środa, 17 października 2018

Farma Iluzji.


Mile spędzona niedziela w Magicznych Ogrodach i nadal wszechpanujące prawie lato, zachęciły nas do jeszcze jednej wycieczki - na Farmę Iluzji. Podobnie jak w przypadku ogrodów, tu również czekaliśmy, aby pojechać po sezonie. To była dobra decyzja, ponieważ pomimo ogromnego obszaru jaki zajmuje ta atrakcja, chętnych nie brakowało. Aż strach pomyśleć co tu się dzieje w lipcu czy sierpniu.

Czym są iluzje?

To co widzimy nie zawsze jest tym co obserwujemy. Widzenie jest aktem twórczym. Zobaczyć, to namalować obraz świata na "płótnie" naszego umysłu. W twórczym procesie widzenia oczy przekazują, a rozum interpretuje i tworzy obraz tego, co nas otacza. Oko ludzkie nie jest idealnym aparatem. dlatego obrazy, które wyświetlane są na siatkówce i przekazywane do mózgu, muszą być następnie przez niego przetworzone. Wcześniejsze przyzwyczajenia mogą sprawić, że patrząc na proste obiekty nasz mózg, popadając w rutynę, zaczyna źle je interpretować. W prostych odcinkach, kształtach i kolorach, umysł dopatruje się dodatkowych form, które fizycznie nie istnieją. To przekłamanie nazywamy złudzeniem optycznym. 


Już na samym początku mamy okazję zwiedzić domek nieco inny niż tradycyjne ;) Ale uwaga! Jeśli macie problemy z błędnikiem, lepiej nie wchodźcie. Tam naprawdę ma się wrażenie, że wszystko jest nie tak. Moje dziewczyny chętnie po nim chodziły, natomiast ja musiałam od razu wyjść, ponieważ nie czułam się dobrze.


A kuku! Kolejny punktem programu jest ... nie nie, nie jedzenie, żeby nie było, że zaserwowaliśmy sobie na obiad jakiegoś chłopca ;) No, ale efekt ciekawy, sami powiedzcie.


Ponieważ dziewczynki w wakacje były na przedstawieniu o Alicji w Krainie Czarów i obejrzeliśmy o niej film, bardzo spodobały im się ogromne meble, na które (mimo zakazu) oczywiście chciały się wspinać :) Próbowały wyobrazić sobie, że są maleńką Alicją, która musi dosięgnąć kluczyk leżący na stoliku.


A teraz czas na zabawę! Kraina Króliczków to propozycja dla najmłodszych.




I wiele innych atrakcji dla małych i dużych. Znajdziecie tutaj małą karuzelę, dwa pociągi, dmuchańce, karuzelę łańcuchową (dla starszych dzieci) i wiele, wiele innych.




Wszystko przygotowane jest w bardzo ciekawej scenerii.




Jeżeli zgłodniejecie lub będziecie mieć ochotę na małe co nie co, nawet po sezonie otwarty jest bar i lodziarnia. 


Jeżeli macie swoje jedzenie, możecie skorzystać z wielu wyznaczonych miejsc do konsumpcji.



Na Farmie Iluzji, prócz zabawy, znajdziecie również żywe zwierzątka.


Na koniec udaliśmy się na zwiedzanie Kopalni Złota. Do tej atrakcji czekaliśmy dobre 20 minut, ale dziewczynki bardzo chciały zobaczyć, czy przypadkiem nie mieszka tam Pan Toti. (znacie?)
Kopalnia przeznaczona jest w zasadzie dla dzieci od lat 8, ale jeśli wasze pociechy nie boją się ciemności (zjeżdża się na dół windą), to spokojnie można je zabrać.

Magiczne Ogrody czy Farma Iluzji? Co wybrać?

Według mnie obie propozycje są ciekawe i trudno zdecydować się na jedną, biorąc pod uwagę inny klimat i charakter każdej z nich. 
Jeżeli przybywacie z daleka, najlepiej odwiedzić oba te miejsca, nie znajdują się bowiem daleko od siebie. Dla mniejszych dzieci polecam Magiczne Ogrody, ponieważ jest tam mniej atrakcji i na spokojnie maluchowi wystarczy. Dla większych dzieci na pewno bardziej atrakcyja będzie Farma Iluzji, ze względu na różnorodność zabaw. Nam podobały się oba miejsca, dziewczynkom też, choć co jakiś czas wspominają, że chciałyby jeszcze raz odwiedzić Mordole, czyli stworki, które możecie spotkać tylko w Magicznych. No cóż, chyba musicie pojechać i sami wybrać, co lepsze :))

Link do posta o Magicznych Ogrodach znajdziecie TU -----> KLIK











* informacje pochodzą z "Farmy Iluzji"

poniedziałek, 15 października 2018

Mój przyjaciel smoczek i kciuk.



W swoim życiu poznałam zarówno przeciwników jak i zwolenników smoczka. Jak wiecie ja staram się nie brnąć ani w jedną ani drugą stronę i zachować rozsądek (staram się, co oczywiście nie zawsze mi wychodzi) Dlatego też przed narodzinami naszych dziewczynek, kiedy to przygotowywaliśmy się na przyjście pierwszej, zakupiłam piękny smoczuś, oczywiście z ulubionym motywem przewodnim, czyli owieczką. Ten zakup wydawał mi się tak naturalny, że nawet nie pomyślałam, że mogłoby być inaczej. Jak się potem przekonałam, narodziny dziecka weryfikują naszą wizję rodzicielstwa. Część rzeczy była zupełnie nieprzydatna, a na przykład zabawki, które dla dorosłych wydawały się rewelacją, nawet nie mogły równać się choćby koszowi na bieliznę, który przez 3 lata królował wśród ulubionych przedmiotów. No, ale nie o tym dzisiaj. Dziś chciałabym podzielić się z wami naszymi doświadczeniami właśnie ze smoczkiem, a w zasadzie jego ... brakiem. Piękny smoczek leży gdzieś zakopany wśród pamiątek, gdyż ani jedna, ani druga dziewczynka nie chciała go ssać. Jeśli chodzi o Elsę, to ja myślę, że to jest dziecko, którego nikt, ani nic, nie jest i nie było w stanie zatkać. Smoczka wzięła do buzi jak to mówią dwa razy, pierwszy i ostatni. Pociumkała, pociumkała i wystrzeliła nim na odległość dwóch metrów. Tak zakończyła się jej przygoda z pocieszaczem. Próbowałam ją przekonać kilka razy, ale nie chciała, więc stwierdziłam, że dziecko wie lepiej. Elsa nie była płaczliwym niemowlęciem. Płakała tylko wtedy, gdy była głodna i kiedy ząbkowała. Jej pocieszycielką stała się za to przytulanka, maskotka owieczka, o której już na tym blogu pisałam. Obecnie jest po kolejnej operacji szyi i nogi, która odleciała. 


Misia. Ona również nie była smoczkiem zainteresowana. Denerwowała się, gdy jej go proponowałam, więc i w tym przypadku zrezygnowaliśmy z zachęcania jej, myśląc, że wszystko ułoży się tak jak w przypadku starszej siostry. Nic bardziej mylnego. Nasz Misiaczek znalazł sobie coś lepszego niż smoczek - własny kciuk. Mówię wam szczerze, że gdybym wtedy wiedziała, czym to grozi, dalej zachęcałabym ją do smoczka, albo przynajmniej nie przegapiła momentu, w którym należało ją od tego nawyku odzwyczaić. Podobno dzieci są albo kciukowe albo smoczkowe. Nie wiem, czy to prawda, ale faktycznie dziecko, które ma paluszka zawsze przy sobie, nie musi martwić się o nic. Po co mu więc smoczek.
Przez długi czas, Misia ciumkała kciuka tylko na noc. Dzięki temu zawsze pięknie usypiała, jak marzenie - wsadzaliśmy ją do łóżeczka, dostawała całuska, układała się w wygodnej pozycji przytulając do kocyka (który potem wyjmowaliśmy, by się nie udusiła) i już. Własne wygodnictwo i perspektywa spokojnego wieczoru przysłoniły nam chyba to, co nieuniknione - mega uzależnienie. 
Misia ciumkała się gdzie popadnie. W czasie zabawy (chyba, że potrzebowała obu rączek), w czasie spaceru (tu najchętniej, bo najmniej się działo, gdy siedziała w wózku) i przy oglądaniu bajeczek. Pierwsze próby odzwyczajenia jej podjęliśmy, gdy skończyła roczek z hakiem. Na próżno. Potem pojawiły się pierwsze dobre rady w stylu włóż paluszek do soli, co nawet przyznaję wypróbowaliśmy, ale według mnie to nie działa na dłuższą metę i jest bez sensu. Pociumkała tę sól, pociumkała, pokrzywiła się i w końcu niedobry smak zniknął (lub ewentualnie pogodziła się z nim, trudno stwierdzić) Zostało nam tylko jedno- próbować wyjmować jej paluszek z buzi w ciągu dnia, ale niestety na to co działo się w nocy nie mieliśmy wpływu. Najlepsze w tym wszystkim było to, że ciumkając się musiała być jak my to nazywaliśmy "podłączona" do czegoś miękkiego. A w domu rzeczy do wyboru do koloru. Pluszaki, kocyki, sweterki itd. Opowiadałam wam już kiedyś, nie wiem, czy wszyscy pamiętają historię, jak Misia siedziała przypięta w foteliku i wyciągała się jak żyrafa, by choć opuszkami palców dotknąć futerko przy swoim buciku :D Zdarzało jej się również leżeć na pufie, która obłożona jest takim milutkim materiałem oraz ciumkać się na swoim kożuszku, bo akurat miał milusi kołnierz. Walczyliśmy jak mogliśmy, ale było ciężko. 
Kiedy Misia skończyła dwa latka, powiedziałam dość i wydaliśmy wielką wojnę kciukowi. Jedynym i najlepszym sposobem według mnie jest konsekwencja i tłumaczenie dziecku (jeśli jest starsze) dlaczego należy z tego nawyku zrezygnować. Po drugich urodzinach, przeprowadziliśmy z naszą córką "poważną" rozmowę, komunikując jej, że jest już duża i od tej pory nie będzie już ciumkać paluszka. Gdy tylko zobaczyliśmy ją, że to robi, podchodziliśmy i wyjmowaliśmy kciuk z buzi. Zajęło nam to jakiś miesiąc, ale całkowicie się oduczyła. Czekała nas jednak największa bitwa - bitwa o noc bez ciumkania. Tu było trudniej, sprytna Misia niczym mantrę powtarzała "Nie będę się ciumkać" po czym, gdy wychodziliśmy przykrywała się kołderką i siup paluszek do buzi. Wiem, bo kilka razy ją przyłapaliśmy. Jeśli myślicie, że łatwo nam to wszystko przyszło, to powiem, że nie. Wiele razy był krzyk, tupanie nogami, płacz, który nie dość, że rozstrajał ją, to również budził siostrę śpiącą obok. Buntowała się jak mogła, bo oto ktoś zabrał jej pocieszyciela. Z czasem jednak było coraz lepiej, jednakże zabranie wszystkich, dosłownie wszystkich pluszaków -stymulantów było niestety konieczne. W zamian za to musieliśmy siedzieć z nią aż nie uśnie, trzymając ją za rączkę. To miało choć po części dać ukojenie maluszkowi. Po jakimś czasie, Misia, dziecko nader sprytne, zaczęła przychodzić rano do nas do łóżka i tam znajdować jakieś miękkie obiekty do ciumkania. Gdy się budziłam, leżała obok nas z paluszkiem w buzi. Pewnego dnia, pytam, czy się ciumkała, więc odpowiedziała, że nie. Gdy sprawdziłam paluszek i zobaczyłam, że jest mokry, stwierdziłam, że nas oszukuje. Od tamtej pory, Elsa zawsze sprawdzała jej kciuka mówiąc: "Pokaż paluszek, czy nie jest mokry" ;) I choć samego ciukania było coraz mniej, to problem nadal istniał. Konsekwentnie jednak dążyliśmy do celu. Przełomowym okazał się nasz wyjazd do Chorwacji. Nie uwierzycie dlaczego. Poznaliśmy tam małżeństwo Szkotów z dwójką dziewczynek, z czego starsza miała nieco ponad 4 lata. Pewnego razu, Elsa i Misia wpadają do naszego domku z komunikatem, że ANA SIĘ CIUMKA! Dla nich było to coś niesamowitego, że tak duża dziewczynka stoi z palcem z buzi (tym bardziej, że była dość wysoka i wyglądała na starszą niż 4 lata)
Od tamtej pory Misia przestała wkładać paluszek do buzi i dumnie mówi, że jest już duża, a tylko maluszki się ciumkają. Gdy teraz ogląda zdjęcia czy filmiki z sobą w roli głównej i zauważy, że ma palca w buzi, uśmiecha się i kwituje: Tu byłam jeszcze taka mała. :)

No to jak z tym smoczkiem? Dawać, czy nie?

No cóż, nie jestem ekspertem, ani też wyrocznią w tej sprawie, więc nie będę nikomu radzić. No, ale skoro pytacie co sądzę to powiem :D Według mnie, nie ma nic złego w dawaniu smoczka niemowlęciu, które dzięki temu wycisza się i uspakaja. Czytałam kiedyś, że najlepiej zacząć odstawiać smoczek w wieku około 6 miesięcy. Dziecko wtedy nie jest jeszcze tak uzależnione i nie ma aż takiej świadomości tego co się dzieje. Nie jestem zwolennikiem tego, by dziecko "zatykać" smoczkiem przez cały czas. Ja osobiście bardzo bałam się próchnicy, więc nawet gdyby moje maluchy chciały ssać smoczka, starałabym się używać go tylko w sytuacjach awaryjnych, wymagających pocieszacza. Poza tym mowa. Moje dzieci mówiły szybko i ładnie, nigdy też nie wymagały interwencji logopedy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego niektóre matki dają smoczek dużemu dziecku non stop, tym samym blokując ćwiczenie wymowy. To tak jakbym ja przez cały czas mówiła do kogoś mając pełną buzię. Zdarza mi się kompletnie nie rozumieć dzieciaków z grupy moich dziewczynek. Nie wiem, czy w każdym przypadku to wina smoczka, ale na pewno spora.

Pożegnanie.
Im dłużej czekamy na pożegnanie ze smoczkiem, czy kciukiem tym gorzej. Oczywiście można zawsze mieć argument, że dorosły nie ciumka smoczka czy palca, nie sika w pieluchę itd. Tylko idąc tym tokiem myślenia, można dziecka niczego nie uczyć. Samo zdecyduje kiedy i co chce robić. Przykład? Opowiadał mi ojciec mojej uczennicy, obecnie w 1klasie liceum, że oni też mieli problem z "ciumkającym dzieckiem" Nie mieli tyle samozaparcia, by walczyć z tym nawykiem, więc córka dorastała, a nawyk nie minął. Robiła to w ukryciu już jako duża dziewczynka, chowała głowę w poduszkę, zakrywała się ręką. Przestała dopiero wtedy, gdy poszła do szkoły, ponieważ na lekcji podświadomie włożyła palec do buzi i dzieci zaczęły się z niej śmiać. Szybko się oduczyła, ale jakim kosztem. Ze smoczkiem oczywiście jest inaczej, można go zabrać, kciuka przecież nie utniemy ;) Dzieci oczywiście najbardziej kochają ten swój "wyciumkany" smoczek, o nowym nie chcą słyszeć. Mojej koleżanki syn, który już dawno obchodził swoje 4 urodziny, nadal ma smoczka. Dostaje ogromnej histerii, gdy rodzice nie chcą mu go oddać, więc dla "świętego spokoju" robią to. Wokoło mam dużo takich przykładów. Już nie wspomnę o tym, że ssąc kciuk, dziecko mimowolnie go deformuje, schodzi skórka, robią się ranki.
Jedyna i skuteczna metoda odzwyczajenia od złych nawyków, to niestety kolejny raz cierpliwość i konsekwencja. Dziecko płacząc wyraża tylko swój sprzeciw, nic mu się nie dzieje. Nie dajmy się więc zmanipulować na miękkie serce ;) Gdyby nam ktoś nagle odebrał poranną kawę, którą pijemy, papierosy, które palimy od nastu lat, lody, które uwielbiamy, czy cokolwiek innego, też tupalibyśmy nogami ;) 








piątek, 12 października 2018

Inwazja.


Czegoś takiego nie pamiętam od czasu  gdy jako dziecko byłam z rodzicami w Międzyzdrojach (czyli jakieś 150 lat temu ;))  O co chodzi? O inwazję biedronek, które tamtego lata tłumnie postanowiły odwiedzić to piękne nadmorskie miejsce. Kiedy my przyjechaliśmy na swój turnus, po biedronkach zostały tylko ich trupy, które w ilościach wręcz niewiarygodnych zalegiwały na ulicach, ale ci którzy przeżyli prawdziwy ich atak, muszą to pamiętać do dziś. 

Jako że pogoda zachęca do prac na zewnątrz, postanowiłam wziąć się za umycie okna w kuchni. Nie było mi dane. Chmara, dosłownie setki biedronek, wręcz obsiadały mnie próbującą ustać na i tak chybotliwej drabinie. Moja mama postanowiła wydać im wojnę i przeganiała te osobniki, które próbowały wlatywać do domu. Zostawienie drzwi tarasowych na moment otwartych skutkowało tym, że po chwili cała banda już lokowała się we framudze. Koszmar. I nie były to te dobre biedroneczki, o których śpiewamy piosenki, ale inna odmiana, złośliwa i agresywna. Cała sytuacja miała miejsce 2 dni temu i choć udało nam się jakoś to wszystko opanować, to i tak wiele przedostało się do środka. Dopiero dziś wpadłam na to, że mogłam je wciągnąć odkurzaczem, tak byłoby najprościej. Najwidoczniej jednak, sytuacja przerosła mnie i nie potrafiłam trzeźwo myśleć. 
Udało się parę namierzyć i usunąć, choć pewnie trzeba będzie wejść na drabinę i zobaczyć co kryje się w półce z karton gipsu, znajdującej się przy suficie. 

Co to za paskudy?

Biedronki, które odwiedziły nasz dom, to Biedronki azjatyckie, inwazyjny gatunek chrząszcza z rodziny biedronek. Pochodzą z południowo-wschodniej Azji. W XIX wieku sprowadzono te owady do Ameryki Północnej i Europy do zwalczania mszyc na terenach upraw rolnych, jednak wymknęły się spod kontroli.

Szczerze mówiąc nie pamiętam, żeby taka sytuacja miała u nas miejsce. Podobno pierwsze biedronki azjatyckie pojawiły się w Polsce w 2006 roku w Poznaniu. Oczywiście rozprzestrzeniły się na cały kraj.

Biedronki w okresie jesienno-zimowym szukają schronienia. Zimują np. pod ziemią, pod korą drzew w parkach, lasach czy nawet w dziuplach i skrzynkach dla ptaków, a także w domach - zagnieżdża się zwykle we framugach okiennych czy futrynach. To właśnie miało miejsce u nas. Gdy tylko lekko uchyliliśmy drzwi, momentalnie frunęły do środka, czekając cierpliwie na elewacji.

Ugryzienia.

Biedronki azjatyckie mogą gryźć ludzi i zwierzęta, powodując objawy alergii, takie jak: nieżyt nosa, astma, pokrzywka, obrzęk naczynioruchowy. 

Oprócz tego wydzielana przez nią w momencie zagrożenia (a nawet po śmierci) żółta substancja pozostawia na meblach, ścianach i podłogach plamy, których nie da się usunąć.

Jak się ich pozbyć?

Najprostszym i najbardziej skutecznym sposobem na pozbycie się z domu biedronek azjatyckich jest właśnie wciągnięcie ich odkurzaczem, coś na co wpadłam dopiero na drugi dzień, kiedy to było ich zdecydowanie mniej. Po dokładnym odkurzeniu wszystkich miejsc, w których zaobserwowaliśmy nawet pojedyncze osobniki, najlepiej wyrzucić worek i natychmiast wynieść go z domu na śmietnik.


Jak odróżnić biedronkę azjatycką od polskiej?

Na pierwszy rzut oka biedronka azjatycka jest bardzo podoba do naszej polskiej. Jednak jeśli przyjrzeć się bliżej, widać wyraźne różnice. Można ją odróżnić choćby po kolorze i liczbie kropek.




Coś czuję, że czeka nas naprawdę porządne odkurzanie... Powiem wam szczerze, że okna niestety nie umyłam (tzn. opyliłam mycie) Na dodatek, nie dając za wygraną, biedry ugryzły i mnie i moją mamę. A niech je.


*Źródło informacji: PoradnikZdrowie.pl


środa, 10 października 2018

Dzieci z chmur.




- Widziałam cię z góry wiesz?, powiedziała do mnie Elsa na ucho siedząc mi na kolanach. Nie bardzo wiedziałam o co chodzi.
- Z góry?
- No wiesz, jak stałam w tej kolejce.
- Jakiej kolejce kochanie?
- No wiesz, w tej w niebie, co dzieci stały po swoich rodziców, tłumaczy Elsa zdziwiona, że nadal nic nie rozumiem.
- Jejku, czemu tak długo musiałyśmy czekać?, dopytuje.
Uśmiechnęłam się do niej.
- No wiesz, my też tu na dole czekaliśmy z tatusiem.
- No tak, tyle dzieci przed nami stało. 

Od czasu do czasu przypominam dziewczynkom jak się u nas znalazły, ale jak widać niepotrzebnie. Doskonale to pamiętają. To takie małe, wzruszające dialogi, które sprawiają, że wiem na co tyle czekałam. Na to aż dzieci spadną nam z chmur, gdy przyjdzie na nie kolej. 


poniedziałek, 8 października 2018

Niedziela w Magicznych Ogrodach. Czy warto odwiedzić to miejsce?


Pogoda w miniony weekend wręcz zachęcała do zorganizowania jakiejś jesiennej wyprawy. Zamiast jednak wybrać się na grzyby, odwiedziliśmy Magiczne Ogrody w Janowcu, miejsce, do którego wybieraliśmy się od dawna. 



Magiczne Ogrody to miejsce dla rodzin z dziećmi w każdym wieku, rozrywka dla dużych i małych. Zlokalizowane blisko popularnego Kazimierza Dolnego, są chętnie odwiedzane przez turystów z całej Polski. W każdym roku przybywa atrakcji, dlatego też można wracać tu i nigdy się nie znudzić.

Już na wejściu odwiedzających witają przemiłe stworki o nazwie Mordole.  

Ogrody oferują dzieciakom szereg atrakcji, począwszy od zwykłych zjeżdżalni, po park linowy, tegoroczną nowość. Dla dorosłych najważniejsza jest duża ilość ławek, na których można przycupnąć i podziwiać świetnie bawiące się szkraby ;)






Ale Magiczne Ogrody to przede wszystkim rozrywka, w której bierze udział cała rodzina. Zabawy sensoryczne piaskiem, interaktywne oraz siłowe, to wyzwanie dla całej rodziny :)



Dziewczynkom bardzo podobało się wchodzenie do drzewa i tunelem przechodzenie do innego. Na szczęście tata i dziadek zgłosili się do tej czynności na ochotnika ;) 

Dziewczynki szalały na zjeżdżalni. 


Na miejscu znajdziecie restauracje, grill bar, lodziarnię i kawiarnię. Jest też sporo miejsca do zorganizowania własnego pikniku, także każdy będzie zadowolony. 


Hit ogrodów (według moich dzieci) - mruczące drzewa, otwierające i zamykające oczy.


...oraz marchewkowe pole.



Czy warto odwiedzić Magiczne Ogrody?

Zdecydowanie tak. Jednakże polecam wam zrobić to poza sezonem lub w tygodniu. Sam pracownik mówił nam, że potrafi być tak dużo ludzi, że przy zamawianiu kawy przy barze, nie słychać  co mówi druga osoba, o doczekaniu się na swoją kolej do atrakcji nie wspominając. My nie mieliśmy z tym problemu. Skorzystaliśmy ze wszystkiego i to po kilka razy. 

Miniony weekend był ostatnim przed zimową przerwą, ale już wkrótce będziecie znów mieć okazję, by tam pojechać. Ogrody prócz atrakcji, to oczywiście przepiękna roślinność, która właśnie teraz, jesienią cieszy oko. 








czwartek, 4 października 2018

Siła dopalaczy. Historia prawdziwa.


O narkotykach można powiedzieć, że wiem sporo. Czytałam książki, oglądałam filmy, w szkole mieliśmy pogadanki na ten temat. Dopalacze to jednak coś nowego, coś, co wbrew pozorom wcale nie ustępuje działaniu najsilniejszych środków. Co jakiś czas więc słyszymy, że gdzieś ktoś został aresztowany za posiadanie lub produkcję, albo stał się ich ofiarą. Ponieważ nigdy nie miałam bezpośredniej styczności z jakimikolwiek zakazanymi substancjami, takie informacje przyznaję trafiały do mnie na chwilę, nie zgłębiałam za bardzo tego tematu. Nie zdawałam sobie sprawy, jak wielką moc mają dopalacze i jak wielkie spustoszenie mogą wywołać w organizmie. Chciałabym dziś podzielić się z wami wydarzeniami, które miały miejsce całkiem niedawno, bo w wakacje. Po raz pierwszy w życiu mam namacalny dowód, że wszystko to, o czym się mówi, o działaniu dopalaczy na ludzki mózg jest najprawdziwszą prawdą. I choć cała historia nie dotyczy mnie, tylko bliskiego znajomego, to jest dla mnie wstrząsająca. 


Czym w ogóle są dopalacze?

"Dopalacze" – czyli nowe narkotyki – to produkty o zróżnicowanym składzie, które łączy jedna wspólna cecha: zawierają substancje psychoaktywne działające na układ nerwowy człowieka w podobny sposób do dotychczas znanych narkotyków. Substancje te są zarówno produkowane przez człowieka, jak i pozyskiwane z roślin i zawierają niezwykle groźne substancje dla zdrowia i życia. Podobnie jak w przypadku papierosów, na których widnieje wyraźna informacja o zagrożeniu, i tu również zobaczycie napis: "Produkt nie jest przeznaczony do spożycia". Cóż z tego, skoro właśnie z taką intencją jest sprzedawany. 

W grupie dopalaczy znajdują się substancje o różnym działaniu, które możemy podzielić na trzy typy: 
1) o działaniu pobudzającym
2) o działaniu halucynogennym 
3) o działaniu reklamowanym jako zbliżony do marihuany

Większość dopalaczy już w niewielkich dawkach działa na ośrodkowy układ nerwowy (czyli na mózg). Dlatego bardzo łatwo można je przedawkować, co prowadzi do poważnych konsekwencji dla zdrowia fizycznego i psychicznego, a nawet śmierci.

To wydarzyło się naprawdę

Mój kolega Jarek, spędzał kilka dni nad polskim morzem. Pewnego wieczoru, postanowił posiedzieć chwilę w barze, podczas gdy reszta grupy powróciła do swoich pokoi. I tu chciałabym przybliżyć wam postać mojego kolegi, żeby nikt nie myślał, że to alkoholik, czy jakiś tam bandyta. Jarek to bardzo spokojny i zrównoważony człowiek, odnoszący się z ogromnym szacunkiem do innych, szczególnie do kobiet. Ma swoją firmę, jest lubiany i ceniony wśród przyjaciół i współpracowników. Charakterystyka ta jest o tyle ważna, że pomaga w zrozumieniu  dalszych wydarzeń, które miały nastąpić tego feralnego dnia. 
Do pokoju Jarek nigdy nie wrócił. Zrozpaczeni znajomi zaczęli go szukać, ale niestety bezskutecznie. Na stoliku został telefon komórkowy i dokumenty, nie mieli więc żadnego z nim kontaktu, ani informacji, czy coś się ewentualnie wydarzyło. Podejrzewali, że być może się upił i nie był w stanie wrócić do domu, choć trudno było w to uwierzyć, biorąc pod uwagę jaki jest oraz to w jakim był stanie przy pożegnaniu. Następnego dnia, dowiedzieli się, że Jarek został aresztowany.

Nikt do końca nie wie jak wyglądał tamten wieczór w barze. Sam Jarek ma ogromną lukę w pamięci i nie jest w stanie niczego odtworzyć. Policja twierdzi, że nigdy wcześniej, nawet aresztując różnego rodzaju chuliganów, nie miała do czynienia z tak agresywnym człowiekiem. Gołymi rękami wybił witrynę sklepową, raniąc się przy tym w kilku miejscach, ale nie można mu było udzielić pomocy, ze względu na stawiany przez niego opór.  W głowie uroił sobie, że jest gangsterem z Warszawy i wszystkich pozabija, a wybił szybę tylko dlatego, że, jak twierdził, wewnątrz gwałcą jego partnerkę. Halucynacje były dla niego tak realne i tak silne, że bronił się jak tylko mógł, by go stamtąd nie zabrano. Pobił policjanta, złamał mu nogę, do tego zaatakował personel medyczny próbujący mu pomóc. Kilka osób doznało poważnych obrażeń. W końcu Jarek został zakuty w kajdanki niczym przestępca i zamknięty w izolatce, ze względu na swoją agresję i możliwość okaleczenia siebie lub innych. Jak wynika z relacji policji, Jarek zachowywał się jak dzikie zwierzę w klatce, które próbuje się uwolnić za wszelką cenę. 

Po 24h pobytu w celi, Jarek odzyskał świadomość i nie rozumiał co właściwie robi i gdzie jest. Podobno wyglądał tragicznie. Zaczął współpracować z policją, by ustalić, co też takiego mogło się wydarzyć. Tu na pewno wielkie ukłony należą się policjantom, którzy widząc, że mają do czynienia z normalnym człowiekiem, postanowili pomóc mu ustalić prawdę. Analizując wszelkie informacje i zachowanie, są niemal 100% pewni, że Jarkowi podano jakiś środek z grupy dopalaczy. Po alkoholu bowiem, człowiek nie jest aż 24h w równym stopniu agresywny i nie ma halucynacji. Niestety, cokolwiek to było, po takim czasie jest już nie do wykrycia.

Adopcyjne dylematy. 

W czasie szkolenia uczulano nas na biologiczną przeszłość naszych dzieci. Zwracano uwagę na alkohol, narkotyki, czy traumę. Rozmawiałam niedawno z naszą panią z ośrodka, która stwierdziła, że dopalacze to dla nich ogromny problem. To co wiemy o pochodzeniu naszych dzieci to informacje jakie przekaże nam ośrodek, a temu matka biologiczna dziecka. Podczas gdy narkomance rodzącej dziecko trudno jest ukryć swój nałóg, osoba przyjmująca sporadycznie dopalacze może ten fakt zataić. Jest to ogromne wyzwanie nie tylko dla pracowników ośrodka, ale również dla lekarzy, by nie przegapić nawet najmniejszej niepokojącej oznaki. Jeżeli matka przyjmowała coś w ciąży, ma to przecież ogromne znaczenie dla zdrowia jej dopiero co narodzonego dziecka.

Podsumowanie.

Historia, którą wam opowiedziałam wydarzyła się naprawdę. Zupełnie przypadkiem. Jednorazowo. Ale ten jeden raz mógł zniszczyć czyjeś życie na zawsze. Bo załóżmy, że Jarek zamiast tego co miało miejsce, trafiłby na grupę agresywnych nastolatków. Myślę, że dziś mogłoby go już z nami nie być. 
Wyraził skruchę i napisał oficjalne przeprosiny na posterunek policji oraz do szpitala, z którego przyjechali na interwencję ratownicy medyczni. Zapłacił za rozbitą szybę, przeprosił właścicieli sklepu i kupił kwiaty. Wycofali pozew. Jedyne, czego nie da się cofnąć, to sprawa za napaść na policjanta na służbie. Policjanci są jednak dobrej myśli, że jego postawa będzie okolicznością łagodzącą. To chyba nie tak źle biorąc pod uwagę jak tragicznie mogło się to wszystko zakończyć. 

Dopalacze to nie przelewki. To poważna sprawa i teraz mam tego świadomość. Nie zgadzam się z opinią, że gdyby narkotyki i dopalacze były legalne, nie dochodziłoby do tragedii. Mamy przykład choćby Stanów Zjednoczonych, gdzie legalne posiadanie broni, co rusz prowadzi do jej niewłaściwego użycia, a co za tym idzie czyjejś śmierci.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej, zachęcam do obejrzenia krótkiego filmiku przygotowanego przez Krajowe Biuro ds Przeciwdziałania Narkomanii. 




* Źródło informacji: www.dopalaczeinfo.pl







wtorek, 2 października 2018

(Nie) jestem najważniejsza, czyli trzecie urodzinki Misi.




Powiem wam, że ten czas mija zdecydowanie za szybko. Uwierzycie, że nasz mały Misiaczek to już trzyletni dziś dzieciaczek? Tamtego pamiętnego dnia, kiedy to pojawiła się realna szansa, by zabrać ją do domu, pojechałam rano na spotkanie, a mała Elsa została z dziadkami, podczas gdy mąż działał na budowie. Po całodziennych przebojach, dostaliśmy zgodę, by zabrać maluszka. Mąż miał więc dojechać do nas wraz z Elsą, dla której było to pierwsze spotkanie z siostrą. Dobrze, że to nie poród, bo z wrażenia tata zapomniał torby z wyprawką! Z pomocą przyszedł dziadek, który dowiózł wszystko co potrzeba. Pomylił jednak buty dla Elsy, gdy wychodziła i zamiast eleganckich, które naszykowałam, dziecko przyjechało w startych adidaskach ;) No, ale co tam, buty to buty, najważniejsza była mała Misia, która wreszcie miała się w co ubrać ;) Dla tych którzy dołączyli do nas później i nie czytali wklejam link z pierwszego spotkania i pierwszej nocy razem. No cóż, początki były trudne. Zazdrość o mleko, ucieczka z kupą, eh to były czasy;) 
O pierwszym spotkaniu sióstr KLIK




Na trzecie urodzinki Misi zjawiła się rodzina i znajomi. Tort przygotowałam oczywiście z misiem, a jakże ;) No, ale w sumie nie o tym chciałam napisać. 
Jak to bywa w rodzinach, gdzie jest rodzeństwo, goście przynoszą prezenty dla każdego dziecka. Kiedy nagle okazało się, że to Misia jest w centrum zainteresowania i dostaje "lepsze" prezenty, Elsa zaczęła płakać. Było jej tak niewyobrażalnie smutno, że musiałyśmy się zamknąć się na kilka dobrych minut w pokoju i porozmawiać. I cóż z tego, że ona rozumiała, że jej urodziny już były, że dziś jest dzień jej siostry, jak łzy same napływały jej do oczu. Była to dla nas trudna sytuacja, bo z jednej strony trzeba było dać jej poczucie, że jest ważna, a z drugiej, nie mogliśmy pozwolić, by zdominowała dzień, w którym Misia jest najważniejsza. Po rozmowie w pokoju, zamykałyśmy się w nim jeszcze dwa razy. Najgorsze przychodziło wtedy, gdy kolejni goście wręczali Misi prezenty, a Elsa dostawała jakąś drobnostkę, z której absolutnie nie potrafiła się w tamtym momencie cieszyć.
Na szczęście udało się sytuację opanować, z czego bardzo się cieszyłam, bo przyjechała jej ukochana 9-letnia "psiapsiółka", córka chrzestnej Misi, i wreszcie mogły się pięknie bawić. Misia widać, że była bardzo szczęśliwa z tego, że to były jej urodzinki, do niej przyszli goście no i co najważniejsze, że jest o rok starsza ;) (zupełnie tego nie rozumiem, ja tam sobie raczej odejmuję lat :D)




Powiem wam szczerze, że urodziny Misi to była kolejna lekcja dla nas wszystkich. Z tego wszystkiego, skupieni na młodszej córce, zupełnie zapomnieliśmy o starszej i nic jej nie kupiliśmy. Nie wiem, chyba dlatego, że rok temu, gdy dziewczynki były młodsze, na wiele rzeczy jeszcze nie zwracały uwagi. Chyba za bardzo się do tego przyzwyczailiśmy. Kiedy idziemy do innych, pamiętam, żeby każdemu dziecku coś kupić, a o swoim niestety nie pomyślałam. Było mi ogromnie przykro z tego powodu, zwłaszcza, że nie dostają od nas często prezentów, tak naprawdę tylko okolicznościowe. Obiecałam jej więc, że pójdziemy do sklepu i będzie sobie mogła wybrać co chce, oczywiście w granicach rozsądku ;) Poszłyśmy do Pepco, gdzie raczej dziecko portfela nie oskubie i Elsa wybrała sobie syrenkę. Ale pomijając już fakt prezentów, myślę, że dla Elsy to też był pierwszy raz kiedy to tak naprawdę świadomie musiała usunąć się na drugi plan, w cień swojej siostry. Przyjęła to z godnością przyjmując rolę starszej siostry, która wszystko tłumaczy, przekazuje i przede wszystkim cieszy się chwilą należącą do tej drugiej. Następnego dnia prezenty, które ona dostała stały się już bardziej atrakcyjne i z dumą wymieniała od kogo co jest.











sobota, 29 września 2018

Nasze Top 3 książki ostatnich tygodni.


Dziewczynki kochają postacie z Disney'a. Oczywiście na topie u Elsy nadal są księżniczki (niezmiennie z królową Arendelle na czele), a u Misi jak to u Misi ukochane są ... misie, ale i ona bardzo chętnie ogląda przygody Księżniczki Zosi, Roszpunki i innych. Ostatnio moje pociechy wkręciły się również w oglądanie bajki o sympatyczniej Vampirinie, pomimo tego, iż na początku były do niej dość sceptycznie nastawione. Jeżeli chcecie przeczytać o niej więcej zajrzyjcie na blog On Ona i Dzieciaki, znajdziecie tam bardzo fajną recenzję bajeczki wraz z innymi propozycjami związanymi z filmem. Link do posta KLIK 
Dziś jednak nie będzie o filmach Disney'a, ale o dwóch książeczkach, które są w naszym domu absolutnymi hitami ostatnich tygodni. Do tego jeszcze jedna pozycja, która potrafi zająć dziewczynki na bardzo długo.


1) Absolutny must have dla fanów Krainy Lodu, ale nie tylko. Wprawdzie książka skierowana jest do starszych czytelników, ale wierzcie mi, że zainteresuje również młodsze dziecko. Bohaterowie uczą co to są gwiazdy, planety, czy Zorza Polarna, a wszystko to we spaniałej szacie graficznej.





Moim dziewczynkom książka bardzo się podoba. Pomimo tego, że jest dla nich trudna, zaczęły zwracać uwagę na kształt księżyca, rozumieją co to pełnia, patrzą też, czy dużo gwiazd jest na niebie.



2) Bardzo ciekawa propozycja tym razem dla fanów Nemo i Dory, choć również i tu myślę, że spodoba się wszystkim dzieciom. Barwne obrazki i ciekawie opisany podmorski świat musi zachwycić wszystkich!





3) Trzecia propozycja tym razem nie od Disney'a, ale również fajna :) Dziewczynki bardzo wkręciły się w rysowanie. Misia jest jeszcze na poziomie futuryzmu, czyli ona mi mówi co rysuje, a ja próbuję się doszukać czegokolwiek w jej rysunkach, co przypominałoby to, o czym mówi. Elsa natomiast, bardzo rozwinęła się w swoich pracach, dlatego zainteresowała ją następująca książka:


W książce, krok po kroku, opisane jest jak narysować różne rzeczy, od prostych zwierzątek, po bardziej skomplikowane postacie.





Oprócz lekcji rysunku, w książeczce znajdziecie również propozycje zabaw farbami i inne ciekawe prace. 




A oto kilka prac wykonanych przez moją starszą córkę :) Zauważyłam, że chętniej patrzy na końcowy obrazek, niż korzysta z podpowiedzi jak rysować krok po kroku. Niemniej jednak książka daje jej wiele pomysłów na to co i jak może narysować.

Elsa - 4 lata