czwartek, 25 kwietnia 2019

Pożegnanie.


zdj:Pixaby

Kochani, nasze przygotowania do wyjazdu dobiegają końca, więc żegnam się z wami na jakiś czas. Nogi wychodzą mi nie powiem z czego, więc z miłą chęcią niedługo zasiądę na ileś tam godzin w samochodzie. Może za jakiś czas uda mi się coś skrobnąć na blogu, na pewno powrzucam jakieś zdjęcia na IG, więc jeśli macie ochotę to zaglądajcie :) Profil jest publiczny, więc nie musicie mieć swojego konta. Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa, te na blogu i te prywatne. Ściskam wam mocno, do zobaczenia wkrótce!! :*







wtorek, 23 kwietnia 2019

Razem a jednak osobno.


Witajcie po Świętach! Mam nadzieję, że dobrze spędziliście ten czas :) U nas totalna zmiana klimatu, ponieważ już w czwartek ruszamy na naszą pierwszą wyprawę w tym roku - taka trochę przedłużona majóweczka. Tym razem wakacje to spore wyzwanie jeśli chodzi o przygotowanie. Będzie bowiem zwiedzanie, zabawa, dużo chodzenia, ale także chwilowa zmiana klimatu na zimowy ( i tu potrzebne zimowe rzeczy) oraz pluskanie w wodzie i odpoczynek. Dlatego wszystko trzeba na spokojnie przemyśleć. Zakupiliśmy też kilka nowych rzeczy, mam nadzieję, że przydatnych i ułatwiających życie (choćby box na dach, bo do tej pory mieściliśmy się w autku, ale wydaje mi się, że będzie po prostu wygodniej i przestaniemy wyglądać jak uchodźcy ;) )

zdj:pixaby

No, ale w sumie nie o tym chciałam napisać. Dziś mam takie małe przemyślenia dotyczące rodzinnego podróżowania. Powiem wam, że z niedowierzaniem patrzę czasami, jakiego rodzaju wakacje planują ludzie, którzy mają dziecko a nawet dwoje czy troje. Niby jadą razem, no bo przecież w to samo miejsce, ale wakacje zaplanowane są tak, że prawie wcale nie spędzają czasu razem. Jak to możliwe? A no na przykład słyszę, że ktoś jedzie z dzieckiem na narty. No fajnie, tylko rodzice jeżdżą sami, a dzieci z instruktorem. Wydaje się to super sprawą, przecież dziecko profesjonalnie nauczy się jeździć. Tylko co z tego, skoro takie zajęcia, szkółka, to zorganizowany prawie cały dzień, czyli mniej więcej tak, jakbyśmy oddali dziecko na półkolonie. A przecież można chyba wykupić dziecku lekcje na godzinkę lub dwie i potem razem z nim jeździć. No tak, ale wtedy robi się problem, bo jeśli rodzice są zaawansowani, to ze swoją pociechą już nie pojeżdżą na najtrudniejszych trasach, prawda? 
Kolejna grupa rodziców to rodzice zawsze podróżujący ze znajomymi. Nie ukrywam, to fajna opcja, bo dorośli mogą spędzać razem czas, a dzieciaki same się sobą zajmują, nie trzeba im organizować zajęć. Przybiegają tylko po pieniądze na lody, albo i nie, jeśli mają wykupione all-inclusive. I tak mijają dwa tygodnie i można powiedzieć, że z rodziną byliśmy na wakacjach... Przynajmniej teoretycznie.

Wydaje mi się, że wakacje, krótki wyjazd na weekend, to wspaniała okazja do wzmocnienia więzi i przede wszystkim poznania swojego dziecka i siebie nawzajem. Czasem ze smutkiem patrzę, że ludzie spędzają najwięcej czasu ze swoimi pociechami tylko wtedy, gdy są małe. Potem wielu rodziców wraca do swojego "dorosłego świata", a dzieci ponieważ są już na tyle duże, że nie trzeba ich cały czas pilnować, do swojego. Postawione w takiej sytuacji tworzą sobie swój świat, w którym może nas po prostu zabraknąć. 
Kiedy jeśli nie na wakacjach, mamy okazję widzieć swoje dziecko przez 24h na dobę? Oczywiście, że nie jest łatwo, bo może się okazać, że urlop wcale nie będzie urlopem, skoro musimy zajmować się dziećmi, ale przecież chyba po to mamy dzieci tak? A może się mylę... Gdy jesteśmy tylko we dwoje, nic nas nie ogranicza. Ale dla mnie dziecko oznacza, że teraz jesteśmy już we trójkę, a nie dalej sami. Ja po prostu chcę ten czas spędzić z nimi, czerpię z tego przyjemność. Czas płynie szybko, niedługo znów zostaniemy bez nich, więc chciałabym wykorzystać te chwile jak najlepiej. 

Nie podobają mi się te czasy. Ludzie wysługują się najtańszą formą niańki dla swoich dzieci, by sami mieli święty spokój: tablety, telewizory, gry komputerowe, znajomi. A ja z dzieciństwa najlepiej pamiętam czasy, gdy z rodzicami jeździliśmy do Międzyzdrojów i mój tata bawił się ze mną na plaży, robił babki z piasku i razem wbiegaliśmy do zimnego Bałtyku. Potem obowiązkowo gofry i frytki z jednej ze smażalni wzdłuż morza. Gdy padał deszcz, wszyscy szliśmy do kawiarni, albo na automaty, które ustawione były w takich blaszanych budach. Nieważne jaka była pogoda, spędzaliśmy czas razem. Przyznaję, rodzice mieli tam znajomych, którzy przyjeżdżali do Międzyzdrojów do swojej rodziny, ale nie spędzaliśmy z nimi całych dni. Czasami szliśmy do nich i dorośli grali w karty, a dzieciaki biegały po podwórku. Dziś jak patrzę na ludzi wokół to widzę, że ich dzieci, przeładowane ilością bodźców na co dzień, muszą mieć na wakacjach raj. Baseny, zjeżdżalnie, animacje itd. Oczywiście to nie jest złe, sami szukamy takich miejsc, gdzie dziewczynki mogą się wyszaleć, ale świetnie potrafią się też bawić zwykłym piaskiem na plaży, kamieniami i muszelkami. Jak ja słyszę, że jakieś dziecko "nudzi się na plaży", to ręce mi opadają... Zresztą ludzie przestali siedzieć nad morzem jeśli mają do wyboru basen, zauważcie. 

Tak na koniec, żeby nie było, że kogoś oceniam, czy krytykuję. Jasne, że każdy spędza czas tak, jak lubi. Ja mam tylko takie swoje spostrzeżenia i wrażenie, że ludzie są tak zmęczeni pracą, życiem, że na wakacjach chcieliby odpocząć od wszystkiego, nawet od swoich dzieci. Ale przecież od dzieci nie bierze się L4. Może po prostu trzeba byłoby zmienić formę wakacji, miejsce, pobyć razem, na chwilę zatrzymać się w tym wszystkim.
Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że na wakacjach "wychodzą" wszystkie problemy rodzinne. I to prawda. Bo nagle zostajemy sami, od rana do wieczora i jeżeli mama i tata nie mają sobie za wiele do powiedzenia, to o czym my w ogóle mówimy. Ludzie nie chcą spędzać razem czasu. Nie potrafią rozmawiać, nie chce im się starać. W domu jest łatwiej, każdy idzie do swojej pracy, wraca późno, je kolację i wieczorem udaje się do swojego kąta. Mieszkają razem, ale każdy mieszka osobno. Wszystkie udogodnienia, jakie daje nam dzisiejszy świat są fajne, my też mamy tablet na drogę, żeby dziewczynki mogły coś obejrzeć i spotykamy się ze znajomymi, żeby pobawiły się z innymi dziećmi. Ale nic nie zastąpi mądrze spędzonego czasu ze sobą (tu wolę angielskie określenie - quality time) Jeśli nie teraz to kiedy?









sobota, 20 kwietnia 2019

Świąteczne co nieco.


Wielkanoc to radosny czas zarówno dla ludzi wierzących jak i niewierzących. Cieszymy się, że zmartwychwstał Jezus, że przyroda budzi się do życia. To wszystko daje nadzieję, siłę. Pewnie już uporaliście się z przygotowaniami i pomalutku zaczyna unosić się w waszym domu zapach tradycyjnych potraw. Każdy zabiegany, nie ma zbyt dużo czasu na czytanie bloga, więc dziś tak leciutko życzenia oraz kilka ciekawych tradycji z całego świata. Tak się zdarzyło, że przygotowywałam artykuł na lekcję i pomyślałam, że może i was zaciekawi. Niektóre z nich naprawdę mnie zaskoczyły :) 

1. Australia

W 1991 roku, przeprowadzona została kampania, w której zamieniono Wielkanocnego Króliczka na Wielkanocnego Wielkoucha Króliczego (na zdjęciu z czekolady) Dlaczego? W Australii, króliczki są uważane za szkodniki zjadające uprawy, stąd  niechęć do tych milutkich zwierzątek ;)


2. Florencja, Włochy

We Florencji, miejscowi świętują 350-letnią tradycję zwaną Scoppio del Carro, czyli inaczej “eksplozja wozu”. Ozdobny wóz wypełniony fajerwerkami jest prowadzony przez ulice miasta przez ludzi ubranych w 15-wieczne kostiumy by w końcu zatrzymać się przez Duomo (katedrą). Arcybiskup Florencji, odpala zapalnik podczas Mszy Wielkanocnej i wóz zmienia się w pokaz fajerwerków. Tradycja ta pochodzi z czasów Pierwszej Krucjaty i ma zapewnić obfite plony.


3. Finlandia



W Skandynawii, dzieci przebierają się za wiedźmy i chodzą ulicami prosząc o czekoladowe jajka. Mają umalowane twarze i chusty na głowie, a w ręce gałązki wierzby ozdobione piórkami.

4. Polska



No proszę. W artykule znalazła się nawet nasza tradycja – Śmigus Dyngus. Nie będę oczywiście pisała na czym ona polega, zna ją każdy, ale powiem wam, że nie należy ona do moich ulubionych. Co więcej, w niektórych regionach Polski zamiast wody, mężczyźni używają wody kolońskiej… To chyba jeszcze gorsza wersja tej tradycji. Przynajmniej dla mnie. Śmigus Dyngus ma swój początek w Chrzcie Mieszka I, który miał miejsce w 966 AD.

5.Haux, Francja

Nie zapomnij widelca jeżeli znajdziesz się kiedyś w tym francuskim mieście w Poniedziałek Wielkanocny. Każdego roku, gigantyczny omlet jest serwowany na rynku głównym. Do jego zrobienia zużywa się 4500 jajek i można poczęstować nim aż 1000 ludzi! Historia omletu jest taka, że kiedy Napoleon i jego armia podróżowali przez południe Francji, zatrzymali się w małym mieście. Napoleonowi tak posmakował tamtejszy omlet, że zamówił u lokalnych mieszkańców naprawdę dużą porcję dla całej swojej armii na następny dzień.



6. Korfu, Grecja

Bardzo ciekawa tradycja według mnie. Rankiem, w Wielką Sobotę odbywa się tradycyjne „rzucanie donicami” Ludzie rzucają przez okno nie tylko donice, ale również garnki, patelnie i inne wyroby gliniane, rozbijając je o ziemię. Niektórzy mówią, że zwyczaj ten pochodzi od Wenecjan, którzy w Nowy Rok wyrzucali wszystkie swoje stare rzeczy. Inni wierzą, że wyrzucanie garnków symbolizuje powitanie wiosny i sadzenie roślin w nowych donicach. 



7. Verges, Hiszpania

W Wielki Czwartek, w Średniowiecznym mieście Verges w Hiszpanii, odbywa się tradycyjny taniec o nazwie “dansa de la mort” (“taniec śmierci”) Odgrywając sceny z Męki Pańskiej, wszyscy przebrani są w kostiumy przedstawiające szkielety i idą w paradzie ulicami miasta. Makabryczny taniec rozpoczyna się o północy i trwa około trzech godzin, aż do rana. 



8. Waszyngton

W Stanach Zjednoczonych mają miejsce różne tradycje związane z Wielkanocą. Jedną z nich jest tak zwane „toczenie jaj” (Egg rolling) Od ponad 130 lat Biały Dom gości właśnie taką tradycję u siebie w południowej części ogrodu. Nie wiem, czy to prawda (tu o pomoc poproszę kogoś z Krakowa i okolic ;)), ale znalazłam taką informację, że i u nas jest podobna tradycja. Obchodzi się ją właśnie w Krakowie, we wtorek zaraz po Wielkanocy i nosi nazwę „ Rękawką” lub „Święto Rękawki”


9. Czechy i Słowacja

Bardzo ciekawą tradycję mają nasi sąsiedzi z południa. W Poniedziałek Wielkanocny odbywa się żartobliwe "uderzanie" kobiet ręcznie robionym batem zrobionym z gałązek wierzby i kolorowych wstążek. Według legendy, wierzba jest pierwszym kwitnącym drzewem, więc jej gałązki mają przekazywać witalność i płodność ;)



To wszystko co dla was przygotowałam. A wy kochani jakie macie ulubione tradycje u siebie w regionie, w waszej rodzinie? Może spodobała wam się któraś z wyżej wymienionych? :)

Dla wielu z was będą to Święta radosne, spełnione, dla innych radosne w oczekiwaniu, a dla jeszcze innych Święta z kolejnym krzyżem niesionym na plecach. Życzę wam więc, by Zmartwychwstanie Jezusa pokazało wam, że są rzeczy, które trudno objąć rozumiem. Że przez ten krzyż dokonało się Zbawienie. Nie traćcie wiary i nadziei w sens tego wszystkiego. Nie zawsze nasza droga usłana jest różami, ważne, żeby prowadziła tam, gdzie czeka na nas On.



Radosnego Alleluja!



* Source: www.womansday.com

środa, 17 kwietnia 2019

Żywioł.


Kiedy zobaczyłam ją pierwszy raz, miałam 15 lat... 
W wakacje, po pierwszej klasie liceum, ksiądz, który u nas pracował z pomocą nauczycieli, zorganizował wycieczkę do Francji, Belgii i Luxemburga. Przemieszczaliśmy się więc z miasta do miasta, podziwiając wspaniałe zakątki Europy. To wtedy stojąc nad Kanałem La Manche, pierwszy raz kąpałam się w tak zimnej wodzie, chyba porównywalnej do Bałtyku. Pamiętam, że wiał wtedy straszny wiatr i na wszystkich zdjęciach jakie mam (a mam ich niewiele niestety) moje włosy fruwają we wszystkich kierunkach świata. To wtedy zakochałam się w mieście Rouen i Mont Saint Michel, do którego bardzo chciałabym wrócić, jak zresztą do całej Normandii. 
W końcu jednak, dotarliśmy do Paryża. Dla młodej dziewczyny, Paryż brzmiał jak spełniony sen i chyba tak to wtedy czułam. Może dlatego wracam tam z sentymentem i za każdym razem podziwiam jego piękno. Jasne, że jest komercyjny. Jasne, że przepełniony, czasem brudny a ludzie są niemili. Ale ma w sobie tyle uroku, że każdy może tam znaleźć coś dla siebie. Może jakieś muzeum, może park, może sklepy na Champs-Élysées? Wieża Eiffel'a jest oklepana? Być może. Ale widok z niej na całe miasto jest bezcenny. 

Na tamtej wycieczce widziałam wiele katedr, począwszy od tej w Kolonii, którą zwiedzaliśmy po drodze, a skończywszy właśnie na paryskiej Notre Dame. Ją zapamiętałam najbardziej. Nie wiem, czy dlatego, że podobała mi się architektura, czy dlatego, że była w Paryżu, czy może dlatego, że przed nią po raz pierwszy zobaczyłam facetów w spódnicach :) ( grupa Szkotów właśnie robiła sobie zdjęcie) A być może dlatego, że zapaliłam w niej kilka świec w różnych intencjach, by potem dowiedzieć się, że trzeba było za nie zapłacić...
Jedno wiem na pewno. Patrząc na Katedrę Notre Dame w ogniu, miałam łzy w oczach. Byłam w niej już kilka razy, nie tylko wtedy na wycieczce i znam to miejsce bardzo dobrze. Co więcej, za tydzień z hakiem ponownie mieliśmy w planie ją odwiedzić, tym razem z dziewczynkami. Niestety, takiego scenariusza nikt nie przewidział. Jestem zdziwiona, że przez tyle lat, nie znalazły się fundusze na remont Katedry i nie miała ona żadnych zabezpieczeń ani systemów ostrzegających. Miliony turystów odwiedza przecież Paryż i zostawia mnóstwo pieniędzy. Dzięki Bogu nic nikomu się nie stało, bo naprawdę mogło dojść do wielkiej tragedii. Wobec takiego żywiołu, widać jak na dłoni jak mały jest człowiek w walce z nim. Myślimy, że mamy władzę, mądrość, pieniądze, a gdy przychodzi co do czego, jesteśmy malutcy i bezsilni jak mrówka przy słoniu. 
Cieszmy się, że katedra nie runęła cała. Notre Dame. Nasza Pani. Matka Boża. 













Powiązany wpis: Wiosna w Paryżu.



piątek, 12 kwietnia 2019

Magiczne drzwi.



- Mama, mama chodź, coś ci pokażę!, Elsa szarpie mnie za rękaw i prowadzi za dom. Jestem właśnie w trakcie porządkowania rabatki, więc kładę na ziemię wszystko co trzymam w ręce i idę za nią. Spodziewałam się, że to pewnie kolejny tłusty pająk wygrzewa się na naszej elewacji, ale nie tym razem. 
- Popatrz na te magiczne drzwi, Elsa wskazuje pustą ścianę. Właśnie przez nie przeszłam i dostałam się na drugą stronę świata. 
- I co tam zobaczyłaś?, zapytałam. 
- Był ogród, w którym znajdowały się piękne kwiaty, a w moim pokoiku dwie sukienki, szminka,korony i para butów.
Uśmiechnęłam się i powiedziałam do niej:
- To wspaniale, widzę, że znajdowało się tam wszystko, czego potrzebuje kobieta ;)
- Tak, stwierdziła Elsa i opowiadała mi dalej jak już drugi raz przechodzi przez te magiczne drzwi, które pojawiają się właśnie w tamtym miejscu. 
Nie jestem jakąś wielką fanką Harrego Pottera i długo nie mogłam się zebrać do obejrzenia filmu. Gdy w końcu zmobilizowałam się do tego, okazało się, że jest całkiem przyjemny. Kiedy tak rozmawiałyśmy z Elsą na temat jej magicznych drzwi i tego co zobaczyła, gdy przez nie przeszła, na myśl przyszła mi scena właśnie z Harrego Pottera, kiedy to na stacji przechodzili przez mur i dostawali się do innego świata, by wsiąść do magicznego expresu. Opowiedziałam jej więc o chłopcu, który tak jak ona przedostał się na drugą stronę i obiecałam, że gdy będzie starsza, to obejrzymy ten film razem.

Dziś zaczynamy kolejny weekend. Życzę wam kochani, byście potrafili odnaleźć magię w nawet najmniejszym kwiatku na swojej drodze. Rozglądajcie się dobrze, by nie przegapić magicznych drzwi. Nigdy nie wiadomo dokąd mogą was zaprowadzić

czwartek, 11 kwietnia 2019

Sto lat tatusiu!


Jakoś tak kolejny raz dziś znów o tatusiu, tym razem naszym konkretnie, ponieważ właśnie obchodziliśmy jego urodziny. Nie wiem, czy łatwo jest mieć w domu trzy kobiety, o to musielibyście zapytać jego, ale na pewno to nie lada wyzwanie. Trzeba być księciem dla Elsy, Maszą dla Misia i oczywiście królem dla królowej, czyli dla mnie ;) Tak, czy siak, na pewno przywileje jakieś też są, w końcu któż jak nie kobieta, najlepiej potrafi zająć się ukochanym mężczyzną, obojętne, czy to tata, czy to mąż, prawda? A jak są w domu trzy, to już szczęścia aż nadto.




Jak co roku, postanowiłam upiec tort. Staram się za każdym razem wybierać inny, więc padło na mega kaloryczny tort z kremem z Nutelli, kremem śmietankowym i truskawkami. Za wykonanie wzięłam się wieczorem, po położeniu dziewczynek spać. Nie uwierzycie, ale dopiero co napisałam do mojej mamy sms, żeby trzymała za mnie kciuki, bo właśnie zaczynam wyrabianie, jak po kilku sekundach wystrzelił w kosmos kawałek mieszadła (czy jak tam nazywa się fachowo to co wkłada się do miksera) i blada nie powiem co... Niestety nareperować się już nie dało, więc zostałam z jednym. Dobre i to, bo mojej mamie ostatnio przed swoimi urodzinami w ogóle padł cały mikser i musiała ciasto na biszkopt ubijać ręcznie. No rewelacja. 



Stoję więc i kręcę tym jednym mieszadełkiem, na szczęście w przepisie resztę składników łączy się za pomocą szpatułki - będę żyć. No dobra, tylko gdzie moja mała tortownica? Hmm, okazuje się, że ta o której myślałam nie jest tak mała jak sobie wyobrażałam, ale na szczęście mam okrągłe naczynie żaroodporne do wypieku chleba. Teoretycznie powinnam upiec dwa osobne placki, ale z braku laku piekę jeden i postanawiam przekroić. No dobrze, po godzinie ciasto jest gotowe. Wynoszę na dwór, żeby szybciej ostygło. 
Jejku, czemu to tak długu trwa!
W międzyczasie robię kremy. Muszę wam powiedzieć, że pomimo tego, iż wydawałoby się, że ten z Nutellą będzie przesadnie słodki to nie. Jest słodki, oczywiście, ale taki w sam raz. Naprawdę. Tak samo ten śmietankowy do którego dodajemy mój ukochany serek Mascarpone. 
Ciasto wreszcie wystyga. W międzyczasie idę szykować ubrania na następny dzień - do tego wszystkiego mam zawieźć Elsę na kolejny konkurs śpiewania. 
Tort zdobi się dość szybko, wystarczy nałożyć krem i poukładać truskawki. Rozglądam się po kuchni i stwierdzam, że jest zbyt późno by sprzątać. Macham więc ręką i stwierdzam, że zrobię to następnego dnia. Wkładam tort do lodówki na górną półkę i zasłaniam różnymi produktami, żeby mąż nie widział mojego dzieła ;) Padam z nóg, choć jest dopiero 24.30 a nie 5 rano.

Następnego dnia jedziemy na konkurs, a że okazało się, że mam zabrać jeszcze dwójkę innych dzieci i w zasadzie reprezentować nasze przedszkole (help) to robiłam w tym dniu za "ciocię" Fajnie się bawiłyśmy, choć przesłuchania trwały ponad 2h i były męczące. Do konkursu przystąpiło dużo dzieci z jeśli się nie mylę 10 przedszkoli. Na nieszczęście Elsa wystąpiła jako pierwsza ze wszystkich i trochę się zawstydziła na początku, ale ogólnie wystąpiła ładnie i zajęła III miejsce :)) Była z siebie bardzo dumna, my z niej też :)) To taki mały prezent dla tatusia w dniu jego urodzin.


Trofeum Elsy

Torcik bardzo wszystkim smakował, albo MUSIAŁ smakować, bo co mieli powiedzieć haha.



A teraz trochę o tatusiach innych i naszym. Tak jak pisałam ostatnio, są oni nieocenieni i mają takie pomysły, na które mamy na pewno by nie wpadły. Mam więc dla was kolejną galerię zdjęć z przymrużeniem oka ;)

1. Choć wiem, że brudne dziecko to dziecko szczęśliwe, przyznam, że nigdy chyba nie pozwoliłabym, żeby wyglądało tak jak to na drugim zdjęciu. No chyba, że samo by wpadło do tego błota ;) Mój mąż prędzej. Jak to powiada zresztą tata świnka z popularnej bajki "to tylko błoto" ;)



2. No przecież, że najlepiej podrzuca tata, na barana też najlepiej nosi, choć niektóre mamy panikują i w wyobraźni widzą dziecko lecące na Marsa ;) Ja akurat tego nie mam, ufam mężowi, że nie przesadzi, ale mam taką koleżankę, która goni męża za każdym razem, gdy ten próbuje podrzucać małego wyżej niż na 5cm.
Mój mąż lubi drażnić się z Misią. Kiedy przychodzi i mówi do niego "tata, na barana" to zawsze jej odpowiada "mówiłem ci, że nie dasz rady mnie wziąć na barana, bo jestem za ciężki" próbując siadać na jej ramionach. Wtedy ona łapie się za głowę i mówi "nie tata! na twojego barana!"



3. Mój mąż może nie zrobiłby aż takiego numeru, ale chętnie coś dziewczynom wkłada do kapturka, nakleja, czy zakłada. Zabawy z nim są z pewnością wyjątkowe.



4. Jeśli jest tylko taka możliwość, mój mąż zawsze pozwala dziewczynkom samemu doświadczać przyjemności z placów zabaw. Jak to powiada, daleko nie polecą ;) przecież on jest zawsze w pobliżu.




5. No dobra, tak na pewno by się nie zachował w zoo, ale w domu dziewczynki kochają, gdy trzyma je przez chwilę do góry nogami ;)



6.  No właśnie, o co chodzi? Przecież dziecko najlepiej uczy się na przykładzie prawda? Mój mąż na szczęście nie próbował jazdy na rowerkach swoich dzieci ;) Mogłyby tego nie przeżyć...


7. Stwierdzam, że mężczyznom mniej rzeczy przeszkadza. I wiecie co? Są szczęśliwsi. Naprawdę. A jedzenie z ojcem jest naprawdę wyjątkowe.




8. Podsumowując, z mamą jest słodko, ale z tatą jest po prostu wyjątkowo! Niektóre nasze zdjęcia wyglądają dokładnie tak jak to z króliczkiem ;) Poza tym, mężczyźni są po prostu praktyczni, nieprawdaż?



Mój mąż jest wyjątkowym mężem i tatusiem. Mam nadzieję, że będzie żył przysłowiowe 100 lat i cieszył się malutkimi radościami, jakie przynosi nam wszystkim kolejny dzień.
Dziewczynki zrobiły dla niego portrety, które oprawiłam w ramkę, a ja kupiłam mu coś, co może użyć, gdyby zabrakło mu siły i mocy ;) 



Wspaniałego czwartku wam życzę!






Źródło: www.brightside.me





poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Strajku nie będzie.


I znów miałam nie wypowiadać się na jakiś temat, a jednak zmieniam zdanie i się wypowiem. Niby czemu nie ;) A tak w ogóle to dzień dobry w poniedziałek :)) 




U nas w przedszkolu strajku nie ma. Dzieci normalnie mają zapewnioną opiekę oraz zajęcia dydaktyczne. Dlaczego nasze przedszkole nie przystąpiło do strajku? Jak powiedziała pani dyrektor, ma zbyt duży szacunek do rodziców i swoich wychowanków, by postawić ich w takiej sytuacji. I ja się z nią najzupełniej zgadzam. Dlaczego? Napiszę krótko. 

Czy nauczyciel powinien zarabiać więcej? Tak, powinien. Biorąc pod uwagę całą jego pracę dydaktyczno-opiekuńczą, która często wiąże się z utratą zdrowia psychicznego. Bo tak zwane codziennie użeranie się z cudzym dzieckiem to jedno. W dzisiejszych czasach trzeba się też użerać z roszczeniowym rodzicem i nie tylko. Za taką pracę nauczyciel powinien dostawać godziwe wynagrodzenie. Ale mam nieodparte wrażenie, że to wszystko co się dzieje, to gra polityczna (choć jak wiecie do polityki mi po drodze tak jak stąd na Marsa) Czy nauczyciel nagle zaczął źle zarabiać? Nie, od zawsze tak było. Wspominałam wam ostatnio, że ja zaczynałam od 500zł. Jeżeli komuś to nie odpowiada, to dlaczego nie wybrał innej ścieżki kariery? Z powołania? Być może, ale powiem wam, że przez te 8 lat jakie spędziłam w szkole, zauważyłam, że ci nauczyciele właśnie z powołania, może i narzekają, ale obojętne ile zarabiają, to zawsze ich praca jest na wysokim poziomie. Wiem kto należał do ZNP i wiem, kto dziś krzyczy najgłośniej (mówię oczywiście o swojej szkole) Są to osoby, które tak naprawdę niewiele z siebie dawały a specjalistami były/ są wątpliwymi. Aż krew się we mnie gotuje, jeżeli przewodniczący ZNP, wuefista stwierdza, że to on powinien najwięcej zarabiać, bo on kształtuje w chłopcach mężczyzn. Trudno tutaj porównywać, kto ma najwięcej pracy, ale jeżeli nauczyciel przychodzi na lekcję i gra na komórce a dzieci robią co chcą, to co ja mam o takim myśleć? Niestety, do tego zawodu trafiło wielu ludzi z przypadku. Nie wiem, czy nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, z czym ta praca się wiąże, czy po prostu nie mieli wyjścia. 
Dzieciom podoba się strajk, nie muszą iść do szkoły, nie do końca zdają sobie sprawę z powagi sytuacji. Przeciwnicy PIS wspierają nauczycieli, bo każda sytuacja jest dobra by dokopać partii przeciwnej. Gdyby strajkowali rolnicy, też by ich poparli. Ludzie nie znający środowiska, też popierają nauczycieli. I oczywiście ja też popieram postulaty. Bo powiem raz jeszcze, nauczyciel powinien więcej zarabiać. Ale nie tylko to. Potrzebna jest gruntowna zmiana w systemie oświaty, nie tylko w wynagrodzeniu. Niech nauczyciel zarabia 10 tysięcy, ale niech swoją postawą coś prezentuje. Tak, żeby nie było takiej sytuacji, że ubliża dzieciom, że nic nie robi na lekcji, że ma wszystko gdzieś. Rozumiem, że często dyrektorzy nie mają wyboru, muszą zatrudnić kogokolwiek, by zapełnić etat. Taka sytuacja ma miejsce szczególnie w dużych miastach, bo na wsiach jednak lokalnie ma kto pracować. Ale nie może być tak, że ktoś domaga się podwyżki, ale nie daje nic od siebie.

Miało być krótko, więc kończę elaborat ;) Nie każdy rodzic może pozwolić sobie na urlop. Ja mogę, ale na szczęście nie muszę. Nasza dyrektorka mówi, że nie wyobraża sobie sytuacji, że tylko opiekują się dziećmi, a odmawiają im na przykład zrobienia pracy plastycznej. Bo pani za mało zarabia... Ciekawe, co wtedy powie dziecku. Nie wspomnę o tym, że jeśli dzieci nie mają zorganizowanych zajęć, to do głowy przychodzą im różne pomysły. Protestujący mówią: zrozumcie nas. Rozumiem. Ale nie rozumiem formy w jakiej to się odbywa. Bo jest to kosztem dzieci, bo jest to kosztem drugiego człowieka. Bo inaczej się nie da? Na pewno się da. Zawsze się da. Tylko trzeba chcieć. Za chwilę dojdzie do sytuacji, że będą strajkować lekarze i też będą mówić zrozumcie nas. Rozumiem. Tylko przekonajcie o tym moją wątrobę, która jest chora ;)

Dobrego dnia wam życzę. Mam nadzieję, że wasze placówki nie strajkują, a jeśli tak, to, że macie opiekę dla swoich dzieciaków.


Zdj: Credits Pixabay.com


środa, 3 kwietnia 2019

Co za dzień!


zdj.pixabay

Elsa zaniemogła. Przedwczoraj kaszlała tak, jakby za chwilkę miała wypluć wszystkie wnętrzności. Nocka koszmarna. Nie dla niej, żebyście nie myśleli. Wprawdzie nie mogła usnąć i przyszła do nas na dół z żalem, że męczy ją ten kaszel, ale w końcu jakoś udało się. Najgorsze, że u nas w łóżku, a zalegająca wydzielina sprawiła, że zaczęła chrapać. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę spać, gdy ktoś chrapie, denerwuję się i przewracam z boku na bok. Próbowałam ją szturchać, ale pomagało tylko na chwilę. Przyszło mi do głowy, żeby zaaplikować sobie wtyczki do uszu, ale bałam się, że rano nie usłyszę budzika. Kiedy już umordowana, z palcem w uchu próbującym spełnić funkcję czegoś bardziej profesjonalnego zasnęłam, do chrapiącej Elsy dołączył mój mąż. Tego było już za wiele. Dostał kuksańca. Udałam, że nie słyszę jego pytania co się dzieje, zrzucając winę za ból na Elsę, która spała pomiędzy nami. Dotrwałam do rana. 

7.00 - próbuję zarezerwować jakiś termin do pediatry. Nie ma szans. 
11.00 - próbuję znowu. 
Potem znowu i znowu. Jedyne terminy na dziś są po drugiej stronie miasta, więc chyba nic nie zarezerwuję. Łapię wizytę na jutro.

Na szczęście mąż miał dziś Home Office i zawiózł Misię do przedszkola, ja zostałam w domu na lekcji a Elsa coś tam rysowała. Potem pojechałyśmy do lekarza. Dostać się na Mokotów to pikuś, ale dojechać pod przychodnię to ogromny wyczyn. Pomijam korki w okolicach zjazdu z obwodnicy na ukochaną moją ulicę Marynarską. Tam remont trwa nieprzerwanie od kilku lat. Jakoś objeżdżam inną drogą i kiedy myślę, że już jestem w domu, okazuje się, że nie ma miejsc parkingowych. Odwieczny problem tego rejonu... Na szybko decyduję się wjechać na galerię znajdującą się nieopodal, do wizyty mamy 10 minut. Wiedziałam, że nie zdążymy na czas, ale chciałam mieć jak najmniej spóźnienia. Wjeżdżamy na parking. Godzina po 11 i też miejsc jak na lekarstwo. Udaje się nam coś znaleźć właśnie wtedy, kiedy Elsa usnęła w foteliku. Super. Wyciągam więc półprzytomne dziecko i biegniemy do wyjścia. Ale wyjścia nie ma w miejscu, w którym znajdowało się kiedyś. Bywałam tam przez wiele lat, kiedy miałam zajęcia w budynku na przeciwko i wtedy wprost z galerii wychodziło się na kładkę, którą trzeba przedostać się na drugą stronę ( w pobliżu nie ma przejścia) No żesz... Dobra, zjedziemy na dół. Ale schodów brak. Jest tylko winda, ale pani, która właśnie do niej weszła, wcisnęła poziom 2, a my potrzebowałyśmy zjechać w dół. Biegniemy do ruchomych schodów. Kiedy w końcu znajdujemy się przy kładce, musimy się na nią wdrapać, przebiegnąć wzdłuż i zejść w dół. Biedna Elsa śmiejąc się mówi, że już brzuch ją boli od tego biegania, ale twardo dotrzymuje mi kroku. Dopiero kiedy docieramy do schodów w dół, widzę, że nie jest aż tak szybka jak wymaga tego sytuacja, więc biorę ją szybko pod pachę i zbiegam z nią. Komedia, mówię wam. Już jesteśmy przy budynku, ale co tam. Wejście jest z drugiej strony, więc czeka nas jeszcze bieg wzdłuż niego. Kiedy docieramy do właściwej klatki, mam tak sucho w ustach, że nie jestem w stanie nic powiedzieć przy recepcji. Wyduszam tylko, że my na wizytę. Idziemy pod gabinet, zostawiam Elsę, a sama idę po wodę. Gdy wracam lekarz już z nią rozmawia. Przeprosiłam go za spóźnienie, ale na szczęście okazało się, że ktoś tam nie przyszedł i doktor miał dużo czasu. I świetnie, bo wizyta była muszę przyznać wyjątkowa. Doktor dokładnie zbadał córkę, zrobił wywiad, był miły, a kiedy dowiedział się, że ja niezbyt dobrze się czuję (w niedzielę skończyłam antybiotyk) zbadał również mnie. Zapisał mi lekarstwa, dał wytyczne i stwierdził, że mamy nie mogą chorować ;) Siedziałyśmy ponad 30 minut.

Elsa padła w drodze do domu, nie dziwię się, ja sama byłam wykończona tym dniem. Jutro zostajemy razem, nie idzie jeszcze do przedszkola. Kaszel trochę ustąpił, ale nadal jest, więc lepiej przeczekać. Kiedy Misia wróciła z przedszkola, Elsa była wniebowzięta. Pokazała jej naklejki, które przyniosła od lekarza i widać było, że się stęskniła. Co by nie mówić, rzadko kiedy bywa z nami sama. 

Mam nadzieję, że wy mieliście dziś spokojniejszy dzień. U nas do tego wszystkiego wiatr porwał mały, plastikowy domek dziewczyn oraz trampolinę, która zawisła na ogrodzeniu. Za to wiosna już chyba na dobre zagościła u nas w ogródku. A to zawsze coś pozytywnego, prawda? Dobrego dnia!




poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Rysunek i relacje w rodzinie. O adopcji i nie tylko.


Jakiś czas temu opisałam szczegółowo rozwój rysunku dziecka na różnych etapach jego rozwoju. I tak od pozornie nic nieznaczących bazgrołów, maluch uczy się przenosić świat na kartkę papieru. Dziś wracam do tematu, ponieważ ostatnio to właśnie rysowanie zajmuje dziewczynkom ogromną część czasu spędzanego na zabawie. Jeżeli przegapiliście post, wklejam linka, przeczytajcie ciekawostki o tym jak wspaniale dziecko rozwija umiejętność nie tylko rysowania otaczającego świata, ale również poprawnego trzymania ołówka, kredki. 

http://www.naszmalyswiatek.pl/2018/01/od-bazgroow-do-picassa.html --->KLIK  

http://www.naszmalyswiatek.pl/2018/04/samodzielna-tworczosc-dzieci-czyli-mam.html ---->KLIK 

Misia, jako dziecko niemające jeszcze 4 lat, nadal jest na etapie głowonogów. Prawidłowo trzyma kredki, ale jej postacie składają się przede wszystkim z koła i kresek. Potrafi jednak doskonale wyjaśnić kim jest osoba na rysunku i co przedstawiają poszczególne jego elementy. I tak na przykład widzimy jakąś plamę, a ona opowiada o niej przez 5 minut, wyjaśniając, że jest to talerz z jedzeniem, przygotowanym przez mamę, w taki to a taki sposób ;) Poniżej rysunek namalowany dziś rano, przedstawiający mnie (olaboga!), na głowie mam słuchawki i słucham muzyczki...




Elsa, jako niespełna 5-latka, bardzo rozwinęła się ze swoją twórczością i to jej opisem dziś się zajmę. Prócz postaci dodaje ogromną ilość detali na swoich rysunkach, pierścionki, bransoletki, gumki we włosach. Rysunki stały się też bardziej kolorowe i w większym stopniu odzwierciedlają rzeczywistość np. twarz Elsa rysuje kolorem kremowym, przypominającym kolor skóry. Postacie i inne elementy nadal mają jednak nienaturalną wielkość.



W interpretację rysunku dziecka można wierzyć lub nie i tak naprawdę jeśli nie posiadamy odpowiedniej wiedzy, lepiej nie robić tego samemu. Tak jak napisałam w poście Od bazgrołów do Picassa, można wysunąć jakieś wnioski tylko po wzięciu pod uwagę różnych aspektów. Czyli na przykład  nie może być to jednorazowy rysunek, czy przypadkowo użyty przez dziecko kolor. Z ciekawości przeczytałam kilka komentarzy rodziców pod publikacjami dotyczącymi psychologicznego aspektu dziecięcego rysunku i powiem szczerze, że często na prawdę niepotrzebnie doszukują się oni problemów w rozwoju swoich dzieci. Jeżeli coś nas niepokoi, możemy zawsze zwrócić się do psychologa z prośbą o pomoc w interpretacji. Jeżeli dziecko rysuje potwory i smoki to niekoniecznie cierpi na jakąś chorobę. Może po prostu zbyt dużo ogląda bajek, w których występuje przemoc i powinien być to dla nas sygnał, że trzeba coś zmienić. Jeżeli rysuje wszystko na czarno sprawdźmy, zapytajmy dlaczego. Dzieci czasem mają prostą odpowiedź, niezwiązaną z problemami. A może nie, może dziecko jest zalęknione, zamknięte w sobie. Nie trzeba od razu panikować, doszukiwać się czegoś czego nie ma, ale na pewno warto patrzeć głębiej na to co widzimy na rysunku.

To co wam mogę powiedzieć na pewno to to, że rysunek dużo mówi o relacjach w rodzinie, o tym kto jest ważny i w jakim stopniu. Dzieci rysują na przykład samą mamę, albo tatę gdzieś daleko od siebie, albo trzymają się za rękę z jednym z rodziców. W ten sposób można zaobserwować to, jak dzieci postrzegają nas jako rodziców, na ile jesteśmy dla nich ważni. Zwracanie na to uwagi polecam w szczególności rodzicom adopcyjnym. To właśnie dzięki rysunkom będziemy widzieć jak zmienia się nasza relacja z dzieckiem, a więź staje się głębsza (dotyczy zwłaszcza dzieci adoptowanych później) Poza tym, rysunek to cichy sprzymierzeniec w walce z demonami przeszłości. To o czym dziecko nie chce rozmawiać, czasem przeleje na kartkę papieru. Będzie to dla nas informacja nad czym ewentualnie się skupić, nad czym popracować, by pomóc dziecku uporać się z jakimś problemem. Często też na podstawie rysunku możemy dowiedzieć się rzeczy, z powagi których dziecko nie do końca zdaje sobie sprawę. Mowa tu na przykład o molestowaniu seksualnym. Był przypadek jednej rodziny, która adoptowała dwie dziewczynki a o molestowaniu nikt nie wiedział. Dopiero po jakimś czasie od przysposobienia wyszła na jaw prawda o ich przeżyciach - właśnie na podstawie ich zachowania i rysunków. 
Rysunek również powie nam wiele o tym jak dziecko czuje się w przedszkolu. Czy lubi inne dzieci, czy czuje się szczęśliwe, akceptowane, czy jest wycofane i zalęknione. 


"Mamusia i tatuś jak jeszcze pani nas nie urodziła i czekali"

Jeżeli chodzi o naszą rodzinę, to w rysunkach Elsy przeważają dwa motywy - albo jest ona w komplecie (rodzina), albo córka rysuje siebie tylko ze mną. Gdy pytam gdzie reszta, odpowiada, że na przykład tatuś poszedł z Misią podlać kwiaty ;) Choć z tatą łączy ją bardzo głębokie uczucie, to po jej rysunkach widać, że to ze mną czuje taką wyjątkową więź. I taka jest prawda. Ja też to czuję. Być może dlatego, że to dziewczynka, być może dlatego, że taki ma etap rozwoju, a być może dlatego, że taki ma charakter i osobowość.


"Mamusia pod jabłonką z koszyczkiem zbiera jabłuszka. Słonko dopiero wstaje" Obok Elsa.

Mama

Mama.
Na większości rysunków Elsy, postacie mają widoczne serca. Zapytałam dlaczego i otrzymałam odpowiedź, że dlatego, że się kochają. Jest to jej sposób na wyrażenie na papierze tego, co czują.
W naszym domu powstaje kilka do kilkunastu dzieł dziennie. Dziewczynki mają już stały dostęp do ryzy papieru, same biorą tyle kartek, ile im potrzeba. Wyrażają siebie, to co czują, to co się obecnie dzieje w ich życiu (na przykład gdy były na teatrzyku, potem rysują taką właśnie scenkę) Większość kartek podpisuję i wkładam do specjalnego pudła. Mam nadzieję, że dziewczynki będą miały kiedyś duży dom, który pomieści wszystkie te pamiątki ;) 


Elsa i tata (który ma na twarzy rysę, bo kredka miała nie taki kolor jaki autorka myślała, że ma )

Miś dla siostry. Po lewej stronie ma pojemniki z miodem.

Udanego tygodnia moi drodzy wam życzę. Niech wiosna, która tak jedną nóżką do nas przychodzi i ucieka, została na dłużej. A pani zima, która co rusz nie daje o sobie zapomnieć i wieje mroźnym oddechem, niech idzie już odpocząć do swojego lodowego zamku :))


środa, 27 marca 2019

Tata potrzebny od zaraz!


O ogromnej roli ojca w dorastaniu dzieci wie chyba każdy, a przynajmniej powinien. Kiedy rodzi się dziecko, wiadomo, że mama jest dla niego na początku najważniejsza. Ale do czasu. Bo któż jak nie tata podniesie za nogi i będzie trzymał do góry nogami? Któż jak nie tata ukradkiem da dużego całusa, gdy dziecko nie patrzy? (u nas tata nazywa się wtedy złodziejem całusków) Któż jak nie on pobawi się w zabawy, które mamie nie przyszłyby do głowy nawet w najśmielszych koszmarach? No i kto mocno przytuli i pocałuje bolące kolanko, choć córeczka nie ma już kilka, ale kilkanaście lat... Mówcie co chcecie - tata jest ważny. I już.

Dziś tak trochę o ojcu, lekko, w kontekście zabawy, ale na poważnie.
Ostatnimi czasy, Elsa i Misia cały czas bawią się w rodzinę. Wspominałam wam kiedyś, że lalkami jako takimi nie lubią się bawić, ale mają Barbie, którą starsza córka dostała na urodziny od kolegi ( może dlatego lalka ubrana jest w spodnie i kask...), syrenkę i Królową Elsę (tę z filmu, nie moją ;)) Pewnego dnia, stwierdziły zgodnie - potrzeba nam taty! Jako, że żadnego taty wzrostu Barbie na widoku nie było, mamą została syrenka, a tatą Barbie w spodniach. Obserwując jak się bawią, byłam pewna, że normalnego tatę trzeba im zakupić - rodzina typu dwie mamy i dziecko do mnie nie przemawia ;) Gdzieś tam w głowie miałam jednak obraz lalusiowatego Kena, niczym z teledysku "Come on Barbie let's go party", ale zaryzykowałam i obejrzałam co ma do zaoferowania. Powiem wam szczerze, że mile się rozczarowałam. Barbie i Ken to nie te same idealnie piękne, sztuczne lalki jakie ja pamiętałam. Owszem, są takie, które są zgrabne i powabne, ale też takie kształtem przypominające normalne kobiety. I takich lalek nam było potrzeba. Bo dziewczynki moje szukały nie kobiety i mężczyzny, ale mamy i taty. Przejrzeliśmy więc ofertę i dziewczyny wybrały dwie lalki w komplecie wraz z pieskiem. To był strzał w dziesiątkę. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak potrafią się bawić. W sobotę, kiedy była taka piękna pogoda, siedziały kilka godzin na dworze i jakby ich nie było. Odtwarzały różne scenki, przemawiały do nich, huśtały na huśtawce, naprawdę super. Lubię takie zabawki, które rozwijają wyobraźnię dziecka, a tu mają pełne pole do popisu.



Fajnie, że wizerunek Barbie zmienił się na lepsze. Oczywiście jeśli chcecie to nadal znajdziecie postać tradycyjnej biuściastej panienki, ale wybór jest duży. I dobrze, bo lalka jest porządnie wykonana i myślę, że warto wydać te parę groszy więcej. Ken też chyba bardziej nadaje się na tatę niż kiedyś. Normalny, fajny mężczyzna, a nie jakiś sztuczny laluś ;)


U nas w domu mama zyskała tatę. Z przyjemnością obserwuję jak bawią się dziewczynki i powiem wam, że bardzo dużo można z takiej zabawy wyczytać i dowiedzieć się, także o sobie. Rekonstruując scenki z życia, powtarzają przecież to, co widzą na co dzień u nas w domu i u innych. Oczywiście wszystko zakrapiane jest ich własną wyobraźnią, ale bazą do tych zabaw jest prawdziwe życie. 

Zrobił się jednak kolejny problem. Nie ma dziecka... Dziewczynki zgodnie stwierdziły, że jest mama, tata to musi być też dziecko. Wytłumaczyłam im, że na razie wydaliśmy pieniążki na te dwie lalki, więc rodzice muszą na dziecko poczekać. Przystały na takie rozwiązanie, choć pewnie nie mogę trzymać ich w nieskończoność i udawać, że parę dotknęła niepłodność ;)

Bardzo mi się chciało śmiać, ponieważ wczoraj do rodziny dołączyła też babcia. Uśmiejecie się, babcią była figurka Elsy z zestawu Play Doh. Wymyśliły sobie, że wszyscy będą jeździć autami. Ponieważ takich dużych aut nie mają, wsadziły wszystkich w kapcie-owce i tak je przewoziły. Dla "babci" jednak brakło miejsca. Elsa położyła ją więc na schodach i skomentowała: babcia się nie zmieści, więc ją wysadziłam. Umówmy się, że była już stara i umarła.... Musiałam spojrzeć na nią bardzo zaskoczonym wzrokiem, bo po chwili skorygowała: A nie, przepraszam, babcia była stara i leży w łóżku. ;)

Taka tam historia.

Nie wiem, czy wychowaliście się na Barbie, czy kupujecie/zamierzacie kupić swoim córkom, ale na pewno zna ją każdy. Czy wiecie, że lalka ta ma już 60 lat! Jak więc wyglądałaby dzisiaj? Mniej więcej tak:


Ale na poważnie, poniżej kilka ciekawostek, które może was zainteresują :) 
Lalka zawdzięcza swoją nazwę córce jej kreatorki Ruth Handler. Barbara, czyli w zdrobnieniu Barbie, fascynowała się niedostępnym na ówczesne czasy nastoletnim życiem i światem mody.
Całą moją filozofię dotyczącą lalki Barbie - pisała Handler - stanowiło myślenie, że dla małej dziewczynki lalka może być uosobieniem tego, czego ona właśnie chce. Barbie reprezentuje fakt, że kobieta zawsze ma wybór.
Pod koniec lat 50, trudno jednak było o wolny wybór. Kobiety raczej zajmowały się domem porzucając swoje aspiracje zawodowe. Ruth Handler obserwując swoją córkę zauważyła, że ta chętnie bawiła się papierowymi lalkami, nadając im role dorosłych. Jako, że większość zabawek w tamtych czasach przedstawiała niemowlęta, Ruth pomyślała, że znalazła lukę na rynku. Niestety Elliot, współzałożyciel firmy z zabawkami Mattel, nie był entuzjastycznie nastawiony. 
W 1956 roku, Ruth wraz ze swoimi dziećmi podróżowała po Europie i w Szwajcarii natknęła się na niemiecką lalkę o nazwie Bild Lilli, która ze swoją figurą dorosłej kobiety była dokładnym odzwierciedleniem wizji Handler. Kupiła więc trzy sztuki, z czego jedną podarowała córce, a pozostałe dwie zabrała do firmy Mattel. Przy pomocy inżyniera Jacka Ryana, Ruth przerobiła lalkę, która 9 marca 1959 roku zadebiutowała na Targach w Nowym Jorku. Jest to również umowna data urodzin Barbie :) Nie wiem, czy wiecie, ale Barbie ma również trzy młodsze siostry o imionach Skipper, Stacie i Chelsea. 
Firma Mattel nabyła prawa do Lilli w 1964 roku. Pierwsza lalka Barbie była uosobieniem ideału piękna podobnego Marilyn Monroe czy Elizabeth Taylor. Miała wyrazisty makijaż, wielkie, czerwone usta i długie, związane w koński ogon blond włosy.


Tak wyglądała pierwsza lalka Barbie, stworzona w 1959 roku.barbiemedia.com

"Dream Date Barbie", czyli Barbie wybierająca się - wg. firmy Mattel - na wymarzoną randkę, lata 80.barbiemedia.com