czwartek, 17 stycznia 2019

O planach i marzeniach. I to całkiem realnych.


Kiedy urodziła się Elsa, obiecaliśmy jej, że na czwarte urodziny zabierzemy ją w prezencie w pewne miejsce. Potem przyszła na świat Misia i stwierdziliśmy, że pojedziemy jednak kiedy dziewczynki będą starsze, żeby obie na maksa mogły wykorzystać tę atrakcję. 
Już połowa stycznia, a ja jeszcze nie napisałam o moich postanowieniach noworocznych :) Może dlatego, że w sumie ich nie mam. Staram się unikać podejmowania decyzji pod wpływem chwili, bo wiem, że zbyt długo w nich nie wytrwam. Cóż z tego, że obiecałam sobie nie denerwować się za kierownicą... Zamiast postanowień snuję natomiast plany. I właśnie w tym roku chciałabym dotrzymać obietnicy danej dziewczynkom, kiedy były małe (choć nie pamiętają, więc łatwo się wywinąć;) ) 


Wraz z pojawieniem się pierwszych wiosennych promieni słonka mam również zamiar wrócić do zagospodarowywania ogródka. Tu mam nadzieję przyjdą z pomocą moi rodzice, którzy dużo bardziej znają się na tym co i jak. Mnie czasem trudno wyobrazić sobie jak rabata będzie wyglądała za 5,10 lat, kiedy to rośliny urosną ;) Dokończę też zapewne mój kącik różany, gdzie jeszcze jest miejsce na kilka nowych odmian. 

Pergola w moim kąciku różanym :)

Hibiskus  -  w tym roku chciałabym dokupić białego :)

Marcheweczka z ogródeczka :)


W zeszłym roku pisałam wam, że miałam w planie odwiedzić w wakacje stare przyjaciółki, odnowić znajomości. W tym roku zmieniłam trochę swoje podejście, nie wiem, czy dobrze. Czasem mamy wyrzuty sumienia, że do kogoś nie dzwonimy, nie odwiedzamy go, nie interesujemy się odpowiednio. Po czym uświadamiamy sobie, że w zasadzie przecież to działa w dwie strony... Do nas też można zadzwonić, zapytać co u nas słychać, zaproponować spotkanie. Nie mam więc już zamiaru i nie planuję na siłę podtrzymywać pewnych relacji, a co więcej postaram się pozbyć ze swojego życia toksycznych ludzi, którzy mnie otaczają (przynajmniej na tyle, na ile się da)

W minionym roku zaczęłam bardziej dbać o swoje zdrowie i oprócz tego ostatniego incydentu, kiedy to załapałam wirusa od mojej córki, muszę wam powiedzieć, że nie choruję za zatoki jak to bywało w ostatnich latach. Pamiętam, że kiedy złapało mnie w Święta w zeszłym roku, tak skończyło się na dobre dopiero na wiosnę, wtedy, kiedy zrobiło się ciepło na dworze. Tomografia nic nie wykazała, żadnego przewlekłego schorzenia, więc raczej muszę zadbać o większą odporność. 

Sport i ruch. Powiem wam, że to jednak daje dużego powera. Uwalniające się endorfinki sprawiają, że nie tylko czuję się lepiej na ciele, ale przede wszystkim na duchu. Nie mogę się doczekać, kiedy będzie ciepło i będziemy jeździć na rowerku. Koniecznie też musimy kupić Misi nową hulajnogę, bo stara jest już na nią za mała. Spełniliśmy też jedno z naszych takich wspólnych marzeń i kupiliśmy sobie coś, dzięki czemu na pewno będziemy mieć dużo ruchu i przy okazji frajdy i zabawy. Bardzo się z tego cieszę, licząc na to, że i dziewczynkom się spodoba. 

No i na koniec. Mamy taki jeden plan, marzenie, ale na to jest jeszcze wiele miesięcy, więc pozostaje nam tylko zbierać fundusze i myśleć. Zobaczymy co z tego wyjdzie, ale mam nadzieję, że coś wyjdzie ;)

Wierzę, że wiele rzeczy zależy od nas. Nie podoba mi się kiedy ludzie narzekają czekając jak coś samo do nich przyjdzie. Wydaje mi się, że jeśli naprawdę nam na czymś zależy i oczywiście jest to w granicach naszych możliwości to dlaczego miałoby się nie udać? No chyba, że nagle zapragnę zostać baletnicą jak moje córki, to wtedy wątpię, by udała mi się ta sztuka ;) Marzenia się spełniają, plany też można realizować pomalutku. Przecież nie wszystko musimy mieć od razu. Chciałabym w tym roku przede wszystkim cieszyć się z tego co mamy, a cokolwiek dostaniemy w bonusie, będzie dla nas jeszcze większą radością. 

A wy macie plany i postanowienia na ten rok?

Dobrej końcówki tygodnia! Już jutro piąteczek :))

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Ile trzeba czekać na pieczę. O opieszałości sądów i innych rzeczach.




Gdy dzwoni TEN telefon, szczęście nasze nie zna granic. Najchętniej zaraz wsiedlibyśmy do samochodu i pojechali zabrać nasze dziecko na zawsze. Ale od tego momentu do dnia, w którym będziemy mogli to zrobić potrafi minąć wiele czasu. Dla tych, którzy może nie są z nami od początku przypomnę, że my mamy niestety negatywne doświadczenia z pierwszej adopcji jeśli chodzi o sąd. Króciutko przypomnę, że przydzielona nam pani sędzia nie wyznaje zasady przyznawania pieczy, ale od razu wyznacza właściwą sprawę o przysposobienie. Stwierdziła, że "co to za różnica, czy dziecko przebywa miesiąc dłużej, czy krócej w placówce" To tylko początek góry lodowej. Po drodze przeżyliśmy zagubienie dokumentów, faxu, który trafił nie na to piętro i trzeba było osobiście prosić panią z pokoju X, by pofatygowała się z pisemkiem do pokoju Y (Więcej możecie przeczytać TUTAJ -KLIK

Jakiś czas temu przekazałam wam radosną nowinę, że dwie z poznanych przeze mnie par na szkoleniach jako już mama adopcyjna, otrzymały wiadomość o odnalezieniu ich dzieci. Jednej z nich jakimś cudem udało się zabrać rodzeństwo do domu (choć czekali bardzo długo, ale uratowało ich to, że telefon dostali wcześniej, a co za tym idzie wcześniej złożyli dokumenty), natomiast druga para, niestety do tej pory jest bez dziecka. Rozmawiałam z ojcem i minęły już dwa miesiące od złożenia dokumentów. Mają podobny problem do nas (choć to inny ośrodek, inne województwo, inna sędzia) Dokumenty lądują gdzie nie trzeba, nikt nic nie wie, czegoś brakuje, ktoś czegoś nie podpisał, czegoś nie wiedział... Powiem wam szczerze, że dla mnie jest to bezduszność i niekompetencja pracowników. Byłam pewna, że skoro nie udało się tej sprawy załatwić przed Świętami, to na pewno uda się zaraz po. Nic bardziej mylnego. Minęły już dwa tygodnie i dziecko nadal przebywa w placówce. 

Przy naszej drugiej adopcji, sędzia, która przebywała na urlopie, specjalnie pofatygowała się do sądu, by podpisać papiery, żeby Misia mogła pojechać z nami oficjalnie do domu (chciano ją wywieźć do innego miasta, pomimo tego, że wiadomo było, że adopcja będzie w ramach łączenia rodzeństw) Gwarantuję wam i jestem tego pewna, że gdyby w tych ludziach, którzy pracują w sądach było trochę empatii i zrozumienia, dziecko moich znajomych dawno byłoby w domu. A ile jest takich przypadków? Pewnie mnóstwo. Pracownicy zachowują się tak, jakby pierwszy raz zajmowali się sprawami adopcji, jak gdyby była to tak trudna rzecz, że nie można pracować wydajniej, lepiej, szybciej, tak, by zdążyć podpisać parę dokumentów. Ja rozumiem wszystko, to, że mają w sądzie dużo spraw, to, że czeka wiele rodzin. Ale też wiem, że w urzędach, zwłaszcza przed Świętami, wielu pracowników bardziej myśli o tym, kiedy zrobić pierogi, niż o dokumentach. Czy przy odrobinie dobrej woli nie dałoby się załatwić, by dzieci mogły spędzić Święta z rodzicami? 

Okazuje się, że kolejny raz dla niektórych dziecko to tylko nazwisko, numerek czekający na swoją kolejkę do rozprawy. 
A jak to wygląda oczami dziecka? 
Niektórzy nie zdają sobie sprawy z tego, że dziecko bardzo przeżywa długotrwałe i przedłużające się odwiedziny rodziców adopcyjnych. Choć synek moich znajomych ma niecały rok, bardzo przeżywa rozstania, jest nerwowy, czuje się niepewnie, gdy mama i tata pojawiają się i znikają. Starsze dzieci jeszcze gorzej znoszą ten okres. 

Nie wiem na jakiej podstawie sędzia prowadząca naszą sprawę o przysposobienie sformułowała teorię, że dla dziecka miesiąc, dwa w tę, czy w tę nie ma różnicy. Czy ktoś, kto pracuje w urzędzie takim jak Sąd Rodzinny nie powinien znać się na tym co robi? Wiedzieć jakie konsekwencje niesie za sobą papierologia i zbyt długie czekanie? Chcieć jak najszybciej połączyć rodziny? A no powinien. Ale tak niestety nie jest. Pani urzędniczka, pani sędzia, to po prostu ludzie, a ludzie są różni. To, że ktoś jest na takim stanowisku nie oznacza, że empatię dostał w przydziale.

Moim znajomym, świeżo upieczonym rodzicom życzę, by jak najszybciej mogli zabrać synka do domu, by odzyskali spokój, którego w ostatnich tygodniach na pewno im brakowało. 


* O drugiej sprawie o przysposobienie możecie przeczytać TU - KLIK

piątek, 11 stycznia 2019

Rywalizacja.




Elsa wraz z koleżanką została wytypowana do międzyprzedszkolnego konkursu w śpiewaniu. Z całej placówki pojechało jeszcze dwoje dzieci z najstarszej grupy. Zapytałam szczerze Elsę, czy chce wziąć udział w tej imprezie, wiadomo, zupełnie inaczej śpiewa się w swoim przedszkolu, a inaczej na obcej scenie. Ale cóż, mikrofon i scena kochają moje dziecko, a ono też czuje się jak ryba w wodzie stojąc przed publicznością, więc odpowiedziała mi, że chce.

Rano, w dniu konkursu, odwiozłam Elsę do przedszkola, a sama pojechałam na jedne zajęcia. Zdążyła zjeść śniadanie, zrobić jakiś tam projekt z podręcznika i pojechałyśmy. Szczerze mówiąc byłam bardzo ciekawa tego występu, ponieważ pierwszy raz moja córka brała udział w czymś, co niesie za sobą rywalizację. No właśnie. Organizatorzy konkursu ustalili, że każde dziecko dostanie jakąś nagrodę za wzięcie udziału. I słusznie. Co by nie mówić, potrzeba wiele odwagi, by wyjść na scenę i zaśpiewać do mikrofonu. Nie każdy dorosły umiałby to zrobić. A tu mówimy o dzieciakach 3-6 lat. Z jednej strony taki zerówkowicz to już nie małe dziecko, ale z drugiej to właśnie ten wiek, kiedy to zaczynamy sobie zdawać sprawę z tego, co tak naprawdę się dzieje. Przecież może coś nie wyjść, można się pomylić, można zapomnieć słów, koleżanki będą się śmiały, a świadomość tego na pewno nie pomaga. 

Rodzeństwo, zwłaszcza takie w podobnym wieku, na co dzień musi ze sobą rywalizować. Nie ma szans, żeby tak nie było. No chyba, że jedno cały czas rządzi, a drugie będzie całkowicie mu poddane. Nie słyszałam o takich przypadkach. Trzeba walczyć o kolana mamy, o kubeczek taki jak ma siostra/brat, o zabawki, o bajkę taką jak ja chcę, o tysiące drobnych rzeczy, które sprawiają, że maluch od najmłodszych lat jest zmuszony do kompromisu, do bycia asertywnym i umiejętności przebicia się. 
W samej rywalizacji nie ma w zasadzie niczego złego- uczy ona wielu umiejętności, które przydadzą się dziecku w życiu dorosłym. Powiem wam szczerze, że cholernie trudno nauczyć dziecko takiej rywalizacji, która będzie motywowała do działania, uczyła dialogu, rozwijała, a nie niszczyła, pogardzała słabszymi. Dziecko musi też przede wszystkim nauczyć się, że w rywalizację  wpisana jest porażka. 

Elsa i koleżanka zdobyły drugie miejsce. Oczywiście byłam dumna ze swojej córki, ale nie tylko dlatego, że wygrała nagrodę. Bardzo byłam dumna z kilku innych rzeczy. Staram się uczyć dziewczynki wewnętrznej radości z tego, że podejmują trud i przezwyciężają swoje lęki i obawy. Gdybyście obejrzeli ten występ, (który oczywiście nagrałam, żeby nie było), zobaczylibyście ten wyjątkowy uśmiech na jej twarzy - ten uśmiech oznacza, że ona sama była z siebie dumna. Niektórzy nazywają to brzydko byciem na naturalnym haju, ale chyba coś w tym jest ;)
Oczywiście wiadomo, nie po to bierzemy udział w jakimś przedsięwzięciu, żeby przegrywać. Każdy lubi wygrywać, dlatego ta nagroda 2 miejsca jest dla dziewczynek ważna, ale gdy wieczorem wspominałyśmy ten dzień, Elsa nie powiedziała ani słowa o wygranej. Ważne dla niej było to, że fajna była zabawa, że pięknie zaśpiewała, że dostała nagrodę i ..., że był poczęstunek dla uczestników w postaci ciast, słodyczy i soczków ;) Nie omieszkała również zabrać wałówki dla siostry, za co ją pochwaliłam, pomimo tego, że wychodziłam z sali czując się trochę nieswojo z talerzem pełnym smakołyków. 

Rywalizacja jest częścią naszego życia. Nie da się przez nie dobrze przejść będąc cały czas cieniem innych, nie umiejąc walczyć o swoje, ale granica między motywacją do samorozwoju, a niezdrową konkurencją jest bardzo cienka. 
Opowiadając wam o Elsie, oczywiście chciałam się z wami podzielić tą małą radością, ale przede wszystkim chciałam was zapewnić, że praca nad dzieckiem naprawdę ma sens i przynosi efekty. I to od samego początku. Jeżeli będzie wam się wydawać, że jest za wcześnie, nic bardziej mylnego. Maluch chłonie wszystko, a w odpowiednim czasie to wykorzysta. Dziewczynki od zawsze uczyliśmy, że jeśli jedna coś dostanie, fajnie byłoby gdyby wzięła też dla siostry. I teraz nie muszę już o tym przypominać, bo jest to dla nich naturalne. Z tego chyba jestem najbardziej zadowolona i dumna :)

Elsa nie przejęła się za bardzo drugim miejscem, choć powiedziała, że w następnym roku nauczy się grać na jakimś instrumencie. Czyżby to, że wygrała dziewczynka, której akompaniował brat na flecie miała coś z tym wspólnego? ;)    


Miłego piąteczku!




wtorek, 8 stycznia 2019

Zdrowe zakupy, czyli co nas truje i zabija.




Nie od dziś wiadomo, że produkty, które obecnie kupujemy różnią się od tych, które pamiętamy jeszcze z dzieciństwa. Ilość trujących składników, jakie spożywamy rocznie jest zatrważająca, a slogany o rzekomej zdrowej żywności często pozostają tylko pustymi słowami. Walka o klienta i jego portfel sięga tak głęboko, że producenci prześcigają się z hasełkami przyciągającymi konsumenta. "Bez  glutaminianu sodu", "Bogate w magnez", "Zapewnia dzienne zapotrzebowanie na wapń" to tylko kilka chwytliwych trików marketingowych. Cóż z tego, że produkt nie zawiera glutaminianu skoro ma w sobie inne śmiercionośne substancje, które spożywane w nadmiarze prowadzą do poważnych uszczerbków na zdrowiu. Przyzwyczailiśmy się również do obecności cukru, nie dziwi nas już on w jogurcie, czy soku, ale czy zdajemy sobie sprawę z tego, że np. w uwielbianym przez dzieci keczupie może być go ponad 30g? 

Dziś chciałabym polecić wam aplikację na telefon, dzięki której będziecie bardziej świadomi tego, co kupujecie i spożywacie. "Zdrowe zakupy", bo o niej mowa, to baza ponad 100000 produktów, dzięki której dowiesz się jaki jest ich skład i jak wpływa na twoje zdrowie. Masz również możliwość dodawania produktów z poziomu aplikacji oraz sprawdzenia tych alternatywnych do skanowanego. Jest to świetna sprawa również jeśli chodzi o tworzenie świadomości zdrowego odżywiania u naszych dzieci. Każda informacja o produkcie opatrzona jest odpowiednią ikonką, dzięki której dziecko wie, czy jest zdrowy czy też nie. Muszę wam powiedzieć, że naszym dziewczynkom bardzo się ona spodobała i przejęły się tym, że pewne produkty mogą źle wpływać na ich zdrowie. Kiedy zeskanowaliśmy Ptasie Mleczko i pokazał się wykrzyknik sugerujący zawartość cukru, powiedzieliśmy im, że taki produkt może być jedzony, ale nie w nadmiarze. Wiadomo, nie można dać się zwariować, ale trzeba być świadomym tego, co może nam grozić przy długotrwałym spożywaniu danej rzeczy. Cukier to przecież nie tylko otyłość.

Jak producenci ukrywają skład? No cóż, nie każdy zna się na oznaczeniach choćby konserwantów, jest ich setki i nie każde E jest szkodliwe. Ale wiele może w ogromnym stopniu wpływać na nasz organizm. Taki drobny przykład. Mieliśmy w domu Gumę Orbit, którą sami lubimy, wiadomo nasze dzieci są jeszcze za małe na żucie. I co? Sami popatrzcie: 

























Kliknijmy teraz na pierwszą ikonkę:



Szczerze mówiąc nie miałam pojęcia, że aż tyle rzeczy może powodować jeden składnik. Nie musi, ale może. Zwróćcie szczególną uwagę na informację o wpływie na płodność. A to tylko guma... W ilu jeszcze produktach znajdziemy takie magiczne składniki, niszczące nie tylko nasze zdrowie, ale również nasze marzenia o dziecku? Nawet nie chcę myśleć. Nie dziwmy się więc, że problem płodności dotyka tak wielu z nas. Nie mówiąc o innych chorobach, których jesteśmy lub wkrótce będziemy świadkami. 
Bądźmy świadomi tego, czym nas trują inni. A wszystko w imię czego? Tylko i wyłącznie pieniędzy, bo wokół nich to wszystko się kręci. I to tak mocno, że człowiek człowiekowi jest w stanie zgotować taki los.


* post powstał tylko i wyłącznie na podstawie moich własnych doświadczeń, ma charakter informacyjny i nie jest w żaden sposób związany z promowaniem aplikacji (która notabene jest darmowa)

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Opcja adopcja.




Większość z nas nie wierzy w postanowienia noworoczne, ale co by nie mówić ten magiczny moment, ta jedna sekunda, kiedy kończy się stary rok, czasem pozwala nam uwierzyć, że może będzie lepiej? Rozmawiając ze znajomymi nie raz słyszę "Niech ten rok już się skończy", bo albo ktoś ma problemy zdrowotne, albo w pracy nie idzie, albo ciężko coś załatwić. Tak jakby ten jeden dzień mógł wiele zmienić... 
Ale paradoksalnie czasem zmienia. Dlaczego? Bo zmienia się nasze nastawienie, bo zaczynamy dostrzegać pewne rzeczy i inaczej patrzeć na nasze życie. Może dlatego ten okres Świąt i Nowego Roku jest dla niektórych tą magiczną datą, kiedy to otwieramy się na nowe, dotąd nieznane nam drogi, możliwości. 

Święta nie zawsze bywają radosne. Albo kolejny raz musimy wysłuchiwać pytań w stylu "A kiedy u was dziecko"? albo w ciszy przeżywać nasz własny ból patrzenia na szczęście innych dzieci w naszej rodzinie. Kolejny rok jesteśmy tylko ciocią i wujkiem, kolejny raz patrzymy na wszystko z boku próbując mieć choć namiastkę tego, co mają oni. Ubieramy choinkę myśląc o tym jak by to było, gdyby obok nas szalał mały berbeć próbujący pomagać nam w tej czynności. 

Część z was, właśnie teraz powie sobie dość. Już więcej nie chcę starań, nie chcę wydawania pieniędzy bez żadnej gwarancji sukcesu, marnowania swojego zdrowia psychicznego i fizycznego. Wtedy właśnie rodzi się pomysł adopcji. Spotykając na szkoleniach różne pary, muszę wam powiedzieć, że nie dla każdego jest to trudna decyzja. Dla niektórych przyjęcie do swojej rodziny dziecka jest czymś naturalnym, co zawsze było gdzieś z tyłu głowy. Nie jako alternatywa dla dziecka biologicznego, ale właśnie jako inna droga do rodzicielstwa. Dziecko to dziecko, więc jeśli chcę być jego matką, ojcem, nie zastanawiam się długo nad tym czy podołam. Każde dobre rodzicielstwo, zarówno biologiczne jak i adopcyjne, niesie za sobą sporo wyrzeczeń, pracy nad sobą, trudu wychowania. Ale jest też źródłem nieustannej radości i szczęścia, jeżeli tylko będziemy z niego czerpać. Dlatego adopcja nie musi być niczym szczególnym. 
Dla innych jednak, otworzenie się na tę właśnie drogę do rodzicielstwa jest czymś, co muszą przemyśleć, przedyskutować. To zupełnie nowy etap w życiu, pozwalający zamknąć jedne drzwi i podążać w nowym, nieznanym kierunku. Nie każdy jest na to od razu gotowy. Ale zamykając przeszłość, nagle daje nam świadomość tego, że od tej pory nic nie muszę. To ogromne poczucie wolności, dzięki której odkryjemy, że poza staraniami o dziecko, istnieje świat, który warto znów zauważyć. 

Od czego zacząć?

Warto przejrzeć listę ośrodków adopcyjnych znajdujących się blisko naszego miejsca zamieszkania. Na pewno trzeba wziąć pod uwagę to, że na szkolenia, rozmowy, trzeba będzie dojechać. Jeżeli trudno nam wziąć urlop, nie wybierajmy ośrodka na drugim końcu Polski. Popytajmy ludzi ze środowiska adopcyjnego, które ośrodki są najlepsze i gdzie nie czeka się latami. Warto zajrzeć na forum Bociana i poczytać opinie kandydatów, zorientować się co i jak. 

A jeśli nie jesteśmy pewni do końca swojej decyzji?

Idąc do ośrodka powinniście być pewni tego, że otworzyliście się na tę drogę do rodzicielstwa. Jeżeli jednak w czasie procedury poczujecie, że to nie dla was, pamiętajcie, że w każdym momencie, na każdym etapie, możecie zrezygnować. Powiem więcej. Nawet powinniście, by nie unieszczęśliwić zarówno siebie jak i dziecka. Czasem zdarza się tak, że para jest przekonana do adopcji, jednak przedłużające się oczekiwanie na propozycję zmienia wszystko i decydują się na świadomą bezdzietność. 

Czy adopcja dziecka to dobra decyzja?

Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sam. Dla mnie, co wielokrotnie powtarzam tu na blogu, decyzja o adopcji była wygranym losem na loterii. Nie tylko sercem urodziłam dwie najukochańsze dla mnie istotki, ale również wygrałam z powrotem swoje życie. Nie myśleliśmy o tym długo, nie rozważaliśmy różnych aspektów przyjęcia bądź co bądź obcej dla nas osoby, ale w momencie otwarcia się na tę drogę do rodzicielstwa, z wielką ulgą zdjęłam z siebie ciężar starań naturalnych, prowadzących być może do nikąd. 


środa, 2 stycznia 2019

Jaki Sylwester, taki cały rok? Nie, dziękuję.



Jak to powiadają, udany Sylwester to udany cały rok. Szczerze mówiąc jeśli tak właśnie ma być, jeśli cały 2019 ma być taki jak Sylwester i Nowy Rok, to ja już od razu poproszę o następny...



30 grudnia, niedzielny poranek.


Leżę z gorączką. Zresztą nie tylko ja. Zaniemógł mój tata, zaniemogła Misia. Wszyscy to samo, temperatura, kaszel, lekki katar. Rewelacja, nie ma co. Nie można było chyba znaleźć gorszego czasu na chorowanie - znalezienie wolnego terminu do internisty w niedzielę, w przeddzień Sylwestra, graniczy z cudem. Gorączka spada tylko na chwilę, a kaszel rozszarpuje gardło - przynajmniej moje. Niczym na dobrej aukcji na Allegro, próbujemy oboje z mężem upolować jakiś termin w Luxmedzie. Na próżno. Trzymam więc palca w pogotowiu i próbuję kliknąć na rezerwację jak tylko pojawi się jakiś wolny lekarz, ale wciąż tkwię na "Brak wolnych terminów w podanym okresie" No dobra, nie tracimy nadziei. 
Po jakimś czasie, udaje nam się coś zarezerwować, choć miejsce nie bardzo, bo na drugim końcu miasta. No nic. Szukamy dalej i w razie czego zamienimy. 

Znalezienie pediatry również nie jest łatwe. Tu mamy jednak więcej szczęścia, udaje się zabukować wizytę dla Misi u jednej z dwóch doktor, do których chodzimy. Potem zapisujemy też Elsę, którą chciałam, żeby osłuchała, bo nadal pokasłuje. 

Późno wieczorem, udaje mi się przepisać do lekarza bliżej nas, między moją wizytą a dzieci będziemy mieć godzinkę, więc luzik. 


31 grudnia, Sylwester.

Wstajemy i szykujemy się do lekarza. Pierwszy dzień, kiedy to rano nie mam gorączki, ale jestem tak słaba, że wyszykowanie się jest tak męczące jak wchodzenie pod ogromną górę. W samochodzie źle się poczułam. Nie wiem, czy tak jest jak jedzie się na poród, czy to raczej tylko w filmach, ale myślałam, że nie dojadę na miejsce...
Byłam umówiona do doktora Ahmeda jakiegoś tam. Powiem wam, że nie chciałam się uprzedzać, bo doktor miał dość dobre opinie, nie jestem przecież rasistką, ale po wejściu do gabinetu towarzyszyło mi dziwne uczucie. Czułam się tak, jakbym pojechała na wakacje do Afryki, tam zachorowała i zabrano mnie do jakiegoś namiotu, gdzie lokalny lekarz mnie bada. Po polsku mówił nieźle, choć gdy próbowałam odpowiedzieć na pytanie jakie mam objawy, kazał mi mówić wolniej. Mam takie wrażenie, że w ogóle starsi lekarze (ten miał chyba z milion lat) mają problem ze słuchaniem pacjenta i jednoczesnym wklepywaniu tego co mówi do komputera. No, ale dobra. Niech mu będzie. Zbadał mnie i na szczęście stwierdził, że osłuchowo jest ok. Mam nadzieję, bo do pana Ahmeda już się raczej nie wybiorę.

Dziewczyny. Ich wizyta nie była po kolei, ale oczywiście pani doktor zbadała je razem. Miła, rzeczowa i przede wszystkim wszystko tłumaczy, robi dokładny wywiad, wszystko ją interesuje a co najważniejsze sama od siebie proponuje różne rozwiązania. Płucka i oskrzela czyste. 
Wracamy do domu. Jeszcze tylko po drodze trzeba kupić coś do jedzenia. Stajemy przed Lidlem, tata sam idzie na szybkie zakupy, a my dziewczyny zostajemy w aucie. 

Odpoczywam i dochodzę do siebie. Udało mi się na tyle, że około godziny 18 nawet umyłam włosy i założyłam lepszą bluzkę ;) Dziewczyny wkręciły się w Sylwester w Zakopanem, ale tylko Misia tańczyła przed telewizorem. Elsa utknęła ze wzrokiem wpatrzonym w wykonawców. Po 23 poczułam się gorzej. A niech to. Wspaniale wchodzę w ten Nowy Rok, pomyślałam. Wzięłam Polopirynę i trochę było lepiej. Przed północą udajemy się do pokoju dziewczynek, z którego najlepiej widać pokaz fajerwerków. Mąż zakupił dwa szampany, jeden dla nas, drugi dla dziewczyn. Piccolo w zeszłym roku "szczypał w języczek", więc w tym tata postawił na "Super Wings", co okazało się strzałem w dziesiątkę, bo był słodki i dobry. Po północy Misia opadła trochę z energii, natomiast w Elsę weszły jakieś noworoczne siły witalne. O 1.30 zaprosiła tatusia do tańca i wywijała z nim póki nie skończył się koncert, który nagraliśmy w czasie jak poszliśmy oglądać z okna pokaz na żywo. Zazdrosna Misia nagle też ożyła i mąż musiał tańczyć z obiema córeczkami ;) Ja niestety nie byłam w stanie, ale dzielnie im kibicowałam. 
W sumie nie pamiętam o której poszliśmy spać, ale na pewno było późno. Dziewczynki oczywiście nie chciały iść do siebie do łóżeczek, więc usnęliśmy wszyscy w czwórkę u nas w sypialni.


Tradycją naszą jest jedzenie domku z piernika - oczywiście najlepsze są M&M's z dachu ;)


Nowy Rok

Jeśli myślicie, że najgorsze za mną, to bardzo się mylicie. Czułam się tak samo, a może nawet gorzej. Kiedy po 12 w południe postanowiłam zjeść wreszcie śniadanie, zdążyłam jedynie skonsumować pół bułeczki, bo nagle poczułam, że tracę przytomność. Muszę wam powiedzieć, że to dziwne uczucie, bo nigdy tak do końca nie zemdlałam. Zawsze wiem, czuję co się dzieje i mam jakieś kilka sekund, by dostać się do świeżego powietrza - tylko to mi pomaga. Tak było też i tym razem, pobiegłam w stronę drzwi wejściowych, a mąż je szybko otworzył. Po chwili było już lepiej, choć niestety za niedługo uczucie powróciło. Tym razem siadłam na kanapie i otworzyłam okno, ale coś było nie tak. Było mi źle od żołądka, a organizm sobie z tym nie radził (ja jestem niestety z tych, co nie potrafią z siebie nic wyrzucić, przepraszam za szczegóły ;)) Oszczędzę wam tego co było dalej. Ulgę przyniosło mi dopiero siedzenie w samochodzie przez dobre 40 minut. W garażu jest jednak sporo świeżego powietrza wpadającego przez jakieś tam luki, no i ogólnie jest chłodniej. Udało mi się założyć kurtkę na piżamę i tak położyłam się na fotelu pasażera, z nogami do góry. 
Po powrocie do rzeczywistości, udało mi się zdrzemnąć na chwilkę i zrobiło mi się lepiej. Niewiele zjadłam. Czyżby to miał być jakiś dobry wstęp do odchudzania? Jeśli tak, to ja dziękuję za taką motywację...

Uff, dobrnęłam do końca moich opowieści. Zamiast szykować się na bal, poszłam na spotkanie z samochodem do garażu. Cóż, na pewno było mu miło ;) Jeśli zastanawialiście się dlaczego ja dziękuję za taki rok jak Sylwester, to już wiecie. Wszystko według zasady: Chciałam jak nigdy, wyszło jak zwykle ;)


Do Siego Roku kochani!






poniedziałek, 31 grudnia 2018

Ostatni dzień roku.

Podobno nie powinno się mówić "Święta, święta i po świętach" , ale raczej sprawić, żeby Boże Narodzenie trwało w naszych sercach jak najdłużej, czego wam kochani serdecznie życzę :) Chciałabym również bardzo podziękować wam za wszystkie życzenia, te na blogu, te mailowe, telefoniczne i karteczki, które z wielką radością wyjmowałam ze skrzynki. Mam nadzieję, że spędziliście radosny czas w gronie rodzinnym, trochę odpoczęliście i nie przybyło wam zbyt dużo w pasie ;) 
Dziś oczywiście nie sposób nie zauważyć większego poruszenia przy wszystkich sklepach i centrach handlowych. Ostatni dzień starego roku. Dla jednych szczęśliwy, inni zaś odetchną z ulgą, że się kończy. I choć w zasadzie to tylko jeden dzień, jedna minuta, jedna sekunda, która wprowadzi nas w 2019, to jednak symbolicznie granica ta zamyka udany etap lub daje nadzieję na lepszą przyszłość.

Wszystkie dziewczyny w naszym domu niestety spędziły dzisiejszy poranek u lekarza zamiast szykować się na bal, ale na szczęście to tylko wirusówka, więc liczę na jakąś wieczorną dynię zamieniającą się w karocę i wiozącą nas na jakąś imprezę ;) 

Kochani, w tym Nowym Roku życzę wam przede wszystkim takiej chwili, w której będziecie mogli stanąć obok tego wszystkiego i pomyśleć: Mam szczęśliwe życie. 
Jeżeli już spełniły się wasze największe marzenia, nie bójcie się marzyć dalej! Czerpcie z życia całymi garściami. A jeśli nadal czekacie, życzę wam, byście znaleźli na nowo te drobne radości, które dodadzą wam sił. Zmieniajcie to, co da się zmienić, ale też z pokorą przyjmijcie to, co obecnie jest w waszym życiu. Kto wie, może się okaże, że w tym momencie dostajecie najpiękniejszy i najważniejszy dar z Niebios.

Szczęśliwego Nowego Roku 2019!!




poniedziałek, 24 grudnia 2018

Tylko jedna w całym roku taka noc.


Kochani!

Już za chwilę narodzi się Boże Dzieciątko. Przychodzi do każdego z nas, nie tylko do tych, którzy dziś się radują. Cieszmy się więc wszyscy, zapomnijmy na moment o naszych troskach, o tym, że być może znów nie jest tak, jak sobie wymarzyliśmy. W tę wyjątkową Noc pragnę Wam życzyć tego, żebyście pamiętali, że Jezus narodził się po to, by właśnie otrzeć Wasze łzy. To właśnie jest ten powód, by pomimo wszystko być dziś szczęśliwym.

Nie będę się dziś rozpisywać, każdy ma pewnie wiele do zrobienia, nie będzie siedział na blogu, ale mam dla Was jeszcze coś do posłuchania: (nie bójcie się, nie będę śpiewać, ale przyznaję, że to jedna z moich ulubionych piosenek)




..... i coś do obejrzenia, tak w wolnej chwili. Jeżeli w którymkolwiek momencie poczujecie, że nie pasujecie, a jedyna myśl w głowie to "Co ja tu robię u licha" to pomyślcie, że właśnie narodził się ktoś, z kim zawsze poczujecie się jak w domu. Filmik chwyta za serce, ale doskonale oddaje to, w co ja wierzę. Że w życiu każdego człowieka przychodzi taka chwila, w której zaczynamy tak naprawdę żyć. Niech w Waszych sercach zapanuje spokój, radość i nadzieja.

Wesołych Świąt!



 

sobota, 22 grudnia 2018

Zamiast do przedszkola, zabierz mnie mamo do doktora.


No i stało się. Elsa wróciła w środę z przedszkola z gorączką. W sumie to dostała jej dopiero po powrocie do domu, a ciocia była zdziwiona tym, że zaniemogła, bo podobno przez cały dzień zachowywała się normalnie. Kiedy stałam na korytarzu i czekałam jak Elsa pozabiera swoje rysunki ( a jest ich codziennie co najmniej 10, więc czasem chwilę to trwa) byłam świadkiem rozmowy starszej pani z ciocią wychowawczynią. W sumie myślałam, że to babcia dziewczynki, którą odbierała, ale okazało się, że była to opiekunka. Miała straszne pretensje, że dziecko nie zostało zgłoszone do zabrania do domu, ponieważ mała miała gorączkę. Pomimo tego, że ciocia tłumaczyła jej, że wszystko było dobrze, a dziewczynka zaczęła narzekać, że jej zimno na chwilę przed przyjściem tej pani, na nic się to zdało. Tamta pozostawała nieugięta. Trudno jest mi podejrzewać, że rodzice przyprowadzili chorą córkę do przedszkola, bo patrząc chociażby na Elsę, ten wirus naprawdę mógł się rozwinąć bardzo szybko. Domyślam się, że dostała go właśnie od tej koleżanki.

Jak kiedyś pisałam, dziewczynki praktycznie w ogóle nie chorują. Jestem wdzięczna za to, że w żłobku bardzo pilnowano, żeby rodzice nie przyprowadzali niedomagających dzieci, dzięki czemu na pewno zmniejszyła się liczba zachorowań. W przedszkolu wprawdzie nie ma już pielęgniarki, która przez cały dzień w żłobku monitorowała zdrowie i kondycję dzieci, ale nie zauważyłam masowej liczby nieobecnych podopiecznych. 

Chciałam dziś poruszyć dwa tematy. Jeden z nich to właśnie przyprowadzanie chorych dzieci do żłobka, przedszkola. Ja wszystko rozumiem, że my, dorośli, mamy swój poukładany świat, często do maximum zaplanowany i każda, nawet najmniejsza infekcja dziecka, jest nam nie na rękę. Nagle trzeba zorganizować lekarstwa, być może wizytę u lekarza, albo co gorsza L4. Niektórzy pracodawcy faktycznie mają problem z tym, że kobiety co chwilę nie ma w pracy, ale niestety priorytety są priorytetami. To się tak łatwo mówi, że jakoś sobie poradzę, ułożę relacje z szefem, ale jak pokazuje życie, nie jest to takie oczywiste. Spotkałam się z wieloma sytuacjami, w których rodzice przyprowadzali do przedszkola, czy żłobka chore dzieci. I wiecie co? Szczerze mówiąc trudno mi solidaryzować się z nimi, z co najmniej dwóch powodów. Nie dość, że przyprowadzając chore pociechy narażają inne dzieci na niepotrzebne infekcje, to jeszcze ich własne muszą siedzieć kilka godzin poza domem, nie czując się dobrze. Nie raz można zobaczyć w szatni choćby taki oto obrazek: mama podaje dziecku środek przeciwgorączkowy, licząc na to, że zdąży wrócić z pracy zanim przestanie działać. 



Są oczywiście różne sytuacje, w których naprawdę rodzic nie ma z kim zostawić dziecka, a w pracy musi być. Dlatego też na przykład u nas w żłobku było jasno powiedziane, by przyjść i szczerze porozmawiać o tym. Wtedy panie będą miały prawdziwy obraz sytuacji i będą mogły inaczej zaopiekować się dzieckiem oraz odizolować je od innych. 

Kolejna sprawa. Już od kilku znajomych mam słyszę, że mają one wrażenie, że panie niewłaściwie opiekują się maluchami w przedszkolu, narażając je na przeziębienia i choroby. Taki przykład: na dworze jest temperatura minusowa, a okna w sali, gdzie przebywają trzylatki są pouchylane. Nie te blisko biurka pani, ale te blisko bawiących się dzieci. Przejeżdżam codziennie dwa razy obok tego przedszkola i zaświadczam, że jest to prawda. Na złożone przez rodziców zażalenia, pani tłumaczy, że "to na chwilę, bo było duszno" Według mnie obojętne, czy to na chwilę, czy na dłużej, zimny, wiejący wiatr po plecach dzieci, zawsze może zaszkodzić. I coś chyba w tym jest, bo od początku roku nie zdarzyło się, by obecna w przedszkolu była cała grupa. A przecież można wywietrzyć salę w czasie posiłku (jest catering i maluchy udają się na specjalną stołówkę)

Przykład z innego przedszkola. Panie opiekunki codziennie zabierają dzieciaki na spacer, obojętne, czy pogoda jest dobra, czy nie. Jedna z moich znajomych miała wrażenie, że kierują się wyłącznie założeniami, a nie intuicją. Pada deszcz. Maluszki przemoczone, wymarznięte, ale co tam, spacer trzeba odbębnić. 

Myślę, że choroby przynoszone ze żłobka, czy z przedszkola są nieuniknione. Na pewno warto jednak zadbać o odporność, by tę liczbę maksymalnie zmniejszyć. Jesteśmy jednak zdani na innych rodziców, mając nadzieję, że nie zabraknie im wyobraźni. 





środa, 19 grudnia 2018

Gdy świeci gwiazdka, a choinka śpiewa, czyli takie tam przedświąteczne różności.


Do Świąt pozostało kilka dni. Mam wrażenie, że jak zwykle w końcowej fazie braknie mi tej jednej godziny. Czyli nic nowego, chciałam jak nigdy, wyszło jak zwykle ;) 



Jesteśmy po przedszkolnych Jasełkach. Tym razem Elsa wcieliła się w rolę choinki, a Misia była gwiazdką. Przeżycia jak zwykle wzruszające, zawsze czuję się tak, jakbym sama występowała - śpiewam wszystkie piosenki, mówię role, biję brawo, pokazuję kciuki w górę. Kiedyś wydawało mi się, że obecność rodziców jest dla dzieci deprymująca, ale jest wręcz przeciwnie. Dziecko cieszy się, że ma wsparcie, czuje, że dobrze mu idzie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Elsa śpiewała z koleżanką w duecie i mówiła rolę, ale ona to uwielbia, więc wiedziałam, że sobie poradzi. Natomiast Misia pierwszy raz dostała swoją kwestię. Była bardzo przejęta, bo w żłobku kilkuminutowy występ polegał raczej na śpiewie i tańcu całej grupy. W domu ćwiczyła z mikrofonem, uczyłam ją, że ma mówić głośno i wyraźnie, żeby wszyscy słyszeli, ale byłam ciekawa, czy stojąc na środku sali nie poczuje zawstydzenia. Miała za sobą wprawdzie rolę trolla na dużej scenie ze światłami i to przed ogromną publicznością, ale wtedy nie musiała niczego mówić do mikrofonu. Teraz, ubrana w białą sukienkę ze złotymi gwiazdkami, stanęła przed grupą rodziców i przedszkolnych cioć i powiedziała pięknie swoją rolę. Byłam z niej taka dumna :) 
Po przedstawieniu było spotkanie z Mikołajem, który dzieciom rozdawał prezenty i pozował do zdjęć. No właśnie zdjęcia. Kolejny już rok był ten sam pan fotograf i powiem wam, że byłam bliska powiedzenia mu co o nim myślę (oczywiście nic miłego ;) ) Nie pomyślcie, że się znowu czepiam, czy jestem roszczeniowa, ale wkurzył mnie już rok temu. Profesjonalny fotograf, który bierze za zdjęcia nie małe pieniądze, powinien wiedzieć jak robi wygląda praca z dzieckiem. Większość z nich wygląda posępnie, jak gdyby były tam za karę. Ma doświadczenie, czy więc tak trudno powiedzieć im, żeby się uśmiechnęły? Powiedzieć do nich coś miłego? A on je ustawia tak, jakby to były jakieś modelki. Moje dziewczyny miały zdjęcie razem, mówię więc do nich, żeby się uśmiechnęły, za co oberwało mi się od wielkiego pana fotografa, żebym nie przeszkadzała, bo one mają się patrzeć na niego, a nie na mnie. Tylko pan chyba zapomniał, że to nie są niemowlęta i one rozumieją co znaczy patrzeć na pana i się uśmiechnąć. To, że przyciągnęłam ich uwagę nie znaczy, że na niego już nie spojrzą. Z miną wkurzonego zrobił mi wykład, że "potem będzie sobie pani swoje prywatne zdjęcia robiła" To jeszcze pikuś, bo najeżona jestem na niego od tamtych Świąt, kiedy to Elsa usiadła na jego Mikołajowym fotelu (on w tym czasie gdzieś poszedł) Cyknęłam jej kilka zdjęć, trwało to może minutę? Nagle niczym spod ziemi wyrósł pan i ze wściekłością mówi do niej "Sio mi stąd!" Mnie przytkało i powiem wam szczerze, że do dziś żałuję, że nie powiedziałam mu, że sobie nie życzę, żeby w ten sposób zwracał się do mojej córki. Nie neguję, że zna się na swojej pracy, że robi dobre zdjęcia, ale widać, że kompletnie nie umie pracować z dziećmi. Ba! Nawet nie stara się, by ta praca sprawiała mu radość. A przecież dzieciaki są grzeczne, każdy chciał mieć zdjęcie z Mikołajem i wystarczyło zachęcić dzieci do fajnej interakcji, powiedzieć np. uśmiechnij się do niego, pociągnij za brodę itd. A tak to każdy ma sztuczne zdjęcie, na którym wygląda jakby zabierano mu prezenty a nie dawano. Powiem wam, że nie lubię czegoś takiego. Wiem, że on jest tam po to, żeby zrobić zdjęcia, ale widać, że najważniejsze dla niego jest to, by zarobić. Dzieci najwyraźniej mu przeszkadzają, bo jest do nich tak poważny, jakby robił sesję co najmniej do jakiegoś światowego magazynu mody. Zarabia na tym nie mało, bo wydruk jednego zdjęcia kosztuje kilkanaście groszy, a on bierze ponad 20... 
Czasem mam wrażenie, że niektórzy dorośli traktują dzieci tak trochę bez szacunku, w ogóle się nie starają, żeby im coś wytłumaczyć, przygotować. Gdybym ja fotografowała dzieci, najpierw bym im powiedziała z uśmiechem co mają robić, a pan zachowuje się jakby kij połknął.

No nic. Schodzę z pana, bo pewnie ma już uszy czerwone.
Od kilku dni próbujemy ubrać choinkę. Czemu próbujemy? A no bo zaginęły lampki. Kiedy projektowaliśmy nasz dom, wszystko było przemyślane tak, by każda rzecz mogła wreszcie mieć swoje miejsce, tego chyba mi zawsze brakowało. Miałam takie marzenie (normalnie niczym Martin Luther King - I have a dream), że pewnego dnia wszystko poukładam i w każdej chwili będę mogła to odnaleźć. Nic bardziej mylnego. Lampki wprawdzie zostały odnalezione wczoraj o 24 i faktycznie leżały grzecznie na półce, ale jeszcze trzeba pamiętać której... A ozdób świątecznych jest tyle, że zajmują ze trzy. Zupełnie nie wiem dlaczego część z nich znalazła się tam, gdzie trzymamy zapasowe śrubki .... 
Poza tym, mam nieodparte wrażenie, że to co wysprzątam, za chwilę znów wymaga pucowania. No taka choćby łazienka, czy kuchnia. Chyba musielibyśmy w ogóle z nich nie korzystać, żeby ot tak po prostu czekały sobie na gości. No, ale dobra, najważniejsze jest już zrobione. Muszę jeszcze dokończyć kilka dekoracji i w zasadzie można świętować. A nie, czekajcie. Jakie świętowanie. Przecież czeka nas wszystkich przygotowanie posiłków, a tego nie da się zrobić wcześniej (no chyba, że mowa o pierogach, które możemy zamrozić) 

Na wszystkich lekcjach robię coś świątecznego, więc w zasadzie klimat jest, za oknem śnieg, choć taki, że wygląda jakby ktoś posypał trawę cukrem pudrem, no, ale jest. Prognoza na Boże Narodzenie niezbyt optymistyczna - ma być 8-9 stopni. Także chyba szczytem świątecznego nastroju było u nas ubieranie choinki przy prószącym śniegu. 

Wczoraj byłam u mojej fryzjerki, wizyta standardowa, bez szału, więc mąż mnie rozpoznał bez problemu, żeby nie było. Powiem wam tak. Może dla kogoś pobyt w salonie stanowi formę odpoczynku, ale ja wychodzę stamtąd tak umordowana, jakbym sama pracowała kilka godzin. Być może bierze się to stąd, że sama zarabiam na życie gadaniem, więc pójście do fryzjera i paplanie non stop przez 2h jest tak męczące, że nie przynosi mi żadnego relaksu. Oczywiście, że się cieszę, że widzę koleżankę fryzjerkę, chciałabym z nią pogadać, ale tak normalnie, przy kawie, a tu ona gada, ktoś gada, tu suszarki nad głową, tu radio i mam mętlik w głowie. No, ale ok, był moment, że siedziałam z odżywką na włosach, więc wzięłam do ręki jakąś kolorową gazetę. Powiem wam, że poczułam się niczym w Seksmisji, kiedy to następuje wybudzenie i świat wygląda już zupełnie inaczej. Kartkuję nerwowo magazyn i jak słowo daję nikogo nie znam! Ani jednej osoby! Ale słuchajcie, nagle jest! Bingo! Kasia Cichopek i Rafał Mroczek! Jest nadzieja dla mnie, myślę sobie. Ale potem się przyglądam bliżej i okazuje się, że oni jacyś tacy ... starzy już. Wiecie, tak jakby już z innego pokolenia celebrytów, takie duchy przeszłych celebrytów (niczym Dickensowe Ghosts of celebrities Past) No i wracając do Seksmisji, ja chyba przez ostatnie kilka lat byłam zamrożona. Odkąd na świat przyszły dziewczynki, kompletnie nie wiem, co się dzieje w tamtym świecie. Nigdy jakoś za bardzo mnie to nie interesowało, ale oglądałam czasem jakiś tam program i rzuciło mi się w oczy jakieś nazwisko. A teraz? Nie to, że jakoś mi to przeszkadza, ale zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo zmieniło się moje życie. Nie wiem, czy wam opowiadałam, ale kilka lat temu miała miejsce taka sytuacja. Mój mąż wybrał się na basen. Oprócz pływania, zawsze lubił też zajrzeć na saunę i do jacuzzi. Siedzi, relaksuje się, a tu nagle do tej samej wanny (czy jak to nazwać) wchodzi właśnie wspomniany przeze mnie Rafał Mroczek. (albo jego brat - trudno stwierdzić) Te kilka lat temu, to jeszcze można było się pochwalić takim podniosłym wydarzeniem, a teraz? No cóż. Teraz nawet sytuacji nie uratowałoby zdjęcie w tym jacuzzi. Już słyszę te pytania: Że kto to jest? Jak się nazywa? Nie znam...

To w zasadzie tyle u nas :) Mam nadzieję, że przygotowania idą wam dobrze, w końcu nie zostało nam wiele czasu!

Udanego tygodnia!