środa, 16 października 2019

Jak wychować dziecko dwujęzyczne część 1.


Jako, że każdy rodzic marzy o tym, by jego dziecko znało przynajmniej jeden język obcy, w dzisiejszym wpisie chciałabym podzielić się z wami moim doświadczeniem w nauczani. Czy warto zaprzątać maluchowi głowę słówkami i gramatyką innego języka niż polski? Oczywiście, że tak! Im wcześniej dziecko ma kontakt z językiem obcym, tym lepiej.


Zacznijmy może od przypomnienia czegoś, o czym w zasadzie każdy wie. Mając z nim bezpośredni kontakt, dziecko przyswaja język ojczysty w sposób naturalny. Na początku tylko słyszy, potem rozumie, a na końcu zachodzi interakcja i faza produkcji, w której dziecko jest w stanie podjąć z nami dialog. Na pewno kojarzycie rozmowy z niemowlęciem, obojętne, czy to waszym, czy w rodzinie lub u znajomych, kiedy to wydawało wam się, że mówicie do ściany, prawda? :) Leży taki maluszek w łóżeczku, kompletnie nie reaguje, a my gadamy do niego jak najęci, wierząc, że eksperci się nie mylą i coś tam do niego dociera. Często gdy zaczynamy czytać pierwsze książeczki reakcji nadal brak, ale już starszy maluch doskonale potrafi pokazać to, o czym czytamy, a potem nawet sam powiedzieć co znajduje się na obrazku. Jako kilkulatek ma już taką wprawę, że jest w stanie "sam" przeczytać ulubioną historię, ponieważ zna ją świetnie na pamięć. W ten właśnie sposób, dziecko uczy się i przyswaja język, wzbogaca słownictwo, rozwija i poszerza gramatykę. 
No dobrze, tak dziecko przyswaja pierwszy język, ale co zrobić, by było dwujęzyczne? Aby nasz maluch posługiwał się co najmniej jednym językiem obcym dobrze, również musi mieć z nim kontakt. Jeżeli wychowuje się w rodzinie, w której mama lub tata są obcokrajowcami (o czym będzie szczegółowo niżej) lub mieszka za granicą, przyswaja oba języki w tym samym czasie. Pozostałe dzieci najpierw uczą się języka ojczystego, a w drugiej kolejności obcego. Podczas gdy dla pierwszej grupy wystarczy mieć pod ręką rodzica, innego członka rodziny czy po prostu rówieśników w otoczeniu, druga grupa dzieci wymaga posiadania nauczyciela. Poprzez nauczyciela należy rozumieć tu kogoś, kto da mu pewne wzorce i poprowadzi go w świat drugiego języka, niekoniecznie osoby z wykształceniem pedagogicznym.

Od czego zacząć.

Małe dziecko uczy się języka przede wszystkim ze słuchu, dlatego też naukę można rozpocząć już na bardzo wczesnym etapie jego rozwoju. Jeżeli mama lub tata znają język dobrze, mogą sami stać się nauczycielami dla swojego dziecka. Jeżeli jednak poziom twojej znajomości języka nie jest wystarczający, by w pełni poprawnie przekazać go swojemu dziecku, lepiej tego nie rób! Pewne złe nawyki i wiedza, głęboko zakorzenione w dzieciństwie, są potem bardzo trudne do wyeliminowania. Może się wam to wydać dziwne, ale mam tego mnóstwo przykładów na co dzień. Mija bardzo wiele czasu, zanim uda mi się nauczyć dorosłego poprawnej formy, gdy od dziecka był nauczony czegoś źle, ponieważ odpowiedź przychodzi mu do głowy naturalnie .
Jeżeli nie znasz języka lub twój poziom nie jest zbyt dobry, nie przejmuj się. Jest wiele rzeczy, które możesz zrobić, by wprowadzić malucha w świat języka obcego, a potem "oddać" go w ręce fachowca lub stworzyć mu z nim naturalny kontakt np. z rówieśnikami z innego kraju. 

 Poniżej przedstawię wam listę sprawdzonych przeze mnie metod nauczania języka nie tylko moich dzieci, ale również moich uczniów. 

Co możesz zrobić, gdy nie znasz języka

* Oglądajcie bajki w oryginale. Moje dziewczyny od samego początku oglądały bajki tylko po angielsku. Może wam się wydawać to torturą dla dziecka, ale de facto maluchowi absolutnie to nie przeszkadza. Jako, że dzieci lubią oglądać te same bajki tysiące razy, osłuchują się z językiem i przede wszystkim domyślają treści na podstawie tego co widzą. Zaczynaliśmy od "Świnki Peppy" Wiem, że nie wszyscy rodzice pałają do niej miłością, ale jest to cudowna bajka pod wieloma względami. Przede wszystkim jest to prosta animacja, pozwalająca dziecku skupić się na treści. Zdania wypowiadane przez bohaterów są proste, wymawiane wyraźnie i głośno. Jest to szalenie ważne, jeśli bajka ma spełniać funkcję nauki. Wyobraźcie sobie, czego nauczyłoby się dziecko od choćby sepleniącego Kaczora Donalda... (swoją drogą to ja mam problem w rozumieniu go, gdy mówi po polsku) 
Bardzo ważne jest, by zacząć oglądać bajki w oryginalnej wersji od samego początku. Zdarza się, że rodzice chcą przełączyć język na inny, gdy dziecko ma kilka lat i to jak domyślacie się spotyka się z ostrym sprzeciwem. Dziecko nauczone oglądania bajek po polsku, nie będzie chciało wysilać się na rozumienie czegoś, o czym nie ma pojęcia. Jeżeli nie wierzycie, że to działa to powiem wam, że moje dziewczyny doskonale potrafią powiedzieć o czym jest bajka i co się dzieje. Oczywiście nie rozumieją wszystkich szczegółów, ale czy to ważne? Wszystkie bajki Disneya oglądają więc po angielsku, natomiast oczywiście klasyki takie jak Pszczółka Maja, czy Miś Uszatek, oglądają po polsku, żeby nie było, że mam jakieś skrzywienie ;) Już mając jeden rok potrafiły powiedzieć kilka słów, których nauczyły się właśnie z bajek. Jeżeli nie znacie języka i wiecie, że nie możecie sami dziecka pewnych rzeczy nauczyć, jest to bardzo dobra metoda.

Jeśli jesteście na wakacjach za granicą, włącz lokalną TV zamiast filmu na tablecie, czy komórce. Starszemu dziecku możesz nawet wytłumaczyć, że mówią np. po francusku, po niemiecku czy chińsku. To dobry trening dla ucha, nawet jeśli nie uczy się danego języka.

* Czytajcie książeczki w języku obcym! Nie orientuję się w innych, ale po angielsku są np. bardzo ciekawe serie Disneya dwujęzyczne. Jeżeli dziecko lubi danego bohatera, z większą chęcią zasiądzie do czytania. Na początku staraj się wybierać pozycje proste, z dużą ilością obrazków lub takie które maluch zna. W ten sposób będzie wiedział o co chodzi i nauczy się nowych słów kojarząc z treścią, która nie jest mu obca. Pokazuj to o czym czytasz, albo od czasu do czasu przetłumacz. Na pewno nie zaszkodzi. Ja tak właśnie postępuję przy trudniejszej treści, gdy czytamy pierwszy raz. Potem dziewczynki już pamiętają o co chodzi.

Jeżeli znasz język.

W sytuacji takiej, w której przynajmniej jedno z rodziców zna język bardzo dobrze, postępuj jak wyżej :) Wszystkie bowiem metody przedstawione do tej pory również mają tu zastosowanie. Jest jednak kilka innych rzeczy, które możesz zrobić.

* Staraj się mówić do dziecka, najlepiej w sytuacjach naturalnych, nie wymuszonych. Ja od małego do dziewczynek mówiłam np. "Let's go", gdy wychodziłyśmy, czy "What are you doing?" Doskonale rozumieją o co chodzi. Czasem odpowiedzą po angielsku, czasem po polsku. Nie poprawiam, nie zwracam na to uwagi.

* Czasem powiedz coś do małżonka w języku obcym. Pamiętaj, że dziecko słucha i chce zrozumieć. Postara się więc jeszcze bardziej, by wiedzieć o czym jest mowa. Wiem co mówię ;)

* Słuchaj i śpiewaj piosenki! Ja osobiście zaczęłam uczyć się angielskiego, ponieważ bardzo chciałam rozumieć piosenki. Jako, że czasy były jakie były, nie miałam możliwości wejść np. na www.tekstowo.pl i sprawdzić słów. Musiałam słuchać odpowiednią ilość razy i próbować zrozumieć, o czym śpiewają. Oczywiście nie zawsze mi się to udawało. Gdy już jako dorosła osoba, która dość dobrze już posługiwała się językiem, słyszałam niektóre piosenki sprzed lat, uśmiechałam się pod nosem przypominając sobie co wtedy rozumiałam, a co faktycznie tam śpiewają. Do czego zmierzam. Słuchanie piosenek, wspólne śpiewanie to wspaniała nauka i to nie tylko słownictwa. Przede wszystkim to świetny trening wymowy, ponieważ, żeby nadążyć za wokalistą, musimy nauczyć się dobrze pracować między innymi językiem, ustami, szczęką. Dzięki piosenkom, ćwiczymy również płynność mówienia, tak bardzo potrzebną później w komunikacji z drugim człowiekiem. Nie ważne jak śpiewacie. Róbcie to jak najczęściej! Nie muszą to być piosenki dla dzieci, które są masowo dostępne w internecie (np. dla maluchów www.supersimple.com) Mogą to być wasze ulubione przeboje, które lecą w radiu. Kiedy jedziemy do przedszkola, czy na wakacje, często śpiewamy właśnie "przeboje dorosłych" jak to mówią dziewczyny. I niech wam się nie wydaje, że to nie ma sensu. Podam wam przykład. Dziewczyny lubią wokalistę hiszpańskiego Alvaro Soler. Misia potrafi zaśpiewać w tym języku kawałek, a Elsa całą piosenkę wraz ze mną. Oczywiście żadna z nas nie wie o czym śpiewa, żeby nie było, ale śpiewamy, bo to jest fajne. Chodzi o trening ucha, pamięć i przygotowanie do późniejszej nauki. Jeśli w przyszłości zdarzy się tak, że będą miały do czynienia z hiszpańskim, wystarczy, że dowiedzą się, co te słówka znaczą. Natomiast jeśli chodzi o angielski, wyłapują słowa, które już znają, albo zdania, których nie rozumieją i pytają co one oznaczają. W ten sposób naturalnie przyswajają pewne rzeczy.


* Jeżeli masz ochotę, kup dziecku zagadki lub zabawy z językiem obcym. Są one dostępne w Empiku, w księgarni językowej, albo po prostu w internecie. Baw się z dzieckiem i ucz przy okazji. 

* Będąc na wakacjach za granicą, zachęcaj dziecko do używania języka. Może na przykład samo kupić lody, czy napój. Oczywiście nie ma przeszkód w tym, by rodzic mu towarzyszył i przypominał co ma powiedzieć. 

Rodziny dwujęzyczne.

Rodziny, w których mama, albo tata pochodzą z innego kraju, są od samego początku na wygranej pozycji. Nie muszą bowiem szukać kontaktu z językiem obcym, nie muszą płacić dzieciom za lekcje i nie muszą zastanawiać się, kiedy taką naukę rozpocząć. Ale takim rodzinom nie zawsze jest łatwo. Podczas gdy my pracujemy nad tym, by nasze dziecko mówiło poprawnie w języku ojczystym, ich dzieci muszą uczyć się dwóch jednocześnie. Jeżeli jesteście właśnie w takiej sytuacji, zaraz podpowiem co jeszcze możecie zrobić, by wasz maluch jak najlepiej posługiwał się polskim i drugim językiem. Przede wszystkim nie panikujcie i dajcie dziecku czas, by mogło w swoim tempie przygotować się do ich użycia :) 

Co więc zrobić, by dziecku ułatwić naukę?


* Przede wszystkim mówcie do dziecka jak najwięcej! Podzielcie role np. mama mówi tylko po polsku, tata np. po angielsku. Dziecku będzie łatwiej poukładać wszystko w głowie. 

* Nie oczekujcie rezultatów od razu. Dzieci dwujęzyczne często zaczynają później mówić - w końcu one muszą zrobić podwójną robotę. To naturalne, że dziecko najpierw nauczy się słuchać i rozumieć, a dopiero potem przejdzie do fazy aktywnego użycia języka. Nie zniechęcajcie się i czekajcie na moment, w którym zobaczycie owoce waszej pracy.

* Naukę języka traktuj jako naturalny proces. Niech maluch nieświadomie przyswaja języki w życiu codziennym i zabawie. Nie zmuszaj go do siedzenia nad książkami i wypełniania zadań. Nie ma takiej potrzeby. 

* Do znudzenia czytajcie książeczki! Pokazujcie obrazki. Pamiętajcie, by być ekspresywnym, zmieniać ton głosu, imitować różne postacie z bajek. To ma być dla dziecka miło spędzony czas, nie przymus.

* Bawcie się w różne zabawy z wykorzystaniem języka, nawet najprostsze np. w chowanego. ( można odliczać w języku obcym, krzyknąć "Mam cię"! itp.) 

* Nie przejmuj się jeśli dziecko używa dwóch języków w jednym zdaniu np. To jest moja hand. Słowo w języku obcym może być po prostu łatwiejsze do wymówienia, dlatego dziecku łatwiej jest właśnie w ten sposób coś zakomunikować. Gdy Elsa miała około roku, przychodziła do mnie i mówiła"apple", gdy chciała jabłko. Oczywiście doskonale rozumiała słowo polskie, ale łatwiej jej było wyrazić komunikat w języku obcym, ponieważ słowo "apple" było dla niej prostsze niż "jabłko" Wraz z rozwojem mowy, dziecko naturalnie odróżnia język i używa tylko jednego do wyrażenia jakiejś potrzeby. Nie powtarzajmy jednak za dzieckiem "Czy chcesz apple?" Mówmy po polsku lub w języku obcym zdanie pełne i poprawne. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie nauczyć go obu słówek poprawnie. 

* Mów do dziecka normalnie, wyrazy wymawiaj wyraźnie i poprawnie. Nie "udziecinniaj" ich, ponieważ będzie to skutkować niepoprawną wymową. Jeżeli dziecko powie wyraz po swojemu, powtórz go tak, jak powinien być wymówiony prawidłowo. 

* Ucz prawidłowej gramatyki poprzez poprawianie, ale nie cały czas, by dziecko nie było sfrustrowane, że ciągle popełnia błędy. Jeśli chodzi o angielski, małe dzieci na przykład ucząc się czasu przeszłego używają końcówkę regularną do każdego czasownika (np. mówią I buyed zamiast I bought) Wystarczy bez słowa powtórzyć po dziecku okazując zainteresowanie: Oh, you bought it! Podajesz prawidłową formę, a dziecko nie odczuwa tego jako wieczne poprawianie. W pewnym momencie zacznie mówić już poprawnie.

* Poproś dziecko o powtórzenie trudniejszego słowa lub dźwięku. Możesz kucnąć, lub wziąć malucha na kolana, by widział wyraźnie twoje usta. Umiejętność prawidłowego układania języka czy ust jest bardzo ważna. 

Podsumowanie

Pamiętajmy, że nauka języka jest procesem, nie da się przeskoczyć pewnych faz jego rozwoju. Kiedyś miałam ucznia, który skończył prawo i na pierwszych zajęciach poprosił mnie, żebym przygotowała mu najpotrzebniejsze słówka i zagadnienia gramatyczne, coś na styl swoich studiów. Chciał się tego nauczyć oczekując, że będzie już znał język. Uśmiechnęłam się i niestety musiałam go rozczarować mówiąc, że w tym przypadku tak to nie działa. Owszem, można na szybko nauczyć się podstawowych zwrotów, ale na dłuższą metę to nie wystarczy.

Nauka języka to nie tylko bycie komunikatywnym. W późniejszej fazie, dziecko musi nauczyć się pisać i czytać. Tak samo jak w nauce jednego języka, nie zmuszajmy malucha do czegoś na co nie jest gotowy. Dziecko potrafi doskonale komunikować się na długo zanim będzie w stanie coś przeczytać, czy napisać. 
O tym, że wszystko co robię działa, przekonałam się w zeszłym roku, kiedy to w maju pojechaliśmy do Chorwacji. Elsa nie miała jeszcze wtedy 4 lat. Domek obok zamieszkiwało małżeństwo ze Szkocji z dwójką dzieci. Jedno z nich, dziewczynka, było w tym samym wieku co moja starsza córka. Nie powiem, na początku wstydziła się podejść do niej, ale zachęciłam ją, żeby powiedziała "Hello" I tak się zaczęło. Nie uwierzycie, dzieci świetnie się dogadywały, po swojemu, ale używając języka angielskiego. Rozumiały też co mówiła tamta dziewczynka, a jeśli nie, to pokazywała im o co chodzi. Rozmawiałam potem z mamą Anny (tak miała na imię mała Szkotka ;) ) i mówiła, że była pod wrażeniem tego, jak Elsa radziła sobie po angielsku. Misia wiadomo, nie miała jeszcze 3 lat, więc mówiła jakieś pojedyncze słowa, a to już coś. Trudno było je podsłuchiwać, ponieważ przemieszczały się z prędkością światła, ale kiedy np. Elsa przybiegła do domu zrobić siusiu, zapytałam gdzie Anna, odpowiedziała mi, że czeka. Zainteresowało mnie co do niej powiedziała, więc kiedy zapytałam o to zdziwiona Elsa mówi: No jak to co, powiedziałam "Stay and wait for me" :)) 

Języka można się nauczyć, albo można go przyswoić. Ja staram się, żeby jak najwięcej w tej nauce było właśnie tego drugiego. By dziecko, czy nawet dorośli, których uczę, jak najczęściej naturalnie używali języka i nie myśleli o tym jak to trzeba powiedzieć, a przede wszystkim nie tłumaczyli z języka polskiego. To stara metoda, lubiana przez starszych nauczycieli, metoda tak zwanej translacji. Uważam, że jest zła, ponieważ uczy dziecko, dorosłego myślenia po polsku i przekładania na drugi język. My mamy nauczyć się w tym języku obcym myśleć, tłumaczenia zostawmy specjalistom. Tym bardziej, że składnia języka polskiego znacznie różni się od innych języków i raczej przeszkadza w nauce niż pomaga. 

Pamiętajmy również o indywidualnych predyspozycjach dziecka. To nie prawda, że dziecko zawsze nauczy się łatwiej niż dorosły. Uwierzcie mi, nie wszystkie dzieci mają do tego talent. Jeżeli maluch jest słuchowcem, nauczy się dużo szybciej niż wzrokowiec. Humanistyczny umysł łatwiej przyswoi pewne rzeczy niż ścisły. Ale to nie znaczy, że nie można osiągnąć tego samego rezultatu. Przede wszystkim nie można porównywać dziecka z innymi (jak w każdym zresztą aspekcie) Każdy uczy się w swoim tempie, dostosowanym do jego umiejętności i możliwości. 
Pomimo tego, że sama jestem nauczycielką, nie mam jakiejś szczególnej presji na nauczenie dzieci języka obcego zbyt wcześnie. Oczywiście chciałabym, żeby w przyszłości posługiwały się angielskim bardzo dobrze, a dwoma innymi językami choćby komunikatywnie, ale dla mnie najważniejsze jest, by była to dla nich przyjemność. By wiedziały, że uczą się dla siebie, a nie dla ocen w szkole. By czuły, że ten język jest im niezbędny w pracy, w podróżach, w zabawie.

* Część druga tematu wkrótce :)



poniedziałek, 14 października 2019

Gdy dziecko nie szanuje rodzica.



Witam was w nowym tygodniu w ten przecudny słoneczny dzień:) Taką jesień naprawdę lubię, ponieważ można w pełni skorzystać z jej uroków. Jak wam minął weekend? My wczoraj chcieliśmy pierwszy raz zabrać dziewczynki na Farmę Dyń, gdzie również znajduje się nazwę to mini zoo. Są króliczki, alpaki, kózki, można przejechać się wozem z sianem i pobawić na placu zabaw. Wszystko fajnie, ale tylko w teorii. W rzeczywistości wygląda to tak, że dziesiątki ludzi miały ten sam pomysł co my. Kiedy z okna samochodu zobaczyliśmy ogromną kolejkę do wejścia (pomimo tego, że godzina była dość wczesna) stwierdziliśmy, że mowy nie ma. Godzina czekania, a wewnątrz pewnie nie lepiej. Żal tylko tych zwierząt, które muszą przeżyć inwazję dotykających ich dziecięcych rączek, wpychających im do pyszczka na siłę marchewki (można przynieść swoje i karmić) Może uda się zajrzeć kiedyś w tygodniu. Zamiast tego, udaliśmy się do pobliskiego Parku Kultury Powsin. Teren jest ogromny, można naprawdę aktywnie spędzić czas. I to nie tylko na placu zabaw, ale można również przygotować samodzielnie grilla, czy ognisko, zagrać w koszykówkę, pospacerować i nawet uzbierać grzyby, ponieważ cały park w zasadzie znajduje się w lesie. Niestety nie byliśmy przygotowani ani na rowery (a to miejsce wręcz idealne do jazdy) ani na grillowanie, ale sam widok i zapach jedzenia zachęcił nas do zrobienia własnego po powrocie do domu :) Było tak ciepło, że jeszcze po zapadnięciu zmroku siedzieliśmy w ogródku (przy świetle, żeby nie było, że po ciemku ;) ) Na koniec bawiliśmy się w chowanego, co nie było już takie łatwe jak wtedy, gdy jest widno. Wieczorem Misia poprosiła zamiast książeczki na dobranoc teatr cieni, więc szybko zorganizowaliśmy białe prześcieradło i zrobiliśmy dla nich jedną bajkę. Po jej zakończeniu pytam, czy im się podobało, na co Elsa odpowiada, że było... męcząco :)) Hahaha. Spojrzeliśmy na siebie z mężem i stwierdziliśmy, że widocznie nasz talent aktorski jest wątpliwy, ale potem okazało się, że było "męcząco", bo dziewczyny były mega zmęczone. Po chwili już spały ;) 

No, ale przejdźmy do dzisiejszego tematu, który jest związany z wydarzeniami minionej soboty. Zanim dojdę do sedna, zrobię tło dla tego, czym chciałam się z wami dziś podzielić. A więc w grupie Elsy jest dziewczynka, która ma starszego tatę, na wygląd około 50. Kilka razy już moja córka mówiła mi, że koleżanka nie lubi taty, jest niedobra dla niego, dokucza mu. Sama byłam świadkiem jak w zeszłym roku kłóciła się z nim w szatni, kiedy kazał jej zakładać ciepłe spodnie zimą. Na dodatek Elsa mówiła, że koleżanki tata to leń, bo nic nie robi tylko leży w domu na kanapie i ogląda telewizję. Potwierdziła to sama Marta, kiedy była u nas. Starałam się bronić tatę, mówiąc, ze pracuje fizycznie (co jest zgodne z prawdą), więc na pewno jest zmęczony, ale to na nic. Mała twierdziła, że on nigdy nic nie robi, więc nie próbowałam więcej zabierać głosu w tej sprawie. W ten weekend dziewczynka ta obchodziła swoje urodziny. Jej mama poprosiła mnie o zrobienie dla niej tortu, na co oczywiście się zgodziłam. Wyobraźcie sobie, że ten tata nie był obecny na tych urodzinach, które odbywały się w małej salce zabaw niedaleko od domu. Co gorsza, zawiózł je tam (mamę i córkę), ale nie został. Potem tylko przyjechał zabrać je do domu. I wiecie co, kompletnie nie rozumiem takiej sytuacji. Gość faktycznie nie jest towarzyski, pewnie i pracuje ciężko (a kto nie pracuje), jest starszy, więc może mu się nie chce, ale żeby do swojego dziecka na te 2 godziny nie móc przyjechać i popatrzeć jak dmucha świeczki? Być może w domu była impreza też dla rodziny, ale ja sobie nie wyobrażam, że organizujemy córce urodziny w lokalu i ojciec jest nieobecny. Co innego, gdyby faktycznie pracował, wyjechał, miał coś innego ważnego do zrobienia, ale oglądanie telewizji? Skoro ja, obca baba, mogłam poświęcić dla niej czas, by zrobić tort, to własny ojciec nie może? Do czego zmierzam. Nie wiem, nie znam dokładnie relacji tych ludzi, być może pan nie chciał tego dziecka, może tylko ona chciała, ale to już pomijam. Skoro to dziecko już jest, to jak można być tak egoistycznym i na tyle leniwym, żeby nie chcieć z nim spędzać czasu. Liczy się tylko własna wygoda i własne cele. Nie oceniam, ale nie po raz pierwszy widzę, że ludziom po prostu dziecko w pewnym momencie przeszkadza. I tu dochodzę do konkluzji. Jak dziecko ma szanować rodzica, skoro rodzic nie szanuje dziecka? Jeszcze teraz ona jest mała i wszystko kręci się wokół teoretycznie "małych" rzeczy, jak nieobecność na uroczystości w przedszkolu, czy urodzinach, ale co będzie, gdy ona dorośnie? Czy będzie w stanie dać jej wsparcie? Niedawno znów usłyszałam teorię, że ojciec nie jest dziecku potrzebny, gdy jest małe (już o tym kiedyś pisałam, a tu proszę, to nie odosobniony przypadek) Ja wiem, że dla niektórych mężczyzn wychowanie dziecka nie przychodzi naturalnie tak jak matce, ale można się wszystkiego nauczyć, trzeba tylko chcieć się zaangażować. I powiem wam, że było mi smutno. Kiedy jedliśmy kolację, Elsa pyta, czy "jutro jest poniedziałek już, bo chciała koleżance pokazać jakąś zabawkę w przedszkolu" Odpowiedziałam, że nie, że niedziela. Zrobiła się trochę smutna, a ja miałam okazję, by nawiązać do tematu urodzin. Powiedziałam jej, że niedziela jest dla nas, dla rodziny, żeby rodzice też mogli nacieszyć się dzieckiem. A potem zapytałam ją i Misię: "Jak myślicie, jak czuła się Marta, gdy tata przywiózł ją i mamę na urodziny a sam nie został?" Obie się zamyśliły, a ja kontynuowałam, że na pewno było jej smutno. To nie jest tak, że chcę u nich jakiegoś poczucia wdzięczności za to, że spędzamy z nimi czas. Nie robimy tego z obowiązku, ale chcę, żeby wiedziały, że to lubimy, chcemy z nimi być, bawić się, robić coś wspólnie. Ale też niech wiedzą, że nie zawsze tak jest, że czasem ten rodzic obecny jest w życiu dziecka tylko ciałem. A tak naprawdę go nie ma. 


I na koniec tak się zastanawiam jak to jest z tym szacunkiem. No bo niby uczono mnie, że trzeba mieć szacunek do każdego prawda? Ale z drugiej strony, dzieci uczą się na przykładzie i jak taki maluch ma odwzajemnić coś, czego od rodzica nie dostaje? Bycie rodzicem z nazwy, chyba nie wystarczy. 



Kochani, życzę wam cudownego tygodnia, ma być naprawdę cieplutko (przynajmniej u nas) także korzystajcie z uroków jesieni. Jak to stwierdziły moje dziewczynki, pani jesień ma co robić, jeszcze tyle liści musi pomalować kolorowymi farbami, bo nadal są zielone :)




poniedziałek, 7 października 2019

Przedszkolna rzeczywistość.


zdj:pixabay
Zaczął się kolejny tydzień. Jak czas będzie płynął tak szybko to za chwilę będą Święta. Eh, a dopiero co wracaliśmy z wakacji :( Weekend u nas był słoneczny, choć dość chłodny. Szkoda, że tak szybko minął, bo mieliśmy cudownych gości, przy których czas płynie jeszcze szybciej :) Nie wiem, czy to właśnie dlatego, czy z wewnętrznej potrzeby, w piątek poświęciłam się myciu okien :) Choć wieczorem zaowocowało to bólem ręki, to byłam zadowolona z efektu, więc w zasadzie Święta mogą już przyjść (zanim deszcz znów zabrudzi czyste szybki) Zrobiłam też lekką dekorację jesienną, pomimo tego, że pelargonie nadal pięknie kwitną. Także na narożnym oknie przy wejściu jedna część jest jesienna a druga letnia ;) No, ale żeby nie było tak cudownie to uwaga, będę trochę narzekać. Na przedszkole, na rodziców innych dzieci, no i tak ogólnie :) 

Większość spraw organizacyjnych w przedszkolu, miała miejsce w czasie naszego urlopu. Byłam więc w kontakcie z zaprzyjaźnioną mamą koleżanki Elsy, by być w miarę na bieżąco. I doznałam pewnego szoku, ale do tego dojdę za chwilkę. Nasze przedszkole, a w zasadzie pani dyrektor jest bardzo ambitną osobą. Nie powiem, placówka cieszy się bardzo dobrą opinią w okolicy i dostać się do niej jest bardzo ciężko, gdyż znajdują się tu zaledwie 3 grupy. Nie wiem jakim cudem udało się zrekrutować Elsę, bo z Misią były przecież ogromne przejścia, zamienianie się itd. (pomimo, że miała dodatkowe punkty za rodzeństwo) Muszę z czystym sumieniem stwierdzić, że wszystkie nauczycielki pracujące w naszym przedszkolu to pasjonatki, które nie tylko uwielbiają pracę z dziećmi, bo to widać, ale przede wszystkim są bardzo dobrymi pedagogami. Robią z dziećmi bardzo dużo ciekawych rzeczy, wkładają wiele pracy i wysiłku w przygotowanie imprez i różnych innych zajęć. Wszystko super. Mam jednak takie uwagi. Może nie uwagi, ale przemyślenia i ciekawa jestem jak wy to widzicie i jak jest u was, w waszych przedszkolach. Zacznę może od płatności. Za opiekę do godziny 13 nie płacimy nic. Za każdą dodatkową godzinę (co deklarujemy na początku roku) należy zapłacić 1zł. I to jest ok, suma niewielka. Materiały biurowe - koszt około 40zł, też w porządku (biorąc pod uwagę 100zł , które wydawałam na ten cel w żłobku) Do tego przez ostatnie 2 lata płaciliśmy 100zł na Radę Rodziców (za 1 dziecko, 1 semestr) Gdy byliśmy na wakacjach, odbyło się zebranie rodziców, na którym przewodnicząca Rady zaproponowała 150zł, gdyż podobno panie miały problem z "wyrobieniem się" w tych 100. Czyli teraz, zamiast 200zł rocznie, płacimy 300zł. I tak naprawdę nie chodzi już tak bardzo o sumę, bo każdy mi powie, że marudzę, przecież dostaję 500+, ale chodzi o to na co te pieniądze są wydawane. Część z nich przeznaczona jest na imprezy, wycieczki, Dzień Dziecka. Ale argumentem pani z Rady było to, że np. brakuje im na prezenty na Mikołajki. Trudno mi jest uwierzyć, że kiedyś jakoś dało się za 200zł kupić prezenty, jechać na wycieczki itd. a teraz nagle potrzeba aż 50% więcej. Tym bardziej, że te prezenty absolutnie mi się nie podobają. Zabawka - ok. I tyle. Na tym powinni skończyć, a gdybyście zobaczyli ile tam jest słodyczy, to głowa by wam spuchła. To nie wszystko. Paczki wyglądają co najmniej tak, jakbyśmy nadal żyli w PRL, czyli pomarańcze, mandarynki, ananasy w puszce. No ludzie, w dzisiejszych czasach mandarynki dzieci mają na co dzień, a po co im ananasy? Czy to jakiś rarytas? Zanim dzieci dostaną paczki, część owoców jest już nieświeża, a ogromną ilość słodyczy musimy po prostu dzieciom wydzielać. Przecież wiadomo, że w tym okresie Mikołajkowo-Świątecznym, dzieci dostają ogromną ilość cukru w różnorodnej postaci, więc kompletnie nie widzę sensu kupowania dodatkowych bzdur na paczki w przedszkolu. Może jakiś lizak, czy coś drobnego. Wychodzi na to, że za nasze pieniądze kupowane są rzeczy, których ja nigdy nie kupuję swoim dzieciom. Wolałabym, żeby za te dodatkowe 100zł rocznie, pojechały na jakąś wycieczkę, albo obejrzały jeszcze jeden teatrzyk. Może się czepiam, ale takie jest moje zdanie. Ale cóż mogę zrobić, skoro podobno na wszystkich dwoje rodziców tylko było przeciw podwyżce. Na zasadzie potrzebne jest więcej? Proszę bardzo, przecież dzieciom nie odmówię. Ja też nie odmówię, ale myślę, że można by wydać te pieniądze na coś bardziej pożytecznego, a nie bzdury.

Kolejna rzecz to podręczniki. Powiem wam szczerze, że kiedyś nie miałam pojęcia, że w przedszkolu dzieci muszą mieć książki! To znaczy domyślałam się, że może w tej najstarszej grupie tak, bo to zerówka, ale czy naprawdę 3-latek musi pracować z podręcznikiem? No i tu też są takie dwie strony medalu. Z jednej to nie powiem, akurat moje dzieci lubią wypełniać jakieś zadania, ale z drugiej, czy naprawdę takie maluchy potrzebują książek? Jeśli u was czegoś takiego nie ma to już spieszę powiedzieć jak to wygląda. A więc dzieci mają taki cały pakiet, czyli podręcznik, ćwiczenia i jeszcze karty pracy, czy jakoś to się nazywa. W podręczniku są same obrazki. Ćwiczenia to albo coś to narysowania, do wycięcia, kolorowania. Takie zadania nie powiem, są fajne, ale czy naprawdę każde dziecko musi mieć swój obrazek przedstawiający pory roku? Czy nie wystarczyłoby, gdyby pani pokazała całej grupie 4 zdjęcia? Te książki zostają w przedszkolu, więc nie ma też możliwości z dziećmi wrócić do tego materiału w domu. Poza tym, gdy patrzę na cały zestaw z zeszłego roku i sprzed 2 lat (na koniec dostajemy wszystko do domu) to widzę, że nie wszystko jest tam zrobione. Niektóre zadania są wykonane nieporządnie i więcej z niż pożytku byłoby, gdyby dzieci może poćwiczyły w domu. Sama nie wiem. Na pewno dla pań jest wygodniej przygotować zajęcia przy pomocy książek, ale po prostu zastanawiam się nad zasadnością siedzenia dziecka nad podręcznikiem kiedy ma 3 lata. Przecież czeka go ileś tam lat nauki w szkole, a przedszkole to przede wszystkim nauka poprzez zabawę. Nie znam się.

Żeby nie było, te moje przemyślenia są z perspektywy rodzica, dzieci absolutnie nie narzekają na to, że muszą siedzieć z książką, czy robić coś, co nie sprawia im przyjemności. Rozmawiałam jednak ze znajomą, która jest dyrektorką przedszkola w innym mieście i ona doznała szoku, gdy dowiedziała się, u nas 3 i 4 latki mają podręczniki. U nich dopiero grupa zerówkowa pracuje z zeszytami ćwiczeń, uczy się liter i cyfr. Nauczycielki są zobowiązane do przygotowania pomocy naukowych, które potem wykorzystywane są dla innych roczników. Jeśli chodzi o płatność (miasto również w województwie mazowieckim) to jest to 40zł miesięcznie na Radę Rodziców, czyli jeszcze więcej niż u nas, bo za cały rok jest to kwota 400zł. Z tym, że kwota ta obejmuje już materiały biurowe, pomoce, imprezy, teatrzyk, a u nas za wszystko trzeba jeszcze płacić dodatkowo. Wprawdzie to i tak wychodzi taniej niż przedszkole prywatne, ale mnie tak naprawdę nie chodzi tutaj tylko o pieniądze. Tak jak wspomniałam, mogę te 100zł dodatkowo zapłacić, tylko niech to nie będzie wydane na bzdury. W zeszłym roku dzieci miały zorganizowane fajne wycieczki do muzeum, na farmę, gdzie uczyły się piec chleb i jechały bryczką, ale to było wszystko dodatkowo płatne. Pozostaje mi wyciągnąć kasę z portfela i zapłacić a z resztą rzeczy się pogodzić. Krzywdy dziecka tu na pewno nie ma ;)

No dobrze, ponarzekałam, więc mogę wracać do pracy ;) Piszcie jak jest u was, może po prostu przesadzam ;)

                               Wspaniałego tygodnia!








środa, 2 października 2019

TEN telefon i kolejna rodzina w komplecie :)


źródło:pixabay.com

Okres oczekiwania na propozycję dziecka jest najtrudniejszym etapem w całym procesie adopcji. Minęły już niestety te czasy, kiedy telefon dzwonił po kilku miesiącach, a czasem nawet tygodniach. I nie dlatego, że dzieci do adopcji nie ma. Są, tylko większość nie jest wolna prawnie, wspominałam już o tym całkiem niedawno. Rodzicom biologicznym daje się w nieskończoność kolejne szanse, podczas gdy dziecko jest coraz starsze i perspektywa normalnego domu odsuwa się w daleką przyszłość. Sami rodzice nie są zainteresowani oddaniem dziecka do adopcji, bo po co, skoro mają z niego korzyści. Program 500+, który akurat osobiście bardzo nam się przydaje, jest ogromnym wrogiem dzieci niechcianych. I wiele innych czynników wpływających na to, że tyle to trwa. Ostatnio dostaję sygnały od wielu osób oczekujących na telefon, że są albo na skraju załamania, albo utraty wiary, że kiedyś to wszystko dobrze się zakończy. Kochani, wprawdzie ja faktycznie na telefon nie czekałam długo, ale sama walka o dziecko to długie lata zakończone procedurą adopcyjną. Doskonale wiem jak to jest mieć nadzieję, że po wakacjach będzie lepiej, że może teraz coś się zmieni. Wiem, że można sobie tłumaczyć, że okres letni to taki przestój, który trzeba przeczekać, ale co, gdy on mija i nic się nie rusza? Nic nie możecie zrobić. To jest najstraszniejsze. Dlatego z pokorą przyjmijcie to, co na obecną chwilę jest wam dane, bo nie znacie dnia ani godziny, kiedy ten telefon w końcu zadzwoni. Właśnie dowiedziałam się, że jedna z par poznanych przeze mnie na kursie, w którym brałam udział jako mama adopcyjna, ma córeczkę. Bardzo cieszę się z tego powodu, mała jest przecudna i strasznie podobna do mamy :) Wiele razy powtarzam wam, że decyzja o adopcji była dla nas jak wygrana na loterii. Od koleżanki usłyszałam dokładnie to samo, że była to najlepsza decyzja w ich życiu, a że mama biologiczna jest młoda, to z otwartością czekają na rodzeństwo. Już nie liczą się lata bólu, rozczarowań i oczekiwanie na telefon. Jest tylko pełnia szczęścia i spełnione marzenia. Dlatego kochani życzę wam pomimo tego, że jest coraz trudniej, byście wytrwali i doczekali momentu, w którym wszystko to, co dzieje się teraz, będzie tylko wspomnieniem. Choć wydaje się, że jest cisza, to telefony dzwonią i pewnego, pięknego dnia zadzwonią również do was i tego dziś wam życzę :) 



poniedziałek, 30 września 2019

Gdy mocy i dziecka brak.



Wczoraj byliśmy na festynie parafialnym w naszej okolicy. Było fajnie, darmowe kiełbaski z grilla, ciasto, dmuchańce, karuzela, czyli wszystko czego potrzeba dzieciom, by fajnie spędzić niedzielę :) No, ale nie o tym chciałam wam dziś napisać.  Odbyły się również dwa koncerty, jeden dla dorosłych i jeden dla dzieci. W trakcie tego drugiego padła zapowiedź piosenki dla wszystkich mam: bo mamy są wyjątkowe, mają moc, której nie ma nikt inny. I tu pytanie: co to za moc? Nikt nie wiedział, więc usłyszeliśmy, że to moc rodzenia dzieci. No i przy aplauzie zespół zaśpiewał piosenkę. Rozejrzałam się dookoła i pomyślałam sobie, że pewnie wśród tego tłumu są tacy ludzie jak my, tacy, którzy nie mogli tego dziecka mieć i tacy, którzy jeszcze się starają. I jakoś tak poczułam się dziwnie. Dziś rano, gdy ubierałyśmy się do przedszkola, moja młodsza córka zapytała mnie: "Mamusia, a czemu ty nie miałaś mocy, żeby urodzić dzidziusia?" Trudne pytanie. Przez chwilę przez myśl przeszło mi, że może dlatego, że za słabo się modliłam, no, ale znam osoby, które modliły się bardzo dużo, a ciąży też się nie doczekały. Odpowiedziałam więc, że nie wiem dlaczego, że niektóre mamusie pragną mieć dzidziusia, ale nie mają mocy, by je urodzić. "I wtedy te dzieci rodzą się z innych brzuszków?", zapytała Elsa. Tak, a mamusie mają za to moc w serduszku, by pokochać dzieci takie dzieci, które urodziły się gdzie indziej. Potem opowiedziałam im kolejny raz jak pojechaliśmy po nie, jak czekały z innymi dziećmi i jak cieszyliśmy się, że jesteśmy już razem. Do przedszkola wpadłyśmy w ostatniej chwili. Nie planowałam takich rozmów na dziś rano, ale cóż, taka była potrzeba. Zgodnie z radą pani psycholog nie podejmuję na siłę tematu adopcji. Tak jak mi powiedziała, dziecko już wie i ono samo przyjdzie z pytaniami. A ja mam być gotowa, by na nie odpowiedzieć. Chyba nie bardzo byłam gotowa, by powiedzieć dlaczego nie miałam mocy, by urodzić. Może po prostu musi być równowaga w przyrodzie. Dziecko samo w sobie jest darem, obojętne, czy mamy moc je urodzić, czy nie. 

Dobrego tygodnia kochani.

czwartek, 26 września 2019

Pierwszy krok.


Na początku wakacji zaproponowałam Elsie, że odepniemy od rowerka boczne kółka. Nie chciała. Niby Misia zadeklarowała się, że ona jest gotowa, ale jakoś tak wyszło, że jednak te kółka pozostały. Dziewczyny szalały więc na rowerkach w niezmienionej postaci oraz na hulajnogach. Może raz wspomniałam jeszcze o odpięciu kółek, ale i tym razem moja starsza córka nie wykazała chęci, więc odpuściliśmy stwierdzając, że młodsza na spokojnie ma czas. Podczas pobytu na kempingu, stała się rzecz niebywała. Na wyposażeniu domku były bowiem rowerki dla dzieci, ale ... bez bocznych kółek. Na pytanie Elsy co my teraz zrobimy stwierdziliśmy, że jeśli chcą z nich skorzystać to będą musiały nauczyć się jeździć bez dodatkowych kółek. Rowerki stały tak sobie oparte o domek, a na drugi dzień dziewczyny stwierdziły, że spróbują. Nie uwierzycie, ale moja starsza córka wsiadła na ten rower i po prostu pojechała! Wprawdzie bałam się, że wyląduje na drzewie, bo chwiała się jak brzoza na wietrze, ale szło jej świetnie! Nie powiem, zawsze miałam przed oczami horror rodzica biegnącego za rowerkiem dziecka trzymając specjalny kij lub garbiącego się i cierpiącego, bo musi pomóc maluchowi utrzymać balans. A tu zero takich scen. Elsa była strasznie dumna z siebie a my z niej! To było niesamowite, czułam się trochę tak jak wtedy, kiedy postawiła pierwszy krok. Młodsza córka przyglądała się całemu wydarzeniu i po chwili wybuchnęła płaczem. Kucnęłam przy niej i zapytałam o co chodzi, na co odparła, że też chciałaby jeździć tak jak siostra. Wytłumaczyłam jej, że na pewno niedługo też się nauczy, przecież jest młodsza, ma na spokojnie czas. Ale moje ambitne dziecko uznało, że czas widocznie nadszedł, bo ćwiczyła jazdę, która niestety nie przynosiła takich rezultatów jakie by chciała, bo nadal nie potrafiła pojechać sama. Opuszczając kemping potrafiła wprawdzie utrzymać równowagę, ale trzeba było ją asekurować, bo jak to potocznie można by było powiedzieć "leciała na boki" Po powrocie do domu, wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową. I co? Misiaczek wsiadł na rowerek i też pojechał :))) Nawet nie wiecie jak ten maluch się cieszył, a rodzice razem z nim pękali z dumy. Dopięła swego, jeździ tak jak siostra, choć jeszcze nie zawsze uda jej się dobrze ruszyć i musi ustawić pedały w odpowiedniej pozycji. I powiem wam, że kolejny raz przekonuję się, że na wszystko przychodzi odpowiedni czas, że nie można dziecka do niczego zmuszać. Z drugiej jednak strony warto zachęcać i stwarzać okazję, nie bać się ryzykować. Wiedzieliśmy, że jeździć nie umieją, ale mimo to wzięliśmy rowerki z recepcji. Pewnie gdyby nie pobyt na kempingu to Elsa nie nauczyłaby się jeździć bez bocznych kółek w tym roku, bo sama decyzja o ich odpięciu byłaby zbyt trudna. A tak? Dziewczyny zadowolone, rozwijają swoje umiejętności, choć okazji nie ma wiele przez niezbyt sprzyjającą aurę. 


I tak sobie myślę, że presja ze strony otoczenia towarzyszy nam na każdym kroku. Najpierw pytania kiedy będziemy mieć dziecko, potem kiedy kolejne, o rozwoju nie wspominając. I choć nie chcemy to często zastanawiamy się, czy aby na pewno nasz maluch rozwija się prawidłowo? Przecież Ala już dawno potrafi chodzić, a Maciek pierwsze litery pisał, gdy miał już 3 lata. I tu często zaczyna się walka z dzieckiem, zmuszanie go do czegoś, czego nie chce, albo co gorsza do czegoś, do czego nie jest jeszcze gotowe fizycznie czy psychicznie. Nie raz widzę rodziców czy dziadków prowadzących swoje dzieci za ręce, gdy one najwyraźniej w świecie nie chcą jeszcze chodzić. Ludzie nie zdają sobie chyba sprawy z tego, że robią maluchowi ogromną krzywdę, gdyż takie postępowanie nie jest zachętą, lecz nienaturalną dla dziecka czynnością. Później potrafi być jeszcze gorzej. Z moich obserwacji często wynika, że rodzice zamiast zachęcać i stymulować malucha, zaczynają na niego wywierać ogromną presję. Zdarza się też, że porównują je z rówieśnikami co rodzi kompleksy i obniża poczucie własnej wartości. Bo skoro Janek umie trafić piłką do kosza to czemu ja nie mogę? Widocznie coś ze mną jest nie tak. Nasi znajomi mają dwóch chłopców w wieku dziewczynek. Oni dawno potrafili już jeździć na dwóch kółkach, więc wiedziałam, że dziecko w tym wieku jest do tego zdolne i świetnie sobie radzi. Wybraliśmy się nawet razem na rowery, ale moje dziewczyny jeździły z podpórkami. Nie przeszkadzało mi to. Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie taki moment, że same będą chciały spróbować. Bardzo się cieszę, że nie nalegałam. Gdyby robiły to na siłę, pewnie by się zniechęciły. A tak? Wszyscy zadowoleni i szczęśliwi, szczególnie my, że tak gładko poszło i nasze kręgosłupy nie ucierpiały za bardzo ;)

Tak na koniec jeszcze powiem wam, że Chorwacja zawsze będzie mi się kojarzyć z nowymi umiejętnościami moich dzieci. To tu nauczyły się jeździć na hulajnogach, Elsa pierwszy raz powiedziała "r" a teraz szaleją na rowerkach bez bocznych kółek. To zupełnie inny klimat niż w domu, inne zabawy, inne otoczenie. A presję zostawiam gdzieś na boku. Jeszcze w życiu nie raz będą miały okazję dowiedzieć się co to takiego.







poniedziałek, 23 września 2019

Dwa tygodnie byczenia.


Minął już tydzień naszej powakacyjnej rzeczywistości, a ja nadal jedną nogą w Chorwacji. Wszędzie dookoła ciągle leżą jakieś typowo letnie gadżety: torba na plażę, buty do pływania, muszelki przywiezione na pamiątkę o niepochowanych walizkach nie wspomnę. Dni uciekają szybko, a roboty nie mało. Powoli nadrabiam zaległości w różnych obszarach życia  mając nadzieję, że zanim to zrobię, nie okaże się, że coś tam innego już wymaga interwencji i jak zwykle stworzy się błędne koło. Dziś rano gdy na termometrze zobaczyłam 7 stopni (a gdy mąż jechał do pracy godzinę wcześniej było ich zaledwie 3) jeszcze bardziej zatęskniłam za latem. I to akurat w pierwszy dzień jesieni. Nie tylko ja tęsknię za ciepełkiem, mój ogródek widać ma podobne odczucia, bo dosłownie oszalał. Gdyby nie winobluszcz, który jest w kolorze typowo jesiennym, czyli czerwonym, myślałabym, że idzie wiosna, albo że mamy połowę lata. Właśnie zakwitła prymulka, zwiastun budzenia się przyrody do życia, puściły cebulki szafirków a róże kwitną jakby brały udział w jakimś wyścigu. Ponownie pojawiły się kwiaty na lawendzie, a nieco przyschnięta w czasie naszego wyjazdu surfinia wraca do życia. No dobrze, tyle jeśli chodzi o ogródek, niedługo może wrzucę kilka zdjęć, tak na wspomnienie ciepłych dni, ponieważ dzisiejszy wpis chciałabym poświęcić naszemu wyjazdowi do Chorwacji. 

Zaplanowaliśmy nasze chorwackie wakacje na początek września, obawiając się, że później pogoda nie do końca nam dopisze. Patrząc na prognozę byliśmy załamani, ponieważ miało w drugim tygodniu padać codziennie. Codziennie! Licząc na to, że jednak aura będzie łaskawsza, zabraliśmy ze sobą ubrania raczej letnie plus jakiś tam sweterek i pełne buty. Jak się okazało niepotrzebnie się martwiliśmy, ponieważ tylko jeden dzień był chłodniejszy, czyli 23 stopnie. W pozostałe dni temperatura sięgała trzydziestki w cieniu, a w godzinach południowych słońce wręcz parzyło skórę ( i tu z pomocą przychodziła cudownie ciepła woda w morzu - uśmiecham się na samo jej wspomnienie) 
No dobrze, ale od początku. Wyjechaliśmy w piątek po pracy. Po pracy męża, nie mojej. Ja od samego rana starałam się jak najbardziej "umęczyć" dziewczyny, by łatwiej wysiedziały w samochodzie. Poszłyśmy więc na plac zabaw a potem do Biedronki. Mąż pracował w tym dniu zdalnie, więc w miarę szybko mogliśmy się zebrać i ruszyć w drogę. Straszną udręką dla kierowców jest obecnie budowana autostrada pomiędzy Piotrkowem Trybunalskim a Częstochową, gdzie jezdnia zwęża się do jednego pasa na odcinku dobrych kilkunastu kilometrów. Za to wyjeżdżając z Częstochowy, wjeżdżamy już na nowy odcinek drogi, prowadzący wprost w kierunku lotniska Pyrzowice. Ominięcie całego Śląska daje co najmniej 45 minut do przodu, ponieważ to właśnie tutaj, jadąc w piątek (i zresztą w inne dni jest podobnie) traciło się najwięcej czasu. Mieliśmy zarezerwowany nocleg w hotelu za Wiedniem, do którego powinniśmy dotrzeć wieczorem. I tak się też stało. Przed północą już spaliśmy zbierając siły na kolejny dzień.
Rano przywitało nas słonko, wyszykowaliśmy się szybko i poszliśmy na śniadanie. Przyznaję, że jest to wygodne. Świeże bułeczki, wybór wędlin, serów, dżemików, kawka, herbatka, soczek, owocki a na deser ciasto. Objadłam się jak nigdy, gdyż w domu jednak nigdy nie ma czasu na przygotowanie tak obfitego śniadania. Patrząc na moją starszą córkę obawiałam się, że każą nam zapłacić za jej śniadanie. Po raz kolejny zastanawiam się, gdzie się to wszystko mieści w tym małym brzuszku! Misia zjadła płatki z mlekiem oraz kanapkę a drugą wzięła na później. Oczywiście ciasto się też zmieściło, tak jak kiedyś ustaliliśmy "ciasto ląduje w innej przegrodzie" ;) Ruszyliśmy w drogę. Ten drugi dzień jest dla dziewczynek cięższy, ponieważ po zjedzeniu śniadania nabierają siły i energii, a tu nagle muszą siedzieć przypięte pasami przez kilka godzin. Były jednak dzielne. Pośpiewaliśmy piosenki, pobawiły się i obejrzały po raz setny "Alicję w Krainie Czarów"
Podróż umilała mi Lidia z Wiewiórkowa, która właśnie w tym samym czasie wracała ze swoich wakacji. Miałyśmy nawet w planach spotkanie gdzieś po drodze, ale niestety ze względu na korki i oszczędność euro, my zjechaliśmy z autostrady i przejechaliśmy Słowenię lokalnymi drogami, a oni zostali na drodze głównej :( Muszę wam powiedzieć, że Słowenia to niewielki, ale bardzo piękny kraj. Bardzo czysty (przynajmniej na tyle, na ile udało nam się to ustalić) i urokliwy, momentami przypominający mi Szwajcarię. Te serpentyny pod kątem 180 stopni i cudowne widoki z góry naprawdę robią wrażenie. Obiecaliśmy sobie, że następnym razem zatrzymamy się tam na dłużej. Pod wieczór zrobiliśmy sobie dłuższy przystanek w jednej z okolicznych knajpek, gdzie znajdował się bardzo fajny plac zabaw z drewnianym statkiem, zjeżdżalnią mostkiem podwieszanym. 



Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że pani kelnerka jest ... Polką :D Odetchnęliśmy z ulgą, ponieważ menu było tylko w języku słoweńskim i jedyne co rozumieliśmy to nazwy typu "pizza" Młoda dziewczyna była bardzo miła, mieszka tam już od 2 lat, wyjechała za swoim chłopakiem- Słoweńcem. Z tego co mówiła, niewielu Polaków tam się zatrzymuje. Prawdopodobnie dlatego, że wybierają jednak autostradę. Na koniec dziewczyny zjadły lody, pożegnaliśmy panią i ruszyliśmy w dalszą drogę. Ostatnie kilometry bardzo się dłużyły. Dziewczyny były już zmęczone, ale gdy zapadł zmrok to na szczęście zasnęły. Obudziły się dopiero po dotarciu na miejsce. Nasz pierwszy tydzień pobytu zarezerwowaliśmy w apartamencie (tak to się nazywa, ale to po prostu prywatne mieszkanie) w Trogirze, w środkowej Dalmacji. Parter zamieszkiwało na stałe starsze małżeństwo, a cała góra w zasadzie była dla nas. Powiem wam, że pierwszy raz zdarzyło nam się, żeby zatrzymać się w takim miejscu, gdzie wszystko przygotowane było z największą dbałością i starannością. Widać, że właścicielka włożyła w mieszkanie nie tylko należyte środki finansowe, ale przede wszystkim zatroszczyła się o szczegóły takie jak kawa plus filtry, przyprawy, gotowy lód i tak dalej plus wszelkiego rodzaju naczynia, łącznie z ubijaczką, tarką oraz naczyniem żaroodpornym. Do tego sam wystrój mieszkania i maksimum komfortu, momentami jak w domu:w łazience pralka z kapsułkami gotowymi do włożenia, w kuchni zmywarka z kostkami, na tarasie parasol i narożnik wypoczynkowy. Bywaliśmy już w wielu hotelach i apartamentach, ale ten był naprawdę wyjątkowy i zasługiwał na ocenę jaką ma na stronie bookingu. W części salonowej ogromna kanapa i telewizor. Myślę, że niejedna rodzina przyjeżdżająca do tego miejsca, nie ma tak urządzone u siebie w domu. Jedyną rzeczą jaka może przeszkadzać to... samoloty latające nisko tuż przed samym nosem. Nie miałam pojęcia, że w pobliżu jest lotnisko i w zasadzie nad całym Trogirem maszyny przygotowują się już do lądowania i schodzą na odpowiednią wysokość lub startują i wznoszą się w powietrze. Przez 10 lat mieszkaliśmy w Warszawie na Ochocie,  gdzie przez kilka miesięcy w roku, samoloty również nisko schodziły niedaleko nas i było je słychać. Po jakimś czasie oczywiście człowiek się do nich przyzwyczaił i zupełnie nie zwracał na nie uwagi, ale dla kogoś, kto widzi je raczej wielkości dłoni gdzieś tam w chmurach, na pewno będzie szokiem zobaczyć prawie machających nam z okna ludzi ;) No może trochę przesadzam, ale samolot był bez wątpienia bliżej niż dalej. Z drugiej strony dla naszych dziewczyn to była wspaniała atrakcja. Pomimo tego, że zdarza nam się dość często jeździć na tzw 'plane spotting" to za każdym razem są zachwycone. 

Po przeciwnej stronie ulicy znajdowała się publiczna plaża, oddalona od naszego apartamentu o 5 minut. Oczywiście była kamienista, ale mieliśmy ze sobą specjalne buty, więc kąpiel nie stanowiła problemu. Woda była tak czysta, że stojąc przez chwilę w miejscu można było obserwować rybki przepływające obok. Byłam pod wielkim wrażeniem umiejętności moich dzieci i wręcz doznałam szoku widząc jak szaleją w wodzie. 


Bardzo rozwinęły się tego lata, bawiąc się tylko w przydomowym basenie. To właśnie w domu  oswoiły się z wodą, zaczęły wstrzymywać oddech i próbować nurkowania, ale nie miały za bardzo przestrzeni, by się poruszać. Dopiero tu nad morzem, po założeniu tzw. dmuchanych motylków, czy jak to się fachowo chyba nazywa rękawków, dziewczyny rozwinęły skrzydła. Pływały, nurkowały w okularach oglądając rybki, szalały i bawiły się. Już wtedy wiedziałam, że kolejnym etapem będzie zakup masek do snorklowania. 



 Na samą starówkę w Trogirze mieliśmy bardzo bliziutko, zaledwie kilka minut spacerkiem. Jest to miejsce bardzo urokliwe i klimatyczne, a przybijające statki i luksusowe jachty, czy katamarany wkomponowały się już w krajobraz całego nadbrzeża. 







Miasto jest dużo spokojniejsze od sąsiedniego Splitu, gdzie ogromny port i mnóstwo ludzi sprawia, że trudno znaleźć spokojny miejsce na wypoczynek. Trogir jest miejscem, gdzie znajdziemy w zasadzie wszystko:plażę, wodę, piękną starówkę, miejsca do spacerów i historię. 


Trogir- twierdza Kamerlengo

Popularne w Chorwacji lawendowe laleczki.
W czasie tego tygodniowego pobytu w Trogirze, zrobiliśmy sobie wycieczkę do Dubrownika. Miasto to okrzyknięte jest najpiękniejszym w Chorwacji, dlatego też myślę, że warto je odwiedzić właśnie z tego względu, by wyrobić sobie swoją opinię. Jadąc do niego, przejeżdżamy przez kilkunastokilometrowy odcinek należący do Bośni i Hercegowiny. Odbywa się to jednak bezboleśnie, ponieważ nie potrzeba paszportu, wystarczy dowód osobisty do kontroli.

Taki oto widoczek na wjeździe do Dubrownika.

Wjeżdżając do Dubrownika samochodem, już na samym początku pojawia się pierwszy problem - gdzie zaparkować. Macie do wyboru, albo drogę dojazdową, gdzie wprawdzie nic nie zapłacicie, ale musicie zafundować sobie nie lada spacerek ( z dzieckiem nie polecam)  Możecie zaparkować na górze, na parkingu podziemnym  płacąc 40 KUN za godzinę (1 kuna ok.60groszy) co też tanio nie jest, ale gdy dojdziecie na dół i zobaczycie, że tam cena idzie prawie o 100% w górę, to ucieszycie się, że podjęliście się trudu zejścia na pieszo. (cena za godzinę parkowania wynosiła 75 KUN)


Panoramia miasta plus Wzgórze SRD w oddali.

Ogólnie Dubrownik to piękne miasto, ale jak dla mnie to zdecydowanie zbyt dużo w nim turystów. Nie dziwię się, że Chorwaci chcą ograniczyć ich liczbę. My byliśmy we wrześniu, a co dzieje się w sezonie? Strach pomyśleć. Poza tym jest bardzo drogo. Gdyby tak chcieć wszystko zwiedzić, należy przygotować nie lada sumkę. Parking na powitanie, 200 KUN za wejście na mury (czyli u nas x4) plus wjazd kolejką na wzgórze SRD, z której w czasie wojny próbowano zdobyć Dubrownik 120 KUN (50 dzieci) to policzcie sami ile wychodzi. Do tego jakiś obiad, lody, napoje i na samo jedno miasto rodzina musi wydać pomiędzy 500 a 1000zł. Bardzo dziękuję. 
W Dubrowniku towarzyszył nam okropny upał, dlatego chętnie chowaliśmy się w cieniu. Murów nie zwiedziliśmy, ale za to wdrapaliśmy się na wzgórze na przeciwko, by zobaczyć miasto z oddali.


Mury obronne Dubrownika

Podziwiając widoczki.
Brama PILE przy wejściu na Stare Miasto.
Dubrownik jest na pewno miejscem wartym odwiedzenia. Wspaniałe historyczne miejsca wpisane na listę dziedzictwa UNESCO, cudowne, zapierające dech w piersiach widoki, wąskie charakterystyczne uliczki to to co wyróżnia miasto wśród innych. Jeżeli jednak chcecie się tym miastem nacieszyć, lepiej zawitać tu grubo po sezonie, albo tak jak mówi mój mąż w czasie deszczu ;) 

Coś dla fanów Gry o Tron, kręconej właśnie w Dubrowniku.

Drugi tydzień spędziliśmy na kempingu Zaton Holiday Resort niedaleko miasta Zadar. W drodze do niego zatrzymaliśmy się w bardzo urokliwej miejscowości Primosten, gdzie zachwycił mnie kolor wody - tak błękitny, że aż trudno uwierzyć, że to nie za sprawą kafli w tym kolorze :) 


Nie wiedzieć czemu kościoły często budowane są na szczycie gór, ale może dzięki temu, gdy uda nam się tam wdrapać, możemy podziwiać cudowne widoki. 

Przy kościele znajduje się cmentarz.

Primosten widzialny z drogi dojazdowej.

No, ale wróćmy do naszego pobytu na kempingu. Zaton Holiday Resort jest pięknie położony, tuż przy piaszczystej plaży co w Chorwacji nie jest częstym zjawiskiem. Znajduje się tutaj sporo atrakcji dla dzieci, w szczególności tych wodnych. 





Jedynym problemem, czy też małą niedogodnością jest rozmiar kempingu. Teren jest ogromny, a nad samym morzem znajdują się tylko miejsca na kampery/namioty oraz dość drogie kwatery w pięknych, murowanych domkach. Wszystkie tzw. mobile home od różnych operatorów (np. znany wam pewnie Vacansoleil) znajdują się w kolejnych rzędach, do których od plaży idzie się pod górkę. Kursuje wprawdzie darmowa ciuchcia podwożąca nad morze i na basen, ale problem jest taki, że ma przerwę pomiędzy 12 a 16 (być może w sezonie jest inaczej) więc jeśli chcesz zabrać się w drogę powrotną, jesteś ograniczony rozkładem. 


Wyprawa nad morze z dziećmi to nie lada wyzwanie: kocyki, ręczniki, zabawki do piasku, zabawki dmuchane, jedzenie i inne. My potraktowaliśmy to jako obowiązkowy spacer i w sumie droga z górki w kierunku plaży nie była zła. Gorzej było wrócić, kiedy to zmęczeni pływaniem i samym przebywaniem na słońcu taszczyliśmy naszą przyczepkę z klamotami pod górę. Mniej więcej w połowie drogi był budynek z prysznicami i tam robiliśmy małą przerwę na kąpanie dziewczynek. Specjalnie przygotowane kolorowe kabiny dla dzieci, małe umywaleczki były dużo wygodniejsze niż ciasnota w domkach. Było na tyle gorąco, że nawet nie trzeba było za bardzo się wycierać - zanim dotarliśmy na miejsce, dziewczyny były suche. 

Zachód słońca w Zadarze

Podsumowując nasze wakacje w Chorwacji muszę stwierdzić, że były one dużo bardziej leniwe niż te poprzednie. Złożyło się na to kilka powodów: po pierwsze to już trzecia nasza wycieczka do tego kraju, więc większość najważniejszych miejsc już widzieliśmy, a po drugie było tak gorąco, że człowiekowi nie bardzo chciało się w ponad 30 stopniach chodzić i zwiedzać, przy okazji ciągnąć dzieci. Za to było dużo czasu na odpoczynek. Nikt nas nie poganiał, więc można było cieszyć się tym, że nic nie musimy. Dlatego lubimy kempingi. My ze spokojem pijemy na tarasie kawkę, a dziewczyny bawią się na dworze. Przeczytałam więc książkę, która miała 600 stron i nawet zaczęłam drugą, którą dokończyłam w drodze powrotnej w samochodzie, pospacerowałam, popływałam, wygrzałam się, pozwiedzałam. Mąż wypływał na łowy i przynosił z głębin muszelki dla dziewczyn, a dla mnie w ramach oszczędności przytargał taką oto pamiątkę ;) Może to nie naszyjnik wyrzucony z Titanica, ale zawsze coś! 


A moją ulubioną czynnością było przytulanie się do pewnego różowego ptaka ;) Pociągając dziś nosem wyczekuję więc kolejnych wakacji :))



wtorek, 17 września 2019

Cisza tak cicha, że aż w uszach dzwoni.



Wróciliśmy. Z wielkim hukiem przenieśliśmy się w jakąś inną czasoprzestrzeń w której nagle zrobiło się jakieś 20 stopni chłodniej, trzeba rano nastawić budzik, jechać do przedszkola, do pracy a o kawie na tarasie przy powiewie ciepłego powietrza mogę tylko pomarzyć. Ale co zrobić, czas wrócić do rzeczywistości, do zwykłych codziennych obowiązków. Miałam nawet ambitny plan odbycia pierwszej lekcji wczoraj zaraz po odwiezieniu dziewczyn do przedszkola (czyli o 8.30), ale w niedzielę zdałam sobie sprawę z tego, że plan jest po prostu niewykonalny. Salon wyglądał niczym pobojowisko, gdy wypakowaliśmy wszystkie rzeczy z samochodu, a i mój pokoik do pracy nie grzeszył ładem i porządkiem. Przed samym wyjazdem, kiedy to dziewczyny już prawie siedziały w samochodzie okazało się, że nie wiemy gdzie jest tablet. Jak widzicie jesteśmy od niego tak uzależnieni, że nie mieliśmy pojęcia, gdzie go położyliśmy. Wydawało mi się, że kiedyś go widziałam na półce z książkami, wciśniętego gdzieś pomiędzy gramatyką a podręcznikiem do egzaminu FCE, ale nie było po nim ani śladu. Zajrzałam z tyłu, czy przypadkiem nie wpadł i nie leży oparty o ściankę, ale nie. Zdenerwowana powyrzucałam nie tylko książki z półek, ale również pudełka z puzzlami i grami planszowymi. Tablet był dla nas ważny, ponieważ jednak przydaje się w sytuacji kiedy to trudno już dziewczynom wysiedzieć. Wtedy oglądają jakąś bajkę i czas biegnie szybciej. Ale tableta nie było nigdzie. Siadłam więc na fotelu, zamknęłam oczy i poprosiłam Niebiosa o pomoc. Niczym Sherlock Holmes spróbowałam odtworzyć wydarzenia ostatniego dnia, w którym widziałam tablet. I udało się! Skojarzyłam, że jadąc do Krakowa zabraliśmy go, ale w drodze powrotnej dziewczyny nic nie oglądały, więc jest duże prawdopodobieństwo, że nadal znajduje się w jednej z walizek. Pobiegłam do męża z tą nowiną i jak okazało się po chwili, miałam rację. Niestety nie było już czasu, by uprzątnąć pokoik, więc zostawiłam go w stanie takim, że ktoś, kto nie wiedział co się wydarzyło mógłby pomyśleć, że wnętrze zostało splądrowane. W czasie naszego pobytu niestety nie zjawiły się krasnoludki, które by wysprzątały i pomogły, więc robota czekała aż wrócę. Przeniosłam lekcję na wtorek, czyli na dziś, a wczoraj ogarnęłam cały bałagan jaki zostawiłam przed wyjazdem. Na popołudniowe zajęcia wszystko było gotowe.

W powietrzu czuć już jesień. Pomału trzeba przygotować ogródek do zimy, dokończyć to, co nie udało się latem. Wczoraj oddałam się swojej ulubionej czynności, czyli koszeniu trawy (to takie moje cotygodniowe ćwiczenia, niczym na siłowni;) ) a że była strasznie długa, to niestety szło mi to opornie. Na dodatek zapadł zmrok i musiałam odłożyć resztę na następny dzień (to chyba dziś??) Kosiarka blokowała się, worek co chwilę zapełniał, więc pozostało mi jedynie zaakceptować fakt, że nie uda mi się zrobić tego co zaplanowałam. Na dodatek mąż wpadł na pomysł, bym wykorzystała tę długą trawę w twórczy sposób, co oczywiście bardzo spodobało się dziewczynom:



W domu nagle zrobiło się cicho. Po dwóch i pół miesiąca pobytu z dziećmi od rana do wieczora, nagle słyszę tylko pusty dźwięk w uszach, własne myśli i uderzenia klawiszy laptopa. I choć lubię jesień, zwłaszcza piękną, ciepłą, złotą polską, to tęsknię za śniadaniami na tarasie, kiedy to w piżamkach wychodziłyśmy i nie patrząc na zegarek delektowałyśmy się porannymi promieniami słońca. Tęsknię za pluskiem wody, do której wskakiwały roześmiane dziewczynki, a ja bujałam się na huśtawce i pilnowałam, by za bardzo je nie poniosło. Tęsknię za długimi dniami, kiedy to o godzinie 21 było jeszcze widno, za truskawkami, czereśniami i innymi owocami. Pozostaje cieszyć się darami jesieni, pięknem zmieniających się kolorów i czekać. Czekać aż przyjdzie kolejna wiosna i lato a wraz z nią oczywiście kolejne wakacje :) 

Życzę wam wspaniałego i udanego tygodnia. Pewnie teraz będę wpadać tu częściej.

wtorek, 3 września 2019

Kiedy to wszystko minęło? Nostalgicznie i na wesoło, a więc witaj znowu szkoło.


My tu sobie leniuchujemy na wakacjach, a większość dzieciaków wróciła dziś do szkoły. Ostatnio Elsa stwierdziła, że ona chyba jednak woli przedszkole, bo może się cały dzień bawić. Powiem wam szczerze, że nie wiem, kiedy minęło te ostatnie 5 lat. Jeszcze jakiś czas temu wydawało mi się, że szkoła to abstrakcja. A tak naprawdę to w tym roku mogę śmiało powiedzieć, że moja starsza córka pójdzie do takiej przed-zerówki. Dlaczego? Ano dlatego, że w jej grupie jest kilkoro 6-latków i będą realizować inny program będąc nadal w tej samej grupie. Nasze przedszkole jest małe i nie ma możliwości utworzyć więcej niż 3 grupy. Co roku jest więc zagwozdka, jak te dzieciaki najlepiej podzielić. Młodsza córka trafi więc do środkowej grupy a Elsa do najstarszej.

Przed oczami mam 2-letnią Elsę i roczną Misię, które odprowadzałam po raz pierwszy do żłobka. Kiedy zapytałam starszą córkę co będzie robiła w żłobku odpowiedziała, że jadła i bawiła się. No cóż, tak zostało do tej pory. Zjada wszystko i sama o sobie mówi "No nie zapominaj, że ja po prostu lubię jeść" Jedyną rzeczą, której nie trawi, jest "szczypiąca rzodkiewka" oraz surówka z marchwi i ... kiszonego ogórka, ale tego to ja chyba też bym nie ruszyła. 
Elsa potrzebowała towarzystwa. Misia była wtedy jeszcze zbyt mała, by dotrzymać jej kroku, więc żłobek był dla niej czymś bardzo ekscytującym. Pierwszego dnia, po kilku godzinach stwierdziła, że wychodzi i próbowała nacisnąć klamkę stojąc na palcach. Na pytanie cioci, gdzie idzie stwierdziła zdziwiona: "Wychodzę". Pierwszego dnia w przedszkolu, przywaliła koledze w głowę, ponieważ nie rozumiał, że ciocia prosiła go, by odsunął się od drzwi, bo ktoś wchodząc może go uderzyć. Skoro nie rozumiał to trzeba mu było łopatologicznie wytłumaczyć prawda? Potem Elsa spiknęła się o zgrozo z wnuczką dyrektorki (zresztą do tej pory psiapsiółkują) i wymyśliła zabawę na podwórku, w której schowały się pod zjeżdżalnią. Nagle Elsa krzyczy: Uciekamy! po czym ona schyliła głowę, a tamta nie ... 
Jak już wcześniej wspominałam, żłobek oceniam dobrze. Fakt, gdybym mogła, nie wysyłałabym do niego rocznego dziecka. Wydaje mi się, że to zdecydowanie za wcześnie, choć Misia dobrze się zaaklimatyzowała. Pamiętam jednak, jak przez pierwszy miesiąc dziewczynki po powrocie do domu siedziały u nas na kolanach i przytulały się dobrych kilkanaście minut a potem nie odstępowały nas na krok. Pomimo tego, że dobrze się bawiły to jednak były małymi dziećmi i tęskniły za domem. Misia miała nawet raz mały kryzys, kazała odprowadzać się do drzwi sali, pomimo tego, że miała już 2 lata z hakiem. W przedszkolu jednak nie było takiego problemu. Poszła do niego z chęcią, nie mogła doczekać się chwili, w której będzie tam, gdzie starsza siostra. Marchewki z ogórkiem też nie je, za to jako jedyna pałaszuje jabłko ze skórką. Na tacy więc wjeżdża do sali jedyny nieobrany owoc i od razu wiadomo dla kogo on jest :)

Ja dobrze wspominam swoje przedszkole. Pamiętam wiele sytuacji, nawet kilka koleżanek z którymi potem chodziłam do szkoły. Miałam ukochaną panią Anię, która niestety zaszła w ciążę i odeszła na macierzyński. Co ciekawe, gdy byłam już studentką, przez przypadek spotkałam ją i poprosiła mnie, abym pomogła jej synowi przygotować się do matury z angielskiego. Jej syn w zasadzie był ode mnie chyba tylko 2 lata młodszy i zawsze się śmialiśmy, że przez niego cierpiałam w przedszkolu, ponieważ moja ukochana pani nosiła go w brzuchu i odeszła :)) Bardzo się polubiliśmy. 

Niedługo moje dziewczyny pójdą do szkoły. Skończy się ten beztroski czas zabawy i zacznie się nauka, już zupełnie inny wymiar dzieciństwa. Powiem szczerze, że teraz jest chyba najfajniejszy okres - dziecko nadal jest małe, ale można sobie z nim już pogadać jak z równym. Obecnie szkoła jawi im się jako coś, co związane jest z dorosłością, a bycie dorosłym na razie jest czymś pożądanym. Mam jednak nadzieję, że po pierwszym dniu nie będą wyglądać tak, jak dzieci na zdjęciach w galerii poniżej. 
A jak tam wasze pociechy w żłobku, przedszkolu, czy szkole? Robicie zdjęcia przed i po? ;) Miłego oglądania :))


1. Nie wiem jak wasze dzieci, ale moja Elsa ZAWSZE wraca z przedszkola "wyczochrana" Nie tylko pierwszego dnia...



2. A jeszcze rano byłem taki szczęśliwy...


3. Mowy nie ma, nie idę!


4. Siostra niech idzie, ja się stąd nie ruszam!


5. A mówili, że szkoła jest fajna...


6. To dopiero pierwszy dzień a ja już mam dość.


7. Jeszcze tylko minutka snu i już wychodzę.


8. Brutalna rzeczywistość.

9. Taki obrazek będzie tej dziewczynce towarzyszył wiele lat. Dorosłość wiele nie zmienia...


10. I na pamiątkę. Tak, żeby wiedzieli, że kiedyś tu wrócę i odpłacę pięknym za nadobne... 


BONUS - jakby coś to zawsze można się schować. Przynajmniej póki mama nie znajdzie ;)


No cóż, przed nami kolejny rok nauki i zabawy. Nowe doświadczenia zarówno dla dzieci jak i dla rodziców. Bogatsi o to wszystko wyczekujmy kolejnych wakacji. A tymczasem do roboty ;)







* Adapted from:www.boredpanda.com