piątek, 19 lipca 2019

Jak wychować szczęśliwe rodzeństwo.


Kiedy zapadła decyzja o budowie domu, zaczęliśmy rozglądać się za kimś, kto mógłby te marzenia przelać na papier (ewentualnie program komputerowy ;)) i naszkicować to, co mieliśmy w głowie. Pewnego dnia zasiadłam wieczorem do przeglądania portfolio różnych architektów i w zasadzie dość szybko znalazłam kogoś, kto tworzył projekty w stylu, który nam się podobał. Dlaczego nie projekt gotowy? A no dlatego, że mieliśmy pewne, można to nazwać wymagania. Przede wszystkim na dole koniecznie chcieliśmy prócz salonu dwa pokoje: mój do pracy i gościnny. Nasza działka jest zbyt mała, by postawić na niej dom parterowy, a żaden z projektów, które nam się podobały niestety nie spełniał tych wymogów. Czy trudno było zaprojektować własny dom? Dla nas nie, ponieważ już mieliśmy w głowie ogólny zarys tego co chcemy, a reszta inspiracji przyszła w trakcie. Nigdy jednak ani ja, ani mój mąż, nie mieszkaliśmy w domu. Oboje wychowani w blokach, mogliśmy równie dobrze mylić się w naszych wyobrażeniach jak to jest posiadać własną przestrzeń i nie dzielić ścian z sąsiadami. Podobno pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi dla sąsiada, a dopiero trzeci dla siebie. A ja wam powiem, że kocham nasz dom do tego stopnia, że za nic w świecie bym go nie oddała, tym bardziej wrogowi ;) Jak więc udało nam się to wszystko? Próbowaliśmy zebrać do jednego worka te rzeczy, których brakuje nam w mieszkaniu, pomyśleć, co by się przydało, co ułatwiłoby życie i co jest nam niezbędne. I nie mówię tu o drogich meblach, ale praktycznym zastosowaniu na co dzień. Dom powstawał w wersji elektronicznej około 3 miesiące i w ciągu tego czasu wiedziałam już, gdzie ustawię kanapę, gdzie chcę mieć zmywarkę, jaką łazienkę i dlaczego. Zamykałam oczy i wyobrażałam sobie siebie gotującą obiad. Gdzie najbliżej będzie odstawić garnek? Gdzie łatwo otworzyć śmietnik? Gdzie usadzić dzieci? Wprowadzając się do domu, czułam się, jak gdybym mieszkała tam od dawna. W moich myślach tysiące razy przecież wchodziłam po schodach, brałam prysznic, siedziałam na kanapie przed kominkiem, czy wychodziłam na taras. Pewnie napsuliśmy trochę krwi architektowi, który owszem, był bardzo dobry, ale widać raczej dbał o wygląd domu z zewnątrz a nie jego praktycznie zastosowanie. Rysował go kilka razy, za każdym dodając coś, na czym bardzo nam zależało. Pracowaliśmy dotąd, dokąd nie osiągnęliśmy wersji zadowalającej. 


Pewnie pomyślicie co to ma do rzeczy, kogo interesuje w jaki sposób powstawał nasz dom, skoro tytuł posta sugeruje coś związanego z dzieciakami. Już wszystko tłumaczę. Jak wiecie niestety jestem jedynaczką, więc cokolwiek robię, by wychować szczęśliwe rodzeństwo, to jedynie przecieranie szlaków i sprawdzanie tego jak wyobrażenie o nim ma się do rzeczywistości. Podobny schemat do projektowania domu. Zastanawiam się jakie relacje chciałabym mieć z siostrą/bratem na każdym etapie mojego życia i próbuję uczyć dziewczynki budowania więzi. Ewentualne poprawki wychodzą jak to się mówi "w praniu".

Jak więc wychować szczęśliwe rodzeństwo? Rozczaruję was, bo powiem, że nie znam odpowiedzi na to pytanie. Dziś mogę jedynie przekazać wam to, co robimy, co działa (na razie) i co z czystym sumieniem mogę polecić (choć gwarancji oczywiście nie daję ;)) Od zawsze chcąc nie chcąc obserwuję również rodziny wielodzietne i choć nie wtrącam się do metod wychowawczych to wiem, czy ja osobiście postąpiłabym podobnie czy zupełnie inaczej.  Widzę jak dorastają moi uczniowie, z którymi mam indywidualny kontakt, patrzę jak zmieniają się poprzez lata. Wyciągam wnioski. Kto wie, może gdy dziewczynki dorosną postanowią dokonać edycji tego tekstu i napiszą wam co wyszło z tych naszych starań. Tylko one będą w stanie stwierdzić, czy miałam rację. 

Pojawienie się młodszego rodzeństwa.

Nowy członek w rodzinie to wydarzenie nie byle jakie, nie tylko dla dorosłych. Często zdarza się, że pierwsze dziecko schodzi na drugi plan, gdy wszyscy są zajęci przygotowaniami do przyjęcia kolejnego potomstwa. Pojawia się naturalna zazdrość i walka o uwagę rodzica. Kiedy różnica wieku między dziećmi jest mała, trudno wytłumaczyć starszemu rodzeństwu co właściwie się dzieje. Dlatego warto zaangażować starszaka w opiekę nad młodszym rodzeństwem i na każdym kroku powtarzać, że jest ono ważne tak samo jak kiedyś. A może nawet bardziej, bo od teraz będzie tym starszym bratem/siostrą. 
Gdy urodziła się Misia, Elsa tak naprawdę nie miała pojęcia co się dzieje. Słowo "siostra" miało dopiero nabrać znaczenia, ale koło łóżeczka postawiliśmy zdjęcie Misi, jakie dostaliśmy od jej opiekunów zanim ją poznaliśmy. Niczym mantrę powtarzaliśmy "Gdzie jest twoja siostra?" , a ona z uśmiechem pokazywała zdjęcie. Gdy pojechaliśmy razem zabrać ją do domu, szału nie było, dzidzia jak dzidzia, Elsa pogłaskała ją po rączce i poszła się dalej bawić. Stała się siostrą z dnia na dzień. Nie widziała rosnącego brzucha, nie była więc w stanie przygotować się na jej przyjście. Wyobrażam sobie, że gdybym była w ciąży, odbyłoby się to zupełnie inaczej. Pomimo tego, że była mała, pokazywałabym jej rosnący brzuszek, rozmawiała z nią. 

Siostra vs. dzidzia.

Za radą pani z ośrodka, o nowej członkini naszej rodziny nigdy nie mówiłam w rozmowie z Elsą dzidzia, tylko zawsze siostra. Dzięki temu czuła ona od samego początku, że maluch jest kimś więcej niż tylko kolejnym napotkanym małym dzieckiem. Z początku nie akceptowała tego, że Misia ma taki sam status i jest takim samym dzieckiem jak ona, ale z czasem zrozumiała, że rodzina to nie tylko 2+1. Minęło jednak wiele miesięcy. Póki siostra nie zaczęła chodzić i mówić, cały czas czuła, że to jednak ona jest ważniejsza. Powoli, stopniowo, Misia zaczęła osiągać ten sam status co pierwsza córka. Jak jest dziś? Dziś oczywiście doskonale rozumieją podział ról. Jest mama, jest tata i są dwie córki. Siostry. Naturalne.

Różnica wieku.

Różnica wieku jest bardzo ważnym czynnikiem w tworzeniu relacji między dziećmi. Na początku to oczywiście przepaść. Nawet u nas, gdzie jest ona mała, widać było to jak na dłoni. Oto przed sobą mamy jedną córkę, która już chodzi, mówi i wszystko rozumie, i mamy niemowlę, które dopiero poznaje świat. Nie jest to możliwe, by dzieci były na jednym poziomie, ale od samego początku można je uczyć wspólnej zabawy, wspólnego zaangażowania w jakąś czynność. Do dziś pamiętam taką sytuację jak Elsa kładzie na siebie pieluszkę, zdejmuje ją i robi siostrze a -kuku. Tamta śmieje się śmiechem, który do tej pory można czasem od niej usłyszeć :)) Gdy Misia nie potrafiła jeszcze chodzić, siedziała w bujaczku a Elsa np. przynosiła jej książeczki i "czytała", albo karmiła z butelki. Gdy już była starsza, (jedna mniej więcej 7-8 miesięcy, druga rok z hakiem), godzinami mogły siedzieć w koszu na pranie. 
Jeśli różnica wieku jest większa, trudno o podobne zabawy. To oczywiste. Pamiętajmy jednak, że młodsze dziecko zawsze patrzy z podziwem na rodzeństwo. Warto to wykorzystać i zaangażować je w różne czynności. Jeżeli starsza pociecha odrabia lekcje, maluch też może "robić pracę domową" Wystarczy tylko dać mu kredki i kupić zeszyt. Można lepić razem z plasteliny, rysować i w zasadzie robić wszystko, tylko na innym poziomie. Wszystko da się osiągnąć i wypracować, ale nic nie przychodzi z dnia na dzień. Wymaga to od nas zaangażowania i pracy, powtarzania tysiące razy tego samego. Ale uwierzcie mi. Warto.

Dwie indywidualności.

Choć dzieci mają tych samych rodziców, pamiętajmy, że każde z nich jest indywidualnością, kimś wyjątkowym. Kasia lubi jabłka, a Marysia gruszki. Michał woli układać puzzle, Janek jeździć na rowerze. Nie ukrywam, że dla rodziców najłatwiejszym rozwiązaniem, jest wrzucenie dzieciaków "do jednego wora" W jakim sensie? W takim, że proponujemy jedną zabawę dla obojga, to samo do jedzenia, tę samą bajkę. Warto jednak od najmłodszych lat podkreślać, że każde dziecko ma prawo być po prostu sobą. Dlatego u nas zawsze na dobranoc czytane są dwie bajeczki. Od zawsze. Dlatego uczymy się kompromisu na każdym kroku, czyli jeśli dziś wybierzemy wycieczkę rowerami, bo tak zadecydowała Elsa, następnym razem to Misia ma prawo wyboru. Choć dziewczynki mają sporo wspólnych zabawek, każda z nich ma kilka takich, do których wzięcia potrzeba zgody siostry. Nawet małe dziecko ma prawo mieć coś swojego i jeśli w danym momencie nie chce się tym podzielić, uszanujmy to. Nie zmuszajmy go do oddania ulubionej przytulanki tylko dlatego, że młodsza siostra tak chce. Można zachęcić malucha do pobawienia się chwilkę i pożyczenia siostrze/bratu zabawki lub poprosić o zaproszenie drugiego dziecka do zabawy. 

Współpraca.

Dzieciom trudno współpracować. Ba, wielu dorosłych tego nie potrafi ;) Dlatego warto od najmłodszych lat uczyć nasze pociechy takiego zwykłego współżycia. Nasze dziewczynki dzielą razem pokój. Mogą na przykład razem go sprzątać. Nawet 2-latek potrafi już ułożyć książeczki, czy zabawki na półce. Pamiętajmy jednak, żeby również i tym razem do niczego dziecka nie zmuszać, ale znaleźć taki sposób, by zachęcić maluchy do wspólnej czynności. Okazji jest wiele np. każde dziecko może mieć swój koszyczek, ale razem mogą zbierać grzyby. Innym pomysłem może być zaangażowanie je w kuchni. Dzieci będą musiały współpracować, by danie się udało.

Młodszy zawsze ma rację.

Bardzo nie podoba mi się metoda, praktykowana w wielu rodzinach, a mianowicie ustępowanie młodszemu dziecku na każdym kroku i usprawiedliwianie jego zachowań. Podczas gdy niemowlę nie do końca zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich działań, już trochę starszy maluch doskonale wie co robi i potrafi świetnie manipulować dorosłymi. Wielu rodziców każe starszemu rodzeństwu ustępować młodszej siostrze, czy bratu, tylko dlatego, że ... są młodsi. A przecież młodszy, nie zawsze oznacza, że dobrze się zachowuje. Przyzwalając więc na takie zachowania i usprawiedliwiając je, uczymy starsze dzieci braku sprawiedliwości, świata w którym przywileje kojarzone są na początku z wiekiem, a z czasem stanowiskiem, majętnością, inteligencją i innymi. 
Do dziś pamiętam obrazek 4-latka, syna naszej koleżanki, leżącego na siostrze (lat 10) i szarpiącego ją za włosy. Dziewczynka wyła z bólu, natomiast mama krótko stwierdziła, że "nic się nie dzieje, to tylko dziecko" 

Wzmacnianie więzi.

O dobrą więź między rodzeństwem trzeba zadbać od samego początku. Jeżeli tego nie wypracujemy, w przyszłości nasze dzieci wyrosną na obcych sobie ludzi. Oczywiście ich drogi mogą się rozejść, nikt nie oczekuje, że będą zawsze jedynymi przyjaciółmi i nikt inny nie będzie ważny w ich życiu. Ważne, by rodzeństwo wiedziało, że może na siebie liczyć, że jest blisko, że jest między nimi uczucie, jest miłość. Siostry, bracia, mają różne charaktery, ale łączy ich zawsze dom, w którym dzieci zostały wychowane. Jeżeli w tym domu prawidłowo zostały zbudowane relacje, nie trudno je w przyszłości podtrzymać. 

Jak wzmacniać więź między rodzeństwem?

1. Wzbudzaj w dziecku empatię. Niech maluch przyklei plasterek siostrze/bratu. Niech przyniesie misia na pocieszenie, gdy płacze. Dzięki temu uczysz go, że ważne są uczucia rodzeństwa i należy o nie dbać. Zwróć uwagę dziecka na humor, czy nastrój siostry, czy brata. Gdy jest smutne, zachęć do zastanowienia się dlaczego i jak można to zmienić.
2. Proponuj wspólne zabawy i zajęcia. Organizuj wycieczki, dzięki którym w innym otoczeniu dzieci mogą się lepiej poznać. Graj w gry planszowe, dzięki czemu dzieci uczą się zdrowej rywalizacji.
3. Zadawaj pytania tak, by dzieci wiedziały o sobie jak najwięcej np. o ulubiony kolor, 
4. Spędzajcie dużo czasu razem jako rodzina. Nic tak nie wzmacnia więzi między jej członkami jak bycie razem.
5. Naucz dzielić się z rodzeństwem. Zachęcaj do oddania nie tylko zabawki, ale również kawałka wafelka, czy ciastka. 
6. Przypominaj o istnieniu siostry czy brata. Możesz wykorzystać do tego proste czynności np. powiedzieć "Zaproś siostrę na kolację", "Rozdaj talerzyki, weź też mniejszy talerzyk dla brata"
7. Zachęcaj dzieci do okazywania sobie uczuć. 
8. Ucz dzieci wzajemnego szacunku do siebie, naucz prosić, przepraszać i dziękować.
9. Naucz dzieci rozmawiać ze sobą. Jeżeli się pokłócą, nie przyznawaj od razu racji jednemu. Weź je spokojnie na rozmowę i niech każde z nich powie swoją wersję wydarzeń. Wspólnie ustalcie co się wydarzyło i jakie to powinno mieć konsekwencje.

Czas dla siebie.

Jak już wcześniej wspomniałam, każde dziecko jest indywidualnością, nawet bliźniaki jednojajowe, choć wyglądają tak samo, są inne. Dlatego też, każde z nich potrzebuje czasu tylko dla siebie. My dorośli też nie zawsze mamy ochotę na towarzystwo i chętnie zasiadamy w kącie wysyłając sygnały "Zostawcie mnie w spokoju" Uszanujmy fakt, że dziecko to mały człowiek i nie zawsze ma ochotę na interakcję z rodzeństwem. Jeżeli zauważymy, że dziecko pragnie być samo, umożliwmy mu to i wyznaczmy obszar, gdzie nikt mu nie będzie przeszkadzał. Moje dziewczynki wspaniale się bawią, ale czasem mają ochotę pobyć same. Staram się wtedy pomóc im zorganizować przestrzeń tylko dla siebie. Zwykle po jakimś czasie zapraszają się do wspólnej zabawy. Jeżeli w domu jest tata, można rozdzielić dzieci i zaproponować czas z jednym z rodziców. 

Mama i tata tylko dla mnie.

Przywilejem jedynaka jest posiadanie rodziców tylko dla siebie. Rodzeństwo musi się nimi dzielić. Oprócz spędzania czasu całą rodziną, zorganizujcie również czynności tylko dla jednego dziecka z rodzicem. Niemowlę zostawcie pod opieką babci i zabierzcie starszaka na lody. Uwaga skupi się tylko na nim i będzie dopieszczony, dowartościowany. Przy starszych dzieciach, zachęćcie rodzeństwo do przyłączenia się do zwykłych prac domowych np. pielęgnacji ogródka, czy gotowania. Postarajcie się wybierać takie czynności, które dziecko lubi, czyli na przykład jeśli syn kocha samochody, niech z tatą umyje auto, czy pojedzie zatankować. 

Usypianie.

My praktykujemy zasadę, że po czytaniu książeczek chwilkę leżymy z dziewczynkami na łóżeczkach. Z tym, że codziennie się zmieniamy, raz z jedną leży tatuś, a z drugą mamusia, a potem odwrotnie. Chcemy im pokazać, że obydwie są dla nas tak samo ważne, a one czują, że nie tylko mama jest z nimi na koniec dnia, ale tata również. 

Najważniejsza na świecie. 

Każdy człowiek chce być dla kogoś ważny. Najpierw dziecko pragnie miłości rodziców, potem innych członków rodziny a w końcu ludzi obcych. Dlatego na każdym kroku powtarzamy dziewczynkom, że one są dla siebie najważniejsze. Wiedzą więc, koleżanki są obecne w ich życiu, ale to siostra zawsze stoi na pierwszym miejscu. Chcemy, by dorastały w poczuciu, że cokolwiek się nie wydarzy, mają zawsze być razem, wspierać się i kochać. 

Mamo, tato, tych rzeczy nigdy nie rób:

* nie faworyzuj jednego dziecka
* nie stawiaj jednego z dzieci jako przykładu i nie zachęcaj do niezdrowej rywalizacji
* nie oceniaj dziecka przez pryzmat rodzeństwa (np. Twój brat już dawno umiał jeździć na rowerze, gdy miał tyle lat co ty)
* nie żartuj w stylu "synek mamusi", "córeczka tatusia" Może mieć to bardzo poważne konsekwencje (o tym już niedługo kolejny wpis)
* nie naśmiewaj się z dziecka, gdy w czymś jest gorsze od rodzeństwa
* nie krytykuj dziecka w obecności rodzeństwa
* nie graj na emocjach dziecka
* nie karz dziecka za przewinienia rodzeństwa
* nie zmuszaj dziecka do opieki nad rodzeństwem, nawet starsze - nadal jest tylko dzieckiem
* nie strasz dziecka (np. jeśli nie będziesz się uczył, będziesz powtarzał klasę tak jak brat)


Tak jak wspomniałam na początku, nie ma instrukcji obsługi rodzeństwa. Tak jak nie ma instrukcji obsługi dziecka w ogóle. Nie mówiąc o żonie, mężu, szefie, teściowej. Może nie wychowamy naszych pociech idealnie, jednak przestrzeganie pewnych zasad 
pozwala nam wierzyć, że zrobimy to najlepiej jak tylko się da. Wiele zależy od nich, od charakterów, od osobowości, od środowiska w którym się znajdą, od przeżytych doświadczeń. Ale niczego nie da się osiągnąć bez solidnych fundamentów. A te możemy im podarować tylko my. Wczoraj, dziś, jutro. Tu i teraz. 

czwartek, 11 lipca 2019

O tym jak zostałam świętą dzięki adopcji.


Wśród czytelników bloga są zarówno rodzice adopcyjni jak i biologiczni, pary oczekujące na spełnienie marzenia oraz takie, które dopiero przygotowują się do procedury. Gdybym jednak poprosiła was dzisiaj o zdefiniowanie, kim są dla was ludzie adoptujący dziecko, co byście odpowiedzieli? Jakich użylibyście określeń w stosunku do osób, które z pełną świadomością decydują się na przyjęcie pod swój dach bądź co bądź obcego dziecka?

Czy dla was, biologiczni rodzice, jesteśmy odważni? A może zdolni do większej miłości? A wy, jeszcze przed decyzją co dalej, podziwiacie nas? Chcielibyście być może być na naszym miejscu, by mieć to za sobą i cieszyć się wreszcie życiem? A wy, oczekujące na ciążę, adopcja to dla was abstrakcja, więc myślicie, że kobiety, które na nią się zdecydowały są zdesperowane, czy wspaniałe? No i wreszcie wy, rodzice adopcyjni. Uważacie, że jesteśmy bohaterami? Kimś lepszym, bo jesteśmy w stanie pokochać dziecko, które nie zostało zrodzone z nas, czy wręcz przeciwnie, nie czujesz się mamo adopcyjna prawdziwą kobietą, bo nigdy nie byłaś w ciąży, nie nosiłaś dziecka pod sercem, nie karmiłaś piersią?


O naszej decyzji o adopcji wiedzieli tylko najbliżsi. Opowiadałam wam już kiedyś o tym, jak tamtego pamiętnego wieczoru we Włoszech, kiedy to zadzwonił TEN telefon, wpadłam do domku znajomych i mówię, że my wracamy, bo urodziło nam się dziecko. Mina bezcenna. Co sobie wtedy pomyśleli? Tego nie wiem, ale gdy zaczęłam informować innych o tym fakcie, nie spotkałam się z żadnym negatywnym komentarzem z ich strony. Raz tylko usłyszałam: "A nie boicie się chorób?", ale, gdy zapytałam, czy znajoma nie boi się, że jej dziecko poważnie zachoruje, na tym zakończyła się nasza dyskusja. Zaobserwowałam jednak pewien trend. Nagle stałam się dla wszystkich kimś innym, jakby lepszym człowiekiem. Dalsi znajomi przechodzili ze mną na "ty", oferowali pomoc, bardziej mi ufali. A przecież tak naprawdę byłam dokładnie tą samą osobą co przed wakacjami, kiedy to jeszcze nie byłam mamą. Dla ludzi z różnych środowisk, po adopcji staliśmy się kimś, kto zasługuje na podziw i uznanie. Kimś, kto był na tyle wspaniały, by wychowywać cudze dziecko. I nawet wiem skąd się to bierze. Bo o adopcji ciągle jest za mało, ciągle ludzie mają mylne o niej wyobrażenie i ciągle mijają się z prawdą. Myślą, że nasze rodzicielstwo często ogranicza się do wychowywania obcego dziecka, które może być trudno w przyszłości zatrzymać przy sobie. Ludziom otwierają się oczy dopiero wtedy, kiedy zaczynam zadawać pytania dotyczące relacji w rodzinach biologicznych. I nagle okazuje się, że w swoim gronie każdy z nich ma multum przykładów ludzi, biologicznie związanych ze sobą, ale nie mających kompletnie żadnych więzi. Często brat nie rozmawia z siostrą, a matka nie interesuje się losami syna, czy córki. Zaczynają wtedy rozumieć mechanizm. Ale i tak pozostaję dla nich bohaterką. "Ja bym chyba tak nie potrafiła", słyszę. 

Ostatnio pisałam wam o tym, że w przedszkolu nie powiedzieliśmy o adopcji, gdyż uznaliśmy, że nie ma takiej potrzeby. Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie rozpowiadam o tym fakcie wszem i wobec. Właśnie dlatego, że nie chcę, by wynoszono mnie na piedestały i robiono ze mnie świętą. Gdy kilka tygodni temu wyznałam prawdę pewnej koleżance, która stwierdziła: "No teraz to już w ogóle urosłaś w moich oczach" I niby dlaczego? Dlatego, że otworzyłam serce na inny sposób posiadania dzieci? Ona akurat należy do tych osób, które poświęcają dziecku bardzo dużo czasu. Nie rozumiem więc, dlaczego ja, jako człowiek, ja, jako matka, nagle jestem lepsza od niej... 
I właśnie dlatego nie opowiadam o adopcji. Bo ja nie czuję się lepsza i na pewno nie jestem święta. Zauważyłam jednak, że niektóre kobiety mają bardzo dużą potrzebę zwierzania się, że są mamami adopcyjnymi i podkreślania tego faktu na każdym kroku. I  tak się zastanawiam, czy dzięki temu dowartościowują się? Czują się lepiej? Mają wyższe poczucie własnej wartości? Kompletnie tego nie pojmuję. W ten sposób stawiają siebie za wzór rodzica czekając, aż inni zaczną ich naśladować. Tak jakby na siłę chciały pokazać innym (a może sobie?), że niczym nie różnimy się od rodzin biologicznych.

Kim więc jest rodzic adopcyjny? Jest normalnym człowiekiem, który ma dziecko w nieco inny sposób. A wśród rodziców są różni ludzie, są spokojni i są porywczy, są bardziej inteligentni i prości, niewykształceni. Adoptujemy z różnych powodów. Dla jednych będzie to potrzeba serca, dla innych spełnienie marzeń o rodzicielstwie, dla jeszcze innych wypełnienie pustki w życiu. Ale sam fakt adopcji nie czyni nas lepszym człowiekiem. Może, ale nie musi. Dlatego warto zastanowić się, kim jest po prostu dobry rodzic. Bo dziecko faktycznie potrafi uszczęśliwić i potrafi zmienić nas i nasze priorytety o 180 stopni. 

I tak sobie myślę, że tu na blogu piszę wam o naszej rodzinie, o tym jak wychowuję dzieci, o tym jak mija nam czas, jak dziewczynki dorastają. Oczywiście nie ukrywam faktu adopcji, bo chyba mijałoby się to z celem, właśnie po to przecież jest ten blog;) Ale nigdy nie wyobrażałam sobie, że mogłabym coś pisać, by ludzie mnie podziwiali. 
Osobiście jednak podziwiam takich ludzi, którzy postanowili poświęcić swoje życie i adoptowali dziecko niepełnosprawne ruchowo czy umysłowo, dziecko chore, wymagające stałej opieki. Podziwiam ich za to, że każdego dnia pracują nad tym, by kiedyś te dzieci choć w części mogły cieszyć się tym, czym dzieci zdrowe. Podziwiam też tych, którzy spełniają marzenia śmiertelnie chorych dzieci. Czasem nawet zabierają w dalekie podróże, by choć ten jeden raz mogły doświadczyć szczęścia. A ja? Ja jestem zwykłą mamą, która na co dzień nie myśli o tym jak moje dzieci do mnie trafiły. Prowadzę normalne, zwykłe, czasem nawet nudne życie. Podchodzę kolejny raz po lustra, by upewnić się zanim puszczę ten post. Nie. Aureoli nie ma. 



niedziela, 7 lipca 2019

Thrillery dla dzieci, czyli książki, które straszą.


Nie wiem ile mogłam mieć wtedy lat. Może pięć, może sześć. A może mniej? Nie chodziłam jeszcze do szkoły, to na pewno. W moim pokoju, na meblościance, znajdowała się kalkomania, dość popularna chyba w tamtych czasach. Przedstawiała sceny z bajki o Czerwonym Kapturku. Pamiętam, że nie znałam jej jeszcze wtedy, ale leżąc tak na kanapie, sama próbowałam wywnioskować o czym jest. Historia była dla mnie dość przejmująca, a obrazek z wilkiem robił ogromne wrażenie. Pamiętam jak pewnego dnia, poprosiłam moją mamę, żeby opowiedziała mi o tej tajemniczej dziewczynce. Przez jakiś czas potem nie mogłam zasnąć wiedząc, że tam niedaleko, znajduje się na obrazku wilk, który pożarł dziecko i jego babcię...

Dobro i zło.

Większość bajek od zawsze opiera się na postaciach dobrych i złych. Dziecko od małego uczy się odróżniać czyny, które warto naśladować i takie, których należy się wystrzegać. Nic dodać nic ująć. Ale tak naprawdę to dopiero gdy zaczęłam czytać bajki swoim dzieciom, przyjrzałam się bliżej ich treści. Nie tylko Czerwony Kapturek towarzyszył mi przecież przez całe życie, ale wszelakie księżniczki i inne postacie. Bardzo je lubiłam jako dziecko, ale jako rodzic powiem wam szczerze, mam wielkie wątpliwości, czy niektóre z tych książek w ogóle nadają się dla dzieci. 
Dlaczego? A no weźmy pod lupę pierwszą lepszą opowieść. Proszę bardzo: Królewna Śnieżka i 7 Krasnoludków. Bajka zaczyna się zdaniem, że mama dziewczynki zmarła i nową żoną króla została kobieta piękna, ale bardzo zła. Nie to, że się czepiam, ale czy nie można trzymać się wersji, że to była jej macocha? Bez wspominania, że "mama umarła" itd? Moje dziewczyny bardzo przejęły się tym, że zmarła jej mama, pytały na co i jak to się stało. No dobrze, idźmy dalej. 
Zła królowa kazała poddanemu zabić Śnieżkę i wrócić do niej z jej sercem... Poddanemu zrobiło się żal Śnieżki, więc zamiast tego zabił łanię, a dziewczynę zostawił w lesie
Niby nic, ale treść opatrzona jest ślicznym obrazkiem zabitej łani ze strzałą wbitą w tułów, leżącą pod nogami Śnieżki. Niby nic, niby historia znana każdemu, ale czy to są treści, które można w tej formie czytać 3-latce? No nie wiem. Misia przeżywa ten obrazek za każdym razem i powiem wam szczerze, że nie raz po prostu zmieniamy słowa, część opuszczamy, tak, by zostawić sens historii (do której nie będę się oczywiście przyczepiać), ale pozbawić ją ostrej i bezdusznej formy. 
Pominę już fakt, że "krasnoludki ułożyły Śnieżkę w szklanej trumnie, by nadal podziwiać jej urodę", bo musiałabym kilka niecenzuralnych słów rzucić w stronę uwielbianych przez dzieci panów w czapkach. Tak czy siak, mieli coś z głową nie tak, to pewne ;)

No, ale wracając do tematu. Takich bajek jest dużo i dopiero czytając je dzieciom, zdaję sobie sprawę z tego co sobą prezentują. Dlatego też, od jakiegoś czasu, zanim kupię książeczkę czytam ją w sklepie. Kiedyś kierowałam się wiele razy tym, że historia jest mi znana (np. Śpiąca Królewna) i patrzyłam, by opatrzona była ładnymi obrazkami. Ale wersja wersji nierówna. Są pełne, skrócone, przerobione. Niby ta sama treść, a jednak nie do końca. Dlatego uczulam was na to i uwierzcie mi, naprawdę nie przesadzam. W świecie, gdzie na każdym kroku tyle mamy przemocy, po co dzieciom od małego serwować historie niczym z dobrego thrillera dla dorosłych? Dorastając na opowiadaniach napisanych w ten sposób, dziecko uczy się, że przemoc to coś normalnego i robi się na nią w pewien sposób obojętne. Podobnie jak w grach. 

Wygrana niczym z horroru.

Wisienką na torcie w moich dzisiejszych rozważaniach na temat książek dla dzieci są baśnie, które dziewczyny wygrały na loterii. Jakiś czas temu wybraliśmy się na festyn parafialny. Były dmuchańce, lody, malowanie buziek, czyli to co Gumisie lubią najbardziej ;) Były również quizy i różne konkursy, a między innymi loteria Caritasu. Za 5zł można było zakupić los i wygrać jakąś drobnostkę. Cel szczytny, więc zakupiliśmy dwa. Jedna z dziewczyn miała otrzymać książeczkę, druga maskotkę, ale pani prowadząca powiedziała, że mogą wybrać sobie co chcą. Obie wybrały po książeczce. Uwagę Elsy przyciągnęły "Baśnie Perraulta", duże, ładne wydanie w skład którego wchodził między innymi wspomniany przeze mnie Czerwony Kapturek, Kot w butach, Kopciuszek i inne. Zadowolone dziewczyny, wieczorem wybrały baśń pt. Sinobrody i Ośla skórka. Szczerze mówiąc nie kojarzyłam tych historii. Dla tych, którzy nie pamiętają, krótko przybliżę najpierw pierwszą z nich. Pewien bogaty człowiek, ożenił się z jedną ze swoich sąsiadek. Po miesiącu, Sinobrody wyjechał z kraju na kilka tygodni, zostawiając żonie klucze do wszystkich pokoi prócz jednego, małego gabinetu, do którego zabronił jej wchodzić. Oczywiście pokusa była tak silna, że kobieta nie mogła jej pokonać i otworzyła zakazane drzwi. I teraz uwaga cytat:
Spostrzegła, że podłoga była pokryta skrzepłą krwią, a na niej leżały ciała kilku martwych kobiet, ułożonych przy ścianie. Były to wszystkie żony, które Sinobrody poślubił i zamordował, jedną po drugiej. 
Słucham?? Czy ja dobrze czytam, że to historia napisana dla dzieci? Jaki z niej wynika morał? Uważaj kogo bierzesz za męża? Nie wchodź tam, gdzie jest to zabronione? No być może, ale morderstwo? Zakrzepła krew? No błagam... To nie nadaje się nawet dla dziecka, które już chodzi do szkoły.

Kolejna wspaniała historia godna wieczornego czytania. Bo nie czarujmy się, większość z tych baśni, czy jak je tam zwą, czytana jest przecież tuż przed snem. "Ośla Skórka" to opowieść o królu, któremu zmarła żona. Piękna żona. Na łożu śmierci, kazała mu obiecać, że nie ożeni się ponownie, jeśli jej następczyni nie będzie obdarzona urodą tak jak ona. Przez pewien czas mężczyzna był pogrążony w żałobie, jednak doszedł do wniosku, że musi poszukać nowej żony. Nigdzie jednak nie znalazł kobiety tak pięknej jak ostatnia małżonka. W końcu odkrył, że jedyną kobietą, która mogłaby ją zastąpić jest ... jego własna córka, której zaproponował małżeństwo. Ze strachu zgodziła się.
Wiecie co, powstrzymam się od komentarza, gdyż kompletnie nie rozumiem sensu tej historii. Może ktoś powie, że to tylko bajka, że nie musi mieć sensu, że to dla starszych dzieci, że znów się czepiam. Ale według mnie to nie jest problem natury takiej, że Teletubiś nosi damską torebkę (pamiętacie?:) ) Czy baśnie, które przechodziły z pokolenia na pokolenie pozbawione są kompletnie wyobraźni? Ja chyba wolę poszukać wartości w innych opowiadaniach, bo te nie dość, że straszą, to jeszcze przekazywane treści, nie do końca są zgodne z moimi metodami wychowawczymi. Można oczywiście powiedzieć, że po co się czepiam, nie ma tam nic, czego i tak się nie dowiedzą, taki jest świat, zły i okrutny. Ale znacie moje podejście do tego. Ja uważam, że na wszystko przyjdzie czas. Nie wychowuję dzieci pod kloszem, w świecie zbudowanym z czekolady, ale po co mam je uczyć na etapie 4,5,6-latka o morderstwach, zabijaniu i innych okropnościach. Fakt, moja wina, bo powinnam sama przeczytać te książki zanim przedstawię je dzieciom. Przyznaję. Ale obojętne ile dziecko ma lat, to wciąż dziecko a tak naprawdę te historie samą ideą zupełnie nie różnią się od thrillerów, jakie czytam ja jako dorosła. Są tylko krótsze. 

Dobry czy zły?

Jedna rzecz była dobra w starych bajkach. Role były wyraźnie podzielone: albo ktoś był dobry, albo był zły. Czerwony Kapturek, choć naiwny i nieposłuszny, pozostawał pozytywnym bohaterem. Wilk, od samego początku aż do końca, był tym negatywnym, nielubianym zwierzęciem. A dziś? W wielu bajkach, teoretycznie negatywni bohaterowie, przedstawiani są jako mili i godni zaufania. Na przykład w historii o Disney'owskiej Roszpunce. Flin, jej późniejszy małżonek, jest nikim innym jak złodziejem i oszustem. Morał? Jeśli jesteś miły i najlepiej przystojny, na złe uczynki można przymknąć oko.
To samo można powiedzieć dzieje się w historiach dla dorosłych. Każdy zna losy Leona Zawodowca. Choć zabija dla pieniędzy, to właśnie jemu kibicujemy i współczujemy. Dlaczego? Bo tak skonstruowany jest film. Wybaczamy mu to co robi (przecież zabija złych ludzi), ponieważ opiekuje się dziewczynką, której rodzina zostaje zamordowana przez złego policjanta. Role są więc odwrócone. To nie policja jest pozytywna, a zabijający samotnik, który ratuje życie sierocie. 

I na koniec...

Obecnie wybór książek dla dzieci jest nieograniczony. Od baśni o księżniczkach po przygody zwykłych dzieci takie jak nasze. Bardzo fajne, z morałem, dzięki nim można poruszyć bardzo ważne zagadnienia takie jak bezpieczeństwo, zasady i inne. Nie wybieram książeczek takich, w których mamy tylko i wyłącznie dobro. Tak jak wspomniałam chcę, żeby dziewczynki miały prawdziwy obraz świata. Ale prawdziwy na ich poziomie, poziomie dziecka. Czy naprawdę to czas, by uczyły się o morderstwie, czy kazirodztwie? Nie sądzę. Bo jeśli tak, to może od razu wprowadźmy ich w holokaust, molestowanie, czy znęcanie. Będzie z głowy.

poniedziałek, 1 lipca 2019

Koniec wakacji.



Nie, nie pomyliłam się. Śmieję się, że dla mnie wakacje się skończyły, ponieważ dziś pierwszy dzień dziewczyny zostały w domu pod moją opieką. Ponad dwa miesiące przerwy od przedszkola. Jestem bardzo ciekawa jak ten rok będzie różnić się od poprzedniego, kiedy to dziewczynki spały w ciągu dnia i ogólnie wymagały większej uwagi. Dzisiejszy dzień wypadł w 90% całkiem nieźle, na razie muszę wprowadzić jakąś organizację dnia. Spałyśmy wszystkie do 8.20, po czym dziewczyny poszły się bawić, a mnie kazały jeszcze poleżeć ;) No to poleżałam prawie do 9 :)) Dalsza część dnia minęła nam przyjemnie: poczytałyśmy książeczki, dziewczyny popluskały się w basenie, pobawiły się w księżniczki przebierając w stroje Elsy i Roszpunki, rysowałyśmy, robiłyśmy laurki i nawet się nie obejrzałyśmy jak wrócił do domu tata. Byłam właśnie w trakcie dosypywania kory pod iglaczki, rozkoszując się chłodniejszym, wieczornym powietrzem i kiedy myślałam, że już tak dobrze ten dzień się zakończy, przybiega do mnie Elsa tuż przed kolacją. Zamarłam, kiedy usłyszałam "wbiłam nożyczki w brzuch Misi" ... 
Pobiegłam do domu, serce waliło mi jak młot, ale na szczęście okazało się, że sytuacja nie była aż tak groźna i konflikt został już zażegnany. 
Tak właśnie zakończył się pierwszy dzień moich wakacji, lub pierwszy dzień pracy. Jak kto woli. Na razie w planach jutro fascynująca wyprawa na zakupy do Biedronki i w środę kino. A jak wasze plany? Dobrego tygodnia kochani! Poniżej wakacje według Elsy, czyli obrazek, który przyniosła z przedszkola :) 






czwartek, 27 czerwca 2019

Lawendowe love, Kraków i spotkania blogowe.


Choć weekend w Krakowie i okolicach planowaliśmy od dawna, nie byliśmy pewni, czy uda nam się go zrealizować. Jakoś tak ostatnio ciągle nie ma na nic czasu, w domu i ogródku tyle roboty, a pogoda nie za bardzo sprzyja pracy. Kiedy około 19.30 robi się naprawdę fajnie, pojawiają się chmary komarów, które po prostu nie dają żyć. W zasadzie dopiero dziś mamy słonko z przyjemną temperaturą (pomijam, że pioruńsko wieje...)

Nasza wyprawa na południe Polski również zależała od przyrody, ponieważ chcieliśmy wybrać się do Ogrodu Lawendy, właśnie niedaleko Krakowa. Moje osobiste krzaczki już dawno kwitły, podczas gdy te podkrakowskie nadal pozostawały zielone. No, ale na szczęście udało się i mogliśmy pojechać. 
Polecam wam to miejsce, choć jeśli spodziewacie się Prowansji to na pewno się zawiedziecie. Ogród Pełen Lawendy w Ostrowie to wąskie, ale dość długie pole z tą przepięknie kwitnącą i pachnącą rośliną. Poza tym, cała okolica jest malownicza, pokryta pagórkami w różnych kolorach lata. Jeżeli macie okazję, odwiedźcie to miejsce, ale koniecznie w dzień roboczy, bowiem w weekendy jest tu multum ludzi. Kiedy zawitaliśmy tam w piątek, owszem, było ich sporo, ale spokojnie można było znaleźć wolne krzaczki do zdjęć. Ogród jest bardzo popularny wśród nowożeńców, którzy przyjeżdżają tu na sesje fotograficzne, ale nie tylko. Zresztą i my zabieraliśmy na tę okazję sukienki i cykaliśmy dziewczynom fotki. 



Sam Kraków bardzo się dziewczynkom podobał, zwłaszcza, że tyle o nim słyszały w przedszkolu (zaczynam się obawiać, że po wycieczce wiedzą więcej niż o Warszawie ;) ) Zobaczyliśmy to co najważniejsze, Rynek Krakowski, Sukiennice, pospacerowaliśmy wzdłuż Wisły.  Żałuję tylko, że niestety nie było już biletów ani na Wieżę Mariacką, ani na Wawel, ale pochodziliśmy na zewnątrz i weszliśmy do smoczej jamy. Reszta musi poczekać do następnego razu ;)







Nie ukrywam, że wycieczka do Krakowa obfitowała również w spotkania blogowo-towarzyskie, ponieważ mogłam osobiście poznać osoby, które do tej pory znałam tylko wirtualnie. Dziubaski, dziękuję Wam za spotkanie, maraton wzdłuż Wisły i azyl na barce. A wiesz, że ten precel, czy jak mu tam, co kupiłaś Bobowi, w sobotę był już droższy? Zdzierstwo :P Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy, postaram się poćwiczyć pozę "na bloga" :D:D
Lidio, mam nadzieję, że to nasze pierwsze i spotkanie (nie odchodź, czytaj dalej!) z Wami, kiedy jeszcze nie macie dzieci. Jestem pewna, że następnym razem będzie inaczej. Tylko w tym OA niech się pospieszą ;) Kiedy powiedziałam dziewczynom, że też czekacie na dzidziusia tak jak my czekaliśmy na nie, odpowiedziały, że super, bo będą się nim opiekować :) Także opiekunki, już macie jakby coś. Dziękuję za prezent, już Ci pisałam, że robi furorę w przedszkolu :) 
Aniutek! Dzięki Tobie dowiedziałam się, że można na kawę czekać ponad 4 godziny :D No, ale żeby nie było już tłumaczę innym dlaczego. Po prostu lokal był otwarty, ale zaczynał pracę o 16 :D 
Dziękuję, że wygospodarowałaś chwilkę na spotkanie, no i że nie przyniosłaś tego gazu pieprzowego a ja nie okazałam się internetowym  mordercą z piłą mechaniczną :P Tyle tematów: od Manili do Warszawy :D Było super!
Dziewczyny! ( i szanowni mężowie, żeby nie było) chcę więcej! I strasznie się cieszę, że miałam okazję Was poznać. Nasz dom zawsze jest dla Was otwarty, przyjeżdżajcie, tylko dajcie znać kiedy, żebym ogarnęła trochę pozostałości po huraganie ;)

Powrót do domu był trudny, bo wiadomo, długi weekend, korki. Nie wiem jak kiedyś jeździło się bez nawigacji ;) Teraz przynajmniej można w porę zareagować i objechać najgorsze odcinki. Na szczęście bezpiecznie dojechaliśmy do domu. To był fajny weekend :) 

A na koniec jeszcze parę fotek z lawendowania. Dobrego dnia!
















środa, 26 czerwca 2019

Rodzina biologiczna nade wszystko.



Ja dziś krótko, choć miało być jak zwykle o czymś innym. Muszę o tym napisać, bo jestem po prostu wstrząśnięta sprawą śmierci niemowlęcia zabitego przez swoich "rodziców". Celowo napisałam w cudzysłowie, ponieważ tacy ludzie dla mnie nie zasługują na to, by ich tak nazywać. Do tej pory wiele razy słyszałam o tym, że polityka jest taka, by biologicznym rodzicom dawać szansę za przeproszeniem do usranej śmierci i to brutalne morderstwo pokazuje, że nie są to puste słowa. Na sędziach i innych ludziach odpowiedzialnych za losy dzieci podobno wywiera się presję, by nie odbierać praw rodzicielskich i odsyłać dzieci do swoich rodzin biologicznych. Wiecie co? Czuję się tym osobiście dotknięta, ponieważ rodzinę biologiczną traktuje się jak coś lepszego, nadrzędnego nad ludźmi, którzy może nie dali dziecku życia, ale kochają je i nie krzywdzą. To bardzo bolesny policzek nie tylko dla rodziców adopcyjnych, ale zastępczych i każdego, kto w jakiś sposób opiekuje się kimś, z kim nie łączą go więzy krwi. To jakieś szaleństwo, że sędzia pomimo nacisków (jeśli takowe były) nie kieruje się własnym sumieniem i rozsądkiem, a oddając dziecko w ręce katów przyczynia się nieświadomie do jego śmierci. Ale cóż się dziwić. Jeżeli mamy do czynienia z takimi sędziami z jakimi ja się zetknęłam, to los dziecka jest im obojętny, uwierzcie mi. Niby zawsze dziecko jest na pierwszym miejscu. Guzik prawda. Kolejny raz przekonuję się, że tak nie jest. 
Jestem za wspieraniem rodzin, dlaczego nie, płacę państwu, pracuję uczciwie, więc chciałabym również dostawać od niego pomoc. Ale nie za taką cenę. Nie za cenę tego, że wydłuża się okres zrzeczenia się praw do dziecka przez matkę. Jaki to ma sens? Jeżeli kobieta nienawidzi ciąży, nienawidzi dziecka, czy ma trudną sytuację, to co zmienią dodatkowe tygodnie? Naraża tylko dziecko na traumę braku miłości w pierwszych tygodniach swojego życia. Jeżeli rodzice to patologiczni alkoholicy, to czemu daje im się drugą szansę? Nie powinni dostać ani jednej, bo w większości przypadków wcale się nie zmienią. Dziecko natychmiast powinno zostać umieszczone w Rodzinie Zastępczej. I tak było tutaj, w tej sprawie. Nawet nie wyobrażam sobie co muszą czuć ci rodzice zastępczy. Pomimo tego, że każdy wiedział co się dzieje, dziecko wróciło do swojego domu. Wróciło, by w miejscu gdzie powinno znaleźć miłość, znalazło cierpienie i śmierć. Nie jestem w stanie tego zrozumieć i trudno mi się z tym pogodzić. Nie uznaję argumentów, że tak się dzieje, że zawsze takie przypadki były i będą. Zawinił system? Nie. Zawinił człowiek. Bo to on powinien prawidłowo reagować. 
Idziemy w złym kierunku, bo powinno się wspierać rodzinę, ale nie za wszelką cenę pchać dzieci tam, gdzie się urodziły. Ile jeszcze takich sytuacji musi mieć miejsce, by ktoś się opamiętał? Co trzeba zrobić, by w tym wszystkim zauważyć po prostu DOBRO DZIECKA? 

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Tato, czy pamiętasz.


Moje dziewczynki pomalutku wychodzą z etapu, w którym  ojciec miałby pozostać jedynym mężczyzną w ich życiu. Czasem śmieję się, że tatuś jest mój i niech znajdą sobie swojego "księcia na koniu" :) Ja osobiście mogę powiedzieć, że miałam wielkie szczęście dorastać przy boku mojego taty. Prawdą jest, że największy dar jaki mężczyzna może dać swojemu dziecku, to kochać ich matkę. I tak było. Bo choć byłam świadkiem wielu szczęśliwych chwil, to bywały również smutniejsze, pojawiały się problemy, trudności. Pomimo to udawało się z nich wyjść, rodzice trzymali się razem. Pewnie dlatego zawsze twierdziłam, że chciałabym mieć męża takiego jak mój tata. Może nie do końca trafił mi się egzemplarz z podobnym charakterem, ale na pewno obaj panowie mają jedną wspólną cechę: kochają dom, kochają swoją rodzinę i jest ona dla nich najważniejsza. I choć w naszej rodzinie nigdy nie dorobiliśmy się wielkiego majątku w sensie materialnym, to z całą pewnością przez tyle lat, uzbieraliśmy w kufrze na klejnoty coś dużo cenniejszego. 



Tak jak wam pisałam kiedyś, mój mąż śmieje się, że moja pamięć to jego przekleństwo;), ale z drugiej strony to właśnie dzięki temu wiele cudownych chwil zapisuje się w moim umyśle i łatwo do nich sięgnąć, gdy tylko mam na to ochotę.
Tato, czy pamiętasz jak się urodziłam? Podobno byłeś wtedy w pracy i zalałeś sobie kawę zimną wodą z wrażenia :)) Ciekawe jak smakowała i czy ją w ogóle wypiłeś. Z tego co mi wiadomo byłeś bardzo szczęśliwy, że przyszłam na świat. Szkoda, że gdy byłam trochę większa musiałeś wyjechać  do pracy do Niemiec na jakiś czas, ale dobrze, że pisałeś do mnie listy (choć nie umiałam jeszcze czytać) Mam je do tej pory. 
A pamiętasz jak zabrałeś mnie do kina na Wojny Gwiezdne i potem staliśmy przed budynkiem oglądając zdjęcia ujęć wystawonych w gablotach? Nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach, kogo by to ruszyło ;) Wiem, że chciałeś mnie jeszcze zabrać na Godzillę, ale jakoś tak wyszło, że nie poszliśmy, choć ta Godzilla i tak śniła mi się po nocach i budziłam się zlana potem. Za to byliśmy na Terminatorze i ten cały Schwarzenegger zrobił na mnie ogromne wrażenie. 
A pamiętasz jak w Międzyzdrojach nie chciałam wejść do zimnej wody i wbiegaliśmy do niej trzymając się za ręce? Brałeś mnie na głębszą wodę i podskakiwaliśmy na falach - to było chyba najfajniejsze. Jak nie było dobrej pogody to graliśmy na automatach, pamiętasz? Takie stare i w sumie nie wiele pewnie było widać, ale człowiek się cieszył z tego, że jest w stanie kontrolować to co pokazuje się na ekranie. 
A pamiętasz jak pojechaliśmy do Bułgarii i sprzedaliśmy coś Rumunom a oni tak zamieszali, że dali Ci do ręki zamiast pieniędzy papiery? Haha, do tej pory pewnie zachodzisz w głowę jak oni to zrobili, przecież pokazali, że mają kasę. Ale byłeś wtedy wkurzony. Siedziałam jak trusia na tylnym siedzeniu. 
A pamiętasz jak zapalił się nasz Wartburg na chwilę przed wakacjami? Aż dziw bierze, że udało się go wyszykować. Pewnie w dzisiejszych czasach nigdy w życiu nie zdecydowalibyśmy się pojechać takim autem gdzieś dalej. Ale wtedy człowiek nie znał nic innego. A pamiętasz jak spaliśmy na parkingu u Ruskich, budzimy się a tu za oknem kilka osób stuka w szybę i pyta czy mamy "prany" jeans (dekatyzowany)? hahaha. Wtedy nawet wodę lawendową kupowali bez zająknięcia co? 
A pamiętasz jak na kempingu w Rumunii zepsuły Ci się sandały i chciałeś je już tam zostawić, więc na chwilę położyłeś na kamieniu i za chwilę przyszedł Rumun, zobaczył, że pęknięte, ale machnął ręką i zabrał? Pewnie stwierdził, a co tam, przydadzą się. Albo wtedy co zwiedzaliśmy Nesebyr w Bułgarii, kiedy w autokarze przycięło Ci klapka w drzwiach, a my z mamusią dostałyśmy głupawki i strasznie się śmiałyśmy a Ty się na nas wkurzałeś, bo nie mogłeś się ruszać? Potem śmialiśmy się wszyscy, ale wtedy byłeś czerwony ze złości :)
No albo wtedy, co prosiłeś tysiące razy, żebym sprzątnęła napompowaną piłkę plażową (byłam już duża, może w 4-5 klasie), a ja tego nie zrobiłam, więc przyszedłeś po kilku dniach z nożem i ją ze złością przebiłeś :)) Chyba Ci wtedy ulżyło, albo miałeś wyrzuty sumienia, bo byłeś do mnie bardzo miły hahaha, a mnie było głupio, że tej piłki nie sprzątnęłam. 

Wiele cudownych momentów o których mogłabym pisać i pisać. Dziękuję za to, że jesteś, że kochasz mnie, że kochasz dziewczynki nad życie, że jesteś ojcem i dziadkiem na medal, bo jak już nikt nie może to Ty zawsze możesz. Kocham Cię bardzo mocno i tak myślę, że czasem fajnie być jedynaczką, bo dzielić się Tobą z nikim nie muszę ;) 

czwartek, 20 czerwca 2019

Bo wielkie rzeczy przychodzą małymi krokami.


Miał być dziś post o tym, że zakończył się rok szkolny, że zaczyna się długi weekend, że mamy na niego tyle planów. Będzie jednak bardziej poważnie, bo wracam tak króciutko do tematu braku dziecka, niepłodności, przedłużającego się oczekiwania na telefon z ośrodka. Tak się akurat złożyło, że aż 3 moje koleżanki oczekujące na macierzyństwo mają mały kryzys, więc postanowiłam znów napisać parę słów na ten temat.




Powiem wam tak. Czasem po prostu trudno odnaleźć wiarę w to, że coś w naszym życiu się zmieni. Ileż razy słyszymy, że na nas też przyjdzie kolej, albo, że w końcu doczekamy się tego telefonu. I co z tego. My to wszystko wiemy, wiemy, że bez dziecka da się żyć, wiemy, że nie tylko wokół niego życie się kręci. Co z tego, że wiemy, skoro to nadal boli? Są lepsze i gorsze momenty. Staramy się żyć normalnie, bo cóż nam pozostało, ale ten pancerz jest tak kruchy, że czasem wystarczy jeden malutki szczegół, by nasz misternie przygotowany mur zawalił się w sekundzie, jak gdyby był zrobiony z piasku. Nie mam gotowej recepty na to, by było lepiej. Takie słabsze momenty trzeba po prostu przetrwać. Ale pamiętajcie o jednym. Niepłodność, niemożność urodzenia dziecka, to nie kara dla nas, ani nie wyrok dożywotniego cierpienia. Nie ma sensu więc zadawanie sobie pytań: dlaczego ja, dlaczego ona może a ja nie, co takiego ma ona, czego ja nie mam, czym sobie zasłużyłam i tak dalej i tak dalej. Świat tak już jest skonstruowany, że mamy do czynienia z dobrem, radością, sprawiedliwością, ale również z nieszczęściem, smutkiem, żalem. Może nie udało się od razu zajść w ciążę, ale potrafimy o nią walczyć. Czasem z sukcesem, a czasem nie. Może nie zostaliśmy rodzicami biologicznymi, ale zostaliśmy obdarzeni umiejętnością pokochania dziecka, które urodziło się w innej rodzinie. Wiem, że trudno traktować niepłodność jako dar a nie przekleństwo, ale uwierzcie mi, czasem w życiu po prostu trzeba przyjąć to co dostajemy od losu. Kto wie, może właśnie mamy przed sobą największy skarb na świecie, który po prostu kiepsko został zapakowany. No i nade wszystko nie zapomnijmy, że:
WIELKIE RZECZY PRZYCHODZĄ MAŁYMI KROKAMI.

Na ten długi weekend (kto ma oczywiście :) ) życzę wam spokoju i wytchnienia od rzeczywistości. Mam nadzieję, że uda wam się nabrać dystansu do wszystkich spraw, czy to praca, czy niepłodność, czy jakiekolwiek inne problemy. Ja na jakiś czas się z wami żegnam, do zobaczenia!






poniedziałek, 17 czerwca 2019

Dziecko adopcyjne wśród rówieśników.




Jak wspominałam wam wcześniej, oficjalnie nie powiedziałam w przedszkolu nikomu o adopcji. Zachowałam ten drobny szczegół dla siebie, ponieważ chciałam dać dziewczynkom równe szanse z rówieśnikami. Co mam na myśli? Nie ukrywajmy, ludzie nadal dzielą innych na grupy. Co rusz spotykam się z podziałami a to na tych którzy mają dziecko i tych, którzy nie mają, więc co oni wiedzą, na bogatych i biednych, na lepiej wykształconych i mniej. I tak dalej i tak dalej. W zasadzie nie ma nic w tym złego oczywiście, jeżeli dany podział jest tylko z nazwy. Przecież faktem jest to, że ktoś jeździ Mercedesem, a inny Fordem. Ostatnio przeczytałam na Facebooku komentarz mojej koleżanki do jakiegoś posta, że "najbardziej ceni ona sobie ludzi wykształconych i do nich ma największy szacunek" Wiecie co, nie mam z nią od kilku lat za bardzo kontaktu, ale wiem, że ona nie jest jedyna. Czy to, że ktoś nie ma wykształcenia znaczy, że nie należy mu się taki sam szacunek jak profesorowi? Ba! Nawet często okazuje się, że osoba z klasy robotniczej ma więcej szacunku do nas, niż pan, czy pani z najwyższymi honorami. I właśnie dlatego wybieram komu mówię o adopcji. Nie wstydzę się tego, nie ukrywam, ale jeśli nie muszę to nie mówię. Nie powinno to mieć absolutnie żadnego znaczenia w obcowaniu moich dzieci z rówieśnikami. Niech nie będą definiowane jako "te siostry, no wiesz, te co zostały adoptowane" tylko po prostu siostry.

Niedawno w naszym przedszkolu odbyła się ocena postępów wychowanków. Bierze się pod uwagę wszystko, czyli pracę, zaangażowanie, samodzielność, zachowania społecznie i wiele innych czynników. Powiem wam tak, miałam łzy w oczach słysząc, że ciocia, wychowawczyni Elsy dziękowała mi za to, że mogła ją poznać i pracować z taką dziewczynką. A ciocia Miśka małego stwierdziła, że moja córka jest "dzieckiem idealnym, samodzielnym, kulturalnym, posłuchanym i zainteresowanym wszystkim co się dzieje" (tak mówi, bo nie widziała jej w akcji w domu hahaha ;) ) Przysięgam, nie piszę tego by w jakikolwiek sposób się chwalić jakie to moje dzieci są wspaniałe, a ja liczę na nagrodę dla matki roku. Nie. Piszę to po to, byście wiedzieli, że każda chwila poświęcona na pracę z dzieckiem, procentuje w postaci takiej, że są one lepiej przygotowane do życia, szczęśliwsze, mądrzejsze. Pani dziękowała mi za to, że tyle spędzamy czasu z dzieckiem i współpracujemy z przedszkolem, bo tylko tak można osiągnąć najlepsze rezultaty. Okazuje się, że coś, co dla mnie jest oczywiste, dla innych jest abstrakcją. Pragnę w tym momencie jednak przypomnieć wam, że moje dzieci są z nami od zawsze. Nam łatwiej było je ukształtować, ponieważ nie niosły za sobą żadnego w zasadzie bagażu poza odrzuceniem przez swoją rodzinę biologiczną. Na szczególną uwagę więc zasługuję te rodziny, które adoptowały starsze dzieci i pracują z nimi tak, by osiągnąć ten sam efekt co my. Oni, nim zaczną dziecko napełniać dobrem płynącym z nowego życia, muszą najpierw pozbyć się lub w jakimś stopniu poradzić sobie z demonami przeszłości. Nie mogę więc porównywać do swojej rodziny, ale powiem wam, że jestem również w kontakcie z takimi parami, które zdecydowały się na adopcję przedszkolaka, czy nawet już szkolnego dziecka. Miłość, poświęcony czas i praca owocują niebywałymi rezultatami, a patrząc na dzieci, na to ile osiągnęły, raduje się serce. Nasze dzieci nie muszą być najlepsze, ale muszą wiedzieć, że dla nas są najważniejsze i cieszymy się nawet z małych kroczków. Może to będzie właśnie kroczek w sensie dosłownym, bo choć maluch ma już 2 lata to jeszcze nie chodzi, a może trójka z polskiego, pomimo tego, że dziecko na półrocze było zagrożone. Dzieci adopcyjne potrafią osiągnąć bardzo wiele przy naszej pomocy. Niestety niektórym odebrano tę możliwość, by rozwijały się od samego początku możliwie jak najlepiej. 

Cieszę się też, że dziewczynki dotrwały do końca zajęć z baletu, była to dla nich fajna zabawa, jakieś nowe doświadczenie no i regularne ćwiczenia. Nauczyły się też odpowiedzialności i obowiązku, bo przecież cały rok 2 razy w tygodniu trzeba było jechać. Na koniec odbył się pokaz dla rodziców, bardzo się cieszyły, że mogły wystąpić. Codziennie więc staram się podążać za moimi dziećmi, iść tam, gdzie pragną iść i pomagać im wybierać takie ścieżki, dzięki którym będą stawać się po prostu lepszym człowiekiem.



poniedziałek, 10 czerwca 2019

Wiadomość do mojego przyszłego zięcia.


zdj.pixaby

Drodzy przyszli mężowie moich córek!

Choć w momencie, w którym piszę, Wasze żony są jeszcze małe i jedna wyobraża sobie, że książę przyjedzie po nią na białym koniu,a druga, że pojawi się pod postacią jakiegoś miękkiego futerkowego zwierzątka, to ja już chciałabym Wam podziękować za to, że jesteście. Nie wiem, czy któryś z Was to ten mały chłopiec którego ostatnio spotkałyśmy na placu zabaw, czy może ten śmieszny blondynek w sklepie, który długo wybierał lizaki. To na razie nie ma znaczenia. Choć Wy się nie znacie i do ślubu daleko, każdego dnia, w każdym momencie my rodzice już kształtujemy przyszłą kobietę, żonę i matkę. Kiedyś to Wam przekażemy te dwie najukochańsze istoty, by dzieliły z Wami najpiękniejsze chwile swojego życia. To dla Was każdego dnia uczymy je kochać, by tą miłością potrafiły obdarzać Was na co dzień, w tych dobrych i trudnych chwilach. To dla Was uczymy je czerpać radość z bycia razem, by kiedyś najważniejsze były chwile spędzone w gronie rodzinnym. To dla Was uczymy je mądrze korzystać z dóbr tego świata, by w przyszłości wiedziały co się liczy, a co nie. To dla Was uczymy je rozróżniać dobro od zła, by mogły kiedyś podejmować właściwe decyzje. To dla Was kochamy je najbardziej na świecie, by tę miłość potrafiły potem przekazać swoim dzieciom.
Nie oczekuję, że będziecie mieć Bentley'a w garażu, willę w Hollywood, czy urodę faceta okrzykniętego Misterem Europy, bo wiem, że macie to, co interesuje mnie najbardziej. Ogromne serce pełne miłości. Wiem, bo inaczej nie związalibyście się z moimi córkami.  Serce za serce. Kochajcie te kobiety najmocniej jak potraficie, wspierajcie najbardziej jak tylko się da, zawsze znajdźcie dla nich czas, nawet wtedy, gdy mówią, że wszystko jest ok i niczego nie potrzebują, przytulajcie najmocniej jak potraficie i mówcie "Kocham", pomimo tego, że one o tym wiedzą. A kiedy się pokłócicie, pogódźcie się przed zachodem słońca, kto wie, czy to nie Wasz ostatni.

Kochani zięciowie, na zakończenie jeszcze tylko napiszę, że mam nadzieję, że będę dobrą teściową dla Was i razem stworzymy fajną rodzinkę, nie idealną, ale fajną, prawdziwą, a ja nie stracę córek tylko zyskam synów.

Życzę Wam i nam, wspaniałych lat w nieprzerwanym szczęściu. Wybierajmy mądre ścieżki, które prowadzą gdzieś tam, gdzie się kiedyś spotkamy. Zatem do zobaczenia!
Mama.