoś traci życie. Nie będę przytaczać całej wypowiedzi, lecz jej konkluzję. Nie zmienimy świata, nie zmienimy polityków, nie zmienimy innych ludzi. Ale możemy zmienić siebie. I od siebie powinniśmy zacząć. Łatwo jest wytykać kogoś palcem, odnajdywać w nich zło, ale jakże trudno przyznać się przed samym sobą, że w nas to zło też jest obecne. Może zamiast obrzucać błotem i szukać winnych w politykach, organizacjach, sąsiadach, rodzicach, pomyślmy na ile my sami jesteśmy w porządku. Gdyby tak każdy zrobił sobie rachunek sumienia, myślę, że Polacy mogliby się zjednoczyć na dłużej niż tylko pogrzeb Prezydenta Gdańska. W przeciwnym razie będzie tak samo jak ze śmiercią Papieża Jana Pawła II, która niewiele zmieniła na dłuższą metę, choć gdy umierał to cała Polska była razem z nim, ponad podziałami, ponad polityką. 

Smutne, że na każdym kroku, podkreślane są różnice w poglądach między nami. Oglądając relację w mediach, po tragicznych wydarzeniach dnia 13 stycznia, zwróciłam uwagę na taką sytuację. Wypowiadała się jakaś osoba o stanie zdrowia Prezydenta Gdańska P.Adamowicza i zakończyła "Pozostaje nam tylko modlić się o cud" na co redaktor dodał "A ci, którzy się nie modlą, niech chociaż ciepło pomyślą o panu prezydencie" Czy taka uwaga była konieczna? Czy poprawność polityczna musi być na każdym kroku obecna? Przecież to oczywiste, że kto czuje potrzebę to się pomodli, ateista tego nie zrobi. Po co tworzyć takie podziały? To tylko drobny przykład tego, jak właśnie z drobnostki, problem może urosnąć do ogromnych rozmiarów, który podzieli Polskę, podzieli ludzi, doprowadzi do morderstwa. 

Chodzę do kościoła. Nie zaprzeczam. Nie będę też udawała, że należę do świętych. Nie należę. Nigdy nie umiałam się porządnie pomodlić, bolą mnie kolana gdy za długo klęczę i w ogóle mam na swoim koncie wiele innych grzechów i grzeszków. Ale nigdy przenigdy nie odrzucałam ani nie odrzucam nikogo, ani nie oceniam ze względu na ich przynależność do kościoła, czy nie. To indywidualna sprawa i ani ja nie mam prawa oceniać nikogo, ani niech nikt nie ocenia mnie. Smutno, że często ludzie definiują siebie nawzajem właśnie na podstawie tego, czy ktoś chodzi do kościoła, czy też nie.  Dla mnie ważne jest to, kim jest dana osoba. Samo to, że ktoś regularnie uczęszcza na mszę nie zrobi z niego świętego. Potrzeba czegoś więcej niż samej obecności. 

Kler. Niedawno w kinach mogliśmy obejrzeć film na ten temat, każdy wie, nie muszę mówić. Zgadzam się z tym, że o problemie molestowania trzeba mówić. Jest to przestępstwo i nie powinno być nigdy, w jakiejkolwiek formie akceptowane czy zamiatane pod dywan. Ksiądz dopuszczający się takiego czynu łamie prawo, powinien zostać należycie ukarany i natychmiastowo wydalony z zakonu. Tak jak czasem słyszymy w USA, gdzie jakiś znany aktor dostał wyrok za np. prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu. Nie ważne, czy to początkujący aktorzyna, czy światowej sławy celebryta, taka sama kara powinna być dla każdego. Tym bardziej dla księdza, od którego wymagamy więcej, niż od zwykłego człowieka.

Kim jest ksiądz? Ksiądz to nie Jezus, to nie Bóg, to nie święty. Ksiądz to taki sam człowiek jak ja i ty. Jeżeli wybierając właśnie tę życiową drogę, nie kieruje się powołaniem oraz dobrymi intencjami, to stąd właśnie mamy sytuacje takie jak: gromadzenie dóbr materialnych, molestowania, afery. Bycie księdzem otwiera bowiem wiele możliwości dla nieuczciwego człowieka. Bo oto nagle dostaje do ręki pewnego rodzaju władzę, którą może wykorzystać tak, by wypełnić swoje złe plany i zamierzenia.
Ale czyż nie dzieje się tak w każdej obranej ścieżce? Ileż to razy mamy do czynienia z łapówkarstwem wśród lekarzy, którzy przysięgali być oddanym i ratować ludzkie życie? A potem okazuje się, że uratują, ale nie za darmo...
Ileż to razy wierzyliśmy, że szkoła przygotuje nas do życia, wykształci, a w rzeczywistości nauczyciele, których mieliśmy nie nauczyli nas nic i często wyżywali się na nas za swoje niepowodzenia osobiste? 
Ileż to razy słyszeliśmy o mobbingu, molestowaniu w pracy, szczególnie w korporacjach? 
Obojętne, czy dotyczy to księdza, szefa firmy, lekarza, prawnika, czy nauczyciela, jeżeli ci ludzie popełnią przestępstwo, powinni zostać za to ukarani. 
Ale czy to, że jakiś procent lekarzy to konowały, inni to łapówkarze, to ja nie powinnam już nigdy skorzystać z pomocy służby zdrowia? Powinnam stracić zaufanie do wszystkich?
Czy to, że mój szef ośmielił się zaproponować mi awans w zamian za pewną usługę dla niego, powinnam zamknąć się w domu do końca życia i nie zaufać już nigdy nikomu?
Czy to, że połowa nauczycieli jakich miałam była do bani, niczego mnie nie nauczyli, tylko straciłam przez nich nerwy oznacza, że nie powinnam posyłać moich dzieci do szkoły, bo nauczyciele to nieroby, którzy pracują po 18 godzin i jedyne co potrafią to strajkować?
Czy to, że tak dużo jest przypadków molestowania wśród kleru oznacza, że powinnam przestać chodzić do kościoła? 

Łatwo oceniać innych ludzi. Łatwo wrzucać w ramki i wyciągać wnioski. Trochę gorzej właściwie ocenić siebie. Nie mnie wydawać wyroki i rzucać kamienie w tych, którzy robią źle. Prawo jest (albo powinno) być jedno dla wszystkich. Żeby kościół mógł odzyskać dobre imię, myślę, że konieczne są stanowcze kroki i egzekucja tego prawa. Szkoda tylko, że w tym całym chaosie, giną gdzieś ci, którzy czynią dobro. Jak to mówią, jeden smród, potrafi zanieczyścić całe pomieszczenie. Przez to wszystko nie docenia się oddanych nauczycieli, którzy 18 godzin pracują razy dwa (plus obowiązki wychowawcze, przygotowanie do lekcji, zebrania itd), nie docenia się wrażliwych lekarzy, dla których życie i zdrowie pacjenta jest najważniejsze, obojętne ile pieniędzy za to dostają. I nie docenia się księży, którzy z powołania posługują Bogu i ludziom. Szkoda. 

Tak jak powiedział wczoraj proboszcz. Szukanie winnych tragedii takiej jak ta w Gdańsku jest ważne. Trzeba przecież wysunąć jakieś wnioski na przyszłość. Ale jeśli za tymi wnioskami nie pójdą dobre czyny, zmiany w każdym z nas, a staną się one jedynie podstawą do wzajemnych oskarżeń i kolejnych aktów nienawiści, to śmierć P.Adamowicza niczego nie zmieni. Słowa pozostaną tylko pustymi słowami.