czwartek, 30 marca 2017

Nowy etap w życiu, czyli jak uwolniliśmy J. z łóżeczka

Kiedy urodziła się J. mieliśmy do wyboru albo kupić drugie niemowlęce łóżeczko, albo kupić już normalne łóżko, które posłuży kilka następnych lat. Wybraliśmy drugą opcję. Ponieważ E. już sprawnie wtedy się przemieszczała, zrobiliśmy test "otwartego" łóżeczka, czyli samodzielne wchodzenie i wychodzenie z niego. Test zdany na medal, więc szybka decyzja kupujemy "dorosłe" łóżeczko. Wyglądała w nim jak okruszek, więc wszystkie babcie i ciocie z trwogą patrzyły jak taki maluch leżał sobie bez żadnych zabezpieczeń. Moje żarty, że przecież daleko nie poleci jak spadnie jeszcze pogarszały sytuację. Kiedy my spokojnie przyglądaliśmy się jak E. usiłuje wdrapać się na swoje nowe łóżeczko a potem schodzić tyłem tak jak ja nauczyliśmy, inni ludzie biegli od razu z pomocą. "Niech się uczy sama sobie radzić" mówiłam. Tak się też stało. Bardzo szybko nowe łóżeczko i E. stali się przyjaciółmi na wiele lat.
Schematu nie powtórzyliśmy z J. Chyba przyznam dla własnej wygody, trzymaliśmy ją do tej pory "na uwięzi", czyli cały czas spała w swoim łóżeczku niemowlęcym, które choć nie jest małe, to zaczęło ograniczać już jej przestrzeń. Zwlekaliśmy więc z decyzją zakupu aż to zeszłego weekendu, kiedy to ku mojemu przerażeniu, zobaczyłam jak J.podnosi nóżkę i próbuje wyjść z łóżeczka górą!! Wyszłam tylko na 10 sekund, żeby przynieść wodę a ona postanowiła najwidoczniej wyjść i zobaczyć, gdzie sobie poszłam.
Koniec tego, pomyślałam. Najwyższy czas otworzyć jej świat i pozwolić się przemieszczać. Wiedziałam czym to grozi. W ciągu nocy już mieliśmy jedną zainteresowaną, która to ukradkiem czmycha pod naszą kołdrę, a perspektywa jeszcze jednej osoby w łóżku, przepychanie się i pchanie nie były nam na rękę.
Pierwsza noc była bardzo ciekawa. Około godz.23 idziemy na górę, E. chrapie w swoim łóżeczku a obok niej na podłodze, na puzzlach piankowych śpi J. Co najlepsze, wychodząc z łóżeczka zabrała ze sobą kołderkę i częściowo się przykryła. Ciekawa jestem, czy takie było jej zamierzenie, czy po prostu nie dotarła do łóżeczka siostry, czy też ewentualnie tamta ja wygoniła. Tak czy siak zrobiło się ciekawie. W nocy oczywiście przydreptała do nas, ale ponieważ była pierwsza to ułożyła się między nami. E. dołączyła do nas ok 3.30 i jakież było jej zdziwienie kiedy zobaczyła, że nie ma gdzie się położyć. Nie wiem jak ona to zrobiła, ale za chwilę dumna J. zabrała kocyk i poszła do łóżeczka turystycznego, które stoi na wszelki wypadek koło naszego. Dziś była 5 nasza noc i nie jest źle. Nadal śpimy w 3 a J. wchodzi sobie do osobnego łóżeczka, przykrywamy ją tylko kołderką. Ciekawe co przyniesie przyszłość. Wiem, że powinniśmy może odnosić E. do siebie, ale nie chcę i nie mam na to siły. Skoro ona czuje potrzebę przytulania to niech to ma. W nocy często trzyma mnie za rękę, przytula się. Nie mam na razie sumienia jej wyrzucać. Zwłaszcza, że dzieciństwo trwa tak krótko, takie chwile już nie wrócą.

wtorek, 28 marca 2017

O Sylwii, czyli dlaczego adopcja ma sens


Kiedy miałam 8 lat przeprowadziliśmy się do nowego miejsca. Była to stara kamienica, dziś już troszkę wymarła, ale wtedy jeszcze tętniąca życiem. Jej mieszkańcy przedstawiali typowy przekrój pokoleniowy - od dzieciaków w wózkach do prawie 100-letniego pana Antoniego, który siedział na podwórku na swoim krzesełeczku i bacznie przyglądał się, co dzieje się wokół niego.
Jednym z naszych sąsiadów w klatce, było małżeństwo z córką zajmujące mieszkanie na parterze, jedna izba z kuchnią i łazienka do podziału. Sylwia, bo tak miała na imię dziewczynka, miała wtedy kilka miesięcy. Urodziła się zdrowa, bez żadnych komplikacji. Miała niestety to nieszczęście, że jej rodzice  byli alkoholikami. Do dziś pamiętam jak wystawiali wózek z małą Sylwią na podwórko a sami siedzieli w domu a alkohol lał się strumieniami. Potrafili przez kilka dni nie wychodzić na dwór a dzieckiem zajmowali się sąsiedzi. Byłam wtedy zbyt mała, żeby to wszystko zrozumieć, ale pamiętam, że któregoś dnia przyjechała policja i zabrała gdzieś dziecko. Rodzice zostali oddani na przymusowe leczenie. Myśleliśmy, że koszmar Sylwii się skończył, ale ku naszemu zdziwieniu po kilku miesiącach wszyscy wrócili. Jak działała wtedy opieka społeczna, czy rodzina miała jakiegoś kuratora, dlaczego nie odebrano rodzicom praw do dziecka - tego nie wiem, ale wiem, że gdyby nie sąsiedzi, to dziecko by nie przetrwało. Na dole, obok nich, mieszkała starsza kobieta. To właśnie ona zabierała Sylwię do siebie, gdy jej rodzice "szli w tany" jak to wszyscy zwykli mówić. Nie wiem, czy była to jakaś jej rodzina, ale na pewno zapewniła jej podstawową opiekę taką jak jedzenie, mycie, spanie w przyzwoitych warunkach. Czasem jednak Sylwia siedziała kilka dni ze swoimi rodzicami zamknięta w mieszkaniu. Były to te dni, kiedy jej rodzice dochodzili do siebie po wszystkich balangach.

Kiedy Sylwia miała kilka lat, stwierdzono u niej opóźnienia, mające ścisły związek z zaniedbaniem rodziców. Była na badaniach w poradni i tam stwierdzono, że jeśli rodzice wreszcie poczują się do obowiązku, to te opóźnienia umysłowe można zredukować do minimum, że można "wyprowadzić" to dziecko na prostą. Niestety. Dziewczynka nie miała szczęścia. Jej choroba pogłębiała się aż do tego stopnia, że jako nastolatka była już całkowicie uzależniona od osób trzecich - chodziła do szkoły specjalnej, ale nie umiała liczyć, tym samym nie znała się na pieniądzach, zachowania społeczne na poziomie 6 latki, słabe perspektywy na przyszłość. W którymś momencie, kiedy Sylwia była już duża, rodzice przestali pić, wzięli się za siebie i za swoje życie. Dla dziecka było już za późno, żeby odwrócić całe zło jakie jej wyrządzili, ale przynajmniej zaczęli się nią opiekować. Dostała pracę, typowo fizyczną, w zakładzie produkcyjnym, ale nadal nie znała się na pieniądzach, nie potrafiła więc sama poradzić sobie z wymaganiami dnia codziennego. Kiedy się z nią rozmawiało, na swój sposób była "szczęśliwa", rodzice nie pili, sprzątali jakieś biura i zaczęli żyć "normalnie" Dla niej to był szczyt marzeń-przecież innego życia ona nie znała, miała tylko to. W rozwoju pozostała taką właśnie 6-letnią dziewczynką, która cieszy się, że mamy zabrała ją na lody.

W którymś momencie jej życia, znów zmieniłam miejsce zamieszkania, rzadko więc się widywałyśmy. Po paru latach spotkałam ją przypadkowo na spacerze z matką - była w ciąży. Odchorowałam potem to spotkanie. Byłam bowiem w trakcie wielu niepowodzeń w staraniach o biologiczne dziecko. Żal i cierpienie rozdzierały moje serce, że ona może a ja nie. To takie niesprawiedliwe, pomyślałam wtedy. Sylwia wyszła za mąż za dużo starszego pana mieszkającego na wsi, który jak podejrzewam potrzebował kogoś, kto urodziłby mu dziecko, zajął się gospodarstwem i domem. Ona sama wydawała się szczęśliwa. Może właśnie w tym mogła się spełnić? Nie była niestety zbyt bystra, nadal uzależniona od drugiej osoby, może więc opieka nad dzieckiem i taki mąż to szczyt marzeń dla niej?
Minęło kilka lat, o Sylwii nie myślałam zajęta swoim życiem i swoimi problemami. Aż do pewnego dnia, kiedy to znów przypadkiem spotkałyśmy się w sklepie. Sklep ten znajdował się obok naszego ośrodka adopcyjnego. Byliśmy już wtedy rodzicami E. i przyszliśmy na spotkanie z J. Sylwia, choć przecież młodsza od mnie, wyglądała źle, wyglądała na zmęczoną i nie radzącą sobie z życiem. Sporo też przytyła, co sprawiło, że ta zawsze szczupła dziewczynka niestety nie wyglądała korzystnie. Nie miałam zbytnio ochoty wdawać się w rozmowę, ale ona chyba chciała najzwyczajniej  w świecie pogadać. Od "co słychać", "u mnie dobrze", przeszłyśmy do głębszych zwierzeń ( oczywiście nie moich a jej ) I tu, niczym łańcuszek, zaczyna się kolejna historia dziecka. A więc wtedy kiedy widziałam ją w ciąży, urodziła syna. Było to 6 lat temu. Synek urodził się zdrowy, tak jak kiedyś ona sama. Dziś jest w przedszkolu specjalnym, do którego Sylwia codziennie go wozi godzinę autobusem. Nie załatwia się nawet sam, nadal nosi pampersy.
Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, zresztą ona chyba nie oczekiwała jakichś cudownych rad, raczej chciała to wszystko komuś opowiedzieć. Pożegnałyśmy się, a w mojej głowie zaczęło kłębić się tysiące myśli. Rozmawiałam potem o niej z panią z ośrodka, żeby upewnić się w tym co myślę.

My rodzice adopcyjni, nigdy do końca nie będziemy znać prawdy o pochodzeniu naszego dziecka. Czy były w rodzinie matki biologicznej jakieś choroby? Czy niczego nie ukryła? Czy aby na pewno matka nie piła? Czy odżywiała się na tyle, żeby dziecku zapewnić podstawowe składniki? A może nienawidziła tej ciąży do tego stopnia, że rodząc się dziecko już ma zaburzenia więzi. Te i inne pytania zostaną bez odpowiedzi. W tamtych czasach, zagadnienia typu FAS myślę, że nie były znane. Być może była obciążona. Tego nie wiem. Ale wiem, że przez kilka lat było to normalne dziecko, po prostu zaniedbane. Gdyby Sylwia od razu trafiła do adopcji, myślę, że dziś miałaby szansę być innym człowiekiem, brakło jej powiem podstawowej opieki i miłości. Nikt nie nauczył jej jak być dziewczynką, kobietą, matką, człowiekiem. Każda płodna kobieta może zajść w ciążę, co więcej, może nawet dobrze opiekować się nowonarodzonym maluszkiem. Ale jak wiemy sama opieka nie wystarczy. Czy to nasze dziecko biologiczne czy adoptowane to musimy pamiętać, że trzeba włożyć ogrom pracy w jego wychowanie. Ja mam jedną zasadę. Po prostu kocham. Cieszę się z każdej chwili spędzonej razem. Ale i wymagam. Jestem konsekwentna do bólu jeśli chodzi o rzeczy, które wiem, że są dobre. Bez przymusu. Raczej sposobem. Uczę. Dzieci i siebie. Bo przecież jak widać po historii Sylwii to w nas zaczyna się życie. W nas rodzicach. Jeżeli zawiedziemy to ciężko potem wszystko naprawić. Zresztą takie dzieci nie potrafią tego naprawić. One powielają tylko schematy, które wyniosły z domu.
Nie wiem, czy synek Sylwii był obciążony genetycznie, tego się nie dowiemy. Ale wiem jedno. Gdyby i on wychowywany był przez innych rodziców, dziś mógłby być zwyczajnym 6-latkiem.

Chciałam wyrazić podziw wszystkim tym, którzy wychowują trudne dzieci, dzieci po przejściach, dzieci, które w momencie adopcji wiadomo było, że będą wymagały ogromu pracy i wysiłku,. Wychowanie dzieci bez problemów jest trudne, ale dzieci, które od początku wiemy, że nie będą "łatwe" tym bardziej. Mam ogromy szacunek do takich właśnie osób, które na co dzień zmagają się z różnymi chorobami odziedziczonymi po swoich rodzicach biologicznych. Ale to właśnie dzięki takim rodzicom, te dzieci i ich pokolenia będą mogły godnie żyć.

poniedziałek, 27 marca 2017

Kubeczek

Staraliśmy się jak najwcześniej wykorzystać moment kiedy to dziecko interesuje się nowościami i nie buntuje :) Ten post poświęcony jest piciu z kubeczka.

Kiedy nie miałam jeszcze dzieci, moja koleżanka dentystka przestrzegała mnie przed podawaniem dzieciom słodkich napojów. Co gorsza, gdy widzę dzieci ponad 2 letnie pijące nadal z niemowlęcej butelki ze smoczkiem to łapię się za głowę. Z doświadczenia wiem, że dziecko 1.5 roczne jest w stanie utrzymać samemu zwykły plastikowy kubeczek.
Z kubeczka niekapka takiego z dzióbkiem, korzystaliśmy tylko na początku, jak dziewczynki miały 4 mies. Wtedy też zaczęliśmy rozszerzać im dietę i zaczęły jeść normalne pokarmy.  Wiadomo, że na początku trzeba kubeczek podtrzymywać, ale dziewczynki bardzo szybko nauczyły się same go trzymać. W około 8 mies życia, zakupiliśmy dla E. kubek Lovi 360. Jest rewelacyjny, dziecko pije z niego jak ze zwykłego kubeczka, z tym, że nie rozlewa płynu. Poza tym, układa ładnie usta tak jak przy normalnym piciu. My zakupiliśmy od razu taki od 12 mies - różni się tylko wielkością, zależy oczywiście, jak dobrze dziecko trzyma coś w ręce. Nasza była dość silna, bez problemów potrafiła przenieść 2-litrową Colę, więc stwierdziliśmy, że da radę ;) Młodsza zaczęła podpijać z niego wcześniej, sama od siebie, ponieważ widziała u siostry. Zrezygnowała z niego również bardzo szybko, z tego samego powodu - też chciała być duża, więc od dawna pije już ze zwykłego kubka.
Pamiętajmy, żeby dziecko zachęcać, nigdy do niczego nie zmuszać, bo może się zrazić i nie będzie chciało powrócić do prób. Jeżeli nie chce pić, to zachęcić za tydzień. Może się okazać, że to wystarczy, przecież dzieciaki szybko się zmieniają i dorastają do pewnych rzeczy.
Mam nadzieję, że komuś te rady się przydadzą :)
Na koniec historia zasłyszana w kolejce w sklepie Rossman. Stoi babcia z malutkim dzieckiem i trzyma szczoteczkę i pastę. Opowiada, że musi zakupić je dla młodszej wnuczki, gdyż ( nie uwierzycie) starszej, gdy miała 3 latka trzeba było usunąć 5 zębów! Stwierdziła, że człowiek mądry jest po szkodzie i drugi raz córka jej takiego błędu nie popełni...Dziecko piło soczki, jadło słodycze a zębów nie myło.
Czasem zastanawiam się, czy my oby na pewno żyjemy w 2017r, bo niektórzy ludzie chyba gdzieś się w którymś momencie zatrzymali. Pomijam, że można wiele rzeczy wyczytać w Internecie, ale przecież na ludzki rozum, powinni byli domyślić się, że coś z tymi zębami dziecka jest nie tak. Współczuję tylko małej dziewczynce, która przez głupotę dorosłych straciła mleczaki i musi czekać, aż wyrosną jej zęby stałe. To tak ku przestrodze.

piątek, 24 marca 2017

O potrzebie miłości.

Kochani, właśnie odkryłam 2-minutowy filmik pt. "Kreda", być może znacie, ale ja nigdy go nie widziałam. Bardzo wzruszający. Zachęcam do obejrzenia, na stronie Facebooka link do filmu...

O pewnym chłopcu imieniem Antoś.

Siedzę w poczekalni. Drzwi na oddział maluchów zamknięte. Po chwili otwierają się i wychodzi siostra, ale bez mojego dziecka. Tym razem, wyjątkowo zaprasza mnie do środka. Długi korytarz i salki po obydwu stronach. Śmiech i radość towarzyszą atmosferze, więc nikt by nie pomyślał co kryje się za tą zasłoną. Łączy te dzieci jedno- nie mają rodziny, przebywają pod opieką sióstr. Zbyt małe, żeby wiedzieć, co naprawdę się dzieje, przytulają się do swoich opiekunów, beztrosko bawią się z nimi i innymi dziećmi. Kolorowe, piękne pokoiki wyglądają dokładnie tak jak te pokoiki, które dzieci mają w domu. Biorę E. na ręce i idziemy razem z siostrą korytarzem. Uśmiecham się do wszystkich szkrabów napotkanych po drodze. Większość z nich to piękne dzieciaki, fajne, uśmiechnięte. "Dzieci z tej sali są chore", powiedziała nagle siostra. Spojrzałam na nie i i pękło mi serce. Chore oczka, serduszko i inne przypadłości. Widzę, że wszyscy opiekunowie są dla tych dzieci bardzo troskliwi i serdeczni, zależy im na nich, ale jednego dać im nie mogą - nigdy nie zastąpią im normalnej, kochającej rodziny. A znaleźć taką dla tych dzieci jest bardzo trudno.

czwartek, 23 marca 2017

O pani w sklepie, czyli jak mówić nieznajomym o adopcji.

" Ojej, kiedy dorobiliście się Państwo drugiego dziecka? Byłam na etapie pierwszego maluszka a tu widzę już dwie panny są", usłyszałam od znajomej sprzedawczyni w Biedronce. "Ah, wie Pani, czas szybko mija i mamy teraz już dwie pociechy", odpowiedziałam. "Śliczne, a ile mają?" Na szczęście przeszłyśmy do innych pytań dotyczących moich dzieci.
Nigdy nie wstydziłam się tego, że nasze dzieci są adoptowane. Nie jest to dla mnie żaden temat tabu, potrafię o tym rozmawiać, nie stanowi dla mnie to żadnego problemu. Jednakże nie obnoszę się tym na lewo i prawo, chwaląc się wszystkim swoją decyzją o adopcji. Jeżeli nie ma takiej potrzeby, nie mówię obcym zbyt wiele. Dla świata jesteśmy przecież normalną rodziną. Pamiętajmy, że nigdzie nie mamy przyklejonej etykiety "Rodzina adopcyjna", nie mamy ani dwóch głów, ani jednego oka niczym cyklop. Gdybym cały czas opowiadała innym, że dzieci są adoptowane, sama nieświadomie tworzyłabym inną grupę do której byśmy należeli. A przecież żyjemy normalnie i mamy te same problemy co inne rodziny. Co kupić, co na obiad, gdzie na wakacje.
Większość z rodzin, które dopiero co adoptowały malucha, zmaga się z pytaniem jak określić czas w którym jesteśmy razem. Kiedy kobieta jest w ciąży, nie ma problemu-rodzi się dziecko i od tego momentu zaznacza się inny okres. Przy adoptowanym dziecku już nie jest tak prosto. No bo jak powiedzieć innym, że "Kiedy .... się urodził" czy "odkąd ..... jest z nami" ? "Odkąd adoptowaliśmy ...."?

środa, 22 marca 2017

O pewnej małej śwince


Źródło:Album własny
Kiedy E. była malutka, przechodziła różne stadia wytrzymywania w foteliku do karmienia. Zawsze była dzieckiem, dla którego każda minuta spędzona na siedzeniu była minuta straconą. Tak jakby miało jej coś umknąć z tego co się dzieje wokół niej. Apogeum przypadło na okres ok 8-10 miesięcy, kiedy to przygotowywała się do chodzenia ( pierwszy kroczek zrobiła, gdy miała 10 miesięcy i jeden tydzień) Mimo, że nigdy nie było problemów z jedzeniem, wtedy nie była absolutnie nim zainteresowana.
Od samego początku królowała u nas w domu muzyka, telewizor był zawsze wyłączony, ale wtedy, zdesperowani wszystkim innym co zawiodło, zmieniliśmy trochę nasze metody. Na stoliku w kuchni, na przeciwko fotelika do karmienia stanął iPad a w nim nagrane odcinki bajki, którą zna myślę każde dziecko - Świnka Peppa.  Pewnie pomyślicie, ale z niej wyrodna matka, kto to puszcza takiego malutkiemu dziecku bajki. Tak tak, wszystko wiem, do 2 lat nie powinno się dziecku w ogóle puszczać bajek, nie mają one bowiem żadnego pozytywnego wpływu na rozwój dziecka. My nie traktowaliśmy TV jako niańki do dziecka, a raczej postanowiliśmy, że zrobimy z jej użytek. Żeby oglądanie Peppy miało sens no i żeby trochę zagłuszyć wyrzuty sumienia, Peppę puszczaliśmy tylko w wersji oryginalnej, po angielsku. Od dorosłych nie raz słyszałam, że bajka ta ma kiepską grafikę i jest banalna, ale dla mnie właśnie w tym tkwi jej fenomen. Może się ze mną ktoś nie zgodzić, ale nie ma tam treści agresywnych, historyjki są proste, zrozumiałe dla dziecka. Zaczęłam opisywać E. co się dzieje, który bohater jaką czynność wykonuje. Efekt był fenomenalny. Wreszcie zaczęła się skupiać na jedzeniu na te parę chwil ( Peppa trwa ok 5min) a dzięki tej bajce zaczęła bardzo rozwijać się językowo. Do tej pory bajki oglądamy tylko i wyłącznie po angielsku, ale o tym już innym razem.
Źródło:Album własny


Polecam Świnkę Peppę wszystkim. Bawi i zarazem uczy wielu dobrych zachowań. Oczywiście trzeba się też przygotować na to, że dziecko polubi skakanie w błocie. No, ale czyż nie o to właśnie chodzi w szczęśliwym dzieciństwie? Dziś dla odmiany wrzucam zdjęcie z naszej kolekcji na potwierdzenie :)

poniedziałek, 20 marca 2017

O bułeczce i innych dobrych nawykach

" Mamusiu, dlaczego tak szarpiesz bułeczkę?", wyrwana z zamyślenia patrzę w miseczkę z Leczo i E., która do mnie podeszła. " Yyyyy, bo moczę sobie w sosiku. O tak"
~ "Ale nie tak się je bułeczkę, trzeba trzymać za skórkę i ładnie gryźć" 
Oto moje 2.8 letnie dziecko robi mi wykład i demonstruje na bułce jak ja dorosły człowiek powinnam ją trzymać. Normalnie nie wierzę. Zawstydzona kładę bułeczkę na talerzyku i przełykam w milczeniu. Ze strachem biorę kolejny kęs i słyszę " No. Teraz dobrze. Tak trzeba jeść"
Tym samym moja mała mądrala uczy mnie ważnej rzeczy w życiu. Jeżeli czegokolwiek uczysz swoje dziecko, czyń tak samo. Jaką dziecko ma mieć motywację do jedzenia zdrowo, skoro my nie będziemy jeść warzyw i owoców a na naszym stole będzie królować hamburger i chipsy?
"Nie palcie papierosów, są niezdrowe", słyszałam kiedyś od dyrektora naszego liceum. Jak mieliśmy mu uwierzyć, skoro często stał przed budynkiem i widząc nas chował papierosa  za siebie i widzieliśmy tylko dym wyłaniający się zza jego pleców.


Gdy dzieci są małe, chłoną jak gąbka to czego je uczymy, czy to będą dobre, czy złe rzeczy. Codziennie przekonuję się, jak ważne jest to, żeby umiejętnie ważyć każde słowo, przewidywać reakcję, uczyć tych rzeczy, które w przyszłości zaprocentują. Od papek szpinakowych latających po ścianach do kulturalnego, samodzielnego jedzenia przy stole, minęły zaledwie dwa lata. Godziny pracy, często nerwów i wychodzenia z siebie, ale jaki rezultat! Dziś niespełna 3-letnie dziecko potrafi pięknie samo zjeść zupkę, drugie danie i podwieczorek a potem wynieść do kuchni po sobie miseczkę czy talerzyk i powiedzieć "Dziękuję" Robi tak, bo tak została nauczona. Lecz im będzie starsza, tym więcej będzie potrzeba czasu, by te dobre nawyki pielęgnować.
Gdy rozmawiam ze znajomymi, które mają starsze już dzieci, to okazuje się, że to nie jest tak, że dzieci w domu nie pomagają. Zależy czego są nauczone. 17-letnia córka koleżanki sama proponuje, że wyniesie śmieci, jej koleżankę zaś, trzeba siłą wyrzucać na dwór. Dla tej pierwszej pewne rzeczy są po prostu oczywiste, nie traktuje ich ona bowiem jak przymus, jest nauczona, że tak ma być. Dla drugiej, jest to nic innego jak tylko przykry obowiązek.
W wychowaniu dzieci staram się być bardzo konsekwentna, zwłaszcza w rzeczach, które wiem, że w przyszłości są dla nich ważne. Ale odkąd jestem mamą, nieustannie muszę też pracować nad sobą. Nie od dziś wiadomo, że dzieci przede wszystkim uczą się od rodziców, ale kiedyś przeczytałam artykuł, że przeprowadzono badania w USA i rodzic ma największy wpływ na kształtowanie młodego umysłu przez pierwsze 5 lat życia dziecka. Potem do gry wchodzi silny wpływ otoczenia, w którym dziecko się wychowuje. To bardzo niedużo, ale warto zacząć jak najwcześniej. Dziecko słyszy nas przecież od pierwszych dni swojego życia, z dnia na dzień rozumie coraz więcej. Mimo, że na początku miałam wrażenie, że mówię jak do ściany, bo dziecko nie wykazywało żadnego zainteresowania tym co do niego mówiłam, to potem okazywało się, że zaczęło się przysłuchiwać, aż wreszcie rozumieć i nawiązywać konwersację.
Jaki z tego wniosek? Wymagajmy od siebie tego samego czego wymagamy od dzieci. Wtedy i tylko wtedy wchłoną one dobre nawyki, które zakorzenią się tak głęboko, że w dorosłym życiu nikt i nic nie będzie w stanie tego zmienić. W końcu nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego teraz sprawy, właśnie wychowujemy czyjegoś męża, żonę, matkę czy ojca.

niedziela, 19 marca 2017

O pierwszym spotkaniu sióstr i pierwszej nocy w 4

Jak już wcześniej wspominałam, przy łóżeczku E. stało zdjęcie jej siostrzyczki. Przez kilka dni, gdy budziła się, jak zwykle kontemplowała wszystkie zdjęcia znajdujące się w zasięgu wzroku. Zapytana " Gdzie jest twoja siostrzyczka?" z przekonaniem wyciągała paluszka w kierunku kartki A4 z wydrukiem. Nie mogliśmy doczekać się ich pierwszego spotkania. Jak zareagują? Czy poczują to w sobie, że są siostrami?
Dzień, w którym wreszcie mogliśmy zabrać J. do domu, był bardzo wyczerpujący. Mąż musiał pilnie wyjechać i zostawił nas z moimi rodzicami a ja cały dzień spędziłam w Domu Małego Dziecka walcząc o możliwość zabrania naszego dziecka do domu. Czasem mam wrażenie, że mieli już dojść mojej nieustępliwości i udało się, bo chcieli się mnie po prostu pozbyć :)  Na szczęście wracał już i był blisko, więc umówiliśmy się, że zabierze E. i razem przyjadą do mnie. Kiedy dołączyli do mnie w ośrodku, byłam wykończona. Najgorsze, że tatuś z wrażenia zapomniał torby z wyprawką dla J. i nie mieliśmy w co ją przebrać! Szybki telefon do dziadka i wyprawka już była w drodze. Uff.

sobota, 18 marca 2017

Facebook

Zapraszam wszystkich na "Facebookową" stronę Małego Światka, w którym podzielę się z Wami naszymi radościami i smutkami dnia codziennego. Jestem bardzo ciekawa, czy u Was wygląda podobnie :) 


O dużych dziewczynkach

~ "Mamusiu, ja to jestem już taka duża jak ty", powiedziała do mnie E.
~ "Tak kochanie, już jesteś bardzo duża, nie mogę uwierzyć, że już aż tak duża", odpowiedziałam.

Kiedy przywieźliśmy was do domu, byłyście takie maleńkie. Kiedy przygotowywaliśmy dla was wyprawkę, wydawało nam się, że okres niemowlęctwa będzie trwał i trwał. A tu niespodzianka. W niespełna rok, z małej istotki, która nie wie co się wokół niej dzieje, niczym motylki przepoczwarzyłyście się w chodzącego, rozumnego małego człowieczka.

czwartek, 16 marca 2017

O tym dlaczego wiosną jest tak ciężko bez dziecka

Kiedy przez wiele lat bezskutecznie staraliśmy się o dziecko, były takie okresy, w których czekało się trudniej niż przez resztę roku. Jednym z nich była wiosna. Zimą każdy gdzieś zaszywa się w swoim domu, niczym niedźwiedź zapada w jakiś taki sen czekając jak świat obudzi się znów do życia. Wiosną chciałoby się tyle zrobić, wstępują w nas nowe siły, ale dziecka nadal brak. Nie ważne, czy akurat leczyliśmy się, czy czekaliśmy już na adopcję, serce bolało nas bardziej, kiedy zrobiło się ciepło i na ulicę zaczęły wychodzić rodziny z dziećmi. Roześmiane buźki na placu zabaw, rozgadane mamusie omawiające życie swoich pociech w zasadzie wszędzie, gdzie tylko się wybierzemy. Lubiłam chodzić do parku, czasem tylko spacerowałam, czasem przyglądałam się dzieciakom i myślałam jak to fajnie byłoby móc wejść do tego świata, być jego częścią.

Przez te wszystkie lata kiedy żyłam bez dziecka, miałam wrażenie, że oglądam film, że jestem gdzieś z boku. Mogę się tylko przyglądać jak żyją inni, jak wychowują swoje dzieci, jak to cudownie jest gdy dzieciaki się przytulają, śmieją. Ale zawsze ten film się kończył. Wracałam do domu, w którym dziecka nie było. Tak jak wraca się z kina po ciekawym filmie. Nie ważne jak dobrze się bawisz, nie ważne jak wspaniałą historię on przedstawi. Zawsze się kończy, a ja wracam do swojego świata.
Czasami bywało, że na chwilkę stawałam się częścią tego filmu, tak jakby na moment wskoczyć do jakiegoś kadru. Gdy przychodziła koleżanka z dzieckiem, na moment stawałam się częścią tego świata. Ciocią, której można uczesać długie włosy,która przygotuje dobrą kanapkę, pobawi się klockami. Przez chwilę nawet można było poczuć to dziecko. Małe rączki obejmujące mnie za szyję, całusek w policzek. Tyle radości i tyle żalu zarazem. Chyba to było powodem tego, że nie miałam ochoty spotykać się z ludźmi, którzy mieli dzieci, zwłaszcza małe dzieci. Gdy słuchałam jakie mają "problemy", myślałam tylko " Mój Boże, ile ja bym dała, żeby takie problemy mieć"

Większość ludzi, którzy mają dzieci, nie potrafi rozmawiać o niepłodności. Może tylko głęboka przyjaźń jest w stanie udźwignąć ten problem. Przez cały czas naszych starań o dziecko miałam wrażenie, że to ludzi przerasta, nawet bardziej niż nas. Wolą o tym nie rozmawiać, nie pytać, nie spotykać się, no bo niby co mieliby nam powiedzieć? Że będzie dobrze? Że w końcu na nas też przyjdzie czas? Niektórzy faktycznie tak mówili, ale ja dobrze wiedziałam, że tak nie jest, że mówią to tylko dlatego, że tak naprawdę nie wiedzą co powiedzieć. Mam wrażenie, że mimo, że problem niepłodności dotyka tak wiele par, za mało się o tym mówi, ludzie nie mają wsparcia, ciężko im poradzić sobie z tym wewnątrz swojej rodziny.
Dwa razy w życiu poczułam, że wreszcie należę do tego świata, który do tej pory oglądałam na "ekranie" Pierwszy, kiedy zaszłam w ciążę, a drugi kiedy adoptowaliśmy dziecko. Pierwszy raz jak można się domyślać nie trwał długo, ale poczułam jak to jest. Drugi raz trwa do tej pory. Wreszcie nie boli mnie serce, gdy wiosną robi się ciepło i wychodzimy na spacer. Nie płyną mi łzy tylko dlatego, że akurat przechodzę obok placu zabaw, czy przedszkola i widzę radosne, bawiące się dzieci. Nie oglądam już tej telenoweli. Mam swoją, w której nawet dostałam główną rolę. Bierzemy więc rowerki i ruszamy - w planie kolejny odcinek naszego życia.

środa, 15 marca 2017

O zbiegu okoliczności i innych cudach

Przed wyjazdem na wakacje, wybraliśmy się na szybkie zakupy do Auchan. Ponieważ jechaliśmy nie w sezonie, ciężko było znaleźć gdziekolwiek okulary przeciwsłoneczne, które pech chciał się zepsuły. Przypadek sprawił, że wpadłam na pomysł sprawdzenia w supermarkecie. Bingo! Cała półka z okularami i to na przecenie. Zadowolona przymierzam kilka par, kiedy nagle podchodzi do nas znajomy, którego nie widzieliśmy dobre kilka lat. Z jego żoną kiedyś bardzo się przyjaźniłyśmy, ale jakoś nasze drogi się rozeszły. Ona najpierw miała problemy osobiste, potem ja wyjechałam do innego miasta i tak zaczęłyśmy się widywać coraz rzadziej i rzadziej. Potem ona urodziła dziecko a ja ciągle trwałam w walce o ciążę. Żałowałam, że tak się stało, ale chyba nie czułam się na siłach, żeby się do niej odezwać po kilku latach, ciągle odwlekałam ten telefon. Aż tu nagle widzę jej męża. Ucieszył się na nasz widok i przywitaliśmy się tak, jak byśmy nie widzieli się może tydzień a nie kilka lat. Najpierw wiadomo tradycyjne " Co słychać" a potem on powiedział, że mają drugie dziecko ( o pierwszym wiedziałam) Ja oczywiście też pochwaliłam się swoim. Od słowa do słowa i padła data urodzenia ich syna. Nie mogłam w to uwierzyć! To była data urodzenia E. !

wtorek, 14 marca 2017

O pierwszym spotkaniu numer dwa

O istnieniu J. dowiedzieliśmy się niedługo po narodzinach. Niestety nie pozwolono nam jej zobaczyć przed upływem 6 tygodni - istniało oczywiście prawdopodobieństwo, że matka nie zrzeknie się dziecka. Ciężkie to były chwile, wiedzieliśmy, że leży biedna sama, a my nie możemy zabrać jej do domu, ani nawet zobaczyć. Bardzo baliśmy się też, czy przypadkiem matka się nie rozmyśli i J. będzie wychowywała się bez nas, bez siostry. Co dziwne, dyrektorka ośrodka wiele razy odradzała nam przyjęcie tego dziecka podając absurdalne argumenty. Do tej pory nie wiem dlaczego i jaki miała w tym cel. Wydarzenia, które jeszcze potem miały miejsce poddały w wątpliwość to, że dobro dziecka stawia się na pierwszym miejscu.
Jak wcześniej wspominałam już, mieliśmy wykupione wakacje, więc po przygotowaniu pokoiku, uzupełnieniu wyprawki, udaliśmy się na wypoczynek - wiedzieliśmy, że będziemy potrzebować dużo sił, żeby na nowo wszystko zorganizować. Drugi raz świat stanął na głowie. Po powrocie odczekaliśmy ustawowe 6 tygodni i nastąpił ten ważny dzień w którym mogliśmy poznać naszą drugą córeczkę :)

poniedziałek, 13 marca 2017

O kandydatach na rodziców adopcyjnych i grupach wsparcia.

Idąc na pierwsze spotkanie w ramach szkolenia rodziców adopcyjnych, zastanawialiśmy się jakich ludzi poznamy. Czy będą w naszym wieku? Czy będą mili? Jaką mają przeszłość? Czy też mają za sobą wieloletnie starania, czy też po prostu chcą adoptować dziecko, bo taką wybrali drogę. Te i wiele innych pytań kołatało nam się w głowie.
Wchodząc do ośrodka, zobaczyliśmy salkę wypełnioną ludźmi. Część osób zajęła już swoje miejsca, część krzątała się jeszcze robiąc herbatę czy kawę. Na spotkanie każdy miał przynieść albo coś do picia albo do jedzenia, aby atmosfera była przyjazna. Nie czułam jakiegoś wielkiego skrępowania, wszyscy wydawali się bardzo mili i wiedziałam, że jesteśmy tu po to samo. Pierwszy raz wiedziałam, że nie będzie niewygodnych rozmów o ciąży, o dzieciach.

niedziela, 12 marca 2017

O tym dlaczego moje dzieci płaczą.

Dziś chciałabym podzielić się z Wami listą "Dlaczego moje dzieci płaczą" Ciekawa jestem jakie Wy macie doświadczenia :)


1. Bo są głodne.
2. Bo się zranią.
3. Bo nie dałam się ugryźć w nogę.
4. Bo nie pozwalam trzymać paluszka w buzi ( tzw. przez nas "ciumkanie" :) )
5. Bo puściłam nie taką piosenkę czy bajkę.
6. Bo lekarstwo jest niedobre.
7. Bo spódniczka nie jest czerwona.
8. Bo spódniczka nie wiruje.
9. Bo chcę przewinąć pieluszkę.
10. Bo nie chce mi się jeszcze wstawać.
11. Bo nie pozwalam czegoś zjeść samemu.
12. Bo siostra zabrała zabawkę.
13. Bo siostra szarpie za rączki i chce tańczyć.
14. Bo siostra oddała zabawkę, ale za późno.
15. Bo chcą, żeby poświęcić im czas a my akurat np. z kimś rozmawiamy (zwracanie uwagi na siebie)
16. Bo nie pozwalamy samemu wchodzić po schodach.
17. Bo bucik nie chce wejść na nóżkę.
18. Bo nie da się założyć spódniczki na głowę.
19. Bo nie siostra weszła sama na krzesło a druga jeszcze nie potrafi.
20. Bo nie można bawić się nożem.
21. Bo nie można ciągnąć siostry za włosy.
22. Bo książeczka się ubrudziła.
23. Bo w garażu zgasło światło (a dzieci były w samochodzie)
24. Bo nie chciałam dołożyć lodów.
25. Bo kazałam założyć rękawiczki, gdy na dworze był mróz.
26. Bo nie można dotykać toalety.
27. Bo nie mogę znaleźć książeczki.
28. Bo liście nie mają drzew a w wózku gondoli jest nudno.
29. Bo nie potrafią jeszcze chodzić, a już by chciały.
30. Bo jedna idzie a druga musi siedzieć w wózku.
31. Bo są zmęczone i chcą już iść spać.
32. Bo ulubiony kubeczek jest brudny.
33. Bo łyżeczka jest za mała ( lubią to co duże)
34. Bo nie można zjeść bananów w sklepie tylko trzeba czekać aż się zapłaci.
35. Bo nie można uciekać.
36. Bo chce, żeby ją zabrać do nas do łóżka ( młodsza)
37. Bo nie pozwalamy stukać w TV.
38. Bo nie pozwalamy wyjmować klawiszy z laptopa.
39. Bo nie pozwalamy wchodzić na szklany stolik i tańczyć.
40. Bo nie można zjadać niektórych rzeczy z podłogi.
41. Bo chcą się napić mojej kawy.
42. Bo pianki było za mało w kąpieli.
43. Bo pianki było za dużo w kąpieli.
44. Bo nie można samemu wyciskać witaminki D z kapsułki.
45. Bo nie można szarpać kabla.
46. Bo sama zatrzasnęła się w pokoju i nie może wyjść (młodsza)
47. Bo trzeba czekać na kaszkę, która jest za gorąca.


To oczywiście niekompletna lista :)

sobota, 11 marca 2017

O naklejkach i czytaniu książeczek

Kiedy szykowaliśmy pokoik dla naszego dziecka, postanowiliśmy, że będzie on kolorowy i wesoły. Oczywiście podobały nam się też takie, które ukazywały jakiś styl np. skandynawski, ale my chcieliśmy pokoik kolorowy i radosny. Chciałabym podzielić się z Wami jedną rzeczą, którą zrobiliśmy zupełnie przypadkiem, a miała ona ogromny wpływa na rozwój naszego dziecka.

Pokoik miał już nowe panele na podłodze, stały w nim mebelki, ściany były pomalowane,  a jednak czegoś w nim jeszcze brakowało. Zamówiliśmy więc przez internet naklejki ścienne dla dzieci - sympatyczne zwierzątka i kwiatuszki. Zrobiliśmy z nich kompozycję i wypełniły puste miejsce nad łóżeczkiem. Drugi zestaw przykleiliśmy przy popularnym stoliczku Mammut z Ikei, w kąciku, w którym dziecko będzie mogło czytać książeczki, rysować. Kiedy przywieźliśmy E. do naszego domu, była jeszcze malutka i nie zwracała uwagi na to co jest wokół niej. Ale mijały tygodnie, a my używaliśmy naklejek do naszych codziennych rozmów z dzieckiem. Opowiadaliśmy jej o zwierzątkach, roślinkach, wymienialiśmy kolory, liczby ( mówiąc np. ile jest motylków) a ona słuchała z zaciekawieniem. Któregoś dnia, kiedy miała kilka miesięcy, leżeliśmy wszyscy razem na kanapie, która znajdowała się w pokoiku dziecięcy i ot tak pytamy E. " Gdzie są naklejki?" W tym momencie ona odwróciła głowę w ich kierunku i uśmiechnęła się. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że to pierwszy jej znak, mówiący nam o tym, że ona nie tylko nas słyszy, ale również rozumie co do niej mówimy! To jest niesamowite. Naklejki te pozwoliły nam budować rozumienie na różnych etapach jej rozwoju. Zaczęło się od zwykłego spojrzenia w ich kierunku a potem rozwinęło się w pokazywanie konkretnych zwierzątek, "odliczanie, czy wszystkie są" W tym celu siadałyśmy sobie na kanapie, na przeciwko ściany z naklejkami a ja zadawałam pytania " Czy jest motylek?" E. z radością szukała odpowiedniego zwierzątka na ścianie i przytakiwała. Bardzo szybko nauczyła się też powtarzać za mną "Jest!" Słowo "nie" oczywiście znała też bardzo dobrze. Każdy rodzic wie, że to jedno z pierwszych słów, jakie dzieci uczą się mówić. Niestety :)

Nasze dialogi rozwijały się stosownie do wieku mojego dziecka, widać było, że coraz więcej się w nie angażowała, rozwijały spostrzegawczość, słownictwo, budowały więź między nami. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że te naklejki będą aż tak ważne. Spodziewałam się raczej, że będą stymulować dziecko do patrzenia, do rozpoznawania.
Z mojego rodzinnego domu pamiętam na szafce 4 obrazki typu kalkomania. Przedstawiały one sceny z bajki o Czerwonym Kapturku. Pamiętam właśnie, że patrząc na nie, wyobrażałam sobie całą historię, tysiące razy w mojej głowie układały się wersje wydarzeń. Gdy wieczorem moja mama opowiadała mi bajki, konfrontowałam to z wytworem mojej wyobraźni. Sama będąc mamą wiem, że czytanie książeczek dzieciom ma ogromny wpływ na ich rozwój, ale zwykła rozmowa o tym co się dzieje wokół nas ma, jak twierdzą niektórzy psychologowie nie mniejszy. U nas w domu "królowała" i nadal króluje zwykła rozmowa, rozmowa o wszystkim, książeczki są dla nas bardzo ważne, oczywiście, ale to tylko książki, przedstawiają wyimaginowany świat. Najważniejsze, żeby dziecko poznało w pierwszej kolejności ten swój, ten, który widzi dookoła siebie.

piątek, 10 marca 2017

O spotkaniu z matką biologiczną pewnego dziecka

Jedziemy na spotkanie z E. Mąż załatwia jeszcze parę spraw formalnych a ja przez chwilę siedzę sama na poczekalni. Nagle, do tego samego pomieszczenia wchodzi kobieta. Taka zwyczajna, ubrana w najnormalniejsze na świecie spodnie i sweterek. Myślę, że ma około 30 lat, choć jej wygląd wskazywałby na nieco więcej. Na jej twarzy rysuje się jej przeszłość.
Mówi "Dzień dobry", więc witam się tym samym. Siada obok mnie. Po chwili wynoszą w kocyku maluszka i słyszę " Pani ... na karmienie?" Kobieta potwierdza. Dostaje dzieciątko na ręce, potem butelkę ze smoczkiem i zaczyna karmić. Dziecko je trochę, potem nerwowo przykurcza się i dalej nie chce. Nie wiem jak mam się zachować. Udawać, że mnie tam nie ma, czy nawiązać kontakt wzrokowy? Jeśli patrzeć to w jaki sposób? Z zaciekawieniem, czy raczej z żalem? Wybrałam chyba coś pośredniego. Nie udawałam, że jej tam nie ma, ale też starałam się nie wprawiać jej w jakieś zakłopotanie. Domyśliłam się, że jest to matka biologiczna tego dziecka.


O tym jak pokochać "nie swoje" dziecko.

Wiele osób, z którymi rozmawiałam, pytała mnie, czy miałam problem z pokochaniem "nie swojego" dziecka. Pytanie dość naturalne, zwłaszcza dla osób, które nigdy nie adoptowały dziecka lub też nawet nie musiały długo starać się o ciążę. Większość z nich pyta tak po prostu z ciekawości, więc nie wdaję się w jakieś długie dyskusje. " A czy ty kochasz swojego męża?", pytam zainteresowaną osobę. "Oczywiście", odpowiada koleżanka, "Ale co to ma do tego?"
No właśnie ma. Tylu jest mężczyzn na świecie, ale nie w każdym potrafimy się przecież zakochać. Kiedy już następuje ta magiczna chemia, może się w zasadzie na takiej fazie początkowej zakończyć, ale może być to również początek bardzo długiego związku. Ktoś, kto tak naprawdę jest dla nas obcą osobą, jest nam coraz bliższy i bliższy, a potem staje się naszą rodziną.

czwartek, 9 marca 2017

O kolejnym cudzie w naszym życiu, czyli ten niespodziewany telefon.

I jak tu nie wierzyć w cuda.



Dzień jak co dzień, E. bawi się u siebie a ja przygotowuję się do pracy. Nagle słyszę telefon i zdziwiona odkrywam, że to nasz ośrodek. Jakiś czas temu wpadliśmy tam na chwilę, ale po co teraz dzwonili? Gadka szmatka na początku w zasadzie o niczym, pytania jak tam u nas i nagle słyszę, że mają dla nas informację - właśnie urodziła się siostrzyczka naszej E. Zaniemówiłam. Mąż też ( przestawiłam na tryb głośnomówiący) W zasadzie to myślałam, że pani z ośrodka dzwoni tylko z informacją o pojawieniu się rodzeństwa, ale nie.

środa, 8 marca 2017

O pierwszym dniu razem

Dziś wreszcie jedziemy zabrać cię do domu :) Po raz pierwszy wkładamy do samochodu fotelik, który do tej pory stał pusty i tylko zbierał kurz. Zabieramy ze sobą kilka rzeczy- wyjedziesz z ośrodka już w swoich ubrankach. Załatwiamy kilka formalności i już! Już możemy jechać. Pani opiekunka sprawnie zakłada ci nowe ubranka i jesteśmy gotowi. Życzą nam powodzenia i szczęścia. Wszystko odbyło się tak szybko, że nawet nie zauważyłam jak staliśmy przed budynkiem, w nosidełku trzymając maluszka, który patrzył na nas jak gdyby chciał zapytać " No i co teraz robimy?" Chwila ta jest magiczna, nie do opisania. Oto stoimy my, nasza nowo powstała rodzina o którą tak długo walczyliśmy. Obok nas dziecko. Tym razem nie dziecko siostry, nie dziecko znajomej, żadne inne dziecko, którym się opiekujemy. Nasze własne. Patrzę na nosidełko raz jeszcze. Nadal tam jest. I nadal patrzy. Nagle mąż przywołuje mnie do porządku " To co, jedziemy?"

O dziecku z krwi i kości

Jednym z największych problemów z jakimi borykałam się nie mogąc zajść w ciążę było to, że ja i mój mąż nigdy nie będziemy mieć owocu naszej miłości. Patrząc na dziecko chciałam widzieć znajome oczka, buzię, rączki. Chciałam wiedzieć, że z cząstki nas powstał nowy człowiek. W momencie decyzji o adopcji wydawało się, że to już koniec tych marzeń. Gdybym tylko wiedziała wtedy jak bardzo się myliłam.


Dziś widzę nas w każdym uśmiechu, w każdym nawet najmniejszym zachowaniu. Nawet pewne fizyczne cechy sprawiają, że jeśli ktoś nie wie o adopcji to mówi " ale podobne ma oczy do pani" Ja tylko uśmiecham się i mówię: " Tak, te oczy ma po mnie" :)
Kiedyś słyszałam takie stwierdzenie, że jeśli chcesz wiedzieć dlaczego twoje dziecko jest takie a nie inne to spójrz w lustro. Dziś wiem, że tak to właśnie działa. Kiedyś wydawało mi się, że wykapany tatuś czy mamusia może być przede wszystkim dlatego, że jest bardzo do nas podobny. Okazuje się, że nic bardziej mylnego. To my "lepimy" tego młodego człowieka, więc jest tam 100% nas. My mieliśmy to szczęście, że dostaliśmy dziecko malutkie. Na pewno inaczej przedstawia się sprawa w tych rodzinach, które adoptowały dzieci starsze. Nie mam tu wiele doświadczenia, ale podobno potrzeba przynajmniej tyle lat ile dziecko było bez nas, aby zacząć budować coś swojego. I tak chyba jest. Zaprzyjaźniona nam para adoptowała 5 letnią dziewczynkę i mimo, że relacje ich od samego początku były wspaniałe, mała wręcz przeszczęśliwa, że "odnalazła" rodziców, to jestem pewna, że musi minąć wiele lat zanim trauma tego dziecka zniknie.
Od momentu sprawy w sądzie to są nasze dzieci. To jak je wychowamy zdeterminuje całe ich życie. Gdyby trafiły gdzie indziej, nie byłyby takie same. Cóż więc więcej powiedzieć ponad to, że to właśnie owoce naszej miłości. Ogromnej miłości.

wtorek, 7 marca 2017

O wizycie w naszym domu

Przygotowując dom na wizytę pani z ośrodka nie wiedzieliśmy tak naprawdę jak się do tego zabrać. Oczywiście wiadomo, że musi być czysto, wszystko wysprzątane i ułożone, ale na co będzie zwracać największą uwagę przy ocenie? Nasze mieszkanko liczyło wtedy 49m2 - dwa pokoiki z osobną widną kuchnią. Czy to wystarczy? Według nas tak. Dziecko będzie mieć swój kąt ( jak już wcześniej pisałam, przygotowaliśmy już pokoik dziecięcy) a my wystarczająco przestrzeni życiowej. Jakież wielkie  było nasze zaskoczenie, gdy usłyszeliśmy od pani z ośrodka, czy aby nie za wcześnie ten pokoik. Opowiadała nam, że ludzie różnie do tego podchodzą, że dla jednych jest to optymistyczna wizja przyszłości, a inni zaś po jakimś czasie zaczynają mieć syndrom pustego łóżeczka.
Nie pomyślałam o tym. Przygotowywanie tego pokoiku dało nam swoistą przynależność do pewnej grupy - przyszli rodzice.  Nagle świat, który do tej pory nie był dla nas, stanął otworem i nie była to chwilowa ekscytacja. To prawdziwe szczęście, że wreszcie to wszystko staje się takie realne. Wiem, być może zbyt dużo tu wiary, zbyt dużo optymizmu, ale tak czuliśmy i tak właśnie postępowaliśmy.
Zapewniliśmy więc panią z ośrodka, że wiemy co robimy, że to tylko ( a może aż) pokoik, ale nie nastawiamy się na wiele. Po prostu niech sobie czeka tyle ile trzeba. Pytanie to jednak pozwoliło mi spojrzeć na sprawę z innej perspektywy. Faktycznie każdy inaczej przeżywa przygotowanie, czekanie, czy pierwsze spotkanie z dzieckiem.
Ogólnie wizyta pani z ośrodka była miła i przebiegła pomyślnie. Chciała zobaczyć jak funkcjonujemy jako rodzina, jak mieszkamy, no i oczywiście jak wyobrażamy sobie życie z dzieckiem. Pytała ile zarabiamy, jak wygląda nasz dzień i jak zorganizujemy opiekę nad dzieckiem.
Czy da się do tej wizyty przygotować? Poza wysprzątaniem mieszkania chyba nie. Trzeba po prostu być sobą i szczerze odpowiadać na pytania.

czwartek, 2 marca 2017

O grupach wsparcia i więzi emocjonalnej

Gdy nasza perełka była malutka, dostałam zaproszenie na spotkanie grupy wsparcia rodzin adopcyjnych. Z wielką chęcią wybrałam się na nie, myśląc, że poznam tam inne mamy ( akurat spotkanie dotyczyło tylko mam), które tak jak ja adoptowały dziecko. Wymienimy doświadczenia, nabiorę pozytywnej energii.
W trakcie spotkania zadano mi pytanie, w jaki sposób karmię dziecko. Kilka mam z przerażeniem słuchało moich opowieści, że dziecko wręcz "wyrywa" mi butelkę i chce jeść samo. Musiałam wysłuchać opinii bardziej doświadczonych, że może takie zachowanie jest znakiem tego, że dziecko mi nie ufa, że czuje się zagrożone, że nie ma być może między nami wystarczającej więzi nad którą muszę popracować. Zrobiłam wielkie oczy na to co usłyszałam. Dziecko "wyrywa" butelkę, bo jest strasznym głodomorem i nie może doczekać się mleka. Brak więzi? Co za bzdura. Spędzamy ze sobą całe dnie, dziecko najedzone jest szczęśliwe, nie płacze, bawi się i wspaniale rozwija.
Czasem wydaje mi się, że ludzie szukają sami sobie problemów. Gdybym zobaczyła faktyczne znaki braku więzi (np. dziecko nie przytula się, boi się nas), to na pewno zareagowałabym na to odpowiednio. Ale jeżeli taka ma być grupa wsparcia, która będzie dopatrywała się w każdym zachowaniu dziecka jakiegoś deficytu, to okaże się, że sami sobie pewne rzeczy stworzymy.
Oczywiście zgadzam się z tym, że my jako rodzice adopcyjni musimy być czujniejsi, zwracać uwagę na różne dziwne zachowania, ale na litość Boską nie wyszukujmy problemów jeśli ich nie ma. To, że nie znamy do końca historii naszych dzieci nie oznacza, że na pewno coś się prędzej czy później objawi. Cieszmy się z tego, że dziecko jest z nami, jest szczęśliwe, obserwujmy uważnie, ale nie przesadzajmy. Gdy faktycznie zauważymy coś niepokojącego- reagujmy. Ale przede wszystkim kochajmy dziecko pozytywną miłością. Jeżeli my będziemy ciągle się bać to i dziecku też udzieli się swego rodzaju niepewność, stanie się przewrażliwione na swoim punkcie. Nasze dzieci muszą wyrosnąć na silne i na miarę swoich możliwości pewne siebie. Prędzej czy później muszą przecież zmierzyć się z prawdą, że zostali adoptowani.
Na kolejne spotkanie już mnie nie zaproszono.
U progu swoich trzecich urodzin, E. nadal jest głodomorem. Lubi jeść prawie wszystko. Z tą różnicą, że jest starsza i rozumie co znaczy poczekać, aż mamusia przygotuje obiadek.

O pierwszym spotkaniu w ośrodku adopcyjnym.

            Pierwsze spotkanie w ośrodku było dla nas wielkim przeżyciem. Oto zaczynamy nowy etap w naszym życiu. Znów podejmujemy walkę, ale tym razem jest inaczej, bo na końcu tej drogi na pewno dziecko na nas czeka. Ile poczekamy? Tego jeszcze nie wiem, ale obiecuję sobie, że będę cierpliwa.
Przybywamy chwilę wcześniej, zajmujemy więc miejsce na poczekalni i wyczekujemy chwili w której zostaniemy poproszeni do środka. W końcu drzwi do gabinetu pani dyrektor otwierają się i wychodzi z niego para z dzieciątkiem w nosidełku. Jestem pod wrażeniem i trochę czuję "zazdrość", że oni już są na tym etapie. Doświadczam jeszcze jednej rzeczy. A mianowicie, gdyby nikt nie wiedział, to nie domyśliłby się, że to rodzina adopcyjna! Bój Boże co ja sobie wyobrażałam?! Że wszyscy mają wypisane na czole " jestem rodzicem adopcyjnym"? Czy, że może takie dzieci od razu wyglądają inaczej, że każdy kto na nie spojrzy będzie wiedział? Nic podobnego. Dzieciątko wyglądało normalnie i spokojnie siedząc w nosidełku po chwili zniknęło wraz z rodzicami. Jak potem się dowiedzieliśmy, małżeństwo to przyjęło chłopczyka z kiłą, którą niestety "dostał w spadku" po swojej matce biologicznej.

środa, 1 marca 2017

O nadziei


Nadzieja. Wiara w to, że na połamanych skrzydłach można jeszcze latać.



W całym okresie niepłodności, nadzieja odgrywa bardzo ważną rolę. Bez niej ciężko jest przetrwać różne etapy kończące się niepowodzeniem.
Kiedy zaczynaliśmy starania o dziecko, nawet nie przypuszczałam, że aż tak dużo wiary i nadziei będę potrzebować. Na początku słyszysz, że nie każdy zachodzi w ciążę tak od razu, więc akceptujesz kolejne miesiące kończące się porażką. Ale kiedy mija rok, dwa, zaczynasz się niecierpliwić. Moja nadzieja na posiadanie biologicznego potomstwa wahała się od zerowej do aż przesadnej euforii, gdy następował jakiś kolejny nowy etap, który pozornie dawał pewność ciąży.  Brak dwóch kresek na teście załamywał mnie na kilka dni, ale wiedziałam, że muszę się pozbierać, bo oto nadchodzi kolejny cykl dający możliwość zapłodnienia. Zgodnie z myślą, że można wiele razy upaść, ale trzeba się tyle samo razy podnieść, podejmowałam walkę z kolejnym podejściem. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej brakowało mi sił. Potrzebowałam mocniejszego bodźca. Dwie inseminacje zakończone niepowodzeniem jeszcze nie odebrały mi nadziei. Spróbowaliśmy podejścia na kolejnym poziomie czyli IVF. Ten pierwszy raz zakończył się ciążą. Nie potrafię nawet opisać co działo się w moim sercu. Po raz pierwszy uwierzyłam, że to już koniec cierpienia, że teraz będzie dobrze. Przepełniona byłam szczęściem i radością, do głowy nawet mi nie przyszło, że może zdarzyć się coś złego, że mogę stracić to dziecko. Niestety tak się stało. Wędrówka na górę, na której szczycie stanęłam, zakończyła się silnym upadkiem w dół. Bolało. Poobijana i zraniona postanowiłam jednak nie poddawać się. Z wiarą i nadzieją podeszliśmy do kolejnej próby. I kolejnej. I kolejnej. Niestety żadna z nich nie przynosiła upragnionego rozwiązania. Robiłam się coraz to bardziej schematyczna-trzeba to, trzeba tamto, muszę zrobić jeszcze to i to i może coś z tego wyjdzie. Nie wychodzi? Zaraz spróbujemy znowu. I znowu. I znowu. Nie. To obłęd. To musi się skończyć. Tak nie można dalej żyć. Chcę poczuć spokój.
Wiedziałam, że nie jestem osobą, która będzie potrafiła żyć bez dziecka. Wiedziałam, że pustka nie pozwoli mi żyć normalnie. Decyzja o adopcji dała mi wszystko. Dzięki niej odzyskałam kontrolę nad swoim życiem. Dała mi lepsze jutro. Dziś dziękuję Bogu, że w odpowiednim momencie Mu zawierzyłam. Ludzka pomoc zawiodła, cały więc ten ciężar oddałam Bogu, tak naprawdę w stu procentach. Uwierzyłam, że może te wszystkie moje starania to nie jest to, że może uganiam się za czymś co niekoniecznie jest dla mnie dobre lub mam do zrobienia w życiu coś innego. Marzenia o dziecku mogą się spełnić, ale czy muszą się spełnić dokładnie tak jak zaplanowałam? Okazuje się, że nie. Już się przy tym nie upieram, już w całości oddaję się Bogu.
Od tamtej pory staram się częściej słuchać tego co On do mnie mówi a nie zatwardziałości i upartości swojego serca. Od chwili, gdy jestem z Nim wydarzył się nie jeden cud, cudu doświadczam w moim życiu na każdym kroku.
Dziękuję też mojemu kochanemu mężowi, który był ze mną przez te wszystkie lata, przeżywał ze mną wzloty i upadki. Nigdy mnie nie opuścił. I choć sam cierpiał równie mocno, zawsze wyciągał do mnie rękę i pomagał wstać. Mam nadzieję, że rodzina jaką teraz tworzymy jest dla niego nagrodą za całe jego poświęcenie i miłość.