wtorek, 17 lipca 2018

12 rzeczy, którymi przestajemy się przejmować po trzydziestce :)

Jako że nie tak dawno temu, bo w maju, były moje urodziny, zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle coś ten jeden dzień we mnie zmienił. Do jakiego doszłam wniosku? A no do żadnego. Stoję przed lustrem i w zasadzie widzę tę samą osobę co kilka tygodni wcześniej. Trudno też mi porównać ilość zmarszczek, nigdy ich nie liczyłam, pojawiły się dawno temu, to tzw. zmarszczki mimiczne. Czy skóra jest mniej sprężysta? Hmm, ciężko stwierdzić. Nie wiem, czy tyle samo zajmuje jej powrót do tego samego miejsca po naciągnięciu, bo nigdy wcześniej tego nie robiłam. Brak więc punktu odniesienia. Do łazienki wchodzą maluchy. No, teraz to ja widzę ten upływający czas. I jakkolwiek mówią, że to niby nie my się starzejemy a raczej dzieci dorastają, to fakt pozostaje taki, że to właśnie po nich widać, że w miejscu nie stoi. Ja nigdy nie miałam w zwyczaju dodawania sobie lat, tym bardziej teraz ;) Dzieciaki dla odmiany, lubią mieć choć te pół roku więcej niż rówieśnicy podając, że mają np. 5 i pół roku. Śmiesznie jak to punkt widzenia zmienia się z biegiem czasu ;) 

Dziś mam dla was kolejną galerię z serii "Z przymrużeniem oka". Ciekawa jestem, czy któraś z sytuacji odnosi się do waszego życia :))


1. Popularne gadżety. 

No cóż, przyznaję, że czasem miałam i nadal mam słabość do nich, ale na pewno nie dlatego, że akurat jest na nie moda. 


2. Nadmiar tłuszczyku. 

Oj nie, to mi nie minęło z wiekiem. Nadal chciałabym mieć o te parę kilogramów mniej, zwłaszcza patrząc na zdjęcia sprzed 10 lat, ale cóż, przecież nie można żyć tylko na sałacie prawda? ;)


3. Plotki. 
Plotek jako takich nigdy nie lubiłam, mam na myśli obgadywania innych, mówienia o nich źle. Przyznaję jednak, że ploteczki na zasadzie ciekawostki o kimś, nie były mi obce. Szczerze mówiąc teraz faktycznie wolę skupić się na czymś innym.


4. Oczekiwania.

Chyba nigdy nie miałam kompleksów, nie czułam się źle z tym, że robię to co robię, mimo, że nauczyciel to nie prawnik, czy sędzia. 
A co na to inni? To już chyba ich problem ;)


5. Mój mężczyzna.

Mój mężczyzna jest mój i innym nic do tego jaki jest. Pamiętam jak kiedyś moja bardzo elegancka koleżanka wychodziła za mąż za przeciętnej urody, źle ubranego na co dzień chłopaka. Mówili "jak to, mogłaby sobie poszukać lepszego" Lepszego. Cóż, zostawię bez komentarza. 


6. To jak spędzam urodziny.

Podpisuję się pod tym. Jeśli mam ochotę, idę na imprezę, jeśli mam ochotę zawinąć się w koc i siąść przed TV, to czemu nie ;) Jestem już w sile wieku i mi wolno :D


7. Szpanerstwo.

Lubię nowinki technologiczne, nie należę do tych osób, które zostały gdzieś tam w epoce Kamienia Łupanego, ale na pewno nie muszę mieć najnowszego telefonu za ileś tysięcy tylko dlatego, że takowy wyszedł na rynek. Nie jeżdżę też po mieście z muzyką na full i wystawionym łokciem ;) A kiedyś? Hmm, no może w liceum jak to nastolatki, szpanowało się czymś, co akurat było na fali ;)


8. Media Społecznościowe.

Tu akurat nigdy nie zależało mi na zaistnieniu. Zdjęcia nie zmieniłam od dawien dawna, a może powinnam. Dla wielu młodych ludzi jest to jednak szalenie ważne. Jak to powiadają, liczy się ilość "lajków" Czy gdybym ja wychowywała się w dzisiejszych czasach też bym taka była? Mam nadzieję, że nie.


9. Mój stan cywilny.

Nigdy nie miałam tzw. Syndromu Czerwonego Światełka, więc trudno mi się wypowiadać, czy akurat po 30 przestało mi zależeć (może dlatego, że ja już wtedy męża miałam ;) ), ale na pewno nie biłabym się o bukiecik tak jak to czasem bywa na amerykańskich weselach ;)


10. To jak wyglądam zimą.

Oj tak, przyznaję się bez bicia. Kiedyś człowiek młody i głupi nie nosił czapki, bo .... w czapce źle się wygląda. Może teraz jest inaczej, ale przynajmniej za moich czasów czapka nie była COOL. I co? Teraz cierpią na tym moje zatoki. Obecnie wszystko mi jedno jak wyglądam, byle było ciepło. Cały czas zachodzę w głowę, czy tym dziewczynom, które w siarczysty mróz stoją na przystanku w spódniczce, cienkich butach i bez czapki, aby na pewno jest ciepło.


11. Świat celebrytów.

Cóż, to jakoś mnie chyba nigdy nie kręciło, no może jako nastolatka interesowałam się zespołami muzycznymi i informacjami na ich temat. Poza tym, niech każdy żyje swoim życiem. Beyonce w ciąży? Ok, przyjęłam i żyję dalej ;) Co innego nowa kolekcja w Pepco :D


12. Opinia innych.

Chyba jakoś nigdy się tym nie przejmowałam. I Bogu dzięki, bo przecież wszystkim się nie dogodzi.




No cóż, miało być 12 rzeczy, którymi przestajemy się przejmować po 30 roku życia, a wyszło na to, że pewnymi rzeczami nigdy się nie przejmowałam. Ale fakt faktem, im jestem starsza, tym mniej zwracam uwagi na pewne rzeczy, a doświadczenie życiowe pozwala mi wierzyć, że ma to jakiś sens.

A wy macie takie rzeczy, którymi przestaliście się przejmować z upływem czasu? Koniecznie się nimi podzielcie :))








* Źródło:www.brightside.me

środa, 11 lipca 2018

Apel dziecka nienarodzonego.


Zdjęcie:Pixabay


Niektórym trudno uznać mnie za człowieka. Nie mam jeszcze wykształconych wszystkich narządów, nie potrafię nawet określić jakiej jestem płci. Poczęto mnie podczas jednej z imprez, nieplanowo. Mieszkam więc w łonie pewnej kobiety i zwracam się do was dziś, bo jutro może mnie już nie być.
Mamo (nie wiem, czy mogę tak o tobie mówić, ale zaryzykuję) Już wiem, że mnie nie kochasz, dajesz mi to do zrozumienia codziennie odkąd dowiedziałaś się, że nosisz mnie pod swoim sercem. Słyszę jak mówisz, że masz prawo wyboru, że kobieta sama decyduje o swoim ciele, że to twoja decyzja, czy pozwolisz mi zostać, czy nie. Wolność wyboru, ale nie dla mnie. Ja modlę się o każdy następny dzień. Bo może jakimś cudem znajdziesz w sobie tę odrobinę miłości, by prócz sobie dać szansę również i mnie. Wiem, że na mnie nie czekasz i gdybyś mogła cofnęłabyś czas, by mnie tu nie było. Ale jestem. To fakt, nie mogę ci nic obiecać w zamian. Nie wiem nawet na kogo wyrosnę, być może kogoś mądrego, kochającego, pięknego, a być może nie. Wiem, że proszę o wiele, ale stawką jest moje życie. Błagam więc, odstaw ten kieliszek z winem, które codziennie nalewasz, gdy wracasz do domu i nie pal papierosów. To wszystko wpływa na mój rozwój, a niszcząc moje zdrowie okaleczasz mnie na zawsze. 
Mamo, jeżeli jednak mnie zatrzymasz, będę cię kochać najmocniej jak potrafię. Ale jeżeli nie jesteś w stanie znaleźć w swoim sercu miłości do mnie, wiem, że mogę ją znaleźć u innych rodziców. Tylko daj mi szansę na życie. Tak bardzo nie chcę, żeby zostało zakończone gdzieś w szpitalnej sali, przy użyciu narzędzi, które brutalnie, w jednej sekundzie pozbawią mnie człowieczeństwa. 





Miejsca warte odwiedzenia - maleńki Nin i Wyspa Vir.




Dziś kolejna odsłona naszych chorwackich przygód :) Zapraszam do odwiedzenia małego, ale uroczego miasta Nin, położonego w północnej Dalmacji, ok. 14 km na północny zachód od Zadaru. Nas od Ninu dzieliło tylko 5 minut jazdy samochodem, albo kilkunastominutowy spacer. Tak czy siak bliziutko :)



W okolicy miasta rozciągają się piaszczyste laguny. Ok. 2 km na południe od Ninu znajdują się pokłady bogatych w minerały błot, które stosowane już były w medycynie rzymskiej. Błota nińskie służą w leczeniu schorzeń reumatycznych oraz chorób skóry.



Początki miasta sięgają IX w. p.n.e., Następnie miasto przeszło w ręce Rzymian, którzy postawili tu forum, amfiteatr oraz świątynię – wówczas największą na terenie Dalmacji.



W latach 1328-58 Nin pozostawał pod protekcją Wenecji. Wraz ze sprzedażą Dalmacji Wenecjanom w 1409 r., Nin dostał się ponownie pod panowanie weneckie. W tym okresie miasto zostało dwukrotnie zniszczone w 1571 r. oraz w 1646 r., kiedy to Wenecjanie poświęcili Nin w wojnie z Turkami, by skoncentrować swoje siły na obronie Zadaru. Doszczętnie zburzone pałac królewski i pałac biskupi, które nigdy nie zostały odbudowane. Miasto utraciło swoją pozycję gospodarczą i polityczną.



Nin zyskał na znaczeniu gospodarczym po II wojnie światowej wraz z otwarciem zakładów produkcji soli oraz cegielni.


Bardzociekawe jest stare miasto Ninu, które leży na niewielkiej wyspie (ok. 500 m średnicy) połączonej ze stałym lądem dwoma mostami: dolnym (chor. Donji niniski most) i górnym (chor. Gornji niniski most). Do miasta prowadzą dwie bramy: Brama Dolna (chor. Donja vrata) z XV-XVII w. oraz Brama Górna (chor. Gornja vrata) z XVI-XVIII w.







Główne obiekty historyczne Ninu:



Kościół św. Krzyża z IX w., uważany niegdyś za najmniejszą katedrę świata (40 m obwodu). Obecnie nie posiada statusu katedry. 



Istnieją trzy posągi Grgura Nińskiego – w Nin, Splicie i w Varaždinie


Kościół św. Anzelma, stojący w miejscu dawnej katedry romańskiej, po której zachowała się jedynie kaplica boczna, gdzie obecnie znajduje się skarbiec z ekspozycją średniowiecznych relikwiarzy.





Kościół św. Mikołaja (w Prahulje przy trasie Nin-Zadar) o nietypowej dla budowli sakralnych formie architektonicznej – jest to wieża z blankami na planie koniczyny, która w okresie wojen z Turkami pełniła funkcje obronne. Według legendy, w Ninie koronowanych było siedmiu królów Chorwacji, którzy po koronacji przyjeżdżali do kościoła św. Mikołaja, by ukazać się poddanym i wznieść swój miecz w kierunku czterech stron świata.






Liczne eksponaty archeologiczne, głównie z czasów rzymskich, prezentowane są w lokalnym Muzeum Archeologicznym.


Wyspa Vir. 


Niedaleko od miejscowości Nin, znajduje się inne ciekawe miejsce - Wyspa Vir. Zaletą jest niewątpliwie most łączący ją z lądem. I chociaż sama zajmuje małą powierzchnię, skrywa wiele ciekawych miejsc. Najbardziej znane to Kaštelina, twierdza z XVI w., którą wybudowali Wenecjanie dla obrony przed Turkami i uskokami. Na wzgórzach sv. Juraj i Gradina znajdziecie pozostałości starożytnych osad. 




Spośród budowli sakralnych, z powodu swojej historycznej wartości, najciekawsze są: kościółek św. Jerzego na Bandirze z XII w., kościół św. Jana Chrzciciela z XIII w. oraz kapliczki. Romantycy najbardziej zachwycą się zachodem słońca przy latarni w zachodniej części wyspy.








Będąc w okolicy, koniecznie odwiedźcie te dwa miejsca :)



Źródło: wikipedia, crolove.pl, 

sobota, 7 lipca 2018

O spotkaniu po latach i o tym jak niepłodność przerzedziła grono moich przyjaciół.




Określam siebie jako zwierzątko stadne, choć nigdy za specjalnie nie zabiegałam o nowych znajomych. Wystarczyli mi ci, których w danej chwili miałam. Odkąd skończyłam liceum i dostałam się na studia, mogę śmiało powiedzieć, że większość przyjaciół poznawałam w pracy. Bywali różni. Byli tacy z którymi chodziłam na kawę, czy piątkowe piwo po zajęciach, z innymi zaś dzieliłam radości i troski studenckiego życia. Obojętne, czy były to osoby bliższe, czy dalsze, zawsze wszyscy wiedzieli, że mogą na mnie liczyć. W dzień, czy w nocy, drugi człowiek był zawsze dla mnie najważniejszy, dlatego też jechałam po znajomego, który za dużo wypił i nie miał jak wrócić do domu, pomagałam przyjaciółce przygotować się do pierwszej randki, siedziałam do 2 w nocy pomagając pewnej osobie w pracy. Zawsze angażowałam się na 100%, często swoim kosztem. Szczerze mówiąc nie przeszkadzało mi to. Uważałam to za normalne, że skoro ktoś potrzebuje pomocy, a ja mogę mu ją udzielić, to powinnam to zrobić. Nie oczekiwałam wdzięczności, ale gdzieś w głębi serca, wydawało mi się, że gdybym ja kiedyś potrzebowała wsparcia, to normalne jest, że znajdą się tacy, którzy będą przy mnie. 

Lata mijały, coraz więcej osób decydowało się na dziecko, a u mnie pustka. Wszystkie bliskie koleżanki wiedziały, że bezskutecznie staramy się o potomstwo, ale, że ludzie zawsze postrzegali mnie jako osobę zadowoloną z życia, radosną, przyjazną i szczęśliwą, nikt nie miał pojęcia, co tak naprawdę przeżywam. Nie mam też w zwyczaju przenoszenia swoich prywatnych problemów na pracę (mając na uwadze moich własnych nauczycieli, którzy wyżywali się na uczniach, obiecałam sobie, że nigdy tego nie zrobię) Najbardziej bolały mnie jednak zwykłe rozmowy z tymi, którzy wiedzieli jak bardzo pragnę dziecka, a mimo to, koleżanki chwaliły się swoimi ciążami, przygotowaniami do porodu, potem dziećmi, zarzucały zdjęciami. 




Dziewczyny różnie reagują na brak ciąży. Jedne wręcz lgną do dzieci, tym samym zalepiając pustkę w swoim życiu, inne zaś ( w tym ja ) odsuwają się od otoczenia, które po prostu przynosi zbyt dużo bólu. Dziś mogę powiedzieć, że żałuję kilku straconych znajomości, ale nie potrafiłam inaczej się zachować. Czemu? Sama nie wiem. Może gdyby te osoby bardziej postarały się zrozumieć dlaczego nie dzwonię, życie potoczyłoby się dla nas inaczej. Ale gdy zapadła nagle cisza, ludzie przyzwyczajeni, że dzwonię, dopytuję, piszę, nagle również zamilkli. 

Beatę poznałam w pracy. Obie byłyśmy bardzo młode i wraz z trzecią koleżanką, tworzyłyśmy udaną małą paczkę. Każda z nas uczyła innego przedmiotu, ale szkolne środowisko było czymś, co nas łączyło. Spotykałyśmy się też po pracy, chodziłyśmy na kawę do ulubionej kawiarni, organizowałyśmy imprezy, spędzałyśmy razem Sylwestra.  W końcu Beata zaszła w upragnioną ciążę. Choć na początku bolało, to przyzwyczaiłam się do tej myśli, że ona będzie mieć już dziecko, a ja nie (jeszcze wtedy wierzyłam, że przecież zaraz też nadejdzie moja kolej) Dość szybko poszła na zwolnienie, więc jeździłam do niej często mimo, że mieszkała poza miastem i musiałam dojeżdżać pociągiem. Pamiętam jak jej mąż przywiózł dla dziecka łóżeczko i wynosił na strych, bo uznał, że drewno musi wywietrzeć, pamiętam, jak szłyśmy na spacer, gdy była w 9-miesiącu i narzekała, że ma problem z zawiązaniem butów i pamiętam jak na imprezie tak się śmialiśmy a ona wraz z nami, że dziecko ciągle dostawało czkawki. 
Kiedy urodziła się jej córka, byłam u niej w szpitalu. Wtedy, pierwszy raz w życiu widziałam tak maleńkiego człowieczka! To niesamowite przeżycie, cieszyłam się, że mogłam ją poznać zaraz po urodzeniu. 
Mała rosła jak na drożdżach, uwielbiała, kiedy ich odwiedzałam, w szczególności ze względu na moje długie włosy, które mogła czesać godzinami (mama zawsze miała krótkie) A ja jak nie miałam dziecka tak nie miałam. Potem nastąpił w moim życiu bardzo trudny okres, do tego osiedliłam się w innym miejscu, zmieniłam pracę. Któregoś dnia, Beata napisała mi, że jest w drugiej ciąży. Pogratulowałam jej i to były ostatnie smsy jakie wymieniłyśmy. Odkładając telefon nie wiedziałam, że rozstajemy się na długie 12 lat...

(Kilka dni temu)
Jadąc znajomą drogą i podziwiając okolicę, która przez tyle lat zmieniła się nie do poznania, czułam się tak, jakby tych 12 ostatnich lat po prostu nie było. Czułam się tak, jakbym została zahibernowana i wybudzona z głębokiego snu. Taka sama, a jednak inna. Patrzę przez chwilę w tylne lusterko jak moje oba maluchy słodko śpią w swoich fotelikach i kontynuuję jazdę. Jeszcze 10 minut i będziemy na miejscu. Kiedy podjechałam pod znajomy mi bardzo dobrze dom, zobaczyłam w oddali sylwetkę zbliżającą się do bramy. Wyszłam z samochodu i uśmiechnęłam się. Uściskałyśmy się, a po chwili dołączył do nas jej mąż. Ona nieco grubsza i z inną fryzurą, ale to w gruncie rzeczy ta sama dziewczyna, którą znałam przed laty. Przynajmniej z wyglądu, bo jednak każda z nas przez ten czas kroczyła inną drogą. Patrząc w lustro, widzę osobę, która może niewiele zmieniła się jeśli chodzi o wygląd, ale na pewno zmieniła się jeśli chodzi o doświadczenia. Wydawało mi się, że gdy w końcu się spotkamy, godzinami będziemy  nadrabiać to, co nas ominęło. Ale tak się nie stało. To było niczym film na przyspieszeniu. 

Dziś wiem, że nie da się nadrobić czasu, można jedynie na nowo zbudować relacje. Ona nigdy nie zrozumie tego, co ja przeszłam, bo życie akurat w tej materii ułożyło się dla niej pomyślnie, a ja pewnie nie do końca wyobrażam sobie jak to jest mieć w domu nastolatki. A moja niepłodność, w czasie, gdy na jej podwórku bawią się moje dzieci, brzmi dla niej jak abstrakcja. Czy mogę ją za to winić? Pewnie nie. Zresztą nie winię już nikogo. Nawet losu. Przecież na samym końcu okazał się dla mnie łaskawy, nieprawdaż? Czy mogłam podjąć w życiu inne decyzje? Pewnie, że mogłam. To na czym mi zależało, by naprawić, naprawiłam i staram się naprawić. Nie powiem, tym razem przydał się Facebook, który w zeszłym roku założyła Beacie córka, ta którą znałam (Przy zmianie telefonu, gdzieś zaginęły też pewne numery i w zasadzie nie miałyśmy kontaktu ) Postanowiłam napisać.




Niepłodność jak każda choroba, weryfikuje grono znajomych. Jedni zostają z tobą na dobre i na złe, dla innych to zbyt duże obciążenie, spotykasz ich coraz rzadziej, a potem wcale. Obecnie liczy się dla mnie najbardziej moja rodzina, a w miejsce dawnych przyjaciół, pojawili się nowi, równie, a może i bardziej wartościowi. 


środa, 4 lipca 2018

Recepta na zdrowe dziecko.


Któregoś dnia zapytała mnie dyrektorka przedszkola, co robię, że moje dzieci wcale nie chorują. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, że w zasadzie to nic, kontynuowała dociekliwie, czy może mam specjalną dietę dla nich, suplementy, czy inne magiczne mikstury.
Oprócz naszych majowych wakacji, kiedy to dziewczynki opuściły 14 dni w przedszkolu i żłobku, chore były tylko raz: Misia cztery dni a Elsa dwa. Od czego zależy odporność dziecka? Nie mam na to recepty, ponieważ jeśli chodzi o zdrowie, mamy tylko jedną zasadę: nie przegrzewamy dziecka i staramy się, by nie zmarzło. 

Zdjęcie:Pixaby

Obcowanie z bakteriami

Nigdy nie przywiązywaliśmy przesadnej wagi do idealnie czystego otoczenia. Pilnowałam jedynie, by goście myli ręce zanim dotknęli dziecka, nie lubiłam i nie pozwalałam na całowanie maluchów w usta. Misia ciumkała paluszka, przez co zjadała dziennie tysiące mikrobów, Elsa zaś ciekawa świata, wiecznie brała coś do buzi.

Żłobek i przedszkole.

Pierwszy rok pobytu w żłobku dostarczył nam wprawdzie kilku chorób, zimą dziewczyny w szczególności łapały rotawirusy, ale dość szybko stawały na nogi. Tu duży plus na żłobka i dla pani pielęgniarki, która szybko reagowała i odsyłała do domu dzieci, u których można było zauważyć infekcję. 

Naturalna odporność i suplementy.

Staramy się, by dzieci jadły dużo warzyw i owoców, spędzały dużo czasu na powietrzu i miały dużo ruchu. Nie stosujemy żadnych suplementów diety, jedynie witaminę D zimą. To w zasadzie tyle. 

Podatność na choroby.

Jedne dzieci są mniej, inne bardziej podatne na choroby, ale wierzę, że przestrzeganie pewnych zasad, wzmacnia odporność i pomaga w zmniejszeniu liczby zachorowań.

Odpowiednie ubranie.

I tu dochodzimy do naszej złotej zasady: dziecka nie można ani przegrzać, ani wyziębić. By wiedzieć, czy dziecku jest zimno, czy nie, zawsze sprawdzamy karczek, nie rączki. Staram się nikogo nie oceniać, ale kompletnie nie rozumiem rodziców, ubierających dziecko o wiele cieplej niż siebie. Rozumiem maluszka, który ma jeszcze niewykształcony układ odpornościowy, ale kilkuletnie dziecko w długich spodniach i kurtce przy upale 30 stopni podczas, gdy oboje rodzice mają na sobie krótki rękaw i spodenki, to przesada. Dzieci mojej koleżanki non stop chorują. Twierdzi, że "jej dzieci tak mają", ale według mnie dużo można winić nieodpowiedni ubiór (np. dzieci zimą chodzą po domu w rajtuzach i spodniach, mimo, że w pomieszczeniu jest 23 stopnie) Nigdy nie ubrałam moich dziewczyn w kombinezon podwożąc je do żłobka, czy przedszkola zimą. Nawet przy temperaturze -20 stopni, dziecko nie jest w stanie zmarznąć przez 3 minuty od auta do budynku. Tę zasadę stosowaliśmy zawsze i nadal stosujemy. 

Szczepionki.

Nigdy nie stosowaliśmy żadnych szczepionek na uodpornienie, co więcej mamy przykład po dzieciach znajomych, że są one nieskuteczne. 

Kąpiel.

Nigdy nie stosowaliśmy termometru do kąpieli. Nalewaliśmy wodę taką, jaką uznaliśmy, że będzie odpowiednia do wieku dziecka. Staraliśmy się, by była raczej chłodniejsza niż cieplejsza. Nigdy nie wkładaliśmy dziecku w domu czapki, ani kaptura. Malucha po kąpieli zawsze przenosimy do pokoiku obok i w miarę możliwości szybko ubieramy. Włoski suszymy jedynie delikatnie ręcznikiem. 

Temperatura w domu.

Książkowo zaleca się zupełnie inne temperatury niż panują u nas. Utrzymujemy ją w przedziale 22-23 stopnie, oczywiście wietrząc pomieszczenie ile się da. Ponieważ dziewczynki wykopują się w nocy (czy chłodno, czy ciepło) wolimy, by było ciut cieplej, bo i tak śpią na wierzchu.

Podsumowanie.

Pani dyrektor nie chciała wierzyć, że w zasadzie nic nie robimy, by nasze dzieci nie chorowały i prosiła o receptę na zdrowe dziecko. Ale cóż mam jej powiedzieć, by ją przekonać? 

Kiedy przed kilkoma dniami zaprowadziłam Elsę na zajęcia, spotkałyśmy przed budynkiem mamę i kolegą Elsy z grupy. Moja córka miała na sobie spódniczkę, podkolanówki, koszulkę i sweterek, a jej syn długie spodnie, kurtkę i czapkę... Popatrzyła na mnie i stwierdziła, że chyba źle ubrała swoje dziecko dzisiaj patrząc na moje. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że ma dziś być 25 stopni. Fakt, że rano było tylko (a może aż?) 18 stopni, ale chyba dla niektórych taki przeskok z 40 to prawie zima.

* post z gwiazdką

Nie jestem ciocią dobra rada, nie uważam, że to co ja robię jest jedynie słuszne i nie namawiam do naśladowania. Zbieżność z takowymi osobami jest niezamierzona i zupełnie przypadkowa. W razie wystąpienia objawów wkurzenia na mnie, skontaktuj się z lekarzem lub farmaceutą.

Tak czy siak, może komuś coś się przyda ;)










niedziela, 1 lipca 2018

Identyczni nieznajomi. O adopcji, rozdzielonym rodzeństwie i odwiecznym dylemacie: natura czy wychowanie?

Rok 2007 -wydawnictwo Random House publikuje wyjątkową książkę. Ta książka to pamiętnik dwóch sióstr bliźniaczek, rozdzielonych przy urodzeniu i wychowujących się w różnych rodzinach. Porzucone przez chorą psychicznie matkę i oddane do adopcji, częściowo po to, by nieświadomie wziąć udział w badaniach. 


Z angielskiego tzw. Nature vs. nurture, to odwieczny spór naukowców o to, co jest ważniejsze, biologia czy wychowanie. Na to właśnie pytanie chciała znaleźć odpowiedź Viola Bernard, znana i zasłużona psycholog amerykańska. Przekonała więc Louise Wise Services, ośrodek adopcyjny, by dziewczynki trafiły do dwóch różnych rodzin, które nie miały pojęcia o istnieniu siostry bliźniaczki ich dzieci. 
Brzmi jak mrożąca krew w żyłach historia nie do uwierzenia, ale wydarzenia są prawdziwe. Po rozdzieleniu dzieci, badacze w tajemnicy śledzili losy dzieci, wierząc, że osobno, będą one mogły w lepszy sposób utworzyć indywidualną tożsamość. 

Z 13 dzieci zaangażowanych w badania, trzy pary bliźniąt oraz trojaczki po latach odnaleźli się. Pozostali do tej pory nie wiedzą, że gdzieś po świecie chodzi ich identyczny bliźniak. 

Zanim wspomniane wcześniej bliźniaczki, Elyse i Paula zaczęły badać swoją adopcyjną drogę, doktor Bernard już nie żyła, a badania dotyczące ich samych nigdy nie zostały dokończone. Odnalazły jednak psychiatrę z Uniwersytetu z Nowego Yorku, Petera Neubauera, który zajmował się badaniami nad bliźniętami. Według doniesień, zmusił on uniwersytet w Yale do zamknięcia i zaplombowania wyników aż do roku 2066, bojąc się, że ich publikacja spotka się ze sprzeciwem ze strony społeczeństwa. Siostrom nie udało się przekonać władz uniwersytetu do ujawnienia dokumentów. Badania Neubauera o tyle różniły się od innych, że dotyczyły życia bliźniąt począwszy od okresu niemowlęctwa. 


Na ekrany kin w USA właśnie wchodzi film o trojaczkach, wspomnianych wcześniej uczestnikach tego samego badania. Three Identical Strangers (Trzej identyczni nieznajomi) to niesamowity dokument ukazujący historię rodzeństwa rozdzielonego zaraz po urodzeniu. Wszystko zaczyna się w 1980 roku, kiedy to para 19-letnich studentów dokonuje szokującego odkrycia. Wzięty za swojego brata Eddiego, Bobby zostaje serdecznie powitany przez grupę nieznajomych mu osób. Kiedy dochodzi do spotkania braci, okazuje się, że prócz nich jest jeszcze jeden chłopiec, którego mama adopcyjna przypadkowo zauważa w gazecie parę bliźniąt wyglądających dokładnie tak jak jej syn. 
Historia zaprowadza producenta filmu, Tima Wardle do Kalifornii, gdzie spotyka się on z Natashą Josefowitz, 90-letnią asystentką w badaniach nad rodzeństwem rozdzielonym zaraz po porodzie. Dla Wardle'a i Lawrence'a Wright, (dziennikarza, uhonorowanego nagrodą Pulitzera, który jest również zaprezentowany w filmie), pogląd, że jakoby biologia miałaby być ważniejsza od wychowania jest niepokojący: 

Opowiadała (dop.Josefowitz) o tym jak wiele z tego co osiągnąłem w życiu, było zdeterminowane biologią i genami, a jak mało miałem na to wpływ ja, mówi Wardle. 

Sam producent, który w filmie stawia obie teorie na równi, nie opowiada się za żadną z nich. 

Rozdzielone rodzeństwa.

Przygotowując materiały do tego posta, w głowie kołatało mi się wiele myśli. Będąc mamą adopcyjną, pierwsze jednak co mnie uderzyło to oczywiście fakt, że pod przykrywką przeprowadzenia ważnego dla ludzkości projektu, z własnych, egoistycznych pobudek, rozdzielono rodzeństwa, być może na całe życie. Badania dowodzą, że bliźnięta podświadomie czują istnienie tej drugiej "połówki" ich samych, co ma ogromny wpływ na ich dorastanie. Niepokój jaki czują, staje się piętnem na całe życie. Takie praktyki były i być może są nadal stosowane nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale w Polsce również. Osobiście znam historię bliźniąt, które zostały właśnie rozdzielone przez OA, by odnaleźć się dopiero w dorosłym życiu. Z ich relacji wynika, że gdzieś głęboko wiedziały, że ich istnienie owiane jest pewną tajemnicą.

Jako mama dwóch biologicznych sióstr (choć nie bliźniaczek), nie wyobrażam sobie, żeby ktoś nie powiedział mi o narodzinach drugiego dziecka i oddaniu jej do adopcji. Zdarza się co prawda, że rodziny adopcyjne odmawiają przyjęcia dziecka do siebie z różnych powodów, ale jest to decyzja świadoma, przemyślana. Choć niesie za sobą konsekwencje zarówno dla rodziców jak i dzieci, to należy ona do danej rodziny, nie kogoś, kto nimi manipuluje. 
Czy gdyby nasze dziewczynki wychowały się osobno czułyby ze sobą podobną więź do tej, którą wypracowujemy w nich przez całe życie?

Biologia czy wychowanie?

Badania nad tamtymi dziećmi nie zostały do tej pory opublikowane, ale z wielką chęcią przeczytam książkę o bliźniaczkach i obejrzę dokument o tych trzech chłopcach, nieznajomych a jednak powiązanych ze sobą więzami krwi. Osobiście uważam, że na to kim jesteśmy ma wpływ zarówno biologia jak i wychowanie. Gdyby tak nie było, to po co mielibyśmy się starać, skoro i tak wszystko byłoby określone przez naturę? 
Mogę wam powiedzieć też jak jest u nas. Dwie siostry, wychowywane według tych samych zasad, a jednak różne. Na potwierdzenie teorii o naturze mogę powiedzieć, że każda ma swoją niepowtarzalną osobowość, którą można było już zauważyć w okresie niemowlęctwa. Z drugiej jednak strony, wszystko to, czego je uczymy, powtarzają niczym schemat obie, bez względu na to jakie prezentują cechy charakteru. Wierzę więc w to, że obojętne, gdzie dziecko się wychowa, to pewne rzeczy określone są przez biologię, geny np. talent malarski. Pytanie tylko czy jeśli nie będzie on rozwijany i kultywowany to ma szansę rozwinąć się tak sam w sobie i w równym stopniu?  Czy my, adopcyjni rodzice mamy jakikolwiek wpływ na to, kim będą nasze dzieci, czy jednak biologia wygra? Czy gdyby nie trafiły one w kochające środowisko, wyrosłyby na tych samych ludzi? Śmiem twierdzić, że nie. Albo jeszcze jedno ważne pytanie. Kim byłyby nasze dzieci, gdyby po prostu trafiły do innej rodziny? 
My w wychowaniu dzieci bierzemy pod uwagę ich indywidualne predyspozycje, ale też głęboko wierzymy w to, że wiele rzeczy wynosi się z domu. Nie mamy przecież biologicznie w genach zapisanej empatii do drugiego człowieka, kultury osobistej, czy innych czynników składających się na to kim jesteśmy.

Ciekawa jestem waszych opinii dotyczących przytoczonych przeze mnie historii oraz co według was ma większe znaczenie: natura czy wychowanie?





Źródło:en.wikipedia.org; www.cnn.com; www.abcnews.com; www.theguardian.com




czwartek, 28 czerwca 2018

Pożegnanie z przedszkolem, czyli różowa wróżka w akcji ;)


No i stało się. Kolejny rok edukacji, tym razem przedszkolnej już za nami. Nie mogę uwierzyć w to, że czas leci tak szybko. Dziś małe podsumowanie roku, no i oczywiście relacja z mojego występu na Broadway'u ;) No to uwaga, uwaga. Buduję napięcie :D


zdjęcie:Pixaby


Czwartkowy wieczór. 
Ostatnia próba przed piątkowym występem. Gorąco niemiłosiernie, temperatury sięgają 40 stopni w słońcu. Biorę pod pachę butelkę Żywca (wody, żeby nie było, że alkoholu dla odwagi ;) ) i ruszam tym razem prosto do przedszkolnego ogrodu. Tam bowiem ma odbyć się próba generalna, z nagłośnieniem, częścią dekoracji. Po chwili jednak nadciągają ciężkie chmury i zastanawiamy się, czy uda nam się to co zaplanowaliśmy. Sceneria niczym z filmu sci-fi, w którym nadlatuje statek kosmiczny. Nawet dobrze się składa, bo oto nadszedł moment, w którym powinna zza drzewa wyłonić się zła wróżka. Przesympatyczna mama jednego z kolegów Elsy, wybiega więc w naszą stronę wymachując rękami, a wszystko to przy odgłosie prawdziwie uderzających nieopodal piorunów. Zaczyna padać. Każdy łapie więc za krzesło i jakąś dekorację i jak to stwierdziła później pani dyrektor, ewakuacja poszła nam wspaniale, egzamin zdany na piątkę. Udajemy się do salki gimnastycznej, by dokończyć przedstawienie. Okazuje się jednak, że nie ma światła, a co za tym idzie, brak muzyki, brak mikrofonów, brak podkładu do piosenek. Książę, który właśnie miał rozpocząć swoją solówkę, śpiewając "Gdzie jesteś piękna Królewno" był zrozpaczony. W powietrze rzucił więc życzenie, żeby choć na tę jedną chwilę nastała jasność. Nie uwierzycie. W tym momencie światło zapaliło się! Wszyscy oczywiście wybuchnęli śmiechem twierdząc, iż owy książę ma tę moc niczym Elsa z Krainy Lodu ;) Ale to jeszcze nie wszystko! Gdy skończył śpiewać, światło ponownie zgasło. No nie do wiary...
Dokończyliśmy próbę bez muzyki, ale na szczęście później światło powróciło i to na dobre. 


Po powrocie do domu, zakładam na siebie strój, który mąż przywiózł z wypożyczalni i jestem załamana swoim wyglądem. Balowa, cukierkowo różowa suknia z bufiastymi rękawami i czapka na głowie, zrobiły ze mną wróżkę - omdleniuszkę, czyli można zemdleć na mój widok z przesłodzenia. Co ja najlepszego zrobiłam, myślę sobie. Pociesza mnie fakt, że naprawdę na mój wzrost nie było już innego kostiumu i po prostu musiałam wziąć tę oto sukienkę. Mój mąż oczywiście twierdził, że wyglądam super, no ale wiecie jak to faceci, nie chcąc się narazić powiedzą to co chcesz usłyszeć ;) Tak czy siak powiedział, że jestem piękną wróżką i w końcu to bajka, więc mam wyglądać strojnie. 
Gdy dziewczyny poszły spać, wrzuciłam na Google Grafikę hasło strój wróżki dla dorosłych i szczerze mówiąc doceniłam ten, który wisiał u mnie w domu. 


Już widzę reakcję rodziców, gdybym wystąpiła w takim czymś hahaha.



Źródło:Internet

Piątek. 
Matko jaka jestem zestresowana. Jakieś tam przedszkolne przedstawienie, a ja mam motylki w brzuchu jakbym naprawdę miała na tym Broadway'u wystąpić ;) Piszę do męża, że źle się czuję i chyba nie pójdę, a on odpisuje mi, żebym przestała się denerwować, bo przecież robię to dla dziecka. Odpisałam mu, że zachowam tę wiadomość na następny rok, kiedy to on nie będzie chciał wystąpić. Wtedy użyję jego broni: robisz to dla dziecka. (jak wspomniałam w komentarzu pod ostatnim postem, zgłosił się do bycia drzewem... )

Skończyłam pracę, zrobiłam bukieciki dla pań wychowawczyń na koniec roku, zapakowałam sukienkę i ruszyłam na wyzwanie. Niech się dzieje co chce!
Przekroczywszy progi przedszkola, wszystko się zmieniło. Widząc innych rodziców, przebierających się w specjalnie przygotowanej dla nas garderobie, zaczęłam się po prostu dobrze bawić. Upinałyśmy sobie włosy, przypinałyśmy czapki, poprawiałyśmy sukienki niczym druhny na weselu. I wiecie co? Było fajnie. Tylko ja taka mądra byłam, że po założeniu sukienki na kole, postanowiłam skorzystać z toalety :D 

Cała uroczystość była dość długa. Najpierw występowali absolwenci, dzieciaki, które żegnały się na zawsze z przedszkolem. Byłam pod wrażeniem ich występu i tego jak zatańczyły Poloneza, jakie figury wykonywały. Mój mąż stwierdził, że on chyba nawet tak na swojej Studniówce nie zatańczył ;) Potem weszła grupa Elsy.  To nie pierwszy jej występ, a jednak kolejny raz wzruszyłam się do łez. Na koniec grupa 5-latków, ale tego występu już nie widziałam. Oczekiwałam w salce na wyjście do naszego przedstawienia. I nagle jest. Znajoma melodia, więc czas zaczynać. Biorę więc swoją czerwoną chustkę (w ulubionym kolorze Elsy) i wymachując nią idę wraz z innymi wróżkami za Królem i Królową. 
Niesamowite było zobaczyć dumę w oczach mojego dziecka. Moja kwestia była krótka, taniec nawet się udał, ale dla niej najważniejsze było to, że ta różowa mamusia (jak określiła mnie Elsa mówiąc do koleżanek) to jej mamusia. Kiedy na koniec przedstawienia każdy podchodził bliżej publiczności, kłaniał się i przedstawiał czyją jest mamą, Elsa nie wytrzymała i rzuciła mi się w ramiona. Tak bardzo jej się podobało. Misia wraz tatusiem machała do mnie z dalszych rzędów (dzieci przedszkolne siedziały z przodu na materacykach) 

Powiem wam jedno. Fanką różowych strojów balowych może nie jestem, ale zobaczyć radość i dumę w oczach dziecka - bezcenne. Dziś stwierdzam, że dobrze się bawiłam, poznałam nowe mamy i tatusiów i całe wydarzenie oceniam bardzo pozytywnie. Ogólnie jestem osobą otwartą, nie mam problemów z dogadaniem się z ludźmi, obojętne, czy to woźna w przedszkolu, czy pani dyrektor, ale tu jednak potrzeba było otwarcia się na wyzwanie i wydobycie a z siebie schowanych pokładów dziecięcej wyobraźni i radości. A w moim przypadku nawet więcej, ponieważ jako dziecko występowałam w akademiach, ale nigdy nie w tego typu teatrzykach, czy przedstawieniach. 



Jak to śpiewała Elsa "Przedszkole, już pożegnać czas, ruszamy w nieznane, lato wita nas" Zaczynają się wakacje, dziewczyny będą w tym czasie ze mną w domu. Mam nadzieję, że pogoda dopisze i będziemy mogli wszyscy skorzystać maksymalnie z tego czasu. Od poniedziałku więc nowa organizacja dnia. Najbardziej cieszę się z tego, że nie będę musiała już nastawiać budzika ;) Budzikiem będziemy my.
Od września Misia dołączy do swojej siostry w przedszkolu. Nowe wyzwania, nowe przyjaźnie, nowe zabawy. Widzę jak przez ten ostatni rok dziewczynki wydoroślały, rozwinęły się. Przyznaję z bólem serca, że w domu nie mam już maluchów, mam dwie duże panienki tzn. jednego Misia i jedną Księżniczkę ;)


Powiązany wpis: http://www.naszmalyswiatek.pl/2018/06/o-kurze-sajkobajce-spiacej-krolewnie-i.html







poniedziałek, 25 czerwca 2018

Mój tata MacGyver.


Jako że w sobotę obchodziliśmy Dzień Ojca, dzisiejszy post będzie właśnie o nim - o tatusiu Elsy i Misi.
Mój mąż zawsze pragnął mieć córkę, nie wiem czemu, ale zawsze mówił, że dziewczynki są fajniejsze :) Wiadomo, gdyby urodził nam się synek, kochalibyśmy go równie mocno, ale tak akurat się złożyło, że chciał mieć dziewczynkę. Nie wiem, czy modlił się o nią, czy jak, ale Pan Bóg postanowił dołożyć jeszcze jedną w pakiecie i tak powstała nasza rodzinka 3 + 1, czyli on jeden sam, a my trzy kobietki. 
Muszę powiedzieć, że na taki układ, mój mąż był doskonale przygotowany. Przez tyle lat zdążył tak płynnie nauczyć się władać językiem Wenusjanek i poznać ich całą kulturę i obyczaje, że niewiele go zaskoczy. Mój mąż ma bowiem tę bardzo dobrą cechę- popełnia błąd tylko raz, potem już wie, że tego, czy tego robić nie wolno, bo grozi to domowym kataklizmem ;) I tu może małe wyjaśnienie, żeby nie było, że w domu stosuję jakąś przemoc, co to to nie, ze mnie zwierzątko jest bardzo łagodne :) 

Skąd tytuł posta? Bo mój mąż, tata dziewczynek, to prawdziwy MacGyver. Pamiętacie ten stary serial? Z niczego zrobi coś, a przy tym ma takie pomysły, że gdyby inny myślał i myślał, to nigdy by nie wymyślił. Coś tam z czym zwiąże, to podłączy tu uczepi i już wisi na naszej brzozie i podcina ją od góry. Nie mogła przyjechać do nas koparka? Ależ w czym problem, wystarczy przyczepić do haka starą paletę, zrobić z niej bronę z kolcami i pojeździć dookoła domu. Dziewczynki już się nauczyły, że jeśli coś się zepsuje to spokojnie "Tata wszystko naprawi" Tylko tata ma tyle rzeczy do naprawienia, że ma już specjalną półkę do tych celów. 

Co tu robić, co tu robić... Leci woda, dziewczyny już w kostiumach a w basenie taka dziura!!

Tata jest kochany. Tata przytuli, tata nosi na barana, tata pozwoli na więcej niż mama, poskacze na trampolinie w sposób niezrozumiały dla mamy, puści bajkę i sam się na niej zawiesi na pół godziny i wiele wiele innych cudownych chwil spędzanych ze swoimi córkami. Z tatą można naprawić samochód, albo choćby w nim posiedzieć, puścić muzykę i naciskać co się da. Tata nie krzyczy, choć czasem zdarza się, że ukochane istotki wyprowadzą nawet jego z równowagi ( wtedy wiem, że i ja jestem normalna, bo skoro jemu, temu niezwykle opanowanemu człowiekowi puściły nerwy, to musi coś w tym być) 

Mój mąż. Mój przyjaciel, podpora życiowa, najbliższa mi osoba, najlepszy tata na świecie. Bez niego nie byłoby mnie tu, nie osiągnęłabym tego co mam. Gdy ja wątpię w coś, on jeszcze ma tę garść nadziei więcej. Zwątpił tylko raz, gdy wracaliśmy z wakacji do domu a samochód odmówił nam posłuszeństwa. Mieliśmy jeszcze 2000 km do granicy polskiej a samochód jechał coraz gorzej.  Baliśmy się zatrzymać, bo nie wiadomo było, czy ponownie ruszy. Kiedy w Niemczech, na autostradzie pod górę nie wyciągaliśmy więcej niż 40km/h, mój mąż stwierdził spokojnym tonem: Wiesz, chyba nie dojedziemy do domu...
To była niedziela, wszystko pozamykane, ani żywej duszy w warsztacie do którego w końcu zajechaliśmy. Nagle stał się cud, po prostu cud. Auto weszło w tryb awaryjny i zaczęło lepiej jechać, ale nie potrafiło rozpędzić się więcej niż 90km/h. Prdkość 90 w porównaniu z 40, która jeszcze spadała, brzmiało niczym wyścig Formuły 1. Bezpiecznie dojechaliśmy do domu, a ja miałam tak obolałe plecy od siedzenia sztywno w bezruchu, że przez kilka dni czułam tę podróż. 
I taki właśnie jest mój mąż. Z nim udaje się to, co nigdy nie miałoby prawa się udać. Bo to nielogiczne, nierealne, niemądre. Cóż, on zawsze był marzycielem i zawsze powtarza mi: Ale niby czemu ma się nie udać? Całe nasze życie razem, to jeden, długi serial, w którego prawdziwość pewnie nikt by nie uwierzył.

Ja osobiście zawsze chciałam mieć takiego męża jak mój tata. Nie zmieniło się to nawet, gdy dorosłam. Nasze dziewczyny obecnie są na takim właśnie etapie- tatuś jest jedynym i najlepszym mężczyzną w ich życiu. To akurat mam nadzieję, że się zmieni, że jednak przeleją kiedyś uczucia na innego księcia z bajki, ale niech ich Tata MacGyver na zawsze będzie tą osobą, która jest wzorem ojca i męża. Nie powiem, to wysoka poprzeczka, ale cóż, skoro ja znalazłam, to czemu one mają nie znaleźć? 

Balonik dla taty od Elsy (napisane z pamięci)

Tata na spacerze :)

piątek, 22 czerwca 2018

Makarska. Czy warto odwiedzić ten ukochany przez Polaków zakątek?


Wakacje!!

Może nie dla każdego dwa miesiące, tak jak dla uczniów, ale z pewnością jest to czas kiedy wyjeżdżamy, albo choć planujemy nasz urlop. Jako, że dziś rozpoczynamy weekend, wpis będzie taki właśnie weekendowy, na luzie. Mam nadzieję, że zdjęcia wprowadzą was w wakacyjną atmosferę :))

Makarska to popularny kierunek, chętnie wybierany przez Polaków. Co takiego przyciąga w to miejsce polskich turystów i czy warto tam się wybrać, o tym będzie dzisiejszy post :)




Krvavica? Nie dziękuję. Nie na wakacjach. Krwawicę mam na co dzień w domu ;) Wybieramy zdecydowanie Makarską, czyli cała naprzód!


Trasa wzdłuż wybrzeża jest przepiękna i malownicza. Jeżeli wybieracie się w te okolice, to tylko samochodem.



Jesteśmy na miejscu! Szczerze mówiąc jestem pozytywnie zaskoczona tym miastem. Przepiękna promenada wysadzana palmami, z jednej strony woda, z drugiej góry, a wszystko to tworzy  niezapomniany krajobraz


Dziewczyny koniecznie chciały wejść na palmę :D Taki widok miały, gdy tatuś podnosił je do góry a one nóżkami wspinały się do góry ;)


Trochę historii.

W przeszłości znajdowała się tutaj rzymska osada, prawdopodobnie nazywana Muccurum. W VI w. została ona podbita przez Gotów, a następnie przez nich zniszczona. W późniejszych wiekach tutejsze tereny zdobyli Słowianie - traktowali miasto jako punkt strategiczny, z którego mogli atakować przepływające do Wenecji statki.

W kolejnych wiekach w Makarskiej rządzili królowie chorwacko-węgierscy, a w XV w. na tutejszych terenach pojawili się Turcy, którzy zostali stąd wypędzenie dopiero w 1646 r. za sprawą Wenecjan. Makarska była we władaniu Wenecjan, aż do 1797 r., kiedy nastąpił upadek Republiki Weneckiej.

Nazwa Makarska została wzmiankowana po raz pierwszy w 1502 r., a pochodzi od słowa "Makra" – najstarszej osady na tej części dalmatyńskiego wybrzeża.

Miasto zostało poważnie zniszczone w trakcie II wojny światowej. Część zabudowy, która ocalała podczas wojny, ucierpiała podczas trzęsienia ziemi w 1962 r. W kolejnych latach Makarska była sukcesywnie odbudowywana i rozbudowywana, a obecnie jest to jeden z najważniejszych ośrodków turystycznych w kraju.




Urokliwe uliczki.

Elsa była bardzo zainteresowana sklepami z biżuterią. Wybierała wiele rzeczy, które jej się podobały, ale co najlepsze, wszystko to mówiła, że kupi dla mnie :)) Chodziła od wystawy do wystawy pytając, czy to co wybrała podoba mi się. Wieczorem, gdy wróciliśmy z wycieczki zadała mi pytanie: Jak się zarabia pieniążki?


Katedra św. Marka z 1766 r. na placu Kačić Miošicia (przed kościołem stoi pomnik o. Andriji Kačić Miošicia z 1890 r. i barokowa fontanna)


Fragment promenady.


Makarska należy do najcieplejszych miejscowości w Chorwacji. Występuje tu typowy klimat śródziemnomorski – gorące i suche lato oraz łagodna zima z dużą liczbą dni deszczowych. Rocznie notuje się tutaj ponad 2700 godzin słonecznych!! Średnia temperatura roczna wynosi 20 °C, zaś średnia latem waha się pomiędzy 23 °C, a 27 °C.






Makarska to piękna miejscowość, bardzo urokliwa, ale nie wybrałabym tego miejsca na wakacje, szczególnie z dziećmi. Dlaczego? A no choćby dlatego, że w płytkich wodach występują jeżowce. Wiem, wiem, można kąpać się w butach, ale mnie to chyba nie kręci. Wolę piasek i to nie tylko ze względów bezpieczeństwa naszego, czy dzieci. Poza tym, plaże ze względu na małą szerokość są bardzo tłoczne, i choć ich długość podobno pozwala na znalezienie miejsca, to nie chciałabym targać ze sobą całej familii, w upale, z dobytkiem (wiadomo jak to z dziećmi, dmuchańce, wałówka itp) Jeżeli jednak szukacie miejsca, gdzie można się polansować - Makarska będzie strzałem w dziesiątkę ;) Piękne krajobrazy z pewnością też dostarczą cudownego tła do waszych zdjęć, nie tylko selfie. Miejscowość tętniąca życiem, piękna, ale w sezonie na pewno spokoju tu nie znajdziecie. Tak więc, co kto lubi. Ale Makarska jest punktem obowiązkowym dla każdego zwiedzającego Chorwację, tym bardziej, że to właśnie stąd można zorganizować wiele interesujących wycieczek, choćby na popularne wyspy Hvar i Brač.
No i jeszcze jedno. Przy niewielkiej zatoce na peryferiach znajduje się kamienista plaża naturystyczna. Także, dla każdego coś fajnego ;)


Miłego weekendu kochani!






* Źródło informacji:Wikipedia.