wtorek, 27 lutego 2018

Maja tu i tam.


Z okazji Walentynek zabraliśmy dziewczynki do kina. Ogólnie repertuar dla tak małych dzieci jest dość ubogi, ale był to czas, kiedy to na dużych ekranach pojawiła się kolejna część współczesnej Pszczółki Mai. Jak możecie się domyślać (zwłaszcza po ostatnim nostalgicznym poście) wychowałam się na starej wersji przygód o tym dzielnym, choć nieco krnąbrnym owadzie. Nikt nie jest też w stanie zastąpić śp. Zbigniewa Wodeckiego w wykonaniu piosenki do tego filmu. I choć jak wspominałam w którymś z komentarzy na blogu, dla mnie słowa brzmiały "Maja gruba tu i tam, świat swój pokazując nam" i za nic nie dałam się przekonać, że jest inaczej, Maja i pan Wodecki to nieodłączny i niezapomniany duet.

Kadr z filmu

Pomimo wszystko, postanowiliśmy, że damy współczesności szansę. 


Pszczółka Maja: Miodowe igrzyska to ciepła i barwna opowieść o sprawdzonej tematyce dwóch drużyn, z których jedną tworzą fajtłapy, a drugą świetnie przygotowani prawie zawodowcy. Brak odpowiedniego talentu, pierwsza grupa nadrabia swoją pracowitością, natomiast drudzy, mimo bezsprzecznej przewagi, posuwają się do wszelkiego rodzaju oszustw.

Jak na bajkę o Mai przystało, mamy tu więc pouczające treści. Oprócz myśli przewodniej, czyli współzawodnictwa i tego co się za tym kryje, mamy tu szereg barwnych postaci, które swoim zachowaniem, dają wiele do myślenia. I tak mamy karalucha owładniętego strachem przed zarazkami, pajęczycę z neurozą oraz czarny charakter - nad wyraz ambitną pszczołę, wytresowaną przez swojego ojca. Wszystkie prezentują szereg postaw wobec innych, co można wykorzystać w późniejszym omówieniu z dzieckiem. W filmie jest też mowa o tolerancji, błędach wychowawczych oraz odpowiedzialności za swoje czyny. Wszystko to tworzy bardzo przyjemną i spójną opowieść, ubraną w nowoczesną szatę.

Czy Maja: Miodowe Igrzyska spodoba się dzieciom i ich rodzicom?

Myślę, że na pewno. To prosta i przejrzysta opowieść, wolna od przemocy, dlatego mogą ją obejrzeć nawet najmłodsi. Samo wyjście do kina jest też dla dziecka niesamowitym przeżyciem. Moim dziewczynkom kino strasznie się spodobało, nie mają problemu z wytrzymaniem 1.5h, choć kilka razy wstawały i oglądały na stojąco. Nauczeni smutnym doświadczeniem, tym razem przybyliśmy ze studenckim kwadransem opóźnienia, więc na bajkę nie trzeba było już czekać. Uff. Drugi raz reklamy maszynki do golenia chyba bym nie zniosła. 
Nowa Pszczółka Maja nie jest jednak typowo Hollywoodzkim hitem. Jeżeli oczekujecie cudów animacji, to na pewno się zawiedziecie. I pomimo tego, że nadal pozostaję fanką starej Mai, to film polecam. Jest kolorowy, przyjemny i pouczający, a czas spędzony w kinie z dzieciakami na pewno nie uważam za stracony. 





sobota, 24 lutego 2018

Patologia mojego dzieciństwa.





Tak sobie siedzę, myślę i dochodzę do wniosku, że z moim dzieciństwem chyba było coś nie tak. Jak ci rodzice w ogóle sobie radzili? Nie było książek z poradami, były tylko stare ciotki, które z pokolenia na pokolenie przekazywały złote rady, czasami w stylu "Włóż Rozalkę do pieca  na 5 Zrowasiek" O czymś takim jak internet w ogóle nie wspomnę.  No właśnie. Tu chyba zaczyna się pewna patologia mojego dzieciństwa. 

Zacznijmy od tego, że na co dzień doświadczałam pierwszego stopnia zagrożenia życia. Byłam przewożona w samochodzie na kolanach, czy też w torbie dla niemowląt (którą można obecnie kupić, ale na pewno nie służy ona do bezpiecznego transportu dziecka), bo o fotelikach samochodowych nikt wtedy nie słyszał. Jako kilkulatek najchętniej stałam z tyłu, pośrodku samochodu, żeby móc więcej zobaczyć. Oczywiście bez jakichkolwiek pasów. Czy ktoś tym się przejmował? Gdzie tam! Nikt nie pomyślał, że w przypadku zderzenia z czymkolwiek, wylecę przez przednią szybę z takim impetem, że nie będzie czego zbierać. Nie pomyśleli ustanawiający prawo, a tym bardziej moi rodzice.

Więcej? Proszę bardzo. Ucząc się chodzić dostałam od mojej cioci w spadku po jej córce chodzik. Uznawany obecnie za bardzo niebezpieczny, wtedy był hitem. Co z tego, że upadałam po kilka razy dziennie, zwykle zaczepiając się o próg czy dywan. Ktoś tam zawsze mnie podniósł i najlepsze, że był dumny ze mnie, że nie płakałam tak długo. Kolekcja guzów i obdartych części ciała zasługiwała na medale. 
Zresztą cały dom chyba nie do końca był przyjazny dziecku. Jak dziś pamiętam opowieść mojej mamy, jak to jako maluch, zdjęłam ze ściany chłopczyka murzynka, przypiętego szpilką do maty, która wisiała nad łóżeczkiem niemowlęcym. Mata na łóżeczkiem. Maskotki. To nic. Ale szpilki?! Skończyło się tym, że wyciumkałam murzynkowi włosy i miałam całą czarną buzię ku uciesze moich rodziców.
Dość wcześnie spałam juz na tapczanie. Takim normalnym, dla dorosłych. Nie sądzę, żeby na podłodze leżały poduszki w razie jak spadnę. Rodzice nie bali się. Kładli mnie po prostu na środku, albo przy ścianie. I co? Przeżyłam. Większość z moich koleżanek miała takie tapczany. Standard. Pamiętam go bardzo dobrze. To tam wrzucałam niechcianą multiwitaminę, z której zlizywałam tylko wierzchnią warstwę, bo była słodka.

Idźmy dalej. Zdrowie. Ciągle miałam wysypki. Musiałam przyjmować leki, ponieważ nikt nie pomyślał, że może mam uczulenie na jakiś produkt, albo został mi podany za wcześnie. No, ale kto wtedy o tym myślał. Orzechy, truskawki w wieku kilku miesięcy? A jakże. W czym problem. Zdrowiutkie, pełne witamin. Nie było przecież określone od którego miesiąca co jeść. Normy żywienia. Phi, też mi coś. 
Cóż za wygoda móc teraz otworzyć słoiczek z napisem odpowiadającym wiekowi twojego dziecka, sama z nich przecież korzystałam. Ale jako dziecko często pocierałam stopę o stopę, bo tak mnie wszystko swędziało. Czy był to problem? Ależ nie. Szło się do lekarza, który przepisywał odpowiednie leki i żyło się dalej. Rodzice nie biegali po specjalistach próbując doszukiwać się głębszych problemów. 

Kiedy byłam starsza, nie było lepiej. Weźmy na przykład taki zwykły dzień, jak dziś. Po szkole szłam do dziadków, którzy mieszkali niedaleko i czekałam na rodziców aż skończą pracę i zabiorą  mnie do domu. Nikt nie organizował mi popołudnia, zjadałam obiad i albo odrabiałam lekcje, albo szłam na podwórko pobawić się z innymi dziećmi. Nikt też za bardzo nie interesował się tym co robimy. Dziadkowie wiedzieli, że jesteśmy na podwórku i tyle. Czasem wyglądali przez okno. A my? Łaziliśmy po drzewach, robiliśmy domki w krzakach i obserwowaliśmy ludzi. Czasem zbieraliśmy biedronki do pudełek po zapałkach, które zabierałam potem dla babci, żeby położyła na kwiatkach, które miały mszyce. Nie zastanawialiśmy się, czy to obrzydliwe, czy nie, po prostu kto miał ochotę to brał na ręce jakieś stworzonko, jeśli nie to nie. Chłopcy oczywiście najchętniej zbierali jakieś żuczki, czy dżdżownice. Czasem przecinali je wpół, pokazując nam jak radzą sobie bez części swojego ciała. Nikt nie chodził do domu, żeby się załatwić. Sikaliśmy po krzakach, koleżanki pilnowały innych dziewczyn, żeby broń Boże żaden chłopak nas nie podejrzał. Miałyśmy do tego specjalną metodę, do pilnowania najlepiej nadawała się ta, która miała najszerszą sukienkę. 
Czasami zbieraliśmy też szkła. Dziewczyny wykorzystywały je do robienia tak zwanych sekretów, czyli kompozycji kwiatowych, które potem zakopywały w ziemi, a chłopcy w tym czasie szkłem ryli w ziemi. Gdy któryś się zranił, mama nakładała mu na ranę jodynę, a jego odgłos cierpienia słyszała cała ulica. 
Ale najlepsza zabawa była na dawnym schronie, który stał przed blokiem moich dziadków. Nie każdy umiał na niego wejść, był bowiem dość wysoki, ale ja nauczyłam się odbijać od chodnika niczym piłeczka i  zwykle udawało mi się znaleźć w gronie szczęśliwców. Reszta musiała stać.  Niestety schron był zamknięty, ale godzinami wysłuchiwaliśmy historii niektórych chłopaków, którzy to opowiadali, jakoby mieli kiedyś znaleźć się w środku i chodzić ciemnymi korytarzami zbudowanymi jak labirynt. 

Ja osobiście najbardziej byłam dumna z drzewa stojącego obok. Babcia mówiła mi, że to właśnie ona je zasadziła, kiedy to przeprowadzili się tam po wybudowaniu bloku. Ogromna wierzba z pochyłą gałęzią, stała się zatem czymś, co sprawiało, że rosłam w oczach rówieśników. Nie każdy był przecież posiadaczem drzewa. Zdarzyło się nawet, że chciałam pobierać drobne opłaty za siedzenie na gałęzi, oczywiście tylko od tych, których nie lubiłam. 
Babcia nigdy mnie nie szukała. Czekała jak przyjdę sama do domu. Nie wiem nawet, czy miałam wtedy zegarek. Pewnie nie. Stwierdzam więc z całą pewnością, że moi dziadkowie byli nieodpowiedzialni. Eh, zupełnie się mną nie zajmowali.

A dziś? Dziś mamy wszystko czego można zapragnąć, żeby życie było łatwiejsze. Ale czy jest? 
Na każdym kroku standardy i ograniczenia. Nie twierdzę, że są złe. Wręcz przeciwnie. Cieszę się, że wprowadzono chociażby foteliki samochodowe. Przy obecnym ruchu drogowym, nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Ale wydaje mi się, że czasem brak nam takiego zwykłego luzu, uczucia, że nie muszę mieścić się w ramkach, żeby nadal być normalnym. Jak to? Twoje dziecko ma już tyle i tyle lat i jeszcze nie robi tego i tego? Co rusz można usłyszeć takie stwierdzenia od naszych koleżanek. Do tego musi mieć odpowiednie standardy zachowania, najlepiej takie, żeby rodzicom było wygodnie. A kto u licha powiedział, że moje dziecko musi zawsze być czyste i być jak mały dorosły?  

Odgórne przepisy usprawniające nasze życie są potrzebne, ale sami narzucamy sobie też pewne zachowania, które sprawiają, że zamiast cieszyć się drobnymi rzeczami, stajemy się ich niewolnikami. No bo czegoś tam nie wypada, bo coś tam się już powinno, bo ktoś tam czegoś nie może. Zaraz przypomina mi się taka rubryka w kolorowym pisemku dla młodzieży pt. Bravo z opisem doświadczeń seksualnych i zdania typu - Mam 12 lat, jeszcze tego nie robiłam, co jest ze mną nie w porządku.

Zdaję sobie sprawę z tego, że tamten świat już nie wróci. I nie powiem. Ciężko byłoby mi żyć bez choćby zmywarki, internetu, komórki... A może nie? 
Porównując czasy w których przyszło mi wychowywać moje dzieci, z tymi w których ja dorastałam, stwierdzam, że naprawdę doświadczyłam patologii. Znając wszystko to, co jest obecnie dostępne, drżę na samą myśl, że miałabym wypuścić dziecko samo na podwórko, albo nie przypiąć pasami w samochodzie. Ale z drugiej strony, staram się nie dać zwariować. Przecież mogę być ostrożna i mądra (na ile tylko mi się uda) i nie muszę doszukiwać się złego we wszystkim. Moje czasy, to nie były normalne czasy. To już ustaliliśmy. Ale co tam. Byłam szczęśliwa. I choć młodsze pokolenie dziwi się jak to możliwe, że dorastałam bez komórki i jeszcze żyję, to ja im mówię, że żyję. I mam się bardzo dobrze. Dziecko z patologicznych czasów. I może choć małą cząstkę tej patologii uda mi się przekazać moim dzieciom.







środa, 21 lutego 2018

Adorator.







Chodziłam do przedszkola z niejakim Adasiem. Miał duże oczy i kręconą łepetynkę. Bardzo podobał się mojej mamie, więc za każdym razem kiedy spotykałyśmy go z jego mamą, mówiła do swojej koleżanki, że to jej "zięć".  Szczerze mówiąc nie cierpiałam tego. Adaś i ja patrzyliśmy na siebie skrzywionym wzrokiem nie rozmawiając. Potem trafiliśmy do tej samej klasy podstawówki, ale nic nie zanosiło się na to, by faktycznie miał wejść do naszej rodziny. Był sympatyczny, ale zupełnie nie w moim guście i nie mówię tylko o wyglądzie. Spotkałam go nawet po wielu latach, był już żonaty i miał dziecko. Dla mnie pozostał takim po prostu sympatycznym "miśkiem" :)

Myślę, że wtedy tak strasznie denerwowały mnie słowa mojej mamy nie dlatego, że nie lubiłam Adasia, ale ja po prostu ... nie lubiłam jeszcze chłopców w ogóle. W szkole już samo siedzenie koło któregoś z nich było dla mnie karą. Ale czasy się zmieniły, to na pewno. Opowiadała mi ostatnio znajoma, że koleżanka jej córki, ma 12 lat i mama sama zawozi ją do chłopaka do jego domu oddalonego o 20km. Niby tłumaczy to tym, że woli sama ją zawieźć, niż miałaby nie wiedzieć gdzie jest córka, która otwarcie opowiada o swoim "związku". Szczerze mówiąc ja sobie nie wyobrażam tego, że moja mama miałaby mnie gdziekolwiek samą puścić w tym wieku, nie mówiąc o dowożeniu do domu chłopaka. No nic. Widocznie mam staroświeckie poglądy.

Moje dziewczyny dorastają. Czy tego chcę, czy nie, zaraz okaże się, że mam w domu panienki a nie dzieci. Ostatnio powiedziałam do starszej "Żabko", co skończyło się fochem i wykładem, że ona nie jest żadną żabą tylko Księżniczką. Elsą najlepiej. No cóż. Przeprowadziłam poważną rozmowę z moją Elsą i ustaliłyśmy, że moja Żabka została odczarowana i powróciła do swej postaci. Księżniczki oczywiście. 
Przewidująco zapytałam drugą córkę, czy i ona jest Księżniczką, ale na szczęście na razie podtrzymuje wersję, że jest Misiem. Także podsumowując, mam w domu Elsę i Misię :) 

Gdy odbierałam Elsę wczoraj z przedszkola, obok nas siedziała pani i zakładała synowi buty. Słysząc, że zwróciłam się do córki po imieniu, mówi do chłopca: Aaaa to to jest ta twoja Elsa! a potem do mnie: W domu tylko o niej mówi, że Elsa to, Elsa tamto, Elsa jest najpiękniejsza w całej grupie Hmm. No nie powiem, przytkało mnie. Podniosłam wzrok do góry i zobaczyłam uśmiechniętego chłopca. On miałby być moim zięciem? Spojrzałam na moją Księżniczkę Elsę, a ona zmarszczona oczekiwała mojej reakcji. Mając w pamięci mnie jako małą dziewczynkę i biednego Adasia mojego niby męża, powiedziałam jedynie, że cieszę się, że chłopczyk lubi moją córkę.
Kiedy wychodziłyśmy z szatni, Elsa skwitowała: Nie lubię go. W ogóle nie lubię chłopców. To się zmieni, pomyślałam uśmiechając się do siebie.





No cóż. Mnie pozostaje przygotować się na jakiegoś kandydata dla moich córek. Może zrobię to zawczasu. W Biedronce widziałam łopaty do odgarniania śniegu na przecenie, bo śniegu brak. Byłyby idealne do przegonienia potencjalnego adoratora. A co!






wtorek, 20 lutego 2018

Jungfraujoch - podróż na Szczyt Europy



Już wyżej się nie da. Dziś chciałabym zabrać was w niezwykłą podróż na Szczyt Europy (Top od Europe), bo właśnie tak Szwajcarzy nazywają to miejsce 


Obserwatorium Sphinx na szczycie (zdjęcie zdjęcia)


Naszą przygodę zaczynamy w malowniczym miasteczku Interlaken, w pobliżu którego rozbijamy obozowisko.




 Jak sama nazwa mówi, Interlaken położone jest pomiędzy dwoma jeziorami 




Przepiękne widoki towarzyszą nam podczas spaceru po miasteczku.




Jungfrau (z języka niemieckiego panna lub dziewica) – to szczyt w Alpach Berneńskich, części Alp Zachodnich. Na przełęcz Jungfraujoch, oddzielającą Jungfrau od sąsiedniego Möncha, prowadzi najwyżej położona w Europie kolejka zębata. Góra Jungfrau jest objęta rezerwatem, znajdującym się na liście światowego dziedzictwa UNESCO razem ze szczytem Bietschhorn oraz lodowcem Aletsch. Zbudowany z warstw łupków krystalicznych i granitów Jungfrau, zajmuje trzecie miejsce wśród wszystkich szczytów Alp Berneńskiech. 





Przez 365 dni w roku bez wyjątku, kolejka zębata wspina się po stromym podjeździe tunelu Jungfraujoch z Kleine Scheidegg do położonej najwyżej w Europie stacji kolejowej na wysokości 3454 m n.p.m. 






Krowy pasące się wysoko w Alpach, to typowy szwajcarski krajobraz.


Budowa zajęła 16 lat – trwała tak długo, bo większość z 12-kilometrowej trasy trzeba było drążyć w skale. Pierwsi turyści pojechali w 1912 roku.

Do stacji pośredniej o nazwie Kleine Scheidegg można również dojść piechotą. Amatorów wędrówki naprawdę nie brakuje. 
Z niej, udajemy się już w podróż na sam szczyt. Trwa ona 50 minut w górę i 35 w dół.
Kleine Scheidegg

Pociąg jadący tunelem z Kleine Scheidegg na szczyt, zatrzymuje się w nim i przez kilka minut, przez wykute w skale okna można mieć przedsmak tego, co zobaczy się wyżej. 



Docierając na sam szczyt, piękno tego miejsca można podziwiać z platformy widokowej Sphinx i Plateau na lodowcu Aletsch.


Takie piękne widoki można zobaczyć przy dobrej pogodzie. 








W obserwatorium astronomicznym Sphinx (widocznym również na pierwszym zdjęciu w tym poście), można spędzić niemal cały dzień. Są tu dwie restauracje, niewielkie kino, sklep z pamiątkami, poczta, szkółka narciarska, obserwatorium astronomiczne i stacja badawcza, w której geolodzy, meteorolodzy, hydrolodzy i inni naukowcy prowadzą badania naukowe. 

Obserwatorium. Zdjęcie tym razem nie moje ;) Źródło:Pixabay.





Wjazd na Jungfraujoch najlepiej zaplanować na słoneczny dzień, widoczność jest wtedy wspaniała a piękno Alp zapiera dech w piersiach. 





Ice Palace (Pałac Lodowy) - Podobno powstał po to, by na Jungrafaujoch było co robić w dni, gdy mgła i chmury całkowicie ograniczają widoczność. Jego budowa zaczęła się w 1934 roku i co roku kolekcja wykuwanych w lodzie, wewnątrz lodowca rzeźb powiększa się. Są tu lodowe orły, pingwiny, niedźwiedzie a nawet lodowy bar z lodowymi kieliszkami 
i butelkami. 








Wjazd na Jungfraujoch nie jest tani. Pomimo tego, co roku na Top of Europe wjeżdża około pół miliona ludzi. Jeżeli podróżujecie po Szwajcarii pociągiem i jesteście szczęśliwymi posiadaczami tzw. biletu Swiss Pass (uprawniającego do wielu zniżek nie tylko na przejazdy), możecie liczyć na duże zniżki na wjazd kolejką. 

My odwiedziliśmy to miejsce w lipcu, kiedy to i tak leży śnieg, tym samym mogąc poczuć prawdziwą alpejską zimę w środku lata. Na samym dole temperatura dochodziła do 30 stopni, na górze trzeba było odziać się w kurtki i czapki (specjalnie na tę okazję zabraliśmy je z Polski) Były jednak osoby, które na lodowiec wybrały się w klapkach. Wyszli na zewnątrz, gdzie panowały zimowe warunki, zaledwie na parę chwil. Szkoda.







Wyprawę na Szczyt Europy polecam każdemu. Obojętne, czy zdecydujecie się tylko na podziwianie widoków, czy jazdę na nartach, przygody tej nie zapomnicie nigdy.




Więcej informacji, oraz przepiękny filmik, który warto obejrzeć jak to wszystko wygląda, znajdziecie pod tym linkiem:

https://www.jungfrau.ch

Więcej informacji o bilecie Swiss Pass, znajdziecie tu:

https://www.myswitzerland.com/pl/swiss-travel-pass.html







* Informacje dzięki: www.myswitzerland.com oraz Wikipedia







czwartek, 15 lutego 2018

Urodziny Bloga!! Zapraszam na imprezkę!! :)






Kochani! Dziś szczególny dla mnie wpis, bowiem właśnie mija dokładnie rok, odkąd mój blog Nasz Mały Światek powędrował ... w świat. Posty zaczęłam pisać wprawdzie na początku lutego, ale nie były jeszcze dostępne dla nikogo. Przy każdym widniało smutne "0 odbiorców" Kiedy dostałam pierwszy komentarz od Staraczki Agi, (która sama doczekała się już w międzyczasie swojego dzieciątka -jeśli mnie jeszcze czytasz to serdecznie pozdrawiam!), moje serce waliło jak oszalałe. Aaaaaa to dzieje się naprawdę! Po drugiej stronie monitora jest żywy człowiek, niczym w filmach sci-fi! Tak zaczęła się moja przygoda z blogowaniem. 
Potem jakimś cudem udało mi się poznać Lady Makbet na dzień przed narodzinami Księżniczki  (do którego zapewnie swoją czarodziejską mocą trochę się przyczyniłam, w końcu mam w domu też dwie Księżniczki z innego Królestwa ;) ) I wielu innych magicznych, wspaniałych ludzi pojawiło się w moim życiu przez ostatni rok.

Skąd pomysł na bloga? Szczerze mówiąc nie do końca umiem odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno chciałam podzielić się z innymi moją wyboistą drogą do rodzicielstwa, informacjami na temat procedur adopcyjnych, jej aspektów psychologicznych. Już w liceum kolega nazwał mnie psychologiem klasowym ;) pomyślałam więc, że a nuż będę w ten sposób mogła komuś pomóc?
Pomysł bloga pojawił się w mojej głowie już pod koniec 2016 roku, ale jak to ja, ciągle czymś zajęta, odkładałam jego założenie w nieskończoność. Co jakiś czas jednak, dostawałam takiego niewidzialnego kopa od ... ? no właśnie, przyznać się, kto stosował wobec mnie przemoc fizyczną? ... i wiedziałam, że po prostu tak ma być. Nie wiedziałam jeszcze wtedy jak, z czym to się je. Ba! nigdy nawet sama nie czytałam żadnych blogów! Ale ja tak już w życiu mam. Po prostu wiem, że tą drogą należy iść i jestem pewna, że kiedyś wszystko zrozumiem. To samo uczucie towarzyszyło mi, gdy wychodziłam za mąż, i gdy potem postanowiliśmy adoptować dziecko...

I choćby przyszło tysiąc atletów
I każdy zjadłby tysiąc kotletów,
I każdy nie wiem jak się wytężał,
To nie przewidzą, że blog to nie ciężar.


Nagle - gwizd!
Nagle - świst!
Para - buch!
Koła - w ruch!

Najpierw powoli jak żółw ociężale,
Ruszyły posty w sieci ospale,
Pisały, pisały i ciągną z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
Czytelników zdobywa i pędzi i pędzi, 

To Droga Nie jest Na Skróty, nie wprost!
Przez Stożki, Krętymi Drogami przez most,
Dziubasom też macha jadąc przez las,
I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas,
Do taktu turkoce i puka, i stuka to:
Tak to to, tak to Tamaluga!
Przybiegła przywitać się lecz biegnie już w dal,
Jak gdyby to była piłeczka gotowa na bal,

A skądże to, jakże to, czemu tak gna?
Wszak oto zza drzewa Tygrysek się pcha,
Przebiera nóżkami, jezioro okrąża
A mama zdyszana już za nim podąża,
Z Rysiowej Krainy pomoc nadciąga,
By wreszcie dogonić małego bąka
I gnają, i pchają, i łapią Tygryska,
Bo Hefalumpy już palą ogniska, 

Dziś będzie bowiem impreza wielka 
Przyjdzie na pewno i mama Bąbelka
Bo blog już dotarł tam gdzie rzecz wielka
Zapraszam wszystkich do świętowania
W mym sercu wielka radość namalowana.



Kochani czytelnicy Naszego Światka! Wszyscy bez wyjątku tworzycie niepowtarzalną atmosferę, która obala mity, jakoby relacje przez internet miały się nie sprawdzić. Chciałabym napisać coś mądrego, ale czuję się teraz trochę tak, jakbym dostała jakiegoś Oskara i zupełnie nie przygotowała żadnej mowy. Dziękuję wam wszystkim, że jesteście częścią mojego życia, tym, których znam "osobiście", bo komentują moje posty, tym, którzy piszą do mnie maile, i tym, którzy nie piszą, ale wiem, że tam są. Za tą liczbą prawie 28.500 odtworzeń kryjecie się wy i choć się nie znamy, to jesteście dla mnie bardzo ważni. Moje serce i mój świat jest zawsze otwarty, część naszych wirtualnych przyjaźni ma szansę przenieść się do świata realnego, bo któż mnie zna tak dobrze jak nie wy? 

Ale żeby nie przedłużać, bo widzę, że członkowie Akademii patrzą już na zegarki (jejku co za ludzie, przecież nie często dostaje się Oscara) to powiem tyle:

Zapraszam na tort!! 
(* macie kilka do wyboru,  choć na życzenie moich dzieci tematycznie prawie wszystkie truskawkowe)










wtorek, 13 lutego 2018

Mordor i korposzczury.


Pytanie za milion


W którym z polskich miast znajdziemy Mordor?

A) Kraków
B) Katowice
C) Warszawa
D) Wrocław

Jeżeli mieszkasz w Warszawie, nie powinieneś mieć problemu z prawidłową odpowiedzią, to oczywiście "C"

O tym co to jest Mordor oraz o pracy w korporacji, będzie właśnie dzisiejszy post.





Na dawnych terenach Służewca Przemysłowego wyrosło drugie, po centrum Warszawy, największe zagłębie korporacji w Polsce. Codziennie do pracy dojeżdża tu tak duża liczba pracowników, że  efektem są gigantyczne korki i zatłoczona komunikacja miejska. Znalezienie choć kawałka wolnej przestrzeni w tramwaju, czy autobusie w godzinach szczytu graniczy z cudem.

Z tego właśnie powodu, do dzielnicy tej przylgnęła nowa, nawiązująca do Tolkienowskiej krainy zła, nazwa Mordor.

Kiedy ponad 10 lat temu zaczynałam pracę w korporacji jako lektor tamtejszych pracowników, moje pierwsze zderzenie z Mordorem było takie, że przez ponad 30 minut jeździłam w kółko i szukałam parkingu. Udało mi się zostawić samochód przy jakimś placu budowy, tuż przy znaku "Zakaz parkowania", ale łapiąc się jeszcze na skrawek ziemi pozwalający na nadzieję, że po zajęciach zastanę jeszcze w tym miejscu swoją własność. Po paru zajęciach sytuacja była jasna, albo dostanę własną kartę na parking pracowniczy, albo muszę zrezygnować. To było ponad moje siły. Kartę oczywiście dostałam i tak zaczęła się moja korporacyjna przygoda. 


Parking na "Mordorze" w Japonii.


Przychodząc na zajęcia, często musiałam chwilę poczekać. Siadałam więc na kanapie w recepcji i obserwowałam świat dookoła. Po jakimś czasie stałam się już trochę "niewidzialna", każdy mnie znał z widzenia, więc po krótkim "Cześć", większość przestała na mnie zwracać uwagę. Jedni biegali jak przysłowiowy kot z pęcherzem, pod pachą niosąc jakieś papierzyska do podpisu przez szefa, inni zaś snuli się po biurze pijąc czwartą już kawę (była np. godzina 11) tym samym odliczając minuty do końca swojej pracy. Po godzinie 12 przychodził tzw. Pan Kanapka, czyli przedstawiciel jakiejś firmy cateringowej, z wielką torbą pełną najróżniejszych kanapek dla tych, którzy sami przygotować śniadania nie zdążyli lub nie chcieli. Kanapki teoretycznie w rozsądnych cenach, od 2.50 wzwyż, w zależności od zawartości, ale jeśli ktoś kupuje je codziennie, przez cały miesiąc uzbiera się niebagatelna suma.



Ludzie pracujący w korporacji, tzw. korposzczury, byli zawsze bardzo mili. W zasadzie dla mnie nigdy nie liczyło się to, czy mam zajęcia z Dyrektorem Sprzedaży, czy tylko Managerem ds.Kluczowych Klientów. Dla mnie to byli po prostu uczniowie, ja przecież z nimi tam nie pracowałam. Przyjęli mnie "do siebie" do tego stopnia, że sama robiłam sobie kawę, gdy przychodziłam, kopiowałam materiały, ucinałam sobie pogawędkę z sekretarką i innymi, którzy akurat wtedy mieli przerwę. Po kilku latach, nowi pracownicy, myśleli, że jestem zatrudniona, bywałam tam przecież codziennie. 


Dlaczego w Warszawie powstał Mordor i co przyciągnęło inwestorów do tej oddalonej od centrum dzielnicy?



Na tych terenach znajdowały się duże zakłady przemysłowe. Po ich upadku grunty zostały uwłaszczone. Ich atrakcyjność dla inwestorów wynikała z uzbrojenia terenu we wszystkie media oraz, jak się wówczas wydawało, dobrego dojazdu – wyjaśnia Tomasz Zemła, zastępca dyrektora Biura Architektury i Planowania Przestrzennego Warszawy.



Ceny gruntów poza centrum były dużo niższe. To zachęcało inwestorów do budowania coraz to nowszych powierzchni biurowych, na które popyt było ogromny. Nie zważano na utrudniony dojazd i brak miejsc parkingowych, co właśnie doprowadziło do obecnej sytuacji, w której zaparkowanie samochodu po godzinie 7.30 graniczy z cudem.





Powstawanie dzielnic biurowych poza centrum miast nie jest zjawiskiem wyjątkowym. Jest ono efektem zapotrzebowania na tańsze powierzchnie w stolicy dla tzw. back office - mówi Joanna Mroczek z CBRE - Londyn ma swoje Canary Wharf, a Paryż La Défense, jednak tam rozwój tych dzielnic przebiegał inaczej. (...)To jest takie koło zamknięte. Im więcej tam się buduje, tym więcej firm będzie tam przychodzić. Następni deweloperzy będą zaś szukać bezpiecznego miejsca, w którym wiedzą, że uda im się znaleźć najemcę


Mordor pozostaje więc wciąż jednym z największych placów budowy w Warszawie.


Codzienność w korporacji


Praca w korporacji nie nie jest łatwa. Jak to powiedział kiedyś mój znajomy, który od prawie 15 lat pracuje na Mordorze i który piął się po szczebelkach kariery od przedstawiciela handlowego do dyrektora sprzedaży,

składając podpis na kontrakcie, odbierając z kadr służbową komórkę, laptopa i samochód, podpisujesz pakt z diabłem. Ten cyrograf na byczej skórze oznacza, że 24/7 jesteś do dyspozycji swojej firmy, póki nie padniesz i nie zostaniesz zastąpiony kimś innym.
I coś w tym jest. Wiele razy widziałam jak chory jechał na spotkanie, którego "nie dało się przełożyć", albo siedział po nocach kończąc raporty, których oczywiście "nie można było dokończyć" następnego dnia w pracy. 
Ale nie musi tak być, jak twierdzi Rafał Ferber, założyciel Facebookowego Fanpage'a Mordor na Domaniewskiej.


Mam znajomych, którzy poszli do korpo i po godzinach coś jeszcze robią. Są świetnymi grafikami, programistami. Kiedy pytam ich, dlaczego nie odejdą, odpowiadają, że tu mają podstawę, bezpieczeństwo, pieniądze na kredyt. Nazywam ich oświeconymi korposzczurami. Biorą z korpo to, co jest do wzięcia, nie dadzą się zarżnąć, a przy okazji robią fajne rzeczy dla siebie.



Korpo język

Nowy pracownik przychodzący do korporacji, może mieć problem z porozumiewaniem się z innymi, bowiem język jakim wszyscy się posługują, nie został jeszcze opisany w żadnym słowniku. Dlatego przygotujcie się na to, że będziecie musieli przeforwadrować wiadomość i wysłać koleżance requesta, by pomogła przygotować performensy, bo zbliżają się deadliny. Nawet swego czasu pojawiło się podobne pytanie w Milionerach. Nie wierzycie? Zobaczcie sami:





Codzienność


Jeżeli chcecie lepiej zrozumieć świat pracowników korporacji, zajrzyjcie na wspomnianą wcześniej stronę:      


Czytają nas zarówno orkowie – ci, którzy zaczynają pracę w korpo – ale też osoby na średnich stanowiskach, a nawet dyrektorzy i zarządy, mówi Rafał Ferber. Dostarczamy rozrywkę ludziom, którzy pracują, a nie jesteśmy przy tym strasznie angażujący. Nasz fan nie jest taki, jak użytkownik Kwejka czy Demotywatorów. Nie ma czasu samemu przygotowywać treści. Jest konsumentem, a nie prosumentem rozrywki. Często „Mordor” przeglądają ukradkiem na komórce, bo Facebook na firmowych komputerach jest zablokowany.
 Poniższa galeria zdjęć, przedstawia problemy z jakimi codziennie muszą zmagać się pracownicy korporacji.

Najważniejsze, że wiadomo co robić ;)




Bułki na Mordorze są wszechstronne



Ważne, że widać



Piękne:D  Wiem, że jakość słaba, ale może uda wam się przeczytać.


I specjalna galeria zdjęć, pokazująca jak stęsknieni współpracownicy przygotowali się na twój powrót:









 Mordor może być wszędzie


Jak powiada Rafał Ferber, "Mordor to stan umysłu. Mordor może dotyczyć każdego z nas, bez względu na wielkość firmy, czy miasto. Najgorzej jest, jak do małego przedsiębiorstwa przychodzi ktoś z korporacji. Jest nauczony tabelek, krzyczenia na ludzi i przenosi to do nowej firmy. To wszystko jest w głowie"

Mój mąż od ponad 10 lat pracuje na Mordorze. Bardzo chwali swoją firmę, swój dział, swojego szefa. Ma elastyczne godziny pracy, zaczyna więc jak najwcześniej się da, o godzinie 7, by ok.15.30 być już w domu ze swoją rodziną. Nie zależy mu na pracy? Oczywiście, że zależy. Ale nie za wszelką cenę. Jak sam twierdzi, zależy mu przez 8 godzin dziennie, potem ma swoje życie. Przecież jak to powiadają, pracujemy, by żyć, a nie żyjemy, by pracować. Mimo, że praca przynosi nam satysfakcję, trzeba pamiętać o magicznej równowadze między życiem prywatnym a zawodowym. Da się? Oczywiście, że tak.


Na koniec mam dla was bardzo ciekawy filmik, pokazujący życie tzw. korposzczurów. Zachęcam do obejrzenia w wolnej chwili :)





* Źródło zdjęć: FB Mordor na Domaniewskiej oraz Narodowe Archiwum Cyfrowe
Źródło wiadomości: www.warszawa.naszemiasto.pl
* Cytaty z wywiadu: www.inpoland.pl