wtorek, 6 sierpnia 2019

Pójdź za mną, a powiem ci jak masz żyć.


Jakiś czas temu postanowiłam założyć konto na Instagramie. Nie prywatne, takie "światkowe". Na początku rzadko tam zaglądałam, z czasem jednak mogę powiedzieć, że "wkręciłam się" w cały ten IG świat. Dlaczego? Chyba dlatego, że znalazłam tam dużo inspiracji do podróży. Polubiłam profile związane z miejscami, które lubię, które mnie interesują, a ludzie polubili z kolei moje konto. Poznałam też kilka fajnych rodzin, dziewczyn polecających dobre książki i przepisy kulinarne oraz miłośników ogrodów. Ja ze swojej strony dzielę się naszym życiem codziennym, zdjęciami ciekawych miejsc w Polsce i innych krajach, oraz pasją, którą dopiero zaczynam, czyli mój ogródek :)

Od jakiegoś czasu zauważyłam ciekawe zjawisko. Po kolejnym wrzuconym przeze mnie zdjęciu, przybywało mi kilku do kilkunastu nowych obserwatorów. Jednakże w momencie, gdy ja polubiłam profil któregoś z nich, on przestawał lubić mnie. Zastanowiło mnie to, gdyż ja nigdy czegoś takiego nie praktykowałam. Zaczynałam kogoś obserwować, bo albo znałam go już wcześniej i lubiłam (np. inne koleżanki z bloga) albo podobały mi się jego zdjęcia, miejsca, zawartość postów. Okazało się, że większość z kont, które znikały to albo konta osób poszukujących sławy, których nie interesuje to, co wrzucam ja, albo tzw. influencerzy


Kim właściwie jest influencer?

Definicja nie jest prosta. Z angielskiego influence, czyli wpływać na coś lub na kogoś. Zwykle w ten sposób określana jest osoba znana, mająca możliwość wpływu na decyzję czy opinię innych. W praktyce jednak, wszyscy przecież posiadamy możliwość wpływania na decyzje innej osoby. Dlatego też influencerem może być każdy, pod warunkiem oczywiście, że posiada pewne umiejętności. Dzisiejsze możliwości w postaci prowadzenia bloga, vloga, konta na Youtubie, Snapchacie lub innym portalu społecznościowym, to możliwość dotarcia i wpłynięcia swoją opinią na grono co najmniej kilkuset osób, a w przypadku osób bardziej znanych ta liczba jest o wiele, wiele większa.

Influencerzy 
potrafią bardzo skutecznie wpływać na opinię innych. Umiejętnie budują wokół siebie grupę lojalnych odbiorców, z którymi łączą ich silne relacje i zainteresowania. W ten właśnie sposób czujemy się blisko związani z nimi, prawie tak, jak byśmy znali się osobiście. Zwróćcie uwagę w jaki sposób pisane są niektóre posty. Niczym chwyty reklamowe trafiają do nas hasła: "Nie dajmy się!" "Nie pozwólmy się tak traktować", "Takiemu zachowaniu mówię stanowcze nie!" I cała rzesza fanów już wie, że skoro taki bloger mówi NIE, to jest to uzasadnione. My też musimy być na NIE. I w drugą stronę. Jeśli ten sam bloger, swoim nazwiskiem podpisuje się pod jakimś produktem, czy też kampanią, to mamy poczucie, że musi to być coś dobrego. Ich pozytywna rekomendacja często warta jest więcej niż wysokobudżetowa kampania reklamowa. Porównajmy więc odbiór polecanego kosmetyku przez nieznajomą panią z reklamy telewizyjnej, a "blogowej koleżanki", która zapewnia nas, że testowała dany produkt i jest super. Widać różnicę? Takie nastały czasy. Chcemy czuć się ważni, rozumiani, chcemy by podchodzono do nas indywidualnie. To smakowity kąsek dla influencera. On wie doskonale jak nas dopieścić, byśmy czuli się dobrze i poszli polecaną ścieżką. Influencer nie tylko zatem wpływa na odbiorców, ale posiada trwałe relacje z masowymi odbiorcami, którzy bardzo silnie się z nim utożsamiają. Jeżeli do tego jest on postrzegany jako ekspert w danej dziedzinie, jego opinia stanie się naszą opinią. 

Inną kategorię influencerów tworzą również osoby publiczne - politycy, sportowcy, dziennikarze czy po prostu celebryci, ale ich strefa wpływu sięga najczęściej znacznie dalej niż na przykład zwykłego blogera. Magazyn Time, zaprezentował listę najbardziej wpływowych influencerów, na której znaleźli się między innymi prezydent Donald Trump, znany raper, aktywistka, czy książę Harry z małżonką. Jest to tak ogromna siła i moc, że wykorzystana w niewłaściwy sposób, może kogoś nawet zniszczyć.


Przykładem znanego influencera z naszego kraju może być Ewa Chodakowska, nazywana "trenerką wszystkich Polaków". Instruktorka fitness, trenerka personalna, autorka wielu książek, w których propaguje zdrowy styl życia, której facebookowy profil polubiły blisko dwa miliony ludzi. Jest autorką książek, pojawia się w programach telewizyjnych. Przez jednych uwielbiana, przez innych krytykowana, ale trzeba przyznać, że wiedziała jak się wypromować. Czy Ewa Chodakowska naprawdę jest najlepsza? Trudno stwierdzić. W Polsce mamy ogromną ilość trenerek fitness, jednak jak widać to nie wystarczy. Jak to powiadają, trzeba umieć się sprzedać.

Co więc trzeba zrobić, by zostać influencerem?


Przede wszystkim influencer musi być aktywny w mediach społecznościowych, publikować treści, by w ten sposób powoli budować swoją markę. Musi być na bieżąco z newsami z branży, chętnie dzielić się swoją opinią, wiedzą czy doświadczeniem. Aktywne uczestnictwo np. w branżowych konferencjach i spotkaniach daje fanom poczucie, że osoba ta jest godna zaufania, a co za tym idzie jej opinia jest dla ważna. Jeśli Ewa Chodakowska mówi, że tylko takie ćwiczenie pomoże pozbyć się brzucha, to na pewno tak jest, nieprawdaż? Ona wie co mówi, spójrzcie tylko jak sama wygląda. Tak to działa. 

Granfluencerzy

Jeśli wydaje wam się, że media społecznościowe przeznaczone są tylko dla młodszych pokoleń i królują w nich wyłącznie ludzie młodzi, jesteście w błędzie. Wyodrębniono bowiem nowy typ influencerów – granfluencerów. Jak określa BBC, są to stylowe babcie i dziadkowie lub po prostu osoby starsze, które stały się liderami opinii w internecie i często posługują się social mediami lepiej niż my. Pokazują oni, że możemy czuć się dobrze będąc sobą niezależnie od wieku. Ich profile są pełne kolorów, stylu oraz dystansu do siebie i świata. Uczą oni, że życie osoby powyżej po 70-tce, 80-ce, a nawet 90-tce nie musi bowiem oznaczać wyłącznie ciepłych kapci.
źródło:Instagram/baddiewinkle


No dobrze, do czego zmierzam :) Całkiem niedawno otrzymałam zapytanie, czy chciałabym wziąć udział w pewnym projekcie, jako influencer parentingowy. Influencer parentingowy?! I tak wiecie zaczęłam się zastanawiać. Z jednej strony to przecież nic złego być takim influencerem, pod warunkiem, że "sprzedajesz" rzeczy dobre, a myślę, że ja akurat złych treści nie propaguję. Gdybym więcej się udzielała, szukała reklamy, poznawała ludzi, mogłabym być bardziej popularna. A za tym idą pieniądze. No właśnie.
Przedsięwzięcie po części wiązało się z adopcją, jednak czy aby na pewno? Czy temat adopcji nie ma przypadkiem jedynie zdobyć większej liczby odbiorców, a co za tym idzie pieniędzy dla twórców? Oddziaływanie na nasze najniższe instynkty jest na to dobrym sposobem. 

Czy na adopcji da się zarobić?

Rodzice adopcyjni zawsze z oburzeniem ripostują wszelkie tego typu insynuacje. I choć faktycznie z racji tego, że jesteśmy normalną rodziną, na równi z biologiczną, nie dostajemy z tytułu adopcji żadnych dodatkowych korzyści materialnych, to uważam, że da się zarobić. I to bardzo dobrze. Za ten projekt, o którym wam wspomniałam wyżej, dostałabym pieniądze. Zobowiązałabym się już na wstępie polecić wam coś, co jeszcze nie wiem, czy będzie dobre, czy też nie. A skoro się zobowiązałam, to musiałabym tego zobowiązania dotrzymać. Im większa popularność, tym wyższa stawka dla mnie. Co zrobić, żeby zdobyć większą publikę? Wyobraźcie sobie, że teraz zaczynam wstawiać na blogu, na IG, na FB i w innych mediach, swoje zdjęcia, zdjęcia dzieci, naszej rodziny. Pisałam wam ostatnio o tym, jak zostałam okrzyknięta prawie świętą przez niektórych. Nie uważacie, że gdybym do tego co piszę dorzuciła zdjęcia i więcej się udzielała, to nie miałabym większej liczby odbiorców? Myślę, że tak. Pamiętam jak Olitoria pisała, że gdy wrzuciła swoje jedno zdjęcie do któregoś z postów, statystyki oszalały. No to wyobraźcie sobie teraz, gdybym zaczęła wrzucać zdjęcia dziewczyn, swoje (po przerobieniu może i nawet całkiem fajne ;)) czy nie zyskałabym w waszych oczach? I nie chodzi mi oczywiście o to, czy ktoś jest ładny, czy nie, ale o to, że stałabym się bardziej wiarygodna. Widząc jak ktoś wygląda, jeszcze bardziej się z nim utożsamiamy, a to daje nam większe poparcie. Treści? Proszę bardzo. Doskonale wiem, co przynosi większą popularność, co pisać, by ludzie "lajkowali", by udostępniali dalej. Do tego hasło typu "proszę udostępniajcie, niech wszyscy się dowiedzą jakie to ważne" i gotowe. Od czasu do czasu jakiś filmik na YouTube i kolejni fani przybywają. Choć czasy Big Brothera według mnie skończyły się, ludzie nadal uwielbiają żyć życiem innych. Tylko w trochę inny sposób. Popatrzcie jakie poparcie mają YouTuberzy, którzy nie rzadko publikują treści zerowej wartości. Inni pokazują przemoc, czy głupotę. Ale to się sprzedaje. 
Wróćmy jednak do naszego tematu. Nie da się zarobić na adopcji? Oczywiście, że się da. Tak jak na wszystkim. Tylko od nas zależy, w jaki sposób podejdziemy do tematu. Szczerze mówiąc ja bardzo chętnie wzięłabym udział w jakimś przedsięwzięciu, które ukaże prawdziwe oblicze adopcji, w pewien sposób ją odczaruje. Ale jeżeli mam propagować adopcję jako litość nad biednymi dziećmi, by ktoś mógł na tym zarobić, to jestem przekonana, że nie chcę być tego częścią. Nie twierdzę, że ta propozycja była właśnie tego rodzaju, ale kto wie.

Ponad rok temu, udzieliłam wywiadu na temat adopcji do znanego wszystkim miesięcznika Zdrowie. Nie otrzymałam za to żadnego wynagrodzenia. Ba! Nawet nie przyszło mi do głowy, by o to pytać. (pomijam, że pewnie i tak bym nic nie dostała ;)) Ale pomyślałam sobie, że może z tego wyjdzie coś dobrego, może ktoś, kto się waha przeczyta i zgłosi się do ośrodka. Może ktoś, kto właśnie przeżywa porażkę kolejnej, nieudanej próby zajścia w ciążę zatrzyma się na chwilę i pomyśli, że są jeszcze inne drogi do rodzicielstwa. Poza satysfakcją, że "byłam w gazecie" otrzymałam jeszcze jedno wynagrodzenie - nowego, wiernego czytelnika bloga w postaci mojej pani redaktor, która gdzieś tam mnie wylukała w tym internecie i nasza współpraca zaowocowała przyjaźnią, którą do tej pory utrzymujemy :) I to jest dla mnie fajne. Jeśli ona powie mi, że SPA, w którym ostatnio była jest super (oj zazdroszczę tego wyjazdu) to ja wiem, że tak jest. Jeśli któraś z moich poznanych tu na internecie znajomych poleci mi jakiś produkt, czy miejsce, będę wiedzieć, że mówi szczerze, a nie dlatego, że ktoś jej za to zapłacił. 
Oczywiście można powiedzieć, że influencer tak jak reklama, tylko podaje mi gotowy produkt na tacy, a ode mnie zależy, czy go wezmę, czy nie. Ale podczas gdy reklama jest skierowana do wszystkich, jest bezosobowa, tak influencer niczym nie różni się dla mnie od manipulatora, który pod maską mojego "przyjaciela", czy "znajomego" próbuje zarekomendować produkt, za który dostaje wynagrodzenie. Nie twierdzę, że ten produkt jest zły, broń Boże. Ale ja chyba bym tak nie umiała napisać, że byłam na spacerze z moim dzieckiem (adoptowanym - to ważne) i nagle zrobiło się chłodno, więc włożyłam małej sweterek firmy H&M, który ostatnio zakupiłam w bardzo dobrej cenie na wyprzedaży. Ale spieszcie się! Ta wyprzedaż trwa tylko do końca tygodnia, więc co jeszcze robicie przez komputerem? Szybciuteńko do sklepu, myk, myk ;) 

Wiele osób zarabia na blogu. I w sumie dlaczego nie. Jeśli ktoś prowadzi na przykład bloga podróżniczego, który staje się popularny i taka osoba dostaje propozycję napisania przewodnika, to dlaczego nie? Przecież w pewien sposób hobby to jego praca. Każdy z nas poświęca mnóstwo czasu na stworzenie jednego posta. Nie mówiąc o innych rzeczach. Za spotkania z kandydatami w ośrodku, na które co jakiś czas jeżdżę, nie dostaję żadnego wynagrodzenia, robię to społecznie. Pieniędzy z tego nie ma, ale za to dostaję coś wiele cenniejszego, nowe przyjaźnie, doświadczenie, satysfakcję. Gdyby ktoś zaprosił mnie jednak na płatną konferencję, czy wykład, nie mówię, że nie przyjęłabym propozycji. Ale pieniądze grają tu mniejszą rolę, nigdy nie są dla mnie priorytetem. Dlatego nie zawracam sobie głowy czytaniem wpisów, w których po dwóch zdaniach wiadomo już o co chodzi. Influencer posiada w swojej dłoni bardzo potężną i niebezpieczną broń w postaci sznurków, którymi może sterować nami niczym marionetkami. Pamiętajmy o tym. 

* Od H&M nie otrzymałam żadnych profitów. Firma została wspomniana przypadkowo;)






Źródło informacji: www.socialpress.pl / www.whitepress.pl




środa, 31 lipca 2019

Cała prawda o rodzicielstwie.



Nie mogę uwierzyć, że lipiec już się kończy i w zasadzie połowa wakacji za nami. Czas mija nam bardzo błogo: wstajemy nie wcześniej niż 8.30-9.00 (to znaczy my, dziewczyny, bo pan mąż na 7 do pracy ;) ) jemy śniadanko (jak pogoda pozwala to na tarasie), dziewczyny myją ząbki, ubierają się i idą się bawić. Ja w tym czasie biorę prysznic i też się szykuję. Potem czytamy książeczki a ja piję kawkę na pobudzenie. Następnie czas dla ogródka, czyli codzienny obchód połączony z podlewaniem suchych miejsc. Dziewczyny w tym czasie zwykle szaleją na hulajnogach lub rowerkach. I tak czas mija, sami wiecie jak to jest. Obiad, potem wraca mąż, jakieś zabawy, praca w ogródku i dzień się kończy. W wakacje dzieci chodzą trochę później spać. Pogoda ładna, więc aż żal zaganiać je do domu, tym bardziej, że nie muszą wstawać wcześnie. Zalegam też z czytaniem waszych blogów, ale obiecuję poprawę :)

Ostatnie posty były dość poważne, więc dziś tak na luzie, o rodzicielstwie. Ciekawa jestem jak to wygląda u was, tam gdzie są już dzieciaki i czy jest coś, czego może obawiają się pary, które już za chwilę zostaną tymi rodzicami ;) Ja szczerze mówiąc nie myślałam o tym jak to będzie, ale potwierdzam, wiele rzeczy się zgadza! No dobra, od początku :) Kolekcja jest po angielsku, ale dołączę do niej swój komentarz i dowolne tłumaczenie dla tych, którzy nie znają zbyt dobrze.

1. Czynności codzienne

Też tak macie? Wstajecie rano, niby tyle godzin przed wami. No choćby tak jak ja teraz na wakacjach. A potem mój mąż wraca z pracy i pyta z uśmiechem: zrobiłaś dziś coś pożytecznego? A ja jedyne co potrafię odpowiedzieć właśnie tamtego dnia to, że zrobiłam hennę sobie i mojej mamie... A gdy wieczorem dzieci pójdą spać i faktycznie jest ta odrobina czasu na coś wartościowego i znaczącego, to zdarza się, że i tak kończy się na czymś zupełnie odwrotnym ;)

- Popatrz co mam, duży kawał czasu! Wykorzystam go możliwie jak najlepiej.

- No dobra, resztę możesz oddać mnie (ważne i znaczące rzeczy)
Konsternacja. Wybieram Netflix...



2. Usypianie. 

Ten temat jeszcze czeka na osobny wpis, ale nie raz było tak jak na obrazkach. Człowiek się wyślizgiwał z pokoju tak, żeby dziecko się nie obudziło. 




3. Czas

Zgadzam się w 100% . Jako dziecko ten czas płynął zupełnie inaczej. W szkole zanim była środa, czyli pół tygodnia, wydawało się, że minęły wieki. Potem czas przyspieszył, ale jakoś zawsze udawało się znaleźć miejsce dla wielu czynności. Odkąd mam dzieci, okazuje się, że da się zmieścić jeszcze 100 innych rzeczy, ale czas płynie faktycznie tak, jakbym spadała z wysokiej góry.



4. Halo, halo!! Tu jestem!!

Macie jakieś sposoby na to, żeby zwrócić czyjąś uwagę? U mnie oczywiście jest tak, że jak wołam dzieci na jedzenie to przyjdą od razu. Gdy proszę o posprzątanie czegoś, to jak uderzanie piłką o ścianę. Co?, słyszę, choć to piąty raz, kiedy powtarzam, a one się zachowują, jakby słyszały to pierwszy raz. Mąż nie jest lepszy. Kiedy czasem mówię coś ważnego, wpuszcza jednym uchem i wypuszcza drugim, ale jak mówię mu, że jest głuchy to jednak zawsze słyszy ;) Tu, na obrazku, pani mówi, że jest naga. Jak widać  taka metoda skutkuje ;) Kotów nie mam, nie mogę się wypowiadać, ale być może to prawda, że sam dźwięk otwieranego jedzenia zwróci ich uwagę. A kto usłyszy, gdy my potrzebujemy pomocy? ;)



5. Pokaż mi swój pokój, a powiem ci kim jesteś. 

Może lepiej nie... ;)

A jak u was to wygląda? Tak jak na obrazkach? (odpowiednio: pokój męża, samochód męża, mój pokój, mój samochód)

6. Najlepsza kołysanka

Nie możesz spać? Poproś męża o typowo męskie historie - zaśniesz w 5 minut ;) Szczególnie polecane tematy: samochody, świat technologii i komputerów.


7. Weekend kiedyś i dziś.

Weekend to zdecydowanie czas zupełnie inaczej odbierany, kiedy nie masz jeszcze dzieci i jak już zostaniesz rodzicem. Kiedyś te dwa dni oznaczały totalny relaks, spanie do późna, balowanie do wieczora. Z dziećmi to już inny wymiar. I choć my akurat lubimy spędzać z nimi czas, to przyznaję, weekend wygląda zupełnie inaczej niż kiedyś. A jak jest u was? Czekacie czasem na poniedziałek? ;)





8. Dodatkowa przestrzeń w żołądku.

Według mnie ta scenka jest prawdziwa nie tylko odnośnie dzieci. 

-Skończ jeść.
- Już się najadłem.
- Chcesz lody?
-Tak!
Myślałam, że mówiłeś, że masz już pełny brzuszek i nie ma miejsca na lody.
Lody trafiają do innego brzuszka...

Skąd my to znamy, więcej nie zjem, ale deser zawsze się zmieści, prawda? Gdzieś kiedyś przeczytałam, że słodkości trafiają po prostu do innej komory ;) 


9. Chory maluch w domu

Chore dziecko to bardzo przykry widok. Często wolelibyśmy zamienić się z nim i samemu źle się poczuć. Ale, czy na pewno ;) Uważajmy czego sobie życzymy, może się sprawdzić ;) Sami zobaczcie:



10. Wyrzuty sumienia

-W ogóle nie spotykam się z przyjaciółmi, nie prowadzę życia towarzyskiego :(
Ale gdy wyjdę z domu:
- Co ja tu robię, powinnam być w domu z dziećmi :(


11. Małżeństwo oczami dziecka i rodzicielskie dylematy.

Poranek:
- Kocham cię tato.
- Ja też cię kocham.
-Wyjdę za ciebie kiedy dorosnę.
(mama) ... zaraz, przecież on już jest żonaty, ze mną
(tata do mamy) - Czy to jakiś nowy etap?
-Tak, wszystkie małe dziewczynki tak mają.

Popołudnie:
- Mamo, wyjdę za Oliwiera.
- Co?!
- Kto to jest Oliwier?
- Kolega z klasy. 
(mama do taty) - Czy ona nie jest za młoda, by mówić o takich rzeczach?
- Hmm, być może.

Wieczór
- Tęsknię za Nickiem. Był taki zabawny.
- Nick, twój kolega z przedszkola?
- Tak, chcę za niego wyjść!
- A co z Oliwierem?
-Oliwier jest moim chłopakiem, ale wyjdę za Nicka.
- Jesteś pewna?
(mama do taty)
- Zdecydowanie coś jest nie tak. Powinniśmy z nią porozmawiać.
- Miejmy na nią oko.

Późny wieczór.
- Już długo siedzisz, czas wychodzić.
- Jest tak przyjemnie, kocham kąpiel :)
Wyjdę za mąż za moją wannę!
(mama z tatą ocierając pot) - Ufff, nieważne.

Kurtyna ;)


12. Naturalny wyraz twarzy

Też tak macie? Powiem szczerze, że czasem trudno nam zrobić zdjęcie, na którym wszyscy dobrze wyglądamy. I dobrze nie mam na myśli modelowo, tylko po prostu mając w miarę normalną minę. Kiedy już myślimy, że się uda, któraś albo się odwróci, albo pokaże język. I pomyśleć, że kiedyś miałabym do dyspozycji kliszę i 36 możliwych zdjęć .

13. Jak dwie krople wody


- Mama!
- Czy to możliwe, że wyglądam choć trochę jak ona?

- Tata!
- Oh, nieważne...

Tu przypomina mi się scenka, w której ze 2 lata z hakiem temu, kolega Elsy podbiegł do mnie przed kościołem wołając "mama" 
Mój mąż pyta: Chcesz mi coś powiedzieć? Na co odpowiedziałam mu, że tak, urodziłam dziecko bez jego wiedzy. Najśmieszniejsze było to, że podchodził do nas kilka razy (siedzieliśmy na dworze) po czym łapał go jego ojciec, a raz nawet podeszła kobieta podająca się za jego matkę ;) Chyba tę prawdziwą. Spotykamy go do tej pory, ale mnie nie pamięta a mój mąż ma ubaw mówiąc, że mój syn mnie odrzucił. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że prócz płci nic a nic nie przypominam jego mamy...


14. Najlepszy tata na świecie

Tak ubiera się mężczyzna zanim ma dziecko (obrazek nr.1)
A tak ubiera się, gdy ma dziecko (obrazek nr.2)
Zaraz, zaraz. Czy to nie ten sam sweterek i spodnie?
No dobrze, przyjrzyjmy się bliżej: mieniące się błyskotki, słodkie ozdoby, wspaniałe paznokcie. Na to mężczyzna pozwoli tylko swoim dzieciom ;)

15. Prezent kiedyś i dziś

(Kiedyś- obrazek 1 i 2)
- Kochanie, jaki chciałbyś prezent?
- Hmm, nie wiem.
- Wszystkiego dobrego z okazji urodzin!
(Teraz - obrazek 3 i 4)
- Kochanie, jaki chciałbyś prezent?
- Hmm, nie wiem.
- Zabieram dzieci! Wszystkiego dobrego z okazji Dnia Ojca ;)


16. Pobudka!

Rok szkolny, 8 rano.
- Wstawaj! Szkoła!

Wakacje, 6 rano.
- Mamo, co będziemy dzisiaj robić?

Brzmi znajomo? ;)



17. Wymiar ciszy

Przed dziećmi (obrazek 1 i 2)
(Łup!) 
- Słyszałeś to? 
- Boję się...

Gdy masz już dzieci. (obrazek 3 i 4)
- Coś cicho od jakiegoś czasu.
- Boję się...


18. Pakowanie na wakacje.

Ja, kiedy byłam młoda: wariacje i kombinacje.
- Naprawdę potrzebujesz aż tylu rzeczy?
- ĆĆĆĆ, nigdy nie zrozumiesz.

Ja obecnie: walizka dzieci i walizka moja ( jedna para jeansów, jedna para wygodnych butów, żakiecik gdyby zrobiło się chłodno)

A jak jest u was? U nas podobnie. Za każdy razem biorę mniej rzeczy dla siebie, bo i tak chodzę w tych ulubionych ;) 



19. Basen z dzieckiem.

Byliście kiedyś na basenie z małym dzieckiem? Nie? No to powodzenia. Dla zachęty graf poniżej, prezentujący podział czasu na poszczególne jednostki związane z taką wyprawą.

(kolejno od największej niebieskiej części)
* jazda samochodem
* przebieranie dziecka w strój kąpielowy
* przekonywanie dziecka do zrobienia siusiu
* pływanie 
* pójście z dzieckiem do toalety
* prysznic
* ubieranie i suszenie włosów
* szukanie dziecka, które schowało się gdzieś w szatni



20. Wynalazek

* Smartfon to najlepszy wynalazek, szczególnie kiedy tyle czasu schodzi na uśpienie Alego.
* Zwycięstwo!
* (dzyń, dzyń) Głupi telefon!


A wy korzystacie z takich okazji? ;)



No cóż, rodzicielstwo potrafi być wymagające ;) Ale sami przyznajcie, na pewno znalazła się choć jedna sytuacja z którą możecie się utożsamić, albo znacie kogoś, kto dokładnie to przeżywa :)





*Adapted from:www.boredpanda.com

piątek, 26 lipca 2019

Czym jest adopcja dla dziecka. Historie prawdziwe.


zdj:adoptivefamilies.com


10 sierpnia, Rodzina Zastępcza Marty

9.00 To już dziś. Dziś mam poznać swoich nowych rodziców. Od jakiegoś czasu stoję w oknie i patrzę czy przyjdą na piechotę, przyjadą samochodem, a może autobusem? Przystanek jest przecież niedaleko, może uda mi się dojrzeć ich między drzewami.
9.45 Nie znam się za bardzo na zegarku, ale to już chyba niedługo. Zaczęły boleć mnie nogi, więc musiało już minąć trochę czasu.
10.00 To chyba oni! Pani dość wysoka, wygląda na sympatyczną. Pan szczupły, z brodą. Serce wali jak oszalałe. 

1 października, Dom Małego Dziecka

Mam 9 tygodni. Choć od jakiegoś czasu jestem wolna prawnie i mogłabym już wreszcie iść do domu, muszę tu zostać jeszcze tydzień. Pani, która ma coś tam podpisać, jest właśnie na urlopie. Nie jest tu źle, bo mam mleko (o które bardzo głośno krzyczę, bo nie lubię czekać) i suche pieluszki. Przychodzą różne ciocie i przytulają nas. Jestem jedyną dziewczynką na sali. Kubuś, ten maluch w rogu, ciągle płacze. Nie wiem dlaczego, przecież nic takiego się nie dzieje. Ten drugi Kubuś jest małomówny. Nawet nie patrzy na osobę, gdy przychodzi go karmić. Dziwny jakiś. A ten Antoś, ten, na przeciwko mnie, taki chudzina. Podobno jest starszy ode mnie, a taki malutki. Nie wiem, może chory jakiś. No nic, już niedługo będę w domu. Tak mówi pani Henia.

10 sierpnia 

10.30 Wreszcie są. Mama i tata. Biorę ich za rękę i prowadzę do ogródka. Pokażę im tę piękną różę, która zakwitła kilka dni temu. 
Fajnie spędzamy razem czas. Pytają co lubię robić, kto jest moim ulubionym bohaterem z bajek i co lubię jeść. Ucieszyli się, że lubię zwierzęta. Podobno mieszkają na wsi i mają kilka psów, koty a nawet krowy! Mówili, że jak dobrze pójdzie to kupią też konia. To byłoby wspaniale, to moje marzenie. Obiecują, że wrócą za dwa dni. Będę czekać.

12 sierpnia

9.00 Szybko zjadam śniadanie i biegnę do okna. Ciocia mówi, że jeszcze nie dzwonili, ale ja wiem, że przyjdą. Przecież obiecali.

14.15 Zaraz obiad. Nawet nie mam ochoty nic jeść, choć jest moja ulubiona zupa. Nadal nie dzwonią. Za oknem cisza.

21.00 Poduszka mokra od łez. Nie przyjechali. Już nie wrócą. Marzenia prysły. 

8 października

10.30 Mam ochotę na drzemkę po butelce mleka, ale ciocia mówi, że będziemy się teraz ubierać odświętnie. Cokolwiek to znaczy, mam nadzieję, że potrwa szybko, bo naprawdę jestem zmęczona. Ziewam, gdy przez moją głowę wędruje sukieneczka. I jeszcze ta opaska na głowę, nie wiadomo po co. 
- Chodź, idziemy poznać twoich rodziców, słyszę w końcu.

11.00 Wchodzimy do tego pokoju na dole, tego co to tylu gości przychodzi. Nigdy tam nie byłam, więc jestem bardzo ciekawa, czy będą jakieś nowe zabawki. 
O, są jakieś na kanapie. Ale zaraz, ciocia daje mnie tej miłej pani, która stoi przy stole i patrzy ma mnie. Nie wiem za bardzo co się dzieje, czy to są ci rodzice, o których mówiła ciocia? Chyba tak. Pani przytula mnie i przedstawia się. To mama. Ten pan też całkiem miły, choć nie bardzo wiedział jeszcze jak poradzić sobie ze zmianą mojej pieluszki. To tata. Rodzice bawią się ze mną chwilę, a potem zasypiam w ciepłych ramionach mamy. 

14 sierpnia

Dwa dni płakałam w poduszkę. Dziś ciocia mówiła, że zadzwonił ktoś z ośrodka i niby mają przyjechać ci rodzice. Ale jak mam w to wierzyć, skoro powiedzieli, że przyjadą za dwa dni, a mija czwarty? A może przyjadą inni? Czuję się okropnie. Tak bardzo chciałabym mieć mamę i tatę.

17 listopada

Hurra! Wreszcie możemy pojechać do domu. Mama i tata zakupili taki specjalny fotelik do przewożenia mnie. Jest mi w nim wygodnie i nawet mogę się zdrzemnąć jeśli chcę. Pierwszy raz będę jechała samochodem. 

13.00 Po godzinie jazdy mam dość. Płaczę, co nie zdarza się często, więc mama i tata nie wiedzą co robić. Nie wiem jak inaczej im przekazać, że na dłuższą metę, nie bardzo mi się podoba to jeżdżenie. 

Wieczór. Udaje się dojechać do domu. Jest też z nami dziadek. Wszyscy są umęczeni, ale szczęśliwi. Dziadek nosi mnie po mieszkaniu i pokazuje wszystkie pomieszczenia. Trochę tu obco. Nie ma innych dzieci, nie ma pokoju, gdzie zawsze stoją butelki z mlekiem i nie ma tego długiego korytarza, po którym zawsze chodziliśmy na spacerach. Za to jest takie śliczne łóżeczko z uroczą kołderką. Chyba moje, bo mama i tata raczej się do niego nie zmieszczą. 

Noc. Nie mogę spać. Budzę się i  płaczę. Mama i tata przychodzą do mnie i tulą. Czasem wyjmują z łóżeczka, czasem głaszczą po główce. Trudno mi się przyzwyczaić. 

15 sierpnia

13.30 Dzwonek do drzwi. Nieśmiało wyglądam zza rogu. To oni! Ale czy przyszli po mnie? Czy będę mieć mamę i tatę? Nie pokazuję im się. Wracam cichutko do swojego pokoju i czekam co będzie dalej.

19 listopada

Coraz bardziej mi się tu podoba. Mama i tata są na każde moje zawołanie. To jest fajne. Nie muszę już tak krzyczeć o mleko, bo dość szybko przynoszą butelkę. Chodzimy na spacery, słuchamy muzyki i bawimy się różnymi zabawkami.

20 grudnia

Niedługo pierwsze moje Święta. Nie wiem jeszcze dokładnie co to znaczy, ale mama i tata są bardzo podekscytowani. Dziś przywieźli do domu duże drzewko. Mama mówi, że będziemy je dekorować bombkami i innymi kolorowymi  ozdobami. 
Najbardziej lubię chyba mój pokoik. Jest taki kolorowy. Gdy rano się budzę, patrzę na zwierzątka naklejone na ścianie. Uczę się też włączać pozytywkę, która przymocowana jest do łóżeczka i gra takie fajne melodie.

25 grudnia
Nie mogę spać. Tak bardzo mnie boli, tam, gdzieś w buzi. Płaczę całą noc. Mama i tata noszą mnie na rękach, próbują uśpić, ale to nic nie daje. Jeśli to mają być te święta to ja nie wiem, czy mi się podobają. 


15 sierpnia

14.00 Siedzę jak na szpilkach. Nagle słyszę:
- Marta! Przyjdź do nas proszę
To chyba dzieje się naprawdę. Mama i tata wrócili po mnie. Pytam dlaczego tak późno, dlaczego kazali na siebie czekać. Są trochę zmieszani, nie zdawali sobie sprawy z tego, że wezmę datę tak dosłownie. Ale ja już tak mam. Każda chwila bez rodziców jest cierpieniem. Przepraszają. Mówią, że nigdy więcej mnie nie zawiodą. Jutro jedziemy razem do domu. Dom. Wreszcie.

Pierwsze Urodziny

Dziś kończę roczek. Są goście, ozdoby i tort ze świeczką. Mama i tata pomagają mi ją zdmuchnąć. Już umiem chodzić i to całkiem nieźle. Biegam szczęśliwa za balonikiem. 

16 sierpnia

Wczoraj zapakowałam do walizki wszystkie swoje rzeczy. Nie mam tego zbyt dużo, kilka zabawek, ubrania i kosmetyki. Spoglądam w górę, by upewnić się, że nadal tam są. Mama i tata. Zabierają wszystko co jest moje, po czym żegnam się z ciocią i innymi dziećmi. 
- Jedźmy już.
Siedząc w samochodzie spoglądam ostatni raz na okna domu, w którym spędziłam ostatni rok. Widzę inne dzieci machające w moim kierunku. Pewnie tak jak ja kiedyś, mają nadzieję, że i po nich kiedyś przyjadą rodzice. 

Nowy Dom

Kocham mój nowy dom. Mamy dużo zwierząt i nawet własny ogródek. Razem z mamą uprawiamy tam marchewkę. Nie wiedziałam, że jest taka pyszna. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek ją jadła. Ale najbardziej lubię placki! Tata robi wyśmienite placki. 
Mieszkamy razem z dziadkami, mogę do nich iść kiedy tylko chcę. Mama mówi, że bardzo mnie kochają.

Nadal mam koszmary. Śni mi się moja matka. Nie. Nigdy już jej tak nie nazwę. To potwór. Matka nigdy nie robiłaby swojemu dziecku takich rzeczy.

Pierwsze wakacje

Jedziemy nad morze! Nie do końca wiem co to znaczy, ale to podobno duuuuża ilość wody. A ja kocham wodę. Zabieramy ze sobą dziadków. Myślę, że będzie fajnie. Spakowaliśmy już łopatkę, wiaderko, grabki i koło do pływania. Nie mogę się doczekać!

Telefon

Nie wiem co się dzieje. Mama odebrała telefon i płakała. Potem usłyszałam, że wczoraj urodziła się moja siostra. Jeszcze nie wiem co to znaczy, ale rodzice są bardzo szczęśliwi. Czy przez to nie pojedziemy nad morze?

Przedszkole

Jestem tu nowa. Wszystkie dzieci się znają, więc nie jest łatwo. Dziś śmiali się ze mnie, bo namalowałam słońce w zielonym kolorze. A kto powiedział, że nie może być zielone?

Znów budzę się w nocy. Śni mi się jak zamyka mnie w szopie na podwórzu. Siedzę tak w ciemności kilka godzin. Już nawet się nie boję, przecież to nie pierwszy raz. Wiem, że wróci po mnie. Chciałabym, żeby to był tylko sen.

Decyzja

Mama rezygnuje z pracy. Będzie pomagać tacie i trochę dorabiać, ale najbardziej chce poświęcić się tylko mnie. Przestaję chodzić do przedszkola. Pracuję w domu, z mamą. Rysujemy, śpiewamy, uczymy się wierszyków. Coraz lepiej wszystko mi wychodzi. Mam też już kilka koleżanek i kolegów. 

Szkoda, że mama i tata nie mogli być ze mną od zawsze. Najbardziej żałuję tego, że mama nie mogła mnie urodzić i tulić, gdy byłam mała. Tak bardzo jesteśmy do siebie podobne. Mama śmieje się, że ten charakterek wyssałam z jej mlekiem. Cokolwiek to znaczy. 

Tata dużo pracuje. Bardzo za nim tęsknię. Dobrze, że mamy dla siebie czas w weekendy.

Wakacje

Rodzice zabierają mnie nad morze. Boję się. To pierwszy raz kiedy wyjedziemy z domu na tak długo. Z drugiej strony cieszę się, że zobaczę coś nowego.

Pierwszy Dzień Wakacji

Tęsknię za domem. 

Czwarty Dzień Wakacji

Rodzice zabierają mnie z powrotem do domu. Cały czas płaczę, nie śpię w nocy. Boję się, że stracę dom, że nigdy do niego nie wrócę.

Powrót

Wreszcie czuję się spokojna. W swoim domu. W swoim łóżku. Bezpieczna.

_____________________________________________________

Opowiadanie to powstało na podstawie dwóch prawdziwych historii. Kiedy poznałam Martę, miała dokładnie tyle lat, ile ma teraz moja starsza córka. Szczupła blondynka, trochę wystraszona, schowana za spódnicą mamy. Z drugiej strony uśmiechnięta, pełna życia, starająca się  zaufać ludziom i nauczyć życia od nowa. 

Patrzę na moją córkę, która odkąd skończyła kilka miesięcy była już z nami i porównuję ją z Martą, dzieckiem, które w wieku 5 lat, miało za sobą więcej złych doświadczeń niż niejeden dorosły. Teraz widzę jak ważne jest, by dziecko jak najszybciej trafiło do kochającej rodziny. Teraz rozumiem, dlaczego liczy się każdy rok, każdy miesiąc, każdy dzień. Bo wtedy, kiedy przez pierwsze lata swojego życia, moja córka zbierała szczęśliwe wspomnienia, życie Marty coraz bardziej przypominało jedno pasmo cierpień i rujnowało jej dzieciństwo. Teraz mam namacalne porównanie jak dzieci w tym samym wieku, mogą się od siebie różnić. Jedno na nowo układa sobie życie, próbując uporać się z demonami przeszłości, drugie nawet nie pamięta tego, że kiedyś było samo. Obie dziewczynki adoptowane. Obie umieszczone w rodzinach, które bardzo je kochają, ale jakże wielka przepaść między nimi. Pięć lat maleńkiego człowieka. Pierwszych pięć lat, w których można zranić na całe życie. 












piątek, 19 lipca 2019

Jak wychować szczęśliwe rodzeństwo.


Kiedy zapadła decyzja o budowie domu, zaczęliśmy rozglądać się za kimś, kto mógłby te marzenia przelać na papier (ewentualnie program komputerowy ;)) i naszkicować to, co mieliśmy w głowie. Pewnego dnia zasiadłam wieczorem do przeglądania portfolio różnych architektów i w zasadzie dość szybko znalazłam kogoś, kto tworzył projekty w stylu, który nam się podobał. Dlaczego nie projekt gotowy? A no dlatego, że mieliśmy pewne, można to nazwać wymagania. Przede wszystkim na dole koniecznie chcieliśmy prócz salonu dwa pokoje: mój do pracy i gościnny. Nasza działka jest zbyt mała, by postawić na niej dom parterowy, a żaden z projektów, które nam się podobały niestety nie spełniał tych wymogów. Czy trudno było zaprojektować własny dom? Dla nas nie, ponieważ już mieliśmy w głowie ogólny zarys tego co chcemy, a reszta inspiracji przyszła w trakcie. Nigdy jednak ani ja, ani mój mąż, nie mieszkaliśmy w domu. Oboje wychowani w blokach, mogliśmy równie dobrze mylić się w naszych wyobrażeniach jak to jest posiadać własną przestrzeń i nie dzielić ścian z sąsiadami. Podobno pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi dla sąsiada, a dopiero trzeci dla siebie. A ja wam powiem, że kocham nasz dom do tego stopnia, że za nic w świecie bym go nie oddała, tym bardziej wrogowi ;) Jak więc udało nam się to wszystko? Próbowaliśmy zebrać do jednego worka te rzeczy, których brakuje nam w mieszkaniu, pomyśleć, co by się przydało, co ułatwiłoby życie i co jest nam niezbędne. I nie mówię tu o drogich meblach, ale praktycznym zastosowaniu na co dzień. Dom powstawał w wersji elektronicznej około 3 miesiące i w ciągu tego czasu wiedziałam już, gdzie ustawię kanapę, gdzie chcę mieć zmywarkę, jaką łazienkę i dlaczego. Zamykałam oczy i wyobrażałam sobie siebie gotującą obiad. Gdzie najbliżej będzie odstawić garnek? Gdzie łatwo otworzyć śmietnik? Gdzie usadzić dzieci? Wprowadzając się do domu, czułam się, jak gdybym mieszkała tam od dawna. W moich myślach tysiące razy przecież wchodziłam po schodach, brałam prysznic, siedziałam na kanapie przed kominkiem, czy wychodziłam na taras. Pewnie napsuliśmy trochę krwi architektowi, który owszem, był bardzo dobry, ale widać raczej dbał o wygląd domu z zewnątrz a nie jego praktycznie zastosowanie. Rysował go kilka razy, za każdym dodając coś, na czym bardzo nam zależało. Pracowaliśmy dotąd, dokąd nie osiągnęliśmy wersji zadowalającej. 


Pewnie pomyślicie co to ma do rzeczy, kogo interesuje w jaki sposób powstawał nasz dom, skoro tytuł posta sugeruje coś związanego z dzieciakami. Już wszystko tłumaczę. Jak wiecie niestety jestem jedynaczką, więc cokolwiek robię, by wychować szczęśliwe rodzeństwo, to jedynie przecieranie szlaków i sprawdzanie tego jak wyobrażenie o nim ma się do rzeczywistości. Podobny schemat do projektowania domu. Zastanawiam się jakie relacje chciałabym mieć z siostrą/bratem na każdym etapie mojego życia i próbuję uczyć dziewczynki budowania więzi. Ewentualne poprawki wychodzą jak to się mówi "w praniu".

Jak więc wychować szczęśliwe rodzeństwo? Rozczaruję was, bo powiem, że nie znam odpowiedzi na to pytanie. Dziś mogę jedynie przekazać wam to, co robimy, co działa (na razie) i co z czystym sumieniem mogę polecić (choć gwarancji oczywiście nie daję ;)) Od zawsze chcąc nie chcąc obserwuję również rodziny wielodzietne i choć nie wtrącam się do metod wychowawczych to wiem, czy ja osobiście postąpiłabym podobnie czy zupełnie inaczej.  Widzę jak dorastają moi uczniowie, z którymi mam indywidualny kontakt, patrzę jak zmieniają się poprzez lata. Wyciągam wnioski. Kto wie, może gdy dziewczynki dorosną postanowią dokonać edycji tego tekstu i napiszą wam co wyszło z tych naszych starań. Tylko one będą w stanie stwierdzić, czy miałam rację. 

Pojawienie się młodszego rodzeństwa.

Nowy członek w rodzinie to wydarzenie nie byle jakie, nie tylko dla dorosłych. Często zdarza się, że pierwsze dziecko schodzi na drugi plan, gdy wszyscy są zajęci przygotowaniami do przyjęcia kolejnego potomstwa. Pojawia się naturalna zazdrość i walka o uwagę rodzica. Kiedy różnica wieku między dziećmi jest mała, trudno wytłumaczyć starszemu rodzeństwu co właściwie się dzieje. Dlatego warto zaangażować starszaka w opiekę nad młodszym rodzeństwem i na każdym kroku powtarzać, że jest ono ważne tak samo jak kiedyś. A może nawet bardziej, bo od teraz będzie tym starszym bratem/siostrą. 
Gdy urodziła się Misia, Elsa tak naprawdę nie miała pojęcia co się dzieje. Słowo "siostra" miało dopiero nabrać znaczenia, ale koło łóżeczka postawiliśmy zdjęcie Misi, jakie dostaliśmy od jej opiekunów zanim ją poznaliśmy. Niczym mantrę powtarzaliśmy "Gdzie jest twoja siostra?" , a ona z uśmiechem pokazywała zdjęcie. Gdy pojechaliśmy razem zabrać ją do domu, szału nie było, dzidzia jak dzidzia, Elsa pogłaskała ją po rączce i poszła się dalej bawić. Stała się siostrą z dnia na dzień. Nie widziała rosnącego brzucha, nie była więc w stanie przygotować się na jej przyjście. Wyobrażam sobie, że gdybym była w ciąży, odbyłoby się to zupełnie inaczej. Pomimo tego, że była mała, pokazywałabym jej rosnący brzuszek, rozmawiała z nią. 

Siostra vs. dzidzia.

Za radą pani z ośrodka, o nowej członkini naszej rodziny nigdy nie mówiłam w rozmowie z Elsą dzidzia, tylko zawsze siostra. Dzięki temu czuła ona od samego początku, że maluch jest kimś więcej niż tylko kolejnym napotkanym małym dzieckiem. Z początku nie akceptowała tego, że Misia ma taki sam status i jest takim samym dzieckiem jak ona, ale z czasem zrozumiała, że rodzina to nie tylko 2+1. Minęło jednak wiele miesięcy. Póki siostra nie zaczęła chodzić i mówić, cały czas czuła, że to jednak ona jest ważniejsza. Powoli, stopniowo, Misia zaczęła osiągać ten sam status co pierwsza córka. Jak jest dziś? Dziś oczywiście doskonale rozumieją podział ról. Jest mama, jest tata i są dwie córki. Siostry. Naturalne.

Różnica wieku.

Różnica wieku jest bardzo ważnym czynnikiem w tworzeniu relacji między dziećmi. Na początku to oczywiście przepaść. Nawet u nas, gdzie jest ona mała, widać było to jak na dłoni. Oto przed sobą mamy jedną córkę, która już chodzi, mówi i wszystko rozumie, i mamy niemowlę, które dopiero poznaje świat. Nie jest to możliwe, by dzieci były na jednym poziomie, ale od samego początku można je uczyć wspólnej zabawy, wspólnego zaangażowania w jakąś czynność. Do dziś pamiętam taką sytuację jak Elsa kładzie na siebie pieluszkę, zdejmuje ją i robi siostrze a -kuku. Tamta śmieje się śmiechem, który do tej pory można czasem od niej usłyszeć :)) Gdy Misia nie potrafiła jeszcze chodzić, siedziała w bujaczku a Elsa np. przynosiła jej książeczki i "czytała", albo karmiła z butelki. Gdy już była starsza, (jedna mniej więcej 7-8 miesięcy, druga rok z hakiem), godzinami mogły siedzieć w koszu na pranie. 
Jeśli różnica wieku jest większa, trudno o podobne zabawy. To oczywiste. Pamiętajmy jednak, że młodsze dziecko zawsze patrzy z podziwem na rodzeństwo. Warto to wykorzystać i zaangażować je w różne czynności. Jeżeli starsza pociecha odrabia lekcje, maluch też może "robić pracę domową" Wystarczy tylko dać mu kredki i kupić zeszyt. Można lepić razem z plasteliny, rysować i w zasadzie robić wszystko, tylko na innym poziomie. Wszystko da się osiągnąć i wypracować, ale nic nie przychodzi z dnia na dzień. Wymaga to od nas zaangażowania i pracy, powtarzania tysiące razy tego samego. Ale uwierzcie mi. Warto.

Dwie indywidualności.

Choć dzieci mają tych samych rodziców, pamiętajmy, że każde z nich jest indywidualnością, kimś wyjątkowym. Kasia lubi jabłka, a Marysia gruszki. Michał woli układać puzzle, Janek jeździć na rowerze. Nie ukrywam, że dla rodziców najłatwiejszym rozwiązaniem, jest wrzucenie dzieciaków "do jednego wora" W jakim sensie? W takim, że proponujemy jedną zabawę dla obojga, to samo do jedzenia, tę samą bajkę. Warto jednak od najmłodszych lat podkreślać, że każde dziecko ma prawo być po prostu sobą. Dlatego u nas zawsze na dobranoc czytane są dwie bajeczki. Od zawsze. Dlatego uczymy się kompromisu na każdym kroku, czyli jeśli dziś wybierzemy wycieczkę rowerami, bo tak zadecydowała Elsa, następnym razem to Misia ma prawo wyboru. Choć dziewczynki mają sporo wspólnych zabawek, każda z nich ma kilka takich, do których wzięcia potrzeba zgody siostry. Nawet małe dziecko ma prawo mieć coś swojego i jeśli w danym momencie nie chce się tym podzielić, uszanujmy to. Nie zmuszajmy go do oddania ulubionej przytulanki tylko dlatego, że młodsza siostra tak chce. Można zachęcić malucha do pobawienia się chwilkę i pożyczenia siostrze/bratu zabawki lub poprosić o zaproszenie drugiego dziecka do zabawy. 

Współpraca.

Dzieciom trudno współpracować. Ba, wielu dorosłych tego nie potrafi ;) Dlatego warto od najmłodszych lat uczyć nasze pociechy takiego zwykłego współżycia. Nasze dziewczynki dzielą razem pokój. Mogą na przykład razem go sprzątać. Nawet 2-latek potrafi już ułożyć książeczki, czy zabawki na półce. Pamiętajmy jednak, żeby również i tym razem do niczego dziecka nie zmuszać, ale znaleźć taki sposób, by zachęcić maluchy do wspólnej czynności. Okazji jest wiele np. każde dziecko może mieć swój koszyczek, ale razem mogą zbierać grzyby. Innym pomysłem może być zaangażowanie je w kuchni. Dzieci będą musiały współpracować, by danie się udało.

Młodszy zawsze ma rację.

Bardzo nie podoba mi się metoda, praktykowana w wielu rodzinach, a mianowicie ustępowanie młodszemu dziecku na każdym kroku i usprawiedliwianie jego zachowań. Podczas gdy niemowlę nie do końca zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich działań, już trochę starszy maluch doskonale wie co robi i potrafi świetnie manipulować dorosłymi. Wielu rodziców każe starszemu rodzeństwu ustępować młodszej siostrze, czy bratu, tylko dlatego, że ... są młodsi. A przecież młodszy, nie zawsze oznacza, że dobrze się zachowuje. Przyzwalając więc na takie zachowania i usprawiedliwiając je, uczymy starsze dzieci braku sprawiedliwości, świata w którym przywileje kojarzone są na początku z wiekiem, a z czasem stanowiskiem, majętnością, inteligencją i innymi. 
Do dziś pamiętam obrazek 4-latka, syna naszej koleżanki, leżącego na siostrze (lat 10) i szarpiącego ją za włosy. Dziewczynka wyła z bólu, natomiast mama krótko stwierdziła, że "nic się nie dzieje, to tylko dziecko" 

Wzmacnianie więzi.

O dobrą więź między rodzeństwem trzeba zadbać od samego początku. Jeżeli tego nie wypracujemy, w przyszłości nasze dzieci wyrosną na obcych sobie ludzi. Oczywiście ich drogi mogą się rozejść, nikt nie oczekuje, że będą zawsze jedynymi przyjaciółmi i nikt inny nie będzie ważny w ich życiu. Ważne, by rodzeństwo wiedziało, że może na siebie liczyć, że jest blisko, że jest między nimi uczucie, jest miłość. Siostry, bracia, mają różne charaktery, ale łączy ich zawsze dom, w którym dzieci zostały wychowane. Jeżeli w tym domu prawidłowo zostały zbudowane relacje, nie trudno je w przyszłości podtrzymać. 

Jak wzmacniać więź między rodzeństwem?

1. Wzbudzaj w dziecku empatię. Niech maluch przyklei plasterek siostrze/bratu. Niech przyniesie misia na pocieszenie, gdy płacze. Dzięki temu uczysz go, że ważne są uczucia rodzeństwa i należy o nie dbać. Zwróć uwagę dziecka na humor, czy nastrój siostry, czy brata. Gdy jest smutne, zachęć do zastanowienia się dlaczego i jak można to zmienić.
2. Proponuj wspólne zabawy i zajęcia. Organizuj wycieczki, dzięki którym w innym otoczeniu dzieci mogą się lepiej poznać. Graj w gry planszowe, dzięki czemu dzieci uczą się zdrowej rywalizacji.
3. Zadawaj pytania tak, by dzieci wiedziały o sobie jak najwięcej np. o ulubiony kolor, 
4. Spędzajcie dużo czasu razem jako rodzina. Nic tak nie wzmacnia więzi między jej członkami jak bycie razem.
5. Naucz dzielić się z rodzeństwem. Zachęcaj do oddania nie tylko zabawki, ale również kawałka wafelka, czy ciastka. 
6. Przypominaj o istnieniu siostry czy brata. Możesz wykorzystać do tego proste czynności np. powiedzieć "Zaproś siostrę na kolację", "Rozdaj talerzyki, weź też mniejszy talerzyk dla brata"
7. Zachęcaj dzieci do okazywania sobie uczuć. 
8. Ucz dzieci wzajemnego szacunku do siebie, naucz prosić, przepraszać i dziękować.
9. Naucz dzieci rozmawiać ze sobą. Jeżeli się pokłócą, nie przyznawaj od razu racji jednemu. Weź je spokojnie na rozmowę i niech każde z nich powie swoją wersję wydarzeń. Wspólnie ustalcie co się wydarzyło i jakie to powinno mieć konsekwencje.

Czas dla siebie.

Jak już wcześniej wspomniałam, każde dziecko jest indywidualnością, nawet bliźniaki jednojajowe, choć wyglądają tak samo, są inne. Dlatego też, każde z nich potrzebuje czasu tylko dla siebie. My dorośli też nie zawsze mamy ochotę na towarzystwo i chętnie zasiadamy w kącie wysyłając sygnały "Zostawcie mnie w spokoju" Uszanujmy fakt, że dziecko to mały człowiek i nie zawsze ma ochotę na interakcję z rodzeństwem. Jeżeli zauważymy, że dziecko pragnie być samo, umożliwmy mu to i wyznaczmy obszar, gdzie nikt mu nie będzie przeszkadzał. Moje dziewczynki wspaniale się bawią, ale czasem mają ochotę pobyć same. Staram się wtedy pomóc im zorganizować przestrzeń tylko dla siebie. Zwykle po jakimś czasie zapraszają się do wspólnej zabawy. Jeżeli w domu jest tata, można rozdzielić dzieci i zaproponować czas z jednym z rodziców. 

Mama i tata tylko dla mnie.

Przywilejem jedynaka jest posiadanie rodziców tylko dla siebie. Rodzeństwo musi się nimi dzielić. Oprócz spędzania czasu całą rodziną, zorganizujcie również czynności tylko dla jednego dziecka z rodzicem. Niemowlę zostawcie pod opieką babci i zabierzcie starszaka na lody. Uwaga skupi się tylko na nim i będzie dopieszczony, dowartościowany. Przy starszych dzieciach, zachęćcie rodzeństwo do przyłączenia się do zwykłych prac domowych np. pielęgnacji ogródka, czy gotowania. Postarajcie się wybierać takie czynności, które dziecko lubi, czyli na przykład jeśli syn kocha samochody, niech z tatą umyje auto, czy pojedzie zatankować. 

Usypianie.

My praktykujemy zasadę, że po czytaniu książeczek chwilkę leżymy z dziewczynkami na łóżeczkach. Z tym, że codziennie się zmieniamy, raz z jedną leży tatuś, a z drugą mamusia, a potem odwrotnie. Chcemy im pokazać, że obydwie są dla nas tak samo ważne, a one czują, że nie tylko mama jest z nimi na koniec dnia, ale tata również. 

Najważniejsza na świecie. 

Każdy człowiek chce być dla kogoś ważny. Najpierw dziecko pragnie miłości rodziców, potem innych członków rodziny a w końcu ludzi obcych. Dlatego na każdym kroku powtarzamy dziewczynkom, że one są dla siebie najważniejsze. Wiedzą więc, koleżanki są obecne w ich życiu, ale to siostra zawsze stoi na pierwszym miejscu. Chcemy, by dorastały w poczuciu, że cokolwiek się nie wydarzy, mają zawsze być razem, wspierać się i kochać. 

Mamo, tato, tych rzeczy nigdy nie rób:

* nie faworyzuj jednego dziecka
* nie stawiaj jednego z dzieci jako przykładu i nie zachęcaj do niezdrowej rywalizacji
* nie oceniaj dziecka przez pryzmat rodzeństwa (np. Twój brat już dawno umiał jeździć na rowerze, gdy miał tyle lat co ty)
* nie żartuj w stylu "synek mamusi", "córeczka tatusia" Może mieć to bardzo poważne konsekwencje (o tym już niedługo kolejny wpis)
* nie naśmiewaj się z dziecka, gdy w czymś jest gorsze od rodzeństwa
* nie krytykuj dziecka w obecności rodzeństwa
* nie graj na emocjach dziecka
* nie karz dziecka za przewinienia rodzeństwa
* nie zmuszaj dziecka do opieki nad rodzeństwem, nawet starsze - nadal jest tylko dzieckiem
* nie strasz dziecka (np. jeśli nie będziesz się uczył, będziesz powtarzał klasę tak jak brat)


Tak jak wspomniałam na początku, nie ma instrukcji obsługi rodzeństwa. Tak jak nie ma instrukcji obsługi dziecka w ogóle. Nie mówiąc o żonie, mężu, szefie, teściowej. Może nie wychowamy naszych pociech idealnie, jednak przestrzeganie pewnych zasad 
pozwala nam wierzyć, że zrobimy to najlepiej jak tylko się da. Wiele zależy od nich, od charakterów, od osobowości, od środowiska w którym się znajdą, od przeżytych doświadczeń. Ale niczego nie da się osiągnąć bez solidnych fundamentów. A te możemy im podarować tylko my. Wczoraj, dziś, jutro. Tu i teraz. 

czwartek, 11 lipca 2019

O tym jak zostałam świętą dzięki adopcji.


Wśród czytelników bloga są zarówno rodzice adopcyjni jak i biologiczni, pary oczekujące na spełnienie marzenia oraz takie, które dopiero przygotowują się do procedury. Gdybym jednak poprosiła was dzisiaj o zdefiniowanie, kim są dla was ludzie adoptujący dziecko, co byście odpowiedzieli? Jakich użylibyście określeń w stosunku do osób, które z pełną świadomością decydują się na przyjęcie pod swój dach bądź co bądź obcego dziecka?

Czy dla was, biologiczni rodzice, jesteśmy odważni? A może zdolni do większej miłości? A wy, jeszcze przed decyzją co dalej, podziwiacie nas? Chcielibyście być może być na naszym miejscu, by mieć to za sobą i cieszyć się wreszcie życiem? A wy, oczekujące na ciążę, adopcja to dla was abstrakcja, więc myślicie, że kobiety, które na nią się zdecydowały są zdesperowane, czy wspaniałe? No i wreszcie wy, rodzice adopcyjni. Uważacie, że jesteśmy bohaterami? Kimś lepszym, bo jesteśmy w stanie pokochać dziecko, które nie zostało zrodzone z nas, czy wręcz przeciwnie, nie czujesz się mamo adopcyjna prawdziwą kobietą, bo nigdy nie byłaś w ciąży, nie nosiłaś dziecka pod sercem, nie karmiłaś piersią?


O naszej decyzji o adopcji wiedzieli tylko najbliżsi. Opowiadałam wam już kiedyś o tym, jak tamtego pamiętnego wieczoru we Włoszech, kiedy to zadzwonił TEN telefon, wpadłam do domku znajomych i mówię, że my wracamy, bo urodziło nam się dziecko. Mina bezcenna. Co sobie wtedy pomyśleli? Tego nie wiem, ale gdy zaczęłam informować innych o tym fakcie, nie spotkałam się z żadnym negatywnym komentarzem z ich strony. Raz tylko usłyszałam: "A nie boicie się chorób?", ale, gdy zapytałam, czy znajoma nie boi się, że jej dziecko poważnie zachoruje, na tym zakończyła się nasza dyskusja. Zaobserwowałam jednak pewien trend. Nagle stałam się dla wszystkich kimś innym, jakby lepszym człowiekiem. Dalsi znajomi przechodzili ze mną na "ty", oferowali pomoc, bardziej mi ufali. A przecież tak naprawdę byłam dokładnie tą samą osobą co przed wakacjami, kiedy to jeszcze nie byłam mamą. Dla ludzi z różnych środowisk, po adopcji staliśmy się kimś, kto zasługuje na podziw i uznanie. Kimś, kto był na tyle wspaniały, by wychowywać cudze dziecko. I nawet wiem skąd się to bierze. Bo o adopcji ciągle jest za mało, ciągle ludzie mają mylne o niej wyobrażenie i ciągle mijają się z prawdą. Myślą, że nasze rodzicielstwo często ogranicza się do wychowywania obcego dziecka, które może być trudno w przyszłości zatrzymać przy sobie. Ludziom otwierają się oczy dopiero wtedy, kiedy zaczynam zadawać pytania dotyczące relacji w rodzinach biologicznych. I nagle okazuje się, że w swoim gronie każdy z nich ma multum przykładów ludzi, biologicznie związanych ze sobą, ale nie mających kompletnie żadnych więzi. Często brat nie rozmawia z siostrą, a matka nie interesuje się losami syna, czy córki. Zaczynają wtedy rozumieć mechanizm. Ale i tak pozostaję dla nich bohaterką. "Ja bym chyba tak nie potrafiła", słyszę. 

Ostatnio pisałam wam o tym, że w przedszkolu nie powiedzieliśmy o adopcji, gdyż uznaliśmy, że nie ma takiej potrzeby. Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie rozpowiadam o tym fakcie wszem i wobec. Właśnie dlatego, że nie chcę, by wynoszono mnie na piedestały i robiono ze mnie świętą. Gdy kilka tygodni temu wyznałam prawdę pewnej koleżance, która stwierdziła: "No teraz to już w ogóle urosłaś w moich oczach" I niby dlaczego? Dlatego, że otworzyłam serce na inny sposób posiadania dzieci? Ona akurat należy do tych osób, które poświęcają dziecku bardzo dużo czasu. Nie rozumiem więc, dlaczego ja, jako człowiek, ja, jako matka, nagle jestem lepsza od niej... 
I właśnie dlatego nie opowiadam o adopcji. Bo ja nie czuję się lepsza i na pewno nie jestem święta. Zauważyłam jednak, że niektóre kobiety mają bardzo dużą potrzebę zwierzania się, że są mamami adopcyjnymi i podkreślania tego faktu na każdym kroku. I  tak się zastanawiam, czy dzięki temu dowartościowują się? Czują się lepiej? Mają wyższe poczucie własnej wartości? Kompletnie tego nie pojmuję. W ten sposób stawiają siebie za wzór rodzica czekając, aż inni zaczną ich naśladować. Tak jakby na siłę chciały pokazać innym (a może sobie?), że niczym nie różnimy się od rodzin biologicznych.

Kim więc jest rodzic adopcyjny? Jest normalnym człowiekiem, który ma dziecko w nieco inny sposób. A wśród rodziców są różni ludzie, są spokojni i są porywczy, są bardziej inteligentni i prości, niewykształceni. Adoptujemy z różnych powodów. Dla jednych będzie to potrzeba serca, dla innych spełnienie marzeń o rodzicielstwie, dla jeszcze innych wypełnienie pustki w życiu. Ale sam fakt adopcji nie czyni nas lepszym człowiekiem. Może, ale nie musi. Dlatego warto zastanowić się, kim jest po prostu dobry rodzic. Bo dziecko faktycznie potrafi uszczęśliwić i potrafi zmienić nas i nasze priorytety o 180 stopni. 

I tak sobie myślę, że tu na blogu piszę wam o naszej rodzinie, o tym jak wychowuję dzieci, o tym jak mija nam czas, jak dziewczynki dorastają. Oczywiście nie ukrywam faktu adopcji, bo chyba mijałoby się to z celem, właśnie po to przecież jest ten blog;) Ale nigdy nie wyobrażałam sobie, że mogłabym coś pisać, by ludzie mnie podziwiali. 
Osobiście jednak podziwiam takich ludzi, którzy postanowili poświęcić swoje życie i adoptowali dziecko niepełnosprawne ruchowo czy umysłowo, dziecko chore, wymagające stałej opieki. Podziwiam ich za to, że każdego dnia pracują nad tym, by kiedyś te dzieci choć w części mogły cieszyć się tym, czym dzieci zdrowe. Podziwiam też tych, którzy spełniają marzenia śmiertelnie chorych dzieci. Czasem nawet zabierają w dalekie podróże, by choć ten jeden raz mogły doświadczyć szczęścia. A ja? Ja jestem zwykłą mamą, która na co dzień nie myśli o tym jak moje dzieci do mnie trafiły. Prowadzę normalne, zwykłe, czasem nawet nudne życie. Podchodzę kolejny raz po lustra, by upewnić się zanim puszczę ten post. Nie. Aureoli nie ma. 



niedziela, 7 lipca 2019

Thrillery dla dzieci, czyli książki, które straszą.


Nie wiem ile mogłam mieć wtedy lat. Może pięć, może sześć. A może mniej? Nie chodziłam jeszcze do szkoły, to na pewno. W moim pokoju, na meblościance, znajdowała się kalkomania, dość popularna chyba w tamtych czasach. Przedstawiała sceny z bajki o Czerwonym Kapturku. Pamiętam, że nie znałam jej jeszcze wtedy, ale leżąc tak na kanapie, sama próbowałam wywnioskować o czym jest. Historia była dla mnie dość przejmująca, a obrazek z wilkiem robił ogromne wrażenie. Pamiętam jak pewnego dnia, poprosiłam moją mamę, żeby opowiedziała mi o tej tajemniczej dziewczynce. Przez jakiś czas potem nie mogłam zasnąć wiedząc, że tam niedaleko, znajduje się na obrazku wilk, który pożarł dziecko i jego babcię...

Dobro i zło.

Większość bajek od zawsze opiera się na postaciach dobrych i złych. Dziecko od małego uczy się odróżniać czyny, które warto naśladować i takie, których należy się wystrzegać. Nic dodać nic ująć. Ale tak naprawdę to dopiero gdy zaczęłam czytać bajki swoim dzieciom, przyjrzałam się bliżej ich treści. Nie tylko Czerwony Kapturek towarzyszył mi przecież przez całe życie, ale wszelakie księżniczki i inne postacie. Bardzo je lubiłam jako dziecko, ale jako rodzic powiem wam szczerze, mam wielkie wątpliwości, czy niektóre z tych książek w ogóle nadają się dla dzieci. 
Dlaczego? A no weźmy pod lupę pierwszą lepszą opowieść. Proszę bardzo: Królewna Śnieżka i 7 Krasnoludków. Bajka zaczyna się zdaniem, że mama dziewczynki zmarła i nową żoną króla została kobieta piękna, ale bardzo zła. Nie to, że się czepiam, ale czy nie można trzymać się wersji, że to była jej macocha? Bez wspominania, że "mama umarła" itd? Moje dziewczyny bardzo przejęły się tym, że zmarła jej mama, pytały na co i jak to się stało. No dobrze, idźmy dalej. 
Zła królowa kazała poddanemu zabić Śnieżkę i wrócić do niej z jej sercem... Poddanemu zrobiło się żal Śnieżki, więc zamiast tego zabił łanię, a dziewczynę zostawił w lesie
Niby nic, ale treść opatrzona jest ślicznym obrazkiem zabitej łani ze strzałą wbitą w tułów, leżącą pod nogami Śnieżki. Niby nic, niby historia znana każdemu, ale czy to są treści, które można w tej formie czytać 3-latce? No nie wiem. Misia przeżywa ten obrazek za każdym razem i powiem wam szczerze, że nie raz po prostu zmieniamy słowa, część opuszczamy, tak, by zostawić sens historii (do której nie będę się oczywiście przyczepiać), ale pozbawić ją ostrej i bezdusznej formy. 
Pominę już fakt, że "krasnoludki ułożyły Śnieżkę w szklanej trumnie, by nadal podziwiać jej urodę", bo musiałabym kilka niecenzuralnych słów rzucić w stronę uwielbianych przez dzieci panów w czapkach. Tak czy siak, mieli coś z głową nie tak, to pewne ;)

No, ale wracając do tematu. Takich bajek jest dużo i dopiero czytając je dzieciom, zdaję sobie sprawę z tego co sobą prezentują. Dlatego też, od jakiegoś czasu, zanim kupię książeczkę czytam ją w sklepie. Kiedyś kierowałam się wiele razy tym, że historia jest mi znana (np. Śpiąca Królewna) i patrzyłam, by opatrzona była ładnymi obrazkami. Ale wersja wersji nierówna. Są pełne, skrócone, przerobione. Niby ta sama treść, a jednak nie do końca. Dlatego uczulam was na to i uwierzcie mi, naprawdę nie przesadzam. W świecie, gdzie na każdym kroku tyle mamy przemocy, po co dzieciom od małego serwować historie niczym z dobrego thrillera dla dorosłych? Dorastając na opowiadaniach napisanych w ten sposób, dziecko uczy się, że przemoc to coś normalnego i robi się na nią w pewien sposób obojętne. Podobnie jak w grach. 

Wygrana niczym z horroru.

Wisienką na torcie w moich dzisiejszych rozważaniach na temat książek dla dzieci są baśnie, które dziewczyny wygrały na loterii. Jakiś czas temu wybraliśmy się na festyn parafialny. Były dmuchańce, lody, malowanie buziek, czyli to co Gumisie lubią najbardziej ;) Były również quizy i różne konkursy, a między innymi loteria Caritasu. Za 5zł można było zakupić los i wygrać jakąś drobnostkę. Cel szczytny, więc zakupiliśmy dwa. Jedna z dziewczyn miała otrzymać książeczkę, druga maskotkę, ale pani prowadząca powiedziała, że mogą wybrać sobie co chcą. Obie wybrały po książeczce. Uwagę Elsy przyciągnęły "Baśnie Perraulta", duże, ładne wydanie w skład którego wchodził między innymi wspomniany przeze mnie Czerwony Kapturek, Kot w butach, Kopciuszek i inne. Zadowolone dziewczyny, wieczorem wybrały baśń pt. Sinobrody i Ośla skórka. Szczerze mówiąc nie kojarzyłam tych historii. Dla tych, którzy nie pamiętają, krótko przybliżę najpierw pierwszą z nich. Pewien bogaty człowiek, ożenił się z jedną ze swoich sąsiadek. Po miesiącu, Sinobrody wyjechał z kraju na kilka tygodni, zostawiając żonie klucze do wszystkich pokoi prócz jednego, małego gabinetu, do którego zabronił jej wchodzić. Oczywiście pokusa była tak silna, że kobieta nie mogła jej pokonać i otworzyła zakazane drzwi. I teraz uwaga cytat:
Spostrzegła, że podłoga była pokryta skrzepłą krwią, a na niej leżały ciała kilku martwych kobiet, ułożonych przy ścianie. Były to wszystkie żony, które Sinobrody poślubił i zamordował, jedną po drugiej. 
Słucham?? Czy ja dobrze czytam, że to historia napisana dla dzieci? Jaki z niej wynika morał? Uważaj kogo bierzesz za męża? Nie wchodź tam, gdzie jest to zabronione? No być może, ale morderstwo? Zakrzepła krew? No błagam... To nie nadaje się nawet dla dziecka, które już chodzi do szkoły.

Kolejna wspaniała historia godna wieczornego czytania. Bo nie czarujmy się, większość z tych baśni, czy jak je tam zwą, czytana jest przecież tuż przed snem. "Ośla Skórka" to opowieść o królu, któremu zmarła żona. Piękna żona. Na łożu śmierci, kazała mu obiecać, że nie ożeni się ponownie, jeśli jej następczyni nie będzie obdarzona urodą tak jak ona. Przez pewien czas mężczyzna był pogrążony w żałobie, jednak doszedł do wniosku, że musi poszukać nowej żony. Nigdzie jednak nie znalazł kobiety tak pięknej jak ostatnia małżonka. W końcu odkrył, że jedyną kobietą, która mogłaby ją zastąpić jest ... jego własna córka, której zaproponował małżeństwo. Ze strachu zgodziła się.
Wiecie co, powstrzymam się od komentarza, gdyż kompletnie nie rozumiem sensu tej historii. Może ktoś powie, że to tylko bajka, że nie musi mieć sensu, że to dla starszych dzieci, że znów się czepiam. Ale według mnie to nie jest problem natury takiej, że Teletubiś nosi damską torebkę (pamiętacie?:) ) Czy baśnie, które przechodziły z pokolenia na pokolenie pozbawione są kompletnie wyobraźni? Ja chyba wolę poszukać wartości w innych opowiadaniach, bo te nie dość, że straszą, to jeszcze przekazywane treści, nie do końca są zgodne z moimi metodami wychowawczymi. Można oczywiście powiedzieć, że po co się czepiam, nie ma tam nic, czego i tak się nie dowiedzą, taki jest świat, zły i okrutny. Ale znacie moje podejście do tego. Ja uważam, że na wszystko przyjdzie czas. Nie wychowuję dzieci pod kloszem, w świecie zbudowanym z czekolady, ale po co mam je uczyć na etapie 4,5,6-latka o morderstwach, zabijaniu i innych okropnościach. Fakt, moja wina, bo powinnam sama przeczytać te książki zanim przedstawię je dzieciom. Przyznaję. Ale obojętne ile dziecko ma lat, to wciąż dziecko a tak naprawdę te historie samą ideą zupełnie nie różnią się od thrillerów, jakie czytam ja jako dorosła. Są tylko krótsze. 

Dobry czy zły?

Jedna rzecz była dobra w starych bajkach. Role były wyraźnie podzielone: albo ktoś był dobry, albo był zły. Czerwony Kapturek, choć naiwny i nieposłuszny, pozostawał pozytywnym bohaterem. Wilk, od samego początku aż do końca, był tym negatywnym, nielubianym zwierzęciem. A dziś? W wielu bajkach, teoretycznie negatywni bohaterowie, przedstawiani są jako mili i godni zaufania. Na przykład w historii o Disney'owskiej Roszpunce. Flin, jej późniejszy małżonek, jest nikim innym jak złodziejem i oszustem. Morał? Jeśli jesteś miły i najlepiej przystojny, na złe uczynki można przymknąć oko.
To samo można powiedzieć dzieje się w historiach dla dorosłych. Każdy zna losy Leona Zawodowca. Choć zabija dla pieniędzy, to właśnie jemu kibicujemy i współczujemy. Dlaczego? Bo tak skonstruowany jest film. Wybaczamy mu to co robi (przecież zabija złych ludzi), ponieważ opiekuje się dziewczynką, której rodzina zostaje zamordowana przez złego policjanta. Role są więc odwrócone. To nie policja jest pozytywna, a zabijający samotnik, który ratuje życie sierocie. 

I na koniec...

Obecnie wybór książek dla dzieci jest nieograniczony. Od baśni o księżniczkach po przygody zwykłych dzieci takie jak nasze. Bardzo fajne, z morałem, dzięki nim można poruszyć bardzo ważne zagadnienia takie jak bezpieczeństwo, zasady i inne. Nie wybieram książeczek takich, w których mamy tylko i wyłącznie dobro. Tak jak wspomniałam chcę, żeby dziewczynki miały prawdziwy obraz świata. Ale prawdziwy na ich poziomie, poziomie dziecka. Czy naprawdę to czas, by uczyły się o morderstwie, czy kazirodztwie? Nie sądzę. Bo jeśli tak, to może od razu wprowadźmy ich w holokaust, molestowanie, czy znęcanie. Będzie z głowy.