sobota, 18 sierpnia 2018

Zabawa w dom.


Jako dziecko bardzo lubiłam bawić się w odgrywanie różnych ról. Bywało, że wynosiłyśmy z koleżanką przed blok stolik kempingowy, krzesła, plastikową zastawę i szykowałyśmy jakiś posiłek. Nie wiem w sumie w co się bawiłyśmy, ale chyba próbowałyśmy naśladować dorosłe życie.
Bardzo ucieszyłyśmy się, gdy pewnego dnia wprowadziła się nowa rodzinka - małżeństwo z trójką dzieci, dwóch chłopców i dziewczynka. Było nas więc więcej do zabawy. Wreszcie miałyśmy trzecią do skakania " w gumę"' (do tamtej pory wykorzystywałyśmy trzepak do przytrzymania z jednej strony), jazdy na rowerze, czy zabawy w chowanego. Najbardziej jednak byłyśmy zadowolone, że przybyło osób, które mogłyby wcielić się w różne postacie z filmów. Naszym ulubionym była wtedy "Niewolnica Isaura", która niezmiennie od jakiegoś czasu była najpopularniejszą bohaterką filmową dla większości Polaków (może dlatego, że nie było innych ;) ) I choć byłam wtedy mała to jak dziś pamiętam opustoszałe ulice, bo każdy biegł, by zdążyć na serial. I pomyśleć jak inaczej wyglądałby  świat, gdyby były wtedy nagrywarki ;) No, ale wracając do temu. Często musiałyśmy losować, kto będzie Isaurą, bo i ja i koleżanka chciałyśmy wcielić się w jej rolę. W sumie to nie wiem czemu, przecież to nic przyjemnego stać po pręgierzem, bo zwykle tę właśnie scenkę odgrywaliśmy. Naszym pręgierzem był wspomniany wcześniej trzepak, a naszym oprawcą  został nowy kolega. "Leôncio" przywiązywał nam ręce i udawał, że okłada nas kijem. No cóż, najwidoczniej była to super zabawa.



Dziewczynki moje są właśnie na etapie odgrywania takich ról. Potrafią pięknie bawić się razem, udając, że są różnymi postaciami, albo ... zwierzątkami. Wspominałam wam już o takiej sytuacji:

- Mamo!, krzyczy Misia.
- Słucham.
- To nie do ciebie.
yyyyy to niby do kogo? (No, bo chyba nie do MB :/)
- To do Elsy, bawimy się w mamę i córkę.

Mają też zabawy ekstremalne:
- Czemu Misia leży na trawie?, pytam widząc moje dziecko bez ruchu.
- Bawimy się, że Misia umarła, tak jak Jezusek, odpowiada Elsa zdziwiona moim pytaniem.

... i zabawy śmieszne.
- Chodź kotku, mówi Elsa, a za nią podąża na kolanach Misia.

Mają i zabawy niepokojące:

- Ja będę nauczycielką, a wy będziecie uczniami ok?, zwraca się Elsa do siostry i np. gumowych Trolli. W ręce trzyma patyk jako wskaźnik.

Ale hitem ostatnich tygodni jest zabawa w dom, kiedy odwiedziła nas koleżanka z synem. 

- W co się bawicie?
- W dom, odpowiada Elsa.
- A kto jest kim?, pytamy dla formalności.
- Ja jestem mamą, Jasiek jest tatą.
- A Misia dzieckiem tak? (wydawałoby się oczywiste)
- Misia? Nieee, Misia jest kotkiem.
No cóż. Typowy model dzisiejszej rodziny. On, ona i kot.

Tego samego dnia, po przerwie, dzieci powróciły do zabawy w dom. Pytamy jak tam kotek, ale dowiadujemy się, że Misia awansowała na ... koleżankę.

Nie wiem do czego ten świat zmierza, który model rodziny lepszy, ten z kotem, czy ten z koleżanką jako trzecią, ale cóż, w świecie, w którym właśnie wchodzi trzecia płeć, któż to wie co nas czeka ;)

Dobrej niedzieli!










wtorek, 14 sierpnia 2018

Przegraliśmy bitwę, ale wojna jeszcze trwa.


- A niech go!, przeklął pod nosem mój szanowny małżonek, kiedy zobaczył kolejną przesyłkę pod naszymi drzwiami. Na szczęście babci udało się zamknąć drzwi zanim dziewczynki wypadły przed dom i zobaczyły o co chodzi. Pan mąż z żołnierską misją wszedł do domu i zmarszczony zniknął za drzwiami na parę minut. 



Dzisiejszy wpis nie będzie o walce z niepłodnością, nie będzie też o dzieciach. Opowiem wam o otwartej już wojnie pomiędzy moim ślubnym a miejscowym kocurem.

Tym razem przesyłka jaką zostawił znienawidzony przez mojego męża zwierzak to gołąb z powyrywanymi piórami. Jego wkurzenie (to znaczy męża, nie gołębia a tym bardziej nie kocura) sięgnęło zenitu, ze względu na to, że pióra wręcz powbijały się w naszą ulubioną wycieraczkę z owieczką. No nic. Szybkie usunięcie biednego ptaka udało się. Psychika dzieci pozostała nienaruszona.

Innego dnia znaleźliśmy na wjeździe upolowaną mysz. Mąż pomruczał coś pod nosem i wyniósł ją na łopacie w miejsce, gdzie znajduje się luka w ogrodzeniu i gdzie właśnie kocur do nas przechodzi. Zadowolony przyszedł do domu i stwierdził "Ja mu jeszcze pokażę" Pytam więc, skąd ta radość - nie przypominam sobie, żebym ja w ostatnim czasie wywołała tyle uśmiechu na jego twarzy. Przewracam oczami, bo kolejny raz okazuje się, że mężczyźni to takie duże dzieci. Pamiętam jak mieszkaliśmy w bloku i ciągle wiosną przylatywały do nas gołębie, by założyć gniazdo na balkonie. Mój kochany małżonek zakupił więc pistolet zabawkę na takie delikatne plastikowe kuleczki i leżał  na podłodze czołgając się niczym zawodowy żołnierz, strzelając do celu. Oczywiście ze względu na to, że zabawka zapewne była przeznaczona dla dzieci w wieku 3-4 lata, kulki nawet nie przestraszyły znienawidzonych "sraluchów", jak to my je nazywamy (teraz tylko do siebie, dla dzieci to na razie nadal gołąbki ;) ) 

Następnego dnia idę z dziewczynkami wyrzucić śmieci i co widzę? Kolejna mysz!I to w tym samym miejscu! Uff, udało mi się znów zagadać dzieci, mysz nie była w dobrym stanie i wolałam, żeby jej nie oglądały. Kiedy jechaliśmy wieczorem na rower jeszcze tam leżała, mąż miał ją sprzątnąć po naszym powrocie. Jakimś cudem jednak zniknęła, czyli kocur powrócił po swoje trofeum.



- Tego już za wiele! 
- Co znowu?, pytam dociekliwie. Na odpowiedź nie muszę długo czekać.
- No wiesz mama, ten kocur, co do nas przychodzi zrobił nam ogromną kupę na trawniku!, relacjonuje oburzona Elsa. Nie wiem, czy kocią kupę można potraktować jako nawóz, więc wkurzony małżonek w asyście swoich wiernych córek, usuwa na wszelki wypadek koci prezent. 


Mój mąż nie przepada za kotami, ma na nie alergię, (wrodzoną i nabytą), ale wierzyć lub nie, podobno przynoszenie myszy może być wyrazem sympatii dla człowieka.  Mój mąż w to nie wierzy. Nu, pogodi! - odgraża się niczym Wilk ze znanej radzieckiej bajki - Wojna się jeszcze nie skończyła.





















sobota, 11 sierpnia 2018

Zazdrość.


Jak twierdzą psychologowie, nie ma takiej osoby, która czegoś by nie zazdrościła. Wielu z nas jednak nie przyznaje się do tego uczucia, przed innymi, albo co więcej, przed samym sobą. Przecież zazdrościć komuś to teoretycznie nic fajnego. 



Kiedyś na zajęciach z pewną panią, dość doświadczoną wiekowo, zajmowałyśmy się właśnie zagadnieniem zazdrości wśród ludzi, szczególnie wśród rodziny i znajomych. Choć mogłoby się to wydawać dziwne, nie zazdroszczą nam tylko obcy, ale właśnie najbliżsi. Jak to możliwe, że ludzie, którzy się kochają, czy choćby tylko lubią, nie mogą znieść tego, że nie mają czegoś, co ma druga osoba? Z moją uczennicą doszłyśmy do konkluzji, że przecież zamiast zazdrościć np. bogactwa, powinniśmy się cieszyć, że nasi przyjaciele mają więcej. Jeżeli im lepiej się powodzi, to i nam będzie z tego tytułu dobrze. Mieszkamy w mieszkaniu a panują upały? Zaproszą nas być może na weekend do swojego domu. Tylko czy jesteśmy w stanie cieszyć się z tego, czy raczej na każdym kroku będziemy doszukiwać się drugiego dna? 

Zazdrość i zawiść.

W życiu codziennym, obu słów używamy zamiennie, a tak naprawdę zawiść jest  niższym i wcześniejszym stopniem zazdrości. Pojawia się w relacjach dwuosobowych, w których człowiek jest nieszczęśliwy z tego powodu, że ktoś ma coś, co on też by chciał mieć. Zawiść łączy poczucie nieszczęścia i niesprawiedliwości z niechęcią do danej osoby, nie dlatego, że jest zła, ale dlatego, że jest dobra, bo coś ma. W stanie nasilonym, czyli patologicznym, możemy nawet chcieć, by wspomnianej osobie stała się krzywda.

W zazdrości po pierwsze, odczuwamy coś w rodzaju lęku, podejrzliwości lub strachu, że albo już straciliśmy, albo dopiero stracimy kogoś bliskiego (to zawsze dotyczy osoby) lub jego uczucie na rzecz kogoś innego. Po drugie, towarzyszy temu poczucie bycia gorszym. Trzeci komponent to nienawiść do rywala. W zazdrości występuje bowiem relacja trójosobowa. 

Czy zazdrość i zawiść zawsze są złe?

Każdy człowiek rodzi się z predyspozycją do ich odczuwania. Nie są szkodliwe, dopóki nie przekroczymy pewnych granic i nie zaczniemy szkodzić samym sobie lub innym. Przeanalizujmy taki przykład: widząc kogoś, kto jedzie przez miasto wypasionym samochodem, jedni pomyślą: "ale świetne auto", inni: "pewnie je ukradł", a jeszcze inni: "kurde, też sobie kiedyś takie kupię". Są też tacy, u których może pojawić się chęć zniszczenia auta. I ten stopień zawiści jest najbardziej destrukcyjny.
Wierzyć lub nie, Melanie Klein, XX-wieczna psychoanalityczka, twierdziła , że oba uczucia - zazdrości i zawiści- są warunkiem rozwoju, jeśli nawet nie przeżycia jednostki. Już jako dziecko odczuwamy zawiść, bo sami z siebie nie mamy mnóstwa rzeczy. Matka, inne dzieci, mają wszelkie dobra, a dziecko nie ma nic. Dlatego od najmłodszych lat odczuwamy zawiść, by przeżyć. Dziecko ma małą zdolność do tolerowania frustracji z powodu tego, że czegoś nie ma, co możemy zaobserwować już na wczesnym etapie rozwoju. Maluch nie przyjmuje do siebie NIE.  Jeśli czegoś chce - musi to mieć.

Jeżeli jednak wrodzona skłonność plus podbicie kultury i jeszcze inne specyficzne warunki, w których dziecko się wychowywało skumulują się, to w dorosłym życiu u takiej osoby może wytworzyć się gigantyczna zawiść. Choć ma wiele, ciągle nienawidzi tych, którzy mają jeszcze więcej.

Jak odczuwamy zazdrość?

Przede wszystkim wyjdźmy od tego, że badacze ewolucji są zgodni: osobniki nieodczuwające zazdrości nie są naszymi przodkami. I co wy na to? Dobór naturalny preferował zazdrośników, bo byli skuteczniejsi w podtrzymywaniu gatunku. Przy czym mężczyźni i kobiety mieli w tym trochę odmienne interesy. Samiec, żeby przekazać swoje geny, musi mieć przekonanie, że samica jest mu wierna. Dlatego mężczyźni są zazdrośni o seks. Kobiety nie mają raczej wątpliwości, czy dziecko jest ich, dlatego one są bardziej zazdrosne o więź i bezpieczeństwo emocjonalne. Jeśli ojciec dziecka nawiąże relację z inną kobietą, to matka i dziecko stracą żywiciela i opiekuna.

Geny i doświadczenia życiowe.

Przekazywanie własnych genów sprawiło, że w człowieku rozwijały się różne zachowania. W przypadku mężczyzn był to pęd do zapładniania, kobiety są z kolei nastawione na znalezienie dobrego dawcy genów i dobrego opiekuna dla potomstwa. Jak głosi teoria, zgodnie z własnym interesem, mężczyźni wykształcili w sobie umiejętność oszukiwania, a kobiety, także we własnym interesie, umiejętność wychwytywania oszustwa.

Jeśli rodzice dają dziecku wszystko czego tylko zapragnie (
niezależnie, czy ma rodzeństwo, czy nie) , to może mu być potem trudno poradzić sobie z zazdrością. Moment, kiedy dziecko idzie do przedszkola czy szkoły, to czas, kiedy uczy się radzić sobie z rywalizacją między rówieśnikami w niedestrukcyjny sposób.

Czy można w ogóle nie odczuwać zazdrości?

Podobno były takie eksperymenty, ale wszystkie zakończyły się niepowodzeniem. Według psycholog Danuty Golec, członkini Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej,  cierpienie, złość, smutek i zazdrość są częścią życia, a zrozumienie ich mechanizmów może nauczyć nas radzić sobie z nimi, choć nie przestaniemy ich odczuwać. Bardziej szkodliwe jest udawanie, że to uczucie jest nam obce.

Miłość i zazdrość.

Według psychologów, pokusy pojawiają się i będą pojawiać, co nie znaczy, że mamy za nimi podążać. Jeżeli ktoś uważa, że jego to nie dotyczy, to oprócz zaprzeczenia stosuje również inny mechanizm – projekcji na drugą osobę. Będzie wtedy postrzegał każdy, nawet czysto grzecznościowy przejaw flirtu partnera, jako zdradę, co jest podstawą do rozwoju patologicznej zazdrości.
Inna baza do rozwoju patologicznej zazdrości to niezdolność do przeżywania prawdziwej miłości. Żeby ze stanu zakochania rozwinęła się prawdziwa miłość, człowiek musi mieć w sobie dojrzałość, widzieć drugiego człowieka jako odrębną osobę i pozwolić mu na autonomię i niezależność. Zazdrość patologiczna zatem, to powtarzająca się sekwencja uczuć, z których dominujące są wstyd i poczucie winy, połączone z nieprzyznawaniem sobie prawa do ich odczuwania. Wszystko to, skumulowane, często prowadzi to do tragedii.

Gdy się dzieli to się mnoży.

Według psychologów, to właśnie my rodzice powinniśmy uczyć nasze dzieci od najmłodszych lat, równowagi pomiędzy wyłącznością a dzieleniem się. I choć w miłości może być o to najtrudniej, to jak twierdzą specjaliści, miłość jest jak świeca, nie gaśnie, jeśli odpalisz od niej drugą. Mamy tu na myśli nie tylko miłość do partnera, ale i do dzieci, przyjaciół czy innych członków rodziny, z zaznaczeniem, że są zachowania zarezerwowane dla każdej z tych relacji. Z drugiej strony, jeśli ktoś nie jest zdolny do rywalizacji, choćby o partnera czy inne dobra w życiu, to też nie jest to dobre.

Słowo ode mnie, czyli w piżamie wszyscy są równi (?)

Przyznam wam najzupełniej szczerze, że nigdy nie zazdrościłam ludziom dóbr materialnych. Przyjmowałam to, co mam za wystarczające na dany moment, choć z drugiej strony myślałam sobie, że przecież i ja mogę mieć w życiu lepiej. Nigdy jednak nie zabiegałam o to, a raczej traktowałam w sferze ambicji, motywacji do pracy nad swoim życiem, nad sobą. Jedyną rzeczą o jaką czułam się zazdrosna, to było właśnie dziecko. Nie patologiczna zazdrość, w której życzyłabym komuś źle, ale taka zwykła ludzka bezsilność, w której coś jest poza moim zasięgiem, a innym przyszło łatwo.

Często mam wrażenie (nie wiem, czy słusznie), że ludzie najlepiej czują się wśród tych, którym jest albo gorzej w życiu, albo chociaż są na tym samym poziomie. Gdy status się zmienia, nagle mają z tym problem. Czemu tak trudno przychodzi niektórym zaakceptowanie tego, że każdy żyje swoim życiem i to, że ktoś ma lepszą pracę, nie znaczy, że moja jest zła. To, że ja mam dom, a ktoś mieszkanie, nie oznacza, że jestem lepsza. Jeżeli idę do kogoś, kto właśnie wyremontował kuchnię, to może ona mi się podobać lub nie, ale z grzeczności zawsze mówię coś miłego, nie ma takiej sytuacji, w której naprawdę nic nie przemówiłoby do mojego gustu. Ale jak odebrać gości, którzy przychodzą obejrzeć twój nowy dom i nie mówią nic? Przecież nikt nie oczekuje nie wiadomo jakich pochwał stylu, ale czyż nie byłoby miło, gdyby bliska osoba doceniła pracę włożoną w wykonanie? Kolejny przykład. Kiedy nie mieliśmy dzieci, ci, którzy je mieli współczuli nam, zapewne ciesząc się, że oni takiego problemu nie mają. No ok, ale gdy już dzieci mamy, to (nie uwierzycie), zazdroszczą tego, że mamy dziewczynki, bo oni mają chłopców i córki prawdopodobnie się nie doczekają. Tak jakby zapomnieli w jaki sposób te dzieci do nas trafiły. A inni? Moja znajoma posunęła się do kłamstwa, że kupiła dom na kredyt, by oszczędzić sobie oznak zazdrości ze strony jej znajomych, nie potrafiących zaakceptować tego, że są tacy ludzie, których stać na zakup za gotówkę. Przykładów można mnożyć. Najgorsze jest to, że swoim zachowaniem, osoby zazdrosne sprawiają, że ci, którzy coś mają, czują się z tym źle. A przecież na wszystko co mam, uczciwie zapracowałam przez całe swoje życie. Mam wrażenie, że naszą narodową cechą jest też narzekanie na to jak mamy źle i jak to ktoś tam ma dobrze (tak jakby to zostało mu dane za sprawą magicznej różdżki), zamiast zakasać rękawy i poprawić trochę swój byt, skoro na tym komuś zależy. Dodatkowo, nie cieszy się z tego co się ma, tylko taka osoba jest wiecznie niezadowolona. Dochodzę więc do wniosku, że jak zwykle za dużo wymagam od ludzi...






Źródło informacji: www.zwierciadło.pl/psychologia






piątek, 10 sierpnia 2018

Pod słońcem Toskanii, czyli o tym, co było dalej, gdy TEN telefon zadzwonił na wakacjach.




Wszyscy dookoła mówią, że TEN telefon ich zaskoczył. A nas nie. My po prostu czuliśmy, że tak będzie i szczerze mówiąc chyba bylibyśmy rozczarowani gdyby do nas nie zadzwonili ;) Nie wiem, czy to jakiś Szósty Zmysł, czy po prostu zwykłe przeczucie, (bo wiadomo, że jak człowiek siedzi na czterech literach to nic się nie dzieje, a jak się gdzieś ruszy to dzwonią telefony), ale każdego dnia spoglądaliśmy na komórkę w oczekiwaniu na informację. No, ale o tym już pisałam TUTAJ (KLIK), więc nie będę się powtarzać ;) 

Jako, że jak wiecie była to środa, a pierwsze spotkanie z naszą córką było wyznaczone na poniedziałek, mieliśmy jeszcze kilka dni na zwiedzanie. Znajdowaliśmy się w naprawdę cudownym zakątku Włoch - w przepięknej i malowniczej Toskanii. O tym regionie jeszcze kiedyś napiszę, dziś chciałabym zabrać was na wycieczkę w miejsce, do którego pojechaliśmy na następny dzień po informacji o narodzinach naszej córeczki. 



Pewnie znacie to uczucie. Coś wam się udało załatwić, zdaliście egzamin, dostaliście podwyżkę, albo pierwszy raz pocałował was chłopak/dziewczyna i choć o tym wiecie tylko wy, to wydaje wam się, że wszyscy to widzą, a szczęście macie wypisane na twarzy. Oto ja, zwykła dziewczyna na wakacjach, właśnie zostałam MAMĄ! Ta-Da! Wyglądałam kwitnąco jak na pierwszy dzień po porodzie. Całe szczęście, bo zaplanowaną mieliśmy całodzienną wycieczkę na Cinque Terre. Zrobiliśmy wtedy piechotą ponad 20km, nie licząc dreptania w miejscu i samego przemieszczania się do pięciu niezwykłych miejscowości (jak sama nazwa wskazuje) Wracając do samochodu ledwo powłóczyliśmy nogami, a że odjechał nam ostatni autobus, trzeba było do niego dojść. 









Pięć Ziem Ligurii, Cinque Terre, to jeden z najczystszych regionów na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Prawie dziesięć kilometrów skalistego wybrzeża, pięć małych, lecz niezwykle malowniczych miasteczek, wspinających się na szczyty grzbietów górskich nad niewielkimi zatokami, setki ścieżek, łączących między sobą poszczególne osady oraz stare kościoły i piękne, malownicze plaże. 
Cinque Terre nie ucierpiało z powodu rozwoju przemysłu dzięki swemu ustronnemu położeniu i interesującej historii. Znajdziecie tu mnóstwo winnic, niezwykle charakterystycznych dla tego regionu, tworzących unikalny krajobraz, ze wznoszącymi się na lądzie kamiennymi murami, krętymi nadbrzeżnymi ścieżkami, przepięknymi plażami pośród półwyspów i kryształowo czystym morzem. 







Pięć Ziem szczyci się nie tylko pięknym morzem, malowniczymi ścieżkami i porywającymi widokami. Znajdziecie tu ponadto: liczne kapliczki, wiekowe kościoły, starożytne zamki oraz domy, zbudowane kilka stuleci temu, a także interesujące miejsca do nurkowania, zawsze świeże owoce morza i najlepszego gatunku wina. Pięć Ziem wchodzi w skład parku narodowego, a od roku 1997 znajduje się pod ochroną UNESCO. 






Główne osady w Cinque Terre, położone z północy na południe, to: Monterosso, Vernazza, Corniglia, Manarola, Riomaggiorezawieszone pomiędzy morzem a lądem na pionowych skałach. Wszystkie znajdują się blisko siebie, a pociąg przejeżdża przez nie w ciągu zaledwie kilku minut.









25 października 2011 roku Cinque Terre ucierpiało od największej w swej historii powodzi. W czasie naszej wycieczki, nadal wiele ścieżek było zamkniętych, inne pewnie długo jeszcze nie zostaną odbudowane. 



Tak naprawdę żeby nacieszyć oko widokami i na spokojnie zwiedzić te miasta, potrzeba kilku dni. Wielu ludzi tak robi. Przyjeżdżają z plecakami i codziennie zmieniają miasto. My na zobaczenie całości mieliśmy zaledwie jeden dzień, a wyprawa nasza była intensywna. Mimo to nie żałuję, bo jest to miejsce na pewno warte odwiedzenia. 











W planach mamy oczywiście powrót do tego pięknego zakątka Włoch. Oprócz Cinque Terre jest tam wiele innych miejsc, które muszą się znaleźć na naszej liście. Jeżeli jeszcze tego miejsca nie znacie, koniecznie się wybierzcie! 




Dobranoc Cinque Terre, do zobaczenia.










Źródło: www.cinqueterre.a-turist.com














niedziela, 5 sierpnia 2018

O dwóch takich co księdza okraść chciały.



Dwa tygodnie temu odbyło się w naszej parafii coroczne święcenie pojazdów, oczywiście z okazji Dnia Bezpiecznego Kierowcy i ich patrona - św. Krzysztofa. Jako że żar lał się z nieba, zaparkowaliśmy nieco dalej, pod drzewami. Po zakończonej mszy, dziewczyny szybko pobiegły do ministranta i odebrały należne im lizaki za dobre zachowanie, a potem udaliśmy się do naszego samochodu. Ksiądz szedł w towarzystwie organisty, który zbierał na tacę i rozdawał do wyboru obrazki lub medalik ze św. Krzysztofem. Kiedy nadeszła nasza kolej, dziewczyny z zainteresowaniem patrzyły jak nasze autko zostało poświęcone. Organista nie dochodził do parafian, ofiarę można było złożyć podchodząc do niego. No to moje panny podeszły z pieniążkami. Kiedy usłyszały, że mogą sobie wybrać co chcą, Elsa wzięła święty obrazek, a Misia? Mało myśląc wybrała z tacy banknot 10zł :D 
Komicznie to wyglądało. Organista zaczął się śmiać i stwierdził, że nie pomyślał o tym, by sprecyzować co dokładnie można wziąć. 

Mam nadzieję, że ten incydent nie zaważy na niczym. Zaraz przypomniało mi się, jak kilka lat temu moim rodzicom po dwóch dniach od święcenia zepsuło się auto. Śmialiśmy się wtedy, że widocznie za mało wrzucili na tackę. 

DOBREGO TYGODNIA :) 




piątek, 3 sierpnia 2018

Adopcyjna sielanka.


Kiedy zadzwonił telefon z informacją, że czeka na nas nasza córka, nagle świat nabrał innych barw. Jak pamiętacie byliśmy wtedy na wakacjach, środa, w zasadzie pierwszy tydzień z dwóch jakie chcieliśmy spędzić w Toskanii. I choć pani dyrektor ośrodka mówiła, że spokojnie możemy dokończyć urlop, to oczywiście nie chcieliśmy. Z jednej strony można powiedzieć, że tyle czekaliśmy, więc jaką różnicę robi jeden tydzień, ale z drugiej to właśnie to, że tak długo czekaliśmy, sprawiło, że nie chcieliśmy czekać ani minuty dłużej. 
Kiedy przywieźliśmy Elsę do domu, miała katar, nie mogła spać, a my nie mieliśmy żadnego doświadczenia w opiece nad maluszkiem. Kiedy spała, dzwoniliśmy jednak do znajomych z radosną nowiną, a wszyscy pytali, czy jesteśmy szczęśliwi. Pewnie, że byliśmy, w końcu wreszcie spełniło się nasze marzenie o posiadaniu dziecka. Ale do prawdziwej radości było jeszcze bardzo daleko.

zdj.Pixabay

Czegoś koniec i czegoś początek.

Patrząc na młodą parę stojącą przed ołtarzem, można by powiedzieć, że to najszczęśliwsi ludzie na świecie w tym momencie. Kończy się wprawdzie jakiś etap w ich życiu, ale zaczyna się coś nowego, głębszego. I choć teoretycznie nic nie powinno zakłócić szczęścia tych dwojga, to ilość rozwodów jednak świadczy o tym, że nie zawsze tak jest, a bliscy sobie ludzie, oddalają się od siebie. Potrzeba przecież jeszcze więcej miłości, poświęcenia, wybaczenia, pracy nad sobą i innych czynników, by można uznać małżeństwo za udane. 
Podobnie z niepłodnością. Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro rodzi się dziecko/dziecko adopcyjne, to musi zakończyć się ten zły okres i wszystko od tej pory się ułoży. Nic bardziej mylnego. Dopiero teraz trzeba wejść na inny poziom myślenia, zaawansowania, by poradzić sobie z tym wyzwaniem jakim jest dziecko w rodzinie. Zmienia się nie tylko nasz świat jako rodziny, ale również jako pary. Trzeba przewartościować wszystko i poukładać na nowo.

Biologiczna przeszłość naszych dzieci.

Czytając fora internetowe, czy blogi, słuchając ludzi, do których właśnie zadzwonił TEN telefon, można by pomyśleć, że zaczęła się adopcyjna sielanka. Każdy z nich mówi, że jest szczęśliwy, że na TO dziecko czekał, że mały/mała jest wspaniała/y i słodka/słodki. I to zapewne prawda. Ale to tylko mała część czegoś, co wchodzi w skład rodzicielstwa adopcyjnego. Pamiętajmy, że NIE MA DZIECI ZDROWYCH DO ADOPCJI. Jak to możliwe, ktoś mógłby zapytać, przecież czytamy na Bocianie, że "mała jest śliczna i zdrowiutka". Jeżeli nawet dziecko jest zdrowe fizycznie, nie ma obciążeń, to najprawdopodobniej jest po traumie. Traumą mogą być jego przeżycia, albo choćby samo odrzucenie przez matkę w czasie ciąży. Czy jeśli w rodzinie biologicznej wszystko jest tak jak powinno, to czy 7-miesięczne dziecko trafia do adopcji? Nawet maluszki adoptowane jako niemowlęta niosą zatem ze sobą ogromny bagaż swojej przeszłości. Oczywiście trudno oczekiwać, że świeżo upieczeni rodzice, będą znajomym opowiadać to, co wiemy o naszym dziecku i jego rodzicach my. Nikt nie powie wam, że ta śliczna blondyneczka z loczkami w wieku 4 lat, była wykorzystywana seksualnie przez konkubenta swojej matki.(autentyczny przykład) Z takiej traumy nie wychodzi się nigdy. Ale dziecko jest zdrowe, nie choruje, jeśli o to pytacie...

Wyobrażenia a rzeczywistość.

Trudno wyobrazić sobie dziecko biologiczne, a co dopiero adopcyjne. Nie wiemy przecież nawet w jakim będzie wieku. Idźmy dalej. Trudno wyobrazić sobie wygląd dziecka, a co dopiero obciążenia jakie mogłoby mieć. I szczerze mówiąc lepiej tego nie robić, bo po co. Lepiej poczekać na konkretną propozycję, i wtedy podjąć przemyślaną decyzję, czy jesteśmy w stanie przyjąć do siebie to właśnie dziecko. Nie raz małżeństwa decydują się na pewne odstępstwa od tego, co pierwotnie zakładali. Zdarza się jednak, że niektórzy zupełnie wypierają ze świadomości to, że ich dziecko, dziecko adopcyjne, nie przyjdzie do nich z czystą kartą. Są tak spragnieni potomstwa, że widząc noworodka, godzą się na wszystko, myśląc, że jakoś to się ułoży. Potencjalne choroby, to taki niechciany "prezent" od rodziców biologicznych. Mogą one w przyszłości wyjść lub nie, ale musimy być na to absolutnie przygotowani. W przeciwnym razie możemy sobie nie poradzić z tym, co w miarę upływu czasu się rozwinie. Nie każdy jest na tyle silny psychicznie. Świadczą o tym nieudane adopcje, nie tylko te rozwiązane. 

Długie czekanie.

Oczekiwanie na dziecko ogólnie wydłużyło się. Czasem pary potrafią nawet żyć w zawieszeniu przez trzy lata. Oczywiście większość czeka i z radością przyjmuje dziecko, ale również przez ten długi czas wiele może się zmienić. Gdy dziecko przychodzi szybko po kwalifikacji, czujemy że "idziemy za ciosem",. Gdy jednak mijają kolejne miesiące i telefon nie dzwoni, perspektywa rodzicielstwa oddala się. Są takie małżeństwa, które nawet rezygnują z posiadania potomstwa, pomimo odbytego kursu. Nie czują się tak gotowi jak wtedy, gdy wychodzili z OA z pozytywną opinią. Są tacy, którym w międzyczasie zdarza się ciąża i gdy dzwoni telefon z informacją o dziecku, okazuje się, że dziecko już jest. Jeżeli cokolwiek zmieniło się w naszym podejściu do adopcji, powinniśmy szczerze porozmawiać o tym z OA. Przyjęcie do siebie dziecka jest ogromną odpowiedzialnością i nie bójmy się mówić o naszych obawach.
 

Adopcyjna sielanka?

Adopcja to nigdy nie jest sielanka. To ogromne wyzwanie. Nie tylko zwykłego rodzicielstwa, ale również walki z demonami przeszłości. Możemy mówić, że jesteśmy tacy sami jak inne rodziny, ale to nie do końca prawda. Jeżeli ktoś wyobraża sobie, że przyjdzie do nas słodki dwulatek, maluch, którego można jeszcze ukształtować, to musi mieć świadomość tego, że prócz zwykłych problemów i trosk, jakie dostarcza dziecko w tym wieku, musimy przygotować się na dodatkowe, związane z tym, co dziecko przeżyło. Rozmawiając z ludźmi oczekującymi na propozycję, wielokrotnie mam wrażenie, że jednak nie mają oni pojęcia o tym co ich czeka. Oczywiście nie ma nic złego w takiej zwykłej tęsknocie za zabawą z dzieckiem, za przytulaniem, za uczeniem go świata. Pod warunkiem, że gdzieś z tyłu głowy będziemy mieć to, że nasze dziecko kryje w sobie większą lub mniejszą krzywdę ze strony rodziców biologicznych. 

I na koniec...

Nie staram się tutaj nikogo źle nastawić, czy przestraszyć, ale uczulić na pewne rzeczy, by mądrze i świadomie podjąć się wychowania dziecka obciążonego przeszłością. Obojętne, czy będzie to noworodek, czy dziecko starsze. Mam czasem takie wrażenie, że myśląc o adopcji maluszka, ludziom wydaje się, że wychowanie go i "wyrzeźbienie" po swojemu będzie łatwiejsze. A nie do końca to jest prawda. Taki trzylatek, wyrwany ze swojego środowiska, jakkolwiek patologiczne by ono nie było, będzie musiał nauczyć się żyć wśród całkowicie obcych mu (na razie) ludzi. I choćby najlepiej przygotowany pokoik, zawsze wyda mu się obcy. Trzeba mieć tego świadomość, że ciąży na nas ogromna odpowiedzialność, bo to MY MAMY BYĆ DLA TEGO DZIECKA, a nie odwrotnie. 




wtorek, 31 lipca 2018

O znajomościach internetowych, czyli weekend na Podlasiu.




Podlasie kojarzyło mi się do tej pory z jednym - kliniką niepłodności w Białymstoku. Bywałam tam wiele razy, czasem na dłużej, czasem tylko na krótką wizytę. Zwykle jeździłam pociągiem. Bywałam tam tak często, że znałam na pamięć rozkład autobusu, który wiózł mnie z dworca do znajomego budynku nieopodal centrum miasta. Załatwiwszy więc to co miałam załatwić, czekając na pociąg powrotny do Warszawy, miałam czas, by zaglądać w różne zakątki miasta. Białystok zawsze mi się podobał, jednak nie potrafiłam się nim cieszyć. Nie jeździłam tam przecież na wycieczki. Każda wyprawa związana była z nadzieją, że któregoś pięknego dnia miasto to zacznie mi się kojarzyć ze spełnieniem moich marzeń. Jak wiecie tak się nie stało, ale na pewno nie spisuję go na straty. Kiedyś tam wrócę, by zbudować nowe wspomnienia, oparte na czymś zdecydowanie przyjemniejszym.


Nie tak dawno temu, pisałam o tym, że niepłodność przerzedziła grono moich znajomych. To prawda. Jedni odeszli, ale najważniejsze jednak, że w ich miejsce pojawili się nowi ludzie, z którymi być może dużo więcej mnie łączy niż tylko czas. 
Ostatni weekend spędziliśmy więc u pewnej mamy i jej rodzinki, którą poznałam właśnie tu, na blogu :) Cieszę się, że mogłyśmy poznać się osobiście, bo przecież zupełnie inaczej jest móc z kimś porozmawiać na żywo, a przede wszystkim cieszę się z tego, że moje dzieciaki miały kontakt z innym dzieckiem adopcyjnym. 



Trafiła nam się wspaniała pogoda, choć nie powiem temperatura była iście tropikalna. Pomimo panujących tropików, udało nam się pojechać na wycieczkę do Białowieży, gdzie nigdy wcześniej nie byłam. 

Najpierw udaliśmy się do muzeum, które muszę powiedzieć bardzo podobało się nam i dzieciakom. Realistycznie przygotowane sceny z życia zwierząt i nie tylko, sprawiły, że mogły one zobaczyć z bliska to, czego przynajmniej na razie nie są w stanie doświadczyć w rzeczywistości.




Niestety jedna ze scen była zbyt drastyczna dla moich dzieci, wrażliwych na losy zwierzątek. Scena ta przedstawiała polowanie i zabitą sarnę leżącą na ziemi. Dziewczynki bardzo przeżywały, że sarenka nie żyje. Być może nie jest to do końca dobre miejsce dla tak małych dzieci, albo tak empatycznych istotek jak moje, ale na szczęście jakoś udało nam się je zainteresować czymś innym.



Inną rzeczą, do której mam zastrzeżenia to brak, czy też słabo działająca klimatyzacja. W taki upał niestety dawało się to odczuć i to bardzo. Muzeum można zwiedzać idąc z audio przewodnikiem, w grupach umówionych na konkretną godzinę. I  to również nie do końca przypadło mi do gustu. My wolimy chodzić w swoim tempie, zwłaszcza, że jedna rzecz interesuje mnie bardziej, inna mniej. Tu jest zorganizowane to tak, że kolejne scenki są podświetlane wtedy, gdy zwiedzający wysłuchają opisu W przeciwnym razie pozostają ciemne. Rozumiem, że zamierzeniem jest pewnie ten efekt światła, ale niestety wolałabym, żeby było to zorganizowane inaczej. Jak wspomniałam, były takie ekspozycje, przy których chętniej postalibyśmy dłużej np. przy przekroju mrowiska, niedźwiedziach, a przy innych krócej. No, ale suma sumarum miejsce na pewno warte odwiedzenia. Polecam.




Kolejnym punktem wycieczki był oczywiście rezerwat żubrów :) Jedyny jak znam to ten w Międzyzdrojach, w którym byłam sto lat temu, więc z chęcią zobaczyłam jak wyglądają te w Białowieskim Parku Narodowym. Wyglądają tak samo, albo podobnie, a samo miejsce jest wspaniałe. Duży teren, świetny na spacer w towarzystwie zwierząt. Dzieciaki zobaczyły prawdziwe dziki, wilka, sarny, łosie i inne. 







Na koniec oczywiście plac zabaw i obowiązkowe głaskanie Konika Polskiego. 




Weekend na Podlasiu uważam za udany. I choć do Białegostoku dojechać nam się tym razem jeszcze nie udało, to jest światełko w tunelu, że wreszcie te tereny zaczną mi się przyjemnie kojarzyć. A znajomości internetowe? No cóż, może się okazać, że my tu na blogach znamy się dużo lepiej niż ci, którzy znają nas osobiście od lat. Oczywiście pod warunkiem, że jesteśmy sobą ;)