piątek, 30 czerwca 2017

Żegnaj żłobku! Wakacji nadszedł czas!


Dziś ostatni dzień żłobkowej edukacji :) 
Na pożegnanie, dziewczynki zaniosły swoim kochanym ciociom bukieciki i serduszka z podziękowaniami za cały wspólnie spędzony rok :)






Dla grupy też małe co nieco - oczywiście dopiero po 2 śniadaniu! :)









O żłobku, przygotowaniach dziecka do rozstania z nami, moje subiektywne opinie i odczucia już wkrótce! :)

środa, 28 czerwca 2017

Tam, gdzie powietrze pachnie czekoladą...

Są takie miejsca, gdzie powietrze pachnie inaczej. Las po deszczu, księgarnia pełna nowych książek, pokój wypełniony mieszanką perfum mężczyzny i kobiety przy pierwszym pocałunku...
A gdybym wam powiedziała, że są takie miejsca, które pachną czekoladą? Zamknijcie oczy i przenieście się w świat, gdzie życie jest po prostu słodsze :)

Zapraszam do przeczytania - TAM, GDZIE POWIETRZE PACHNIE CZEKOLADĄ




wtorek, 27 czerwca 2017

Przetrwać podróż z dzieckiem

Dziś chciałam podzielić się z Wami sprawdzonymi metodami jak pomóc dziecku przetrwać podróż samochodem.

Jak już pisałam wcześniej, posadzenie dziecka przodem do kierunku jazdy, otwiera dla niego nowe doznania związane z przemieszczaniem się. Świat, który do tej pory przesuwał się do tyłu, nagle staje się fascynujący. To dobry moment, by zainteresować dziecko podróżami i tym co znajduje się za oknem samochodu. Oczywiście będzie to wymagać naszego nakładu pracy, ale nasz wysiłek się opłaci. Już niedługo dziecko zacznie samo zauważać przesuwające się różnorakie obrazy, komentując, ucząc się i przeżywając.

Pierwsza ważna rzecz, to pora o której planujemy wyjazd. Najlepiej jeżeli będzie to tuż przed drzemką lub przed pójściem spać (przy jeździe nocnej) Dziecko jest już na tyle zmęczone, że będzie jechać spokojnie aż do zaśnięcia. 

Większość dzieci, szczególnie te aktywne ruchowo, ma problem z wysiedzeniem w foteliku dłużej niż 2h. Eksperci zalecają robienie przerw właśnie co 2h, choć my gdy widzimy, że nie ma takiej potrzeby, przeciągamy jazdę. 

Najważniejsze, żeby dziecko nie nudziło się - wtedy nie będzie koncentrować się na byciu "uwięzionym" w foteliku na kilka godzin.

Co robimy, by podróż samochodem nie zmieniła się w mękę?

* Ubieramy dzieci stosownie do pogody

Dzieci są wciśnięte dość ciasno w fotelik, zwykle jest im cieplej niż nam. Ubieramy dzieci warstwowo, tak, żeby móc w miarę potrzeby szybko je rozebrać. Nigdy nie zakładamy im butów. Gdy jest bardzo gorąco, mają gołe stópki, gdy jest chłodniej zakładamy im skarpetki lub lekkie kapciuszki ( można kupić fajne kapcie typu baletki np. w Pepco) Maluszka lepiej przykryć kocykiem niż grubo ubierać. Zawsze będzie można go szybko odkryć. Pamiętajmy, że samochód (nawet zimą) dość szybko się nagrzewa, więc albo nie kładziemy dziecku czapeczki wcale, albo zdejmujemy ją od razu, gdy temperatura będzie odpowiednia. Przegrzane dziecko będzie częściej chorować.

* Zabieramy książeczki

Nasze dzieci jeszcze nie potrafią czytać, ale chętnie słuchają, gdy ja to robię. Wprawdzie zwykle kończy się to bólem szyi, ale czego się nie robi dla dzieci ;) Te już potrafiące czytać, mogą to zrobić we własnym zakresie, bądź czytać na głos, by wspólnie przeżywać daną historię. 
Alternatywnie, można spróbować przygody z audiobookiem - nie każde dziecko dobrze się czuje czytając w samochodzie.

* Zabieramy CD/pen drive z dużą ilością piosenek dla dzieci 

Uwielbiamy śpiewać i jest to dobra metoda, by czas płynął szybciej. Nie ważne, czy śpiewamy dobrze, czy nie, przecież to nie o to chodzi. Mamy swoje ulubione przeboje, które nie raz zdarza się,że  musimy słuchać kilka razy, ale dzieci to uwielbiają. Nóżki chodzą w takt muzyki, rączki klaszczą klap klap i wszyscy są zadowoleni.

* Przygotowujemy dzieciom przekąski do jedzenia

Na co dzień nie kupujemy dzieciom słodyczy, ale to jest dobry moment, by zrobić im prawdziwe wakacje, czyli dać małe co nieco. Nie musi to być wcale niezdrowe. W pojemniczku może znaleźć się kawałek ciasta, batonik, cokolwiek dziecko lubi a na co dzień nie je, tak by się ucieszyło. Nie polecam czekolady, z wiadomych powodów. Jajko niespodzianka trzymane przez chwilę w małych cieplutkich rączkach wymaga natychmiastowej interwencji mokrych chusteczek. Unikajmy również produktów, którymi dziecko mogłoby się zakrztusić! 

* Kupujemy lub sami robimy książeczki interaktywne

Wszystko zależy od wieku naszych dzieci, naszych chęci, czasu i oczywiście zdolności. Na szczęście w sklepach można zdobyć wartościowe książeczki związane z podróżami i nie tylko. Nasze maluchy ucieszyły się z nowej malowanki i kredek. 

* Po drodze zwracamy uwagę na wszystkie ciekawe rzeczy za oknem

Zwracając uwagę dzieci na coś na zewnątrz, nie tylko pokazujemy im świat, ale zajmujemy ciekawą czynnością - po chwili same zaczynają się rozglądać w poszukiwaniu czegoś fascynującego. Nie muszą to być rzeczy wyjątkowe. Może to być duża ilość drzew wzdłuż drogi, człowiek, który właśnie przechodzi przez ulicę, przelatujący właśnie samolot, czy też ogromny wiatrak  stojący w oddali. 

* Zabieramy ulubioną zabawkę

Ulubiona przytulanka to niezbędna rzecz w podróży małych dzieci. Gdy są zmęczone, marudne, to właśnie w niej znajdują ukojenie i pocieszenie. Przytulanka pozwala zapaść w błogi sen.
Starsze dzieci też lubią mieć przy sobie ulubioną lalkę, miśka, są one wtedy pełnoprawnymi uczestnikami wyprawy. 

*Mamy pod ręką jedzenie i picie

Przekąski przekąskami, najważniejsze są jednak konkrety, czyli trzeba nastawić się na porządne kanapki, które są najszybszą metodą zaspokojenia głodu naszych dzieci. Bez zatrzymywania się mały brzuszek na jakiś czas zostanie zaspokojony.  Jeżeli podróż jest długa, nie zapomnijmy jednak przewidzieć po drodze jakiegoś ciepłego posiłku! Tu są różne alternatywy. Na prawie każdym dużym parkingu ze stacją benzynową przy autostradzie, znajduje się również restauracja. Jadąc przez miejscowości na pewno znajdziemy również przydrożną knajpkę.
Innym rozwiązaniem jest zabranie posiłku ze sobą (np. smażone udka kurczaka) i podgrzanie ich we własnym zakresie ( czyli bierzemy ze sobą butlę z gazem lub szukamy mikrofalówki) My często zatrzymujemy się w Ikei, jeśli tylko jest po drodze, gdzie jemy obiad w rozsądnej cenie. Jest to wygodne o tyle, że w strefie rodzinnej bez problemu można podgrzać przygotowane dla dziecka jedzenie (słoiczek, wodę na mleko, inne danie) Jest to też okazja, by dzieci chwilę się pobawiły.

* Tablet

Być może niektórzy mnie zlinczują za moje metody wychowawcze, ale tablet jest u nas konieczny. Kiedy dziewczynki są już zmęczone i nie mają ochoty ani na czytanie, ani na rysowanie, ani na śpiewanie, ulubiona bajeczka jest tym, czego potrzebują. 
Bajki dziewczynki oglądają tylko w oryginalnej wersji, więc przyjemne z pożytecznym :)


W czasie podróży dbamy o to, by jazda przeplatana była odpoczynkiem. Małe dzieci nie mają poczucia czasu, więc wystarczy chwila, by pobiegały, pobawiły się i kontynuowały podróż. Jeżeli jest taka możliwość, zatrzymujemy się w miejscach, gdzie są place zabaw (np. na parkingach lub na zwykłych osiedlach jeżeli jedziemy przez jakąś miejscowość a nie autostradą)
 Mam nadzieję, że przydadzą Wam się nasze doświadczenia, jednakże każde dziecko jest inne, warto więc próbować różnych rzeczy i wypracować sobie swoje metody. 


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Mission Impossible






Próbowaliście kiedyś wsadzić choć jednego kwiatka przy dzieciach? No cóż, mnie się to udało, ale zajęło mi to kilka godzin i skończyło się bólem nóg - chyba z ilości przebytych kilometrów.

"Mamusia, będę ci pomagać", oznajmiła E., gdy tylko zobaczyła mnie niosącą doniczki i targającą ziemię.
Młodsza oczywiście też przybiegła i zdecydowanie pokazała na siebie, kilka razy wymawiając swoje imię, by dać mi do zrozumienia, że ona też będzie pomagać. Mycie donic bardzo im się podobało, rozpryskująca woda przy wysokiej temperaturze powietrza, sprawiła im ogromną frajdę. Donice czyste, można wsadzać pierwszą roślinkę.

"Mamusia, siusiu!", no cóż, podnoszę się z krzesła, ściągamy buty i biegniemy z powrotem do domu. Młodsza oczywiście wyje wniebogłosy, że zostawiłyśmy ją samą. Po chwili wracamy i kiedy myślę, że już możemy zacząć wsadzać truskawki i poziomki, młodsza postanawia poskakać na trampolinie. Jak dać mamie znać, że bardzo jej na tym zależy? A no najgłośniej jak się tylko da. Moje uszy nie wytrzymują długo, więc po chwili zadowolony maluch skacze już szczęśliwy tam gdzie chciał.
No wreszcie. Biorę do ręki pierwszą doniczkę, wsypuję ziemię i co słyszę?
"Mamusia, może ja pójdę poskakać z J.? "Nie ma sprawy", odpowiadam, "Idź, poskakać z J."
E. bardzo dobrze umie sama wejść na trampolinę, ale oczywiście tym razem koniecznie chciała, żebym to ja ją wsadziła. Podnoszę się więc kolejny raz ze stołeczka głośno wzdychając, choć na męża nie mogę liczyć, bo on zajmuje się równie ciekawym zadaniem a mianowicie zakładaniem siatki na krety... 



No cóż, wsadzam E. do siostry i mam nadzieję na choć 5 minut wolnego. Wreszcie udaje mi się wkopać jedną poziomkę! Jeszcze tylko 5 pozostałych, 9 truskawek, różyczka, 2 małe goździki... O matko! Kiedy ja to wszystko skończę! Wprawdzie z trampoliny dochodzą mnie na razie śmiechy, ale ja wiem co to znaczy. Za chwilę któraś będzie płakać. Gdy widzę, że przytulają się leżąc na sobie, wiem, że mam mało czasu. Biorę szybko do ręki kolejną poziomkę, ale niestety. Muszę interweniować. "Mamusia, zobacz jaką J. ma fryzurę"! Naelektryzowane włosy sprawiły, że dziewczyny wyglądały jak strachy. Do tego wyznały sobie miłość zbyt mocno, bo młodsza siedzi i płacze. Ściągam obie na ziemię, zakładamy buty i gdy już myślę, że wrócę do swojego zadania słyszę:
"Mamusia, kupa!" No nie, jeszcze tego mi w tym momencie potrzeba. Znów biegniemy do domu, J. tym razem bez problemu zostaje z tatusiem. Pomaga mu kopać ziemię swoją łopatką i wrzuca na jedną z dziecięcych  taczek, które wczoraj dla nich zakupiłam. Kiedy wracamy z E. na dwór, ona też postanawia pomóc tatusiowi. Uff. Mam chwilę, więc wracam do wkopywania moich roślinek. Jedna, druga, trzecia.... chyba mi się poszczęściło. "Gdzie mogę dosypać?" pyta nagle E. i kątem oka widzę, że przyniosła na łopacie ziemię. Pokazuję jej gdzie jeszcze brakuje mi ziemi i tym sposobem udaje się wkopać kolejną poziomkę. Już niedługo może uda się przejść do drugiego zadania, czyli do truskawek.
E. odchodzi i wraca z taśmą do mierzenia. "Mamusia, mogę cię pomierzyć?" "Możesz", odpowiadam zrezygnowana, ale nie jest tak źle. Wymierzona jestem od stóp do głów, przy tym udaje mi się wkopać kilka truskawek.




Pod wieczór brakło mi już ziemi i niestety pelargonie nie zostały wsadzone, ale reszta roślinek znalazła się tam, gdzie powinna. W międzyczasie chodziłyśmy jeszcze dwa razy na siusiu, 3 razy na trampolinę, by po 2 minutach znów z niej schodzić i biegłam do J. by zabrać jej butelkę z otwartym Redds'em, która najwyraźniej ją zainteresowała i już miała ją w ręce.

Wynik trudnej misji - pozytywny!

piątek, 23 czerwca 2017

Córeczka Tatusia


Ci, którzy czytali moje poprzednie posty wiedzą, że moi rodzice również zmagali się z problemem niepłodności. Można powiedzieć, że poszczęściło im się (mam na myśli, że w ogóle udało im się mieć dziecko, a nie że akurat mieli mnie ;) i po 9 latach trudnych oczekiwań urodziła się córeczka. Podobno mój tata był wtedy w pracy na drugiej zmianie i gdy do niego zadzwoniono z tą informacją, zalał z wrażenia kawę zimną wodą :))

To były trudne czasy. Gdy miałam kilka lat, ukochany tatuś musiał wyjechać do pracy. Widywaliśmy się rzadko, a brak dostępu do takich luksusów jak telefon, email, Skype itp. sprawiały, że moja tęsknota za nim była duża. Za to pisał do mnie listy, które przetrwały do dnia dzisiejszego. 

Mimo, że tatuś zawsze nazywał mnie Księżniczką, wcale nią nie byłam. Dzięki niemu znałam się na markach samochodów, nauczyłam się kochać sport i wiele innych teoretycznie typowo męskich rzeczy.

Kiedy byłam mała, to właśnie on zabrał mnie do kina na Gwiezdne Wojny, do których do tej pory mam wielki sentyment. To były te czasy, kiedy to nie było Multikina. Przed budynkiem natomiast wystawiane były szklane gabloty z przyczepionymi zdjęciami z kadr filmu. Pamiętam jak staliśmy jeszcze przez jakiś czas po zakończeniu seansu i wspominaliśmy różne sceny.

I taki sam jest do swoich wnuczek. Ciepły, troskliwy, opiekuńczy, choć nie raz zbyt dobry co skutkuje tym, że dzieci zamiast spać śmieją się wraz z nim i wygłupiają. Dla nich jest najukochańszym dziadziusiem, gdy mama pokrzyczy, skrywają się w jego ramionach. I choć nie raz i ode mnie mu się oberwie, że je rozpuszcza to wiem, że kocha je najbardziej na świecie.

Całe życie powtarzałam, że życzyłabym sobie w przyszłości takiego męża, jakiego miałam ojca. I tak się stało, choć mąż ma trochę inny charakter. Ma jednak najważniejsze cechy, cechy, które dla mnie liczą się najbardziej. Mój ojciec i mój mąż byli ze mną zawsze kiedy ich potrzebowałam. Ja i moje dzieci nie mogłyśmy lepiej trafić.

Co by nie mówić, coś jest w przekonaniu, że relacje jakie ma córka ze swoim ojcem, wpływają potem na to jaką jest żoną i matką.



Kiedy chodziłam do przedszkola, moja tęsknota za ojcem pracującym z dala od domu sięgnęła zenitu. Gdy moja mama powiedziała mu, jak bardzo przeżywam to, że po mnie nigdy nie przychodzi tatuś tak jak po inne dzieci, rzucił pracę i wrócił do domu. Zawsze będę mu wdzięczna za to, że nigdy nic nie było dla niego ważniejsze. Kochał mnie,kochał moją mamę,kocha moje dzieci i pewnie męża trochę też ;)

"Najlepszy prezent jaki ojciec może dać swojemu dziecku to kochać jego matkę"


Nie wiem jak kiedyś nauczę się żyć bez Ciebie...

Wszystkim tatusiom w dniu ich święta życzę radości z każdej chwili spędzonej ze swoimi dziećmi.  <3


czwartek, 22 czerwca 2017

Człowieku! Szanuj życie mojej rodziny!

Pamiętacie mój post pt. "Kiedy w domu rządzi dziecko?" Dziś miałam okazję przekonać się (niestety) na własnej skórze, jak ważne jest bezpieczeństwo w czasie jazdy. 

Wracałam dziś ze żłobka z dziewczynkami i moją mamą. Droga do niego w pewnym momencie jest kręta, dlatego też przewidziano tam ograniczenie prędkości do 30km/h. Jak możecie się domyślić, oczywiście nikt się do niego nie stosuje. I nie byłoby to aż tak niebezpieczne, gdyby nie fakt, że niektórzy kierowcy, ułatwiając sobie skręt, jadą środkiem drogi. 
Najgorsze jest to, że jest ona dość wąska i w normalnych warunkach ciężko jest się wyminąć, a przy wyżej opisanej sytuacji, nie ma po prostu za bardzo gdzie uciekać.

Przed samym zakrętem zupełnie nie widać samochodu nadjeżdżającego z naprzeciwka. Dziś w ostatniej chwili, wyjeżdżając zza feralnego zakrętu, zobaczyłam samochód dostawczy jadący wprost na nas! Miałam jakieś pół sekundy na reakcję i do wyboru, albo wjechać wprost na ten samochód, albo odbić w prawo i wjechać centralnie w krzaki na rowie, z których kątem oka zauważyłam wystawała duża gałąź. Wybrałam oczywiście tę drugą opcję. Uniknęłyśmy zderzenia z samochodem, ale niestety gałąź jak okazało się po chwili przejechała wzdłuż całego samochodu, uszkadzając lakier...

Postanowiłyśmy z moją mamą złapać winowajcę, domyślając się, że samochód ten jechał do pobliskiej hurtowni napojów. Miałyśmy szczęście. Sprawca właśnie parkował przed firmą. 
W takich sytuacjach kierują mną emocje, choć bardzo staram się trzymać nerwy na wodzy i mówić normalnie. Kierowcą samochodu dostawczego okazał się młody, 23-letni człowiek, który widząc wzburzoną matkę dwójki dzieci oraz ich babcię, sam się wystraszył i szybko przyznał do winy. Zrobiło mu się wstyd i głupio. Tłumaczył się, że nie jechał przecież bardzo szybko, bo 50km/h, ale cóż to jest za argument wobec mojego, że jechał środkiem drogi i zmusił nas do zjechania do rowu.

Z opuszczoną głową, młody człowiek słuchał, gdy powiedziałam mu, że nie liczy się dla mnie to auto. Nie jest ono ani nowe, ani prestiżowe  takie jak Mercedes czy Porsche, które niektórzy traktują na równi z człowiekiem. Najważniejsze jest dla mnie życie moje, mojej mamy i moich dzieci. 

Według tego człowieka cóż to jest 50 km/h. Dla mnie dużo. Testy zderzeniowe pokazują z jaką siłą uderza samochód w drugi jadący z naprzeciwka przy zaledwie takiej prędkości. Wielkość tamtego pojazdu też nie jest bez znaczenia. Przy nim, my byłyśmy małą mróweczką. Wystarczy, gdyby nas zahaczył. Za mną siedziała młodsza córka. Nawet nie chcę myśleć, czym mogłoby się skończyć nawet najmniejsze uderzenie.

Opowiadam Wam tę historię z dwóch powodów. Oczywiście chcę się wyżalić, emocje już dawno opadły, ale przede wszystkim ostrzec innych, którzy nadal mają podejście do jazdy jak moja koleżanka opisana TUTAJ 
A co, gdyby faktycznie doszło do stłuczki/ wypadku i dziecko nie byłoby zapięte? Aż strach pomyśleć.

W emocjach powiedziałam temu młodemu człowiekowi, że tacy jak on nigdy się nie nauczą, że są zagrożeniem dla drugiego człowieka. Jeżdżą bez wyobraźni, widząc na przeciwko siebie samochód a nie drugiego człowieka w nim jadącego. Kiedy ten człowiek tak stał i mnie słuchał, widziałam, że coś do niego dotarło. Zapytał mnie, dlaczego sądzę, że się nie zmieni. 
Mam nadzieję, że się mylę. Że jednak się zmieni. W końcu nie miałam żadnego dowodu, że to on (może jednak kamerki samochodowe nie są takim głupim pomysłem) a jednak się przyznał i potem przeprosił. Kiedyś być może będzie mieć swoje dzieci, może przypomni sobie tę sytuację i będzie wiedział jak czułam się dziś ja. 

wtorek, 20 czerwca 2017

Ulubione wierszyki 2 i 3-latka



No cóż, miały być szybkie zakupy w Lidlu, ale moją uwagę przyciągnęły pewne książeczki :) Może market nie jest dla niektórych dobrym miejscem na kupowanie książek, ale te akurat wydały mi się wartościowe. Seria ta wydawnictwa Zielona Sowa, zawiera wierszyki dla 2,3,4,5 latków.


Znane i lubiane wierszyki z których część ma również swoją wersję śpiewaną.


Do tego kolorowe, przyjemne obrazki.





Można wykorzystać w zabawie z maluchem. Dzięki książeczce przypomniała mi się "Misia Bela", którą znam z przedszkola! Nigdy nie wiedziałam o czym jest ten wierszyk... ale go lubiłam i pokazywałam wymachując rączkami :)


Uwielbiałam "Rzepkę" :)





Nie wiem, czy Wam też się spodobają te książeczki, ale jeśli tak to biegnijcie do Lidla, jeszcze są ;)  cena niecałe 8zł. Możecie też poczekać na komentarz mojej zaprzyjaźnionej Mamy Tygryska - ona jest specjalistką w tej kwestii :)

Kochane siostrzyczki

Nigdy nie miałam siostry, ale gdzieś tam w głowie miałam zawsze jej wyobrażenie. To czego uczę moje córki, oparte jest na moim instynkcie, obserwacjach innych ludzi i zwykłej ludzkiej tęsknocie za bratnią duszą z którą łączyłyby mnie również więzy krwi.





Wychowanie dwóch dziewczynek w podobnym wieku nie jest łatwe. Nie będę ukrywać, że niejednokrotnie gotuję się w środku powtarzając po raz setny jedną i tą samą rzecz, a one nakręcając się nawzajem bawią się w najlepsze. 

Kiedyś w przyszłości dziewczynki będą miały tylko siebie,muszą być dla siebie najważniejsze, muszą trzymać się razem i wiedzieć, że gdy wszystko zawiedzie, na siebie mogą zawsze liczyć.

No, ale od początku :)

Kiedy urodziła się J., E. sama była jeszcze malutka. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że właśnie zmieniło się całe jej życie - już nigdy nie będzie musiała samotnie przechodzić przez wszystko, co na nią czeka. Czasem mam wrażenie, że J. urodziła się po to, by pomóc swojej wrażliwej siostrze pogodzić się z przeszłością. 

Prawdziwe jest przekonanie, że jak w życiu nic się nie dzieje i wieje nudą, to w każdym aspekcie życia, kiedy zaś zaczyna się coś dziać, to nagle wszystko zwala się na głowę.

W którymś momencie postanowiliśmy wyprowadzić się z miasta. Nasz dom projektowaliśmy sami, szyty był na miarę, przystosowany do mojej pracy i przygotowany na przyjęcie dziecka. Skończyliśmy nasz projekt i za dwa tygodnie zadzwonił telefon, że urodziło nam się dziecko. Ci, którzy czytają bloga od początku wiedzą, że byliśmy wtedy na wakacjach. Prędko wracaliśmy, by poznać naszą ukochaną E. 
E.rosła wraz z naszym domem. Wspólnie wypisywaliśmy tablicę z informacją o budowie, chodziliśmy po fundamentach, chodziliśmy po piętrze, kiedy nie było jeszcze ścian i dachu. Nigdy nie przypuszczaliśmy, że będziemy się wprowadzać z dwójką dzieci. 

Kiedy zadzwonił ten drugi telefon, byliśmy w trakcie wykończeń wewnątrz budynku i szykowaliśmy się do kolejnych wakacji. W dniu telefonu E. miała bardzo dobry humor, tak jakby wiedziała, że coś ważnego właśnie miało miejsce. Po powrocie z wakacji sytuacja przedstawiała się następująco: dwójka maluchów, mieszkanie, które trzeba w miarę szybko opuścić, niewykończony dom i kompletny zamęt w głowie. 

Na początku zamieszkałyśmy z moimi rodzicami, mąż po pracy jechał na budowę i pracował ile mógł, by jak najszybciej móc się wprowadzić. E. udawała, że siostry nie ma. Nadal czuła się jak jedynaczka, zwłaszcza, że J. była niemowlęciem niewymagającym - spała, jadła, bawiła się. Czasem zdarzało się, że grzechotała jej, gdy ta płakała, albo karmiła butelką (choć najchętniej to sama zjadłaby jej mleko;) Jakież wielkie było jej zdziwienie, kiedy to mąż przyjechał po nas i J. pojechała z nami. Tak jakby była przez cały czas przekonana, że J. zostanie u dziadków. 

Mijały miesiące i E. coraz bardziej przyzwyczajała się do siostry. Jeszcze za wcześnie, by razem się bawiły, ale w miarę możliwości J. towarzyszyła nam w każdej czynności. 
Nie wiem, czy to zasługa naszego wychowania, czy też E. ma to w sobie, ale w pewnym momencie zaczęła widzieć wszędzie naszą rodzinę. Duży kamień to tata, mniejszy mama, mały E. a najmniejszy to J. Tak jest do tej pory. Nawet wtedy gdy widzi jakiegoś małego robaczka, stwierdza, że to na pewno J. 

Jestem dumna z mojej małej dziewczynki, że potrafi się dzielić z siostrą mimo jej młodego wieku. Kiedy dostaje ciasteczko, zawsze prosi o drugie dla siostry. Nigdy nie zdarzyło się, by zjadła po drodze dwa. Zawsze jej zanosi. Wraca potem do mnie i mówi "Podzieliłam się" 
 I wzajemnie. Gdy młodszej wydam polecenie, że ma zanieść coś siostrze, zawsze to robi. 
Patrzę na nie z podziwem, że tak malutkie dziewczynki potrafią myśleć o sobie. Kiedy byliśmy teraz na wakacjach, miała miejsce taka sytuacja na basenie:


~ Mamusia, kup mi lodzika, mówi do mnie E.~Nie mam kochanie pieniążków, odpowiadam zgodnie z prawdą.~To chociaż wafelka.~Wafelki też są płatne a ja nie mam pieniążków. A ty masz pieniążki?~Mam.~To idź i kup wafelki. 
Odwróciłam się w kierunku basenu, gdzie pluskała się J.
Po chwili, ku mojemu zdumieniu, maszeruje E. z dwoma wafelkami i uśmiechnięta mówi "Mam wafelka dla siebie i dla J."
Do tej pory zachodzę w głowę jak ona to zrobiła, jak poprosiła panią, która nie mówi w jej języku o 2 wafelki.

Takich sytuacji jest wiele, choć są i takie w których lecą iskry, szczególnie jeśli chodzi o zabawki. I tak uważam, że nie jest tak źle i w sytuacjach takich jak np. taka w której J. ukradkiem zabiera wózeczek siostrze i ucieka co sił w nogach a tamta ją goni, albo taka w której młodsza ma tylko liznąć loda a zabiera całego i znów ucieka przy głośnym sprzeciwie siostry, uśmiecham się delikatnie pod nosem.

Dziewczynki stają się ostatnio jak bliźniaczki. Starsza jest bezwzględnie autorytetem dla młodszej, oczywiście nie tylko z tym co dobre ;) Gdy wczoraj E. próbowała wchodzić na drzewo, młodsza oczywiście poszła za nią. Od jakiegoś czasu domaga się takich samych praw co starsza siostra.

Mimo, że czasem dziewczynki walczą ze sobą, szczególnie o naszą uwagę, by mieć nas na wyłączność, bardzo się kochają. Skąd to wiem?

  • mówią sobie, że się kochają :)
  • dzielą się rzeczami, jedzeniem, zabawkami (choć tu czasem jeszcze bywają zgrzyty)
  • przytulają się
  • myślą o sobie, tęsknią (np.kiedy nie ma jednej, druga o nią pyta, przynoszą sobie buty, zabawki, jedzenie)
  • "wałkują" się po kanapie śmiejąc się 
  • śpiewają piosenki (młodsza jeszcze nie do końca umie, ale robi to po swojemu)
  • trzymają się za rączki i idą razem np. do sali w żłobku (starsza odprowadza młodszą)
  • pocieszają się (gdy jedna płacze druga się smuci, przynosi przytulankę) 
  • szaleją razem w wodzie, widać, że są szczęśliwe 
  • skarżą na siebie :)
  • oglądają razem bajki przytulając się
  • starsza "czyta" książeczki młodszej
To tylko kilka przykładów na to, że dziewczynki tworzą udaną parę :)
Cudowne są też ich dialogi. Takie małe dwa szkraby, jedna dopiero zaczyna mówić, choć rozumie wszystko. Kolejna sytuacja, tym razem z dnia dzisiejszego:
(Dziewczynki idą spać na górę)
~Ja będę pierwsza!, krzyczy E.
~Nie, nie! Nie E. ! Pokazując ostentacyjnie na siebie J. krzyczy swoje imię. 

Kiedy dowiedzieliśmy się o drugim dziecku, mieliśmy jeszcze możliwość przerobić pokój dziecięcy tak by każda miała swój. Nie zrobiliśmy tego. Chcemy, by były zżyte, a nie żeby każda z nich zamknęła się w swoim świecie i za zamkniętymi drzwiami prowadziła osobne życie. A zresztą, skoro ja mogę dzielić sypialnię z mężem, to i one mogą się jakoś dogadać ;) Dom jest na tyle duży, że jak kiedyś nastąpią "ciche dni" to jest gdzie znaleźć swoją samotnię. Muszą nauczyć się żyć ze sobą, pomagać, dzielić radości i smutki a w swoich wizjach mam też takie momenty jak rzucanie poduszkami, przywilej kochanych siostrzyczek :)

Niedługo dziewczynki będą na tyle duże, by móc zrozumieć co to jest adopcja. Mam nadzieję, że będzie to początek ich wspólnej drogi przez życie, drogi, którą pokonają razem. 

piątek, 16 czerwca 2017

Czy jesteś gotowy zostać rodzicem adopcyjnym?

Jedno z pierwszych pytań jakie nam zadano w ośrodku, było Dlaczego chcecie adoptować dziecko? Pytanie chciałoby się powiedzieć banalne, odpowiedź powinna więc być oczywista. 
Jak się okazuje jednak, są różne motywy decyzji o adopcji. 

1. Dotychczasowe leczenie niepłodności nie przynosi efektów - chcę zostać rodzicem a nie mogę mieć swoich biologicznych dzieci. W pewnym momencie adopcja staje się alternatywną opcją.

2. Mam już dziecko biologiczne, ale pragnę mieć drugie, niekoniecznie rodząc je. 

3. Jest mi bliski los porzuconych dzieci i czuję potrzebę pomocy choć jednemu z nich. Nie staram się o dzieci biologiczne.

4. Jestem w trakcie leczenia, ale chciałabym jednocześnie zabezpieczyć się na ewentualność niepowodzenia mając na uwadze długie, żmudne procedury adopcyjne.

5. Jest mi obojętne, czy będę mieć dzieci biologiczne, czy adoptowane. Najważniejsze jest dziecko.

Mając za sobą lata leczenia, morze wylanych łez, jesteśmy psychicznie tak wykończeni, że pomysł adopcji dziecka może doprowadzić do nadmiernej euforii, która potrafi przyćmić wiele ważnych aspektów, związanych z przysposobieniem dziecka.
Procedury adopcyjne są długie, ale różnica między staraniem o dziecko biologiczne jest taka, że jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, dziecko prędzej czy później mieć będziemy. To dodaje nam skrzydeł. Po ochłonięciu z pierwszej euforii związanej z samą decyzją, powinniśmy jednak przemyśleć wiele rzeczy.




1. Czym tak naprawdę jest dla ciebie adopcja?

Obojętnie, czy adoptujemy niemowlę, czy starszaka, jest to dziecko, które zostało porzucone przez swoich rodziców. To my mamy otworzyć swoje serce, swój dom bądź co bądź dla obcego człowieka. To my mamy być dla niego a nie odwrotnie. Dziecko nie przyjdzie do nas, by zaspokoić nasze wyobrażenia o nim i spełnić nasze oczekiwania związane z posiadaniem potomstwa. 

2. Jak otwarty jesteś na jawność adopcji?

Jeżeli adoptujesz niemowlę, dziecko nie będzie pamiętało innego życia jak to z tobą. Niemniej jednak przyjdzie taki moment, w którym powinniśmy ujawnić mu prawdę o jego pochodzeniu, bo ma do tego prawo. Dla wielu rodziców adopcyjnych jest to jednak trudna rozmowa i niejednokrotnie odkładają ją na czas nieokreślony. Im dłużej jednak czekają, tym trudniej ona przychodzi.  Czy jesteś gotów podjąć się tego wyzwania?

Rodzice starszych dzieci nie mają tego problemu. One doskonale pamiętają swoją matkę czy ojca biologicznego. Tylko tu pojawia się jeszcze jeden problem. Podczas gdy o rodzicach niemowlęcia tak naprawdę niewiele wiemy, tak starsze dzieci często przeszły przez traumę i piekło przebywania z nimi. Trzeba przygotować się na jeszcze trudniejsze rozmowy z nimi niż samo poinformowanie o adopcji (jak dzieje się to w przypadku niemowląt) Piętno tamtego życia będzie się ciągnąć za nimi do samego końca i tak jak napisałam kiedyś, rolą adopcyjnych rodziców jest to, by te doświadczenia kiedyś w przyszłości stały się tylko złym wspomnieniem, pogrzebanym gdzieś głęboko. 

Pomimo, iż niemowlęta nie doświadczyły życia ze swoimi rodzicami biologicznymi, to pamiętajmy, iż przez 9 miesięcy ich matki były w niechcianej ciąży, co na pewno nie jest bez znaczenia.

3. Czy jesteś przygotowany na problemy zdrowotne?

Dzieci chorują zawsze. Biologiczne i adopcyjne. Bez różnicy. Każde dziecko może zostać dotknięte kalectwem czy też ciężką chorobą. Ale czy jesteś przygotowany na takie choroby jak FAS? Matka biologiczna może twierdzić, że nie piła w ciąży, co po części można sprawdzić przy porodzie, ale do końca nigdy nie będziemy znali prawdy. Na ile można takiej matce ufać? Na ile przekazała nam istotne informacje dotyczące chorób dziedzicznych? 

Adopcja w Polsce jest wiążąca. W momencie uzyskania ostatecznych dokumentów, dziecko otrzymuje nowy pesel i nowe nazwisko. Nowe życie. Jest twoim dzieckiem, na tych samych prawach, tak jak dziecko biologiczne. Czy w przypadku choroby będziesz w stanie zaopiekować się nim w ten sam sposób co dzieckiem biologicznym?
Gdy dziecko jest śliczne, mądre, zdrowe nie myślimy o nim w kategoriach nie moje dziecko, ale czy na pewno będziesz myśleć tak samo, gdy dotknie je ciężka choroba?

Rodzice starszych dzieci o tyle mają lepiej, że widać, czy ujawniły się pewne choroby, czy nie. Tu jednak stale będą nam towarzyszyć problemy natury psychologicznej. Lęki, rozstrojenie, nadpobudliwość, nadmierna nerwowość, trauma itd. mogą na długi czas być stałym punktem każdego dnia. Czy będę w stanie pomóc temu dziecku, a jeśli nie to czy poszukam odpowiedniej fachowej pomocy i przejdę terapię razem z nim? 
Czy jestem na tyle silny, by wspierać dziecko, które ma za sobą ciężkie przeżycia, czy będę obarczać je dodatkowymi problemami np. swoimi. 

4. Jak wyobrażasz sobie dziecko?

Niektórzy przyszli rodzice (nie tylko adopcyjni) mają wyidealizowany obraz dziecka. Dotyczy to nie tylko wyglądu zewnętrznego, ale również jego cech osobowościowych. Oczywiście każdy chce, żeby jego potomek był piękny/przystojny i z drugiej strony inteligentny. Ale spójrzmy prawdzie w oczy. Ile rocznie rodzi się Einsteinów? Każde dziecko ma potencjał, naszą rolą jest zadbać o to, by się nie zmarnował (coś na wzór Przypowieści o talentach) 
Jakiekolwiek nie będzie nasze dziecko, to jest ono nasze. Powinno być zawsze najpiękniejsze i najmądrzejsze. Jest wiele przykładów dzieci upośledzonych, które przy ogromnej pracy i zaangażowaniu rodziców przekracza granice i osiąga cuda. 

5. Kontakt z dzieckiem/odrzucenie

Każdy czeka na ten moment, kiedy wreszcie będzie mógł wziąć w ramiona i przytulić swoje dziecko. Ale czy jesteś przygotowany na odrzucenie? Niemowlę może nie czuć się swobodnie w twoim towarzystwie, może płakać, być nerwowe. 
Starsze dziecko może zareagować różnie. Może być szczęśliwe i czuć się wybrane, że wreszcie ma mamę i tatę i to na wyłączność, albo wręcz przeciwnie - będzie zachowywać dystans. Czy będziesz w stanie pomóc dziecku, by się otworzyło, traktowało cię jak rodzica? Czy będziesz w stanie przełknąć gorzką pigułkę, gdy kiedyś usłyszysz w złości "Nie jesteś moją mamą/tatą"?
U dzieci może wystąpić np. choroba sieroca czy syndrom odrzucenia. Czy wiesz jak poradzić sobie z tymi problemami? Czy one cię nie przerosną? 

6. Czy jesteś gotowy otworzyć się przed innymi w trakcie szkolenia?

Grupy małżeństw na szkoleniach nie są duże. Przychodzą tam zarówno prawnicy, lekarze, nauczyciele jak i przedstawiciele zawodów takich jak rolnik, sprzedawca, elektryk. Czy będziesz w stanie przełamać się i otworzyć przed ludźmi zupełnie obcymi, różnymi osobowościowo? Większość ludzi ma z tym problem. 
I inne kwestia. Czy jesteś gotów poznać samego siebie? Wypełniając testy psychologiczne, rozmawiając z innymi kandydatami, odpowiadając na pytania pań z ośrodka, możesz dowiedzieć się o sobie wiele ciekawych rzeczy, o których wcześniej nie miałeś pojęcia. Kurs i adopcja sama w sobie bardzo zmienia człowieka. Czy chcesz tego? Czy jesteś gotów stać się innym człowiekiem inaczej patrzącym na świat czy uważasz, że pojawienie się dziecka adoptowanego nic nie powinno zmienić w twojej rodzinie?


7. Czy twoje małżeństwo dobrze funkcjonuje?

Dziecko będzie miało idealne warunki rozwoju tylko wtedy, gdy wasze małżeństwo jest zgodne, kochacie się i przede wszystkim decyzja o adopcji była wspólna. Nie raz zdarza się, że jedno z małżonków wywiera na drugiego presję i godzi się na adopcję wbrew swoim przekonaniom. Zła motywacja może mieć tragiczne skutki. 
Z adoptowanym dzieckiem będzie trzeba dużo i otwarcie rozmawiać. Jak wygląda twój dialog ze współmałżonkiem? Jeżeli nie potrafisz rozmawiać ze swoim współmałżonkiem, jest wielce prawdopodobne, że z dzieckiem też nie będziesz umieć. 
Zanim przystąpisz do procedury, może warto popracować nad swoim związkiem, zmienić coś, by dobrze przygotować się na przyjście dziecka. Gdy ono się już pojawi, będzie za późno. 

8. Biurokracja i żmudne procedury

Każda adopcja niesie za sobą długą procedurę i mnóstwo papierologii. Po pierwszej euforii dowiadujemy się, że na kurs przyjdzie nam zaczekać. Sam kurs mija szybko, ale gdy dostaniecie kwalifikację, trzeba zdawać sobie sprawę, że TEN telefon nie dzwoni od razu. Podczas, gdy w pierwszych tygodniach, napełnieni energią przygotowujemy się na przyjście dziecka, tak gdy mija rok, stajemy się już niecierpliwi. Z jednej strony, tak jak wspomniałam, wiemy, że na końcu tej drogi czeka na nas dziecko, z drugiej zaś, z każdym dniem oczekiwanie przypomina wcześniejsze starania o dziecko, gdzie czujemy jak ucieka nam czas i nic się nie dzieje.

W procesie adopcji czeka nas wiele etapów począwszy od zbierania odpowiednich dokumentów a na sprawie o przysposobienie skończywszy. Należy być przygotowanym psychicznie na przejście każdego z nich.

9. Wsparcie

Najważniejsi dla dziecka jesteśmy my, rodzice, ale również ważną rolę w życiu dziecka pełnią np. dziadkowie. Czy po adopcji będziesz mieć wsparcie w rodzinie, przyjaciołach, pracodawcy? To bardzo ważne, żeby całe środowisko było dziecku przyjazne, nie pogłębiając jego problemów. 


Rodzicielstwo to trudna rola. Tak naprawdę twierdzę, że każdy powinien przejść kurs przygotowania do niego - zarówno rodzice adopcyjni jak i biologiczni. Niektórzy myśląc o posiadaniu dziecka mają na myśli zabawę, ładne stroje, przynależność do jakieś grupy np. znajomych z dziećmi. Owoce takiego myślenia spotykam na co dzień w swojej pracy.

Jeżeli więc podejmiecie decyzję o adopcji to niech ona będzie naprawdę przemyślana. A wtedy stworzycie piękną, szczęśliwą rodzinę, której wam życzę :)

czwartek, 15 czerwca 2017

Nasza odlotowa wyprawa rowerowa!

Dziś mieliśmy przyjemność wypróbować zakupioną na wyjazd przyczepkę rowerową, o której wspominałam Wam w relacji z wakacji. Do tej pory używaliśmy jej tylko jako pewnego rodzaju wózka dla dziewczyn.



Powiem Wam, że ten wynalazek jest super! Polecam nie tylko dla dwójki dzieci, ale również dla jednego malucha. 




Jest bezpieczna, dziecko siedzi stabilnie, zapięte jest pasami. Pod ręką jest miejsce na jakieś przekąski, czy też picie, a z tyłu kieszonka, w którą można włożyć np.jakąś bluzę, gdyby zrobiło się zimno, chusteczki, nasze rzeczy.





Mąż stwierdził, że przyczepkę prowadzi się dość łatwo i sprawnie. Możecie wierzyć lub nie, ale jest on osobą prawdomówną, więc można mu zaufać ;) Oczywiście trochę kondycji trzeba mieć, w końcu ciągnie się przyczepkę ważącą ileś tam + dwójkę dzieci.



Jeżeli wolicie siodełko dla dziecka, polecam Wam firmę Hamax. Porządnie wykonane, bezpieczne dla dziecka foteliki, przygotowane z myślą o różnych potrzebach. 



My wybraliśmy takie, które ma regulowane oparcie. Dzięki temu dziecko spokojnie może spać, a my cieszymy się urokami wyprawy :) Jeśli dziecko siedzi już w miarę stabilnie, ale jeszcze nie chodzi, nie przejmujcie się. Fotelik jest przystosowany również dla  takich maluszków. 

Podsumowując, wycieczka się udała. Nie zabrakło również wizyty w sklepiku i zakupu małego lodzika :) (koniecznie truskawkowego!)



środa, 14 czerwca 2017

Kiedy w domu rządzi dziecko

Do napisania tego posta zainspirowałam mnie rozmowa z moją koleżanką, matką dwójki dzieci. Sama nie wiem, czy ja przesadzam (choć do takich wydaje mi się nie należę), czy to świat stanął już na głowie. Może to problem tkwi we mnie, może to ja jestem zbyt surowa i wymagająca....
No, ale od początku. 

Znajomi wybierają się teraz samochodem na wakacje.  Od słowa do słowa przeszłyśmy do planowania podróży, różnych możliwości związanych z noclegiem, czy też jazdą non-stop. I w pewnym momencie stanęłam jak wryta, gdy usłyszałam, że ich 3 letni synek nie potrafi usiedzieć ani chwili i tak się wyrywa z fotelika,  że fotelik przypięty pasami aż "fruwa" z boku na bok. Co gorsza, dziecko jest przypięte tylko pasami samochodowymi (wraz z fotelikiem)czyli praktycznie nie jest przypięte wcale!
Zaniemówiłam. Jedyny argument jaki miała koleżanka to taki, że inaczej "On ryczy i to jest nie wytrzymania" No oczywiście, że ryczy. Doskonale wie jak osiągnąć swój cel.

Kompletnie nie rozumiem, jak inteligentna, wykształcona osoba może być tak nieodpowiedzialna! Najgorzej, że zdaje sobie sprawę, że robi źle, ale tłumaczy się tym, że "Inaczej się z nim nie da" a na moje "Niech sobie ryczy" odpowiada "To ja wtedy zwariuję"

U nas nigdy nie było dyskusji. Zapinaliśmy się zawsze i to było dla dzieci normalne. Powiem więcej, często teraz starsza sama nam przypomina o zapinaniu pasów. Od jakiegoś czasu samodzielnie wchodzi na fotelik, wkłada rączki i w pasy i czeka na zapięcie. Myślę, że u mojej koleżanki gdzieś w przeszłości zabrakło zwykłego wytłumaczenia dziecku po co to wszystko i potem konsekwencji. Nasz fotelik (Maxi Cosi) ma specjalna bazę, na której stabilnie stoi i nie potrzeba spinać go pasami. Na pewno dobra alternatywa dla ruchliwych dzieciaków takim jak syn mojej koleżanki.

Ja poczekałabym spokojnie aż dziecko się uspokoi, nie ważne ile czasu by to zajęło. Na pewno nie pojechałabym w podróż 1000km z dzieckiem bez pasów. W domu niech sobie rządzi jeśli to nie przeszkadza rodzicom, ale gdy w grę wchodzi bezpieczeństwo dziecka, jestem nieugięta. I tyle. Może przesadzam, ale trudno.

Leć leć wysoko!


Wczorajszy silny wiatr przypomniał mi, że mamy w domu zapomnianego latawca!



Dziewczyny lepiej sobie radziły chyba niż ja, kiedy to prawie wylądował na dachu domu...



Udało mi się też wreszcie wsadzić mojego chorwackiego pomidorka, którego przywiozłam z wakacji  :) Biedak marniał trochę w swojej oryginalnej doniczce. Ma już coraz więcej zielonych owoców (przywoziliśmy go tylko z kwiatami) Muszę tylko pilnować dziewczynek, bo lubią je "szturchać" Starsza mówi, że nie rusza pomidorków tylko je poprawia. eh



Dobrze się ma również przywiezione drzewko oliwki :) Ciekawa jestem jak odnajdzie się w naszym klimacie. 







poniedziałek, 12 czerwca 2017

Historia Kuby, czyli o tym co mówić, żeby dzieci mówiły do nas.

Źródło:Internet
Kiedy E. miała półtora roku, odwiedziłyśmy moją dawno niewidzianą znajomą, która wtedy miała synka dokładnie o rok starszego. Zawitałyśmy w jej rodzinnym domu w którym wraz z mamą opiekuje się dzieckiem. Wizyta ta była co najmniej dziwna i tak naprawdę nie wiedziałam do końca jak zareagować. Nie powiem, żebym w tamtym momencie była wielkim ekspertem od dzieci, ale na zdrowy rozum, na każdym kroku mama i babcia popełniały błąd wychowawczy na błędzie.


Już na początku okazało się, że moje półtoraroczne dziecko, mówi więcej niż ten 2.5 latek. Oczywiście prawdą jest to, że każde dziecko rozwija się swoim tempem, może cierpieć na zaburzenia, może nie być gotowe. Jasna sprawa. Ale cały obraz wychowania Kubusia jaki zobaczyłam, sprawia, że śmiem twierdzić, że coś jest nie tak. Złe podejście do nauki mówienia skutkowało tym, że nie potrafił on nawet powiedzieć jak robi krowa,pies,kot itd.
I tu pojawia się pytanie. Nie potrafił czy nie chciał? Jedyne słowa jakie wypowiadało to dziecko to "Nie" (z krzykiem) oraz "Mama"

Na Kubusiu przede wszystkim była cały czas wywierana presja. Ja sama czułam się źle, gdy słyszałam komentarze "No widzisz, dziewczynka młodsza, a wie jak robi pies.", "No czemu nic nie mówisz, taki duży chłopak i żeby nie umiał prostego słowa powiedzieć" Dziecko to, non stop słyszało, że jest inne, gorsze, głupsze, bo przecież wszystkie inne dzieci to to i owo potrafią, a on jeszcze nie.

Kiedy zobaczyłam, że Kubuś ma do dyspozycji swój własny kącik zabaw, gdzie przez cały czas jest włączony telewizor, nie omieszkałam delikatnie wspomnieć znajomej co o tym sądzę. Niestety to jak walka z wiatrakami. Są ludzie tak przekonani o swojej racji, że nie przyjmują do siebie żadnych argumentów.
Wprawdzie w kąciku znajdowało się mnóstwo książeczek, ale jak to stwierdziła znajoma, Kubuś nie bardzo lubi czytać i zbyt długo nie skupi się na książce. Wcale się nie dziwię, skoro ma dyspozycji ogłupiająco przesuwające się obrazy po ekranie. Nie jestem przeciwnikiem bajek, ale na litość Boską nie może telewizor pracować przez cały dzień, a dziecko wgapia się w nic nie warte kreskówki.

Mama Kubusia zwierzyła się, iż chodzi z nim po lekarzach, ćwiczy z logopedą i nie przynosi to żadnego efektu. Kiedy wspomniałam, że według mnie przyczyna jest inna i leży po stronie ich podejścia, obie panie zrobiły wielkie oczy. Oczekiwały raczej konkluzji, że coś jest nie tak z dzieckiem, najlepiej, żeby ktoś przepisał magiczne tabletki po których Kubuś zacznie od razu mówić.

Każde dziecko zaczyna mówić wtedy, kiedy jest do tego gotowe. Zależy to oczywiście od wielu czynników, choćby od cech osobowości, czy też jak dziecko jest przygotowane fizycznie (np. czy odpowiednio ćwiczyło żując pokarmy, czy piło z kubeczka itd), ale zmuszanie dziecka i wywieranie na niego presji ma zupełnie odwrotny skutek. Zresztą jak z każdą rzeczą, której nasze dzieci muszą się nauczyć.
Naszą rolą jest wspomagać dziecko i czekać, aż nastąpi moment, w którym ono samo uzna, że jest czas. Nie zmusimy dziecka, żeby zaczęło chodzić, jeśli nie jest gotowe, siusiać na nocniczek, jeśli ono czuje się dobrze w pieluszce. Przykładów można mnożyć.

Co my robiliśmy?

* Od samego początku mówiliśmy do dziecka. W którymś momencie zaczęło rozumieć i kojarzyć słowo z konkretną rzeczą, zwierzątkiem czy osobą.
* Dużo śpiewaliśmy i słuchaliśmy piosenki (przez cały dzień towarzyszyła nam muzyka)
* Czytaliśmy książeczki, opowiadaliśmy co się dzieje, jak czują się bohaterowie
* Prowadziliśmy dialog z dzieckiem zachęcając je do odpowiedzi. Cierpliwie czekaliśmy aż samo będzie potrafiło na swój sposób wyrazić swoje potrzeby, czyli nie odpowiadaliśmy za dziecko, pozwoliliśmy mu pomyśleć
* Nazywaliśmy świat, czyli przez cały czas opisywaliśmy to co robimy, rozmawiając z dzieckiem jak z dorosłym. Używaliśmy normalnych, dorosłych słów. Nigdy nie zdrabnialiśmy słów ani nie używaliśmy "dziecięcego" języka
* Staraliśmy domyślać się co dziecko chce nam przekazać, tym samym zachęcając je do mówienia np. poprzez słowa takie jak "Aha, chciałabyś bułeczkę tak? " Dziecko z początku potwierdza tak lub nie, potem zaczyna nazywać słowa.
* Poprawialiśmy błędy w sposób "niewidoczny", czyli nie podkreślaliśmy, że dziecko źle mówi, ale powtarzaliśmy słowo w prawidłowy sposób
* szybko nauczyliśmy dzieci korzystać z kubeczka, jeść niemiksowane potrawy, tak by mięśnie zostały prawidłowo rozwinięte
* mówiliśmy, mówiliśmy i jeszcze raz mówiliśmy do dziecka. Na spacerze nie pchaliśmy tylko wózka, a przez cały czas prowadziliśmy monolog, który w pewnym momencie zmienił się w dialog.


Mama i babcia Kubusia szukały medycznej przyczyny tego, że w tym wieku nie potrafił powiedzieć praktycznie nic. Zapomniały jednak o pewnej ważnej rzeczy. Dziecko to być może nie mówiło, ale doskonale rozumiało co obie panie mówiły do niego. Jego frustracja z powodu nieustannej presji przerodziła się w agresję w stronę mojej córki, która dwa razy została przez niego popchnięta. Było to tym bardziej niebezpieczne, że mogła zrobić sobie krzywdę. Gdy mama kazała Kubusiowi przeprosić, zrobił to. Ale cóż z tego. Przecież przyczyna tkwiła zupełnie gdzie indziej.

Kiedyś opisywałam taką historię babci na placu zabaw. Link do posta
To kolejny przykład, jak można dziecko skutecznie do czegoś zniechęcić i pokuszę się nawet o stwierdzenie skrzywdzić być może na długie lata.

niedziela, 11 czerwca 2017

Wreszcie jest! Relacja z wakacji w Chorwacji :)

Uff, wreszcie udało mi się przygotować najcenniejsze informacje i zdjęcia z wyprawy. Niestety lub na szczęście sama już nie wiem co lepsze, mamy mnóstwo zdjęć i ciężko wybrać te, które najbardziej Was mogą zainteresować. Swoją drogą to już nie pamiętam jak to było, kiedy to brało się na wycieczkę dwie klisze po 36 zdjęć i człowiek się cieszył, że tyle tego będzie ;)

Chorwacja jest dość popularnym krajem wśród naszych rodaków. Myślę, że nie bez powodu. Panujący tam klimat, mili ludzie, przepiękne widoki i rozsądne ceny (co prawda przed sezonem) zachęcają do odwiedzenia tego kraju. 

Jeśli ktoś był w Toskanii, to tam właśnie można poczuć się, jak gdyby to były Włochy. Nawet ziemia ma ten sam specyficzny czerwony kolor. 

Jeżeli znacie Chorwację, zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć i powspominania Waszej wyprawy. Jeśli dopiero planujecie wyjazd, mam nadzieję, że znajdziecie tam coś dla siebie - ciekawe miejsca, informacje o dojeździe, ceny, ciekawostki


Nasza przygoda się zaczyna!


Ze względu na wiek dzieci, postanowiliśmy w tym roku skupić się na zwiedzeniu jednego regionu Chorwacji i połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli trochę pluskania w wodzie i trochę zwiedzania okolicy :) Na naszą główną bazę, w której zamieszkaliśmy na całe dwa tygodnie wybraliśmy kemping, nieopodal urokliwej miejscowości Vrsar. I tu ukłony dla mojego męża, który niewątpliwie ma talent do wyszukiwania świetnej bazy noclegowej w niewygórowanej cenie. Ja mogłabym siedzieć dwa dni i nic ciekawego nie znaleźć, a on jak za sprawą magicznej różdżki, znajduje zawsze dla nas coś fajnego :)





KEMPING


Na Istrii znajdziecie duży wybór hoteli i kempingów. Ponieważ lubimy otoczenie zieleni i swobodę dla dzieci, wybraliśmy tę drugą opcję. Domki na kempingi, a ściślej tzw. mobile homes, czyli domki na kółkach,, należą do różnych właścicieli. My wybraliśmy firmę Adriatic Camp oferującej domki w całej Chorwacji, na różnych kempingach. Kemping nasz o nazwie Valkanela, mieści się w pobliżu niedużej miejscowości Vrsar i położony jest nad samym morzem. Wybierając kemping spośród różnych dostępnych należy zwrócić uwagę nie tylko na to jak jest położony, ale gdzie dana firma oferuje swoje domki (np. Vacansolei, czy też nasz Adriatic) Często jest tak, że cały kemping jest położony nad morzem, ale domki są na samym końcu i trzeba dość daleko iść do basenu czy morza, co z dziećmi może okazać się kłopotliwe. Niektóre kempingi w innych miastach są tak duże (mają 9000 miejsc ), że trzeba liczyć się z tym, że nie będziemy mieć wszystkiego pod ręką. Część domków położona jest na zboczu, dochodzi więc codziennie wchodzenie pod górę, przynajmniej w jedną stronę.



Stronę główną Adriatic Kamp znajdziecie pod tym linkiem- Adriatic Kamp

My wybraliśmy typ domku Aria:


OPIS:

Powierzchnia domku 34,4m2
Przeznaczony dla 6 osób, z 3 sypialniami ( jedna sypialnia z podwójnym łóżkiem i osobną toaletą+ dwie z pojedynczymi łóżkami), łazienką, częścią jadalną z kanapą, TV i aneksem kuchennym, duży taras




Wyposażenie domku:


  • zmywarka ( trzeba zabrać kostki)
  • garnki, sztućce, zastawa stołowa
  • czajnik
  • ekspres do kawy ( należy mieć swoje filtry)
  • na tarasie znajduje się duży stół z 6 krzesłami oraz dwa leżaki
  • suszarka do ubrań
  • klimatyzacja
  • kołdry i poduszki ( bez poszewek! Należy zabrać swoje lub wypożyczyć na miejscu)*
* należy zapytać o możliwość wypożyczenia, gdyż nie każdy kemping może dysponować wypożyczalnią pościeli i ręczników!


  • łóżeczko dla dziecka i fotelik do karmienia (należy poprosić przy rezerwacji, w przeciwnym razie zostanie naliczona opłata)


pełen opis wraz z oficjalnymi zdjęciami znajdziecie pod tym samym linkiem co wcześniej- Mobile Homes Aria. Należy kliknąć na odpowiednie okienko z nazwą.


POŁOŻENIE KEMPINGU/UDOGODNIENIA


Na kempingu znajdziemy właściwie wszystko co jest nam potrzebne. Dość duży basen znajduje się 3 min drogi od domków Aria. Polecam szczególnie rodzinom z młodszymi dziećmi. Znajduje się tu płyciutki basenik ze zjeżdżalnią dla maluchów i innymi atrakcjami. Dzieci są bezpieczne, nie jest ślisko, mogą spokojnie bawić się pod okiem rodziców, ale nie trzeba ich cały czas pilnować, że np. wpadną do głębokiej wody. Poza sezonem leżaki nie są płatne, w sezonie trzeba jednak za nie zapłacić 20 Chorwackich Kun.
Cały teren otoczony jest zielenią, więc można również rozłożyć swoje rzeczy na miękkiej zielonej trawie.












Do plaży można dojść w 5minut. Jest ona oczywiście kamienista, jak na Chorwację przystało, choć zaskoczę Was, bo jest przygotowany jeden fragment, który jest piaszczysty! W sezonie z pewnością jest tam sporo ludzi, ale poza sezonem spokojnie można znaleźć miejsce. Plaża ta znajduje się przy placu zabaw, więc dzieci mogą przy okazji skorzystać z tej opcji rozrywki. Woda czyściutka, choć bez butów do pływania się nie obędzie. Kamienie, dziwne stwory zamieszkujące dno, bynajmniej nie zachęcają do bliskich spotkań z naszymi bosymi stopami. W wodzie można też zauważyć drobne rybki czy malutkie krabiki kryjące się między kamieniami.

Na terenie ośrodka mamy również sklep, kawiarnię, restaurację oraz możliwość uprawiania sportów takich jak tenis ziemny, stołowy


DOJAZD

Dojazd do Chorwacji zaplanowaliśmy na dwa dni, ze względu na nasz późny wyjazd w piątek. 

Zatrzymaliśmy się w znanym już nam Motelu Verde za Wiedniem (pisałam o nim przy relacji z Włoch - informacje znajdziecie pod tym linkiem Motel Verde )






Trasa początkowo przypomina dojazd do Włoch - dopiero za miastem Graz drogi się rozwidlają i kierujemy się na Chorwację.

!Jeżeli wybieracie się do Chorwacji w sezonie, polecam przekraczanie granicy słoweńsko/chorwackiej albo wcześnie rano, albo wieczorem. Już teraz, jeszcze przed sezonem kolejki do granicy są kilometrowe. Godzina-dwie co najmniej do tyłu - co przy upalnym dniu i mniej cierpliwych dzieciach może być lekko stresujące.


Na miejscu czekali już na nas mile nastawieni przedstawiciele Adriatic Kamp, którzy zaprowadzili nas do naszego domku i pobrali od nas 100 Euro depozytu za domek.


WINIETY/OPŁATY ZA PRZEJAZD


Jeżeli planujemy poruszać się autostradami, będziemy musieli zakupić winietę na Czechy, Austrię oraz Słowenię. Ceny winiet zakupionych w Polsce przedstawiają się następująco:



! Polecam zakupić winietę słoweńską na granicy, gdyż jest tańsza niż w Polsce. ( w Polsce -190zł, na granicy 30Euro)

W Chorwacji za przejazd autostradą do miejsca docelowego zapłaciliśmy 27 KUN. Jeśli mamy czas możemy poprosić nawigację o ominięcie dróg płatnych i zafundowanie sobie ciekawą krajobrazowo wycieczkę - dość dobrymi drogami lokalnymi.


CO CIEKAWEGO W OKOLICY?



Już samo miejsce docelowe jest wspaniałe do spacerowania. Przez długie kilometry możemy iść nad samym brzegiem morza, podziwiając piękne widoki. Wybierając się w jedną stronę trafimy na malowniczą miejscowość o nazwie Vrsar, z przepiękną mariną, urokliwymi uliczkami starego miasta położonego na wzgórzu. Tu też znajduje się kościółek z charakterystyczną wieżą.


















    Atrakcją dla dzieci jest pociąg, zabierający turystów na około półgodzinny przejazd dookoła miasteczka, łącznie z wjazdem na szczyt.
    Nasze dziewczyny były zachwycone :)





    !Nie zapomnijcie o kapelusiku czy czapeczce dla dziecka. W czasie jazdy wieje.


    Vrsar miasto



    Warto wdrapać się na sam szczyt miasta Vrsar z kilku powodów. Po pierwsze, żeby zobaczyć stare miasto z przepięknie położonym kościołem św. Antoniego o którym mowa była wcześniej, po drugie dla przepięknych widoków oraz wyjątkowego klimatu jaki tam panuje. Za kościołem znajduje się punkt widokowy, można z niego podziwiać np.zachód słońca, nieograniczony żadnymi budynkami. 









    Idąc w drugą stronę, traficie na równie ciekawe, spokojne miasteczko o nazwie Funtana. Od strony drogi znajduje się sporo klimatycznych restauracji, można zatrzymać się ma małe co nie co.


    Pomiędzy Vrsarem a Funtaną znajdziecie Park Rozrywki z dinozaurami w roli głównej. Zastanawialiśmy się nawet, czy nie zabrać tam naszych pociech, ale odłożyliśmy wizytę na czas, gdy będą większe i będą mogły więcej skorzystać z przygotowanych tam atrakcji. Wprawdzie nie brakuje tam ciekawych rzeczy dla najmłodszych, ale na pewno jest to wspaniała atrakcja raczej dla starszych dzieci.
    Link do strony tej atrakcji ze wszystkimi niezbędnymi informacjami poniżej: Dinopark - link


    Park rzeźb nowoczesnych


    Jadąc w kierunku Vrsaru, nieopodal kempingu, znajduje się ogromny prywatny ogród z rzeźbami nowoczesnymi np. ze stali. Nie trzeba znać się na sztuce, by podziwiać to miejsce. Jest to ciekawa propozycja na spacer, podziwianie widoków oraz poznanie okolicy. Wzdłuż tej samej drogi, prowadzącej do parku, możecie zobaczyć przepiękne pola maków.










    Poreč


    Poreč to miasto w samym sercu zachodniego wybrzeża Istrii. Posiada długą historię, od czasów rzymskich do dziś minęło ponad dwa tysiące lat, a na ulicach miasta nadal widać zachowaną oryginalną architekturę i wiele innych zabytków. Na uwagę zasługuje tutaj bazylika z mozaikami z VI wieku, wpisanymi na listę Zabytków Światowego Dziedzictwa przez UNESCO w 1997r
    W mieście znajdziecie liczne restauracje, kawiarenki, dyskoteki, bary czy też kasyna. Jest to też wspaniałe miejsce do uprawiania sportów wodnych.
    Jeżeli mamy ochotę na spokojne spędzenie czasu, polecam po prostu spacer po mieście, wzdłuż mariny, brzegiem morza.
















    Jeżeli wybierzecie Poreč jako miejsce docelowe, znajdziecie tu w zasadzie wszystko czego potrzebujecie. Miasto to, nazywane perełką chorwackiej turystyki, ma wiele do zaoferowania. Jest co zwiedzić, gdzie zjeść, pospacerować, odpocząć, pobawić się z dziećmi oraz aktywnie spędzić czas uprawiając różnorakie sporty.

    Strona oficjalna miasta

    Motovun

    Motovun oddalony 25km od miasta Porec położony jest na wzgórzu 227m npm i jest przykładem kolonialnej architektury weneckiej. Spacerując wokół miasta po starych murach obronnych można podziwiać zapierający dech widok na okolicę. Zobaczymy też winnice oraz lasy ze sławnymi Truflami.
    W wielu sklepikach z pamiątkami możecie ich skosztować na darmowej degustacji.
    Miasto ma niesamowity klimat, przepiękne widoki warte zobaczenia. Polecam.












    Jeżeli odwiedzacie Motovun pod koniec sierpnia, nie przegapcie Festiwalu Filmowego, na którym można obejrzeć niezależne awangardowe filmy ze Stanów Zjednoczonych i Europy.


    Livade


    Leżące tuż obok Motovun Livade to malownicza wieś zwana centrum trufli znana z "Dni Trufli", dedykowanych podziemnemu grzybowi, który oprócz swoich walorów smakowych uważany jest za afrodyzjak.
    Trufle-Źródło:Internet

    Ciekawostka! W 2000r znaleziono tutaj największego na świecie trufla, który został wpisany do Księgi Rekordów Guinessa :)

    Savudrija

    Savudrija to stara rybacka wioska, położona 8km na północ od miasta Umag. Przepięknie położona daje wrażenie, że znajduje się na samej krawędzi. Pierwotnie korzystali z jej uroków Austriacy, mający tutaj ośrodek zdrowia, dziś przyciąga spacerowiczów i amatorów windsurfingu.

    Warto zobaczyć sławną latarnię, wybudowaną  w 1818r, w otoczeniu przepięknej zieleni.


    Widok z góry:Źródło:Internet


    Lim Fjord






    Przepiękne miejsce oddalone kilkanaście kilometrów od naszej docelowej miejscowości Vrsar to zatoka Limska. Można ją zobaczyć na kilka sposobów. Jadąc samochodem mamy możliwość zatrzymania się w kilku miejscach i skorzystania z platform przygotowanych dla turystów, by mogli podziwiać okolicę (niestety jadąc nic nie widać ze względu na dużą ilość krzaków posadzonych wzdłuż drogi)



    Jeżeli mamy chęć, można wykupić wycieczkę statkiem i popłynąć w głąb kanału. Tu wybór jest ogromny, od wycieczek całodniowych z tzw. piknikiem, czyli jedzeniem i piciem w cenie do opcji 2-godzinnego rejsu tylko na fiord. My zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję ze względu na wiek naszych dzieci. Uważaliśmy, że całodzienny rejs to dla nich za dużo, nie byliśmy też pewni jak dziewczynki zareagują na podróż statkiem.

    Za cenę 100KUN od osoby dorosłej ( dzieci nie płaciły nic) wykupiliśmy rejs małym stateczkiem ze szklanym dnem. Rewelacji może nie było jeśli chodzi o podziwianie dna morskiego (zwłaszcza jeśli ktoś miał przyjemność podziwiać choćby Morze Czerwone w Egipcie), ale dla naszych dzieci była to frajda. Zobaczyć muszle, ślimaki czy po prostu bąbelki wydobywające się ze statku, dostarczyły im niezapomnianych wrażeń. 



    Na statku było bezpiecznie, można siedzieć w środku lub wyjść na zewnątrz, choć oczywiście tam już trzeba malucha pilnować. 
    Po drodze (mniej więcej w połowie kanału) statek zatrzymuje się na pół godziny w Grocie Piratów, trzeba niestety wnieść tu dodatkową opłatę w postaci  KUN, w zamian za co otrzymujemy pamiątkowe pocztówki. Sama grota nie powala na kolana, ale widoki są przepiękne.

    !Wchodząc po schodkach "spotkałyśmy" z E. węża, był dość spory, trochę się wystraszyłyśmy obie, ale on chyba jeszcze bardziej, bo uciekł na drzewo. Tak czy siak lepiej uważać.












    Na dole kanału, znajduje się droga, którą można dojechać wzdłuż fiordu i dotrzeć do restauracji, obejrzeć zalew tym razem z dołu.


    Pula 


    Oddalone o ok.58km miasto odbiega nieco swoim klimatem od innych, które zwiedzaliśmy, a to za sprawą dość sporego portu oraz stoczni, która w przeszłości pod panowaniem austro-węgierskim stanowiła to ważne centrum.  Uważana przez wielu turystów za jedno z brzydszych miast, Pula ma jednak wiele pięknych zabytków do zaoferowania. Koniecznie zobaczcie amfiteatr, szósty w kolejności największy na świecie, mogący pomieścić aż 22.000 widzów. Wchodząc na górę możemy poczuć ducha czasu a schodząc do podziemi (płatne) przenieść się w krwawe czasy walk.
     Obecnie latem odbywają się tu teraz koncerty, występy i inne formy rozrywki.
    Urokliwe stare miasto z restauracjami oferującymi typowo chorwackie i włoskie przysmaki jest dobrym miejscem na spacer.


























    Hum - najmniejsze miasto na świecie!


    Usytuowane w centralnej Istrii, miasto Hum jest według Księgi Rekordów Guinessa najmniejszym miastem na świecie, gdyż posiada zaledwie 23 mieszkańców! Wjeżdża się do niego na wzgórze, dlatego też rozpościera się przepiękny widok na okolicę. Odwiedziliśmy kilka lokalnych sklepów z pamiątkami i tym samym poznaliśmy połowę "Humian" ;) Warto odwiedzić to miejsce w którym urokliwe uliczki, sklepiki z ręcznie tworzonymi pamiątkami tworzą niepowtarzalny klimat.















    Grožnjan

    Kolejne miasto usytuowane na wzgórzu, Groznjan jest XIV-wieczną wenecką fortecą odrodzoną jako centrum sztuki. Nie może tu zabraknąć najważniejszych artystów czy muzyków.
    Tak jak wiele innych miast na Istrii, architektura odzwierciedla wpływ Wenecji. Zachowały się fragmenty murów obronnych i brama główna.














    Rovinj



    Rovinji to najbardziej romantyczne miasto na Istrii, w pierwszej dziesiątce miejsc, które powinno odwiedzić się w Chorwacji. Swoim wyglądem przypomina poniekąd miasta włoskie Cinque Terre, gdyż tak jak one posiada kolorowe domy zbudowane na wzgórzu, w szczycie którego znajduje się wenecka wieża (możesz poczuć się jak we Włoszech)
    Rovinji jest nadal aktywnym portem rybackim, skąd można również wybrać się na wycieczkę do pobliskich wysp. Jest to również miejsce, w którym zbierają się amatorzy nurkowania, by zobaczyć sławny wrak Baron Gautsch. Dla tych nienurkujących, polecam akwarium z ciekawymi okazami.





























    PRAKTYCZNE INFORMACJE


    Rower
    Jeżeli macie możliwość zabrania rowerów, Istria jest wspaniale przygotowana do jazdy. Czy jest to spokojna wyprawa wzdłuż morza, czy hardcorowy wjazd do jednego z miast położonych na wzgórzu, możecie być pewni, że dostarczy wam niesamowitych wrażeń. Piękno jakie napotkacie, jest niezapomniane.
    Możecie tu napotkać zorganizowane grupy profesjonalnych rowerzystów oraz rodziny z dziećmi.




    Zakupiliśmy dla dziewczynek przyczepkę rowerowo/biegową, wspaniały "wynalazek", nie tylko w przypadku dwójki dzieci. (Wydatek ok 400zł) Jeśli chcą idą, jeśli są zmęczone siadają. 
    Niestety tym razem nie mieliśmy ze sobą rowerów, ale następnym razem rower to obowiązek! Widzieliśmy takie przyczepki u wielu ludzi (także przewożących swoje psy ;) i sprawowały się wspaniale!

    Lody

    Chorwackie lodziarnie wyglądem przypominają włoskie Gelaterie, ale niestety muszę stwierdzić, że dużo im brakuje do prawdziwych, gęstych, naturalnych lodów, które jedliśmy u ich sąsiadów. Są dobre, porcje duże, więc na pewno warto jeść, ale  jednak tym razem punkt dla Włochów za ich niepowtarzalny i niezapomniany smak lodów.


    Parkingi / Opłaty 

    Hum - 10 Kun  - opłata za parking / zwiedzanie. Do biletu dostajemy pocztówkę ;)

    Grožnjan  - brak opłat - kilkadziesiąt miejsc parkingowych wyznaczonych wzdłuż drogi.

    Motovun - 20 Kun - do dyspozycji mamy 2 parkingi. Na tyłach cmentarza dla ok 50 aut na górze pod samym miastem oraz bardzo duży na dole ale już 1,5 km wcześniej. Skierowali nas do tego wyżej może zależy to od aktualnej liczby samochodów. Podobno są dni kiedy można wejść na wieżę, ale w dniu naszej wizyty była zamknięta.

    Jaskinia Piratów - 7 Kun - za osobę. Jeśli chodzi o dzieci to chyba wolna amerykanka bramkarza ... my zapłaciliśmy tylko / aż za 1 ;) W nagrodę na osobę dostajemy pocztówkę, możliwość zwiedzenia wnętrza jamy oraz wejścia na gniazdo piratów.

    Vrsar - parkingi są praktycznie wszędzie przy marinie, w mieście, w uliczkach czy koło ryneczku. Przed sezonem bezpłatne. Pod koniec naszego wyjazdu szykowali się już na otwarcie kas. W samym mieście za wejście na wieżę trzeba zapłacić.

    Tunel Ucka - 30 Kun za przejazd - ładne widoki po drodze :)




    Zakupy / Ceny

    Opłaty za pobyt na kempingu ( 20.05.2017 - 03.06.2017 ) - 2 tygodnie przed sezonem :
    360 Euro   2 tyg. w domku Aria Mobile Home
    40   Euro   Opłata za sprzątanie domku
    5,5  Kuny  Opłata klimatyczna - 1 os / dzień  - dzieci nie płacą :) Cena do końca maja.
    7     Kun    Opłata klimatyczna - 1 os / dzień  - dzieci nie płacą :) Cena od czerwca.
    1,5  Euro   Opłata za rejestrację - 1 os / pobyt - dzieci płacą :(

    Pani w recepcji powiedziała że nie umie wytłumaczyć co to za opłata i dlaczego ją naliczają ;)

    O ile pierwszą z w/w opłat musieliśmy zapłacić z góry na 20 dni przed przyjazdem to resztę spokojnie można opłacić na miejscu nawet pod koniec wyjazdu. Za domki płaciliśmy przez stronę Adriatic Kamp - bez problemów.

    Za paliwo (Diesel) zapłaciliśmy ok.400zł za 1200km. 

    Ceny na kempingu są dość wysokie, ale nieopodal znajduje się supermarket o nazwie Konzum. Tu ceny są podobne do polskich, za wyjątkiem może mięsa.

    Lawenda

    Myśląc o lawendzie przychodzi nam na myśl pewnie Prowansja a nie Chorwacja. Okazuje się, że nic bardziej mylnego. Wprawdzie za "lawendową wyspę" uważa się wyspę Hvar, ale wszędzie można zakupić lawendę w postaci ręcznie robionych pamiątkowych wyrobów takich jak torebki, poduszeczki, laleczki itd. Oczywiście kto chce, może również przywieźć ze sobą świeży zapach w postaci rosnącej lawendy w doniczce, co też uczyniliśmy - zobaczymy jak będzie się zachowywać w naszym klimacie. (mała 15 Kun, duża 25 Kun)









    Dziękuję za spędzony z nami czas. Mam nadzieję, że było warto :) Zachęcam do odwiedzenia Istrii - na pewno nie będziecie żałować. 


    Jeżeli chciałbyś wiedzieć więcej pisz śmiało! Pomogę, doradzę, odpowiem na każde pytanie.

    naszmalyswiatek@gmail.com