piątek, 20 kwietnia 2018

Adopcja i poczucie własnej wartości.


W trakcie kursu dla przyszłych rodziców adopcyjnych, omawialiśmy zagadnienie poczucia własnej wartości, nie tylko u dzieci adoptowanych. Jest ono bardzo ważne, bowiem to w dużej mierze od nas zależy, czy i jak dziecko poradzi sobie w życiu.


Czym zatem jest poczucie własnej wartości?

Według definicji, jest to stan psychiczny powstały na skutek elementarnej, uogólnionej oceny dokonanej na własny temat.
Natomiast samoocena to uogólniona postawa w stosunku do samego siebie, która wpływa na nastrój oraz wywiera silny wpływ na pewien zakres zachowań osobistych i społecznych.

Nathaniel Branden (psychoterapeuta i pisarz) wyróżnił sześć filarów samooceny: świadomość, niezależność, prawość, celowość, asertywność oraz samoakceptację.

Samoakceptacją określa się postawę nacechowaną wiarą, zaufaniem i zdrowym szacunkiem dla samego siebie. Postawa taka sprawia, że jednostka może wykonywać i wykorzystywać swoje możliwości, a także potrafi skorygować swoje zachowanie pod wpływem innych. Osoby, które akceptują siebie, mają pozytywne mniemanie o sobie i dobre samopoczucie.

Samoocenę można mierzyć na dwóch wymiarach – wysokości i pewności. Może więc ona być:

- zawyżona i pewna,
- zawyżona i niepewna,
- zaniżona i pewna,
- zaniżona i niepewna.

Jakość dokonywanej samooceny zależy często od wychowania, ponieważ zaburzenie poczucia własnej wartości powstaje zazwyczaj na podstawie komunikatów podważających wartość dziecka, jakie dostaje ono od osób znaczących (np. rodziców, opiekunów). W tych rodzinach, gdzie dziecko było wyczekiwane, planowane staje się
 cenne samo w sobie, dlatego że po prostu jest. Dostaje więc komunikaty od otoczenia stosowne do takiego sposobu jego postrzegania.
Z czasem jednak na skutek rozmaitych oczekiwań otoczenia czy sposobów wychowania otrzymuje komunikaty, które przekonują je, albo pozwalają podejrzewać, że wartość jego jako człowieka zależy od rozmaitych czynników zewnętrznych lub od konkretnych działań czy umiejętności. Tak wychowywane dziecko zaczyna się starać, by sprostać tym wymaganiom i zasłużyć ponownie na to, by móc się poczuć wartościowym i kochanym przez rodziców dzieckiem. Już nie jest kochane tylko za to, że jest. 

Dzieci adoptowane.

Dzieci wychowujące się w rodzinach adopcyjnych, mogą mieć ogromny problem z wysoką samooceną. Muszą się przecież zmierzyć z faktem, że zostały porzucone przez swoich biologicznych rodziców. Czasem trudno jest im to zaakceptować.
Ja osobiście jestem bardzo wyczulona na budowanie właściwej samooceny u moich dzieci i na każdym kroku uczę je wiary w siebie i swoje możliwości. Chciałabym przygotować je na trudne sytuacje, w których ktoś może użyć sprawy adopcji jako broni przeciwko nim.

Już wiele razy pisałam o tym, że adopcja, czy pochodzenie z rodziny patologicznej, alkoholowej, biednej, nie określa jakim jesteśmy człowiekiem. 


Na każdym kroku ćwiczymy więc siłę charakteru i uczymy dziewczynki, żeby się nie poddawały i znały swoją wartość.

Co więc robimy? (kilka przykładów)

- Nie wyręczamy dzieci, asystujemy tylko przy trudnej czynności, żeby w razie czego mogły poprosić o pomoc.
- Jeżeli jesteśmy pewni, że czynność nie jest zbyt trudna, podkreślamy, że dadzą radę. (młodsza nauczyła się szybko tego słówka i mówiła "lade" -czyli dam radę- jak tylko coś jej wychodziło;) ) Ostatnio pytam Elsy, czy pomóc jej zapiąć kurtkę (widzę, że nie bardzo jej idzie) Odpowiedziała mi: Nie, dam radę, nie wiesz, że trzeba próbować i nie denerwować się? Zaskoczyła mnie, bo ja tak do niej mówię, gdy denerwuje się jak coś nie wychodzi.
- Doceniamy drobne rzeczy, chwalimy.
- Mówimy KOCHAM, przytulamy, ściskamy (ostatnio prawie mnie przydusiły ;) )
- Uczymy dziewczynki robić coś dla własnej satysfakcji, nie dla nagrody. Choćby na ostatniej wyprawie na krokusy- cieszyły się, że dały radę tyle iść.
- Uczymy żartować z siebie. Często dziewczynki mówią np."co ta mamusia, ale ma maseczkę czarną na twarzy" Robię więc śmieszne miny, tak, żeby wiedziały, że nawet jeśli ktoś coś o nich powie złego (a powie na pewno) to nie zmniejsza ich wartości jako człowieka.
- Spędzamy razem dużo czasu.
- Podkreślamy, że są dla nas najważniejsze na świecie.

Mój poziom poczucia własnej wartości.

Jeżeli sami mamy mnóstwo kompleksów, nie możemy oczekiwać, że wychowamy silne psychicznie dzieci. I nie chodzi tu o egoizm, czy narcyzm, ale o wiarę w siebie i samoakceptację. Nic tak przecież nie daje wsparcia dziecku, jak dobry przykład. Jeżeli my boimy się podejmowania prób i ewentualnej porażki, to dziecko nigdy nie uwierzy w prawdziwość naszych słów, że ono da radę.

Poczucie własnej wartości a materializm.

Współczesne badania naukowe wskazują, że niskie poczucie własnej wartości jest ściśle związane z materializmem. Obserwuje się bowiem wzrost materializmu w przypadku obniżenia poczucia własnej wartości jednostki oraz spadek poczucia własnej wartości w sytuacji zwiększenia konsumpcjonizmu.

Zjawisko to jest szczególnie widoczne wśród nastolatków, które przechodząc z okresu dzieciństwa do dorosłości doświadczają okresu obniżonego poczucia własnej wartości. Często obserwowaną strategią radzenia sobie z tym kryzysem jest zwiększenie zainteresowania posiadaniem dóbr materialnych.

Ludzie, wydając znaczną część swoich dochodów na dobra luksusowe czy podnoszące ich status w społeczeństwie nie tylko pragną zbudować pozytywny sygnał dla społeczeństwa na swój temat, ale także kierują się podświadomą potrzebą złagodzenia wewnętrznego psychologicznego dyskomfortu wywołanego uczuciem bycia gorszym. Badania wskazują także na zwiększoną potrzebę kupowania dóbr luksusowych w sytuacjach zachwianego poczucia własnej wartości. Jednym z takich zabiegów marketingowych obniżających poczucie własnej wartości konsumentów jest wykorzystywanie wizerunków pięknych i bogatych osób w reklamach.

Materializm jest zatem zjawiskiem korzystnym dla gospodarki, ale równocześnie niekorzystnym dla jednostki a tym samym dla społeczeństwa. Nadmierny materializm przyczyniający się do spadku poczucia własnej wartości napędza paradoksalny mechanizm potrzeby zwiększania zarobków, aby móc więcej konsumować przy równoczesnym obniżeniu zadowolenia z życia.

Podsumowanie.

Człowiek z wysoką samooceną nie potrzebuje innych, by przypominali mu o tym kim jest. Nie boi się nowych sytuacji, jest kreatywny, śmieje się, jest otwarty i szanuje zdanie innych. Ale ponieważ przekonanie na temat samego siebie kształtuje się w dzieciństwie, potrzebuje rodziców, którzy go wszystkiego nauczą i dla których będzie ważny. 

Człowiek o niskim poczuciu własnej wartości niestety posiada złe nawyki żywieniowe, trwa w toksycznych związkach, podejmuje niesatysfakcjonującą go pracę, którą boi się zmienić, jest agresywny lub wycofany, bojkotuje cudze sukcesy, nie podejmuje życiowych wyzwań.
Twoje dziecko może nauczyć się wielu rzeczy od innych ludzi, ale tylko my, rodzice, możemy ukształtować w nim to, jak będzie widział siebie przez całe życie.






Źródło informacji: Wikipedia

środa, 18 kwietnia 2018

Owczy pęd, czyli kilka słów o napadach histerii.




Dziś opowiem wam jeszcze jedną historię z ostatniej wycieczki do Zakopanego. Ostatniego dnia pobytu, poszliśmy na targ. Chcieliśmy kupić dziewczynkom jakieś drobne pamiątki, więc każda miała sobie znaleźć coś fajnego. My rozglądaliśmy się za stołkiem w kształcie owcy/baranka, który widzieliśmy u znajomych. Pomyśleliśmy, że fajnie będzie wyglądał koło kominka. Nagle w oddali widzimy taki stołek na jednym ze straganów. Okazuje się, że pani ma ich kilka i to w różnych kolorach. Dziewczyny od razu dopadły te na biegunach - Elsa czerwony, Misia niebieski i heja, bujają się tak, że bałam się, że zaraz odlecą z tymi baranami. No nic. My w tym czasie usiłujemy obejrzeć ten stołek, który nas interesuje i dogadać się co do ceny (oczywiście ta pierwotna była nieakceptowalna) 
Powiem wam, że prócz jednego incydentu, jaki mieliśmy, gdy Elsa była jeszcze maleńka, nigdy dziewczyny nie wymuszają nic w sklepie. Co więcej, zwykle oglądają rzeczy, wożą na wózkach, ale zawsze grzecznie odkładają, ewentualnie mówiąc, że może kiedyś to kupimy. Dantejskie sceny jakie rozegrały się na tym targu, zapewne na długo zostaną więc nie tylko w naszej pamięci, ale również wszystkich tam handlujących. Kiedy nasz "baranek" był juz zapakowany i chcieliśmy odejść, Elsa wpadła w taką histerię, że ona chce tę czerwoną owcę na biegunach, że słyszała ją cała okolica. Nie chciała z niego zejść, a że jest silna to nie mogłam sobie z nią poradzić (mąż na razie nie interweniował) Gdy podniosłam ją do góry, chcąc wziąć na ręce, tak mocno trzymała owcę nogami, że frunęła do góry razem z nią. W końcu udało mi się postawić owcę na ziemi, ale miałam problem z utrzymaniem Elsy na rękach, tak się wyrywała krzycząc "Puść mnie" Bardzo spokojnie postawiłam ją więc na ziemi i próbowałam do niej dotrzeć, porozmawiać. Nie było szans, w ogóle nie słuchała. Pani sprzedawczyni dała jej czerwoną chustę na owieczki, żeby mogła ją ubrać, ale to też nie pomogło. Wracamy więc do punktu wyjścia, bo Elsa znów siedzi na owcy. Biorę ją na ręce jeszcze raz, wokół mnie gapie, obserwujący, co będzie dalej (atrakcja, hit dnia) 
Szybko żegnam się z panią i oddalamy się. Elsa wyrywa się i nadal krzyczy, że chce owieczkę i żeby ją puścić. Miałam wrażenie, że ludzie zaczęli się zastanawiać, czy aby na pewno są to nasze dzieci. Kiedy byliśmy przy głównej alejce, postawiłam Elsę na ziemi. Nie miałam już siły z nią walczyć. I co zrobiło moje dziecko? A no pobiegło z powrotem do pani, zabrało owcę i uciekało do nas z owcą (była ciężka!) Tym razem pobiegł do niej mój mąż. (Elsa zwykle uspokaja się szybciej u mnie, stąd czekaliśmy z jego interwencją) Wziął ją pod pachę, a ona go szczypała i wyrywała się. Kiedy doszli do mnie, Elsa zmieniła się w okamgnieniu i z płaczem mówi "Mamusia" Wzięłam ją na ręce, a ona uspokoiła się. Po chwili usiedliśmy na ławeczce i wyjaśniliśmy całą sytuację. Pytała, czy może kiedyś kupimy jeszcze tę czerwoną. Wyjaśniłam, że tak, ale na razie nie mamy pieniążków na dwie. Zrozumiała. 

Szczerze mówiąc mogliśmy kupić tamtą czerwoną, ale po pierwsze nie bardzo mi się podobała, po drugie była za mała jak na takie duże już dzieci i nie bardzo pasowała do pokoju. Wiem, że Elsie było smutno, ale cóż, nie zawsze ma się to co się chce. Jeżeli kiedykolwiek przydarzy wam się taka sytuacja, a głowę daję, że tak będzie, bo to normalne zachowanie dziecka, nie przejmujcie się tym co powiedzą ludzie. Ja usłyszałam mimochodem "No zobacz, a ta młodsza taka grzeczna" Nie uważam zachowania Elsy za niegrzeczne, ona po prostu bardzo czegoś pragnęła i nie mogła tego mieć, a co za tym idzie wyraziła głośno sprzeciw. To naturalne. W takiej sytuacji najlepiej zachować spokój i starać się dotrzeć do dziecka, może nie od razu zadziała, tak jak u nas, ale w końcu maluch będzie potrzebował pocieszenia. Nie wolno na dziecko krzyczeć, to tylko podkręca jego zachowanie i nie przynosi nic dobrego. 
Wczoraj po południu, kiedy Elsa siedziała na owieczce i stroiła ją w korale, stwierdziła, że fajna ta owieczka nasza, taka duża i puszysta, ale może kiedyś wrócimy po tą czerwoną, niech tam sobie czeka. Tatuś obiecał dziewczynom, że dorobi do owcy bieguny.


poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Czary mary hokus KROKUS




Wracam do was po weekendzie cała obolała. Zwykle po przejściu kilkunastu kilometrów zdarza mi się jakiś ból np. kolan, no ale żeby aż tak bolała mnie tylna część ciała, że musiałam zażyć Paracetamol?! Litości. No nic, jak widać dopadł mnie tzw. zakwas dupny. Ale po kolei.



Wycieczkę do Zakopanego planowaliśmy już od jakiegoś czasu. Do tej pory nigdy nie byliśmy bowiem na znanej pewnie wszystkim Polanie Chochołowskiej, która o tej porze roku przyciąga tysiące turystów, ze względu na wysyp krokusów. Do tego w międzyczasie obchodziliśmy okrągłą rocznicę ślubu, więc postanowiliśmy połączyć wyprawę po krokusowe runo z obchodami tego radosnego dnia, w którym to mój mąż stał się oficjalnie mężem :)

Do miejsca docelowego zajechaliśmy w czwartek wieczorem. Ogromna liczba korków, spowodowanych przebudową dróg, dała się we znaki. Dziewczyny dzielnie jednak zniosły podróż, najpierw śpiąc (zabraliśmy je przed drzemką w przedszkolu i żłobku) a potem zajmując się innymi rzeczami. 
Pierwszego dnia, wreszcie udało nam się odespać cały tydzień pracy. Jako że "kibelek" był dość nisko zawieszony, dziewczyny same się oporządziły rano, czyli poszły załatwić, umyły rączki i buzię, po czym wzięły sobie coś do jedzenia i oglądały bajkę (nastawioną przez nas, no, żeby nie było, że same ;) To dało nam na tyle dużo czasu, by do tej 9 powylegiwać się w łożeczku. 
Po południu udaliśmy się na podbój miasta. Zakopane jak to Zakopane. Ceny porażają nawet takich jak ja, przybywających z miasta uważanego za dość drogie. 




Krupówki




No nic. Udajemy się pod Gubałówkę i stajemy w kolejce po bilety na kolejkę. Pani w okienku nie dowierza, że chcemy bilety tylko w jedną stronę, (w planach mieliśmy bowiem zejście na piechotę) i pyta, czy aby na pewno. Tak, jesteśmy pewni, że dziewczyny dadzą radę :)) 
Na górze widać, że to jeszcze nie sezon. Pozamykane stragany, sklepiki. Udaje nam się jednak znaleźć otwartą budkę z lodami, o które od godziny dziewczyny nas męczą. No nic. Siadamy w słoneczku i rozkoszujemy się chwilą. 
- Piękny widok, mówi Elsa.











Czas na zejście. Dziewczyny gotowe, my też. Na początku nie jest łatwo, dość stromo i mokro, trzymamy maluchy za rękę, by się nie pośliznęły. W końcu udaje nam się dotrzeć do polanki, gdzie odpoczywamy podziwiając widoki. Schodząc jeszcze niżej, Elsa pyta, czy może zbiegać. Powiedziałam, że nie, za to zaproponowałam sturlanie się po ziemi. Uwielbiałam to jako dziecko i ... Elsa też była wniebowzięta! Zatrzymaliśmy ją dopiero wtedy, gdy zaczynały się "miny" na trawie ;) 


Fenomenem jest dla mnie definicja zmęczenia według dziecka. Gdy biegały, bawiły się, turlały, nic im nie przeszkadzało. U stóp Gubałówki jednak, obie chciały "na rączki". Zmęczenie jednak odeszło w siną dal, gdy zobaczyły ogromną zjeżdżalnię, której oczywiście nam nie darowały. A więc nie dość, że człowiek był zmęczony, to jeszcze musiał się wdrapywać po stromym pochyleniu, by wraz z dziewczynami zjechać w dół na kawałku filcu....



Kolejny dzień to wyczekiwana wyprawa na krokusy. Powiem wam, że nie wiedziałam czego się spodziewać, bo w poprzedni weekend, Dolinę Chochołowską odwiedziło aż 70 tys ludzi! Kiedy podjechaliśmy na parking, samochodów było naprawdę dużo. Ale to już nawet nie to mnie poraziło, a bardziej cena za zostawienie samochodu - 30zł. Plus do tego 5zł od osoby wejście, także trzeba się przygotować na co najmniej 40zł wydatku. Był wprawdzie jeden parking za 10zł, taki może państwowy, ale znalezienie na nim miejsca o tej porze było cudem, może o 7 rano tak. 

Do miejsca docelowego przeszliśmy 9km, czyli w dwie strony to prawie 20 km. Naszym dziewczynom należą się medale, bo po mimo swoich małych nóżek, dzielnie pokonały odpowiednio: młodsza 6km,  a starsza połowę trasy! Resztę jechały na przyczepce rowerowej. Jestem z nich bardzo dumna :) I nie tylko z nich. Także z mojego męża, który wpychał te ileś naście kilogramów pod górkę, po kamieniach (niech was nie zwiedzie nazwa DOLINA) 

A na polanie tysiące krokusów. Przepiękny widok, na pewno wart przejścia tylu kilometrów. Zresztą, popatrzcie sami na galerię zdjęć z drogi i Polany Chochołowskiej :)




W drodze.






W niektórych miejscach można jeszcze zjeżdżać na nartach.
















Jeżeli wybieracie się w Dolinę Chochołowską w tym roku, zróbcie to szybko, przy tak pięknej słonecznej pogodzie, na pewno długo się nie utrzymają, pomimo tego, że wysoko w górach leży jeszcze śnieg. Dziś rano, gdy odsłoniłam zasłony, zdziwiłam się, jak zmienił się krajobraz przez te kilka dni, kiedy nas nie było. Na drzewach wreszcie zrobiło się zielono, a krzewy nabrały przepięknych barw. A to dopiero początek :))


czwartek, 12 kwietnia 2018

Chłopcy i dziewczynki.




- Mamusiu, a wiesz, że chłopcy to mają takie śmieszne, długie pępuszki?, oznajmiła Elsa kilka dni temu po przyjściu z przedszkola. Domyślając się o co może chodzić, dopytuję gdzie takowe pępuszki widziała.
- No widziałam jak siusiali. 
A, wszystko jasne. Czy to już czas na rozmowę o ptaszkach i pszczółkach?;) Wyjaśniłam więc po krótce, że to nie pępuszki i że chłopcy siusiają inaczej. Swoją drogą to ciekawa jestem, jakim sposobem ona te "pępuszki" widziała. Kabiny w przedszkolu mają drzwi, ale podejrzewam, że któryś kolega po prostu ich nie zamknął. Nie sądzę, żeby Elsa sama podglądała, ponieważ nadal twierdzi, że chłopców nie lubi, bo są niegrzeczni. Kocha tylko tatusia i to tatuś kupi jej obrączkę tak jak mamusi :)) Ale kto ją tam wie, co wymyśliła ze swoimi przyjaciółkami, jak to ona nazywa najlepsze koleżanki z grupy. 



Ja osobiście nie pamiętam kiedy pierwszy raz odkryłam różnice w budowie, ale z opowiadań mojej mamy, kiedy byłam jakoś w podobnym wieku do Elsy (nie pamiętam dokładnie, musiałabym sprawdzić w pamiętniku) zauważyłam, że mój kuzyn inaczej siusia. 
Kiedy w pierwszej czy drugiej klasie szkoły podstawowej, oglądaliśmy "Akademię pana Kleksa", nastąpiło wydarzenie, które zmieniło nasze dziewczęce spojrzenie na świat. Oto w jednej ze scen, chłopcy biegną na golasa pod deszczowe drzewo. Wow. Dziś nie wyobrażam sobie, żeby taka sytuacja miała miejsce, pewnie zaraz byłyby jakieś protesty, ale wtedy nikt się tym nie przejmował.  I to na dodatek oglądaliśmy ten film z nauczycielami :) Pamiętam doskonale, jak przeżywałyśmy z koleżankami to co zobaczyłyśmy. To chyba było dla mnie takie pierwsze zderzenie z tym, co oznacza płeć przeciwna.

Obecnie dzieci dojrzewają dużo wcześniej. My na razie jesteśmy na etapie świadomego odkrywania i rozumienia anatomicznych różnic pomiędzy dziewczynkami i chłopcami. Szczerze mówiąc chyba za szybko to się dzieje. Dopiero moje dziecko uczyło się mówić i piło mleko z butelki, a tu mija kilka lat i zauważam, że nie mam w domu dziecka, tylko dziewczynkę. Potem panienkę, przyszłą dziewczynę, żonę, mamę. Jejku, dlaczego ten czas biegnie tak szybko. 




wtorek, 10 kwietnia 2018

Samodzielna twórczość dzieci, czyli mam tę moc i niech moc będzie z nami.


Rozwój rysunku dziecka jest bardzo ciekawym dla mnie zjawiskiem. Pisałam już o tym w poście "Od bazgrołów do Picassa" (kto nie czytał, podaję linka http://www.naszmalyswiatek.pl/2018/01/od-bazgroow-do-picassa.html. ) Widzę jak świat przedstawiany przez malucha zmienia się w zasadzie z tygodnia na tydzień. Sposób trzymania kredek u starszej córki jest prawidłowy. Młodsza zaczyna wchodzić w etap tworzenia figur geometrycznych i jak widzieliście na jednym z ostatnich postów, nawet zamieniła kartkę na ścianę ;) Kredkę trzyma nadal jeszcze trochę koślawo, kolorując wyjeżdża za linię. 

Widząc, że siostra sprawnie posługuje się nożyczkami, Misia bardzo chciała też spróbować. Mimo, że wolelibyśmy jeszcze trochę poczekać, dostała swoją parę. Dziewczynki uwielbiają wycinać, Misia przynosi mi stworzone przez siebie dzieła, które NIE MAM POJĘCIA co prezentują, ale cieszę się, że ma wyobraźnię ;) Starsza potrafi narysować coś (np. serce) a potem prawie po linijce wyciąć. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ dzięki temu ćwiczy sprawność ręki tak bardzo potrzebną do pisania. 
Jedynym minusem wycinania jest to, że codziennie wciągam w odkurzacz tony małych, powycinanych karteczek, które leżą pod stolikiem. No cóż, twórczość wymaga poświęceń ;)
A jeśli jesteśmy przy pisaniu, to bardzo interesują Elsę literki. Z pamięci potrafi napisać swoje imię, świetnie rozpoznaje też pierwszą literę, gdy widzi ją np. na jakiejś reklamie. Czasami kupuję im w Ikei ciasteczka w kształcie literek, mają wtedy frajdę (oczywiście Misia wszędzie widzi swoje imię ;) 

Na obrazkach starszej córki, nadal królują: rodzina, kwiaty, zwierzątka i ... oczywiście Elsa, czyli nadal jest moc. Elsa jest dla niej bardzo ważna, jak pisałam w poście o rysunkach, to co ważne dla dziecka, jest duże rozmiarowo w stosunku do innych rzeczy. Ostatnio w przedszkolu, dzieci miały za zadanie narysować postać z bajki. Już z daleka widziałam, która praca jest mojego dziecka ;)

Ona ma tę moc ;) To czerwone to podobno motyl....

Przyglądając się twórczości rówieśników Elsy, zauważam, że każde dziecko jest na innym etapie rozwoju rysunku. Ciekawe dla mnie było to, że kilkoro prawie 4-letnich dzieci, nie potrafi stworzyć czegoś, co przypominałoby cokolwiek. Są to bohomazy, które z pewnością stworzyłoby każde roczne dziecko (zanim ugryzłoby kredkę ;) ) A jeśli chodzi o rysunek moich dzieci, to zaraz dojdzie do etapu, na którym ja się zatrzymałam ;);) 



niedziela, 8 kwietnia 2018

Szybka jak ESKOTEKA




Wpadam do was dziś tak na szybko z zagadką, której ja nie potrafię rozwiązać...
- Mamusia, ja to jestem szybka jak Eskoteka, prawda?, mówi dziś do mnie Elsa.
-Yyyyyy. A co to jest Eskoteka kochanie? ( do tej pory zawsze mówiła, że jest szybka jak gepard) 
Zdziwiona Elsa zmarszczyła czoło, wzięła oddech sugerujący załamanie tym, że nie wiem co to za zwierzę i mówi:
- Mamusia, przecież to zwierzątko takie bardzo bardzo szybkie, szybsze niż gepard, które ma czarne plamki. 

Uff, udało mi się. Nie czekała na potwierdzenie, że załapałam o co chodzi tylko w swym Eskotekowym stylu pobiegła dalej.
Pytałam męża. Nic. Pytałam nawet największego guru , czyli dr. Google, ale on też nie wie (myślałam, że może wyskoczy coś w stylu "czy miałeś na myśli... ---> i tu nazwa jakiegoś zwierzęcia) 
Nic. Zero. Może wy macie jakiś pomysł co to jest ta eskoteka? Może wśród czytelników bloga jest jakiś ekspert od zwierząt i będzie miał jakieś skojarzenia? :)) Bo ja się obawiam, że to kolejny Flajdel Smakonus (kto nie czytał polecam wpis http://www.naszmalyswiatek.pl/2018/01/flajdel-smakonus.html ;) )




piątek, 6 kwietnia 2018

Bić albo nie bić, oto jest pytanie.


- Mamo, mamo!, wpada do kuchni Elsa. Bo..., bo Misia maluje po ścianie! 
Szybko stawiam garnek, który mam w ręce i biegnę do mojego pokoiku do pracy, który w ostatnim czasie dziewczynki bardzo sobie upodobały. Nie wierzę własnym oczom. Moja kochana córeczka faktycznie stoi przy ścianie i obiema rączkami zacięcie rysuje kredkami jakieś bohomazy. 
- Co ty robisz!, powiedziałam podniesionym głosem, a ona odskoczyła zaskoczona i zaczęła płakać. Nie ukrywam, że zdenerwowałam się tym, że zniszczyła w zasadzie niedawno pomalowaną ścianę i miałam ochotę "stłuc ją na kwaśne jabłko" jak to się kiedyś mawiało.

Niedokończone dzieło Misi.


No właśnie. Bić czy nie bić? Dawać klapsa czy nie dawać? To tylko klaps. A może aż klaps?

Każdy rodzic pragnie, by jego dziecko zawsze było posłuszne, grzeczne i od razu spełniało to, o co prosimy. Z drugiej jednak strony, chcemy wychować je tak, by było asertywne, miało swoje zdanie i potrafiło go bronić. W głębi serca, każdy maluch chce żyć w zgodzie z rodzicami i być przez nich całkowicie akceptowany, ale zachowuje się prowokacyjnie, doprowadzając nas czasem do obłędu. 

Wiem, że łatwo powiedzieć, ale:

Nie daj się sprowokować!
Zachowaj spokój.
Bądź konsekwentna.

Dzięki temu dziecko dowie się, na ile może sobie pozwolić, że niegrzeczne zachowanie to zły sposób na zwrócenie na siebie uwagi i zaakceptuje, że to nie ono rządzi w domu.

Co zamiast klapsa?

Możesz na przykład:
* wskazać jak dziecko może naprawić to, co zrobiło
* wyrazić swój wyraźny sprzeciw dotyczący konkretnego zachowania
* zaproponować wybór
* dać dziecku odczuć konsekwencje złego zachowania
* wskazać w czym dziecko może ci pomóc

Po stworzeniu ściennego malowidła, wkurzoną Misię odesłałam do drugiego pokoju. Tak naprawdę to ona chyba była bardziej zła niż ja, w końcu jej plan nie powiódł się. To był w ogóle jej słabszy dzień - dokuczała siostrze, była nieznośna, marudna i zrzędliwa. Po paru minutach poszłam po nią, a ona stwierdziła ze skruchą, że już będzie grzeczna i nie będzie malować ścian... Przytulała się do mnie potrzebując akceptacji. 

Klapsy i karanie dziecka:

* Powoduje, że może ono koncentrować się na chęci odwetu zamiast próbować zrozumieć swoją winę.
* Wpływa źle na poczucie własnej wartości.
* Narusza jego godność osobistą.
* Upokarza.
* Powoduje nienawiść do rodzica.
* Wywołuje złość.
* Jest złym przykładem dla rodzeństwa.
* Uczy stosowania przemocy.

Tego staraj się nie robić:

* Nie strasz ojcem, mamą lub innym członkiem rodziem rodziny oraz osobą obcą.
* Nie groź.
* Nie strasz, że przestaniesz kochać dziecko, nie graj na jego uczuciach mówiąc "Gdybyś kochał mamusię, na pewno byłbyś grzeczny"
* Nie wygłaszaj długich przemówień, stanowcze "nie" i kilka krótkich zdań w zupełności wystarczą.

Wychowanie dziecka nie powinno opierać się na karach. Zamiast tego lepiej skupić się na zachowaniach pozytywnych. Mój mały Picasso dostał za zadanie wyczyszczenie ściany (na szczęście wszystko pomalowane jest zmywalną farbą) i zakaz wchodzenia do mojego gabinetu przez jeden dzień (konsekwencje złego czynu) 

Każde dziecko eksperymentuje ze złym zachowaniem, sprawdza na ile może sobie pozwolić, jak daleko się posunąć. Nam rodzicom trudno jest zaakceptować czasami, że dziecko, które przed momentem nie umiało nawet mówić, nagle buntuje się i sprzeciwia. Ale to właśnie w ten sposób, maluch uczy się, jak w przyszłości postawić się szefowi, rozwiązać konflikt w rodzinie, zwrócić komuś uwagę, czy wypowiedzieć swoje zdanie. Nie za pomocą przemocy, ale za pomocą rozwagi, dialogu i innych umiejętności.

Dzięki klapsom być może osiągniemy swój cel, dziecko będzie nas słuchać, ale zrobi to ze strachu a nie z własnej woli i szacunku dla nas. 

Dzieło niespełna 2-letniej Elsy, na chwilę przed przeprowadzką. Twierdziła, że to ... dzik.


Z ciekawości powiem wam, że jakiś czas temu przeprowadziłam taką osobistą "ankietę" Zapytałam znajomych, tych, którzy mają dzieci, co sądzą o dawaniu dzieciom klapsów. Zdecydowana większość NIE WIDZI W TYM NIC ZŁEGO. Na moje pytanie dlaczego to robią, odpowiedziały, że jest to odruch, szybkie rozładowanie emocji i ... bezradność.
Kiedy omawiam na blogu jakiś temat, staram się przedstawiać argumenty za i przeciw, a decyzję co jest lepsze zawsze zostawiam wam, ale tym razem otwarcie przyznaję, że jestem wielkim przeciwnikiem kar cielesnych. Nie uznaję bicia, nie uznaję klapsów, choć byłabym hipokrytką, gdybym nie wyznała, że mam ochotę nie raz to zrobić. Ale wiem, że to nic nie da. Moje inne sposoby zawsze działają, choć napewno wymagają dużo więcej pracy i samozaparcia ode mnie i męża niż klaps.








środa, 4 kwietnia 2018

Najdłuższe trzy minuty w moim życiu.




Od kilku lat dość często choruję zimą na zatoki. Koszmarny ból głowy, jaki temu towarzyszy, potrafi wyeliminować mnie z normalnego życia czasem na kilka dni. Dostałam więc skierowanie na tomografię. Na szczęście prywatna klinika, w której mam pakiet z męża pracy, ma podpisaną umowę z kilkoma szpitalami, więc w zasadzie z dnia na dzień mogłam umówić się na badanie. Świetnie. Wybrałam czwartek, kiedy to mam mniej zajęć i na spokojnie mogę poświęcić się zdrowiu. Niestety, jak na złość Elsa, która w zasadzie nie chorowała cały rok, dostała gorączki i wizytę trzeba było przełożyć. Zależało mi, żeby zrobić tę tomografię jak najszybciej, ponieważ w kolejnym tygodniu miałam już umówioną konsultację wyniku z laryngologiem. A co tu konsultować jak badania jeszcze nie było. No nic, Elsa w poniedziałek poszła już do przedszkola, więc umawiam się na poniedziałek, licząc na to, że będę miała wynik do czwartku. Problem w tym, że jedyna wolna godzina to dopiero 14.40. Wspaniale, tylko o 15 powinnam odebrać Elsę z przedszkola, a sam dojazd do niego zajmie mi co najmniej 30 minut. Myślałam, że wykazuję się sprytem więc zgłaszając rano, że chwilę się spóźnię, (naiwnie wierzyłam, że właśnie tak będzie) i zarezerwowałam wizytę. 

Pierwsze wyzwanie jakie napotykam to zaparkowanie auta przed szpitalem. Znalezienie miejsca graniczy bowiem z cudem, ale że obok znajdują się bloki, to parkuję równolegle wzdłuż chodnika. Uff. Mam jeszcze 20 minut, więc udaję się do pobliskiej Żabki celem zakupienia czegokolwiek co mogłoby szybko zaspokoić mój głód. Uwierzycie, że miałam zgłosić się na badanie po 6h niejedzenia?! A co z tymi pacjentami, którzy umówili się na 19, bo taka opcja też była? Przecież to nie to samo co wstać rano, nic nie zjeść i lecieć na szybko na pobranie krwi. No nic. Ssało mnie jak diabli, zjadłam rano śniadanie o 7 i resztę kanapki przed 10 (o tej 14.40 miało być więc dopiero pięć godzin) Poddałam w wątpliwość to, czy w ogóle mam zgłosić się bez jedzenia, gdyż wytyczne do badania były dość niejasne. Mianowicie jeżeli mam wynik czegoś tam jakiś tam to przyjść na czczo, a jeśli wynik czegoś tam innego jest jakiś takiś to 6h bez jedzenia? Hę? No nic, zaryzykowałam i stwierdziłam, że 5h wystarczy. Za to zafundowali mi niezłe nawadnianie. Do trzech godzin przed wizytą miałam bowiem wypić dwa litry wody. Ale jak tu czuć pragnienie jak za oknem śnieg i zimno. Brr. No cóż. Mus to mus, więc piłam. (wodę oczywiście)
Po wejściu do budynku udałam się do rejestracji. Przed badaniem, musiałam wypełnić cztery strony dokumentów. Pomijam dane osobowe, ale trzeba było również wymienić przebyte choroby, podpisać upoważnienia, zgody, i tak dalej i tak dalej. O o ... Pytanie nad którym zatrzymałam się niczym na teście szkolnym. "Ostatni posiłek spożyłam co najmniej 6h temu" TAK/NIE - zaznacz prawidłową odpowiedź. Yyyyyy no i co teraz? Nie miałam zamiaru przyjeżdżać tam drugi raz, ale z drugiej strony nie chciałam narażać  się na utratę zdrowia. Delikatnie pytam więc pani w rejestracji, co jeśli nie minęło 6 godzin. Zaznaczyć prawdę, odpowiedziała, przy tomografii zatok nie powinno to mieć większego znaczenia. Uff. Jest 14.30, więc mam jeszcze 10 minut. O ja naiwna. 

Przed pracownią siedzi kilka osób, rozglądam się więc i zastanawiam, czy i one czekają na to samo co ja. Do tego starsza, schorowana pani na wózku inwalidzkim oraz dwie na szpitalnych łóżkach. Po chwili podsłuchuję rozmowę (niechcący oczywiście), że  pomiędzy tymi zapisanymi na konkretną godzinę, przyjmowane są też osoby hospitalizowane. No świetnie. Patrząc na wszystkich dookoła, czekała mnie co najmniej kolejna godzina w tym pomieszczeniu. O 14.40, czyli wtedy, kiedy ja powinnam wejść na badanie, wywołano kogoś innego. Nerwowo podniosłam się z krzesełka i patrzę na zegarek. Boże, ależ jestem spóźniona! Po chwili z gabinetu wychodzi pielęgniarka, pytam więc grzecznie ile jest opóźnienia. Kiedy dowiaduje się, że mam wyznaczoną wizytę na 14.40, zdziwiona ironicznie odpowiada: Proszę pani, ależ jest DOPIERO 14.42! Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że odpowiedzenie jej, że w takim razie to ja powinnam być już w trakcie badania, stawiałoby mnie w pozycji spalonej, więc przerażona stwierdzam tylko, że ojej, ale ja powinnam do 15 odebrać dziecko z przedszkola, a tu jeszcze tyle osób :( Metoda "Na dziecko" często działa muszę wam powiedzieć. Pani pyta więc o moje nazwisko, tłumacząc, że postara się dowiedzieć, za ile moja kolej. Moja nadzieja nie trwa długo. A może powiem inaczej. Trwa bardzo długo, bo pani nie pojawia się więcej na korytarzu. Ha ha. Silly me. Przede mną zostały jeszcze poproszone dwie osoby, więc gdy wchodziłam ja, było już grubo po 15. Nie wiem, czy moja uwaga coś dała, czy nie, ale podobno było godzinne opóźnienie, jak zdołałam dowiedzieć się od innej pacjentki. Może więc powinnam być wdzięczna za to, że tak "wcześnie" weszłam. 

Pomijam już fakt, że przecież na tomografię wszystkie osoby przebywające w szpitalu można przywieźć w dowolnej chwili. Pomijam to, że w sumie czekałam "zaledwie" godzinę, a na badanie umówiłam się przecież z dnia na dzień. Przy naszym wspaniałym NFZ, to chyba i tak rekordowy wynik. Ale powiem szczerze, że po tej godzinie spędzonej w szpitalnej poczekalni, wolałabym być wyssana przez okno samolotu, niż przyjść tam raz jeszcze z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie wiem, może dawno nie miałam do czynienia z poważną chorobą i nie odwiedzałam szpitala, ale siedząc tam i patrząc na tych chorych ludzi i lekarzy wykonujących rutynowo swoją pracę, czułam się coraz gorzej.
Samo badanie też nie podziałało dobrze na moją psychikę. Widząc sprzęt stojący przede mną, niczym przed śmiercią mignęły w mojej głowie setki filmów, w których to główny bohater "wjeżdżał" głową do środka maszyny, a potem dowiadywał się, że ma raka... I mimo, że ja w zasadzie byłam tylko na tomografii zatok, to zamknęłam oczy, gdy już położyłam się na tej leżance. "Proszę się nie ruszać. Badanie potrwa 3 minuty" usłyszałam, a moja głowa powoli zaczęła zbliżać się do komory. Mówię szczerze. To najdłuższe trzy minuty w moim życiu. Okropny dźwięk, niczym silnik samolotu przygotowującego się do startu, towarzyszył całemu badaniu. Odliczałam sekundy, a czas płynął tak wolno, że miałam ochotę wstać i kopnąć go, by płynął nieco szybciej. W końcu moje ciało "wyjechało" z maszyny, a ja z prędkością światła zabrałam swoje rzeczy i wyszłam. 

Pewnie powiecie, że przesadzam. No być może. Ale tak prawdę mówiąc to poszłam do szpitala zdrowa, a wyszłam chora. Jeśli nie na ciele, to na umyśle na pewno ;) Na zewnątrz odetchnęłam z ulgą. Jeszcze tylko muszę się wydostać z potwornych korków, jakie w międzyczasie potworzyły się na drogach i wracam do swojego życia. Przed przedszkolem czeka na mnie mąż, który zdążył sam odebrać córkę, ale niestety beze mnie nie mogą wrócić do domu - tylko ja mam u siebie w samochodzie foteliki. Samo życie. 




sobota, 31 marca 2018

List od Jezusa.


To ja. Zmartwychwstały Jezus. Piszę, aby Ci podziękować za wszystkie te chwile, w których o mnie pamiętasz.

Wiedz, że jestem z Ciebie dumny ilekroć starasz się dobrze żyć ze swoją rodzina, bliskimi, okazywać miłość i serdeczność, przebaczać i pomagać innym, uczciwie pracować, uczyć się...

Nawet nie masz pojęcia jak się cieszę gdy odwiedzasz mnie w świątyni! ...gdy się modlisz, przedstawiasz mi swoje problemy, prośby, nawet skargi! Bądź pewien, ze nasz Ojciec i Ja wsłuchujemy się w każde Twoje słowo, czy choćby westchnienie - z największą uwagą i czułością. Jednak... nie gniewaj się jeśli nie zawsze i nie od razu możemy spełnić te oczekiwania. Ale dziś - jeśli pozwolisz... to Ja będę miał kilka sugestii dla Ciebie. A więc?

W takim razie posłuchaj:

Jeżeli życie stawia Cię przed problemem, którego nie jesteś w stanie rozwiązać - nie obawiaj się. Włóż ten problem do koperty i wyślij do mnie. Gdybyś chciał poznać odpowiedź - po prostu pójdź do świątyni albo otwórz Pismo Święte. Ja rozwiązuję wszystkie problemy, ale wtedy kiedy to JA chcę, nie Ty.

Gdy już wyślesz Twój list do mnie - przestań się martwić. Skoncentruj się raczej na rzeczach, które są obecne w Twoim życiu TERAZ.

Jak na przykład:

Jeśli utkniesz w korku ulicznym - nie rozpaczaj. Są na świecie ludzie, dla których kierowanie własnym autem jest marzeniem ściętej głowy!

Jeśli masz kiepski dzień w pracy - pomyśl o człowieku, który jest bez pracy przez wiele lat...

Jeśli rozpaczasz z powodu nieporozumień miłosnych - pomyśl o osobie, która nigdy nie doświadczyła co to znaczy kochać i być kochanym...

Jeśli wściekasz się, ze kolejny weekend minął nieciekawie - pomyśl o kobiecie pracującej 12 godzin na dobę, siedem dni w tygodniu, by wykarmić swoje dzieci...

Jeśli zepsuje Ci się auto w drodze, a do najbliższego warsztatu masz kilka kilometrów - pomyśl o człowieku na wózku inwalidzkim, który marzy o takim spacerze!

Jeśli zauważysz siwy włos na swej skroni - pomyśl o pacjentach chorych na raka, którzy bardzo by się cieszyli mając choćby takie włosy na głowie...

Jeśli jesteś w tym szczególnym miejscu w swym życiu, że zastanawiasz się nad jego sensem i celem - bądź wdzięczny! Jakże wielu jest takich, którzy nie mieli szansy żyć wystarczająco długo, aby doczekać takiego momentu...

Jeślibyś znalazł się ofiarą czyjejś uszczypliwości, złośliwości, ignorancji czy małostkowości - pamiętaj, sprawy mogłyby potoczyć się jeszcze gorzej: to Ty mógłbyś być taka osoba!

Jeśli zdecydujesz się wysłać ten list do swego przyjaciela - dzięki stokrotne. Być może zmienisz jego życie w sposób, którego nawet nie oczekiwałeś? 

Twój Jezus.


Kochani! Dla Was i dla Waszych rodzin, życzenia radości Zmartwychwstania Pańskiego, smacznego jajka i tak ciepłego, wiosennego poniedziałku, by można było podtrzymać tradycję Dyngusa :)
Niech w Waszych sercach zagości spokój i nadzieja.






Źródło:adonai.pl

poniedziałek, 26 marca 2018

W sieci mogę być kim chcę.


No cóż. Nadszedł ten moment, kiedy to moje jeansy wymagały wymiany. Tak tak, ja wiem, że dziś modne jest wszystko, więc nawet gdyby miały dziurę, to można to określić jako COOL, ale jednak ich żywot dobiegł końca. Wpadłam więc do swojego ulubionego sklepu i próbuję wybrać coś dla siebie. Mam! Nawet niezłe i to w przystępnej cenie. Po drodze do przymierzalni widzę jeszcze fajną bluzkę, i choć obiecałam sobie, że jestem nakierowana na zakup tylko spodni, to była to miłość od pierwszego wejrzenia. Po kilkunastu minutach, kiedy to zaczynałam czuć, że mam dość (przymierzyłam aż 4 pary spodni) wychodzę ze sklepu z nowymi jeansami i bluzeczką w kwiatuszki w moim ulubionym niebieskim kolorze. 
No, ale nie o tym w sumie. Nagle przed sklepem, który jak się domyślacie mieści się w galerii handlowej, obskakują mnie dwaj młodzieńcy z puszką i proszą o datek na "Domy Dziecka" Nie miałam za bardzo czasu, by zatrzymać się i dopytać, na jakie Domy Dziecka i na co to konkretnie idzie, bo tak naprawdę na puszce nie było nawet żadnej informacji kto to organizuje. Jedyne co można było zauważyć, to zdjęcie jakichś dzieciaków. 

Jakieś 2 tygodnie temu, a więc niedawno, opowiadała mi znajoma, o pomocy, jaką chciała przed Świętami Wielkanocnymi udzielić "rodzinie w potrzebie" (celowo w cudzysłowie) Rodzina ta (5 dzieci), określiła czego im najbardziej brakuje. I to według mnie jest w porządku, przynajmniej człowiek się nie zastanawia, co się przyda, a co nie. Ale czytam całą listę (którą potem przesłała mi na maila) i oczom nie wierzę. Uwaga cytuję: "Dzieci nie posiadają i chcą mieć: tableta, piłki nożnej, plecaka sportowego (Nike najlepiej), korków do grania w piłkę (Adidasa), najmłodsze dzieci najbardziej potrzebują ubranek, marzą o głośniku USB do telefonu". Zbaraniałam. Szczerze mówiąc zaczęłam wątpić, czy ta rodzina aby na pewno jest potrzebująca...

Nie jestem osobą aktywną Facesbookowo, ale mimo to zauważam, że co chwilę pojawiają się posty, sponsorowane lub nie (takie udostępnione przez znajomych) z prośbą o pomoc dla chorego dziecka, umierającego na raka, rehabilitację i tak dalej i tak dalej. Teraz, gdy Święta Wielkanocne już blisko, jakimś cudem ich liczba znacznie się zwiększyła. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że część z tych ogłoszeń to po prostu wielkie oszustwa, tak samo jak niektóre akcje na żywo. 


W sieci mogę być kim chcę.


Jak to się dzieje, że człowiek inteligentny, myślący, daje się nabrać? Czytałam kiedyś wypowiedź psychologa na ten temat. Otóż oszuści tego typu wykorzystują nasze współczucie odwołując się do podstawowych instynktów. Jest takie hasło reklamowe pewnego produktu - Dziecku odmówisz? I to właśnie tak działa. Osoby takie wykorzystują naszą naiwność, pokazując nam choćby taką puszkę ze zdjęciem dzieci. No komu nie zrobi się żal? Większość ludzi będzie zatem miała poczucie zrobienia dobrego uczynku, bo przecież jak to powiadają, ziarnko do ziarnka, i może dzięki mojej złotówce, zmieni się los tych dzieci?



O uwolnienie Aminy, syryjskiej blogerki, walczyły tysiące internautów. W swoim blogu, "A gay girl in Damascus" (Lesbijka z Damaszku), ryzykując ujawnienie swej orientacji seksualnej, opisywała jak rodzi się rewolucja w Syrii i jak krwawo jest tłumiona, jak tata ochronił ją przed aresztowaniem przez tajną policję a jej słowa cytują wszystkie zachodnie media. Wkrótce ucieka z Damaszku, ale nie przestaje pisać."Blogowanie jest dla mnie formą bycia nieustraszoną" twierdzi, a jej walce kibicują tysiące internautów.

6 czerwca 2011 roku, mieszkająca w Kanadzie Francuzka, Sandra Bagaria, dostaje maila, który na zawsze zmieni jej życie. "Proszę, usiądź, zanim to przeczytasz" – pisze do niej Rania Ismail, kuzynka Aminy Arraf, z którą Sandra od pół roku ma gorący internetowy romans. Jej ukochana, jak donosi Rania, została uprowadzona przez trzech uzbrojonych mężczyzn, gdy zmierzała na spotkanie z grupą syryjskiej opozycji. 

"Uwolnić Aminę Arraf", akcja zainicjowana przez Sandrę zyskuje 10 tys. lajków na Facebooku i lotem błyskawicy rozprzestrzenia się po blogosferze i mediach, które zwracają się do rządu USA. Podkreślają, że Amina, pochodząca z syryjsko-amerykańskiej rodziny, ma podwójne obywatelstwo i należy jej się pomoc rządu. Z całego świata płyną do Aminy słowa otuchy. Urzędnicy amerykańscy nabierają jednak podejrzeń i stwierdzają z całą pewnością, że nikt taki nigdy nie był obywatelem USA!
Zdjęcia wykorzystane na blogu, należą do pracującej w Londynie Chorwatki Jeleya Lecic, która potwierdza, że syryjska blogerka je ukradła. 

Świat jest zszokowany, gdy w wyniku błyskawicznego śledztwa przeprowadzonego przez serwis Electronic Intifada wychodzi na jaw, że Amina Abdallah Arraf al Omari nie urodziła się 12 października 1975 roku w amerykańskim mieście Staunton, ale w głowie 40-letniego amerykańskiego absolwenta historii i niespełnionego pisarza Toma MacMastera. 



24-letni David Rose, mimo głuchoty i czterokończynowego porażenia mózgowego, niemal nadludzkim wysiłkiem prowadzi bloga "Dave on wheels" ("Dave na kółkach"), wystukując słowa na specjalnym komputerze Tobii sterowanym wzrokiem. Jego pełne optymizmu wpisy tylko na Twitterze śledzi ponad 8 tys. osób. Kiedy w październiku 2012 roku stan chłopaka gwałtownie się pogarsza, a on sam trafia do szpitala, jego siostra Nicole zamieszcza informację o jego śmierci. "Dobranoc, Dave, dzięki, że mogłem cię poznać", "Straciliśmy dziś dobrego człowieka" – piszą wzruszeni ludzie. 
Śledztwo przeprowadzone przez fankę "Dave’a na kółkach", przynosi jednak brutalną prawdę - zdjęcia niepełnosprawnego zostały skradzione ze strony chłopaka nazywającego się Hunter Dunn, a Dave Rose to twór 53-latka z Kalifornii.

Gdy prawda wyszła na jaw, autentyczne wzruszenie po śmierci Dave’a czy zaangażowanie, z jakim internauci walczyli o uwolnienie Aminy,  zastąpiła wściekłość i rozżalenie. Ani jedno słowo napisane przez te gwiazdy internetowych społeczności nie było bowiem prawdą, a Dave i Amina tak naprawdę nigdy nie istnieli.

Dr Marc D. Feldman, psychiatra z University of Alabama w Birmingham, przyznaje, że tego typu fałszerstwa są coraz częstsze. Co ludzi do tego pcha?


Chęć zwrócenia na siebie uwagi, uzyskania współczucia, opieki, zainteresowania, którego nie uzyskują w zwyczajny sposób – wylicza dr Marc Feldman.  

Jakub Kuś, psycholog nowych technologii z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu twierdzi, że Internet stworzony jest dla oszustów. Dlaczego? 

Przez pierwszą dekadę rozwoju sieci był on uznawany za wielki anarchistyczny śmietnik. Ale po nadejściu – w pierwszych latach XXI wieku – mediów społecznościowych, w których ludzie zaczęli funkcjonować pod nazwiskiem, zaczął być wiarygodnym forum kontaktów, platformą spotkań wyspecjalizowanych grup wsparcia, zmagających się z chorobami czy uzależnieniami. To właśnie takie grupy stają się celem oszustów, dla których zdobycie współczucia setek, a nawet tysięcy internautów, zamiast zainteresowania jednego lekarza, jest wielką pokusą- twierdzi psycholog.
Zdaniem J. Kusia, do preparowania fałszywej tożsamości uciekają się najczęściej osoby o zaniżonym poczuciu własnej wartości, które żyją w przekonaniu, że to, co robią na co dzień, nigdy nie da im pożądanej popularności. 

Chodzi nie tylko o współczucie, ale także o bycie dostrzeżonym, popularnym i znanym. To, że ich chorobowy czy – jak w przypadku Aminy – wojenny blog zaczyna być cytowany, daje im kopa emocjonalnego, a czasem nawet poczucie władzy, bo ich emocje i myśli znajdują faktyczny oddźwięk społeczny – wylicza psycholog. Tom MacMaster, twórca Aminy, wcześniej angażował się na rozmaitych forach, zamieszczając swoje przemyślenia na temat polityki i spraw Bliskiego Wschodu. Bezskutecznie starał się też o publikację swojej powieści. Gdy jako Amina zdobył popularność, zaczął dostawać oferty wywiadów, a nawet napisania pamiętnika.

Jak przyznaje Jakub Kuś, tego typu oszustów niezwykle trudno jest wykryć, chyba, że przesadzają albo popełniają głupie błędy.
Kim, nastoletnia matka na forum dla rodziców wcześniaków, wzbudziła współczucie, opisując walkę, jaką toczy z pomocą lekarzy o życie wcześniaka. Internauci wraz z nią przeżywali żałobę, gdy dziecko umarło. Kilka miesięcy później Kim wróciła na forum z wiadomością, że znów jest w ciąży. Jej posty obfitowały w drastyczne opisy krwotoków do mózgu i operacji serca, jakich doświadcza jej dziecko. Wreszcie także i drugie dziecko uśmierciła. Wtedy uczestniczka forum, psycholog Mara Tesler Stein z Chicago, która sama jest matką dwojga wcześniaków (i wspierała wcześniej Kim), przeprowadziła śledztwo. Odkryła, że nastolatka kopiowała opisy krwotoków i operacji z innych forów. Po ujawnieniu tych faktów Kim z forum zniknęła.


Cyfrowa krzywda boli analogowo, a koszty społeczne działań oszustów są bardzo wysokie.

Po zdemaskowaniu nastoletniej Kim wielu rodziców wcześniaków przestało zamieszczać posty, a inni swoją sytuację porównywali do "emocjonalnego gwałtu". Nowi uczestnicy forum musieli przejść procedurę weryfikacji, czy aby na pewno są rodzicami wcześniaka.

Tom MacMaster po ujawnieniu fałszerstwa blogu Aminy twierdził, że chciał tylko zabrać głos w sprawach, które są dla niego ważne. Powtarzał, że nie wierzy, że kogoś skrzywdził. Jego zdania oczywiście nie podziela Sandra Bagaria. Gdy dowiedziała się, że nagie zdjęcia i czułe wyznania pochodziły od obleśnego 40-latka, zwymiotowała. "To był najbardziej upokarzający dzień w moim życiu" – przyznaje w filmie "Profil Amina", nakręconym przez kanadyjską dokumentalistkę Sophie Deraspe. 

Anonimowość sieci, jak pokazują badania, prowadzi do dehumanizacji uczestników internetowej komunikacji. Zamiast ludzi zaczynamy widzieć obiekty generujące tekst – dodaje Kuś. Z badań prowadzonych przez zespół prof. Luby Belkin z Lehigh University wynika, że ludzie o wiele częściej kłamią, jeśli porozumiewają się za pomocą maili niż na papierze.

Psychologowie z pekińskiego Renmin University of China, którzy pod kątem moralności badali chińskie nastolatki, odkryli, że traktują one sieć jako odrębny od realnego świat, nie dostrzegają, że np. hejtowanie może kogoś boleć naprawdę.
Święta to czas, w którym o wiele łatwiej jest nabrać ludzi na pomoc dla "potrzebujących" Jak widać nie trudno jest stworzyć stronę internetową ze zdjęciami i opisem choroby. Szkoda, że wśród oszustów, na pewno jest wiele takich osób, które czekają aż ktoś zainteresuje się ich losem. 



* Źródło: focus.pl na podstawie tekstu Agnieszki Fiedorowicz