piątek, 29 września 2017

Z pamiętnika mojej mamy, czyli o tym jak my dorośli zapominamy, że też byliśmy kiedyś dziećmi.

Autentyczny wpis w pamiętniku
W którymś z moich wcześniejszych postów wspominałam, że moja mama pisała dla mnie pamiętnik. Nie było oczywiście wtedy blogów (a szkoda), więc ważne wydarzenia zapisywała na kartkach typowego dla tamtych czasów brulionu. Na początku swojego macierzyństwa zdarzało mi się dość często do niego zaglądać i porównywać jaka ja byłam w wieku mojego dziecka np.czy lubiłam jeść gruszki, czy dobrze spałam, co mówiłam. Było to ciekawe doświadczenie, bo mogłam zobaczyć, jak różnymi sposobami dzieci osiągają ten sam cel np. chodzenie (ja raczkowałam a moja E. od razu stanęła na nogi)



Ze względu na natłok zajęć, po narodzinach J. porzuciłam większość mądrych książek z pamiętnikiem na czele. Jednak kilka dni temu, wzięłam go znów do ręki jako lekturę do kawy. Czytając notatki mojej mamy uświadomiłam sobie jedną rzecz. Ja byłam kiedyś dokładnie taka sama jak moje dzieci!

Mała Izzy. 6.5 miesiąca
Po raz pierwszy zrobiłaś siusiu na nocniczku. Wieczorem obudziłaś się wołając "mama" Od tego dnia mówisz już "mama"
Słodki Jezu. Ja jako matka musiałam czekać jeszcze baaaardzo długo na to, żeby moje dzieci siusiały na nocniczku. No, ale wiadomo, to były czasy pieluch tetrowych, więc odpieluchowanie wyglądało trochę inaczej. Na słowo "mama" musiałam czekać u E. aż skończyła rok i 2 miesiące. Pięknie mówiła tata, dziadzia i inne słowa, ale nie "mama" Próbowała, ale za każdym razem zapowietrzała się i nic z tego nie wychodziło prócz śmiechu jej i mojego. Na szczęście druga córka zrekompensowała mi to czekanie. Tym razem to mąż musiał czekać, aż zacznie mówić "tata"

10 miesięcy.
Nie przypuszczaliśmy, że ty lubisz cytryny. Daliśmy ci pół cytryny, a ty tak się zajadałaś, że sok lał ci się po brodzie, a ty nawet się nie skrzywiłaś.
Szczerze mówiąc pisząc to już się krzywię, ale wtedy faktycznie ku zadowoleniu moich rodziców potrafiłam jeść te cholerne cytryny bez choćby jednego grymasu na twarzy.

Przyszła N. (*moja kuzynka, starsza o pół roku) i miała w ręce kurkę zabawkę co znosi jajka. Ty jak ją zobaczyłaś to wyrywałaś ją jej z ręki. Gdy nie chciała ci oddać, bardzo płakałaś. Momentami płakałyście obie. Zabawa z kurką skończyła się tym, że ty urwałaś kurce skrzydełka.

Hahaha. A ostatnio pisałam tu na blogu o moich dziewczynach, które urwały nogę ulubionej owieczce E. :) 

Jest sierpień. Mam 3 latka i 3 miesiące. Po wspaniałych wakacjach nad naszym polskim morzem nastaje ten dzień. Pierwszy dzień w przedszkolu. Niby mówię, że się cieszę, ale tak naprawdę moja mama wie, że łatwo nie będzie. Do tej pory opiekowali się mną dziadkowie. 
Czytam pamiętnik i już na samym początku zdziwienie: 
Idziemy do przedszkola z 3 wiązankami kwiatów:dla pani wychowawczyni, dyrektorki i niani

W obecnych czasach nie wszystkie dzieci przynoszą kwiaty na zakończenie roku szkolnego a tu na rozpoczęcie przedszkola? No nic, czytam dalej:

Gdy rozstawałyśmy się ze sobą, tak jak przewidywałam, płakałaś (podobno niedługo) Jak przyszłam z pracy po Ciebie i weszłam na salę to ujrzałam taki widok:wszystkie dzieci leżały na leżaczkach, a ty siedziałaś na stołeczku w majteczkach, podkoszulce, boso i płakałaś. Gdy mnie zobaczyłaś, podbiegłaś i rzuciłaś mi się na szyję wołając: mamuśku! Nie chciałaś zostawić w przedszkolu worka z kapciami, bo stwierdziłaś, że ci się tu nie podoba i już nie wrócisz. Po wyjściu z przedszkola usiadłyśmy na ławce i opowiadałaś mi jak było. Pod koniec naszej rozmowy stwierdziłaś, że pójdziesz do przedszkola tylko nie chcesz spać.

Takie były moje początki w przedszkolu. Ci, którzy znają mnie osobiście, wiedzą, że wyrosłam na całkiem zdrową psychicznie osobę, więc przeżycia te nie zostawiły jakiegoś trwałego urazu- przynajmniej tak mi się wydaje ;)
Każde dziecko jak widać reaguje zupełnie inaczej. Ale widzę też, że moje maluszki były przez nas lepiej przygotowane do samodzielności i wyfrunięcia z gniazda. Gdy moja mama wróciła do pracy i przekazała mnie pod opiekę moich dziadków, rozpoczął się czas błogiego dzieciństwa, w którym przez cały dzień uwaga była skupiona na mnie. Potrafiłam sobie ustawić dziadków tak jak chciałam, byli we mnie zakochani, więc pozwalali na więcej niż rodzice. I nagle zderzenie z rzeczywistością: dyscyplina, zajęcia, nowe środowisko. Musiało minąć trochę czasu, żebym się przyzwyczaiła. Do spania jednak nigdy się nie przekonałam. Nienawidziłam leżaczka i bezczynnego leżenia. Dziś uważam, że byłam głupia. Jak wiele dałabym teraz, żeby móc położyć się choć na pół godzinki w ciągu dnia i zamknąć oczy. No, ale z perspektywy dziecka taki leżaczek faktycznie wydawał się więzieniem. Na szczęście miałam wyrozumiałą panią przedszkolankę i jako jedyne dziecko siedziałam przy stoliczku i rysowałam, albo bawiłam się, podczas leżakowania reszty grupy. Za to jestem jej bardzo wdzięczna.


26.08 - Dziś jesteś zadowolona z pobytu w przedszkolu, bo pani w sobotę nie kładzie dzieci spać.
Czytam i nie wierzę. Zajęcia w sobotę? Wszak było to przedszkole publiczne. Można wiele powiedzieć na tamten system szkolnictwa, ale ja osobiście nie znam przedszkola, które byłoby otwarte w sobotę, przynajmniej nie w mojej okolicy. 


Wczoraj wieczorem opowiadałaś mi, że pani wygoniła cię do łazienki, bo płakałaś i tam kazała ci się wypłakać.
Wyobrażacie sobie taką sytuację w dzisiejszych czasach? Ja nie bardzo. Początek roku, dziecko jeszcze w okresie adaptacji, tęskni a one każą mi się wypłakać? Biedna ja :( 
Jest połowa października, nadal często zdarza mi się płakać rano przy rozstaniu. Trwa to jednak niedługo, w przedszkolu ładnie jem i bawię się. 

Odkładam na chwilę lekturę i robię małą przerwę. Po chwili powracam jednak do mojego ulubionego kącika na kanapie i przerzucam kilka kartek. 
Nasze dzieci uczymy kultury i dobrego zachowania. Na każdym kroku podkreślamy słowa proszę, dziękuję, przepraszam. Nie wierzę własnym oczom. Ja? Taka grzeczna dziewczynka? Niemożliwe... Przeczytajcie sami:
Jedziemy do babci i dziadka. Przed skrzyżowaniem jadąca przed nami Syrena nagle zatrzymuje się i my też. Tatuś powiedział "Jedź Syrena" a ty na to "Jedź Syrena, bo ci dupę strzaskamy!" 
No cóż. Wiem, że dzieci przynoszą z przedszkola różne "kwiatki", ale nie ja przecież ;)
No nie moja droga, tego już za wiele. Gdy cię usypiałam i pokrzyczałam, że nie śpisz, to podniesionym głosem odezwałaś się do mnie bardzo niegrzecznie "Zamknij się"  Próbujesz się kłócić ze mną.
Eeeee, no w to to nie uwierzę ;) Ja, która zawsze odnoszę się do ludzi z należytym szacunkiem taka niby byłam? Toż to już pomówienie! 
Czyżby okazało się, że moje dzieci to aniołki w porównaniu z tym jaka ja byłam? Jedynie młodsza kiedyś powiedziała mi "Sio mamusia, idź tam", kiedy to nie pozwoliłam jej ciumkać paluszka. 


Pamiętnik mojej mamy kryje jeszcze wiele niespodzianek i tajemnic. To chyba jeden z cenniejszych prezentów jakie dostałam od moich rodziców. Wydaje mi się, że czasem my dorośli zapominamy, że kiedyś też byliśmy dziećmi. Przechodziliśmy przez różne etapy rozwoju, buntowaliśmy ucząc się w ten sposób asertywności i samodzielności, płakaliśmy, gdy nam było źle. Dzieciństwo ma swoje prawa, więc gdy następnym razem jakaś starsza pani krzywo na mnie spojrzy, bo nasze dzieci w sklepie wymuszają czekoladkę, to uśmiechnę się i pomyślę, że ta oto pani prawdopodobnie jako dziecko była dokładnie taka sama. Po prostu tego nie pamięta.



wtorek, 26 września 2017

Cała prawda o życiu kobiety


Pamiętacie film Czego pragną kobiety? Może nie jakiś najambitniejszy, ale co by nie mówić, w pewnym sensie trafnie pokazujący różnicę pomiędzy tymi co z Marsa i tymi co z Venus.
~O czym myślisz?, pyta mnie szanowny małżonek. ~O niczym, odpowiadam, ale on pozostaje nieprzekonany Eeeee tam, ty zawsze o czymś myślisz.
Akurat wtedy zdarzyła się ta jedna z nielicznych chwil, kiedy to faktycznie nie myślałam o niczym błogo wpatrując się tylko w okno, ale fakt, ja zawsze o czymś do cholery myślę! I tak jak w jednej ze scen we wspomnianym przeze mnie filmie z panem Gibsonem, wystarczy, że otwieram rano oczy, a w głowie mam już tysiące głosów. Ba! Nie raz budzę się w nocy i to właśnie wtedy mam najwspanialsze pomysły i rozwiązania problemów. Jezu, czy ja jestem normalna? Czy każda kobieta tak ma? Zaczynam w to wątpić.

Już dawno stwierdziłam, że faceci mają lżej w życiu. Oni po prostu tyle nie myślą i nie przejmują się takimi bzdetami jak my, kobiety. Ogólnie nie należę do osób przewrażliwionych, ale fakt pozostaje taki, że przez cały dzień coś zaprząta mi głowę. I niczym kierowca, który musi przewidzieć zachowanie innego uczestnika ruchu, nieświadomie układam scenariusze. Nie mówię o jakimś wielkim planowaniu, no, ale wytłumaczcie mojemu mężowi, że muszę pomyśleć wcześniej, żeby kupić bułki a nie dopiero w momencie pojawienia się głodu, bo wtedy to już będzie trochę późno. A on wciąż nadziwić się nie może. Dla niego jest tu i teraz. Nie jest jeszcze głodny? To po co o tym myśleć. Pomyśli później.

Mistrzynią w myśleniu abstrakcyjnym jest jednak moja mama. 
~Co chcecie na obiad w sobotę? 
Jezu mamo, dopiero jest wtorek, ja nie wiem co jutro będę jadła!



No cóż, nie będę oszukiwać. Na czwartym obrazku to cała ja...







Zdarzyło wam się kiedyś? Normalnie tragedia. Człowiek czuje się jak nowo narodzony po kąpieli z goleniem, a tu taka wpadka.






Nie należę do hipochondryków, ale cóż, ponoć dr.Goole wie wszystko. Nie powiem, kilka razy wystraszyłam się na dobre. Nigdy więcej!






O, to znów ja! Czyli odpalam Endomondo z ogromnym postanowieniem, że tym razem dojdę do formy i nawet czuję, że jestem lżejsza i lżejsza.... Na całe 5 minut.





Tiaaa, miałyście tak kiedyś kobietki? Patrzycie w lustro wychodząc z domu i wydaje wam się, że wyglądacie ok. Może nie jakoś rewelacyjnie i nie w wieczorowej kreacji, ale jest ok. Oczywiście wychodząc bez makijażu TEN JEDEN raz w roku, musicie spotkać przystojniaka, albo nielubianą koleżankę. I ten komentarz: Czy wszystko ok? Źle wyglądasz... Nie, nie ja tylko eee to tego tam, nie pomalowałam się dzisiaj, ale wszystko w porządku.



Ojej, jakie masz fajne kręcone włosy, zdarza mi się słyszeć Kręcone? O co chodzi? No cóż, włosy to od zawsze moja zmora. Ułożyć to siano, które mam na głowie wymaga poświęcenia czasu na wyprostowanie włosów, albo naciągnięcie na szczotkę. Odchodzę od lustra jak pani na rysunku nr.3 a wilgotne powietrze szybko robi ze mnie to samo co na rysunku nr. 4. Koszmar.







Mój mąż twierdzi, że koczek na głowie to przywilej dla bibliotekarki. No może coś w tym jest, ale jak widzę piękne dziewczyny wyglądające naturalnie z tak upiętymi włosami (i robią to bez patrzenia w lustro!) to czasem też je tak spinam. Na bank wyglądam tak jak ta ofiara na obrazku (oczywiście tym drugim)







Tak tak to dokładnie ja!! 
"Znowu obżerasz się czekoladkami? Myślałem, że masz dietę?", mówi mąż. "Cicho, mam dietę, ale dzisiaj wszystko mi wolno, więc się nie odzywaj"









Nie noszę czarnej szminki, ale zdecydowanie tak bym wyglądała! Nie sexy, a raczej jak kuzynka wampira.






Bingo!
Przede mną leży stos ubrań do poskładania, na szafkach w kuchni naczynia do włożenia do zmywarki, wszędzie tyle roboty a ja co? Piszę posta o tym jakie to ciężkie życie mamy my kobiety....






Pewnego dnia, kiedy byłam w szkole podstawowej, rodzice postanowili odebrać mnie zaraz po lekcjach i zabrać do fotografa na zdjęcie paszportowe. Co tam, że akurat wtedy dostałam pałę z biologii i oczy miałam zapuchnięte od płaczu. Co tam, że miałam na sobie białą bluzkę, dzięki której na tle białej ściany wyglądałam jak mumia... 
Przez 10 lat na granicy cierpiałam katusze, kiedy to celnicy kazali mi pokazywać zęby bo najzwyczajniej w świecie nie mogli mnie rozpoznać!
Bogu dzięki za strefę Schengen...





yyyyyy no bo tak! Jejku jak można jeszcze pytać o co chodzi. Nie po to niektóre z nas malują usta, by "zjeść" szminkę z pierwszym kęsem. Co za dureń.




Przypomniała mi się Bridget Jones z 1 części, która w rozmowie o pracę mówi jak to ona kocha dzieci, jakie są cudowne i są naszą przyszłością...
~A pani chce mieć dzieci? 
~Ja? O nie, co to to nie. Broń Boże.

No cóż, śliczny niemowlaczek, naprawdę słodki, ale ten kotek....






Też tak macie? Matko, tyle ciuchów w tych sklepach, zwłaszcza tak mi się wydaje gdy niczego nie szukam. A gdy coś naprawdę potrzebuję to ... no właśnie. Jak na obrazku. Do tego wracam do domu przygnębiona, że mam za duży brzuch i tyłek. Dla poprawienia samopoczucia jadę do Lidla i kupuję ulubioną Muffinkę lub ciastko Cookie i czuję podwójne wyrzuty sumienia. Życie.




* Post powstał na podstawie wspaniałej grafiki niejakiej C.Cassandry. 
www.cassandracalin.com



poniedziałek, 25 września 2017

Mały duży wrażliwiec.

Patrząc na moje dzieci nikt nie powiedziałby, że mogą mieć wrażliwe dusze. 



E. jest dzieckiem, które jest bardzo asertywne, żywotne i nic nie jest w stanie stanąć jej na przeszkodzie, by osiągnąć cel. Jeśli upatrzy sobie jakąś zabawkę, nie ważne, czy bawi się nią małe dziecko, czy starszak, i tak próbuje ją zdobyć (zwykle skutecznie)
Nie łatwo być siostrą takiego osobnika. Na każdym kroku J. musi walczyć o swoje, być twarda i nieustępliwa. 
Ma ona jednak ciekawy charakter, niejeden dorosły (np. ja ) mógłby się od niej wiele nauczyć. Wiedząc, że jako młodsza nie ma jeszcze szans w wielu przypadkach na wygraną (choćby przez to, że jest za niska i nie potrafi otwierać drzwi sama), przyjmuje inną taktykę. Niczym dzikie zwierzę czai się w krzakach i obserwuje swoją ofiarę. Gdy tamta traci czujność, atakuje. Wygląda to przekomicznie, ale oczywiście zachowując powagę sytuacji, tłumimy niejednokrotnie swój śmiech i z maską na twarzy obserwujemy jak się rozwinie.

Sytuacja:

J. upatrzyła sobie zabawkę, którą pięknie się zajmowała dopóki oczywiście starsza siostra nie uznała, że hmm faktycznie jest to atrakcyjna rzecz i czemu by nie pobawić się nią samemu. Podbiegła i standardowo wyrywa J. to co ma w ręce. Prawowita właścicielka nie chce oddać, krzycząc wniebogłosy NIE!, więc reaguję, mówiąc E. żeby oddała zabawkę. E. ma na to jednak swoją strategię.

~J. podzielisz się?
~Nie! Młodsza córka chowa za siebie zabawkę i nie ma zamiaru się "dzielić"
E. nie ustępuje i od słowa do słowa od czynu do czynu triumfuje zdobywając swój łup. 
~Podzieliła się!,mówi uszczęśliwiona E. 

Chcę interweniować i wytłumaczyć, że nie na tym polega idea dzielenia się, ale widzę, że J. odpuściła, biorąc do rączki coś innego. Na jej twarzy maluje się jednak znana mi dobrze mina - to mały foch z domieszką sceny z Terminatora i słowami "I'll be back!" 
Już wtedy wiem, że wkrótce będzie gorąco.
Po zabawie dziewczynki zasiadają na chwilę przerwy w swoich małych fotelikach i oglądają Księżniczkę Zosię
E. od zawsze przenosiła się całkowicie w świat bajki tak, że ten prawdziwy dla niej nie istniał. Dopiero po zakończonym filmie wracała na ziemię, by porozmawiać o tym co się wydarzyło. Jej siostra dobrze o tym wie. Postanowiła właśnie w tym momencie dokonać zemsty za zabraną wcześniej zabawkę. Ponieważ foteliki dziewczynek są niskie, często przytulanka, którą E. trzyma w ręce leży na ziemi. Następuje atak. J.stoi na przytulance i zaczyna po niej skakać. Najpierw E. nie reaguje, nie wie nawet co do końca się dzieje, ale gdy po chwili orientuje się, że jej ukochana owieczka doznaje tak ciężkich tortur, zaczyna płakać i krzyczeć przy okazji ciągnąc ją za nogę. Nie wiedząc co do końca się dzieje podbiegam i widzę przerażoną sytuacją, zapłakaną E. i jej śmiejącą się siostrę, której iskierki w oczach tak tańczą, że można powiedzieć trwa niezła impreza. Za nic w świecie nie ma zamiaru schodzić z owcy. 

Wiedziałam, czym to się skończy, ale niestety pogrom trwał. Żadna nie chciała mnie słuchać. Im dłużej to trwało, tym więcej radości miała młodsza widząc siostrę cierpiącą katusze. I cóż. Tak jak przypuszczałam walka skończyła się wtedy, gdy... ciągnąc obie owieczkę w dwie przeciwne strony, urwały jej nogę.
~Ojej, zapłakała E. a J. nagle posmutniała i mówi Popatrz...

Walka zakończyła się. Ofiar: sztuk 1. Na szczęście niezastąpiona babcia prowadząca niczym w bajce Klinikę Dla Pluszaków robi operację i owca jest jak nowa. Trochę ma nienaturalnie sztywną szyję ze względu na ekstra wypełnienie brakujących fragmentów kręgów szyjnych, ale pewnie i tak się "ubije" w krótkim czasie. Konflikt zażegnany. Rozejm.


Czy tak wyglądają i zachowują się dzieci wrażliwe? Pewnie każdy powiedziałby, że nie. Nawet w żłobku musiałam o tym przekonywać "ciocie", które trochę patrzyły na mnie dziwnie, gdy to mówiłam. Po jakimś czasie niczym niewierny Tomasz samemu przekonały się, że jednak mam rację.

Pomimo tego, że E. ma silną osobowość, to jednak jest to jeszcze małe dziecko. Nie zawsze radzi sobie z emocjami, po każdym wybuchu buntu, przychodzi, by się przytulić, zawsze szuka zrozumienia. Choć czasem jestem na nią o coś zła, tego jej nie odmawiam, bo tylko tak jestem w stanie ją uspokoić i uciszyć emocje. Zawsze taka była, od maleńkiego dziecka. Silna, a jednocześnie wrażliwa i bezbronna, potrzebująca ramion które przytulą i dadzą ukojenie.

Zdziwiła mnie jednak inna sytuacja. J. zawsze była twardsza, tak jak wspominałam, nie łatwo być siostrą E. ;) Pewnie takie wyzwanie też w pewien sposób ukształtowało jej charakter. 

Pewnego dnia oglądamy Misia Uszatka (J. była malutka, kiedy ostatnio go widziała i pewnie nie pamiętała) i gdy rozbrzmiewają słowa kończącej piosenki "Pora na dobranoc" widzę usta J. ułożone w charakterystyczną podkówkę. Wiem, że kocha wszystkie misie, ale nigdy tak się nie zachowywała. W oczach tego dziecka zobaczyłam smutek. Taki autentyczny smutek. Tak prawdziwy, że chyba dawno takiego nie widziałam. Oczka wypełniły się łzami a ona mówi "Popatrz, nie ma misia" Na nic dały się tłumaczenia, że miś poszedł spać i jutro wstanie. Była tak smutna z tego powodu, że musiałam ją wziąć na ręce, a ona po prostu topiła łzy w moich ramionach. I wiecie co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? Że znam jeszcze jedną osobę, która tak zachowała się na tej bajce i to w tym samym momencie. Ja sama. Ja też byłam smutna i płakałam, gdy kończył się Uszatek. I choć byłam wtedy mała, doskonale pamiętam jaka byłam nieszczęśliwa.

Łazienka. Dziewczynki siedzą na nocniczkach. Mamusia zaśpiewaj coś, prosi E. Może Pan jest Pasterzem moim?
No cóż, nie najlepszy wybór jak na siedzenie na podłodze w toalecie, ale po chwili obie krzyczą "Tak! Chcemy piosenkę o owieczkach i Jezusku!" więc zgadzam się. Słuchałyśmy bowiem tej pieśni na You Tube, gdzie pokazane było zdjęcie pasących się owieczek. 
Kiedy doszłam do "...na niwach zielonych pasie mnie" znów to zobaczyłam! J. znów miała buzię w podkówkę, a jej oczka szkliły się niczym górskie jezioro. 
Nie skończyłam śpiewać wtedy. Przy słowach "gdybym przechodził przez ciemną dolinę" J. była bliska płaczu. Nawet jej siostra bardzo przejęła się sytuacją pytając co się dzieje. Wyjaśniłam jej, że J. się wzruszyła.

Teraz już wiem, że J. jest też niesamowicie wrażliwym dzieckiem. I jeśli się nie mylę jest w szczególności wrażliwa na muzykę. Każdy maluch lubi piosenki, ugina kolanka w takt muzyki, ale tak jak ona reaguje, jak się zachowuje, jak jej ciało po prostu płynie w morzu dźwięków pozwala mi wierzyć w to, że coś tam w jej duszy gra :)

Oj miał wyjść krótki post, taka tam krótka opowiastka a jak zwykle wyszedł elaborat. Jeszcze na koniec mam takie przemyślenia odnośnie ludzi dorosłych. Czasem zdarza mi się spotkać osoby, których pewnie nie podejrzewałabym o wrażliwość. Czemu? Pewnie dlatego, że wielki osiłek nie wydaje się być kimś, kto będzie płakał słysząc smutną historię. Jak uwierzyć, że szefowa w pracy, która zawsze wydaje się być zimna i pozbawiona uczuć może okazać się w rzeczywistości zupełnie kimś innym a jej zachowanie to tylko gra pozorów? 

Kolejny raz przekonuję się, że chyba jest więcej ponad to, co widzą nasze oczy.


Powiązane wpisy:
Siostrzane więzi
Siostrzane smutki
Kochane siostrzyczki
O pierwszym spotkaniu sióstr

środa, 20 września 2017

Skalny amfiteatr, Zielona Wróżka i szynka gotowana w asfalcie


Dziś kolejny raz wracam do tematyki wakacyjnej i do zdjęć z wyjątkowej wycieczki, do której zrobiliśmy dwa podejścia. 


Na granicy szwajcarskich kantonów Neuchatel i Vaud powstał naturalny, skalny amfiteatr o gigantycznych rozmiarach Creux du Van: pionowe skalne ściany o wysokości 160 metrów otaczają nieckę o długości czterech i szerokości jednego kilometra.





Wyprawę w to miejsce trzeba dobrze zaplanować. Za pierwszym podejściem dotarliśmy tam wracając z zupełnie innego miejsca. Ale Creux du Van nie da się "zaliczyć" po drodze. Wjeżdżając na górę od strony miejscowości Travers, musimy bowiem pokonać kilkanaście stromych zakrętów tzw.serpentyn uważając po drodze na pewne zwierzęta. Tereny te są bowiem ogromnym, naturalnym wypasem dla tysięcy krów, które przemieszczając się swobodnie po okolicy, pasą się od świtu po zmierzch. 
Obok drogi można zobaczyć ogromne kontenery na mleko, z których zapewne później powstają znane szwajcarskie przysmaki ;) 





Udaje nam się dotrzeć do miejsca przeznaczenia, ale jest już późno, słońce prawie zachodzi, temperatura spada do 12 stopni. Postanawiamy więc wrócić, ale o zdecydowanie wcześniejszej porze.

Kolejne podejście planujemy za kilka dni, po śniadaniu, kiedy to dziewczynki są już po pierwszych szaleństwach na placu zabaw i chętnie odpoczną siedząc w samochodzie. Jako, że przebywamy na kempingu w Lozannie, tym razem wybieramy trasę nad jeziorem Neuchâtel, która w ok.godzinę powinna doprowadzić nas do celu. 



Wspinając się w górę podziwiamy cudowne widoki.




Mijamy ogromne pola kukurydzy.





Trasa nie jest tak stroma jak za pierwszym razem, ale równie ciekawa. 
Nagle droga kończy się. Specjalnie przygotowany parking (bezpłatny) znajduje się obok restauracji od której należy iść jeszcze jakieś 300m, by znaleźć się u celu. 





Teren ogrodzony jest drutem kolczastym, który znajduje się pod prądem. 
Uwaga na dzieci! Chwila nieuwagi może skończyć się małym porażeniem. 




 Jak powstało to piękne miejsce?



Naturalny amfiteatr o średnicy jednego kilometra jest rezultatem erozji spowodowanej przez wodę i lód. Jest to raj dla koziorożców, świstaków, jeleni, ptaków drapieżnych i miłośników przyrody.





Najpierw lodowiec, a potem potoki stworzyły tę niesamowitą formację skalną z wapiennych warstw, w miejscu, gdzie przed 200 milionami lat znajdowało się morze. Stromo opadające skały oferują doskonałe spojrzenie na geologię Jury i jej fałdowanie.







Pośrodku skalnego kotła wytryska źródło "Fontaine Froide", którego woda przez cały rok ma temperaturę czterech stopni.





Wzdłuż brzegu tej areny prowadzi szlak wędrowny, na którym można poczuć się niczym w pierwszym rzędzie w teatrze. Dla bezpieczeństwa ścieżka oddzielona jest murem przez który nad sam skraj przepaści trzeba przejść bardzo wąskim przejściem. Nie objadajcie się więc zbytnio ;)




Na samej górze znajduje się również informacja turystyczna oraz leżaki i pufy na których można odpocząć.





Drugą największą atrakcją doliny, rozciągającą się od Jeziora Neuchâtel przez Jurę do granicy francuskiej, są kopalnie asfaltu. W latach 1711-1986 powstał tutaj system sztolni o łącznej długości 100 km. Asfaltu z Travers używano do budowy ulic w Paryżu, Londynie i Nowym Jorku. Jeden kilometr korytarzy nieczynnej już kopalni udostępniony jest zwiedzającym. To właśnie tu można spróbować szynki gotowanej w asfalcie. Co Wy na to? :)


Dolina Val de Travers jest również ojczyzną absyntu, gwiazdy rejonu, nazywanego tutaj "zieloną wróżką".


Creux du Van to wspaniałe miejsce nie tylko na wycieczkę pieszą, ale również rowerową. Specjalnie przygotowane szlaki poprowadzą  Was przez fantastyczne miejsca i pozwolą nacieszyć oczy wspaniałymi widokami. A więc ćwiczcie formę! 


Współrzędne miejsca : 46° 55′ 57″ N6° 43′ 25″ E

Źródło informacji: www.myswitzerland.com

wtorek, 19 września 2017

Cuda się zdarzają, czyli o tym jak życie płata figle


Hankę poznałam kiedy przeprowadziliśmy się do nowego domu. Siedziałam wtedy w jedno z upalnych popołudni w pseudo ogródku (nie było tam trawy, dookoła tylko ziemia i pozostałości po budowie) i bujałam na huśtawce nieumiejącą jeszcze wtedy chodzić J. Nagle zobaczyłam idącą w moim kierunku niepozorną postać dziewczyny z małym psiakiem. Przedstawiła się, że jest moją sąsiadką i przyszła wziąć namiary na ekipę od balustrad, które właśnie były u nas montowane. Dziewczyna wydała się bardzo miła. Usiadła na chwilę ze mną i zaczęłyśmy rozmawiać. 
~ Ile masz lat?, zwróciła się do E.
~ Siedem, odpowiedziała moja dwuletnia wtedy córka.
Hanka zdziwiła się. 
~ Wiesz co? Nie znam się za bardzo na dzieciach, ale 7 lat to ty chyba nie masz, zaśmiała się. A ile ma twoja siostra?
~ Pięć, usłyszała Hanka. No cóż, proporcje zostały zachowane. Jedna młodsza, druga starsza.

Tak zaczęła się nasza rozmowa o dzieciach. Hanka wyjawiła mi, że jest w drugim miesiącu ciąży, a jej historia jest niesamowita. 



Od kilku lat jest pod stałą opieką neurologa, gdyż w mózgu ma guza, który w każdej chwili może się uaktywnić. Od lekarzy usłyszała, że ze względu na swój stan zdrowia, nigdy nie będzie mieć dzieci, jej organizm by tego nie wytrzymał. Biorąc ślub, zdawała więc sobie sprawę z tego, że ich rodzina to zawsze będą tylko dwie osoby. I tak było dobrze. Hanka nigdy nie przepadała za malutkimi dziećmi, nie miała parcia na ich posiadanie, była szczęśliwa w swoim życiu. Oboje z mężem bardzo dużo pracowali, w międzyczasie budując dom, który absolutnie nie był przygotowany pod małego domownika: wysokie, niebezpieczne schody, salon w formie loftu z sypialnią otwartą na górze, maleńki pokoik dla gości, który musiał stać się w przyszłości pokojem dla dziecka.

Jakie to życie jest przewrotne. Starając się o dziecko, marzymy o chwili kiedy na teście zobaczymy dwie kreski. Dla Hanki dwie kreski zabrzmiały jak wyrok. Z jej opowiadań wiem, że płakała, nie wiedziała co robić, jak ułożyć na nowo życie, które już było poukładane. Jak nauczyć się być matką, skoro miała nigdy nią nie zostać i z tym się pogodziła już wiele lat temu.

O adopcji powiedziałam jej w momencie, kiedy zapytała, czy polecam jakiś szpital do rodzenia. No cóż. Nie potrafię w takich sytuacjach kłamać, nie do niej. Hanka jest osobą bardzo specyficzną, mającą swój świat, swoje dziwaczne, ale zarazem urocze przekonania, a przede wszystkim jest osobą tak pogodną i optymistyczną, że dawno nikogo takiego nie poznałam. Jestem pełna podziwu dla kogoś, kto właściwie być może jest jak tykająca bomba, a potrafi mieć w sobie tyle energii do życia. A może właśnie dlatego ją ma? Dla niej życie jest czarne albo białe. I to chyba jest kluczem do sukcesu. 

Mijały miesiące, a Hanka nadal zachowywała się, jak gdyby ciąży nie było. Sporo pracowała, jeździła, udzielała się. W końcu organizm nie wytrzymał i wylądowała w szpitalu. Z przykazaniem przystopowania i wyluzowania, wróciła do domu. Sama przyznała, że kiedyś myślała, że kobiety w ciąży przesadzają, że są wykończone, ale ona sama zaczęła już odczuwać rosnącą w niej istotkę.
Zbliżał się czas rozwiązania. Hanka została zakwalifikowana do cesarki, nie chciano ryzykować jej zdrowia. Na dzień przed planowanym porodem zadzwoniła do mnie. Chciała się ... pożegnać. Miałam łzy w oczach, gdy mówiła mi, że tak naprawdę teraz do niej dotarło, że jej organizm nie jest w pełni zdrowy, by móc pozwolić sobie na tak duży wysiłek. Zdała sobie sprawę z tego, że może nie przeżyć. Wydając na świat swojego syna, jej własne życie może ulecieć na zawsze.

Mżydeszcz (nie, nie dała mu tak na imię, ale rozważała ;) ) nie urodził się planowo. Urodził się kolejnego dnia, trzynastego, o 13.30. Tak sobie wybrał. Na przekór wszystkim.
Dziś jest zdrowym, pogodnym chłopcem, a jego mama ma się dobrze. Lekarze nie potrafią wytłumaczyć jak to się stało, że Hanka zaszła w ciążę, nie mają na to żadnego medycznego wytłumaczenia. Według nich nie powinna była nigdy zajść i urodzić. Ale urodziła. 
Ta historia pokazuje mi, że czasem trzeba wyjść poza ramy swojego myślenia, poza to co mówią ludzie, lekarze specjaliści, a przede wszystkim właśnie poza własne ograniczenia.
Dla mnie cud narodzin nie nastąpił, ale nastąpił inny cud. Taki, że ktoś urodził moje dzieci a ja dokładnie w tym momencie czekałam, by je zabrać do siebie.
Hanka wybrała sobie moją młodszą J. na przyszłą synową, oczywiście dzieci jeszcze o tym nie wiedzą, choć bardzo się lubią, ale kto wie? Kto wie jak ułoży się życie. Patrząc wstecz, mogłabym poukładać same zdania warunkowe, które pokazywałyby zależność między różnymi wydarzeniami w moim życiu. Bo gdybym przecież zaszła w ciążę, to wszystko ułożyłoby się zupełnie inaczej, a tak? Nie wiem, co przyniesie, ale na pewno coś dobrego. Tego się trzymam :)

poniedziałek, 18 września 2017

Gdy odchodzi dziecko. Adopcja i pogodzenie się z prawdą.

Smutno mi. Kiedyś obiecałam sobie, że nie będę już zadawać w powietrze filozoficznych pytań typu Dlaczego? Dlaczego tak się dzieje?
 Wiem doskonale, że na takie pytania nigdy nie uzyskuje się  odpowiedzi, ale po prostu mi smutno, a one niczym deszcz tak nagle znów pojawiają się w mojej głowie.

Spotkanie


Jakiś czas temu połączył mnie temat adopcji z pewną dziewczyną. Znałyśmy się wirtualnie, ona jeszcze przygotowująca się do całej procedury, ja już po, z dwójką dzieciaków na karku. 
Jako, że nie mieszkamy od siebie aż tak bardzo daleko, poprosiła, byśmy spotkały się i na żywo pogadały o temacie adopcji. Oczywiście się zgodziłam, choć nie powiem było to dla mnie przeżycie nie mniejsze niż randka w ciemno (tak mi się wydaje, nigdy nie byłam ;) ) Śmiałam się, że muszę chyba kupić jakąś różę, żebyśmy się rozpoznały, ale okazało się, że nie było takiej potrzeby. 
Usiadłyśmy przy stoliku w przytulnej kawiarence i zaczęłyśmy rozmawiać. Na to co mi powiedziała, nie byłam przygotowana. Miałyśmy rozmawiać o adopcji, o procedurach, testach psychologicznych, dzieciach, a okazało się, że ... była w ciąży. W sumie to ucieszyłam się, pogratulowałam jej, nie raz się przecież zdarza tak, że dziewczyny zachodzą w ciążę w trakcie procedury, bo coś odblokowuje się w psychice. Usłyszałam jednak, że nie ma się z czego cieszyć. Ciąża bowiem, raczej nie rozwija się prawidłowo. 
Siedziałyśmy w tej kawiarni dobre 4 godziny, po kawałku składałam informacje, które mi przekazywała, by w końcu dostać całą układankę tego co się wydarzyło. 

Historia jak z horroru


Młoda dziewczyna, przed 30, nie może zajść w ciążę, udaje się więc po pomoc do lekarza naprotechnologa, poleconego przez koleżankę. Nie będę ukrywać, że wiadomości na temat naprotechnologii nie posiadam wiele, ale jak dla mnie nie jest to żadna alternatywa dla IVF, jak niektórzy twierdzą. Nie mam nic przeciw tej metodzie, gdyż jak kiedyś czytałam wiele Polek nie ma pojęcia, kiedy przypadają dni płodne. I to jest w porządku. Ktoś pomaga mi wyznaczyć dni płodne, dobiera odpowiednie badania, które ewentualnie należy wykonać w przypadku braku efektów. Nie każdy decyduje się na zapłodnienie pozaustrojowe, czy nawet inseminację i to różnych powodów: finansowych, religijnych itd. , ale mam wrażenie, że ktoś w tej historii, chciał po prostu zarobić na ludzkim nieszczęściu i naiwności. Nie wiem co trzeba zrobić, by zostać naprotechlonogiem, ale ten wspomniany lekarz, który ponoć ma sporo pacjentek, jest zwykłym internistą! Nie jest nawet ginekologiem! Nie wiem, czy zrobił jakąś specjalizację, czy kurs, czort wie, ale czy to znaczy, że w zasadzie każdy lekarz jest przygotowany do tego, by robić USG, by doradzać w sprawach niepłodności, by prowadzić ciążę? Byłam zaszokowana. 

Nigdy nie będziecie mieć biologicznych dzieci.


Po dwóch bezowocnych latach starań o ciążę, "lekarz" (pozwólcie, że napiszę właśnie w ten sposób) wystawia diagnozę. Bezpłodność. 
Otwieram jeszcze szerzej oczy. Na jakiej podstawie?, pytam. Kim jest ten człowiek, że dokonuje takiej diagnozy? Dziewczyna choruje wprawdzie na tarczycę, co jak wiemy może utrudnić zajście w ciążę czy też jej donoszenie, ale mam koleżankę, która po 4 poronieniach urodziła zdrową córkę. Da się? Oczywiście, ale była przez cały okres starań pod opieką dobrego lekarza.

Bezpłodność. Tak właśnie napisał na zaświadczeniu do ośrodka. Wobec wszelkich okoliczności Małżeństwo X decyduje się bowiem na adopcję. Po dwóch spotkaniach z paniami są zadowoleni, czekają na kolejne. 

Niespodzianka


Przed kolejnym spotkaniem w ośrodku, okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży. Szok. Totalny szok. No bo jak, skąd, przecież jesteśmy bezpłodni? 
Kolejne tygodnie to piekło. Dziewczyna okazuje się być osobą bardzo wrażliwą, jedzie jeszcze raz do swojego naprotechnologa, który stwierdza, że nie ma ciałka żółtego i daje od razu skierowanie na łyżeczkowanie. Dziewczyna postanawia skontaktować się z innym lekarzem. Ten twierdzi, że ciałko jest, beta nadal rośnie. Każe czekać. Ale jak tu czekać? Jak wytrwać? Jest strzępkiem nerwów. Kolejne badanie. I znów to samo. Jest szansa, trzeba czekać. Ale to już kolejny tydzień. Żeby było już po wszystkim, żeby zacząć już normalnie żyć. Ale jak tu żyć? Z jednej strony czasem ciąża kiepsko się zaczyna, ale dobrze kończy, z drugiej jednak widać, że coś jest nie tak. Krwiak. Kolejna trauma, ale kiedy dziewczyna myśli, że to wreszcie koniec, znów każą czekać. Krwiak się wchłania, plamienia ustępują. I znów to czekanie. W końcu diagnoza. Ciąża obumarła...

Jak to przetrwać


Jest czwartek, czy piątek, nie pamiętam dokładnie. Skierowanie do szpitala. Dziwię się, że zabieg dopiero w poniedziałek. To w końcu kolejne dni z obumarłym płodem, które mogą zaważyć na jej zdrowiu. Tak bardzo boi się narkozy, boi się, że się nie obudzi. Kilkanaście smsów dziennie zapewniających, że to rutynowy zabieg, sama przez niego przechodziłam. Żeby już było po, żeby było po...

Pogodzić się z prawdą


Każdy człowiek inaczej podchodzi do sprawy poronienia. Jedni traktują to jak środek, do zdobycia celu, czyli ciąży, inni zaś czują, że odszedł człowiek. Ja też tak to czuję. Przecież każdy z nas był kiedyś zarodkiem, płodem. Gdy obumiera zarodek, ból potrafi być tak samo silny jak przy śmierci. Być może łatwiej i szybciej można się z nim pogodzić, ale nie zawsze tak jest. 

W naszym ośrodku uważano, że powinno się pogodzić ze swoją niepłodnością, niemożnością posiadania biologicznego dziecka, zanim rozpocznie się procedurę. I wiecie co? Ja się  tym zgadzam, choć wiem, że niektóre osoby nadal przechodzą np. przez zabieg IVF i jednocześnie chodzą na szkolenie do ośrodka. Jest to dla mnie zrozumiałe o tyle, że bardzo długo czeka się na zakończenie procedury adopcyjnej i ludzie ci, wolą nie tracić czasu. Nie jest ważne dla nich, czy urodzi się dziecko biologiczne, czy nie. 
W porządku, ale czy przypadkiem nie okaże się czasami, że to dziecko adoptowane jest zamiast tego co nie wyszło? Ja osobiście nie potrafiłabym skupić się procesie adopcji i pełnym jej zrozumieniu, gdybym nadal myślała o dziecku biologicznym. Przeszłam przez wszystkie etapy leczenia, nie udało się a nadal pragnęłam dziecka. Uznaliśmy więc, że chcemy adoptować. 

Teraz na pewno zajdziesz w ciążę


Ileż to razy większość z nas matek adopcyjnych to słyszała. Ja również. I nie dociera do ludzi argument, że ja już naprawdę nie mam potrzeby starania się o dziecko biologiczne. Gdy słyszę, że No tak, ale to nie to samo, to zaczyna się we mnie gotować. Czy to, że dziecko rodzę sprawia, że moja miłość będzie silniejsza? No chyba jest tu coś nie tak. Jakkolwiek by nie było, ja zamknęłam wszystkie etapy, zanim podjęliśmy decyzję. Ale co ma powiedzieć bohaterka mojej historii? Tak jak pisałam, oczywiście zdarzają się ciąże w trakcie procedury, czy też już po adopcji, sama osobiście jestem przykładem niepłodności idiopatycznej, czyli teoretycznie mogę zajść w ciążę w każdej chwili. Szok? Pewnie i by był. Ale przez te wszystkie lata, pomimo tylu starań, wykonanych badań, leczenia, nikt nigdy nie postawił mi diagnozy, że jestem bezpłodna! 

Coś tu jest nie tak


Naprotechnologia? Tak, czemu nie, jeśli ma pomagać uzyskać ciążę. Naciągacze? Nie. A takim mi się wydaje być lekarz o którym napisałam ten post. Opinie o nim jako dobrym fachowcu, podyktowane są zapewne przez osoby, które były płodne, zdrowe i dzięki określeniu tych właściwych dni, mogły zajść w ciążę. Gdyby nie on, pewnie i tak by zaszły. Nie jest to więc dla mnie żadna magia. Można oczywiście winić ludzi, że naiwnie zaufali temu lekarzowi, ale czy myślenie w ten sposób pozwoli nam poczuć się lepiej? Co z tego, że winny jest kierowca, który potrącił pieszego na przejściu, skoro to on (pieszy) leży w szpitalu? 

Adopcja


Decyzję o adopcji Małżeństwo X postanowiło odłożyć, by przemyśleć, poukładać życie od nowa. Z jednej strony jest szansa na kolejną ciążę, ale jakim kosztem? Kolejnej traumy przy poronieniu? Leczenia? Wspomagania rozrodu? Ludzie, którzy zawierzyli ślepo jednej osobie, poukładali sobie wszystko, a okazało się, że prawda wygląda inaczej. Decydując się na adopcję, muszą być pewni, że tego właśnie chcą. Nie zazdroszczę. 

Ja


Od samego początku jesteśmy w stałym kontakcie smsowym (niestety dziewczyna nie jest w stanie rozmawiać). Zaangażowałam się emocjonalnie w tę historię, a żeby ją zrozumieć, musiałam przypomnieć sobie czasy, kiedy to ja stałam w gabinecie trzymając skierowanie do szpitala. Tak się złożyło, że pojechaliśmy wtedy z mężem najpierw na jego obronę pracy licencjackiej, czekałam na korytarzu aż wyjdzie a potem udaliśmy się do szpitala, by wyczyścili ze mnie to co pozostało po naszym dziecku, naszym szczęściu. 
Dziś wiem, że naprawdę zamknęłam ten rozdział w swoim życiu, niczym przeczytaną książkę, do której po prostu nigdy już nie wróciłam. Rozmawiając z nią o lekarzach, poronieniu, staraniach, nie czuję bólu, nie czuję już tych wspomnień. Ale czuję, że wszystkie te lata starań, zostawiły jednak ślad w moim sercu, zmieniły mnie, otworzyły oczy.

Dla Ciebie, jeśli kiedyś przeczytasz


Cieszę się, że jestem tu gdzie jestem. Na tym etapie życia. Nie było łatwo, ale jestem. Mam nadzieję, że i Ty kiedyś będziesz mogła powiedzieć, że rozumiesz teraz sens tego co właśnie się dzieje. Mam nadzieję, że wybaczysz mi, że opisałam po krótce tę historię, ale niech ona będzie przestrogą i informacją dla innych ludzi pragnących dziecka. Na razie się smucisz, ale zobaczysz, przyjdzie taki dzień, że będziemy się razem cieszyć :*

sobota, 16 września 2017

Wreszcie byliśmy i my! :)

Do warszawskiego zoo wybieraliśmy się od początku wakacji. I ciągle coś nam przeszkadzało, bo albo pogoda była niesprzyjająca, albo przyjeżdżali jacyś goście, albo po prostu już mieliśmy inne plany. Poprzedni weekend, być może ostatni z tak piękną pogodą, był więc dobrym terminem, by nadrobić tę wycieczkę. 





Zwykle zaparkowanie samochodu przed zoo w dni takie jak ten, graniczy z cudem. Tak też i było tym razem, więc od razu skierowaliśmy się do miejsca, gdzie zawsze zostawiamy auto, czyli między blokami. Stamtąd wprawdzie trzeba chwilę dojść, wzdłuż zoo, ale nieco dłuższy spacerek przydał nam się po tych kilku deszczowych dniach spędzonych w domu.

Bilet do zoo zakupiliśmy przez internet i był to dobry wybór. Wprawdzie kosztowało nas to dodatkowe 6zł, ale dzięki temu uniknęliśmy stania w długiej kolejce.

Na początku niemiła niespodzianka. Główna alejka, która od jakiegoś czasu jest remontowana, nadal nie jest skończona. Większość ludzi idzie zgodnie z kierunkiem zwiedzania, czyli w prawo, my zaś udajemy się w lewo, do miśka polarnego ;)




Niedźwiedzia niestety nie ma. Dziewczynki są zawiedzione, gdyż Misiek to ulubiona maskotka J. Udajemy się więc do foczek, które swoimi występami tanecznymi w wodzie zdobywają serca moich
dziewczynek.



Oczywiście miały wrażenie, że foki przypłynęły tylko i wyłącznie do nich, więc bardzo im się to spodobało.










Ślepa uliczka. Wracamy więc do alei głównej przechodząc znów koło niedźwiedzia. Nagle słyszymy jego ryk, tak jakby się zbliżał, proszę więc męża, żebyśmy na chwilę zatrzymali się. Po chwili majestatycznie wchodzi "misio" i wita się ze zgromadzonymi ludźmi swoim głośnym rykiem. Dziewczyny są zachwycone, najchętniej weszłyby to niego uścisnąć mu łapę... 


"To taki jak stary niedźwiedź mocno śpi", kwituje E. widząc ogromnego stwora.




Oglądamy ptaki i po chwili zauważamy w oddali stragany/ stanowiska jakby z jedzeniem. Jesteśmy głodni, więc postanawiamy przyjrzeć się co dobrego mają do zaoferowania. Okazuje się, że trwa piknik. Załapujemy się na darmowe kiełbaski, które trzeba samemu upiec na ogniu, ziemniaczki, soczki, owoce i ciasteczka oraz gadżety reklamowe. 
Już wiem, że dziewczynki nadawałyby się do harcerstwa, ochoczo przystąpiły bowiem do nabijania kiełbasek na długi kij i chętnie trzymały je nad ogniem z pomocą tatusia.



Na pikniku można było również obejrzeć i dotknąć prawdziwego węża, żółwie i inne zwierzęta, oraz np.obejrzeć jaja różnych ptaków. Dziewczynki były zachwycone. Najbardziej podobał im się wąż, którego najchętniej wzięłyby do potrzymania na dłużej. 








Zeszłotygodniowa wycieczka do zoo była pierwszą w życiu J. Zwierzątka bardzo jej się podobały, w szczególności te największe jak żyrafy, słonie, nosorożec. "Popatrz", mówiła z zadziwieniem. E. nie pamięta swojej pierwszej wizyty w zoo, miała wtedy roczek i najbardziej interesowało ją uciekanie od nas ;) Widzę jak bardzo wydoroślała, jak inaczej patrzy już na świat, który teraz jest dla niej tak fascynujący, że żadne z ciekawych wydarzeń nie umknie jej uwagi. 






Lubimy warszawskie zoo, jednak z pewnością wymaga ono remontu. Dotknięte zębem czasu domy dla zwierząt i wybiegi powinny doczekać się odświeżenia. Na to potrzeba funduszy i czasu, ale widać, że coś się tam zmienia. Fajne byłoby zoo bardziej przyjazne dla dzieci, gdzie lwa można faktycznie zobaczyć z bliska,  a nie pozakrywanego ogromną ilością krzaków. Zoo może bardziej interaktywne, gdzie dzieciaki mogłyby oprócz oglądania zwierząt, pograć w jakieś edukacyjne gry, pobawić się. 










A wiecie co jest najśmieszniejsze? Zapytałam moje gwiazdeczki, które zwierzątka im się najbardziej podobały i wiecie co usłyszałam? Od jednej, że OWCE, od drugiej, że KOZY. 
Jaki z tego wniosek? Zamiast iść do zoo, lepiej znaleźć jakieś gospodarstwo :)





W Szwajcarii bardzo podobał nam się pomysł tworzenia mini zoo w parkach w dużych miastach. Hoduje się tam właśnie owieczki, kozy, świnie, króliki itp. Można za drobną opłatą (2 CHF) kupić specjalną paszę dla zwierząt i nacieszyć się ich karmieniem. Oczywiście zoo jest częścią parku, więc nie trzeba za nic płacić. Jest to atrakcja, która przyciąga całe rodziny.




Park Sauvabelin, Lozanna



Park Sauvabelin, Lozanna.