poniedziałek, 18 marca 2019

Jedyne takie lato.


Witajcie kochani w nowym tygodniu! Wczoraj przyszła do nas wiosna. To pierwszy taki cudny dzień w tym roku. Wprawdzie dziś jest już dużo chłodniej, ale słonko nadal świeci i można powiedzieć, że już bliżej niż dalej :) 

Bardzo jestem ciekawa jaka pogoda czeka nas w tym roku. Powiem wam szczerze, że jak żyję tyle lat na tym świecie to nie pamiętam tak długiego i gorącego lata jak w 2018. Fakt, bywało, że lipiec był gorący, ale wtedy sporo padało w sierpniu. Albo odwrotnie. Lipiec był deszczowy, ale za to sierpień był piękny. Zeszły rok był pod tym względem wyjątkowy. Wielkanoc była chłodna, ale za to potem rozpoczął się okres cudownej pogody, który prawie nieprzerwanie trwał do października. Mam nadzieję, że teraz też tak będzie. Nie ukrywam, że kocham ciepełko i ponieważ na zagraniczne wakacje wyjeżdżamy przed i po sezonie, to w pełni mogę napawać się urokami przyrody polskiej. 

Żeby nie być gołosłownym, dziś kilka fotek wiosny w naszym ogródku, a wam życzę wspaniałego tygodnia pracy. Byle do piątku!











Hortensja


piątek, 15 marca 2019

Wiedza bezużyteczna.


No co za pogoda! Zmienia się z częstotliwością raz na 10 minut i albo leje deszcz, albo świeci słonko. Moje dziewczyny chyba znów zapodały mi jakieś paskudztwo z przedszkola, to znaczy one smarknęły ze 3 razy w chusteczkę, a ja już trzeci dzień leżę... Mam nadzieję, że już jutro będzie dobrze, bo we wtorek przyjeżdżają goście i wypadałoby chatę trochę posprzątać ;) 

Na początku pragnę nadmienić, że dzisiejszy temat nie wynika z desperacji chorej osoby ;) Już dawno nosiłam się z zamiarem napisania o szkole, nauczycielach, uczniach, edukacji i oświaty. Bardzo jestem ciekawa waszych opinii jako rodzice dzieciaków, które już chodzą do szkoły, oraz tych, których tak jak mnie dopiero to czeka. Jak widzicie to wszystko swoimi oczami? Dzisiejszy post to moje własne doświadczenia jako nauczyciel, który bezpośrednio pracował w szkole oraz jako nauczyciel, który nadal uczy, ale już nie w szkole. Napiszę wam również o moich odczuciach jako przyszły rodzic dwóch uczennic.



Jakiś czas temu, mąż zapytał mnie, czy uważam, że gdyby dziecko nie chodziło do szkoły, tylko uczyło się nazwijmy to "z życia"(czyli od rodziców, z internetu, publikacji, podróży itd) czy nie wyniosłoby więcej wiedzy niż czerpiąc ją od nauczycieli? Pomijamy tutaj aspekty wychowawcze, adaptację w grupie itd. Chodzi stricte o przygotowanie do wykonywania zawodu. Analizując swój przypadek mój mąż doszedł do wniosku, że w zasadzie wszystko to, czym zajmuje się obecnie i co przynosi mu pieniądze, to wiedza, którą przyswoił sam. Podstawy można powiedzieć wyniósł z liceum, ze studiów, ale mówi, że tak naprawdę jest to mały procent w porównaniu z tym, czego nauczył się w praktyce (i czego nie mógłby nauczyć się sam) Zastanawiał się więc, co by było, gdyby nie chodził do liceum, nie studiował, ale miał możliwości takie, by czas wykorzystać na lepsze przygotowanie do zawodu. Owszem, dyplom jest ważny, czasem nawet konieczny, by uzyskać uprawnienia do wykonywanego zawodu, ale nie zawsze. W wielu przypadkach liczą się umiejętności, talent, spryt, dopasowanie się.
Coś w tym jest, bo przecież znany wszystkim twórca Facebooka, czy Apple'a wcale nie ukończyli studiów, szkoda im było na to czasu. Ja patrząc ze swojej perspektywy stwierdziłam, że to właśnie studia przygotowały mnie do dobrego wykonywania swojego zawodu. Może ze względu na ich specyfikę. Pomimo różnych możliwości jakie daje nam internet, kontakty z ludźmi z innych krajów, czy podróże, nie wyobrażam sobie choćby braku przygotowania pedagogicznego. Chcąc uczyć musiałam mieć ukończony co najmniej licencjat z przygotowaniem pedagogicznym. A to przygotowanie nie polegało na odbębnieniu jakiegoś kursu, tylko pełnych 3 latach zajęć po kilka razy w tygodniu, obserwacji lekcji i w końcu samemu ich prowadzeniu. Dziś nie potrzeba studiów filologicznych, wystarczy ukończyć inny kierunek z językiem i zrobić studia podyplomowe w kierunku pedagogiki. 

Jak wiecie od wielu lat nie pracuję już w szkole, ale cały czas mam z nią styczność poprzez kursy, czy indywidualne zajęcia dla dzieci. Dlatego może jako trochę obserwator, a trochę jednak osoba od zawsze zaangażowana w oświatę, chciałam przy okazji zabrać głos wobec całego zamieszania, jakie powstało wokół przygotowywanego strajku nauczycieli. 

Może najpierw tak od strony nauczyciela, żeby było ładnie :)) Myślę, że nadal pokutuje pogląd, że przedstawiciel tego zawodu niewiele robi, pracuje parę godzin dziennie i na dodatek ma długie ferie i wakacje. Uwierzcie mi, nic bardziej mylnego. Nauczyciele naprawdę pracują dużo więcej niż wam się wydaje. Pomyślcie. Każdy z nich ma kilka klas, a w nich ileś tam osób. Musi przygotować lekcję, pomoce, potem ułożyć klasówkę, sprawdzić ją.  Za moich czasów nie było dzienników elektronicznych, wystarczyło wpisać temat i ocenę. Obecnie nauczyciel ma dużo więcej pracy - musi nie tylko wpisać to co kiedyś, ale również informacje takie jak: co ma dziecko przygotować, czego szczegółowo się nauczyć i na kiedy. Z perspektywy rodzica i ucznia jest to fantastyczna sprawa. Z perspektywy nauczyciela dodatkowa robota. No bo skoro ma on kilka klas, to nie jest to sprawa kilku minut, ale trzeba poświęcić sporo czasu na uzupełnienie wszystkiego. Kolejna rzecz. Co jakiś czas mają miejsce rady pedagogiczne, które potrafią trwać godzinami! Czasami to był dla mnie koszmar, przyznaję, że nie raz wykorzystywałam ten czas na tłumaczenie tekstów piosenek pod stołem... Po prostu inaczej umarłabym przez te 4 godziny. 
Do tego co jakiś czas spotkania z rodzicami, najpierw ogólnie, potem indywidualnie. Zresztą współczesna szkoła przyjazna rodzicom ma obowiązek wychodzić naprzeciw ich oczekiwaniom, i w ten oto sposób dostają oni narzędzia w postaci możliwości komunikowania się z nauczycielem kiedy tylko chcą (mam na myśli system Librus) I tak to właśnie nauczyciele potrafią dostać wiadomość o 22 dlaczego tyle zadali uczniom na pracę domową...
Nie zapomnijcie jeszcze o wychowawstwie, które pociąga za sobą nie tylko papierkową robotę, ale choćby przygotowanie uczniów na akademię, wycieczki (żadna przyjemność, żebyście nie myśleli) i inne uroczystości organizowane przez szkołę. Dodatkowych rzeczy, nie związanych stricte z nauką można by wymieniać i wymieniać. Nie powiem już o odpowiedzialności przygotowania do egzaminów, do matury i potem w nich uczestniczeniu (zresztą za marne grosze) Jeśli więc nadal uważacie, że bycie nauczycielem to fucha, spróbujcie sami nim zostać. Wszystko to, co opisałam to w zasadzie same radości. Nie wspomniałam przecież o problemach wychowawczych, problemach z dyscypliną i innych, które nie wliczają się do godzin w etacie. 

Ja jeszcze należę do starej gwardii. Nie chodziłam do gimnazjum, zaliczyłam "jedynie" 8-stopniową szkołę podstawową, liceum i studia dwustopniowe (licencjat pozwalał mi już na podjęcie pracy w szkole) Moja pierwsza pensja wynosiła 500zł (na pełen etat) i wprawdzie było to dawno temu, to dla mnie jako młodej dziewczyny mieszkającej z rodzicami, to było prawie jak spełnienie marzeń ;) Mogę śmiało powiedzieć, że w zasadzie nigdy nie wyszłam ze szkoły. Po maturze zaraz zaczęłam udzielać korepetycji i pracować w szkole językowej (oczywiście wtedy tylko z dziećmi) Nigdy nie narzekałam, pracy było w bród, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Dojeżdżałam wtedy do dzieciaków tramwajem w inną dzielnicę i za godzinę brałam 5zł, potem 7zł a jak już przerzuciłam się na 10zł będąc na drugim roku studiów to myślałam, że to już fortuna! :) Nigdy nie liczyłam na szkołę jako moje jedyne źródło utrzymania, dlatego też nie odczuwałam niskich zarobków. Ważne było dla mnie to, że płacą mi ZUS i mając do tego działalność gospodarczą nie muszę sobie tym już zawracać głowy. Bywało, że miałam po 20 uczniów tygodniowo! a kilku czekało w kolejce jak zwolni się miejsce. 
Tak wyglądało moje życie, gdy byłam zatrudniona w szkole. Niestety nie każdy ma takie możliwości i nie każdy może sobie na to pozwolić. Ja mogę uczyć angielskiego każdego, dzieci, dorosłych, mieć kursy, uczyć indywidualnie, rozwinęłam się też w dziedzinie biznesu, więc mam co robić. Ale pamiętajcie, że mój zawód, moje wykształcenie jest specyficzne, mogę bowiem wybierać w jaki sposób chcę tę wiedzę wykorzystać. Co mają jednak powiedzieć inni przedmiotowcy? Ucząc biologii, geografii, języka polskiego, matematyki, nauczyciele mają tylko możliwość "dorobić sobie" udzielając korepetycji. Nie jest to jednak takie proste i nie każdy ma warunki do tego. Załóżmy, że nauczycielka pracuje na etacie w szkole podstawowej i ma na utrzymaniu małe dziecko. Musi zorganizować cały dzień logistycznie, pomyśleć o mężu, o domu i innych sprawach takich jak zakupy, gotowanie, więc trudno takiej osobie zorganizować dodatkowe korepetycje w domu. Kiedy czas dla rodziny? Kiedy czas na przygotowanie do pracy? Kiedy na cokolwiek innego? Nie zapominajmy również, że w etat nauczyciela są wliczone również okienka, rzadko kiedy zdarza się, żeby nie było przerw. Do tego dołóżcie dyżury na przerwach, kiedy to nie ma czasu nawet iść do toalety. I co? zaczęliście współczuć nauczycielom? Pewnie powiecie, no cóż, taki wybrali sobie zawód. 
Droga do nauczyciela dyplomowanego jest długa (wtedy faktycznie można liczyć na nieco wyższe zarobki), ale zanim to nastąpi, przez wiele lat trzeba naprawdę się natrudzić, żeby związać koniec z końcem (no chyba, że współmałżonek dobrze zarabia) Uważam, że nauczyciel powinien zarabiać więcej, ale nie będę wypowiadała się, czy strajk jest odpowiednią formą wyrażania frustracji z tego powodu.

No to teraz przechodzimy do nauczyciela w oczach ucznia i przyszłego rodzica :) Mój mąż stwierdził, że albo szkoła będzie miała przekichane jak nasze dzieci pójdą do szkoły, albo my ;) Niestety zbyt dużo wiem jak to wszystko wygląda ( z jednej i z drugiej strony) więc trudno mi będzie siedzieć cicho jeśli jakaś dziwna sytuacja będzie miała miejsce. No, ale zobaczymy. Może naślę na nich babcię, też była nauczycielkę hahaha.

Kiedy byłam z Elsą na konkursie piosenki, który odbywał się w miejscowej szkole podstawowej, córka była zachwycona. Najchętniej od razu przeszłaby do pierwszej klasy ;) No, ale wiadomo, dzieci mają inne wyobrażenie szkoły, kojarzonej raczej z byciem dorosłym. Kiedy dochodzi nauka, lekcje odbywające się w ławce i w zasadzie koniec z beztroską zabawą, większość z nich z nostalgią wraca do przedszkola. 

Ja ogólnie dobrze wspominam szkołę podstawową i liceum. Po lekcjach chodziłam na obiad do babci i dziadka, spędzałam z nimi czas, czasem odrobiłam pracę domową. Jak słowo daję nie pamiętam, żebym dzień w dzień ślęczała kilka godzin nad pracą domową, projektami i lekturami. Klasówki miałam maksymalnie dwie w tygodniu, kartkówki niezbyt często. Fakt, nauka nie sprawiała mi trudności, gdyż jestem słuchowcem i większość materiału pamiętałam z lekcji, ale chodzi o sam fakt przygotowania do przedmiotu. Ja się naprawdę nie dziwię, że dzieci mają dość. Materiał jest przeładowany i czasem zupełnie bezsensowny. Do tego każdy podręcznik jest w komplecie z ćwiczeniami, nawet do religii! Kiedy zobaczyłam co te dzieciaki muszą się uczyć na tym właśnie przedmiocie, prawie spadłam z krzesła. Nie dość, że do religii (podaję przykład 4 klasy) jest podręcznik naszpikowanymi wydarzeniami, terminologią, to na dodatek są do tego ćwiczenia, które dziecko musi wypełniać na bieżąco. Za moich czasów religia była jednym z przyjemniejszych przedmiotów, z którego nikt się nie wypisywał. Jeżeli nie chciał słuchać, odrabiał jakieś lekcje. I tyle. Zwykle lekcja polegała na zapisaniu w zeszycie paru faktów i rozmowie. Oczywiście, że raz na jakiś czas była klasówka, ale czy zdanie jej na piątkę zrobi z nas świętych? Ja rozumiem, że pani katechetka, świecka, żeby nie było, musi z czegoś wystawić oceny, ale czy o to chodzi w tym wszystkim? Czy naprawdę nie ma innych sposobów ewaluacji wiedzy? 
Kolejny przykład. Technika. Za moich czasów nazywało się to ZPT (dla tych co nie wiedzą - Zajęcia Praktyczno-Techniczne) Kolejny fajny przedmiot. Robiliśmy kanapki, szyliśmy, a nawet raz sklejaliśmy model samolotu (słabo mi poszło, dlatego kończył za mnie mój tata w domu - do tych rzeczy nigdy nie miałam nerwów ;)) A teraz? Nie wiem jak w innych miastach, innych szkołach, ale u nas nigdy dzieciaki nie robiły kanapek, tak naprawdę nigdy nie robiły nic praktycznego. Ale za to na sprawdzian musiały nauczyć się definicji roweru, oraz jak naprawić każdą jego część. Powiedzcie mi, po co? Kolejny przykład. Tego to ja już zupełnie nie pojmuję. Dzieciaki miały nauczyć się znaków. Ok. Już nawet moje dziewczyny potrafią rozpoznawać niektóre, uczyły się w przedszkolu co to STOP na przykład. Wyobraźcie sobie, że od czwartoklasistów wymaga się definicji np. drogi dwujezdniowej. O ludzie! Czy oni zdają na prawo jazdy? Powiedzcie mi. Ktoś, kto to wymyślił, musiał mieć nie po kolei w głowie. Nie wiem, czy ja, po tylu latach jazdy samochodem, napisałabym zadowalającą regułę, która przyniosłaby mi dobry stopień. Czy naprawdę materiał musi być naszpikowany takimi bzdurami? Przecież dla tych dzieci to abstrakcja,a  jeśli ma to na celu ćwiczenie pamięci, to niech lepiej nauczą się wiersza...

Powstaje więc pytanie: czy w dzisiejszych czasach, w dobie internetu dzieciaki naprawdę muszą przyswajać tak bezużyteczną wiedzę? Nie wiem, czy tylko ja mam takie wrażenie, ale od kilku lat obserwuję, że uczniowie kompletnie nie potrafią myśleć. Uczą się na pamięć, zdają klasówkę i zapominają. Odpowiadają tylko na pytania:tak/nie, albo krótko, nie rozwijając myśli. Zapytani dlaczego tak sądzą, często nie potrafią udzielić odpowiedzi. Podać uzasadnienie swojej wypowiedzi? Zbyt trudne. 
Gdzie tkwi przyczyna? Wszędzie w zasadzie. Zaczyna się w nas, rodzicach. Często zdarza się tak, że oddając dziecko do szkoły, niejako "zwalamy" całe wychowanie na nią. Niektórzy potrafią być tak roszczeniowi, że nawet sobie nie wyobrażacie, a sami nie robią w zasadzie nic, by ze szkołą współpracować. Problem tkwi w systemie nauczania, w nauczycielach i w uczniach, którzy być może dobrzy są w grach komputerowych, obeznani z YouTubem i i wszelkimi komunikatorami, ale mają problem ze sformułowaniem swoich myśli.

Jak wspomniałam wyżej, chodziłam do 8 klas szkoły podstawowej. Ten system może i miał swoje wady, ale chyba większość z nas naprawdę dobrze skończyła, więc może nie było aż tak źle? Wraz z nastaniem reformy oświaty, snuto daleko posunięte plany jak ta nowa szkoła ma wyglądać. Gimbusy, sale wyposażone w najnowocześniejsze sprzęty, książki, małe klasy, nowoczesny program nauczania, no wszystko, wszystko, by ten uczeń przyswoił wiedzę. Nie będę wypowiadać się na temat tego, czy reforma spełniła swoje zadanie, czy nie, nie będę też pisała o tym, co sądzę na temat powrotu do ośmiu klas. Fakt jednak pozostaje, że coś tu nie do końca jest w porządku. Chciałabym, żeby moje dzieci skończyły szkołę i zdobyły wykształcenie. Ale wiecie co, aż żal patrzeć na takie sytuacje, w których ludzie dają z siebie wszystko, a pieniędzy zarobionych uczciwie wciąż brak. 

Miało być krótko, a wyszło jak zwykle ;) 
Tak szybciutko więc, na koniec, wracam do pytania postawionego przez mojego męża. I wiecie co? Chyba ma rację. Przynajmniej jeśli chodzi o naszą rodzinę. Ja jestem dobra w przedmiotach humanistycznych, jego domena to przedmioty ścisłe. W zasadzie tego, co potem potrzebne do życia dzieci mogą nauczyć się od nas. Problem w tym, że nie każdy ma taką możliwość, by pracować z dzieckiem w domu, nie każdy potrafi, nie każdy ma wiedzę. Dlatego też, reforma oświaty jest konieczna, nie tylko pod względem lepszych zarobków dla nauczycieli. Nie potrzeba nam dyplomowanych magazynierów. Potrzeba dobrych fachowców i ludzi z pasją wykonujących swoją pracę. Za godziwe pieniądze. 




Wspaniałego weekendu moi drodzy wam życzę! Jeśli sprawdzi się prognoza pogody, w niedzielę będziemy mieć prawdziwą wiosnę!




wtorek, 12 marca 2019

Krakowiaczek jakiego nie znacie.


Kraków. Jedno z piękniejszych miast Polski. Kiedyś dość często przeze mnie odwiedzany, jednak ostatnio jakoś mi nie po drodze. Pamiętam jak przed laty jeździliśmy do Zakopanego pociągiem, to przesiadka zawsze była właśnie w Krakowie. Nawet raz jechałam takim dziwadłem, który po pół godzinie wracał tymi samymi torami, zbierając ludzi z pobliskich wsi. Coś niesamowitego, myślałam, że pociąg zwyczajnie zawrócił do tej samej stacji, a on miał taką po prostu trasę. No nic. Miałam napisać o czymś innym, ale wyszło jak zwykle, czyli przypomniało mi się tysiące innych wydarzeń z przeszłości. 




Jakiś czas temu, w przedszkolu dziewczynki miały czytaną legendę o Smoku Wawelskim. Podekscytowane przyszły do domu z pytaniem, czy pojedziemy do Krakowa. Jako, że w czerwcu wybieramy się obejrzeć Ogród Lawendy, znajdujący się chyba jakieś 40km od Grodu Kraka, postanowiliśmy, że czemu nie. Od tamtej pory dziewczynki wspominają co jakiś czas, że koniecznie muszą zobaczyć jak smok zieje ogniem (zdradziła mi koleżanka, że można go aktywować smsem - no cóż, nawet smok idzie z postępem) 

No, ale do rzeczy. Na pewno macie takie piosenki, po polsku, czy po angielsku, których słuchaliście tysiące razy a i tak nie wiecie co tam jest śpiewane :) Dla mnie jako dziecka, była to piosenka o Pszczółce Mai, zresztą wspominałam wam już kiedyś. Za nic nie dałam się przekonać rodzicom, że pan Wodecki śpiewa "Maja fruwa tu i tam" a nie "Maja gruba tu i tam" 
Moim dziewczynom rzadko zdarza się przekręcać słowa, ale jak już taka sytuacja ma miejsce to czasem można boki zrywać.

- Mamusiu, co tam jesz?, pyta któregoś dnia Elsa.
- Nasionka Chia.
- A, to tak jak z naszej piosenki!
Chwila konsternacji.
- Której piosenki?
- No tej, o Krakowiaczku.
- I tam były Chia?
- No Krakowiaczek był Chia przecież!

 Jest taka piosenka w naszej samochodowej składance przebojów "Krakowiaczek jeden, krakowskiej natury" i w pewnym momencie słowa lecą tak: Krakowiaczek ci ja, któż nie przyzna tego... No toż to jak nic Krakowiaczek "czija" :D 
Dziewczyny śpiewają dalej:

- ... "siedemdziesiąt kółek i nasika niego 
- Że jak?, prawi krztuszę się tą szałwią hiszpańską. 
- No nasika na niego, odpowiada zdziwiona Misia. 

Nie dopytywałam kto na kogo, bo brnęłabym dalej w tę historię, więc poprawiłam je, że tam słowa brzmią "u pasika mego"
Pomyślały, pomyślały i ... i nasika niego - tak już zostało, przynajmniej na razie ;) 
Co by nie mówić, w myśl trendu dobrego odżywiania, Krakowiaczek również pozostaje ekologiczny, a nasiona Chia, na pewno wyjdą mu na zdrowie!









poniedziałek, 11 marca 2019

Niepłodności nie ma (?)


Witajcie kochani w kolejnym tygodniu. Dla mnie poniedziałki są trudne, znów trzeba wskoczyć w tryb wstawania wcześnie, odwożenia dzieci do przedszkola, pracy i sprzątania. Kiedy dziś na dodatek zobaczyłam, że w nocy spadł śnieg, miałam ochotę wrócić do łóżka i odwołać zajęcia. Brrr. Teraz po śniegu wprawdzie zostało tylko wspomnienie, ale nadal pogoda nieciekawa, pomimo tego, że świeci słonko. 

Na takie widoki czekam...


Dziś chciałabym powrócić do tematu niepłodności. Jakiś czas temu pisałam wam o tym jak trudno było utrzymać kontakty z innymi koleżankami, które pozachodziły w ciążę. Co by nie mówić, w przyjaźniach jednak łączy nas wspólny świat, środowisko. Nie trudno więc o znajomości w szkole. Razem przeżywaliśmy klasówki, uczyliśmy się, rozmawialiśmy o rozterkach miłosnych, czy obrażaliśmy się na cały świat. 
W miarę dorastania, te drogi czasem się rozchodzą i choć nadal się lubimy, to często brakuje tak zwanej części wspólnej. I myślę, że to jest naturalne, bo jedna osoba na przykład skupia się na wykształceniu i karierze, a druga szybko zakłada rodzinę.  Z niepłodnością bywa podobnie. Choć nasza przyjaciółka dobrze nam życzy, to jednak trudno zwierzać się osobie, która sama właśnie urodziła drugie dziecko. I nie ma co tu upatrywać w kimś winy, tak po prostu się dzieje. Dlatego sytuacje takie bywają krępujące dla obu stron. Kiedy rozmawiam z przeróżnymi osobami, nagle okazuje się, że w zasadzie nie mają nikogo takiego, z kim mogłyby porozmawiać i poczuć się lepiej. 
Brak empatii, zapatrzenie na siebie to tylko jedne z czynników, przez które oddalamy się od siebie. Dziś chciałabym przekazać wam inne spostrzeżenia i opisać pewne zjawisko - nieświadomą ignorancję

Kiedy starałam się o potomstwo, byłam oczywiście młodsza, więc większość z moich koleżanek również nie miała jeszcze dzieci. Starałyśmy się razem, choć wraz z upływem czasu im udawało się, a ja w końcu zostałam prawie sama na placu boju (nie licząc jednej koleżanki i tych, które nawet nie wyszły za mąż) Będąc pierwszy raz w klinice niepłodności dopiero zobaczyłam jak wielki jest to problem. Spotkałam tam ludzi młodych i starych, pięknych i brzydkich, na oko wykształconych i tych prostych. Ale wszystkich łączyło jedno - nie mogli mieć dziecka. Podczytywałam wtedy też forum Bociana, gdzie również to zjawisko widać jak na dłoni. Tym żyłam, tak wyglądał mój świat. Wiedziałam, że niepłodność to nie mit i że nie jestem w tym sama. 

Nie uwierzycie, ale wszystko zmieniło się, od kiedy sama mam dzieci. Przez te ostatnie kilka lat, nie spotkałam ani jednej osoby, która miałaby problem z płodnością. Ani jednej ... (oczywiście nie licząc moich blogowych koleżanek) Zero. Ale to nie wszystko. Ludzie, których poznaję, mają nie jedno dziecko, ale co najmniej dwoje, a w większości przypadków nawet troje! Między dziećmi nie ma dużej różnicy wieku, więc śmiem domyślać się, że długo nie czekali. Nie chciałabym oceniać po pozorach, bo oczywiście za każdym nieznajomym kryje się jakaś historia, której nie znam, być może faktycznie na pierwszą ciążę czekali długo, a potem coś się odblokowało, ale sam fakt pozostaje - dziś mają ich kilkoro. Patrzę tak choćby po dzieciakach z naszego przedszkola. Nie uwierzycie, ale mało znam takich, które są jedynakami. Większość rodzin ma co najmniej dwójkę pociech, a rekordzistką już jest pani, która nosiła na rękach niespełna roczną córkę, przyprowadzając synów do przedszkola i będąc w czwartej ciąży. Teraz przychodzi z nosidełkiem i coś mi się wydaje, że będzie mieć kolejne. Nie wiem, czy zdecydowałabym się na tyle dzieci, nawet gdybym mogła. Nie jestem za tym, żeby dziecko było wychowywane przez starsze rodzeństwo, ale co ja się tak znam. Nawet jednego nie udało mi się urodzić, więc już siedzę cicho...

To wszystko skłoniło mnie do pewnych przemyśleń. Skoro obracam się teraz w innym środowisku (ja, która świadomość niepłodności mam w jednym paluszku) i nie spotykam nikogo tak namacalnie, kto walczyłby z niepłodnością, to jak ci ludzie, którzy nie mają bladego pojęcia jak to jest "nie móc" mają być empatyczni? Tym wszystkim mamom z przedszkola opadłaby chyba szczęka do samej ziemi, gdyby dowiedziały się, że moje dzieci pochodzą z adopcji, a ja sama przez wiele lat leczyłam się i walczyłam o ciążę. Pewnie usłyszałabym moje ulubione zdanie: No w ogóle nie było po tobie widać, że masz problemy. Tak drodzy państwo, wbrew pozorom niepłodności nie widać tak jak widać złamaną nogę. Nie widać żadnej choroby, która w jakiś sposób nie charakteryzuje się fizyczną niepełnosprawnością. Jeśli właściwie nie patrzysz, nie widać depresji, załamania nerwowego, nie widać też psychicznej przemocy, czy zwykłego smutku. Nie każdy posiada tę umiejętność patrzenia dalej niż widzą oczy (i spójrzmy prawdzie w oczy, nie każdy też chce.) Bo cóż zrozumie mnie mama, która właśnie "wpadła" z drugim dzieckiem. Ja nie wpadłam z ani jednym. Ba! Nawet nie udało się tego zaplanować. A ona wpadła dwa razy i to nie wiadomo, czy z tym samym mężczyzną. Dlatego nie dziwię się, że ludziom tak trudno uznać niepłodność za chorobę, dlaczego tak trudno ją dostrzec. Jeżeli ktoś przebywa w takim środowisku, w którym jej nie ma, musiałby wykazać się wielką dojrzałością i wrażliwością, by zauważyć, że istnieje.

Tak na koniec powiem wam, że patrząc na to wszystko, można byłoby uznać, że świat jest strasznie niesprawiedliwy - jednym daje więcej innym nie daje nic. I tak w zasadzie jest, patrząc naszym ludzkim okiem. Staram się jednak patrzeć dalej i głębiej niż tam, gdzie sięga wzrok, by nie być ślepcem podobnym do wszystkich tych ludzi, którzy nie zauważają, że świat nie kończy się na nich. Każdy z nas powołany jest do czegoś innego, więc przyjmuję z pokorą ten dar niepłodności, bo dziś wiem, że zaprowadzi mnie tam, gdzie właściwa biegnie droga.

Wspaniałego tygodnia moi drodzy, życzę Wam dużo radości i uśmiechu, niech wiara w przyszłość nigdy nie ustaje. Nie oglądajcie się za siebie, nie oglądajcie na boki, idźcie przed siebie i nie zbaczajcie z właściwej drogi. 




piątek, 8 marca 2019

Niemiec płakał jak kasę wypłacał.

W piątki staram się nie poruszać trudnych tematów, więc tradycyjnie coś lajtowego ;) Tak szczerze mówiąc, gdyby nie to, że historia, którą wam dziś opowiem dotyczy mojej rodziny, pewnie trudno byłoby mi we wszystko uwierzyć. Będziecie więc musieli mi zaufać, że taka sytuacja miała miejsce :)



Mieszkając w blokach, byliśmy w posiadaniu tylko jednego samochodu, którym na co dzień dojeżdżałam do pracy (umawiałam się wtedy na późniejsze godziny, by nie stać w korkach) Mąż miał do pracy około 5 kilometrów co rankami stanowiło jakieś 45minut  autem, czy autobusem. W miarę upływu lat starałam się znajdować sobie pracę coraz bliżej domu, więc coraz częściej samochód zostawał w domu. Mąż wolał chodzić na piechotę lub jeździć na rowerze. To była jedna z zalet mieszkania w tym miejscu. Wszędzie blisko, nie byliśmy uzależnieni od niczego. Gdy jednak zapadła decyzja o przeprowadzce za miasto, sytuacja zmieniła się. Bo cóż z tego, że nasze stare miejsce zamieszkania znajduje się tylko 15 minut od nowego, w zasadzie zaraz za tablicą o wyjeździe z miasta, skoro tam można dostać się tylko samochodem. No niby jeździ autobus, ale wiecie jak to jest- jeździ ich zaledwie kilka w ciągu dnia. Najszybciej dojechać własnym środkiem transportu, a poza tym człowiek nie jest uzależniony od niczego. Mieliśmy już wtedy w domu dwa szkraby i nie bardzo mogliśmy pozwolić sobie na niepotrzebną stratę czasu choćby ze względu na to, że autobus nie przyjechał, czy stanął w korku. Postanowiliśmy więc kupić nowe auto. Nowe mam na myśli oczywiście nowe dla nas ;) Trudno było wtedy wygospodarować jakieś ekstra fundusze, ponieważ byliśmy w trakcie budowy domu i wszelkie finanse były kierowane właśnie w tym kierunku, ale nie było wyjścia. Musiałam być niezależna, kiedy mąż pojedzie do pracy. Ktoś przecież musiał odwozić dzieci do żłobka, czy jechać na zakupy. Nowe samochody są bardzo drogie, szybko tracą na wartości, więc zwykle oglądamy się za czymś z drugiej ręki. I tak poprzedni samochód został sprowadzony z Niemiec. Lubimy auta z zagranicy, ponieważ mają zupełnie inne wyposażenie, nie są aż tak zniszczone jak większość naszych jeżdżących po polskich drogach no i przede wszystkim spora część tych, które są u nas na rynku (patrząc choćby po otomoto.pl) i tak jest sprowadzana, tylko przez kogoś innego. Wolimy więc nasze auta przywieźć sami, bo wiadomo jak to auto wyglądało, czy nie miało wypadku itd. Wszystko super. Trzy lata temu, zaraz po Wielkanocy, mój mąż razem ze swoim teściem, czyli moim tatą, pojechali obejrzeć samochód, który znaleźliśmy na jednym z najpopularniejszych portali. Tak naprawdę to opcji było kilka, więc gdyby ten okazał się niezgodny z opisem, panowie mieli wybór. Nie do końca byłam może przekonana co do tego zakupu, ponieważ był to samochód w automacie, ale mąż przekonał mnie, że szybko się przyzwyczaję. No ok, zgodziłam się. 
Następnego dnia, przywieźli więc nasz nowy nabytek, wszystko poszło gładko, w urzędzie szybko załatwili papiery. W Polsce również bez żadnych problemów zarejestrowaliśmy auto i otrzymaliśmy polskie numery. I teraz uwaga, wreszcie główny wątek ;)

Był maj, w domu trwały ostatnie przygotowania do przeprowadzki, mój mąż z moim tatą działali więc codziennie, byśmy mogli na koniec miesiąca przenieść się na stałe. Pewnego dnia, pod dom podjechał nieoznakowany radiowóz. Okazało się, że nie pierwszy raz zawitali w nasze progi, ale wcześniej nie mieli szczęścia zastać właściciela. Po jakimś czasie odebrałam telefon od męża, że ... policja skonfiskowała nasze nowe auto. Nie mogłam w to uwierzyć. Podobno została zgłoszona jego kradzież, uwaga, po 2 tygodniach od zakupu. Wydało nam się to bardzo dziwne, przecież chyba nie trudno zauważyć od razu, że z podwórka zniknęła rzecz większa od człowieka. Ale to był dopiero początek. Początek sprawy, która jest tak zawikłana, że aż trudno byłoby samemu napisać podobny scenariusz. Nie było łatwo. Sytuacja rysowała się następująco: mąż - potencjalny paser, niecały miesiąc do przeprowadzki, nie ma auta, nie ma kasy. I tu wielkie uznanie dla naszych policjantów, którzy widząc, że mają do czynienia z uczciwym obywatelem, mężem i ojcem dwójki dzieci, podeszli do sprawy z wielką wyrozumiałością. Najpierw pozwolili mężowi pozabierać co się dało z pojazdu (został odholowany na parking policyjny), a potem poinstruowali co dalej nastąpi. Nie mieliśmy wyjścia. Wiedzieliśmy, że sami sobie nie poradzimy, więc postanowiliśmy wynająć prawnika. Ale żeby nie było tak łatwo, prawnik musiał być z Niemiec, znać niemieckie prawo, móc występować w naszym imieniu. Po wielu poszukiwaniach, udało się namierzyć kogoś zaraz za granicą polską, u którego pracowała pani władająca naszym ojczystym językim. Swoją drogą byłam zdziwiona, że w kancelarii niemieckiej, nikt nie potrafił porozumiewać się po angielsku! Nie byli to ludzie z poprzedniej epoki, więc tym bardziej  przeżyliśmy szok. Myślę, że u nas w Polsce posługiwanie się językiem angielskim, lepiej lub gorzej, to standard. No nic. Za pierwszą rozmowę telefoniczną, musieliśmy oczywiście zapłacić odpowiednią ilość euro, traktowane to było jak zwykła porada prawnicza. Potem mieliśmy wybór, albo płacić za każdym razem, albo wpłacić zryczałtowaną sumę i korzystać do woli. Tak właśnie rozpoczął się długi proces wyjaśniania co tak naprawdę się stało. Nawet nasza bogata wyobraźnia nie pozwalała nam na stworzenie wiarygodnego scenariusza wydarzeń. Po jakimś czasie okazało się, że nasz samochód został skradziony z innego Autohaus'a (salonu) wraz z kilkoma innymi egzemplarzami. Ale nadal nie wyjaśniało to dlaczego została ona zgłoszona tak późno. Czy naprawdę mieli tak dużo aut, że nie sposób było zauważyć braku kilku z nich? Wątpię. Już wtedy byliśmy pewni, że to jakiś większy przekręt. W międzyczasie, do naszego komisariatu zadzwonił ktoś z Niemiec, prosząc o wydanie samochodu. I tu znów brawa dla naszej Policji, która stwierdziła, że póki nie ma żadnego wyroku, to oni auta nie zwrócą, bo muszą dbać o swojego obywatela i jego mienie. Do mojego męża aspirant skomentował, że nie będzie mu tu jakiś Niemiec mówił co on ma robić ;) Mój mąż na szczęście został oczyszczony z jakichkolwiek zarzutów, samochód został kupiony za uczciwą cenę, taką jak inne tej klasy, więc nie było mowy o przestępstwie. Auto miało wszystkie papiery, dwa kluczyki, kartę pojazdu, więc tym bardziej było to dla nas dziwne, że nagle ginie tego typu auto, w zasadzie z całym kompletem dokumentów. Co było dalej. Kancelaria wysyłała pisma do salonu z którego zakupiliśmy pojazd, z wnioskiem o unieważnienie umowy kupna-sprzedaży. Oni oczywiście też zatrudnili prawnika i odsyłali pisemka z wyjaśnieniem, że oni nie wiedzieli, że ono jest kradzione. Tylko, że jako salon, powinni odpowiadać za auta, które sprzedają. Pozostawało nam więc jedno. Podać ich do sądu...
Wszystko pięknie, ale skąd wziąć na to pieniądze? Okazało się jednak, że możemy się zwrócić do niemieckiego sądu z wnioskiem o pokrycie kosztów procesowych przez państwo niemieckie. Mąż przez kilka dni przygotowywał wszystkie potrzebne dokumenty - zaświadczenie o zarobkach, faktury, wydatki, kredyty, wyciągi z kont, koszty... Czekaliśmy z niecierpliwością na odpowiedź, weryfikacja trwała bowiem bardzo długo. W międzyczasie, minęło pół roku odkąd zabrali nam samochód. I wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, kiedy policjant zadzwonił do mojego męża, że chcą nam go ... oddać. Jak się okazało, policja po upływie pół roku musi płacić za parking dość spore sumy, więc stwierdzili, że nie wiadomo kiedy to wszystko się zakończy, więc warunkowo zwrócą nam samochód ;) Odbierając samochód w towarzystwie policjanta, mąż dowiedział się, że pierwszy raz w jego 15-letniej karierze, oddaje komuś samochód, który wcześniej sam skonfiskował ;) No i tak wylądowaliśmy w domu z 3 samochodami: kradzionym, którego nie mogliśmy sprzedać, starym i jeszcze jednym "nowym", którego byliśmy zmuszeni zakupić, gdy biały (tak go nazywaliśmy ze względu na kolor) stał na parkingu policyjnym. 
No i wreszcie radość. Otrzymujemy informację, że przyznano nam bezkosztowy proces. Od czasu odebrania samochodu mijają miesiące, aż dostajemy informację o przymusowym stawieniu się do sądu w Niemczech. Sprawa wyznaczona jest na koniec sierpnia, więc postanawiamy połączyć wyjazd z jesiennym wyjazdem na wakacje. Pierwszy raz w życiu, jadąc nad morze zabraliśmy ze sobą garnitur, ale sytuacja wiadomo, dość niezwykła. Dzień przed rozprawą meldujemy się w kancelarii, by omówić szczegóły. Jako, że wszystko dzieje się tuż za naszą polską granicą, wracamy do kraju na nocleg. Miejsce bardzo przyjemne, wysypiamy się i rano wstajemy na śniadanie. Powiem wam, że nie wiem jak to się stało, ale gdzieś między posiłkiem a znoszeniem rzeczy, uciekło nam 15 minut. Tak to tylko my potrafimy powiem wam. Cokolwiek byśmy nie robili to i tak w rezultacie kończy się działaniem pod presją czasu. Nie wiem, czy pamiętacie jedną ze scen z filmu Kac Vegas, kiedy to jeden z bohaterów przebiera się w ślubny garnitur w samochodzie przy drodze. No tak to mniej więcej wyglądało u nas... W Niemczech podjechaliśmy prawie z piskiem opon pod sąd, mąż zostawił mi kluczyki i sama miałam już pojechać gdzieś zaparkować. Jak potem relacjonował, okazało się, że budynek sądu był kiedyś więzieniem i znajdowało się w nim kilkadziesiąt korytarzy- labiryntów.  On oczywiście wszedł nie tym wejściem, a jakże. Przydała się jakaś tam znajomość niemieckiego i w końcu trafił na właściwe miejsce. Mąż stawił się więc punktualnie, za to strona przeciwna spóźniała się. Rozprawa zakończyła się ugodą, zgodnie z którą salon od którego zakupiliśmy samochód miał nam wypłacić pieniądze w kwocie takiej, za jaką go kupiliśmy plus drobne odsetki. Niestety nie przyznano nam odszkodowania o które wnioskowaliśmy. Moglibyśmy odwoływać się do sądu wyższej instancji, ale ponieważ nie było gwarancji, że uda się uzyskać coś więcej, a dalsze postępowanie kosztuje, postanowiliśmy przyjąć propozycję. Podczas gdy mój mąż "zwiedzał" gmach byłego więzienia, ja spędzałam czas z dziewczynkami w parku. Były bardzo grzeczne i pięknie się bawiły, robiły występy, bawiły się na role. Dlatego kiedy mąż wrócił, postanowiłam, że kupimy im lody. Pech chciał, że w pobliżu znajdował się tylko Lidl, w którym niestety nie mieli tak jak u nas takich lodów na patyku, więc musiałam kupić duży kubek 0.5 litra, który mieliśmy zjeść wszyscy. Nie było żadnej ławeczki, więc Elsa usiadła na krawężniku. Ja trzymałam lody i wyjmowałam łyżeczki z samochodu. Nagle usłyszałam przeraźliwy jej krzyk, ale taki jakiego nigdy wcześniej nie słyszałam. Okazało się, że biedną Elsę użądliła osa. Kiedy spojrzeliśmy, jeszcze siedziała jej na nóżce, zupełnie nie wiem dlaczego ją zaatakowała, przecież ona jej nie prowokowała. Mąż usunął żądło, a lody przydały się do zrobienia okładu. Tak bardzo żal mi było Elsy, która cierpiała jak nigdy - nóżka jej spuchła, a ona co jakiś czas wyła z bólu. Po jakimś czasie opuchlizna zaczęła schodzić, a my zastanawialiśmy się, czy płacze, bo tak ją boli, czy boli ją sam fakt użądlenia. Posmarowałam jej nóżkę Fenistilem i powiedziała, że jest lepiej. Siła podświadomości, choć jestem pewna, że na początku cierpiała naprawdę. Użądliła mnie kiedyś osa tam mocno, że prawie zemdlałam z bólu, więc wiem jak to jest.
Także jak widzicie trudny to był dla nas dzień, ale perspektywa 2-tygodniowych wakacji wynagrodziła nam kiepski początek. 
Co było dalej? Około listopada dostaliśmy informację od naszej kancelarii, że został wyznaczony ostateczny termin, do którego salon samochodowy ma przesłać nam pieniądze na konto. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że to nie pierwsza sprawa w sądzie, która toczy się przeciwko nim. Jaką mieliśmy gwarancję, że wywiążą się ze swojej części porozumienia? A no żadną, ale w najgorszym przypadku cały czas mieliśmy auto. Nie mogliśmy go sprzedać, ale mogliśmy użytkować, więc z dwojga złego ... 
Pieniądze oczywiście nie wpłynęły w określonym terminie, a jakże.  Choć po terminie, na szczęście Niemcy wymyślili sobie, że przeleją je na konto kancelarii, a ci bezpośrednio już do nas. Tak się też stało, choć po drodze mieliśmy jeszcze taką myśl, że może dogadali się z kancelarią i podzielą się teraz na pół ;) To oczywiście daleko posunięta fantazja, ale czyż nie mogło tak się stać naprawdę? To jeszcze nie koniec historii, bowiem teraz mieliśmy i pieniądze i auto, a salon wcale nie kwapił się, by uzgodnić termin jego odebrania. Mijały dni i nic. W końcu skontaktowała się z nami kancelaria i oświadczyła, że ktoś zgłosi się po samochód w takim i takim dniu. Przygotowaliśmy więc wszystko i czekaliśmy na informację. Nikt nie zadzwonił, nikt po auto nie przyjechał. Dopiero w styczniu, po Nowym Roku, zdecydowali się odebrać auto i zrobili to poprzez jakąś polską firmę transportową, czyli przyjechał gość i wrzucił go na lawetę. To był ostatni raz kiedy widzieliśmy białego.

Epilog ;)

Udało się odzyskać pieniądze, przez ponad 2 lata jeździliśmy samochodem można powiedzieć "za darmo", bo jednak trzeba było ponieść koszty, choćby prawnika, dojazdu do sądu za co nikt już nam nie zwrócił, ale summa summarum nie wyszło aż tak źle (jak to mówią spadliśmy na cztery łapy) Drugi samochód został zakupiony z budżetu na wykończenie domu, przez co kilka zaplanowanych rzeczy nie zostało zrobione. Teraz, mamy szansę to dokończyć. 
Pewnie zastanawiacie się jak to wszystko było. Napiszę wam to co wiem ja, ponieważ tak naprawdę całą wiedzę mają tylko ci, którzy byli zamieszani w ten, można śmiało nazwać, przekręt.
A więc było to tak: (jakby powiedział mój ulubiony Detektyw Monk Here's what happened;))
Z salonu X zniknęło kilka samochódów wraz ze wszystkimi dokumentami. Tego haniebnego czynu dokonał jeden z pracowników, który sprzedał nasze białe auto do salonu Y ( co stało się z innymi, tego nie wiemy) który odkupił go za dużo niższą cenę niż rynkowa, więc mogli domyśleć się, że coś jest nie tak. Czy byli w zmowie z pracownikiem salonu X? Tego nie wie nikt. Dziwne jest też to, że kradzież została zgłoszona dopiero po ok. 2 tygodniach od zakupu, więc nie było szans, by w trakcie procedury rejestracji w Niemczech, czy w Polsce, coś się nie zgadzało. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że my dostaliśmy pieniądze, a sprawa nadal trwa. Czemu? No, bo teraz trudno stwierdzić do kogo właściwie ten samochód należy. Czy po rozwiązaniu umowy, gdy auto wróciło do salonu Y, należy do nich? Niby nie, ponieważ został skradziony w salonie X, więc powinni go oddać. Tak czy siak, nie nasza sprawa. Co ciekawe, kiedy mąż wszedł na stronę internetową salonu i przejrzał oferty, w tle na kilku zdjęciach zobaczył naszego białego. Czyżby przygotowywali się do jego sprzedaży? Mają przecież wszystkie papiery, więc czemu nie mieliby jeszcze raz zrobić takiego numeru. Komedia, mówię wam.
Żeby było śmieszniej, w styczniu dostaliśmy wezwanie z sądu niemieckiego o ponowne przysłanie wszystkich dokumentów zaświadczających o naszych dochodach i wydatkach. Bo jeśli w przeciągu tego roku znacznie poprawiła się nasza sytuacja finansowa, powinniśmy jednak oddać państwu niemieckiemu koszty procesu. (hę?) Nie do końca to rozumiem, bo przecież na tamten moment stwierdzili, że należy nam się takie wsparcie, więc co, w ciągu roku dostajesz podwyżkę i już musisz zwrócić to co ci dali wtedy? Reasumując, nie narzekajcie na polskie sądy. Nasza sprawa trwała ponad 2 lata, samochód zdążył w tym czasie stracić na wartości i w zasadzie nadal nie ustalono do kogo on należy...

Dziękuję wam za uwagę, jeśli dotrwaliście do końca opowieści to mam nadzieję, że nie żałujecie ;) Nosiłam się z zamiarem napisania o tym już dawno, ale pomyślałam, że poczekam jak to wszystko się skończy. Wiele razy wątpiłam, czy nam wypłacą te pieniądze, ale mój mąż zawsze powtarza, że trzeba walczyć do końca i nie odpuszczać. Ale trzeba też wiedzieć kiedy ze sceny zejść, dlatego nie zdecydowaliśmy się na dalsze roszczenia. 

Życzę wam kochani wspaniałego weekendu, u nas świeci słonko, ale niestety znów zaczyna wiać. Tak czy siak, dwa dni wolnego przed nami :)) A korzystając z okazji pozdrawiam wszystkie kobietki czytające bloga :) Niech uśmiech nie znika wam z twarzy, sił nigdy nie brakuje, a po deszczu niech szybko wychodzi dla was zawsze słonko. Wszystkiego dobrego!!





poniedziałek, 4 marca 2019

Rodzic rodzicowi nierówny.


Wreszcie przyszła wiosna i mam nadzieję, że taka temperatura jak dziś utrzyma się dłużej. Zupełnie inaczej człowiek się czuje i wreszcie budzi się do życia. W ogródku powychodziły krokusy, pomalutku przebijają się tulipanki :) Jest dobrze.




Miałam na dziś inny temat dla was, ale po drodze oczywiście pojawiło się kilka nowych, ciekawych sytuacji, więc żeby na świeżo się nimi podzielić, oto jedna z nich. Bardzo jestem ciekawa waszej opinii na ten temat, ponieważ jest to dla mnie nowość i dopiero testuję jak powinnam się zachować i co powiedzieć ;)

Moja starsza córka zapytała mnie, czy mogłabym pomalować jej paznokcie. Zdziwiłam się i pytam po co, więc odpowiedziała, że podobają się jej moje paznokcie i kolory, które noszę. Tłumaczę jej więc, że dzieci nie używają lakieru i podałam argumenty. Na to ona zaczęła płakać i przez łzy pytała dlaczego ona nie może, przecież jej dwie przyjaciółki mają pomalowane paznokcie a też są dziećmi i rodzice pozwalają na to. Szczerze mówiąc przytkało mnie, bo ja sobie nie wyobrażam, żebym 4/5-latce malowała paznokcie do przedszkola. Ok, rozumiem, że czasem mamy malują córkom na wakacje, na weekend, ale ja akurat nie mam takiej potrzeby, by z dziecka robić dorosłego, nawet na chwilę. Może dlatego, że jednak jest to chemia, po co takie małe paznokietki niszczyć lakierem a potem jeszcze zmywaczem. Poza tym zauważyłam, że małe dziewczynki zwykle ten lakier zdrapują, albo ogryzają niszcząc przy tym płytkę.
Ja to wiem, wy to wiecie, ale dla mojej córki było to niezrozumiałe, że jej koleżanka, czyli dziecko w tym samym wieku coś może a ona nie. Takie jej pierwsze poważne zderzenie z tym, że każdy z rodziców ma swój pomysł na wychowanie. Wypadałoby czasami powiedzieć, że ten czy tamten rodzic jest po prostu głupi, ale nie chciałabym tak naprawdę podważać czyjegoś autorytetu. ( poza tym jeszcze pójdzie do przedszkola i powtórzy ;) ) Chodzi mi bardziej o to, żeby dziecko ufało nam, że skoro my nie pozwalamy, to widocznie tak jest lepiej i niestety czy im się to podoba, czy nie, muszą pewne rzeczy zaakceptować. 
A wyobrażacie sobie, że jedna z mam, malowała córce paznokcie, gdy ta była w żłobku? No to ile miała? 2 lata? Nie mogłam uwierzyć, gdy to zobaczyłam. Słyszałam jak wychowawczyni zwracała jej uwagę, żeby tego nie robiła, ale potem jeszcze wiele razy widziałam pozdrapywany lakier na paznokciach.

Moja rozmowa z Elsą myślę, że zakończyła się dobrze. Wytłumaczyłam jej, że każdy rodzic uważa inaczej i niektórzy pozwalają na pewne rzeczy, na które ja i tatuś nie pozwolimy, bo uważamy inaczej. Powiedziałam jej, że ma młode paznokietki i że trzeba o nie dbać, a nie niszczyć lakierem. Przyjęła. Zapytała tylko, czy może pożyczyć mój lakier, gdy będzie starsza ;) Odpowiedziałam, że kupię jej nowy, taki kolor jaki będzie chciała :)) Bardzo się ucieszyła. Zauważyłam, że dzieci nie lubią, gdy im się odmawia, mówi NIE. Lepszym sposobem jest ja to nazywam "danie nadziei" :) Kiedy na przykład dziewczynkom coś tam się podoba i pytają, czy kupimy to mówię na przykład, że faktycznie fajna ta rzecz i pomyślimy, może ją kupimy, ale nie w tej chwili. Albo, że kupimy jak już będą starsze. U nas to działa :) Dziecko wie, że jest traktowane poważnie, ale nie można mieć wszystkiego.

Pamiętam, że moja mama też pozwalała mi pomalować paznokcie w wakacje, ale chodziłam już wtedy do szkoły-podstawówki, a może nawet liceum. Ani jej, ani mnie nie przyszło do głowy, żeby malować mi paznokcie w przedszkolu. Nie dziwić się, że potem przychodzi do mnie na lekcję 13-latka, w pełnym makijażu ( a jak profesjonalnie zrobiony!!) ze sztucznymi rzęsami... Najgorsze jest to, że nauczyciel, wychowawca w przedszkolu zwraca uwagę na pewne rzeczy, a jednak rodzic i tak robi swoje, zupełnie nie szanując szkoły, czy innej placówki. 
Wiem, że jeszcze nie raz dziewczyny obrażą się na mnie, że czegoś tam nie mają, a koleżanki tak, a okres dojrzewania będzie ogromnym wyzwaniem, ale czasem wydaje mi się, że świat zwariował...

No i na koniec, żeby nie było tak poważnie przy poniedziałku, moje krokusiki :) Życzę wam wspaniałego, cieplutkiego i radosnego tygodnia!! Byle do piątku ;)





piątek, 1 marca 2019

Miejsca przyjazne dzieciom. Serio?


Wreszcie powolutku nadchodzi wiosna. Nie mogę się doczekać momentu, w którym zrzucę wreszcie z siebie ciepłą kurtkę, a buty zmienię na jakieś lżejsze. Ale choć temperatura w słońcu wydaje się wskazywać inaczej, tak naprawdę nadal jest chłodno. Być może za sprawą okropnego wiatru, który wieje od kilku dni ze zmienną siłą. Tak czy siak, co by nie było, to oczywiście nie przeszkadza, by rozpocząć sezon zabaw na świeżym powietrzu :) Po południu udajemy się więc do przedszkolnego ogródka, żeby dziewczyny mogły się wyszaleć. 

Dziś piąteczek, jak to mówią taki mini weekend, więc i post z przymrużeniem oka. Już dawno nie wrzucałam wam kompilacji śmiesznych obrazków, a właśnie natknęłam się na (chyba) najgorsze place zabaw jakie można było zrobić dla dzieci. Aż trudno uwierzyć, że takie miejsca istnieją naprawdę ;) Zresztą sami popatrzcie:


1. Pomysł może i fajny, dla dzieci frajda, ale patrząc na to zdjęcie czuję się jakoś tak ... dziwnie.



2. Oj! To musi boleć... Pomimo tego, że moje dziewczyny lubią wyzwania, taka zjeżdżalnia chyba im się nie spodoba.



3. No dobra, czego się czepiasz, ktoś może powiedzieć. Są bezpieczne schody, jest zjeżdżalnia, jest bohater filmowy... Jednak mam nieodparte wrażenie, że coś nie do końca jest tak jak powinno.


4. Jeden z placów zabaw w Rosji. Co by nie mówić, na pewno bezpieczny...


5. Plac zabaw może być edukacyjny, czemu nie. Pod warunkiem jednak, że bawiące się tam dziecko osiągnęło wzrost co najmniej 1.5m i chce nauczyć się Braille'a. 



6. To dopiero jest wyzwanie! I mówili, że to prosta gra...


7. Kaczor Donald chyba lubi zaglądać pod spódnicę ;)


8. Dzieci uwielbiają dmuchańce. Jednak nie do końca chyba pojmuję całą frajdę zabawy na takim oto Spidermanie. Czy on naprawdę wypina się na to wszystko?


9. Grunt to równouprawnienie. Dlatego dbając o niepełnosprawnych, przygotowano taką oto atrakcję. Zamysł może dobry:ma stać się cud, który postawi człowieka na nogi, a w miejscu wyznaczonym może on zostawić np. wózek inwalidzki na którym do tej pory się poruszał. Brawa za pomysł i wiarę!


10. No cóż, samo życie. Świat nie jest z czekolady. Niech dzieci uczą się od samego początku. 


11. Tu nie zabieraj fana Myszki Micky i Minnie. Dziecko może dostać trwałego uszczerbku na zdrowiu psychicznym z towarzyszącymi koszmarami nocnymi do końca życia.


12. Kolejny plac edukacyjny. Brawo! Niech wszystkie dzieci dowiedzą się, że to my Ziemianie jesteśmy najważniejsi a inne planety krążą wokół  naszej.


13. Każdy rodzic pragnie, by jego dziecko było bezpieczne na placu zabaw. Dlatego w niektórych miejscach jest to priorytetem. Nie ma zabawy - nie ma wypadków.


14. On jest po prostu straszny...


15. Grunt to znaleźć odpowiednie miejsce do zabawy. Zjeżdżalnia przed blokiem jest? Jest! Odhaczone...


16. Ciekawa jestem ile wynosi całkowita liczba potknięć na tym oto placu zabaw...


... no i najważniejsze, że jest furtka i żadne dziecko nie wybiegnie na ulicę. 


17. Kolejna edukacyjna atrakcja. Dzięki niej, można łatwo zainicjować rozmowę skąd się biorą dzieci ...



18. Do wszystkich zakochanych w Kubusiu Puchatku - nie zabierajcie proszę dzieci w to miejsce. Grozi traumą.


19. Ale, że o co chodzi? 


20. A pociąg Tomek patrzył ... i płakał.




Która atrakcja podobała wam się najbardziej? :)
Lubicie zabierać swoje pociechy na place zabaw? 
Życzę wam wspaniałego weekendu, pięknej pogody i cudownie spędzonego czasu razem z rodzinką :)






* Source: www.boredpanda.com

wtorek, 26 lutego 2019

Nasze sposoby na bunt dwulatka i inne formy agresji dziecka.


"Są dwie trwałe rzeczy, które możemy dać w spadku naszym dzieciom: pierwsze to korzenie, druga – to skrzydła" - W. Hodding Carter.


Temat ten czekał dość długo na opisanie, ale ponieważ właśnie weszliśmy w kolejną, nieznaną nam dotąd fazę rozwoju dziecka, postanowiłam, że to jest chyba ten czas, by wreszcie wyciągnąć go z "roboczych"
Często piszę wam o tym jak staramy się wychować nasze dzieci. Ale niech nie przyjdzie nigdy wam do głowy, że do tych metod dzieci stosują w 100% i że wszystko książkowo wychodzi. Broń Boże. Opisuję tylko to, co chcemy osiągnąć i nad czym pracujemy. Widać efekty, nie powiem, choćby w pracy nad dialogiem między nami a dziećmi i nie tylko. Przychodzą jednak takie momenty, takie fazy rozwoju, gdzie niczego nie da się ustalić i przewidzieć. 



Dziś chciałabym napisać więc o tym jak my radzimy sobie z buntem, atakami histerii i agresji dziecka. Wprawdzie każdy maluch jest inny i coś co działa dziś, niekoniecznie podziała jutro, ale postaram się przybliżyć cały mechanizm moimi oczami.

Pamiętajmy, że bunt przeciwko rodzicom i innym dorosłym jest naturalnym czynnikiem rozwoju dziecka. Wbrew pozorom dziecko nie oczekuje, że będziemy mu ulegać we wszystkim. Potrzebuje wyznaczenia granic i będzie testować, gdzie one się znajdują. 

Noworodek, a potem niemowlę można powiedzieć jest jakby "przedłużeniem" rodzica, jego nierozerwalną częścią. Z upływem czasu nauczy się jednak, że jest osobną jednostką, indywidualnością, która różni się od mamy i taty. 
U nas wszystko zaczęło się mniej więcej wtedy, gdy Elsa skończyła jakieś 14 miesięcy. Zawsze była dzieckiem, które szło przed siebie niczym burza, ale wtedy nastąpił wyraźnie inny okres w jej życiu - poszukiwanie własnego ja. Co to oznaczało dla nas? Tylko jedno. Kłopoty :) No bo skoro chcę być sobą, to oznacza, że nie muszę już słuchać rodziców, prawda? Mogę więc śmiało powiedzieć, że u nas tak zwany bunt dwulatka, trwa od ponad 3 lat. (Wiem, nie pocieszyłam was ;)) Oczywiście z przerwami i nie w takiej samej formie, ale jeszcze się nie zakończył. Co więcej, nie dotyczy tylko jednego dziecka, więc bywa, że gdy jedna skończy trudną fazę, druga zaczyna się buntować. Albo co gorsza, obydwie przechodzą ten sam etap.

Jak się z tym uporać i nie osiwieć?

Dziecko około 2 lat.

Jako mama 2 dzieci mogę wam powiedzieć, że forma jaką bunt przyjmuje, zależy w dużej mierze od charakteru i temperamentu dziecka. U Misi bunt zaczął się wcześniej, w okolicy jej pierwszych urodzin i myślę, że był wynikiem pragnienia otrzymania tych samych praw co siostra. Wyglądało to tak, że słodko tupała nóżkami i zanosiła się płaczem. Ataki nie trwały długo, choć czasem przybierały ostrzejszą formę, kiedy to np. kładła się na podłodze i waliła nóżkami. Staraliśmy się traktować ją poważnie, choć tak naprawdę cała sytuacja nie wyglądała groźnie.

Elsa na co dzień po prostu nie słuchała tego, o co ją poprosiliśmy. My w lewo - ona w prawo. Ubierz się - rzucała rzeczami na podłogę. Taki wyraźny sprzeciw wobec wszystkiego co proponują rodzice. 

Jak sobie radziliśmy?
Choć na początku było to trudne, nauczyliśmy się bez emocji kontrolować sytuację. Co to znaczy. Nie denerwowaliśmy się, nie krzyczeliśmy, nie podnosiliśmy nawet głosu. Konsekwentnie dążyliśmy do tego, by wyegzekwować daną czynność, powtarzając kilka razy, o co prosimy. Podawaliśmy też alternatywę, na którą dziecko zwykle po jakimś czasie się godziło. Na przykład jeśli któraś nie chciała się ubrać, czekaliśmy spokojnie z kurtką, aż w końcu ją założyła. Jeżeli byliśmy pod presją czasu, idąc do przedszkola, zdarzyło się, że stanowczym tonem mówiliśmy "Proszę założyć kurtkę" i pomimo protestów dziecka robiliśmy to. Nie zawsze można było sobie pozwolić na czekanie w nieskończoność. Jeżeli można było ustąpić, ustępowaliśmy, nie upieraliśmy się przy białym szaliku, gdy dziecko chciało różowy.
Takie wybuchy histerii zwykle miały miejsce w domu, ale zdarzyło się kilka razy również w miejscu publicznym. Jeżeli was też to dotyczy, nie przejmujcie się, że macie widownię. Takie sytuacje po prostu przyciągają wzrok. Nikt was nie ocenia jako rodziców, a nawet jeśli, to trudno, nie znacie tych osób i nie powinniście się tym przejmować. Zresztą być może ta pani, która źle o was mówi sama zachowywała się podobnie jako dziecko ;)

Moje rady:
- nie tłumacz dziecku jego zachowania, gdy wpadnie w szał. To nic nie da a jeszcze może pogorszyć sytuację
- spróbuj wziąć dziecko na ręce i odwrócić jego uwagę, może się uda
- nie denerwuj się całym zajściem, dziecku nie dzieje się krzywda
w złości nie szarp dziecka za rękę
- postaraj się szybko zmienić otoczenie (np. wyjdź ze sklepu w którym dziecko wymusza zabawkę)
- przytul dziecko i pozwól mu na rozładowanie uczuć jakie nim targają

Dla mnie najgorszym okresem była faza, w której około 2-letnia Elsa, dla zabawy popychała Misię, która dopiero zaczęła chodzić. Nie docierało do niej nic, kompletnie, a my mając w głowie wizję dziecka z rozbitą głową o kominek czy stół, chodziliśmy za nimi krok w krok. Cóż z tego, że narożniki były pozabezpieczane, skoro Elsa potrafiła pchnąć siostrę ot tak, gdy ta szła przed nią. Chwiejne nóżki nie potrafiły sobie jeszcze z tym radzić i mała potrafiła upaść niekontrolowanie. Oczywiście upomniana Elsa wpadała w złość i buntowała się przeciwko niezrozumiałym dla siebie zasadom (przecież to fajna zabawa popychać siostrę) Tu stosowaliśmy metodę odizolowania jej, ponieważ stanowiła realne zagrożenie dla drugiego dziecka. Potem rozmawialiśmy z nią i tłumaczyliśmy. Potrafiła już wtedy pięknie mówić całymi zdaniami, więc wyrażała też swoje zdanie na ten temat, kłóciła się.

Jeżeli wasze dziecko nie umie jeszcze dobrze mówić, nie przejmujcie się, na pewno wszystko rozumie, a to jest tu najważniejsze.

W skrajnych przypadkach, kiedy nic nie działało, zabieraliśmy na jakiś czas ulubioną przytulankę. Niestety.

Dziecko 3-5 lat.

Pierwsze koty za płoty! Udało wam się przetrwać pierwsze próby usamodzielnienia się waszego dziecka :) Jeżeli nie obyło się bez siwych włosów to cóż, czasem rodzicielstwo wymaga poświęceń, trzeba będzie umówić się do fryzjera :) To co was teraz czeka, będzie podwójną dawką tego, co już przeżyliście. Gotowi?

Dziecko trzyletnie to już przedszkolak. Zupełnie inaczej patrzy na świat, coraz więcej rozumie i pragnie większej autonomii. Przygotujcie się więc na kolejną dawkę huśtawki emocji jaka będzie wam towarzyszyła. A wszystko to przyjdzie niespodziewanie i ze zdwojoną mocą. Dziecko stało się nie tylko silniejsze fizycznie, ale potrafi coraz lepiej porozumiewać się, dlatego też do agresywnych zachowań dziecka, dochodzi również atak słowny. 
Co zmieniło się u nas? W tym oto okresie, zaczęły się u dziewczynek napady histerii, napady zwykle wywołane jakąś błahostką lub niezgadzaniem się ze zdaniem rodzica. Bywa różnie. Czasem bunt przybiera formę obrażania się i wyraźnego sprzeciwu w postaci "Nie, nie zrobię tego" a czasem dochodzi do niekontrolowanego wybuchu emocji. Nie zdarza się to często, ale zdarza. Przeraźliwy krzyk sprzeciwu (dobrze, że już nie mieszkamy w bloku), któremu towarzyszą rękoczyny takie jak wymachiwanie rękami ( z nadzieją, że któryś cios trafi w cel, czyli rodzica) kopanie, walenie w drzwi itd. Na porządku dziennym jest przepychanie się, szarpanie i wyrywanie. Nie mamy na to złotej rady, ale jest kilka rzeczy, które robimy gdy takie ataki mają miejsce. Niestety to, która metoda zadziała, zależy od dnia, więc trzeba próbować wszystkiego. 

Co więc mogę zrobić, gdy dziecko zachowuje się agresywnie i wpada w histerię?

- nie prowadź długich rozmów z dzieckiem, ale podawaj mu krótki, wyraźny komunikat np. Nie kop. Boli mnie to. 

- proponuj załagodzenie sytuacji poprzez przytulenie: Chodź do mnie, przytulę cię. Dam całuska.

- kucnij lub siądź na podłodze, by być na poziomie dziecka

- nie daj się sprowokować, nawet jeśli dziecko usilnie próbuje to zrobić

- nie pozwól dziecku stosować przemocy wobec ciebie, postaraj się odsunąć, by mu to uniemożliwić lub zatrzymać (uważaj, by nie zrobić dziecku krzywdy)

- wyciągnij ręce do dziecka, w którymś momencie odpuści i będzie potrzebowało wsparcia. Bądź gotowy/gotowa.

- spróbuj odwrócić uwagę dziecka, zaproponuj jakąś czynność np. Chodź pójdziemy porysować.

- jeżeli histeria nie osiągnęła jeszcze punktu kulminacyjnego, spróbuj zapytać, czego oczekuje np. jeżeli nie chciało posprzątać zabawek, to czy zrobi to z twoją pomocą.


Okresy buntu dziecka nie są łatwe dla rodzica, ale też nie są łatwe dla dziecka. Ono dopiero uczy się panować nad swoimi emocjami i wyrażać swoje uczucia. Pomyślcie sobie, że my dorośli, mamy do dyspozycji wiele narzędzi. Możemy chociażby zakląć pod nosem, zapalić papierosa (jeśli ktoś pali), iść pobiegać. A dziecko? Dziecko jeszcze tego nie zna, dopiero stara się ogarnąć swoim umysłem to, co się z nim dzieje. Dlatego też nigdy nie krzycz na dziecko i nie karć je za takie zachowanie, ale też nie toleruj agresji wobec siebie i innych domowników. Takie ataki nie mają przecież miejsca codziennie i przez cały czas, a wtedy można przystąpić do działania i pracy nad swoim milusińskim. I również nad sobą. Bo skoro ja nie potrafię nad sobą zapanować, to jak dziecko ma się tego nauczyć? 

Warto też zrobić sobie rachunek sumienia. Ja ostatnio tak uczyniłam, a do jakich doszłam wniosków to już temat na innego posta, ale część zachowań naszych dzieci, to wierna kopia nas, dorosłych. Jeśli do tego dorzucić naturalny proces dorastania, robi się mieszanka wybuchowa. 

Kilka rad ogólnych:

- postaraj się nie dopuścić do sytuacji, w której histeria osiągnie swój punkt kulminacyjny, czyli zduś problem w zarodku (przyznaję, nie zawsze się)

- obserwuj swoje dziecko, rób notatki. Może odnajdziesz w jego zachowaniu jakąś prawidłowość? Może napady są większe, gdy dziecko jest zmęczone, głodne, pragnie twojej uwagi?

- po ataku zawsze przytul dziecko i powiedz, że je kochasz

- naucz dziecko, że każdy się denerwuje i wpada w złość, dorośli również. Niech nie czuje, że robi coś złego, że targają nim emocje.

- porozmawiaj z dzieckiem na spokojnie. Wzbudź w nim empatię, powiedz, że boli cię gdy kopie i bije, ale nie graj na jego emocjach. Pamiętaj, że dziecko nie planuje celowo skrzywdzić swoich rodziców. 

- bądź konsekwentny, nigdy nie zmieniaj ustalonych zasad, nawet jeśli żal ci dziecka i nie ma już sił

Adopcja i napady agresji.

Wiecie, że staram się nie szukać w adopcji głównej przyczyny zachowań dzieci, ale jeżeli zostały one przysposobione w późniejszym wieku, istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie jest. Niosą one przecież ze sobą bagaż doświadczeń, a co za tym idzie lęków, strachu i niepewności co może prowadzić do ataków agresji.

Jeżeli dziecko jest z nami od niemowlęctwa, prawdopodobnie przechodzi przez takie same fazy rozwoju emocjonalnego jak każdy inny biologiczny potomek. 

Ze swojego doświadczenia powiem wam, że niespokojna ciąża z Elsą wpłynęła według mnie w jakimś stopniu na to, w jaki sposób przeżywa ona emocje. Czasem są one tak silne, że pojawiają się nagle i wybuchają niczym wulkan. U Misi wygląda to zupełnie inaczej, choć bywa uparta i płacze za każdym razem, gdy coś pójdzie nie po jej myśli, lub zwróci jej się uwagę. Nie jest to jednak tak silne jak u siostry.

Na koniec przykład. Siedzimy w kuchni, mąż i ja pijemy kawę, dziewczynki na jednym fotelu układają puzzle. Nagle Elsa zaczyna się pchać i popychać siostrę. Sytuacji nie udaje się opanować, więc wysadzamy Elsę z fotela, bojąc się, że zrobi krzywdę sobie lub siostrze. Wpada w złość, widać, że jest zaczepna, nie ma zamiaru ustąpić. Próbuje zrzucić Misię z fotela. Udaje nam się ją wyprowadzić do drugiego pokoju. Wpada w furię, kopie, krzyczy, wchodzi na męża, który siadł na podłodze przy drzwiach. Próbuje drapać. Usiadłam obok nich. Zastosowaliśmy najpierw metodę mocnego przytulenia. Nie odniosła skutku, Elsa wyrywała się. Mówiliśmy krótko i stanowczo: Nie kop. To boli. Próbowaliśmy ją opanować poprzez wyciszenie: mówiliśmy do niej "Chodź, przytul się" Nie pomagało. Potem jakimś cudem udało mi się nawiązać z nią kontakt wzrokowy (było trudno, bo się wyrywała) i powiedzieć "Bardzo cię kocham" Nie uwierzycie. Zatrzymała się niczym film na pauzie i przyszła przytulić do mnie i do taty. Po jakichś 30 sekundach szepnęła mi na ucho: Pójdziemy porysować? Oczywiście, odpowiedziałam i stworzyła taki oto obrazek:




Powiem wam, że po takich akcjach czuję się wypompowana psychicznie, nie będę wam więc lukrować, że czasem po prostu mam dość. Ale wiem też, że jeżeli my nie nauczymy dziewczynek tego, w jaki sposób mają panować nad emocjami, to nauczą się to robić w inny sposób, niekoniecznie dobry. 

Podsumowanie

Naszym zadaniem jako rodziców jest jak najlepiej przygotować dziecko do życia na własną rękę. Wierzyć lub nie, podobno największy wpływ mamy na nie jedynie do około piątego roku życia. To niewiele czasu, ale jednak na tyle dużo, by nauczyć tego co najważniejsze. Co jest najważniejsze? Na początku tego posta wkleiłam po raz kolejny jeden z moich ulubionych cytatów, ale jakże adekwatny również w kontekście buntu. Pomimo napadów histerii, trudności, dajmy dziecku poczucie bezpieczeństwa, tak by czuło, że zawsze jest kochane, to są właśnie te korzenie, miłość w naszym sercu. Dajmy mu też skrzydła, by mogło polecieć, ale wyznaczajmy granice, by nie poleciało zbyt wysoko i zbyt daleko. 

Dla wszystkich tych, którzy zmagają się z buntem dwulatka, trzylatka, czterolatka i tak dalej i tak dalej 
przepis na przetrwanie:

* garść cierpliwości
* odrobina zrozumienia
* łyżka cierpliwości
* szklanka mądrości
* szczypta opanowania
* kilogram miłości
* łyżeczka stanowczości

Składniki połączyć i stosować do osiągnięcia pożądanego skutku ;)

Powodzenia!!